20.

Therina od dawna była przekonana o Varrikowej wszechwiedzy w zakresie socjologii i handlu. Składając mu wizytę tego samego dnia, w którym otrzymała list od pary królewskiej, spodziewała się takiej reakcji krasnoluda, jaka zaświadczałaby o jego doskonałym doinformowaniu. Dlatego też przeżyła prawdziwy szok, gdy Varrik, z zaskoczoną miną, zaczął wypytywać o szczegóły wizyty fereldeńskiego monarchy. „Świat się kończy", pomyślała.

– Od tej pory nikt już nie będzie kwestionował apartamentowości mojego apartamentu. Skończą się wasze żarty o eleganckiej norze czy wykwintnej piwnicy.

– Ogarniasz to? – szepnęła podekscytowana. – Chcą się ze mną spotkać, potajemnie! Nie sądziłam, że tytuł Bohaterki Kirkwall ma taką moc. Ale dlaczego akurat ja? Dlaczego nie Meredith, Orsino albo… albo Fenris? Przecież otrzymał taki sam tytuł jak ja.

– Hmmm, może królewska para nie chce spotykać się z elfami lub osobami wrednymi. Orsino wykluczony, bo elf, Meredith wykluczona, bo wredna, a Fenris z obu powodów.

– Żarty żartami, ale musi być jakaś przyczyna – Theri na samą myśl o wyróżnieniu bezwiednie się uśmiechnęła. Krasnolud odczytał jej minę na swój sposób.

– Nie chciałbym cię martwić, Hawke, ale nic z tego nie będzie.

– No co też… ja nie o tym… przecież ma żonę!

– Żona nie wątroba, można mieć drugą. Ale pomyśl, po zalegalizowaniu związku nazywałabyś się Therina Theirin. Beznadziejnie.

– Racja. Musiałabym zmienić imię. Hela brzmi przyzwoicie.

– Pff, lepiej od razu Marian.

– Marian Hawke, blee…

– Ale za to śmiało możesz wychodzić za Nathaniela, pierwsze lody macie przełamane, a Howe to prawie jak Hawke, unikniesz problemów tożsamościowych.

– A propos, zajdę do niego, pewnie chciałby wiedzieć o wizycie znajomych z Amarantu. Ty w tym czasie zajmij się ogarnięciem swojej eleganckiej nory, wiem, że potrafisz, mój ty krasnoludku.

Zirytowany i prychający Varrik skręcił w ciasną uliczkę Dolnego Miasta, zaś Theri zbiegła po schodach, prowadzących do zatłoczonych i śmierdzących Doków. Z niejakim trudem przedarła się przez tłum handlarzy, przekupniów i marynarzy, by dotrzeć do tawerny, w której pokój wynajmował znajomy Szary Strażnik.

Nathaniel, mimo własnych obowiązków, towarzyszył niekiedy Therinie i jej przyjaciołom w wypadach za miasto. Raz pomógł odnaleźć krasnoludów, którzy zgubili się w mrocznych korytarzach Głębokich Ścieżek, innym razem wytropił łowców niewolników. Nierzadko pojawiał się też w Wisielcu i dawał okrutnie ogrywać Izabeli, by ta zaprzestała choć na chwilę dręczenia go niemoralnymi propozycjami. Być może nazwanie go członkiem drużyny byłoby przesadą, lecz przyjacielem „rodziny" był z pewnością.

Theri weszła dziarskim krokiem do tawerny, wbiegła na drewniane, poskrzypujące rytmicznie schody i po krótkim, intensywnym zapukaniu w jedne z drzwi, nacisnęła klamkę.

– Cześć, Nate! Zgadnij, kto…

Zamilkła, gdy jej oczy zarejestrowały chaos przedmiotów, porozwalanych po całym pokoju i pośpiech, z jakim Strażnik próbował spakować je do torby podróżnej.

– Już wiesz – bardziej stwierdziła, niż zapytała dziewczyna, powoli zamykając za sobą drzwi.

Nathaniel odetchnął ciężko i odłożył na łóżko niedopakowany bagaż.

– Sądziłem, że oddalenie się… że zostawiając za sobą Ferelden, zostawię też przeszłość. To, co stało się z moim ojcem i to, co… – machnął ręką. – Nieważne.

– Może rozmowa przyniosłaby ukojenie – szepnęła Theri. – Nawet, jeśli nie odwzajemnia uczuć.

Spojrzał na nią lekko poirytowany.

– Taak. Mam podejść do pary królewskiej, powiedzieć królowej „Pozwól na moment", po czym wyznać jej, że chciałbym z całego serca rozbić jej doskonałe małżeństwo. I jeszcze zapytać, co ona na to.

– Ale gdybyś porozmawiał z nią, na jakikolwiek temat, może przestałbyś uciekać, może udałoby ci się zaakceptować sytuację. Konfrontacja wróciłaby neutralność.

– A ty? Skonfrontowałaś się z nim?

Na moment ją zatkało, później zwiesiła głowę i przyznała:

– Tak.

Uśmiechnął się delikatnie, podszedł i ujął jej twarz w swoje dłonie.

– Ucieczka nie zawsze jest tchórzostwem. Czasem… tak jest po prostu lepiej dla drugiej strony. Ty chyba nie jesteś w aż tak kiepskiej sytuacji. Nie jesteś, prawda?

Theri chciała odpowiedzieć, że jest, że to kompletna beznadzieja, ale ostatecznie szepnęła:

– Więc może, zamiast ucieczki, iść naprzód?

Nate zbliżył się w jednej chwili i pocałował ją. Nie był to wybuch namiętności, lecz spokojny, choć pewny siebie krok.

Niespiesznie, w tym samym momencie, odsunęli się od siebie. Nathaniel znów uśmiechnął się w typowy dla niego, smutny sposób.

– Jednak to nie to, prawda?

Mimo delikatnego uśmiechu, pokiwała smętnie głową. Usiadła na fotelu i przypatrywała się, jak pakuje swój dobytek. Gdy Nate był gotowy do drogi, podszedł do Theri, przytulił ją i bez słowa opuścił pokój.


Za Varrikiem kroczyły dwie zakapturzone postaci. Theri, zauważając je, poczuła zaciskającą się na żołądku pętlę. Stresowała się i nic nie mogła na to poradzić. Do niedawna była nikim: uchodźcą, jakich wielu; rzezimieszkiem, opłacającym pobyt w mieście wykonywaniem zleceń na kradzieże, porwania, morderstwa; biedakiem z Dolnego Miasta, ledwo utrzymującym rodzinę. Zdobycie majątku, odzyskanie rodowej posiadłości i przypomnienie mieszkańcom o płynącej w jej żyłach błękitnej krwi zmieniło całkowicie dotychczasowe życie, a nadanie tytułu Bohaterki Kirkwall było wisienką na torcie, zwieńczeniem tej wyboistej drogi do społecznego zaistnienia. Jednak poznanie tutejszych magnatów i piastujących wysokie stanowiska nobilów nie było dla niej jakimś szczególnym wyróżnieniem. Czuła, że ci ludzie nie mają tego „czegoś", że od pospólstwa, żyjącego plotkami i rozwijającego najgorsze instynkty różnią się jedynie ładniejszym strojem i czystymi rękoma. Teraz jednak miała spotkać osoby, które zdobyły sławę, koronę i miłość ludu z uwagi na swoje dokonania, poświęcenie i odwagę, nie zaś wyłącznie dzięki dobremu urodzeniu. Dla takich ludzi miała wielki szacunek i czuła przed nimi respekt.

– Oto mój apartament – Varrik wykonał zapraszający gest. – A teraz, za pozwoleniem… – i krasnolud wyszedł, cicho zamykając za sobą drzwi.

Goście zdjęli kaptury. Król Alistair wyglądał dokładnie tak, jak go sobie wyobrażała: wysoki, umięśniony, o twarzy przystojnego rozrabiaki. W jego oczach było coś takiego, co od razu kazało mniemać, iż nie jest on uosobieniem powagi. Królowa natomiast sprawiała wrażenie silnej, stanowczej kobiety o nieustępliwym charakterze, lecz zarazem zmagającej się z jakimś kłopotem, co zdradzał dziwny smutek jej oczu.

Theri uklękła, chyląc głowę:

– Wasza…

– Tak, tak, nasza wysokość i wszystkie inne podniebne tytuły – przerwał król rozbawionym głosem. – Zaoszczędź nam tego, panno Hawke, można dostać lęku wysokości.

– Sytuacja jest mało oficjalna a i jestem przekonana, że szybko się zaprzyjaźnimy, co wyklucza ukłony czy tytuły – Kiria Theirin pociągnęła dziewczynę za dłoń, zmuszając ją do powstania.

– Ale tego parszywego marynarza to wyrzucę za burtę, jak Stwórcę kocham – rzekł Alistair. – To ma być gustowny, spokojny lokal? Zagęszczenie mało wyszukanej masy ludzkiej na dole z pewnością przekroczyło kilkakrotnie normy prawne.

– Wasza Wys… Panie, to był pomysł mój i Varrika. Z początku chcieliśmy wykorzystać nasze możliwości i pod pozorem remontu zamknąć na jeden dzień Wisielca, ale to byłoby jak napisanie farbą na drzwiach wejściowych, że coś się tutaj dzieje. W końcu ten lokal nigdy nie przechodził czegoś takiego jak remont – Theri uśmiechnęła się szeroko. – Poza tym, oznaczałoby to włączenie do planu oberżysty. Dlatego wyprawiliśmy „imieniny" Varrika: do północy każdy gość tawerny dostaje darmowy kieliszek wódki. Ugadaliśmy się też z gospodarzem w sprawie jednodniowej promocji na piwo i zakąski. Załatwiliśmy także wyjątkowo głośnych bębniarzy. I dzięki temu, nawet bez nałożonego kaptura i z koroną na głowie, moglibyście przejść przez główną salę, nie wzbudzając podejrzeń.

– Sprytnie – Kiria z uznaniem pokiwała głową i razem z mężem usiadła przy masywnym, krasnoludzkim stole. – Na dyskrecji nam niezwykle zależy.

– Właśnie. Czas, byśmy wyjaśnili naszej Bohaterce, co nas sprowadza w takich niecodziennych okolicznościach do Kirkwall – Alistair odchrząknął i splótł masywne dłonie. – Po tym, jak w Amarancie część szlachty się zbuntowała i próbowała zabić moją żonę, uznaliśmy za stosowne rozbudować Ministerstwo Informacji i Spraw Zagranicznych, czyli rozsnuć sieć szpiegowską. Dzięki temu wiedzieliśmy o planowanym zamachu podczas dyplomatycznej podróży do Orzammaru, znamy także sytuację społeczno-polityczną Orlais i jesteśmy świadomi kruchej struktury fereldeńskiej suwerenności. Mamy też swoich informatorów w Wolnych Marchiach, co pozwoliło nam śledzić rozwój wypadków od ataku qunarich i przyglądać się twoim poczynaniom. Tak, nie dziw się, proszę, jesteś osobą znaczącą w Kirkwall, a dla nas nieobojętny jest też fakt, iż pochodzisz z Lothering.

– Nadal nie rozumiem…

– Ferelden potrzebuje sojuszników. Rozpaczliwie – wyszeptała królowa. – Plaga była równie tragiczna, co jej skutki, nawet po zabiciu Arcydemona. Nie potrafimy poradzić sobie z wieloma problemami gospodarczymi i społecznymi. Mimo starań, ziemia nie wydaje już tak obfitych plonów, jak przedtem. W dodatku nasz ukochany sąsiad, Orlais, wprowadził embargo na mięso, owoce i część warzyw, pod pretekstem ich słabej jakości.

– Wyobrażasz to sobie? – zwrócił się do Theriny wzburzony Alistair. – My, czołowi producenci jabłek!

– Jasne jest dla nas – kontynuowała Kiria – że bez pomocy i wsparcia innych krajów, zostaniemy zniszczeni, najpierw gospodarczo, później ekonomicznie i wreszcie militarnie. Dlatego szukamy nie tylko nowych rynków zbytu, ale i sojuszników w ewentualnej wojnie o wpływy. Nasze spojrzenie padło na Kirkwall. Z wicehrabią Dumarem nawiązaliśmy już pewną współpracę. Dzięki programowi dofinansowań dla uchodźców część z nich otworzyło własne sklepy i zapewniło korzystny obrót gotówki. Wielu, po otrzymaniu zapomogi, postanowiło wyjechać z miasta, co uspokoiło nastroje społeczeństwa kirkwallskiego i rozwiązało jeden z problemów Dumara. Wszystko zdawało się być na dobrej drodze do zacieśniania wzajemnych relacji politycznych, gdy stało nie nieoczekiwane.

– Teraz, gdy na to patrzę – Therina zapatrzyła się w nieokreślony punkt przestrzeni – atak Arishoka i śmierć Dumara nie były tak nieoczekiwane. Wicehrabia, mówiąc brzydko, sam zapracował sobie na to, co się stało.

– Być może – Alistair pokiwał w zamyśleniu głową. – Jednak gdy doszła nas wiadomość o śmierci jego syna, który zresztą należał do qunarich, doszliśmy do wniosku, że ta strata, można rzec: obustronna, usunie wrogość i nieufność, jaką darzyli się wicehrabia i Arishok. Wtedy jednak jeszcze nie wiedzieliśmy, że na tę całą relikwię poluje nasza stara znajoma, Izabela.

– Tego to nikt nie wiedział – mruknęła Therina.

– Krótko mówiąc, nasze nadzieje na pozyskanie sojusznika legły w gruzach – Kiria wsunęła niesforny kosmyk włosów za ucho. Theri zauważyła, że oboje, król i królowa, mieli bardzo podobny kolor włosów. Mogliby nawet uchodzić za rodzeństwo.

– Jak się domyślam, komtur Meredith nie jest najlepszym partnerem do rozmów?

– Dobrze się domyślasz, panno Hawke – Alistair wstrząsnął się z odrazą na samo wspomnienie zwierzchniczki templariuszy. – Mam wrażenie, że czegoś brakuje w jej diecie. Pewnie serów.

– Mam nadzieję, że nie oczekujecie ode mnie mediacji? – przerażona Therina spoglądała to na króla, to na królową.

– Stwórco broń! – zaśmiała się Kiria. – Nie rzucilibyśmy pani na żer temu żelaznemu monstrum.

– Miało być nieoficjalnie – przypomniała Therina i wyciągnęła rękę w kierunku królowej. Ręka została entuzjastycznie uściśnięta. „Teraz to już tylko cesarzowa Celene i Boska", pomyślała. – Zatem na czym ma polegać moja pomoc?

– Wiemy, jak reagują na ciebie mieszkańcy miasta – Kiria zniżyła nieco głos. – Jesteś ich bohaterką, nie tytularną, nieosiągalną postacią, ale żywym człowiekiem. Część z nich pamięta cię jeszcze z czasów twojego zakwaterowania w Dolnym Mieście. Przeszłaś to, co oni. Stałaś się autorytetem dla zagubionych, promykiem nadziei dla rzeszy doświadczonych przez los. Nawet nie zdajesz sobie sprawy z tego, jakie masz społeczne poparcie – zakończyła Kiria.

Cisza.

– Chwileczkę, czy ja dobrze zrozumiałam? Chcecie zrzucić Meredith ze stołka i posadzić tam mnie?

– A widzisz, mówiłem ci, że od razu zrozumie – rzekł Alistair uszczęśliwionym głosem.

– Nie, nie, o nie – Theri zaczęła kręcić energicznie głową w przeczącym geście. – Nie chcę. Nie mogę. To nie dla mnie. Wykluczone.

– A widzisz, mówiłem ci, że odmówi – gdyby Alistair miał psie uszy, na pewno położyłby je po sobie.

Hawke westchnęła.

– Rozumiem powagę sytuacji, jednak nie znam się na rządzeniu, nie umiałabym podejmować odpowiednich decyzji. Umiem tylko walczyć, ot co.

– Niektórzy mówili w ten sam sposób. I proszę – Kiria uśmiechnęła się czule do męża, który spojrzał na nią znękanym wzrokiem. – „Nigdy nie chciałem być królem. Nie pragnę korony. Byłbym fatalnym władcą". Czy nie tak było, mój drogi? Gdyby nie naglący czas i wyjątkowość sytuacji, oddałbyś tron komukolwiek, nawet tej zdzirze, Anorze.

– Ej, nie napadaj na mnie. Napadanie jest złeee.

– To nie jest reguła – rozpoczęła na nowo Theri. – Ja… ech, może nawet radziłabym sobie jakoś, rzecz jasna z pomocą odpowiednich doradców, ale po prostu tego nie chcę. Byłabym nieszczęśliwa za biurkiem. Rządzenie wolę zostawić kompetentnej osobie, na pewno znajdzie się ktoś, kto zajmie miejsce pani komtur.

– Nie jestem pocieszony twoją decyzją, Therino, ale rozumiem cię jak nikt – westchnął Alistair. – Skoro jednak sama poruszyłaś ten temat, mamy prośbę alternatywną – zwrócił się nagle do żony. – To w ogóle jest dobre sformułowanie, „prośba alternatywna"?

– Dobre, skoro tak powiedziałeś. Przecież jesteś królem.

– No tak, racja! Zatem, spodziewając się, że możesz odmówić, pomyśleliśmy o innym rozwiązaniu sytuacji. Bylibyśmy zobowiązani, gdybyś pomogła w posadzeniu na tronie Kirkwall naszego zaufanego człowieka.

Theri, zapominając na chwilę, że rozmawia z parą królewską, skrzywiła się nieprzyjaźnie.

– Therino – Kiria dostrzegła tę reakcję i postanowiła załagodzić wydźwięk słów Alistaira. – Wiem, jak to wygląda. Przybywają w zasadzie obcy ludzie, powołują się na twoje korzenie i pragną ugrać coś dla siebie twoim kosztem. W dodatku oczekują poparcia dla jakiejś fereldeńskiej wtyczki. Ale uwierz mi, mamy czyste intencje, o kłopotach i możliwościach korony już ci opowiedzieliśmy, choć są to informacje, za które wielu szpiegów z Orlais czy Nevarry oddałoby duszę demonom. Kierujemy się dobrem naszego kraju, ale nie oznacza to, że stosujemy metodę „po trupach do celu". Napatrzyliśmy się na tyranów i zdrajców, nie podsunęlibyśmy ludowi Kirkwall podobnego człowieka, aby rozwiązać własne problemy. Osoba, którą widzielibyśmy na tutejszym tronie, jest szlachetnym, odważnym mężczyzną, który potrafi dbać o swoich poddanych. Nie znasz takiego wśród tutejszych szlachciców, prawda? No właśnie. Ale nie musisz nam wierzyć na słowo; jeśli się zgodzisz, przyjedzie tutaj i będziesz mogła obserwować go sama. Nawet przy pomyślnych wiatrach nie zajmie stanowiska wicehrabiego w kilka tygodni.

– W jaki sposób miałabym mu pomagać?

– Och, to nic takiego. Wystarczy, że pokazałabyś się z nim kilka razy wśród ludu, a gdyby doszło do wyborów i zapytano cię oficjalnie o zdanie, poparłabyś jego kandydaturę. Oczywiście, jeśli uznasz go za odpowiedniego władcę. Nie chcemy cię do niczego zmuszać, choć wydaje nam się, że na tle kirkwallskiej szlachty wypadnie naprawdę dobrze.

– I tak pozostaje kwestia Meredith – Theri, mimo początkowego sceptycyzmu, zaczęła otwierać się na propozycję pary królewskiej. W końcu co jak co, ale nowy władca przydałby się jej miastu.

– Mamy kilka pomysłów, na przykład zniesławienie, ale postanowiliśmy jeszcze poczekać – Alistair spojrzał na Hawke poważnym wzrokiem. Gdy chciał, umiał pozbyć się łobuzerskiej powierzchowności. – Nie chcielibyśmy niszczyć jej życia. Przynajmniej nie dopóki plotki o jej szaleństwie i okrutnych praktykach pozostaną jedynie plotkami. Może też sama zrzeknie się w końcu władzy, która formalnie jej się nie należy.

– Coś się nie zanosi… – wymruczała pod nosem Theri.

Alistair rozłożył ręce w geście, który można było zinterpretować jako „No widzisz, pewni ludzie się nie zmieniają".

– No dobrze, przyjmijmy, że spróbuję pomóc. A co, jeśli wasz człowiek gra, przybiera jedynie maskę dobrotliwego, szlachetnego mężczyzny?

Kiria i Alistair spojrzeli po sobie z napiętymi minami i w następnej sekundzie wybuchnęli śmiechem. Ten nagły objaw wesołości skonsternował Hawke, zwłaszcza, że trochę trwał.

– Prze… uf… przepraszam, Therino – zaczęła Kiria, jeszcze ze łzami w oczach. – Ale widzisz, ten człowiek, nawet gdyby dostał służbowe polecenie, żeby zagrać, dajmy na to cwanego czy złego faceta, zrobiłby z siebie jedynie pośmiewisko. On jest jaki jest, nie potrafi być inny. I to jest w nim wspaniałe.

– No no, bo sobie coś pomyślę. W końcu trochę smalił do ciebie cholewki – król pokiwał ostrzegawczo palcem.

– Zanim stało się wiele ważnych rzeczy, na przykład zaręczyliśmy się – Kiria uśmiechnęła się słodko do męża i puściła mu oczko.

– A więc… kim jest ten tajemniczy mężczyzna? – niepewnie spytała Therina.

Alistair oderwał od żony maślane oczy i z rozbawieniem powiedział:

– Moim wujem. Tak jakby.