Przepraszam za przerwę w prowadzeniu historii Theriny i Fenrisa. Zabrało weny, a potrzebowałam jej nieco do napisania tego rozdziału. Kolejny jest już w produkcji, więc tym razem powinno być lepiej :) Dziękuję za komentarze, ukazujące zainteresowanie!
21. [Inspiracja: Kwoon – Bird]
W ciągu tego miesiąca sporo się wydarzyło. Najpierw w Kirkwall pojawił się Teagan Guerrin; gdy tylko zajął swoją letnią posiadłość na obrzeżach Górnego Miasta, wokół zawrzało. Niektórzy zaczęli powoływać się na rzekomą długoletnią przyjaźń, z kolei inni widzieli w nim fereldenskiego szpiega. Były też, oczywiście, watahy starych panien, oblegające mury niczym morowa zaraza czy gromady dzieciarów, mające nadzieję na pogłaskanie najprawdziwszego mabari. Tak czy siak, Theri przyglądała się Teaganowi uważnie, ale póki co znalazła jedynie niepokojącą słabość do serów. „Krew nie woda. Tak jakby", pomyślała.
Innym istotnym wydarzeniem była zmiana stanu cywilnego Aveliny. Kameralne przyjęcie weselne przypadło do gustu pani komendant. W ogóle była tego dnia niezwykle mało avelinowa: zero rozkazywania, kontroli sytuacji, sztywniactwa. Therina sądziła, że esencja jej charakteru zawarta została w skórzanym pasku, oplatającym na co dzień jej skronie. Gdy go zdjęła, pojawiła się skromna, cicha, szczęśliwa Ruda. Hawke była pod wrażeniem. I cieszyła się, że miała pretekst do nieustannych toastów. Pod koniec przyjęcia miała wrażenie, że lewituje, ale za to zdołała na chwilę wygonić z głowy Fenrisa.
Okazało się, że elf wyjechał. Nie było go trzy tygodnie i podejrzewano, że Fenris na dobre opuścił Kirkwall. Gdy członkowie drużyny zauważyli go pewnego dnia na ulicach Górnego Miasta, nie tłumaczył się, ani nie zatrzymał nawet celem powitania, tylko kiwnął lekko głową i wrócił do swojej rudery. Hawke nie była już pewna, czy jego powrót był dla niej miłym zaskoczeniem.
Zdarzyło się coś jeszcze: morderca od białych lilii zaczął znów polować. Tym razem jednak, jak pomyślała Therina, dokonał niewłaściwego wyboru.
– Spójrzcie – powiedziała do Varrika i Andersa, prezentując bukiet. Tylko ich zdołała znaleźć w pobliżu, a nie chciała tracić cennego czasu. Zbrodniarz mógł być niedaleko. – Bodahn odebrał lilie od jednego z tych urwisów, co to biorą każde zlecenie. Trzeba go znaleźć i wypytać.
– Dobrze, że uczuliłaś Bodahna na te całe lilie. Przynajmniej od razu po ciebie posłał – rzekł Anders podchodząc do wazonu. Ostatnimi czasy ich relacje nieco się poprawiły. Theri zastanawiała się, czy przypadkiem nie było to spowodowane wyraźnym rozluźnieniem więzi między nią a Fenrisem. – Ale mógł sam wypytać chłopaka o szczegóły, mielibyśmy mniej roboty.
– Chciał, ale zanim powiedział: „Przepraszam młody człowieku, czy byłbyś tak uprzejmy i raczył wyjaśnić mi kilka kwestii, związanych z twoim zakończonym przed chwilą zleceniem?", urwisa już nie było w Górnym Mieście.
– Bycie dżentelmenem a bycie fujarą to dwie różne rzeczy, proszę tego nie mylić – wymamrotał Varrik, ale tak, by nie słyszał tego nadchodzący właśnie służący.
– Czy mógłbym się jeszcze na coś przydać, messere?
– Wiesz, tak. Powiedz mamie o tej całej sprawie. Do tej pory nic jej nie opowiadałam, bo zaraz byłoby lamentowania, że gdzie ja się szwendam, że gdzieś tam jest psychopata, że po nocach łażę itp. Uprzedź ją po prostu. Tak w ogóle, to gdzie ona jest?
– Przykro mi, panienko, nie mam zielonego pojęcia.
– Ostatnio ciągle jej nie ma, kiedy wracam. Pewnie lata na ploty do sąsiadek. Dobra, chłopcy. Idziemy poszukać naszego małego kuriera. A ten cały dewiant niech się lepiej zaczyna bać. I nic mu nie pomoże fakt, że wysłał mi bukiet kwiatów.
Flemeth spojrzała na Therinę, pomijając Bethany i matkę.
- Jest w tobie coś… Wiesz o tym. Przypadek? Nie tylko, prawda? Czy jednak to wystarczy, gdy pycha strąci cię w przepaść? Tam, gdzie ciemno, a ogień gaśnie…
- O czym mówisz?
- O tobie, maleńka. I… przykro mi.
Znaleźli chłopaka dość szybko. Wiedzieli, że tacy niemal natychmiast tracili dopiero co zarobione pieniądze. A Dolne Miasto było najlepszym na to miejscem, bo można było przepuścić miedziaki na najróżniejsze sposoby: a to kupując ciepłego jeszcze precla, którego szlachcic z Górnego Miasta palcem by nawet nie dotknął, czy też „inwestując" na wyścigach szczurów albo tracąc je na rzecz innego młodocianego cwaniaczka. Dlatego Theri prawie od razu znalazła zasmarkanego, poobijanego wyrostka, o którym mówił Bodahn. Po zaprezentowaniu nagrody, którą otrzyma w zamian za podanie informacji, chłopak wrócił od razu do formy; otarł łzy i zalał pytających potokiem słów:
– Czy się przyjrzałem? Jasna sprawa, nikt nie ma tutaj takiego wzroku jak ja, nawet mówią na mnie Oko. Ksywka taka. No, więc miał siwe włosy, ale nie był stary, bo nie garbił się i chodził szybko, i nie śmierdział. Uśmiechał się ciągle, trochę tak głupkowato, ja wiem, ale dał mi sporo miedziaków. A mówił, że czy wiem, gdzie jest dom Amellów, no to ja, że pewnie, kto nie wie? A on wtedy, żebym dostarczył tam kwiaty i że jak tego nie zrobię, to się dowie, a ja na to, że nie, że dostarczę, bo kiedyś, jak będzie chciał znowu, to ja też mogę. To się mówi, że ja dbam o markę.
– O, w mordę. Ma smykałkę do interesów – rzekł z podziwem Varrik.
– No i? Co dalej?
– W sumie to nic. Coś tam mamrotał pod nosem, hmm, coś o włosach. I poszedł.
– Gdzie?
– A tam, w stronę tych kuźni, na prawo. A mnie spotkał niedaleko obcowiska. Akurat chciałem skubnąć coś elfom ze straganów, ale jak wpada taka fucha, to co komu po paciorkach.
– Dobra, słuchaj – Hawke wygrzebała z sakwy dwie srebrne monety – gdybyś coś sobie przypomniał z tego jego mamrotania, to znajdź mnie. Wiesz kim jestem?
– Jasna sprawa!
– No. Ale jak spróbujesz zmyślać, to nie będzie korzystne dla twojej, jak to nazwałeś, marki. Aha. Gdybyś przypadkiem spotkał tego gościa od kwiatów, pod żadnym pozorem z nim nie gadaj, tylko w te pędy leć po mnie. To niebezpieczny facet.
Chłopak przytaknął, zabrał w brudną dłoń srebrne monety i poleciał jak strzała w stronę jednej z uliczek.
– Kuźnia. Znowu – Anders spojrzał w stronę rozpadających się budynków, za którymi wchodziło się w głąb dzielnicy. – Pomyliliśmy się wtedy? Przecież nic tam nie było. Oprócz ludzkich szczątków, oczywiście.
– Nie wiem. Martwi mnie to. Przez ten błąd mogliśmy doprowadzić do co najmniej jednej śmierci – Theri westchnęła i oparła się o chłodny mur.
– To co teraz? – Varrik podrapał się po odsłoniętej klacie. – Chyba nie pójdziemy tam tylko we trójkę?
– Gdyby Avelina tu była… mogłabym iść do strażniczki Brennan, zastępuje w końcu naszą panią komendant, ale nie wiem czy da mi swoich ludzi tak od ręki. Pewnie nie chce stracić ich podczas swojego zastępstwa.
– Nie przekonamy się, póki nie spróbujemy. Zresztą – dorzucił krasnolud – jeśli pan morderca poluje na ciebie, to raczej poczeka.
– Nie bardzo rozumiem – rzekł Anders. – To nie jest amator, przecież wiemy. Nie jest też nowy w mieście, musiał o tobie usłyszeć. Przerzucił się z niewinnych, niepozornych kobiet na żywą legendę? Niebezpieczną wojowniczkę? Coś mi tu nie gra.
– Podejrzewam, że to ostrzeżenie – Hawke mówiła cicho, prawie do siebie. – Należy zakładać, że jest inteligentny, nie ma szans, by popełnił tak prosty błąd. Wie, że go szukałam, że prowadziłam śledztwo. Przysłanie mi lilii to jak śmiech prosto w twarz: „Ha, widzisz, nigdy mnie nie złapiesz". Albo jak wyzwanie.
– Albo jak pułapka – prychnął Varrik. – Po prostu chce cię zwabić do tej swojej nory. Zakłada, i dobrze zakłada, że tam właśnie pójdziemy go szukać i Stwórca jeden wie, co dla nas przygotuje.
– Być może. Ale nie mogę czekać z założonymi rękami, aż zamorduje kolejną kobietę. Jak Brennan nie będzie chętna do współpracy, wtedy się pomyśli.
W ciszy zaczęli maszerować w kierunku Twierdzy. Każdy z nich zatopił się we własnych myślach, kreował kolejne teorie, zmagał z nachodzącymi wątpliwościami. Wieczór zbliżał się powoli, lecz nieubłaganie: niebo przybrało gdzieniegdzie szmaragdowy odcień, zrobiło się nieco chłodniej.
Trójka przyjaciół przeszła już spory kawałek Górnego Miasta, gdy za ich plecami rozległ się dźwięk przypominający pacnięcia bosych stóp o kamień.
– Oho, przypomniał sobie – zachichotał Varrik.
– Albo go zobaczył – Theri bez chwili wahania wyszła na spotkanie młodzika.
– Przypomniałem sobie! – krzyknął uradowany.
– Mówiłem? – skomentował zadowolony z siebie krasnolud. Hawke uciszyła go karcącym spojrzeniem.
– Dobrze pamiętałem, że coś o włosach tam było. Ten gość powiedział, jak odchodził: „Siwe włosy, takie same, nie starość, ale powaga. Takie piękne". Przysięgam, że tak powiedział! Wyleciało mi to z głowy, bo już myślałem o tym, co zrobię z tymi miedziakami, co je dostałem od niego i…
Chłopak zamilkł, gdy zorientował się, że coś jest nie tak. Pani Hawke pobladła bardzo, wyglądała, jakby miała za chwilę stracić przytomność. Ten pół-rozebrany krasnolud rzucił niewybrednym przekleństwem, a ten pan blondyn powiedział, że muszą szybko iść po Straż Miejską. Wtedy Bohaterka zaczęła biec. Chłopak był pod wrażeniem, wiedział, że potrafi walczyć, w końcu zabiła tysiące qunarich, nie sądził jednak, że umie tak szybko biegać. Ale on i tak na pewno był szybszy. Po chwili krasnolud powiedział do blondyna, że sprowadzi pomoc, a blondyn do krasnoluda, że musi się śpieszyć, bo nie dadzą rady we dwoje. I pobiegł za tą Hawke. Krasnolud ruszył pod górę, ale po chwili odwrócił się i rzucił chłopakowi suwerena. Suwerena! W tej chwili Kirkwall miało dwóch wyjątkowych mieszkańców: jeden był najszczęśliwszy na świecie, drugi najbardziej przerażony.
Anders starał się dogonić Therinę, choć nie było to łatwe. Wiedział, że dziewczyna nie zważa teraz na nic i liczy się dla niej tylko bezpieczeństwo matki. Ale gdy dojdzie do walki, mogą umrzeć otoczeni przez cienie czy cokolwiek innego, co wymyśli ten szaleniec. Varrik postąpił słusznie: i tak nie dotrzymałby im kroku, a do Twierdzy miał o wiele bliżej i mógł zmobilizować kilku wprawnych wojowników. Tylko czy zdąży? Anders miał obawy, że nie. Gdyby ktoś z ich drużyny, choć jedna osoba…
I oto, jak na zawołanie, jest. Spośród poruszonych szaleńczym biegiem Theriny przechodniów wyłonił się białowłosy elf. Zdążył dostrzec tylko zarys sylwetki Hawke i skaczącą w pędzie ciemnorudą kitę. Nie miał nawet czasu żeby się zdziwić, gdy na horyzoncie pokazał się zgrzany i zziajany Anders. Powietrze wypełniła elektryczność. Fenris nie wiedział, co się stało, ale wyglądało, jakby Theri uciekała przed tym cholernym magiem. „A zresztą, co mnie to obchodzi. Ich sprawa" – pomyślał, choć serce podpowiadało mu coś zupełnie innego.
Tymczasem Anders, zadyszany, wpatrywał się nienawistnie w elfa, jakby chciał go zabić za pomocą skupionej negatywnej energii. Przez kilka sekund bił się z myślami, aż w końcu wyrwało się z jego ust:
– Niech to szlag…
I zdecydowanym krokiem ruszył w stronę Fenrisa. Białowłosy napiął się cały, gotowy do walki. Zgromadzeni wokół przechodnie z zaciekawieniem czekali na rozwój wypadków. Wiedzieli, że ten cały elf to sam Bohater, a wysoki blondyn jest jednym z przyjaciół Theriny Hawke. Wyglądało, jakby tych dwóch się nie znosiło. Ciekawe o co poszło. Pewnie kochają się w Bohaterce, na pewno o to chodzi. To takie romantyczne.
Tymczasem blondyn podszedł do elfa i powiedział mu kilka słów. Spojrzeli na siebie przez moment bez pierwotnej nienawiści i po chwili pobiegli w ślad za Theriną.
– E…, chyba jednak się w niej nie kochają. Tak to by się przecież pozabijali – jedna z mieszkanek osiedla machnęła ręką i owinięta szczelnie rozłażącym się szalem odeszła w stronę swojego mieszkania.
Theri nie pamiętała nic z drogi, jaką pokonała w tym tempie. Jakby nagle ktoś wymazał jej pamięć albo przeniósł jakimś portalem przed kuźnię w Dolnym Mieście. Nie czuła zmęczenia, nie słyszała swojego oddechu, nie była już sobą. Była myślą, paniczną myślą, jednym wielkim błaganiem. Kogo błagała? Stwórcę? Nie wiedziała, nie zastanawiała się, tylko prosiła, a zarazem nienawidziła. Była bezsilna. W tym momencie była bezsilna, znowu bezsilna, musiała zdążyć, może jeszcze zdąży.
Nie zarejestrowała, że żelazne odrzwia kuźni były niedomknięte. Nie ujrzała plamy krwi na schodach tam prowadzących. Nie poczuła odoru rozkładającego się ciała, gdy zanurzyła się w gęstej ciemności tego miejsca. Nie wiedziała, kiedy jej ręka sięgnęła po jeden z mieczy. Nie zatrzymała się, gdy ostry pisk rozdarł ciszę, a cienie zaczęły płynąć w jej kierunku. Nie miała pojęcia kiedy wszystko umilkło, a ona zaczęła iść dalej. Nie czuła krwi, lepiącej jej koszulę do ciała.
Klapa w podłodze. Głupia klapa. Kilka desek i gwoździ. Tylko tyle.
Zeszła. Nigdzie nie było pochodni. Mrok oblepiał wszystko wokół. Dźwięk? Z tyłu? Nieważne, ona idzie naprzód. Szybciej! Szybciej! Jakieś małe światło. Świeca. Obraz… jej matka, dlaczego jej matka jest na obrazie? Co się dzieje?
Zaroiło się od dźwięków. Wytwory magii i Pustki ruszyły na Therinę. Gniew i frustracja wróciły ze zdwojoną siłą. Drugi miecz sam znalazł się w dłoni. Chyba wirowała, chyba poczuła żar demona i chłód skupionych wokół cieni. Niebieski rozbłysk. Pisk upiora. Zapach magii.
Droga była wolna. Gorąca ciecz łaskotała skórę między łopatkami, ale po chwili przestały docierać do niej bodźce zewnętrzne. Tylko jeszcze jakaś ręka złapała ją za ramię. Wyrwała się i pobiegła przed siebie. Korytarz, wiele schodów i znów korytarz. Światło, światło na końcu. Jakiś człowiek. Odwrócił się. Uśmiecha się. Ma siwe włosy.
– Ach, macie te same rysy. Musisz być jej córką.
Szła na niego, ale niewidzialna bariera wstrzymała jej ruchy.
– Gdzie ona jest? – to był jej głos? Tak brzmiał jej głos?
Szamotała się z blokującą siłą, czuła, że ustępuje. Gniew rozsadzał jej wnętrzności, był mocą, mogła uratować matkę, mogła.
– Twoja matka jest tutaj, w najlepszej formie. Jest taka piękna… moja ukochana… Ta twarz, idealna!
Mężczyzna zwrócony był w kierunku wielkiego, masywnego krzesła. Do Theriny dotarło niewiele. Wystarczająco jednak, by osłabła kierująca nią siła. Matka żyła. Była tutaj. Nie jest za późno. Zdążyła. Tym razem zdążyła.
Z palców wysunęła się klinga jednego z mieczy i głuchym pacnięciem uderzyła o ubitą ziemię. Therina zachwiała się. Poczuła czyjeś ramię. Usłyszała w końcu swój oddech. Dyszała.
– Mamo?
Wstała. To ona! Jej piękne, siwe włosy. Suknia ślubna? Czy matka przyszła tu dla niego? Pewnie tak, pewnie po prostu się zakochała. Przecież jest jeszcze młoda, dlaczego nie pomyślałam o tym? Zasługuje na szczęście, zasługuje…
Leandra zaczęła kroczyć w jej kierunku. W Therinie serce zamarło. Na moment przed oczami miała jedynie ciemność. Na moment.
Fenris, odkąd usłyszał od Andersa co się stało, starał się wygonić z głowy to, co poróżniło go z Hawke. Sytuacja była wyjątkowa, na bok zeszły niemal wszystkie niesnaski i wątpliwości. Niemal. Elf chyba nie potrafił już całkowicie oddać się porywom emocji. Nawet w momencie przekraczania progu kuźni pomyślał o tym, że teraz wyjdzie na jaw, czy Therina korzysta z magii. Dziewczyna była w amoku, próby zakamuflowania swoich magicznych umiejętności nie wchodziły w grę. Jednak po tym, co zobaczył w środku, Fenris zaczął czuć się nieswojo. Hawke poruszała się w morderczym szale, jeszcze szybciej niż zwykle, jeszcze mocniej tnąc przeciwników. Zanim dobiegli do niej, wykończyła całą gromadę cieni. Sama. Takie rzeczy robili we czwórkę, przy sprzyjających wiatrach we trójkę. Podczas drugiej konfrontacji to samo: furia, rozmazujące się ostrza, świst powietrza. Mimo iż tym razem zdążyli przyjść z pomocą, Theri jakby ich nie zauważyła. Anders coś do niej mówił, złapał ją nawet za ramię, ale ona tylko ruszyła przed siebie. I ten jej wzrok. Fenris zastanawiał się, czy zaszło coś w czasie jego nieobecności, co tak odmieniło dziewczynę, czy też strach przed utratą matki zmienił ją nie do poznania. Bo przecież widział już Hawke w momencie dla niej tragicznym. Kiedy umierała Bethany, Theri była rozedrgana, przybita, zamknięta w sobie. Nie płakała. W zasadzie to nie pamiętał, żeby kiedykolwiek płakała. I nie krzyczała. Właśnie. Therina często chowała emocje, kierowała je do wewnątrz: strach i rozpacz nie wycisnęły nigdy z jej gardła pojedynczego okrzyku. Jak wtedy, gdy spadała w przepaść. Nie krzyczała. Nawet w złości rzadko unosiła się na tyle, by coś wykrzyknąć. A teraz ta jej wewnętrzna cisza nie była już smutkiem, stała się czymś upiornym, nieludzkim.
Wraz z momentem ujrzenia tego siwowłosego maga, elf nabrał pewności, że matka Theriny nie żyje. Znał ten rodzaj ludzi, wyczuwał ich na kilometr. Potężny mag krwi, nie amator, który nie wie co robi, ale świadomy swej potęgi mężczyzna. Fenris chciał uspokoić Hawke, walczącą szaleńczo z magiczną barierą. Była przez to podatna na wszelkie ataki, a ciężki oddech, sugerujący upływ sił, zwiększał tylko to ryzyko. Wtedy okazało się, że jej matka tu jest, siedzi na krześle. Fenris zdążył objąć ramieniem dziewczynę, która niebezpiecznie się zachwiała. Jednak gdy to, co pozostało z Leandry Amell odwróciło się i zaczęło pełzać w ich kierunku, wlekąc za sobą tren sukni ślubnej, Fenris zamarł w przerażeniu. Widział przecież wiele okropności, których siłą napędową była magia, a jednak teraz było inaczej, teraz widział osobę, którą znał, lubił, która była dla niego dobra. A która stała się ofiarą magii i okrutną parodią samej siebie.
– Czyż nie jest doskonała? – pytał z zachwytem siwowłosy mag. – Czyż nie wróciła do mnie?
Fenris spojrzał na Hawke. Przytrzymał ją mocniej, bo dziewczyna była trupio blada. Chciał ją odciągnąć, aby móc później walczyć, ale Therina krzyknęła. A krzyk był rozdzierający.
Ani Anders, zbierający się już do ataku, ani Fenris, zazwyczaj błyskawicznie reagujący na zmianę sytuacji na polu bitwy, nie byli w stanie wykonać żadnego ruchu. Zanim szok minął, Theri wyrwała się z objęć elfa i z rykiem przebiła się przez niewidzialną ścianę. Siwowłosy mag uśmiechnął się jeszcze bardziej i utworzył wokół siebie barierę. Czar tak znany, tak popularny, tak często widziany u wrogich apostatów, a jednak Anders i Fenris wstrzymali na moment powietrze. To było najgorsze, co mógł jej zrobić. Wszyscy wiedzą, że bariery się nie przełamie, że próby zawsze przynosiły jedynie straty u atakującego, najczęściej doprowadzały do wybuchu energii, który go zabijał. Białowłosy elf doskonale rozumiał, jak ten czar może doprowadzić do szału: niedawno tak samo pogrywała z nim Hadriana. Musiał czekać, krążyć wokół niej jak zamknięty w klatce tygrys, bo to nie ona była uwięziona, tylko on, uwięziony w niemocy. Czekanie wyprowadzało z równowagi, dekoncentrowało. Sprawiało, że popełniało się błędy.
Teraz Therina szła na maga ściskając do niemożliwości klingę Przyjaciela. Dyszała i krzyczała, potknęła się, ale nie przestała iść. Anders próbował do niej dobiec, Fenris także zrozumiał: ona nie poczeka, nie zatrzyma się. Nie myśli o tym.
Wiedzieli, że nie zdążą.
I wtedy uderzyła. Z całą mocą, z najgłośniejszym okrzykiem, jaki kiedykolwiek wyszedł z jej gardła, z całą rozpaczą, jaką gromadziła latami na dnie serca. Uderzyła, a bariera zapłonęła żywym ogniem. Ładunek energii eksplodował, powalając na kolana Andersa i Fenrisa. Powstali tak szybko, jak potrafili, by przebić się wzrokiem przez pył i odszukać Therinę. Chcieli biec jej na ratunek, nawet podejrzewając najgorsze: że na ratunek będzie za późno. Podbiegli kilka metrów i stanęli jak wryci.
– To… niemożliwe. To jest niemożliwe – wyszeptał Anders.
Hawke stała nad siwowłosym magiem. Bariery nie było. Ogłuszony morderca nie miał możliwości, by się bronić. Therina uniosła ostrze miecza. Ostrze płonęło.
Cios splótł ze sobą dwa dźwięki. Ryk, jaki wydał z siebie mag, gdy miecz odciął z sykiem jego prawe ramię i wrzask, jaki wydała z siebie Theri. Wwiercający się w mózg dźwięk czystej nienawiści.
Nikt nie zauważył Varrika i czterech ludzi ze straży, którzy stali na końcu pomieszczenia, niezdolni do jakiejkolwiek reakcji. Krasnolud nie mógł się ruszyć, ale za to w jego głowie pojawiła się zaskakująco wyraźna, klarowna myśl. O tym, że Theri umiera. Znana im wszystkim przyjaciółka umiera właśnie raz na zawsze. I już nigdy nie wróci.
Tańczący na ostrzu płomień wzniósł się i opadł ponownie. Wrzask i dźwięk gulgoczącej w gardle krwi. Drugie ramię maga poturlało się po nierównym gruncie. Anders, mimo iż nogi odmawiały mu posłuszeństwa, podszedł do chwiejącej się istoty, której głowa była głową Leandry Amell. Trzęsącymi się dłońmi splótł jeden z czarów, bez nadziei na cokolwiek. Wiedział, jakiej magii użyto, wiedział też, że nic nie jest w stanie cofnąć tego, co zrobił ten szaleniec. Anders zebrał się w sobie i wziął ożywieńca w ramiona. Następnie powoli, bardzo powoli położył kobietę na ziemi. Spodziewał się, że gdy morderca wyzionie ducha, magia wiążąca przestanie istnieć, a nieumarła padnie niczym kłoda na ziemię. Chciał oszczędzić Therinie tego widoku. Choć tyle mógł zrobić. Nachylił się nad tą znaną, dawniej taką ciepłą i radosną twarzą, a zamglone oczy spojrzały na niego z pewnego rodzaju wdzięcznością. „A więc jeszcze tam jest. Odrobina Leandry", pomyślał uzdrowiciel, gdy oddalał się od pozszywanego nieludzko ciała.
Kolejny ryk. Któryś ze strażników odbiegł od grupy i zwymiotował. Kikut nogi sikał ciemnoczerwoną krwią. Fenris nie mógł już tego znieść. Gdzieś uciekło zaskoczenie i alarmujące uczucie, które pojawiło się, gdy Hawke znów użyła tej dziwnej mocy. Teraz widział tylko szaleństwo i rozpacz, widział obcą mu osobę, najpotężniejszą istotę, jaką kiedykolwiek spotkał. Chciał, by wróciła Theri. Podszedł, bardzo niepewnie, do kobiety dzierżącej płonący miecz, kobiety całej zbryzganej posoką, o wyszczerzonych w nienawiści zębach i rozszerzonych do niemożliwości źrenicach.
– Hawke…
Chyba nie słyszała elfa. Ani nie widziała.
– Theri, przestań…
Złapał ją za ramię, lecz wtedy poczuł wibrującą moc. Cofnął się machinalnie, czując jak znaki na jego ciele fosforyzują, a dziewczyna zamachnęła się i skierowała broń na wykrwawiające się ciało maga.
Kadłub drgał w przedśmiertnych reakcjach organizmu, oczy mordercy od białych lilii zachodziły mgłą, ale wciąż wpatrywały się w swojego kata. Theri dyszała. Do ostatniego ciosu zamachnęła się tak, jakby chciała przebić ziemię, dostać się do jej serca, ukarać za to, że nosiła takiego bydlaka. Okrzyk towarzyszący uderzeniu poniósł się echem po kuźni i wydostał na zewnątrz. Tors maga został przecięty na pół.
Drugi ze strażników zemdlał. Varrik wstrzymał jakimś cudem torsje. Anders zaczął nabierać tchu, jakby się dusił. Fenris… Fenris tylko patrzył.
Miecz wypadł z ręki dziewczyny i plusnął w kałużę krwi. Theri opadła na kolana, wydawało się, że straci przytomność, ale ona zaczęła czołgać się w stronę ciała ubranego w ślubną suknię. Strażniczka Brennan nie mogła patrzeć na istotę, która była kiedyś Theriną Hawke, a która zamieniła się w zakrwawionego boga zemsty. Tylko trójka jej przyjaciół czuła coś, co nie było ani strachem, ani obrzydzeniem. Coś pomiędzy żalem, smutkiem a złością.
Hawke dobrnęła do leżącego ciała. W nagłej, ogłuszającej ciszy, rozległy się słowa:
– Jestem z ciebie dumna. Bardzo. Wiedziałam, że mnie uwolnisz. Teraz już zobaczę Malcolma. I Bethany. I Carvera.
– Mamo… – wyszeptała rozedrganym głosem Therina. – Przepraszam… Znowu… Nie umiałam…
– Ciii, skarbie. Zrobiłaś wszystko, co mogłaś. Teraz musisz żyć. Będę na ciebie spoglądać, stamtąd… stamtąd…
– Mamo…? Mamo!
Fenris nie mógł ochłonąć po tym, co zaszło. Jej krzyk był tak straszny, bo niespodziewany. Nie był jej. A teraz jego serce ponownie zamarło. Przeciągły jęk i szloch wypełniły powietrze. Anders schował twarz w dłoniach. Varrik zamknął oczy. Fenris zrobił pół kroku w stronę rozdartej rozpaczą Theriny, ale nie podszedł bliżej, nie miał siły.
Płacz wstrząsał jej wątłym, czerwonym od krwi ciałem. Poklejone posoką włosy sprawiały wrażenie czarnych, nie rudych. Głowa opadła i zetknęła się z czołem martwej kobiety.
Nikt nie wiedział, ile to trwało. Po jakimś czasie jednak szloch ustał. Varrik już wcześniej wydał dyspozycje: strażnicy mieli zająć się zbadaniem miejsca kaźni. Być może odkryją inne zwłoki albo jakieś informacje o wspólnikach mordercy. Krasnolud zabrał też płaszcz Brennan i podał go załamanemu Andersowi z wymownym spojrzeniem. Mag zrozumiał, co należy zrobić.
– Theri? – Varrik kucnął tuż przy dziewczynie. Nie było reakcji. Delikatnie dotknął jej włosów. – Wstań… musimy iść. Nie możemy tutaj zostać. Chodź, powoli, pomogę ci. No… dobrze. Teraz do góry, powoli…
Verrik kiwnął na Fenrisa. Elf podszedł do dziewczyny. Zawahał się jedynie na moment. Dotknął jej policzka, uniósł podbródek i spojrzał w oczy. Otwarte, puste oczy. Mimo dreszczu przerażenia wyciągnął ramię i delikatnie pomógł Therinie wstać. Był pewien, że nie utrzyma się sama na nogach, ale, choć chwiejnie, postawiła pierwszy krok. Anders klęknął i owinął Leandrę w strażniczy płaszcz. Następnie wziął ciało na ręce i ruszył ku wyjściu.
– Pójdę przodem, trzeba powiedzieć wszystkim w posiadłości, przygotować co trzeba… – wyszeptał do uzdrowiciela Varrik. – Hawke nie powinna widzieć ich rozpaczy. Uważajcie na nią.
Krasnolud minął ich z głośnym westchnięciem i zniknął w mroku.
To była najdłuższa droga w życiu Fenrisa. Hawke szła obok niego, bez pomocy. Ale nie był pewien, czy w ogóle wie dokąd zmierza. Deszcz zmywał z niej krew, a jemu i Andersowi przywracał zmysły. Nie rozmawiali.
Varrik czekał już pod posiadłością Amellów. Wziął Andersa na stronę i powiedział mu, że Gamlen i służba wiedzą, że brat zmarłej czeka w Zakonie, chce zobaczyć ciało, krasnolud nie zdołał mu tego wyperswadować. Tam też przygotują Leandrę do ostatniej podróży. Anders miał tylko moment, w którym chciał się zbuntować, ale nie trwał on dłużej, niż sekundę. Bez słowa poniósł ciało w kierunku Zakonu.
Krasnolud wziął Therinę za rękę i wprowadził do środka. Bodahn ledwo się wstrzymywał. Orana wybiegła, tłumiąc szloch. Sandala nie było w ogóle.
– Theri, zaczekaj… Chodź, usiądź. Dobrze. Masz wypij, pomogą ci, zobaczysz.
Varrik podał dziewczynie przyniesiony przez sługę kubek ziół. Fenris poznał po zapachu, że dodano tam czegoś jeszcze.
Hawke trzymała w dłoni naczynie, ale nie robiła nic więcej. Wciąż patrzyła w nieokreślony punkt przestrzeni.
– Pomóż jej, do cholery! – mruknął Varrik do Fenrisa.
Elf, jakby dopiero rozbudzony, ujął jej dłoń, trzymającą kubek i poprowadził do ust.
– Wypij. Proszę.
Bezrefleksyjnie przechyliła naczynie i zaczęła pić płyn. Bardzo wolno, ale do samego dna. Varrik odebrał kubek z jej zaciśniętej dłoni i odchodząc z nim rzucił przez ramię do elfa:
– Złap ją.
Fenris miał tylko chwilę na reakcję. Powieki dziewczyny opadły, a całe ciało przechyliło się w jego stronę. Zdążył ją przytrzymać, zanim osunęła się na podłogę i wziął na ręce wiotkie ciało.
– Woda już gotowa – wyszeptał przestraszony Bodahn. – Orana zajmie się panienką. Biedna, biedna dziewczyna.
Nieprzytomną Therinę zostawiono pod opieką szlochającej służki. Elfka drżącymi dłońmi rozebrała Hawke i obmyła jej ciało z krwi. Woda w bali była różowa. Gdy ubierała ją w czystą suknię, na zewnątrz pokoju czekał Varrik i Fenris. Siedzieli na kanapie, bez słowa. W końcu ciszę przerwał krasnolud.
– Muszę załatwić kilka spraw związanych z pogrzebem, pomóc Gamlenowi. Zimny drań, ale mocno to przeżył. Andersa wyślę po Merrill i Izabelę, powinny wiedzieć. Posiedź tu, środek był silny, ale gdyby się czasem obudziła albo, co gorsza, dostała zapaści, musisz działać. Orana czy Bodahn nie poradzą sobie… – spojrzał na elfa – Żyjesz?
Fenris kiwnął tylko głową.
Gdy służka otworzyła drzwi, wszedł do środka, by zabrać nieprzytomną do sypialni, na górę. Choć w przeciągu dwóch godzin przeżył tak wiele, dopiero teraz się załamał. Teraz, gdy ujrzał z powrotem Theri, znaną mu dziewczynę, wyglądającą na martwą. Była biała jak śnieg, usta miała blade, policzki bez koloru. Długa suknia, w którą przebrała ją Orana, miała anemiczny, szary kolor, co tylko potęgowało wrażenie. Zza tylnego dekoltu wystawał bandaż.
– Panienka… była ranna. Nie umiem opatrywać… tak dobrze, ale… rana jest płytka. Chyba… chyba to nic groźnego.
Fenris uniósł rękę, uspokajając Oranę. Delikatnie wziął Hawke na ręce i próbując nad sobą panować, zaniósł dziewczynę do jej sypialni. Nie sądził, że jeszcze kiedyś tu wróci. Że będzie miał ją w ramionach. Znów zranioną. Znów modląc się, by oddychała. Ale nie było już zapachu wanilii w powietrzu.
Fenris położył dziewczynę na chłodnej pościeli. Później usiadł w fotelu obok łóżka i schował twarz w dłoniach.
