22.

Avelina zamknęła za sobą drzwi, po czym ciężko usiadła w wytartym fotelu komendanta straży. W swoim fotelu. Założyła ręce i pochyliła głowę. Zamknęła oczy. Nie było dobrze. W zasadzie: było do dupy.

Tuż po przyjeździe ze wspaniałego miodowego miesiąca, Avelina poszła zobaczyć swoich ludzi. Nie dała się namówić mężowi na jeden dzień „aklimatyzacji" w Kirkwall; martwiąc się o stan Straży Miejskiej, nie potrafiłaby się skupić na czymkolwiek innym. Choć nadal w luźnym, cywilnym ubraniu, pani komendant pojawiła się dwa dni przed końcem urlopu w Twierdzy. Miała jakieś dziwne przeczucie, że coś niepokojącego działo się podczas jej nieobecności. Prawda przeszła wszelkie wyobrażenia.

Brennan była nieswoja. Najpierw zdała krótki raport: rozbito grupę przemytników, jeden strażnik został ranny, zakupiono zgodnie z instrukcjami komendantki nowe naramienniki u płatnerza z Dolnego Miasta, dwóch ludzi zrezygnowało ze służby…

„Co?!" – wykrzyknęła wówczas Avelina. Jeszcze nigdy, podczas jej całej kariery w Straży Miejskiej, nie zdarzyło się coś podobnego. I wówczas Brennan w żołnierskich słowach opowiedziała o tym, jak krasnolud Varrik poprosił o wsparcie w walce z tym mordercą od lilii, o zaginionej Leandrze, o tym, co zobaczyła na miejscu. Oraz o strażniku, który na ten widok wyrzygał całą treść żołądka. Drugi z kolei stracił przytomność, a po otrzeźwieniu niemal natychmiast zdał strażniczy płaszcz. Brennan, w osłabionym składzie przeszukując kuźnię, natknęła się na zwłoki jednej z zaginionych kobiet oraz na zapiski tego szaleńca. Wszystko jest w aktach sprawy.

Avelina nie mogła dojść do siebie. Właśnie usłyszała, że jej przyjaciółka dostała pomieszania zmysłów, Leandra nie żyje, a Straż Miejska jest w rozsypce. Pani komendant bez chwili zastanowienia ruszyła w kierunku wyjścia. Nie była przy Hawke, kiedy ta najbardziej jej obecności potrzebowała, więc teraz musi się z nią zobaczyć, wesprzeć ją, czy coś.

Drzwi posiadłości były zamknięte, po chwili jednak na próg wyszedł Bodahn.

– Niestety… panienka zamknęła się w swojej sypialni i nikomu nie otwiera. Odkąd rano przebudziła się z tej śpiączki, spytała tylko pani przyjaciół, gdzie jest ciało jej matki. Gdy powiedzieli, że w Zakonie, kazała im wyjść z pokoju. Wszyscyśmy myśleli, że panienka zaczyna dochodzić do siebie, że ubierze się, przygotuje do jutrzejszej uroczystości… ale ona nie wyszła już stamtąd. Próbowałem ją przekonać, przecież nic nie jadła, dobrze, że gdy jeszcze leżała nieprzytomna, zostawiłem w jej pokoju sok. Wczoraj nikt nie mógł w domu zasnąć, więc z Oraną wzięliśmy się za coś pożytecznego, pomyśleliśmy, że wyciśniemy świeży sok z owoców…

Avelina podziękowała krasnoludowi i ruszyła w stronę Wisielca. Wiedziała, że to od Varrika dowie się najwięcej. Mogła go nie lubić za głupie gadki i wyjątkowo luźne podejście do życia czy prawa, ale cieszyła się, że w takiej chwili był przy Hawke. Teraz to na nim spoczywał trud organizacji pogrzebu, spraw natury biurokratycznej, dopięcia terminów i zadbania o szczegóły.

W jego apartamencie panował chaos. Wchodziło i wychodziło mnóstwo osób, rachunki i notatki walały się po stole, a sam Varrik wyglądał na strasznie zmęczonego. Gdy ujrzał Avelinę westchnął ciężko, wyprosił wszystkich postronnych i wskazał, by usiadła. Kobieta bała się opowieści, jakiej miała za chwilę wysłuchać. Bo była pewna, że tym razem krasnolud niczego nie zmyśli, nie ubarwi, nie wyolbrzymi. I miała jebaną rację.

Po wszystkim zapytała:

– Czekaj… musieliście ją uśpić?

– To, czym wówczas była, tak.

– Jasna cholera… co będzie jutro?

Krasnolud splótł dłonie i spojrzał gdzieś przed siebie.

– Miałem nadzieję, że wróci do jako takiej formy. Że minie pierwszy szok a organizm upomni się o swoje. Jak zapytała o ciało matki, byłem dobrej myśli. Kontaktowała, pamiętała, co się stało, nie musieliśmy jej mówić o śmierci Leandry. Ale teraz już wiem, że było to tylko chwilowe panowanie nad sytuacją. Gdyby reagowała normalnie… wiesz, jak osoba w żałobie, owszem, ale znana nam Hawke, nie zamknęłaby się przed nami w taki sposób. Zdajesz sobie sprawę, ile było w niej zimnej, negatywnej energii? Można było ją wyczuć, aż miałem ciarki na plecach.

– Co, jeśli w ogóle nie wyjdzie z tego pieprzonego pokoju? Albo coś sobie tam zrobi?

– Nie wiem, Ruda, nie mam już sił, by się nad tym zastanawiać. Coś się stało, tam, wczoraj. I to nie było normalne. Każdy z nas to poczuł.

– Skoro wy nie możecie dojść do siebie, nie dziwi mnie już, że straciłam w szeregach dwóch swoich ludzi – mruknęła komendantka, pocierając dłonią czoło.

Do drzwi zapukano kilkakrotnie. Varrik wstał od stołu i pożegnał się ze strażniczką. Miał do załatwienia jeszcze sporo formalności. Avelina, nie spiesząc się, wróciła do Twierdzy. Usiadła ciężko w fotelu komendanta straży. W swoim fotelu. I parszywie zaklęła.


Podłoga skrzypiała. Merrill chodziła w kółko po mieszkaniu, nie mogąc zebrać myśli do kupy. Pięć kroków w prawo, trzy prosto, cztery w lewo. „Muszę się w końcu wziąć za to bielenie ścian". Stół, komoda, potknięcie o dywan, pięć kroków w prawo.

W nocy, kiedy zapukał Anders, była pewna, że znaleźli ją templariusze. Ale po chwili zrozumiała, że nie byliby na tyle uprzejmi, by zapowiedzieć wizytę pukaniem. Gdy zobaczyła na progu przemoczonego do cna uzdrowiciela, zapytała z głupia frant, czy przyszedł po te zioła, które obiecała mu kilka dni temu. Wiedziała przecież, że nie fatygowałby się po nocy, w samym środku ulewy, ale przeczuwała jakieś kłopoty i chciała gadką przegonić widmo prawdy.

Zaprosiła maga do środka, rozpaliła w kominku, wstawiła wodę na ziołowy wywar. Spod oka przyglądała się jego fizjonomii, czekała, aż wypowie to straszne coś, czuła strach…

– Zamknij się, Merrill, z łaski swojej – warknął Anders. Elfka dopiero wtedy zdała sobie sprawę, że ciągle coś mówiła. Nawet nie wiedziała co.

– Przepraszam – powiedział po chwili apostata. – Po prostu… posłuchaj.

I opowiedział jej o jakimś szalonym śnie. Bo to chyba był sen, prawda? Leandra nie mogła umrzeć, była na to za dobra. A Hawke? Bywała przecież zła, ale to zawsze była ona, Therina. Może zmarszczyła się za bardzo w gniewie albo miała chrypkę, że jej nie poznali? No ale te sceny jak z opowieści grozy? Może po prostu tak na chwilę, każdy przecież…

Nie, Merrill, koniec z tymi głupotami, nie jesteś dzieckiem, przestań się chronić. Hawke przeżyła tragedię, a ciebie tam nie było. W ogóle ostatnio cię przy niej nie było. Odkąd posprzeczałaś się z nią o Eluvian. Chciałaś ją ukarać, pokazać, że jesteś obrażona, że nie masz jej wsparcia, więc niech przyjdzie pierwsza, pokaże, że ty, Merrill, jesteś jej potrzebna. Tak się nie stało. Może już nigdy się nie stanie. Anders jest poruszony, a przecież niejedno widział w życiu. Hawke się zmieniła, a oni nie potrafili jej pomóc. Anders, Fenris i Varrik przynajmniej próbowali, a ona? Siedziała sobie w domu, martwiąc się o zagubiony but. Co z tego, że taka Izabela też nic nie wiedziała? To była Izabela, wszędzie jej pełno, a Merrill? Siedziała sobie w domku, w ciepłym mieszkanku. Nie robiła nic.

– Przyjdź rano. Może gdy się obudzi, będzie potrzebowała pomocy, wsparcia. Nie wiem – Anders dopił gorący wywar, opatulił się szczelniej płaszczem i rzekł: – Idę po Izabelę. Może choć raz w życiu będzie poważna.

I wyszedł w noc.

Już nad ranem Merrill była w posiadłości Hawke. Na piętrze, przy łóżku, siedzieli Fenris, Anders i Varrik. Patrzyli na leżącą postać z napięciem. Elfka zrozumiała, dlaczego: Therina oddychała bardzo szybko, jej powieki zaczęły się rozchylać. Budziła się.

Zamarli, obserwując reakcję jej źrenic na światło, powracającą na usta czerwień, strużki potu, spływające po bladym czole. Dziewczyna uspokoiła oddech, spojrzała w bok, dostrzegając przyjaciół. Przez dłuższą chwilę nic nie mówiła, lecz w końcu szepnęła, nieswoim głosem:

– Matka. Gdzie jest? Ciało.

W pokoju zrobiło się bardzo zimno.

– W Zakonie – odezwał się Varrik. – Sebastian przy niej czuwa.

Nie odpowiedziała. Znów wrócił ten nieobecny wzrok. Merrill zaczęła drżeć. Czuła kumulującą się energię, ale nie wiedziała, jakiej jest natury. To nie była magia, nie w zwykłym tego słowa znaczeniu. Magia też wibruje w powietrzu, ale inaczej, mniej jednoznacznie, subtelniej. Ta aura była agresywna, obca.

– Wyjdźcie.

To nie brzmiało jak prośba. Przyjaciele spojrzeli po sobie, nie wiedząc, co robić.

– Hawke… – odważyła się Merrill. – Jesteśmy tutaj dla ciebie, możemy ci…

– Będziemy niedaleko, gdybyś nas potrzebowała – Varrik pociągnął Merrill za rękaw. Ta spojrzała jeszcze raz na Therinę. Nie, nie było tutaj Theriny. Strach ścisnął gardło elfki. Wyszła z sypialni, prowadzona przez przyjaciół.

Czekali na dole. Godzinę. Dwie. W tym czasie jedyne, co się wydarzyło, to pojawienie się upierdliwej, brzęczącej basowo muchy i wtargnięcie Izabeli. Usprawiedliwiając się, że dopiero teraz dostała wiadomość od Andersa, od razu skierowała się na schody prowadzące do pokoju Hawke. I została dość brutalnie powstrzymana przez Fenrisa. Zdezorientowana zaczęła napastować wszystkich wokół, domagając się wyjaśnień. Tyle, że nikt nie miał ochoty na rozmowę.

– Opowiem, co wiem – rzekła do piratki Merrill. Zawsze to coś do zrobienia, wyręczy innych. Pomoże. Będzie przydatna.

– Myślę, że nie ma sensu tutaj tkwić – Varrik wstał z sofy i zrobił kilka kroków w stronę wyjścia. Wreszcie odwrócił się i powiedział: – Fenris, Anders, idźcie do siebie, powinniście się przespać. Gdyby coś się działo, Sandal czy Orana was znajdą. Muszę załatwić kilka rzeczy, ale wrócę tutaj wieczorem. Dam znać, jakby co. Aha, pogrzeb jest jutro w południe.

Po tym, jak krasnolud zamknął za sobą drzwi, nastała przejmująca cisza, ale ostatecznie każdy z obecnych zaczął zbierać się do wyjścia. Merrill również.

Po drodze, jak obiecała, wyjaśniła Izabeli, co zaszło poprzedniej nocy. Czuła się głupio: przecież jej tam nie było, opowiadała zdarzenia znane pośrednio, przez czyjeś świadectwo. Nie mogła zatem mówić o uczuciach, relacjonować przekonująco, odpowiednio. „Jak można wczuć się w kogoś innego, opisać scenę, w której nie grało się żadnej roli? Mówić o emocjach, nie będąc pewnym, czy to właśnie dana osoba czuła? Jak być szczerym w tworzeniu? Czy to w ogóle kogoś martwi?". Piratka, mimo iż wyraźnie zasmucona nowinami, w sobie właściwy sposób komentowała całą sprawę, bagatelizując obawy przyjaciół. Elfka pozazdrościła jej tego uproszczonego systemu psychicznego.

Rozstali się przy Wisielcu, skąd Merrill podążyła w stronę obcowiska. Będąc z powrotem w swoim mieszkaniu, nie mogła znaleźć sobie miejsca. Zaczęła krążyć bez celu i sensu, tupiąc bosymi stopami w skrzypiące deski podłogi. Czas jakby stanął w miejscu. Pięć kroków w prawo, trzy do przodu, cztery w lewo. Ściany, domagające się obielenia, stół, komoda. I milczące, ślepe Lustro, jak wyrzut sumienia. „Gdzie też mógł podziać się ten upiornie denerwujący but? Muszę go jeszcze raz poszukać".


Poranne dzwony obwieszczały, że nastał nowy dzień zmagań, radości, smutku i nadziei. Kolejny dzień, jaki Stwórca ofiarował swoim dzieciom.

Sebastian dopiero teraz podniósł głowę. Był na klęczkach, w zasadzie spędził tak całą noc: modląc się. Światło świtu przedarło się przez witraże i pokolorowało posadzkę, czyniąc z niej barwną mozaikę. Siostry zakonne i klerycy przemierzali te kamienne płyty, spiesząc gdzieś w sobie znanym celu i kierunku.

„Ruch jest życiem. Bezruch myślą, ale i śmiercią. Czy dlatego modlący się w ciszy są bliżej śmierci? Czy lepiej działać, czy lepiej zgłębiać? Stwórco, czemu nie mogę odnaleźć spokoju? Czy to próba? Czy śmierć Leandry miała jakiś cel, którego nie powinniśmy się doszukiwać? Dlaczego tak mocno doświadczyłeś tę rodzinę? Czy Hawke mało już wycierpiała? Utrata ojca, rodzinnego domu, śmierć rodzeństwa, a teraz matki. To grzech, że pragnę znaleźć odpowiedzi, zrozumieć, czy to kara, czy też część większego planu? Zawsze, wiesz o tym, próbowałem widzieć zło jako coś, co ostatecznie zamienia się w dobro. Ale teraz? Jakie dobro wyniknie ze śmierci tej niewinnej, kochającej kobiety? Jak Therina pozbiera się po tym ciosie? Wytrzymała już tak wiele, nie jest słabą duszą, ale tym razem czara goryczy się przepełniła. Kim się przez to stanie? Czy to, co robiła dla innych, pomoc, jaką niosła ludziom, elfom i krasnoludom, znaczy dla Ciebie tak niewiele? Czy nie zrekompensowała ewentualnych grzechów? Co zrobiła, że tak ją ukarałeś?!".

Cisza.

„Może jesteśmy słabi i grzeszni, może sami na siebie sprowadzamy zło, może puściłeś w ruch mechanizm świata i spoglądasz na nas z nadzieją. Ale jak mamy poradzić sobie bez Twojej pomocy? Bez ingerencji? Bez jednego, wyraźnego znaku? Jeśli ta dziewczyna przyjdzie do mnie i zapyta: dlaczego?, co mam jej odpowiedzieć? Czy znajdzie pocieszenie w słowach, że nie wiadomo, z jakich powodów powołujesz do Siebie jednych, drugich zostawiając przy życiu? Czy ukoję jej ból, jeśli powiem, że to nie Twoja wina, bo zostawiłeś ludzi samych sobie i zło pochodzi tylko od nich? A może mam rzec, że kiedyś dołączy do swojej rodziny, że zobaczy ich znów po śmierci? Czy mógłbym tak powiedzieć, wiedząc jak słabo trzyma się w tej chwili życia, jakim wrakiem człowieka się stała? Powiedz mi, czy mógłbym mówić, że rozpacz i smutek przekują się w siłę, jeśli ona była silna, była najsilniejszą kobietą, jaką znałem, a teraz śmierć ukochanej matki… Dlaczego w ogóle tak? Dlaczego, jeśli była ci potrzebna, nie umarła naturalnie? Czy musiałeś zrobić coś tak strasznego? Przecież ona… ona musi się obwiniać! Że nie potrafiła uchronić nikogo ze swej najbliższej rodziny! Została sama, nie licząc Gamlena, sama na świecie, bez rodziny, bez więzów krwi. Ja przecież wiem, co to znaczy! Wiem! Ale ja… miałem wrogów, których zlikwidowałem. Potępisz mnie, ale to dało mi siłę, właśnie to. Bo nie mogłem zrobić nic innego, bo byłem daleko, gdy to się stało. A Therina? Ile ją dzieliło od uniknięcia katastrofy? Drewniana klapa w podłodze? Jedna rozmowa z matką? Dlaczego nie mogło być inaczej, dlaczego śmierć Leandry nie zależała od innych, poważniejszych czynników, którym nie sposób było zapobiec? Przecież miałbyś jej duszę, a Therina nie obwiniałaby się za tę śmierć. Nie chcę wierzyć w to, że dopuszczasz tak wiele zła, tak wiele cierpienia. Ale wtedy oznaczałoby to, że nie mieszasz się do naszych spraw. Czemu więc jestem na kolanach, po co błagam Cię o cokolwiek, jeśli nie masz mocy sprawczej? Odpowiedz!"

Cisza.

„Tak, wiem, mogę sobie teraz mówić, że cisza też jest odpowiedzią. Albo że Wielki Plan znasz tylko Ty i na nic wysiłki, jakich dokonuje rozum. Ale jestem słaby, waham się, klęczę u Twych stóp, a nie mogę znaleźć pocieszenia ani siły. Boję się, że grzeszę, ale nie potrafię się oszukiwać, maskować trudnych pytań frazesami, jakich używają inni w Zakonie. Mam tylko nadzieję, że jest w tym jakiś cel. Wybacz mi moją butę. Po prostu… ciężko odnaleźć spokój, gdy błądzi się we mgle, a jedyna pewna droga prowadzi przez śmierć".

Sebastian westchnął głośno, podniósł się z klęczek i skierował w stronę nawy. Leżało tam ciało, szykowane teraz, przez matkę Teodyceę, do ostatniej podróży.

Słońce przebiło się przez jeden z witraży i pokolorowało na zielono kamienną posadzkę.


Pogrzeb miał się rozpocząć za chwilę. Varrik rozglądał się nerwowo na boki, próbując skontrolować wszystko i wszystkich. Dzięki zatrudnionym osiłkom mrowie gapiów nie mogło się przedostać do środka, co zapewniło właściwą, kameralną oprawę. Wpuszczono tylko te osoby, z którymi Leandra utrzymywała stały kontakt. Tutaj niezwykle pomocny okazał się Bodahn, bo oprócz niego takimi informacjami dysponowała jedynie Therina. A ona nie odezwała się do nikogo ani słowem.

Niewielka salka wypełniona była już znajomymi zmarłej, a także przyjaciółmi Hawke. Członkowie jej drużyny stali z tyłu, we względnym skupieniu. Z jednej strony grupę zamykał Anders, z drugiej Fenris. Wszyscy założyli na siebie to, co w ich mniemaniu uchodziło za w miarę odpowiednie, więc Varrik odetchnął z ulgą. Nie było tak źle, jeden problem mniej.

Na katafalku, znajdującym się w centrum komnaty, leżała biała trumna. Nie była to ozłocona skrzynia, obita najdroższym aksamitem, choć tak właśnie żegnano kirkwallskich szlachciców. Tutaj nie było przepychu, a jedyną ozdobę stanowiły żłobienia, układające się w herb rodu Amellów. Varrik wykazał się wyczuciem, choć nie uważał za stosowne wpaść w ascetyczną skrajność. Dlatego ciało kobiety otaczały naręcza niezapominajek; było ich dużo, bardzo dużo, a zmarła zdawała się w nich zanurzona. Jakby leżała na łące.

Ubrana w piękną szkarłatną suknię, Leandra wyglądała na pogrążoną we śnie. Siwe włosy ułożono tak, by zasłaniały okaleczone partie ciała, a usta pomalowano delikatnie karminową kredką, dzięki czemu pani Amell sprawiała wrażenie… żywej. Choć tyle można było zrobić, by nie ranić Hawke widokiem pozszywanego ciała, zarazem dając jej możliwość spojrzenia na matkę ostatni raz.

W tle pobrzmiewała cichutka melodia skrzypiec. Varrik w ostatniej chwili odnalazł jedną z artystek, która występowała na balu dla Bohaterów Kirkwall. Gdy wyjaśnił o co chodzi, zgodziła się bez wahania. I mimo nalegań, nie wzięła ani miedziaka.

Na zewnątrz zapanowało jakieś poruszenie. „Idą", pomyślał krasnolud. Wyjrzał delikatnie, obawiając się, czy gapie nie będą zbyt wielkim problemem. Ale zatrudnieni mężczyźni wywiązywali się ze swoich obowiązków: Therina, prowadzona pod rękę przez Gamlena, nie napotykała żadnych problemów w drodze do świątyni. Ubrana w czarną, bardzo skromną suknię, wyglądała na dużo starszą, niż w rzeczywistości była. Głowę miała spuszczoną, oczy jakby przymknięte. Varrik czuł, że nie ma w niej już tego zimnego czegoś, tej pustki, która tak ich wszystkich przeraziła. Miał nadzieję, że się nie mylił.

Gamlen zaskakująco podołał wyzwaniu. Szedł pewnie, z pełną powagą, ale nie zostawiał siostrzenicy samej sobie. Wręcz przeciwnie: wyglądało na to, że dawał jej wsparcie, co chwilę spoglądał na nią i głaskał jej przedramię. Koszula, którą znalazł dla niego Varrik, leżała idealnie.

Za nimi kroczyli Bodahn, Sandal i Orana. Być może tego nie chcieli, ale stali się żałobnym konduktem: łzy płynęły z oczu elfki bez przerwy, a krasnoludzki sługa co rusz sięgał po bawełnianą chustkę. Jego syn wyrażał zaś smutek całą, mimo wieku po dziecięcemu szczerą twarzą.

Varrik śledził drogę Gamlena i Theri do pierwszej ławki. Jak, zresztą, wszyscy zgromadzeni w kamiennych murach świątyni. Dało się zauważyć, że dziewczyna jest wykończona, a przygotowanie jej do uroczystości musiało nastręczyć niemało trudności: spod wykonanego ewidentnie naprędce warkocza wysuwały się niepokorne pasma włosów, czarna suknia była nieco wygnieciona, a ostatni z guzików na plecach rozpięty. Gdy dotarła na miejsce, musiała wesprzeć się na ramieniu wuja, by, po prostu, usiąść.

Ceremonia była krótka i konkretna. Sebastian wygłosił wzruszające, ale nie ocierające się o patos przemówienie, w którym zabrakło religijnej doktryny, za to sporo było wspomnień o zmarłej. Varrik był pod wrażeniem: właśnie tak powinno wyglądać pożegnanie Leandry, Ministrant spisał się na medal.

Nadszedł czas ostatniego pożegnania. Theri wstała i samotnie, niezbyt pewnym krokiem podeszła do ciała matki. Wewnątrz świątyni zrobiło się bardzo cicho, za to poza murami słychać było gwar, produkowany przez niezaproszone na uroczystość wścibskie persony. W tym momencie każdy bliski Leandry i Theriny, każdy ze zgromadzonych przed katafalkiem odczuł wielki gniew. Varrik nie był wyjątkiem. Gdy widział, jak Hawke wyciąga drżącą dłoń i dotyka twarzy swojej matki, a w tym samym czasie do jego uszu dochodził hałas rozmów niezadowolonych szlachciurów, miał ochotę zabić. Kiedy obserwował niemą rozpacz, malującą się na twarzy swej przyjaciółki, a zarazem rejestrował harmider powstały na zewnątrz budynku, miał ochotę coś rozpieprzyć w drobny mak. Dopiero gdy sam podszedł do trumny, zdołał wyciszyć buzujący w nim gniew. Spojrzał na Leandrę i nieoczekiwanie pomyślał, że życie często przypisuje niezbywalne role. W scenariuszu dla tej kobiety była dostępna tylko rola matki, kiedy chciała znaleźć dla swoich uczuć nowe pole, została zamordowana. Los nie pozwolił jej na inną kreację, miała zostać jedynie matką. I została. Całkowicie i niezbywalnie, bo przecież on, Varrik, stał przy Leandrze i sam czuł się niemal jak jej syn. „A co ze mną? Albo Hawke? Czy my też mamy tylko jedną rolę do odegrania w tym zasranym życiu?", pomyślał krasnolud, zanim odwrócił się i cofnął w głąb kaplicy.

Gdy zamykano trumnę, rozległ się urywany szloch, dochodzący z ławek zajętych przez przyjaciółki kobiety. Gamlen w tym momencie przytulił siostrzenicę, razem byli wyraźnie rozedrgani, ale, wypłakawszy już wszystkie łzy, nie uronili kolejnych. Chwilę później, zamiast lamentów, w powietrzu uniósł się cieniutki śpiew elfki. Artystka szła przodem, wolnym, dostojnym krokiem wyprzedzając zamkniętą na wieki skrzynię, niesioną już przez czterech wynajętych mężczyzn. Ich ubiór był skromny, ale porządny, przy tym jednakowy u każdego z nich. Varrik bezwiednie kiwnął głową z aprobatą. Może przesadzał, może te elementy nie były konieczne do zachowania odpowiedniej atmosfery szacunku, w jakiej Leandra powinna zostać pożegnana. Ale matka Hawke była swego rodzaju perfekcjonistką i do tego szlachetną osobą. Dlatego Varrik zapłacił za stroje i podarował je mężczyznom jako formę wynagrodzenia. Mieszkał przecież w Dolnym Mieście, wiedział, jaką wartość przedstawia nowe, czyste, schludne ubranie.

Droga do cmentarza za miastem trwała wieki, dlatego krasnolud był wdzięczny Stwórcy za pomyślną pogodę. Słońce iluminowało orszak, odejmowało sytuacji smutku, dodawało świętości. I swym ciepłem przypomniało Varrikowi, że powinien odpocząć.

Leandra spoczęła w ocienionym drzewami miejscu, tuż obok swoich bliskich. Po tragedii na Głębokich Ścieżkach pochowano tutaj Bethany. Ze wszystkimi honorami, a to dzięki odzyskanej posiadłości i przywróceniu szlacheckich przywilejów. Majątek zdobyty na wyprawie pozwolił też na sprowadzenie ciała Carvera. Theri rozmawiała także z matką o przeniesieniu kości ojca; Malcolm nie lubił Kirkwall, z drugiej strony zrobiłby wszystko, by być ze swoją rodziną, dlatego ostatecznie jego szczątki złożono w rodzinnym grobowcu.

Matka Hawke przychodziła tutaj często, przesiadywała na ławce, wpatrując się w wyżłobione w kamieniu litery. Malcolm, Carver i Bethany, znów cała rodzina była razem. Mimo wszystko, było to dla niej sporym pocieszeniem.

A teraz do nich dołączyła, zostawiając Therinę na drugim brzegu. Ciemna czeluść pochłonęła białą trumnę w akompaniamencie subtelnego śpiewu artystki, kamienna płyta zasunęła się ze złowrogim, ostatecznym zgrzytem. Varrik spojrzał na wykonane w pośpiechu srebrne litery, które jednak powstały bez uszczerbku na jakości. Znajomi krasnoludzcy rzemieślnicy wiedzieli, co robią, choć i zapłacić kazali sobie dość sporo. Kto jednak w takich okolicznościach by oszczędzał…

Varrik jednak zatrzymał się wzrokiem nie na wykonanych napisach, lecz na czystym kamieniu poniżej nich. Miejscu na kolejne imiona. Na, co najmniej, dwa imiona. Krasnoludem wstrząsnął nieprzyjemny dreszcz. Odsunął od siebie myśli, które pojawiły się bez pozwolenia i skupił na ostatnim już zadaniu. Wcale niełatwym. Do Theriny należało podejść z kondolencjami.

Pozostali uczestnicy ceremonii po kolei stawiali się przed dziewczyną i jej wujem, ściskali dłonie, wypowiadali utarte formuły lub słowa płynące ze szczerego żalu. Pojawił się także sam Teagan Guerrin, jego smutek wydawał się prawdziwy, mimo iż Leandrę znał jedynie z widzenia i to z czasów, kiedy sam był ledwo wyrostkiem. Każdy z przybyłych na pogrzeb miał zatem jakieś słowo dla pogrążonych w żałobie. Każdy, oprócz przyjaciół Theri.

Członkowie drużyny zbili się w grupkę i stanęli na uboczu. Varrik na próżno wysyłał wzrokiem każdego z nich, żaden się nie ruszył, jakby nagle uległ petryfikacji. Krasnolud, mimo zniecierpliwienia, wiedział w czym rzecz, dlatego poczekał, aż zostaną jako ostatni, chrząknął i zbliżył się nieco do Hawke.

– Theri. Wypadałoby coś powiedzieć, ale my chyba nie wiemy, co dokładnie. Bo jesteśmy świadomi, co się tam stało, część z nas widziała to na własne oczy. I wybacz nam, ale nie wiemy, jakie słowa mogłyby cię ukoić. Dlatego wiedz po prostu, że jesteśmy. Nie będziemy cię nękać, jeśli potrzebujesz samotności, szanujemy to. Ale nie odejdziemy daleko i zawsze, kiedy nas będziesz potrzebowała, zjawimy się.

Pozostali członkowie drużyny pokiwali milcząco głowami. Theri spoglądała na nich jakby nieświadoma wypowiedzianych przed chwilą słów, ale wreszcie opuściła głowę, spojrzała gdzieś w bok i wypowiedziała, bardzo ciche:

– Dziękuję.


Anders stał wraz z resztą drużyny i czekał na Varrika. Krasnolud rozmawiał jeszcze z Gamlenem, dogadywał się w jakiejś sprawie z Oraną, dyskutował o czymś z Bodahnem. W końcu, zmęczonym, powolnym krokiem ruszył w ich stronę, jakby nieco zaskoczony, że jeszcze się nie rozeszli w swoje strony.

– Musimy pogadać – rzekł stanowczo Anders. – Wszyscy.

Krasnolud westchnął, ale zgodził się z nim i zaprosił całą grupę do Wisielca. Ruszyli mało żwawym krokiem w stronę miasta, wiedząc, że Gamlen i Therina ich nie dogonią, gdyż woleli zostać jeszcze na cmentarzu. Pogoda była cudowna, Anders niemal zapomniał, jaką przyjemność sprawiają promienie słoneczne, rozbijające się o ciało. Przymknął powieki i starał się wchłonąć jak najwięcej tego ciepła.

Nie udało mu się odpłynąć. Ciągle, gdzieś tam z tyłu głowy, pojawiała się niewygodna, natrętna myśl o Therinie, jej matce albo o tym przeklętym elfie. Był pewien, że Fenris coś jej zrobił. Przyjaciele nic mu o tym nie wspomnieli, ale nie było takiej potrzeby. Widział przecież wyraźnie, że ich relacje się ochłodziły, przy czym nadal pozostały na zupełnie innym poziomie niż relacja, przykładowo, Aveliny i Varrika. Tylko co się właściwie stało, zanim doszło do uprowadzenia Leandry?

Anders nie wiedział, bo od tygodni praktycznie nie wychodził z kliniki. Tak bardzo się zaangażował w sprawę wolności magów, że zupełnie stracił poczucie rzeczywistości. Dopiero wtedy, gdy Leandra… Starał się zachowywać naturalnie, w końcu Hawke poprosiła go o pomoc, liczył się czas. Chyba nawet mu wychodziło, pamiętał, jak – jeszcze u niej w domu – pomyślał: „Jest tak, jak dawniej. Udało mi się. Idea zajęła miejsce uczucia i mogę spojrzeć bez obaw w jej oczy". No i niedługo potem przekonał się, jakie złudne to było mniemanie. Był wściekły, że pomagać będzie też Fenris. Był wściekły, że on sam nie był w stanie uzdrowić jej matki, usłyszeć później, jak dziękuje mu, cała we łzach. Był wściekły, że to elf czuwał przy niej całą noc. Do tego dochodziły inne zmartwienia, związane z coraz gorszym traktowaniem magów w kirkwallskim Kręgu i obawami przed wprowadzeniem Prawa Likwidacji. Anders miał wrażenie, że w ciągu tego roku postarzał się o dziesięć lat.

Gdy dotarli do Wisielca, stacjonowały tam tylko niedobitki pijaczków. Nora, dostrzegłszy Varrika i jego przyjaciół, podleciała jak na skrzydłach i zapytała, czy podać piwo. Krasnolud przytaknął i zaprosił wszystkich na górę, do jego apartamentu. Spróchniałe schody znosiły ich ciężkie kroki, podłoga skrzypiała, gdy tyle par butów deptało ją bez litości. Usiedli za stołem, nie kwapiąc się jednak do rozmowy. Kelnerka wracała co rusz z trunkami, stawiała je przed gośćmi i biegła z powrotem do lady. Wreszcie, gdy każdy miał przed sobą swój kufel, i, niechętny do przerwania ciszy, skupiał na nim wzrok, Anders postanowił przejść do rzeczy i zapytać o to, o co każdy z nich chciał zapytać:

– Co się dzieje z Hawke?

Chwila ciszy.

– Dobre pytanie – mruknął Varrik. Kciukiem potarł powiekę, w pełnym zmęczenia geście. – Nie znam się na tym, ale wyglądało mi to na jakąś potężną magię.

– To nie była magia. To znaczy, nie taka zwykła… chciałam powiedzieć taka, jaką znamy… jeśli wiecie, o co mi chodzi – zamotała się Merrill.

– No właśnie nie bardzo – skrzywiła się Izabela, kładąc nogi na stół. Sebastian odsunął się od blatu z obrzydzeniem.

– Ona ma rację. To nie była magia czerpana z many – rzekł Anders. Uzdrowiciel dostrzegł skupione spojrzenie Fenrisa. Czyżby w tym wzroku znalazł się smutek? – Nie wiem, jak to wytłumaczyć, magowie czują wibracje magii, a wtedy poczułem coś zupełnie innego. Nigdy wcześniej nie spotkałem się z tego rodzaju aurą.

– Ja też – powiedział elf. Przez chwilę sprawiał wrażenie załamanego, ale zaraz wrócił jego zwykły, twardy głos i zimny ton. – Ale przecież to się nam nie przyśniło, Hawke posłużyła się jakąś mocą. Bardzo potężną mocą. Czegoś nam nie mówiła.

– Oczywiście tylko to jest dla ciebie ważne – zdenerwował się uzdrowiciel. – Kwestia, czy jest magiem, czy nie, nic więcej się…

– Panowie – Varrik przerwał tyleż zmęczonym, co zniecierpliwionym głosem. – Swoje sympatie i antypatie zachowajcie na inną okazję, teraz chcielibyśmy się dowiedzieć, co wiecie z racji swych zdolności, nie mam ochoty na dramę.

Mag i elf zmierzyli się nienawistnymi spojrzeniami, ale w duchu zgodzili się z krasnoludem.

– Czy jest możliwe, żeby Hawke była opętana przez demona? – zapytała wprost Avelina.

– Nie mam pojęcia – przyznał Anders – ale wydaje mi się, że nie, co sprowadza się znów do zagadnienia magii i many. Jeśli nie jest magiem, to duchy Pustki nie interesowałyby się nią. Jeśli nim jest, to nie wiem z kolei, jakim. Bo nigdy nie widziałem żadnego maga, który zniszczył Barierę. Który nie sięgałby do pokładów many, by wydobyć magię. Nie wiem co potrafią magowie krwi, ale…

– Ale ja wiem – mruknął Fenris. – I tego nie potrafią. Danarius próbował na moich oczach. Mimo magii krwi, skończyłby jako trup, gdyby nie odgrodził się murem niewolników.

– No to co to, do cholery, jest? – zapytała Izabela. – Bo przecież już nie tłumaczyła się runami na mieczu?

– Faktycznie – włączył się Sebastian. – Walka ze smokiem. Theri zatrzymała wtedy ogień, pamiętacie?

– Nie tylko zatrzymała. Zapanowała nad nim – dorzuciła Merrill.

– Czekaj, czekaj – Avelina oparła się łokciami o blat. – Czy nie mówiliście, że ta cała bariera, którą zasłonił się mag, spłonęła?

– Ogień. Znowu ogień – wymruczał elf. Anders miał wrażenie, jakby białowłosy wracał do czegoś pamięcią, do czegoś ewidentnie dlań ważnego.

– No dobrze – Varrik upił spory łyk z kufla i dyskretnie beknął. – Jak rozumiem nie możemy stwierdzić, czy jest opętana przez jakiegoś demona gniewu albo czy jest magiem żywiołów?

– Magowie żywiołów to głównie elfy – Merrill zaczęła kręcić się na krześle. – Poza tym to nie takie proste, żeby zgłębić wiedzę o sile natury, trzeba z nią przebywać, trzeba ćwiczyć…

– Przecież Hawke miała Bethany i ojca, dwoje magów – zasugerował Sebastian. – Jeśli coś w niej dostrzegli, nie szukała daleko nauczycieli.

– Ale po co miałaby nas okłamywać – Varrik uśmiechnął się smutno i rozpostarł ramiona. – Spójrz na naszą grupę: czy wyglądamy, jakbyśmy unikali uzdolnionych magicznie?

Anders dostrzegł, że Fenris szykuje się do komentarza, ale ostatecznie elf zrezygnował. „I dobrze, ucz się swojego miejsca", pomyślał zjadliwie.

– W takim razie sama nie wiedziała, że ma dar. Ale czy będąc wychowana w rodzinie magów, nie poznała tego po akcji ze smokiem? – drążył Sebastian.

Anders zagwizdał z podziwem.

– Proszę, proszę, czyżby sługa Zakonu nazwał magię darem? Niebywałe.

– Chodzi mi o to – warknął książę, zniżając głos – że Therina powinna być świadoma swoich umiejętności. Ale Varrik ma rację, nie było powodu, by nas okłamywać. Poza tym: mało to miała sytuacji, w których powinna była użyć tej ognistej mocy?

– Smok i morderca jej matki, chowający się za magiczną barierą. Jednak te dwie sytuacje są wyjątkowe, sami przyznacie – Avelina powąchała ostrożnie piwo i prawie natychmiast odłożyła kufel na stół. – Albo na co dzień ukrywa te całe moce, używając ich jedynie w sytuacjach skrajnych, albo ich nie kontroluje.

– Albo stała się celem wyjątkowo cwanego demona – Fenris założył ręce i odchylił się na krześle.

– Pyszne to piwo – pisnęła Izabela.

– Aura nie pasuje – zaczęła Merrill – ale ta obcość… wyczuliście to, prawda? Czy to znowu tylko ja coś źle…?

– Nie, ja też to poczułem, Stokrotko – Varrik zapatrzył się na topornie wyrzeźbione ucho kufla. – Jakby ktoś zamroził powietrze. I ten jej głos…

– Z drugiej strony, czy śmierć matki nie była wystarczającym ciosem do tak dziwnego zachowania? Przecież wtedy, jak zabiła smoka, nie mieliśmy do czynienia z tą obcą aurą.

– Czyli co, nadal nic nie wiemy? – Izabela zdjęła nogi ze stołu, przeciągnęła się głośno i zaczęła zbierać do wyjścia.

– No tak, poudawało się przyjaciółkę, a teraz idziemy się łajdaczyć? To jest o wiele fajniejsze, nie? – Avelina nabrała niebezpiecznych rumieńców.

– Nie wiesz, nie gadaj, ty ruda sikso!

– Jak cię zaraz…

– Bogowie – mruknął Varrik. – Baby, spokój! Jeśli już nic sensownego nie macie do powiedzenia, będzie lepiej, jeśli rozejdziecie się do swoich portów.

Anders wstał od stołu i napotkał czujny wzrok elfa. „No cóż, może i jesteśmy drużyną, ale chyba już niedługo", pomyślał.


Piratka zbiegła drogą prowadzącą do Doków, próbując zawiązać bluzkę powyżej talii. Pogrzeb minął, to jak jest ubrana już nikomu nie pomoże ani nie zaszkodzi, więc czemu nie miałaby skorzystać z promieni słońca? „Ta koszulka jest taka świętoszkowata… zaraz, jak mówił o takim czymś Varrik? A… a… ascentryczna? No, ascentryczna! Ascentryczna ta bluzka jest".

Doki wyglądały magicznie: odbijająca słońce woda mieniła się jakby usłana cyrkoniami i rzucała plamki światła na wszystko wokół. Szum morza podniecił Izabelę, zaczęła iść wolniej, jak kotka wywijać biodrami i kusząco stawiać stopy. Przyciągała spojrzenia, rozległy się gwizdy i niezbyt silące się na dwuznaczność teksty. Nikt jednak nie podchodził za blisko. Znano tutaj Izabelę i wiedziano, że jest czas siania i czas zbierania, czas na klepanie po tyłku i na obserwowanie z pewnej odległości. To był właśnie ten czas.

Piratka lawirowała między marynarzami, mijała zadokowane statki, wyładowane skrzynie pełne najróżniejszego towaru, grających w karty majtków. Wreszcie dostrzegła tego, kogo znaleźć chciała.

– Tozario, głupku! Cześć. Masz to, o co prosiłam?

Mężczyzna, około trzydziestokilkuletni szatyn, zrobił niewinną minę, przez którą przebijała się jednak cwaniacka rezerwa.

– No jak to, Bela, wczoraj mnie prosisz o riviańskią bransoletkę, a dziś mam ci ją sprezentować? Mimo pozorów nie jestem cudotwórcą, choć dziewczęta tak czasami krzyczą w sypialni.

– Tozi. Na żarty ci się zebrało, czy co? Dawaj mi kamienie, bo ci utnę wacka i będzie po sprawie.

– No dobra, nawet jeśli udało mi się dorwać cacko, to co? Od kogo innego byś dostała je na następny dzień od zamówienia, hę? Należy mi się jakaś nagroda, Bela, nie powiesz, że nie – marynarz zbliżył się i ścisnął pośladek Izabeli.

– Wiesz dobrze, złociutki – powiedziała piratka, zdejmując stanowczo jego rękę z własnego ciała – że to mnie obraża. Mam na ciebie ochotę, to przyjdę i już, nie mam, to nie. A zapłata to złoto albo przysługa, nie mieszaj do tego seksu. To podłe.

– Wybacz – mężczyzna autentycznie się zafrasował.

– No!

– To dawaj złoto i zjeżdżaj, mam dzisiaj robotę.

Piratka i mężczyzna dokonali transakcji, uścisnęli sobie dłonie i mieli się już rozejść, gdy marynarz zapytał:

– To dla tej Hawke, nie? Słyszałem, że jej się matka wykopyrtnęła. Ale że ty, Bela, wierzysz w te riviańskie przesądy o prezencie, który chroni przed podążeniem za zmarłym w krainę cieni… No i ta Bohaterka też chyba zabobonów się nie trzyma.

Izabela odwróciła się do niego, a marynarz dostrzegł na jej twarzy coś, czego nigdy wcześniej nie widział. Zadumę.

– Nie wierzę. Ona też nie. Ale nauczyła mnie, że gesty się liczą. Nawet te małe.


Fenris wracał z Wisielca w tempie błyskawicy. Nawet tego nie zarejestrował, gdyż zagłębił się we własne myśli, a ciało wykonywało zwykłe dla niego czynności. Tak właśnie zwykł chodzić: szybko, w przygarbionej postawie, po cienistej stronie bruku.

Wszystko, co usłyszał w karczmie, było koniecznie do przetrawienia, bo pogłębiło tylko jego wątpliwości na temat Hawke. Czy to możliwe, żeby się pomylił? Wtedy, nad ranem, był pewien, że dziewczyna jest magiem. Ale wówczas był… nie myślał trzeźwo, mógł nie odczuć różnicy, tej, którą wyczuł niedawno. Słowa tego cholernego apostaty i tej idiotki Merrill tylko to potwierdzały. Ale jeśli nie była magiem, to czym? Czy to od razu by ją uniewinniło? Przecież, skoro jest w stanie złamać Barierę, może wiele więcej niż przeciętny mag, czy nawet maleficar. Powinien się jej bać, wszyscy powinni. Może nie jest świadoma tego, co robi, tak jak ciało poddane kontroli demona. Może została opętana, nie będąc magiem? Czy to w ogóle jest możliwe? Czy ma znaczenie krew, rodzina?

Fenris nie wiedział. Z jednej strony spoglądał na szaloną istotę, owładniętą gniewem i nienawiścią, dzierżącą płonący miecz i zdolną do niewyobrażalnych rzeczy. Z drugiej strony, obserwował wątłą, ledwo żywą z rozpaczy dziewczynę, która pragnęła tylko uratować matkę. Nie miał pojęcia, który obraz jest właściwszy, która odsłona jest przeważająca.

Elf, nie wiedząc nawet kiedy, dotarł do drzwi swojego lokum. Ta myśl była… dziwnie pokrzepiająca. Zaduch, mrok, znajome przedmioty. Wino, ciepło kominka, sen. Było jeszcze za wcześnie na odpoczynek, ale miał wrażenie, że natłok myśli wycisnął z niego zapas sił. Zanim rzucił się na łóżko, dostrzegł misternie wykonaną łatę na kapie okrywającej posłanie. Leandra i jej mania porządku. Fenris zaklął, ale w bardzo, bardzo smutny sposób.

Przebudziło go nagłe, głośne kołatanie do drzwi. W wyuczonym odruchu sięgnął po leżące nieopodal ostrze i stanął gotowy do walki. Zachował czujność, aż do momentu usłyszenia Orany:

– Panie Fenrisie! Proszę, jeśli jest tam pan…

Elf potruchtał w stronę drzwi i otworzył wystraszonej służce.

– Proszę! Panienka Therina… my nie możemy nic zrobić!

Fenris drgnął.

– Spokojnie. Powiedz, co się dzieje.

– Pan Gamlen i panienka wrócili niedawno do domu. Tak późno, bo jeszcze pan Amell musiał wziąć kilka rzeczy z jego mieszkania w Dolnym Mieście…

„Późno? Ile spałem?". Spojrzał na ciemniejące niebo. „Już wieczór".

– …i po przyjściu było nawet dobrze, panienka zdawała się uspokajać, zdrowieć, ale później… Krzyczała, tak głośno krzyczała! O, teraz też! Słyszę aż tutaj! Ona coś sobie zrobi, niech ją pan ratuje!

Fenrisa nie obchodziło już nic więcej. Nie zważając na Oranę, pognał w stronę posiadłości Hawke'ów.

W wieczornej ciszy kobiecy krzyk był ostry jak brzytwa. Elf, w rozchełstanej koszuli i z mieczem w dłoni, zbiegał po stopniach, starając się nie myśleć, nie wyobrażać sobie niczego. Nie popadać w paranoję. Ale gdy mimochodem zauważył zaciekawione spojrzenia sąsiadów, a także złoty, migoczący błysk w oknach jej posiadłości, ujął, znacznie mocniej, rękojeść broni.

Wpadł do mieszkania, czujnie się rozglądając. Przerażony Bodahn nie powiedział ani słowa, tylko wskazał na schody. Fenris wspinał się po dwa stopnie na raz, by jak najszybciej znaleźć się na górze. Na szczycie ujrzał Gamlena, stojącego tuż przed zatrzaśniętymi drzwiami do sypialni.

– Otwieraj! To nic nie pomoże, słyszysz?! Otwórz te cholerne drzwi!

Elf rozkazał mężczyźnie się cofnąć, po czym dotknął klamki i przywołał moc lyrium. Zamek zatrzeszczał niebezpiecznie i wreszcie wyłamał się z hukiem. Buchnęło gorącem i światłem.

– Theri! – Gamlen chciał już wbiec do jej pokoju, ale Fenris złapał go za ramię.

– Zostań na dole, ja z nią porozmawiam.

A więc teraz wszystko się rozstrzygnie. Teraz dowie się prawdy. I będzie musiał jakoś zareagować. Nie schował miecza, wręcz przeciwnie, ścisnął rękojeść jeszcze mocniej, a na klindze zatańczyły złote ogniki odbitego blasku. Wkroczył do komnaty.

Przez moment nie był pewien, czy w przypływie emocji nie pomylił pokojów, ale nie, to nadal była ta sama sypialnia. Choć wyglądała zdecydowanie inaczej: na kamiennej posadzce leżały zniszczone obrazy oraz skorupy pobitych wazonów, obok walała się też pościel, przypominająca teraz wyciągnięty z mleka kożuch. Było jeszcze wiele innych przedmiotów, ale Fenris nie był w stanie ich zidentyfikować. Poza tym, jego wzrok skupił się na istocie, stojącej w centrum tego pandemonium. Therina dyszała, spoglądając na niego spod rozwichrzonych, skołtunionych włosów, których pasma przykleiły się do mokrej od łez twarzy. Miała na sobie tę samą co na pogrzebie suknię, choć naderwane szwy i pobrudzona materia usunęły z niej resztki elegancji. Theri tonęła w światłocieniach, generowanych przez ogień szalejący w kominku. Szalejący, gdyż żywioł wydostawał się poza wytyczone architekturą ramy, wydawało się, że za chwilę strawi pomieszczenie, a jednak, mimo swej siły, coś utrzymywało go w ryzach. Coś lub raczej ktoś.

– To ty – syknęła dziewczyna. – Śmiesz tutaj wchodzić? Z mieczem?

– Kim jesteś? – warknął Fenris, stawiając krok naprzód.

Therina jakby posmutniała, skurczyła się w sobie. Ogień w komnacie przybladł.

– Ty naprawdę tak sądzisz. Czerń i biel. Niepojęte zlikwidować, bez wyrzutów sumienia.

– Kim jesteś? – powtórzył głośniej Fenris.

– Trzeba było tam zostać – załkała Therina. – W tej norze. Albo wcześniej. Spalono nam dom, już wtedy powinnam wiedzieć. Mogliśmy zostać, walczyć z pomiotami, czekać na śmierć. Umarlibyśmy razem.

– O czym ty mówisz? – szepnął elf, kompletnie zdezorientowany.

Theri spojrzała na niego nieprzytomnym wzrokiem, ale minął zaledwie moment, gdy jej twarz wykrzywił grymas czystej nienawiści.

– Spalę go… spalę do gołej ziemi, nie zostanie nic po tym domu…

Fenris spiął się, oczekując ataku.

– Zostaw ją, demonie – powiedział tonem groźby, młynkując ostrzem miecza.

Dziewczyna spojrzała przez chwilę, jakby nie rozumiejąc, że mówi do niej.

– Myślisz, że opętał mnie demon? Że musiało mną coś zawładnąć, bym tak się czuła? Bym chciała, aby to wszystko obróciło się w gruz?! – Theri złapała za jakąś figurkę i z całej siły rzuciła ją w ścianę. Uderzeniu i rozpryskom towarzyszył nieludzki krzyk zrozpaczonej dziewczyny. – Przyszedłeś, żeby zabić? Ty pieprzony tchórzu! Zabijasz wszystko, czego się boisz! Wszystko!

Płomienie skoczyły pod sufit, a miecz Fenrisa rozżarzył się tak, że elf w odruchu odrzucił go na posadzkę. Therina zbliżała się do niego z morderczym wzrokiem, więc jego instynkt przywołał energię, płynącą ze srebrnych znaków lyrium. Stali blisko siebie, dwa ośrodki mocy, czerwona furia i błękitna groza. Groza, która odbiła się w jej oczach.

– Chcesz, to zabij mnie. No zabij. Zostawiłeś mnie wtedy, odszedłeś ze strachu. Dokończ dzieła. Może nie jestem plugawcem, ale i tak mogę rozszarpać cię na strzępy. Zrób to!

Serce Fenrisa waliło z ogromną siłą, pot zlepił mu włosy, ręka owinięta smugami niebieskiego światła, drżała. Aż opadła bezsilnie. Elf westchnął, obejmując Therinę zgnębionym wzrokiem.

– Co ci się stało, Theri? Co ci się stało?

Hawke zatrzęsła się w płaczu, ale nie rozluźniła zaciśniętych pięści. Zamknęła oczy i, złapawszy w końcu oddech, wysyczała:

– Wynoś się.

Spojrzała na Fenrisa. W jego smutne, zielone oczy.

– Wynoś się!

Krzyk poniósł się echem po mieszkaniu, wydostał na chłodne powietrze ganku i roztopił w nocy. Elf podniósł miecz, teraz już zimny, i szybkim krokiem opuścił pomieszczenie. Nie bacząc na pytający wzrok Gamlena i Bodahna, wyszedł na zewnątrz, znów kompletnie przegrany.