W nagrodę za cierpliwość, przesyłam najdłuższy rozdział, jaki do tej pory udało mi się napisać. Jednocześnie życzę, aby nadchodzący rok przyniósł Wam mnóstwo ciekawych, fanfikowych pomysłów i odpowiednio dużo czasu na ich realizowanie :)

18. [Inspiracja: Stuart Chatwood, Inon Zur, Maryem Tollar - I still love you (Prince of Persia soundtrack)]

Kopnięty kamyczek, z agresją charakterystyczną dla obiektów kulistych, stoczył się ze wzniesienia. Kilka par obutych stóp minęło go niebawem, wcale nie zwracając na jego bytność uwagi. Nawet ta, która nadała mu chwilową żywotność (cóż z tego, że złudną), nie obdarzyła go ani krztyną dalszego zainteresowania. Myśli dziewczyny były bowiem skoncentrowane na czymś zupełnie innym.

– Hawke, krew ci leci.

Roztargnionym wzrokiem spojrzała na rozdartą rękawicę. Varrik miał rację: krew poradziła sobie z wątłą barierą w postaci prowizorycznego opatrunku i ściekała teraz po materiale grubymi kroplami. Theri zaklęła z wprawą szewca.

– Czekaj, pomogę. Dłonie trzęsą ci się jak u trzeźwego pijaka – krasnolud wyjął z własnych bagaży biały pas płótna i zaczął owijać go wokół rany dziewczyny. Nie protestowała. Wróżyło to okres cichych dni, więc Varrik, westchnąwszy, przeszedł od razu do sedna:

– Przestań się zadręczać. Ponurak już taki jest. Choćbyś stanęła na dolnych rzęsach, on dalej będzie demonstrował swoje chroniczne niezadowolenie. Nie możesz wiecznie myśleć tylko o tym, by wszystkim dogodzić. Bycie złotym środkiem, czy „krajem neutralnym" kosztuje, a ty płacisz ten trybut zdecydowanie za długo. I komu? No, głowa do góry.

Theri, wzruszona troską przyjaciela, uśmiechnęła się lekko. Mimo to odczuła, jak ściska jej się gardło, gdyż ostatnie zdanie krasnoluda niedawno padło z tych samych ust i rozpoczęło całą awanturę…


– Głowa do góry, Hawke. Chyba nie szukasz pod butami szczęścia?

Obraz Andersa rozwiał się całkowicie. Dziewczyna przebudzona komentarzem przyjaciela skonstatowała, że uszli już spory kawałek drogi. Rozdarty Grzbiet mieli po lewej stronie, na wprost rozciągały się pagórkowate tereny, gęsto obsiane wszelką roślinnością użytkową.

– O czym tak rozmyślasz, hm? Wybacz szczerość, ale kiedy, na ten przykład, wściekasz się, śmiejesz albo skupiasz nad wykonywanymi czynnościami, twój fizis zyskuje o wiele bardziej. Obecna ekspozycja frontalno-twarzowa jest mało gustowna.

– Czyś ty się, krasnoludzie, szaleju najadł? – Avelina obróciła się z szybkością napędzaną oburzeniem. – Jeśli przetrzymują dziewczynkę w tych okolicach, to efekt zaskoczenia mamy z głowy. Nie możesz perorować w sposób żołnierski, skondensowany, tak jak, nie przymierzając, ja? O ile mowa zwięzła, lakoniczna pożyteczniejsza jest od rozwlekłej, rozcieńczonej breji słownej, jaką bez umiarkowania uprawiasz! O ile…

Fenris prychnął.

– Stwórco drogi, zepsułeś nam Avelinę! – Theri krztusiła się od śmiechu. – Nie miałam pojęcia, Varrik, że twoim gadulstwem można się zarazić.

– Ani ja, jak babcię kocham. Trzeba stworzyć na to odtrutkę, bo z kim, do pioruna, będę się droczył, z własną retoryką? Może jakiś innowacyjny lek na uspokojenie? Nazwałbym go Varridol.

– Hej, wy tam!

Podnieśli głowy. Na skale, górującej niemal centralnie nad nimi, stało kilku ludzi.

– A mówiłam, cholera, mówiłam, ale kto tam by mnie… – szeptała podenerwowana strażniczka.

– Odsuńcie się od cudzej własności, a pozwolimy wam odejść!

Varrik i Avelina popatrzeli po sobie zdziwieni. Theri jednak zrozumiała. Nie musiała się oglądać na stojącego za nią Fenrisa, by wiedzieć, że jest wściekły. Poczuła bowiem, jak jego opalizujące znaki wypełniają powietrze agresywną aurą i powodują zimny, nieprzyjemny dreszcz na skórze.

– Tevinterskie sukinsyny – wywarczał sięgając ręką ku klindze miecza.

– Nie radzę, pluskwo. Znamy takie czary, że jeszcze będziesz błagał o spętanie zwykłym łańcuchem. Ty tam, rudowłosa, jesteś jego samozwańczą panią? Jeśli oddasz nam niewolnika dobrowolnie, otrzymasz wór złota i protektorat najpotężniejszego z magistrów Thedas.

Varrik stanął przy Avelinie tak, że niemal połowa jego krótkiego ciała zasłonięta została przez uniesioną lekko pawęż. Może i któryś ze stojących na skale czarodziejów zwróciłby na to uwagę, ale dziwnym trafem nieznośne promienie słońca, odbijane od tarczy, raziły ich oczy intensywnym blaskiem. Fenrisa zamroczyła za to wrząca w jego duszy furia, dlatego i on nie dostrzegł działań przyjaciół: już chciał skoczyć ku wrogom, gdy zatrzymała go, niemal w biegu, odpowiedź Theri.

– Powtórz.

Czarodziej uśmiechnął się paskudnie. Z cichego tonu głosu dziewczyny wyczytał budzącą się, choć jeszcze nieśmiało przejawianą chciwość. Fenris natomiast odczuł prawdziwy, fizyczny ból, sięgający okolic serca. Był zbyt rozemocjonowany, by rozsądek wziął górę nad panicznym strachem. Ani on, ani mag nie odkryli w jej spokojnej odpowiedzi groźby i wyzwania.

– Nie zwykłem się powtarzać, ale widocznie przy takiej pchle jak ty, trzeba wyrażać się dosadniej o możliwych profitach. Jeśli oddasz nam niewolnika…

Ostrzę sztyletu wyrwało resztę słów z gardła czarodzieja, zamieniając je w strumienie krwi.

– Nigdy już nie nazwiesz go niewolnikiem.

Później wszystko potoczyło się błyskawicznie. Tevinterscy najemnicy, choć stali z napiętą bronią i przygotowanymi kostuchami, za nic w świecie nie mogli wcelować w przeciwników, wykorzystując swoją przewagę. Przewagę bowiem odebrało im definitywnie słońce odbijające się od blachy. Musieli się odchylić, zmrużyć oczy, a to trwało wystarczająco za długo. Varrik wyciągnął Biankę, którą załadował, ukrywając się za parawanem z tarczy i w sekundę po rzucie Theriny, posłał ku wrogom pierwszy bełt. Z prawdziwą wirtuozerią, nie zwlekając ani chwili, ładował pocisk, robił dwa kroki dla zmylenia przeciwnika i wypuszczał go z łuczyska, eliminując stojących najwyżej magów.

Avelina i Theri biegły wzdłuż wzniesienia, aby jak najszybciej znaleźć miejsce spadu i zaatakować resztę najemników. Mimo iż były naprawdę szybkie, nie miały najmniejszych szans, by dogonić Fenrisa. Elf zaszarżował z dzikim wrzaskiem, runął na magów i wzbił w powietrze tysiące szkarłatnych kropelek posoki. Nieludzkie wycie masakrowanych mężczyzn mieszało się w jakiejś zatrważającej pieśni z okrzykami walczącego wojownika.

W grupę magów, która zdołała się nieco oddalić, postanowiła uderzyć Avelina. Był z tym nielichy problem, gdyż jej przeciwnicy mieli dość czasu, aby rzucić zaklęcie. Pioruny, wijące się w dłoniach czarodzieja usmażyłyby okrytą metalem kobietę, gdyby nie zdążyła z impetem wyrzucić tarczy. Osłona nie tylko przejęła w locie elektryczny ładunek, nie stykając się tym samym z ciałem strażniczki, ale i tak naładowana uderzyła twórcę czaru, miażdżąc jego klatkę piersiową. Avelina pchnęła barkiem stojącego najbliżej wojownika, wytrącając mu z ręki szablę i przeszyła własnym mieczem licząc, że dwóch kolejnych magów załatwi Hawke.

Nie przeliczyła się. Therina miała widocznie „dzień rzucania"; w obawie przed niemal gotowymi czarami skierowanymi w wojowniczkę, dziewczyna rzuciła najpierw jeden, potem drugi miecz, przebijając przeciwników na wylot. Instynkt nakazał jej się pochylić. Ostrze szabli śmignęło zza pleców, obok jej głowy. Oparła cały ciężar ciała na dłoniach i uderzyła podeszwą buta w kolano wroga. Próbowała wykorzystać uzyskaną przewagę na wyrwanie mu broni, ale najemnik nie był nowicjuszem i przewidział ten ruch. Klinga powędrowała bokiem i zdołała uciec przed przechwyceniem. Impet ruchu i spóźniona reakcja Theri spowodowały upadek dziewczyny. Przeciwnik wzniósł broń do uderzenia, lecz w tym momencie bełt zatrzymał jego rozmach. Szabla wypadła z martwiejącej dłoni i plasnęła głucho o ubranie Hawke. „Starzeję się. Niech to szlag, naprawdę się starzeję" – pomyślała leżąc na zdeptanej trawie.

Było po walce, choć żył jeszcze jeden z Tevinterczyków. Gdy Theri zbierała się z ziemi za pomocą ramienia Aveliny, Varrik spokojnie do niego przymierzył. Świecąca intensywnym niebieskim światłem dłoń chwyciła nagle Biankę za gardło i szarpnęła ku górze. Bełt wystrzelił w niebo.

– Jest mój – warknął Fenris i pchnął kuszę z powrotem w ręce krasnoluda.

Mag nie próbował walczyć. Dłonie pochylił w skruszonym geście i padł na kolana, wołając:

– Litości!

Ale nie było litości. Nie w sercu tego elfa.

Theri chciała krzyknąć, zatrzymać go, ale nie mogła. Odwróciła głowę, by nie patrzeć, jak torturowany mężczyzna próbuje bezskutecznie osłaniać się słabymi rękami, jak wykrzykuje imię swojej przełożonej i zdradza miejsce jej pobytu, jak wypluwa wybite zęby i wyje skrwawionymi wargami. Wycie przeszło niebawem w rzężenie, lecz dopiero po dłuższej chwili zrobiło się całkiem cicho.

– Ulżyło ci? – Avelina najwyraźniej nie bała się wyrazić swojego zdania. Nawet w takim momencie. – Należało go postawić przed sądem, wsadzić do więzienia, a nie…

– Hadriana – zasyczał Fenris, który pominął całą tyradę strażniczki. – Wiedziałem… pupilka chce być pierwsza, chce mnie przyprowadzić przywiązanego jak psa!

– Co tam mruczysz? – Avelina była odważna. Albo nierozsądna. – Nie żyją, zlikwidowaliśmy zagrożenie, powinieneś się cieszyć, a nie marudzić, jak zwykle. Ruszajmy, mieliśmy uwolnić córkę szwaczki, o ile jeszcze pamiętacie.

– Nie! Liczy się czas! Znajdę ją w tej jaskini i wypruję flaki! Teraz ona poczuje, jak to jest próbować uciekać przed śmiercią.

– Fenris, uspokój się, już po wszystkim – Theri podeszła do elfa i dotknęła rozedrganego ramienia.

– Puste słowa – syknął i wyrwał się z dotyku jej dłoni.

– Elfie, wyjątkowo muszę zgodzić się z Rudą, podjęliśmy się odbicia porwanej dziewczynki, póki tego nie uczynimy, niemoralnie byłoby zająć się czymś innym.

– Bo co, obce ludzkie dziecko jest ważniejsze od byłego niewolnika, choćby nawet przydatnego?

Przez moment zaległa ogłuszająca cisza.

– A przed chwilą to co, łapaliśmy motyle na łące? – zakrzyknął Varrik, wymachując ramieniem. – Już ci wyleciało z tego białego łba wszystko, co dla ciebie zrobiliśmy?

– Nie trzeba mi waszej litości – głosem Fenrisa można było ciąć ser.

– Wystarczy. Fenris, chyba nie sądziłeś, że zostawimy cię z tym samego? Ale Avelina ma rację, musimy najpierw sprawdzić, co z dzieckiem, zwłaszcza, że jesteśmy już blisko kryjówki, o ile ten łotr, Samson, nie kłamał. Jak tylko uporamy się z porywaczami i odstawimy małą do domu, pójdziemy złożyć wizytę pionkom Danariusa.

Elf patrzył na nią zimno. I tak też brzmiało to, co powiedział.

– Lubisz mieć ostatnie słowo, co? Lubisz czuć władzę. Więc idźmy, skoro tak postanowiłaś.

Poszedł przodem. Nikt nic nie odpowiedział. Nawet Varrik.


– Żeby to… – mruknęła Avelina. – Jak ja powiem tej kobiecie, że jej córka już nie wróci? Że to uszyta przez nią suknia, zbyt bogata dla nisko urodzonej dziewczynki, zwróciła uwagę porywaczy?

– Najlepiej pomiń wszystkie szczegóły – krasnolud schował niewykorzystaną resztkę bandaża do torby, wziął Biankę na ręce i wznowił proces schodzenia ze stoku. – Wszystkie, Ruda. Nie było żadnych tortur dla poznania prawdy o jej pochodzeniu, nie było gwałtów ani maltretowania ciała. Gdy przybyliśmy, dziewczyna leżała martwa, ale jej oprawcy już nigdy nikogo nie skrzywdzą. Przecież to prawda. Oddasz pukiel włosów i jej naszyjnik. Więcej nie potrzeba.

– Widzę, że jednak zaczynasz doceniać żołnierski styl przemawiania – w innych okolicznościach strażniczka z pewnością uśmiechnęłaby się z triumfem. Ale nie w takich.

– Biedna dziewczynka! – głos elfki załamał się w żałosnej nucie. Minął zaledwie moment, a jej zasmucone, wielkie oczy nabrały wyrazu panicznego strachu. – Przepraszam, serah, nie chciałam podsłuchiwać państwa konwersacji! Ja tylko… proszę mi wybaczyć!

– Orana, nie przebywasz już wśród tych bestii, nie musisz przepraszać za włączenie się do rozmowy. Jesteś wolną osobą, na równi z nami wszystkimi.

– Dziękuję, pani… ja jeszcze… to takie… tyle się zdarzyło…

– Wiem, Orana. Już dobrze.

Na horyzoncie zamajaczyło Kirkwall.


– Jesteś cała?

Fenris trzymał szczupłe, dygoczące dłonie przerażonej do granic możliwości elfki. Jej kremowa, prosta w kroju szata zbryzgana była krwią.

– Słyszysz mnie? Zrobili ci coś? – wojownik odszukał spojrzenie dziewczyny i kiwnął głową w ośmielającym geście. Podziałało.

– Tata… za… zabili go! Panienka wz… zięła go do komnaty, a potem… potem otworzyli drzwi i go… on… on był… tatuś nie miał k… krwi! Przecież dobrze służyliśmy, ja n… nie wiem dlaczego…

Fenris westchnął i zamknął na moment oczy.

– To już bez znaczenia. Musisz wziąć się w garść. Jesteś wolna.

Elfka patrzyła kolejno na wojownika, Therinę, strażniczkę i krasnoluda, nie wierząc, że to, co widzi i słyszy, nie jest jakimś dziwnym, groteskowym snem.

– Pewnie nie raz cię skrzywdzono, ale zaufaj nam: pomożemy ci, w miarę możliwości – Theri stanęła obok Fenrisa i starła z policzka elfki krwawy ślad palców. – Jeśli uda nam się wyjść z tego cało, będziesz mogła wrócić z nami do Kirkwall. Wikt i opierunek znajdziesz u mnie, ale pamiętaj, że jesteś od teraz wolną osobą. Zrobisz co zechcesz, pójdziesz, dokąd zapragniesz. Bez miedziaka przy duszy cię nie zostawimy. Jak ci na imię?

– O…Orana, pani. Ja zrobię wszystko… przyrzekam, że nie zawiodę…

Było jasne, że zmiany w psychice dziewczyny tak łatwo nie nastąpią.

– To problemy na później – skwitował Fenris, spoglądając miękko na Hawke. Theri przełknęła ślinę i poczuła, jak robi jej się gorąco. Elf zwrócił się ponownie ku byłej niewolnicy. – Wiesz, gdzie jest wyjście z jaskiń? Dobrze, idź tam, drogę wyczyściliśmy, ale bądź, na wszelki wypadek ostrożna. Ukryj się w tych gęstych zaroślach po prawej stronie. Jakbyś zauważyła, że zamiast nas wychodzą twoi dawni właściciele, uciekaj i nie daj się złapać. Masz, tutaj, trochę pieniędzy, w razie czego mogą ci się przydać.

Elfka patrzyła zatrwożonym wzrokiem na mieniące się w blasku pochodni suwereny. Nie śmiała po nie sięgnąć. Fenris, pełnym zrozumienia, choć i nieco zniecierpliwionym gestem wcisnął dziewczynie monety i po krótkim namyśle także sztylet, wyciągnięty z cholewy buta. Kilka chwil później dochodziły do ich uszu już tylko ledwo słyszalne plaśnięcia bosych stóp o zimny kamień.


– Orana, możesz mi powtórzyć raz jeszcze, co powiedział ci Fenris po wyjściu z jaskini?

Varrik przewrócił oczami, Avelina zamamrotała coś nieprzyjemnego pod nosem, za to elfka z radością właściwą ochotnej do pomocy duszy, odpowiedziała prędko:

– Pan Fenris, gdy mnie ujrzał, rzekł, że za chwilę państwo wyjdą, że już wszystko dobrze, ale musi iść. Schodził, tak jak i państwo, tą samą drogą aż do spadu, później nie widziałam.

Theri pokiwała głową.

– Nie zamartwiaj się tak, w razie draki Ponurak na pewno sobie poradził, przecież widziałaś, jak go roznosiła energia. Szczerze mówiąc, bałbym się teraz w jakikolwiek sposób nadepnąć mu na odcisk – powiedział krasnolud, co chwilę podbiegając do towarzyszy podróży. Jego krótkie, choć wytrzymałe nogi nie bardzo nadawały się na podobne wycieczki.

– Hawke, on robi się niebezpieczny, powinnaś go unikać albo, lepiej, nauczyć moresu. Dojdzie do tego, że będę musiała zamknąć go w areszcie – Avelina, mimo kondycji mogącej zawstydzić najbardziej wytrwałych grotołazów, dyszała, aż echo niosło. – Przecież to, co on zrobił tej całej Hadrianie…

– Należało jej się – burknęła Theri, ale przestraszony wzrok Orany, niepokój o Fenrisa i, nie było sensu się oszukiwać, także gorycz usłyszanych słów, odjęły wypowiedzianej kwestii cały ładunek nienawiści.


– Proszę, proszę, jednak jesteś. Ofiara sama pcha się w paszczę lwa. To dobrze, niewolnik powinien przychodzić do właściciela, nie odwrotnie.

Hadriana, kilka lat temu, musiała być piękną kobietą: regularne rysy, duże, ciemnofioletowe oczy i wąskie, lecz ładnie wykrojone usta z pewnością zwracały uwagę niejednego mężczyzny. Mimo to, trzydziestoletnia twarz wzbogaciła się o kilka zmarszczek i niezwykle nieprzyjemny grymas, zapewniający o poczuciu bezkarności. Niby niewiele, a jednak.

– Lwica, która ucieka przed wilkiem do jaskini i kuli się pod najdalszą ścianą. Żałosne – Fenris był już kimś innym. Od jakiegoś czasu przestał oglądać się na biegnących z tyłu towarzyszy, poza tym pozorny spokój, jaki z niego emanował, niemal zamrażał powietrze.

– Myślałaś, suko, że znów zaczniesz traktować mnie jak rzecz, że otrzymasz wdzięczność swego najdroższego mistrza i przy okazji odzyskasz nieposłuszne zwierzątko?

– Jesteś psem, niezależnie od tego, czy to akurat ja trzymam smycz – Hadriana spojrzała w oczy Theriny. – Sądzisz, że wygrałeś los na loterii, ale nie łudź się, że jesteś wolny. Nigdy nie będziesz, niewolniku.

– Zamknij się, dziwko – zasyczała Theri i zaczęła iść w kierunku czarodziejki. Tamta zaśmiała się, aż zahuczało sklepienie i podniosła emanującą zielone światło laskę. Zgodnie z przewidywaniami, pokryte ciałami podłoże ożyło. Kilku magów, stanowiących osobistą eskortę Hadriany wystrzeliło z kosturów wiązki czarów.

Zawsze w takich momentach kluczowa była strategia. Należało stworzyć ją naprędce, zanim wróg zrealizuje swoją. Całe szczęście, Avelina znała się coś niecoś na tym, a Therina miała dar szybkiego reagowania na ruchy nieprzyjaciela. Swoje też robiła umiejętność wyciągania wniosków. Jasne więc było, że Fenrisowi trzeba umożliwić rozprawienie się z Hadrianą i w miarę możliwości usunąć innych magów. Ożywione ciała stanowiły już materiał dla bełtów Bianki.

Wybuch oddzielił Hawke od towarzyszy. Zgasiła pacnięciem tlący się kosmyk włosów i zrobiła unik przed lodowatym pociskiem czarodzieja. Nie zwracając uwagi na znajome i nieznajome okrzyki, skoczyła do przodu jak kocica i w kilku susach dopadła przeciwnika. Ten, nawet nieźle sobie radząc, próbował odbijać ciosy kosturem; gdyby trafił na kogoś innego, może i zdołałby wygrać walkę wręcz. Ale miał pecha. Gdy dziewczyna z nim skończyła, pył po wybuchu zdążył już opaść, dzięki czemu mogła rozeznać się w sytuacji. Varrikowi ubywało bełtów wprost proporcjonalnie do liczby nieumarłych napływających w jego stronę. Avelina rzuciła się na pomoc krasnoludowi, taranując, rozpychając i miażdżąc impetem nieporadnych ożywieńców, za to zostawiając lekko rannego maga samemu sobie. Widząc, jak ten leczy swoje ciało, Theri wyciągnęła sztylet i rzuciła nim z wymachu ramienia. Ostrze nie doleciało. Drugi z żyjących pomocników Hadriany zatrzymał broń w locie. Krople potu spływały po nabiegłej krwią twarzy, ale efekt warty był wysiłku: sztylet w jednej chwili odwrócił się i jak strzała pomknął ku swej właścicielce. Therina nie próbowała odskoku, zdążyła wykonać jedynie ćwierć obrotu, gdy ostrzę dotarło do jej naramiennika. Siła czaru sprawiła, że skórzany płat oderwał się od zbroi razem mocowaniami, porzucając go gdzieś w najdalszej niecce jaskini.

Varrik wykrzykiwał coś o ścierwie i pocięciu na paski, więc nie mogło być najlepiej: krasnolud wyciągał zza pasa swój długi nóż tylko podczas najgorszego bagna. Istotnie, nieumarli, nadal wstawali, podnoszeni nadludzkim wysiłkiem tego samego maga, który zatrzymał sztylet Hawke. Drugi z czarodziejów zaleczył już swoją ranę i próbował trafić pociskami niezmordowaną Avelinę. Inna rzecz, że w tym bałaganie nierzadko trafiał w jakieś wskrzeszone właśnie ciało. Najdalszy kąt jaskini, w którym ścierali się Fenris i Hadriana zasłoniły migające barwy świateł i srebrny pył, kruszącej się skały. Można powiedzieć, że tylko w tym sensie było kolorowo.

Apostaci zazwyczaj dawali im w kość, zwłaszcza, jeżeli nie było w pobliżu Merrill, Andersa, czy choćby do pary z Varrikiem Sebastiana. Mimo to, nigdy jeszcze nie trafili na tak zgranych, bojowo ułożonych magów, jak ci Tevinterczycy. Ratunek był tylko jeden: zmiana strategii.

Hawke schowała Przyjaciela do pochwy na plecach, schyliła się po kaptur nieżyjącego maga, unikając jednocześnie wiązki elektrycznej i kilkoma szybkimi ruchami owinęła materiałem dolną część drugiego ostrza. Nagle wstała, zdążyła odbić płazem miecza lecącą w nią grudę lodu, wzięła mały rozpęd i jednym długim ślizgiem wdarła się w sam środek kłębowiska wskrzeszonych ciał. Zanim jakikolwiek cios oręża, trzymanego przez gnijącą łapę zdołał spaść na dziewczynę, złapała za zabezpieczony materią metal i nie potrzebując dzięki temu miejsca do zamachu, cięła po okręgu wszystko, co nawinęło się pod nóż. Wirowała dość długo, gdyż odczuła już mdłości, a wokół prześwitywało coraz więcej jaskini. Zatrzymała się, zatoczyła niebezpiecznie i kompletnie nie wiedząc, dokąd rusza, odskoczyła prewencyjnie kilka kroków w bok.

Nawet najlepszy mag nie byłby w stanie ożywić na nowo truchła w takiej samej ilości i po wcześniejszym niewyobrażalnym przecież wysiłku. Toteż ledwo zipiący czarodziej zaniechał nekromancji i sypnął w Theri magicznymi pociskami. Hawke, nie widząc innego sposobu na ratunek, padła twarzą ku ziemi, licząc, że pociski przelecą powyżej jej głowy. I tak właśnie było z większością iskrzących kul; tylko ta jedna, widać słabsza, nie utrzymała kursu i opadła tuż obok barków dziewczyny. Zbroja przyjęła wysoką temperaturę, przez co nieregularnie wypalona dziura ozdobiła solidnie wygarbowaną skórę, za to energia kinetyczna poderwała Therinę metr nad podłożem i grzmotnęła nią o parę kroków dalej.

W tym samym czasie, Varrik wykończył ostatniego nieumarłego, a Avelina otrzymała wreszcie dość swobody, by ruszyć na gnębiącego ją, uleczonego własną magią apostatę. Przyjęła uderzenie mrozem na tarczę, nie tracąc siły natarcia, co już samo w sobie było popisem ogromnej wytrzymałości. Nie poprzestała i na tym; dopadła mężczyznę konstruującego czar resztkami many i machnięciem pawężą strzaskała mu pół twarzy. Mag runął kilka ładnych metrów dalej i to tak potężnie, że ostatni z żyjących towarzyszy Hadriany stężał w przestrachu. Tylko dzięki temu Hawke nie zdążyła zakosztować wyjątkowo paskudnego czaru, jakim była Pięść Stwórcy, ani żadnego innego w wykonaniu maleficara.

Przez jego brzuch przeszło na wylot półmetrowe ostrze miecza. Theri podniosła głowę i ujrzała elfa ogarniętego istną furią. Spojrzała za jego plecy i zrozumiała: Hadriana musiała co rusz budować Zasłonę, grając na czas. Liczyła, że pozostali magowie i wskrzeszone ciała odwrócą od niej uwagę towarzyszy byłego niewolnika, jeśli nawet nie zdołają wszystkich zlikwidować. Wtedy mogłaby eliminować każdego po kolei, nie narażając się na groźbę ataku z wielu stron. Plan jednak spalił na panewce, bo Fenris zaskakująco przewidywał każdy jej ruch. Nie mogąc sobie z nim poradzić, zaczęła stawiać Zasłonę. A jak powszechnie wiadomo, czaru tego nie można przełamać, co więcej, wszelkie próby zniszczenia magicznej bariery zazwyczaj źle się kończyły dla atakującego. Nic więc dziwnego, że to bardzo ważny czar w arsenale maga, ale i tak samo kosztowny: nie udaje się utrzymać go na dłużej, niż około minuty, dwóch. Toteż Hadriana atakowała krótko, by następnie schronić się w magicznym kokonie, doprowadzając tym samym Fenrisa do białej gorączki. Dopiero któreś z kolei oczekiwanie na zniesienie czaru uświadomiło elfowi, że marnotrawi czas, w którym jego przyjaciele walczą z przeważającymi siłami wroga. Było to chwilowe przebudzenie z amoku, oderwana świadoma myśl, ale wystarczyła: Fenris obejrzał się, dostrzegł maga, zamarłego w trakcie tworzenia czaru, doskoczył doń i w jednym, pełnym frustracji pchnięciu zakończył jego żywot.

Naraz dotarło do niego kilka bodźców i informacji. Po pierwsze, nie było już żadnych innych przeciwników. Po drugie, Theri zbierała się ciężko z przymglonego pyłem podłoża. Po trzecie, Varrik trzymał w ręku długi nóż. Po czwarte, Avelina krzyczała do niego, wskazując ręką coś, co miał za plecami.

Nie zdążył zrobić więcej, niż spojrzeć w znienawidzoną twarz. Świetlisty łańcuch wystrzelił na jego spotkanie, oplótł szyję wraz z kucykiem białych włosów i ścisnął się wokół nich. Urwany krzyk wydobył się z gardła elfa, który obiema rękami próbował, bezskutecznie, rozszerzyć magiczną pętlę. Avelina, Varrik i Therina poderwali się z miejsc i pobiegli w kierunku apostatki.

– Stać! Ani kroku dalej, bo wasz drogi wilczek będzie lżejszy o głowę!

Zatrzymali się, choć ich spojrzenia łatwo zdradzały to, co mogłyby właśnie robić dłonie.

– Znów w okowach, co za ironia – Hadriana zaśmiała się, podnosząc wyżej rękę z dzierżącymi łańcuch palcami. – Znów w mojej służbie! Nie tęskniłeś? Zanim odejdziemy, by przekazać twojemu panu wspaniałe wieści, musisz przypomnieć sobie, gdzie jest twoje właściwe miejsce. Na kolana!

Pociągnięty łańcuch musiał sprawić ogromny ból, bo elf nie zdołał zatrzymać w gardle warknięcia, podszytego cierpieniem. Zachwiał się, a pchnięcie zbliżyło go o kilka kroków do Hadriany, lecz nie klęknął. Magini syknęła. Kolejne pociągnięcie i znów to samo.

Therina poczuła jak zalewa ją nienawiść tak straszna, że wymykająca się granicom świadomości. Wiedziała tylko jedno: nie pozwoli, by ta suka zabrała go do Danariusa; nawet, jeśli próba zabicia jej oznaczałaby też śmierć Fenrisa, będzie to lepsze rozwiązanie. Już wykonywała pierwszy krok w jej stronę, już ręka dzierżąca miecz unosiła się naturalnym wręcz gestem, już czuła na sobie spanikowane spojrzenia towarzyszy, gdy stało się najmniej oczekiwane. Fenris, w pół sekundy wyprostował się, posłał Hadrianie bardzo nieładny uśmiech i sprawił, że jego dłoń zalśniła niebieskim światłem. Kobieta złapała za łańcuch obiema dłońmi, porzucając kostur, ale była zbyt wolna, a elf stał już za blisko: jednym pociągnięciem pchnął ją ku sobie z taką mocą, że magiczny łańcuch pękł na milion iskierek, a apostatka sama wpadła w rozwarte, czekające na jej gardło palce.


– A czy ja mówię, że jej się nie należało? – strażniczka poprawiła umocowanie tarczy. – Z tego, co opowiadał Fenris w drodze do jaskiń, to należało się jak cholera. To, że obiecał jej wolność, a słowa nie dotrzymał, to sprawa wątpliwa moralnie, ale do zrozumienia: w końcu Hadriana szantażowała go informacjami o siostrze, nic dziwnego, że wyciągnął z niej co się dało. I niech cię nie zwiedzie, Hawke, te jego: „To pułapka, łzawa historyjka o zagubionej rodzinie". Przecież gdyby w to nie wierzył, zacisnąłby palce na gardle apostatki o wiele wcześniej, no nie? Ale jednego usprawiedliwić nie mogę. Tortur. Przecież w ten sposób upodobnił się do swojego byłego pana!

– W ten sposób oddał pięknym za nadobne. Nie umiem sobie nawet wyobrazić, co z nim robili, wiesz, tam. To dzikie pragnienie zadawania cierpień nie towarzyszyło mu przecież przy innych naszych wypadach. Nie, nie mogę go za to winić.

– Tylko dlaczego ten dziki, niepohamowany gniew dotknął też ciebie, hm?

Theri nie odpowiedziała.


Przypominał bestię. Dyszącą, upojoną krwią i wrzaskiem bestię. Hawke nie wiedziała, które oblicze przerażało ją bardziej: to, które widziała przed dorwaniem Hadriany, czyli zimne, wyrachowane, pewne siebie i tak bardzo obce, czy też to ostatnie, będące spotęgowaniem jego i tak już niepokornej, nieprzewidywalnej natury.

Magini była strzępem człowieka. To, co Fenris zrobił z jej ciałem było zdecydowanie niehumanitarne. Prawdopodobnie nawet Danarius nie rozpoznałby swojej pupilki po czymś innym niż szata lub złamany na dwoje kostur.

– Siostra… mami mnie siostrą! Uważają mnie za głupca!

– Fenris, może to prawda, nie chciałbyś…

– To pułapka, łzawa historyjka o zagubionej rodzinie, którą można zaaplikować ograbionemu ze wszystkiego co bliskie niewolnikowi – syknął elf, chodząc prędko w jedną i druga stronę. Nagle zatrzymał się i warknął: – A nawet jeśli, jest już jedną z nich, jedną z tych skurwiałych magów.

– Może chodźmy już, ochłoniesz…

– Zostaw mnie! Co ty sobie wyobrażasz, że możesz mną dysponować, jak ci się podoba? Że będę na każde twoje zawołanie?

– No i się zaczyna – wymruczał niezadowolony krasnolud.

– Przecież wiesz, że nie o to mi chodziło. Mam po prostu wrażenie, że jesteś niesprawiedliwy.

– Bo co, bo mówię, że magów trzeba się bać? Że nie należy im ufać?

– Tak! Możesz się nie zgadzać z Andersem czy Merrill, ale nie raz walczyli ramię…

– Przestań, widzisz ich tu gdzieś? Twoich przyjaciół, magów?

– Anders nie mógł z nami pójść, a Merrill nie znalazłam w jej domu – Theri spuściła wzrok. Prawda była przecież taka, że Anders unikał jej, jak ognia, a z Merrill pokłóciła się o to przeklęte lustro. – Zresztą nie poszli na pomoc tej dziewczynce, a nie tobie, skąd mieli wiedzieć…

– Tak, usprawiedliwiaj ich… ten plugawiec prawie zabił w afekcie inną czarodziejkę, a ta głupia elfka bawi się magią krwi, jakby to były drewniane klocki, ale wolisz tego nie dostrzegać. Wszyscy są zagrożeni przez ich niekontrolowane umiejętności, przez upajające poczucie władzy, wykorzystywane do zadawania cierpień innym.

– Zwykli ludzie też popełniają błędy, pragną władzy, nienawidzą, zabijają. Nie możesz wszystkiego, co złe sprowadzać do jednej grupy.

– Jaka ty jesteś naiwna – wysyczał elf. – Spójrz, co te skurwysyny robiły ze swoimi sługami: najpierw zabili tych, których krew dała im władzę, a później całą resztę, by wskrzeszeni zatrzymali nas kilka minut. Tyle jest warte u nich życie tego, kto stoi niżej! Dlatego wszystko, czego dotknie magia, jest skażone. Wszystko. Czarodzieje zawsze będą nosili zarodek zła, bo w umysłach tych lepszych demony urządzają spustoszenie, a całą resztę wystarczy skusić chwilową władzą. Wyciszenie albo śmierć, to najlepsza gwarancja bezpieczeństwa.

– Ani mój ojciec, ani Bethany nie dali się nigdy demonom – wycedziła przez zęby Therina. – Mimo to cieszysz się, że nie żyją, bo byli magami?

– Tak! Tak jest lepiej! – wykrzyknął Fenris i kopnął truchło Hadriany.

Theri poczuła, jakby ktoś bawił się jej wnętrznościami. Ból w błękitnych oczach dostrzegł i Fenris, bo jego fizjonomia zmieniła się jak po dotknięciu niewidzialną różdżką.

– Wyjście jest tam – machnęła ręką rozwścieczona Avelina. – Jeśli niemiłe ci nasze towarzystwo, sami pozbieramy ekwipunek. Pooddychaj głęboko powietrzem na zewnątrz, chyba że ono także skażone jest bakcylem magii, wtedy to już nie wiem.

Elf zacisnął palce w pięść, aż zatrzeszczało i pochyliwszy głowę ruszył ku wyjściu.


– Ale zobaczcie, jak wiele dobra dziś uczyniliśmy – Varrik, widząc minę dziewczyny, skierował rozmowę na inne tory. – Ledwo rozprawiliśmy się z jedną bandą rasy panów, a na drodze pojawiają się kolejni łowcy niewolników. Jakbyśmy wygrali los na loterii.

– Ta. A za mój pogięty pancerz i zranioną rękę Hawke powinniśmy im jeszcze podziękować – prychnęła Avelina. – Nie wyglądali na Tevinterczyków, ale może…

– Nie, Lina, to musieli być tutejsi, pewnie szykowali się do grubszej wymiany niewolników i sprawdzali, czy znana im kryjówka jest pusta. Tak czy inaczej, mam szczerą nadzieję, że nie było ich więcej w pobliżu.

– Widzę, Hawke, że nie przestanie cię to dręczyć – kroki krasnoluda stały się raźniejsze, bo mury Kirkwall były już dobrze widoczne. – Elf mógł na nas zaczekać przy wyjściu. Ma humory, narozrabia a potem ucieka. Jego sprawa. No i powtarzam ci, nie ma siły, która by go dzisiaj zdołała zatrzymać. Zresztą, jak mniemam, będziesz chciała go odwiedzić. Przekonasz się, że jedyne, co mogło go spotkać, to nerwica i wrzody żołądka.

Było już dobrze po zmroku, gdy osiągnęli bramy miasta. Varrik pożegnał się pod Wisielcem, a Avelina, Theri i Orana, ledwo powłócząc nogami, zdążały ku Górnemu Miastu. Hawke niecierpliwie wyglądała znajomego budynku, aż wreszcie ujrzała wiecznie zasłonięte kotarami okna, zza których, mimo to, przeświecał nikły blask ognia. Strażniczka demonstracyjnie machnęła na wszystko ręką i poczłapała dalej. Therina poczekała jeszcze chwilę, a gdy usłyszała grzmotnięcie jakimś ciężkim przedmiotem o podłogę i przekleństwo, wypowiedziane nieomylnie głosem Fenrisa (Orana, znająca Arcanum, zapłonęła jak piwonia), bryła lodu, która skuła jej wnętrzności, momentalnie się roztopiła. Niepokój uleciał, odstępując wreszcie miejsce należące do gniewu.

Chyba tylko to sprawiło, że nie rozleciała się przed samym domem, jak wysłużony sprzęt, zdołała poinstruować uradowanego jej powrotem Bodahna co do postępowania z Oraną i poprosić o gorącą kąpiel. Krasnolud musiał ją obudzić, gdy woda była przygotowana, bo zasnęła na siedząco, próbując zedrzeć z siebie strzępy skórzanej zbroi. Całe szczęście łaźnia przylegała bezpośrednio do jej pokoju, więc od razu po wyjściu służącego mogła nago przejść przez komnatę zamknąć drewniane drzwi i wgramolić się do wanny. Ciało pobudzone zostało wysoką temperaturą, a i gniew zrobił swoje; szorowała skórę niemiłosiernie mocno i co jakiś wypuszczała z ust pojedyncze przekleństwa lub coś w stylu: „Jak on mógł?". Z tego wszystkiego nalała do wody za dużo olejku waniliowego, więc wszystko wokół skąpane było w transparentnych, aromatycznych oparach. Wreszcie wstała, zrzucając z siebie kaskady wody i sięgnęła po ręcznik. Wtedy też usłyszała głos Bodahna:

– W kominku już rozpalone, messere. Panienka Orana także korzysta z kąpieli, dostała nową suknię, pokazałem jej pokoik dla gości. Trochę protestowała zmieszana, nawet nie mogła z tego wszystkiego przełknąć kolacji, ale w końcu, biedactwo, odżyje.

„Nie dziwię się jej" – pomyślała Hawke. „Ja też nie przełknę ani kęsa, tak mną nosi".

Krasnolud nauczył się rozmawiać z biorącą kąpiel Theriną poprzez stanie na głównych schodach i wołanie do pewnego punktu w murze. Choć dziewczyna nie miała żadnych przeciwwskazań, aby Feddic po prostu wszedł do jej pokoju i konwersował krótszą drogą przez drzwi, sługa stanowczo odmawiał tłumacząc, że jest starej daty i co wolno jej gościom, to jemu nie wypada.

– Twoją zbroję, pani, zaniosłem na dół. Jak wróci szanowna pani Leandra razem z moim Sandalem, mały spróbuje ją naprawić, ale tym razem uszczerbki są poważne, co nie rokuje zbyt dobrze…

Theri słuchała krasnoluda, odpowiadając mu półsłówkami i w międzyczasie niedbale osuszała ręcznikiem wybiórcze partie ciała. W końcu sięgnęła po wiszący, atłasowo-koronkowy szlafrok w chabrowym kolorze (prezent urodzinowy od Izabeli) i nałożyła go na gorące, lepkie od wody ciało. Bose stopy zostawiały na kamiennej posadzce ślady, ale dziewczyna pochłonięta była czymś zupełnie innym. Zamyślenie oraz uspokajający, choć monotonny głos sługi sprawiły, że Hawke zareagowała dopiero po wyjściu z łaźni, zamknięciu za sobą drzwi i przejściu kilku kroków w głąb sypialni. Wówczas podniosła wzrok i drgnęła, wciągając głośno powietrze. W środku komnaty stał Fenris.

– …na jutro po południu. Aha, jeszcze jedno, messere. Właśnie przyszedł pan Fenris i czeka w sypialni.

Theri nie była w stanie odpowiedzieć, więc sługa wdrapał się po schodach, wyjrzał zza uchylonych drzwi komnaty i widząc zdziwienie na twarzy Hawke, rzekł zafrasowanym tonem:

– Mam nadzieję, że nie popełniłem jakiejś gafy, serah. Mówiłaś kiedyś żeby twych przyjaciół od razu kierować do pokoju, więc…

– Nie, nie, wszystko w porządku, Bodahnie, dziękuję – Theri odzyskała głos, choć nadal nie spuszczała wzroku z twarzy elfa.

– Cieszę się. Czy będę jeszcze potrzebny?

Zaskoczenie minęło, za to powrócił kumulowany od wielu godzin gniew.

– Nie. PAN Fenris sam trafi do wyjścia – zasyczała mrużąc oczy.

Krasnolud podreptał chwilę w miejscu, w końcu rzucił „W takim razie dobranoc!" i poszedł, zamykając za sobą drzwi.

Elf westchnął głęboko, zacisnął bezwiednie pięści i rzekł niskim, po fenrisowemu wibrującym głosem:

– Przepraszam.

Cisza.

– To, co powiedziałem…

– To powiedziałeś – dokończyła rozjuszona dziewczyna. – I żadne „przepraszam" tego nie zmieni.

– Wiem – elf spuścił głowę, ale nie był w stanie oderwać oczu od Hawke. – Wiem – powtórzył i wykonał pierwsze pół kroku w stronę wyjścia.

– I co, teraz znowu po prostu sobie pójdziesz, tak? – głos Theriny zatrząsł się od wściekłości. Fenrisowi zdało się, że ogień w kominku wystrzelił mocniej, i buchnął wokół gorącem. – Chciałam ci przyłożyć, nawrzeszczeć na ciebie, chciałam cię znienawidzić, a ty co? Polazłeś sam! Czy ty, do cholery, zdajesz sobie sprawę, jak ja się martwiłam?!

Fenris miał skonsternowany wyraz twarzy; najwyraźniej nie rozumiał, jak te dwie rzeczy mają się do siebie.

– Och, ty durniu! – zawyła Theri. – Po drodze spotkaliśmy grupę łowców niewolników. Ledwo wyszliśmy z tego cali. Musiałam iść do Kirkwall nie wiedząc, czy dotarłeś do posiadłości, czy też gnijesz w jakiejś klatce dla zwierząt! Co jeszcze dla mnie przygotowałeś, co?! – zbliżyła się do elfa i krzyczała, wygrażając mu zbielałą na kostkach pięścią. – Jak jeszcze chcesz mnie dobić? Mówiłeś, że czujesz się przeze mnie ubezwłasnowolniony, ale to ty krępujesz mi ruchy, bo uczucie do ciebie każe mi umierać ze strachu, kiedy powinnam mieć cię gdzieś!

Elf przyglądał się dziewczynie, jakby widział ją pierwszy raz w życiu. Spodziewał się wszystkiego, tylko nie takich słów. Szok sprawił, że omiótł całą jej postać nowym, przebudzonym spojrzeniem: zauważył świeże, dodatkowo zaczerwienione od gorącej wody rozcięcie na dłoni, zauważył pochylone w zmęczeniu plecy, zauważył świecącą, wilgotną skórę na obramowanym niebieskim szlafroczkiem dekolcie I rozpoznał w końcu wanilię w odbierającym zmysły zapachu, jaki uderzył go od wejścia do jej sypialni.

Cisza się przedłużała, a Hawke wyraźnie tężała w gniewie, więc Fenris rzekł w końcu dziwnie miękkim głosem:

– Myślałem, że będziesz życzyła mi śmierci, tak, jak… Nie zasłużyłem na troskę, nawet na gniew. Prawdę mówiąc, spodziewałem się, że nie usłyszę od ciebie ani jednego słowa i zostanę wyprowadzony przez sługę.

– Tak, na to zasłużyłeś zdecydowanie – wycedziła Therina, zakładając ręce w nieprzystępnym geście. – Mogłabym wspomnieć jeszcze o twojej niewdzięczności, ale zaraz krzykniesz, że poniżam cię litością.

– Zrozum, że nie jest łatwo zapomnieć o kategoriach, w jakich cię stawiano dzień w dzień przez wiele lat – tłumaczył się żywszym tonem elf.

– A więc Hadriana miała rację – Hawke spojrzała mu głęboko w oczy. – Nigdy nie będziesz wolny.

Tej struny nie należało poruszać.

– Co ty o tym możesz wiedzieć? – słowa Fenrisa osiągnęły niebezpiecznie niskie i ostre rejestry, a jego malachitowo zielone oczy zmrużyły się ostrzegawczo.

– No tak, co ja mogę o tym wiedzieć – Theri zatrzęsła się w furii. W komnacie zrobiło się jeszcze jaśniej i jeszcze cieplej. – Ja tylko walczę u twego boku od miesięcy, tylko przejmuję się twoim losem i staram się robić wszystko, byś poczuł, że nie jesteś sam na świecie. Ale ty porównujesz mnie z tą dziwką! Więc co, do cholery, mam nałożyć ci pęta, lżyć i znęcać się nad tobą, bo to jest świat, do którego przywykłeś?! Chcesz być traktowany jak pies, więc będziesz nim! Zwykłym, łańcuchowym kundlem!

– Nic nie wiesz o życiu niewolnika!

Wytrzymałość emocjonalna Theriny sięgnęła zenitu, więc nie zarejestrowała dziwnej, przełamanej nuty w krzyku Fenrisa. Zamachnęła się i uderzyła go otwartą dłonią w twarz, wkładając w to ostatnią rezerwę sił zmęczonego ciała i cały arsenał gniewu, narastającego od kilku dni. Cios nie mógł wyrządzić wielkiej szkody, ale zaskoczenie elfa było tak wielkie, że odrzuciło go dwa kroki w tył. Hawke dyszała, nie mogąc zebrać się w garść. Dopiero nieprzytomny z wściekłości wzrok elfa, niebieska poświata wokół jego ramienia i pochylona, zbliżająca się sylwetka podziałały jak kubeł zimnej wody. Ale wówczas było już za późno.

Grzmotnęło nią o ścianę przy futrynie drzwi, aż pospadało kilka obrazów. Palce elfa, jak stalowe kleszcze zacisnęły się na smukłej szyi dziewczyny, pozbawiając ją oddechu. Błękitne światło i zielone oczy, niebieski i zielony, niebieski i zielony…

Zabawne, jak w momentach granicznych powraca umiejętność trzeźwej obserwacji. Theri, gasnącym wzrokiem, zauważyła, że Fenris nie miał na sobie ani zbroi, ani ciemnozielonej tuniki, jaką zawsze wkładał pod spód. Jego ciało przyobleczone było w ładną, wiązaną na obojczykach rzemykami, czarną koszulę, której rękawy elf podwinął niemal do łokci. Białe włosy miał rozpuszczone, wilgotne i nierozczesane, jakby wylał na siebie kilka dzbanów wody, zaspokajając na równi potrzebę ablucji, jak i emocjonalnego zrównoważenia. Zresztą pewnie tak było. Nie umknęła jej też paralela z niedawną sytuacją w podziemiach jej posiadłości. „Oni, mimo wszystko, są tacy podobni" – zaświtała jej w głowie rozcieńczona półświadomością myśl.

Do Fenrisa zaś dotarł najpierw jeden, niewiarygodnie silny bodziec w postaci bezgranicznie słodkiego zapachu wanilii, później zaś dopiero cała reszta. Z przerażeniem oderwał dłoń od szyi Theriny i złapał w ramiona osuwające się po ścianie ciało. Niemal jednym skokiem pokonał odległość, dzielącą go od wielkiego, pozbawionego baldachimu posłania i ułożył na jego brzegu Hawke, nie przestając ani na chwilę szeptać imienia dziewczyny. Klęczał na podłodze i muskał opuszkami palców jej czoło, policzki, włosy. Po pewnej chwili ujrzał, jak okryta atłasem i koronką pierś unosi się szybko, jak długie rzęsy odsłaniają przyciemniony od kominkowego światła błękit tęczówek. Patrzył na rozchylone, drżące usta i czekał, czekał z niecierpliwością na najokrutniejsze nawet słowa, sprawiedliwe słowa pogardy, odrzucenia i nienawiści, byle tylko jakiekolwiek padły. Wreszcie usłyszał. Prośbę, wyrażoną niemal bezgłośnie:

– Nie zostawiaj mnie…

Jeszcze raz spojrzał w błękitne oczy i zaufał. Przylgnął do jej ust swoimi, jakby czekał na to całą wieczność, jakby nic więcej się nie liczyło. Przezwyciężył się jednak, odsunął lekko głowę i, nie dowierzając własnej ocenie sytuacji, zapytał Therinę wzrokiem. Odpowiedź przyszła bez słów: nie bała się go. Zrozumiała, że wtedy, to nie był naprawdę on. Pragnęła go. Dopiero zbierała siły, dlatego drżąca niemiłosiernie dłoń nie zdołała unieść się ku prostym, śnieżnobiałym kosmykom. Ale przejęła ją druga, inkrustowana srebrnymi liniami lyrium i pomogła dotknąć policzka. W tym samym miejscu, w którym wcześniej wylądowała z dużo większym impetem. Palce Theri stężały na moment, ale Fenris, odgadnąwszy najwyraźniej w czym rzecz, posłał jej w ciepły, rozbawiony nieco uśmiech i zbliżył usta do wyprężonego nadgarstka. Palce drugiej dłoni odsłaniały ramię dziewczyny, skryte dotychczas za chabrowym, zimnym atłasem. Muskał dłoń, zbliżając się powoli do ognistych pasm włosów. Nachylił się bardziej i wtedy dojrzał siny ślad na jej szyi. Coś ścisnęło go mocno za serce, ale Hawke, odgadnąwszy najwyraźniej w czym rzecz, ujęła palcami jego brodę, zwróciła twarz ku sobie i przechyliła głowę w naglącym geście.

Nie musiała długo czekać. Usta spotkały się, w tym samym czasie, gdy przymknęły oczy, smak pocałunków był coraz intensywniejszy, coraz bardziej uzależniający. Prawa ręka Fenrisa opadła na lekko wilgotne, rozburzone, płonące ciemnorudym blaskiem włosy, zaś lewa odszukała gładką skórę ud. Therina poczuła, jak jej podniecenie rośnie, promieniując z podbrzusza na całe ciało. Pocałunki elfa spadały na zaróżowione policzki, przymknięte powieki, wygiętą szyję, pozwalały zaczerpnąć tchu lub wydać zduszone westchnienie ustom, by zaraz znów je zawłaszczyć. Lewa dłoń ślizgała się po zagłębieniach nóg i mięła piękną, chabrową materię szlafroczka. Dreszcze jeden po drugim wstrząsały spragnionym ciałem Fenrisa, któremu przestała wystarczać klęcząca pozycja własnego ciała, tym bardziej, że całująca namiętnie Theri zaczęła niecierpliwymi palcami rozsznurowywać jego koszulę. Uporała się dość szybko i pociągnęła go lekko za włosy, aby wszedł wreszcie na łóżko. Nie oponował. Jednym ruchem ramienia pozbył się górnej partii ubrania, a chwilę później na podłogę poleciały też buty. Theri odsunęła się i uklękła na połyskliwej, miękkiej pościeli, spoglądając na elfa zachwyconym, pragnącym wzrokiem. Zbliżył się niepewnie, próbując odgadnąć jej myśli na swój temat. Białe linie, zdobiące umięśnione ciało wiły się w esowatych kształtach na całej długości jego klatki piersiowej, w świetle ognia przypominały roztopione srebro. Dziewczyna wyciągnęła rękę i dotknęła opuszkami palców fragment znaków. Podążyła chwilę ich kierunkiem, wreszcie spojrzała w oczy Fenrisa. Nie wyglądał, jakby odczuwał ból. Wręcz przeciwnie. Ośmielona przytuliła się do jego torsu i muskała dłonią linie wzdłuż wyprostowanych pleców. Usłyszała ciche westchnienia, poczuła, jak dłonie elfa głaszczą delikatną koronkę, przykrywającą i odkrywającą zarazem spory fragment jej pleców. „Znaki nie muszą kojarzyć mu się z bólem" – pomyślała, składając pocałunek na srebrnym tatuażu, inkrustującym skórę ramion. Pieszczota zaskakiwała mężczyznę swoją delikatnością i ładunkiem przyjemnego drżenia. Lęk gdzieś odszedł, mięśnie rozluźniły się nieco, poddały dotykowi pełnych, miękkich ust. Dłonie niecierpliwiły się jednak, pragnęły więcej. Wyczuły szeroką wstążkę, zamykającą dwa krańce szlafroczka i pociągnęły za ogon kokardki. Przesuwały się niepłynnym, urywanym ruchem po odkrytych częściach brzucha, okrągłych piersiach, sztywnych sutkach, wilgotnym dekolcie. Ciemnorude włosy opadły na kark elfa, gdy Theri usiadła na jego udach. Fenris całował teraz wszystko, co otworzył mu rozwiązany szlafroczek, mnąc jednocześnie gorące uda dziewczyny i wdychając ogłupiająco intensywny zapach wanilii. Hawke szukała na oślep wiązania spodni, coraz mniej panując nad rozedrganymi palcami. Wreszcie, pomiędzy celowym zaplątywaniem prawej dłoni w śnieżnobiałe włosy, a czułym całowaniem szpiczastych końcówek uszu, udało jej się rozwiązać wszystkie sznureczki. Fenris w tym czasie niemal zerwał chabrowe wdzianko z nagiego cała wojowniczki. Zanim zdążyła zejść z jego kolan, złapał ją za talię i z impetem rzucił na posłanie.

Skradał się w jej stronę, zzuwając przy okazji dolne partie ubrań. Oddychali bardzo szybko, ona i on, pragnąc wreszcie się zespolić. Elf złapał jej dłonie, uniósł na poduszki za głową i przytrzymał, sam wdzierając się między jej uda i przyciskając ją całym ciałem. Był niezwykle blisko, ich usta spotkały się w palącym zmysły pocałunku. I wtedy znalazł się najbliżej. Wszedł w nią raptownie, niecierpliwie, pożądliwie, a emocja, jaka wówczas powstała, oszołomiła ich zmysły. Therina wyrwała się ustom elfa, by móc wydobyć z własnych jęk rozkoszy. Głowę odchyliła do tyłu, napinając całe ciało i pragnąc jeszcze więcej i mocniej. Poruszała biodrami w utworzonym rytmie, kołysała się w jakiejś nieznanej czasoprzestrzeni, gdzie nie liczyło się nic, prócz doznawanej przyjemności. Oczy, półprzymknięte i zamglone, szukały białych kosmyków i zielonych tęczówek. Fenris ujrzał jej wzrok i, choć wydawałoby się to niemożliwe, zalała go jeszcze większa fala ciepła. Całował odsłoniętą szyję i szeptał do ucha jej imię. I to jak szeptał!

Opadli na bok, wiążąc swoje nogi w nierozerwalny splot. Byli jednym organizmem. Lewe dłonie złączone były palcami, prawe błądziły po białych i ciemnorudych włosach, usta spijały z siebie nieartykułowane dźwięki. Podniecenie wywoływało gęsią skórkę na odsłoniętych z obu stron plecach. Co jakiś czas lazur i malachit ich oczu szukały się, by znaleźć zapewnienie o odwzajemnionych doznaniach

Elf czuł, jakby cały ulepiony był z rozkoszy. To, co właśnie się działo, umykało jego zdolnościom pojmowania; do tej pory nie był w stanie wyobrazić sobie czegoś emocjonalnie podobnego. Fale niewyobrażalnej przyjemności i uwielbienia przepływały na przemian przez jego ciało i umysł. Tak pragnął tej kobiety, tak pragnął, by nie przestawała patrzeć na niego w ten sposób…

Therina westchnęła głośno i wpiła paznokcie w jego plecy. Fenris poderwał dziewczynę za ramiona usadził na sobie, sam lądując tam, gdzie ona leżała przed chwilą. Ciemnorude pasma włosów zakryły brodawki piersi, gdy ciało Hawke wyprostowało się niczym w siodle. Elf jęknął i zmrużył szmaragdowozielone oczy. Kołysanie przeszło w coraz szybsze sunięcie, sunięcie w kłus. W sypialni było już niemożliwie gorąco. Fenris poderwał się na spotkanie dziewczyny i zamknął w ramionach to niezwykle piękne ciało, które pachniało słodyczą wanilii. Był tak blisko, tak głęboko, jak tylko się da, miał ją całą, była jego, tylko jego.

– Jestem twoja, tylko twoja…

Ogień w kominku buchnął z taką mocą, że zrobiło się prawie zupełnie jasno. Znaki na ciele Fenrisa rozjarzyły się intensywnym blaskiem. Niemal do bólu rozkoszne uczucie ostatecznego spełnienia zbiegło się z wibrującym podskórnie ostrzeżeniem. Theri wygięła się tak, jak to było możliwe, jęknęła i mocno zacisnęła powieki. Po chwili bardziej opadła niż położyła się na łóżko, nie mając siły, by wykonać jakikolwiek ruch. Jedyne, co odbierała, to dudnienie jej własnego serca i powolny, głęboki oddech elfa.

Zmęczone do granic możliwości ciało upomniało się wreszcie o zapłatę. Hawke zasnęła niemal natychmiast, zostawiając leżącego obok mężczyznę jego własnym myślom.

Szelest materiału. Trące o siebie rzemyki. Ulegające stopom buty.

– Fenris?

Elf westchnął głęboko i dopiero wtedy odwrócił głowę w jej stronę.

– Theri.

– Dlaczego już idziesz? – dziewczyna, nieprzytomnym wzrokiem, rozejrzała się po sypialni. Rozrzucona kołdra leżała na podłodze, zmięte poduszki wydzielały jeszcze zapach wanilii. W kominku dogasał ogień.

– Zaufałem ci – elf powiedział to niemal szeptem. – I oszukałaś mnie.

– O czym ty mówisz? – Therina usiadła, szarpnęła za prześcieradło i okryła nim nagie ramiona. Zrobiło jej się niesamowicie zimno.

– Poczułem to – mówił wciąż jakby do siebie. – Poczułem w tobie magię.

Hawke zamarła. Na chwilę ukryła twarz w dłoniach, lecz zaraz spojrzała w przygasłe oczy elfa i rzekła, kręcąc głową:

– Fenris, to nie jest tak, jak myślisz…

Nie przerywał. Ale ona zacięła się w sobie i tylko powtórzyła, trzymając dłonie na podołku.

– To nie tak.

– Zatem jak? – elf zacisnął mocno szczęki.

– Proszę, nie rozumiesz, ale to dla mnie bardzo trudne. Nie chodzi o magię…

– Jesteś magiem.

– Nie!

– Nie kłam – syknął Fenris, ale zaraz opanował się i znów posmutniał. – To zresztą bez znaczenia. Nie byłaś ze mną szczera, ja nie mógłbym…

Zwiesił głowę.

– Wymaż to. Tego nie było – odwrócił się ku drzwiom i zaczął odchodzić.

– Nie zostawiaj mnie… – głos Theri się załamał.

Elf drgnął, ujrzał leżące na posadzce obrazy i nie odwracając głowy szepnął: „Przepraszam". Jeszcze na schodach słyszała jego kroki, głośniejsze niż zwykle, potem już tylko skrzypienie głównych drzwi i szczęk klamki. W komnacie sypialnej wszystko nabrało koloru czerwieni. Świtało.