23.
Fenris znalazł się w niezwykle trudnym położeniu. Gdyby to wszystko zdarzyło się nieco wcześniej, byłoby po problemie. Elf wyjechałby z Kirkwall, oddaliłby się od Hawke i całej reszty, spróbował zapomnieć. Ale krótko przed tragicznymi dla Theriny wydarzeniami, Fenris zdecydował się wysłać list. Pisał go i darł wielokrotnie, aż wreszcie, ze skrzętnie skrywaną wobec siebie samego nadzieją, posłał pismo w daleką, niepewną podróż. Zatem teraz, choć naprawdę niewielką miał na to ochotę, musiał siedzieć i czekać na odpowiedź.
A, jak się okazało, było z tym więcej problemów, niż tylko znoszenie własnej niecierpliwości i obawa przed przypadkowym spotkaniem z Hawke. Fenris, bowiem, zaczął odczuwać głód.
Już prawie zapomniał, jak to jest. Po dołączeniu do grupy Theriny, ich wspólne wypady zapewniały mu wcale godziwy byt. To, że nie wydawał na głupstwa, tego typu co urządzanie mieszkania czy podatki, też robiło swoje. Elf przestał kraść, dzięki czemu nie bał się ewentualnego schwytania i zamknięcia w areszcie. Jednym słowem, luksus.
I nagle odkrył, jak niewiele brakuje, by znów przypomniał sobie dawne dzieje. Odkąd stał się Bohaterem Kirkwall, propozycje ochrony wielmożów przestały napływać, a inne, nieco lepiej wyglądające oferty pracy (doradztwo w sprawie oręża, czy towarzyszenie w wyprawach na równi ze wszystkimi wojownikami) przychodziły nader rzadko. Nie wiedziano, czy wypada angażować tytularnego obywatela miasta, zarazem obawiano się, by nie okazać zbytniego szacunku jakiemuś niepewnego pochodzenia elfowi. Efekt był więc taki, że Fenris zaczął odczuwać lokalny stopień bezrobocia.
Nigdy nie posiadał zbyt wiele, ale dokonał rewizji majątku ruchomego i sprzedał wszystko, bez czego mógł się z łatwością obyć. Wyjątkiem była książka, którą dostał od Theri. Mimo długiej wewnętrznej dysputy, niemal psychomachii, wojownik nie zdecydował się na spieniężenie woluminu. Decyzję okrasił jednak sporą ilością podnosowych przekleństw.
Elf wiedział, że i ta gotówka w końcu się ulotni, więc jeśli chce zostać w mieście, musi złapać jakąś fuchę. Przełknął wobec tego dumę i postanowił wybrać się po pomoc do Aveliny.
Komendantka, w sobie właściwy, bezpośredni sposób wytłumaczyła mu, jak jego trudny, nieujarzmiony charakter skreśla go z listy potencjalnych kandydatów na strażników miejskich. Dodała jednak, że przyjęła zgłoszenie, jakoby za miastem grasowały jeszcze niedobitki Tal-Vashoth. Nie mogła pozwolić, by posterunki straży w mieście przez to opustoszały, więc Fenris mógł szykować się do wyprawy. Elf odczuł prawdziwą ulgę i miał już podziękować Avelinie, gdy do jej gabinetu zapukano, stanowczo i nieco niecierpliwie. Drzwi otwarły się i choć stanęła w nich osoba z krwi i kości, dwoje przyjaciół zastygło w przerażeniu, jakby to duch im się objawił.
– Cześć – powiedziała Hawke.
Najzwyklejsze słowo w świecie. Banalne, aż do bólu. A teraz tak cholernie nieadekwatne.
– Przejrzałam zaległe listy, jest kilka spraw, którymi możemy się jeszcze zająć. Dacie radę? – zapytała jakby nigdy nic.
Fenris miał ochotę uciec. Poczuł się jak zagonione w pułapkę zwierzę, szukające nerwowo najmniejszej szansy na wymknięcie się. Theri jednak patrzyła na niego zupełnie tak, jakby ich ostatnia konfrontacja nie miała miejsca. I tamta noc także. I wiele innych, wcześniejszych spotkań również.
– Jasne, że pomożemy – rzekła Avelina zmienionym głosem. Już sam fakt, że zamierzała odsunąć obowiązki komendantki na później, świadczył o wyjątkowości jej zachowania. – Co to za zlecenie?
– Rabusie napadli na karawanę. Standard. Ale kupcom bardzo zależy na towarze, to miała być jakaś ważna transakcja, nie tyle pod względem finansowym, co partnerskim.
– A reszta listów?
Therina machnęła ręką.
– Mniej ważne pominęłam, do niektórych osób napisałam, ale okazało się, że sprawa jest już nieaktualna. Zostało kilka zleceń, możemy je sukcesywnie realizować.
– Theri – pani komendant podeszła do dziewczyny i położyła jej rękę na ramieniu. – Na pewno czujesz się na siłach?
– Nic mi nie jest, nie ma o czym mówić – jej naturalny, szokująco neutralny ton głosu konfundował bardziej, niż cieszył. – Więc? Muszę wiedzieć, zanim pójdę do Varrika. Idziesz ze mną?
Strażniczka kiwnęła głową, choć wciąż bacznie przyglądała się przyjaciółce.
– A ty, Fenris? – zapytała Theri, bez żadnej urazy patrząc mu w oczy.
Elf wyszeptał:
– Jeśli tego chcesz, pójdę.
– No to załatwione – obróciła się na pięcie i zanim wyszła z gabinetu, rzuciła jeszcze: – Bądźcie jutro o świcie pod Wisielcem.
Przez chwilę, bez zrozumienia, dwoje wojowników wpatrywało się w słoje drewnianych drzwi.
– Kto by się spodziewał – mruknęła wreszcie Avelina, zakładając ręce w swoim ulubionym geście. – Doszła do siebie, czy znowu nie jest tą Hawke, którą znamy?
– Przekonamy się niebawem – powiedział zrezygnowanym tonem elf.
Dzień minął mu na przygotowaniach. Pancerz lśnił, miecz imponował ostrością, manierka i suchy prowiant czekały zapakowane. Fenris czuł dziwną nerwowość; nie wiedział, czego oczekiwać po jutrzejszym dniu, kto stawi się oprócz niego i Aveliny, czy wyprawa będzie choć w ułamku przypominała ich dawne wypady. No i czy Theri nadal będzie traktowała go w ten mało emocjonalny sposób. Zważywszy na ich niedawne relacje powinien się cieszyć, lecz jakoś nie mógł. Nagle zmalały wątpliwości, dotyczące posiadanych przez nią mocy. Choć owszem, nadal go niepokoiły, zaczął się martwić przede wszystkim o nią samą.
Usiadł w fotelu i, obserwując tańczący w kominku płomień, pociągnął łyk wina z czarnej, matowej butelki. Wspominał wszystkie istotne chwile spędzone z Hawke. Ważył je, rozdrabniał na szczegóły, smakował. I spojrzał raz jeszcze na te momenty, które ostatnio wywoływały jego gniew i strach. Strach, tak, taka była prawda, Therina dobrze go podsumowała. Zachowywał się jak zwierzę, wiecznie czujne, szczerzące kły w obliczu zagrożenia zwierzę. Wilk. Bojący się ognia a zarazem przyciągany ciepłem i światłem. Tylko że teraz, po tylu dniach od śmierci Leandry, Fenris poczuł nie strach czy gniew, ale przede wszystkim smutek. I to właśnie doszło do niego, gdy popijał wino w zakurzonym, wytartym fotelu zajętej posiadłości, choć jego umysł nadal wzbraniał się przed nazwaniem tego stanu konkretnym uczuciem.
Ranek ozłocił nierówny bruk Dolnego Miasta. Przed rozsławioną już tawerną Pod Wisielcem stała grupa kilku śmiertelnie niebezpiecznych osób. Pośród tej konfraterni znajdowali się Bohaterowie Kirkwall, obok przechadzała się kojarzona w sferach marynistycznych piratka, nie zabrakło też komendantki miejscowej straży, znanego krasnoludzkiego pisarza, szanowanego powszechnie kleryka, a także elfki z tutejszego obcowiska oraz przyjaciela Theriny Hawke, przystojnego, wysokiego blondyna. Cała ta zgraja ruszyła niebawem ku bramom miasta, kierując się w stronę Okaleczonego Wybrzeża. Choć jej członkowie znali się ewidentnie nie od dziś, szli w szyku luźnym, wręcz sterylnie oddalonym.
Cisza, w jakiej kroczyli, była sugestywna. Fenris widział po minach towarzyszy, że myślą o tym samym, co on. Po raz kolejny niewypowiedziane wypowiedział Anders:
– Theri, zatrzymaj się na chwilę.
Dziewczyna, odwrócona posłusznie, z niewinnym wyrazem twarzy, spoglądała na uzdrowiciela.
– Martwiliśmy się o ciebie – zaczął mag. „Całkiem zgrabnie", musiał przyznać elf. – Zastanawiało nas twoje zachowanie, twoje zdolności…
– Nie ma o czym mówić – skwitowała Hawke.
– Ale powinnaś nam wyjaśnić…
– To moja sprawa – ucięła, lecz nie było w tym ani trochę gniewu. – Niczego nie musicie się obawiać, bo nie jestem opętana przez żadnego demona. Przecież byście wyczuli – i z tymi słowy ruszyła naprzód. „Ona nie wróciła", pomyślał nagle Fenris. „To nadal nie jest ona, nie taka, jaką zapamiętałem z dawnych, dobrych czasów, ale też nie taka, jaką dostrzegłem wtedy, niszczącą wszystko wokół. Nie jest też taka, jaką była tuż po śmierci Leandry. Kolejne stadium? Kolejny etap radzenia sobie ze stratą? Tym razem co? Udawanie, że wszystko jest w porządku?".
Elf jeszcze tego samego dnia przekonał się, że miał rację. Wystarczyła obserwacja podczas walki. Nie tylko on, lecz cała drużyna dostrzegła zmianę: Theri nie wirowała w Tańcu Śmierci, nie płynęła przez pole bitwy z tą piękną i przerażającą gracją, nie synchronizowała się z towarzyszami. Ona po prostu mordowała.
Wyćwiczona przez nich synergia bojowa nie miała jak się zaprezentować. Theri konsternowała przyjaciół, którzy przyzwyczajeni do jej stylu walki zajęli odpowiednie pozycje, lecz zastygali w pół kroku, widząc jedynie padających, martwych przeciwników. Elf dostrzegł, na czym polegała różnica: Hawke wkładała w ciosy olbrzymią siłę, cieniutkie, lekkie ostrza Przyjaciela i Pioniera były obecnie w jej rękach niczym ciężkie dwuręczne miecze. Co więcej, dziewczyna wciąż szła naprzód, kompletnie nie zważając na niebezpieczeństwo, nie oczekując, to było jasne jak słońce, żadnej pomocy ze strony grupy. Owszem, zabijali wrogów, gdy zdążyli do nich dobiec lub strzelić, lecz Therina nie obejrzała się ani razu.
Było po wszystkim. Hawke, bez odrobiny zaciekawienia, przeglądała odzyskany towar, podczas gdy reszta drużyny stała nieco z tyłu. Tym razem we względnym skupieniu, co Varrik nazwałby pewnie „chwilową jednomyślnością wspólnotową". Fenris nie wiedział, co działo się w ich głowach, ale wiedział za to, co działo się w jego. Zacisnął pięści i podszedł do Theri. Z gniewem. Ale już zdecydowanie innego rodzaju, bo choć dalej podszytym strachem, to nie o jego własną skórę.
– Mamy uspokajać twoje sumienie, prawda?
Wojowniczka spojrzała na niego przez ramię.
– Wzięłaś nas wszystkich na wyprawę nie po to, byśmy ci pomogli walczyć, ale byś mogła nie nazywać swoich czynów samobójstwem.
Stłoczeni nieopodal towarzysze zaszemrali nagle w zaniepokojeniu. Fenris zaś dostrzegł w oczach Theriny nagły, dotkliwy ból. Ale trwał on tylko chwilę, bo w następnym momencie dziewczyna na powrót przyjęła izolującą postawę.
– Nie wiem, o co ci chodzi, Fenris. Chodźmy, trzeba zabezpieczyć towar i powiadomić handlowców.
– Zostań z nami, proszę – wyszeptał elf. – Wiem, że jeszcze się wahasz. Zostań z nami.
Mimo iż była odwrócona plecami, zauważył, jak drgnęła, usłyszał, jak głęboko wciągnęła powietrze. Ale nie doczekał się żadnej odpowiedzi.
Kolejne wypady wyglądały niemal identycznie. Przyjaciele Theri, mimo wszystko, natychmiast zgadzali się iść za swoją liderką. Nie mogli wiele pomóc, ale wiedzieli, że dziewczyna i tak poszłaby załatwić sprawę, nawet w pojedynkę. Wieczorami w Wisielcu, samotnie w domu, podczas pracy i spaceru zastanawiano się, czy Fenris trafił w sedno. Czy faktycznie od samobójstwa dzieliła ją jedynie jakaś sztuczna granica, którą wytyczyła sobie przez wzgląd na pamięć matki? Czy naprawdę dążyła do tego, by ktoś wykonał za nią wyrok śmierci? Jeśli tak, to marnych miała przyjaciół, bo nie potrafili zrobić z tym kompletnie nic. Gdy przychodzili, niby na herbatę, a tak naprawdę pogadać, przekonać, tworzyła wokół siebie nieprzystępną barierę neutralności. Gdy dosiadano się do niej na ławce przed jej rodzinnym grobowcem, odpowiadała półsłówkami lub milczała. Gdy nagabywano Gamlena, który zamieszkał od czasu pogrzebu wraz z Hawke, sam wydawał się zagubiony i niezdolny do udzielenia pomocy. Zatem mogli mieć tylko nadzieję, że zawsze zdążą przed tym jednym, nadmiarowym przeciwnikiem.
Tymczasem wróg zaskoczył ich w najmniej spodziewanym momencie i w najmniej spodziewany sposób.
Fenris spędzał właśnie wieczór na piciu i graniu w karty z Varrikiem, gdy drzwi do Wisielca otwarły się z hukiem, niemal wyłamując się z futryny. Krasnolud, elf i pozostali wisielniani biesiadnicy obserwowali szarżującą komendant Straży Miejskiej. Ci pierwsi od razu zorientowali się, że coś jest bardzo nie tak, ci drudzy skurczyli się w sobie i udawali, że nie mają absolutnie nic na swoim sumieniu. Na całe ich szczęście, kobieta-tur podeszła jedynie do swoich kumpli. Zakomunikowała im coś szeptem, po czym cała trójka natychmiast wybiegła z lokalu. Zapijaczone gęby odetchnęły z ulgą.
– Proszę nam opowiedzieć wszystko od początku – zażądała Avelina.
– Dobrze, pani komendant – sąsiadka Hawke i przyjaciółka jej matki, mimo widocznej bladości oblicza wyprostowała się w krześle, jak na szlachciankę przystało i zaczęła relacjonować: – Udałam się w stronę cmentarza, by pokontemplować nieco w akompaniamencie ciszy. Pragnęłam odwiedzić mą zmarłą przyjaciółkę, lady Amell. Ta strata wciąż mną wstrząsa… Od czasu pochówku nie potrafię uspokoić nerwów, dreszcze, dziwny kaszel, globusy…
– Do rzeczy – warknął Fenris.
– Oczywiście, Bohaterze Kirkwall – kobieta posłała elfowi lekki, zalotny uśmiech. – Otóż zbliżałam się już do miejsca spoczynku mojej drogiej Leandry, gdy ujrzałam siedzącą na ławce pannę Therinę. Często tam przychodziła, bidulka, zwłaszcza wieczorami, jak teraz. Miałam już odwrócić się i odejść, by nie przeszkadzać córce w duchowej konwersacji z matką, gdy moją uwagę przykuł przedziwny smolisty cień, jaki pojawił się znikąd za plecami panny Hawke. Niemal go zignorowałam, był wszak już wieczór, moje oczy mogły dostrzec jedynie jakąś imaginację umysłu, zagwozdkę wyobraźni. Lecz owy cień przybrał konkretniejsze kształty, przekształcił się w napastnika, ukrytego w połach płaszcza, zakrytego kapturem. Nie zdążyłam nawet krzyknąć, gdy ten mroczny nieznajomy uderzył czymś pannę Therinę w tył głowy. Osunęła się w ramiona tego niegodziwca i wtedy, spomiędzy drzew, wychynęli pozostali zakapturzeni agresorzy. Musieli czynić to nie pierwszy raz, bo wszystko trwało ledwie sekundy i odbywało się w absolutnej ciszy. Panna Hawke została związana i zabrana gdzieś za miasto. Tylko tyle zdołałam ujrzeć, niech mi państwo uwierzą, byłam wszak o krok od śmierci. Nie chcę nawet myśleć, co by mi uczyniły te… te bydlaki! Za przeproszeniem.
– Idziemy na cmentarz – postanowił Anders.
– Na obrzeżach miasta jest kompletnie ciemno, ale może uda nam się z Fenrisem znaleźć jakieś ślady – rzekł Sebastian, poprawiając przewieszony przez plecy kołczan. Elf przytaknął. Z całej grupy to oni byli najlepszymi tropicielami.
Bodahn przyniósł herbatę rozdygotanej sąsiadce, a przyjaciele Theriny pospiesznie opuścili jej mieszkanie. Spóźnieni dżentelmeni, panie skrywające oblicze za kurtyną woalki, kieszonkowcy, gwałciciele, przemytnicy. Wszyscy odwracali głowy, gdy słyszeli hałas stukających o bruk par butów, dziwili się pospiechowi całej grupy, rozpoznawali lub nie jej członków. Ale przede wszystkim odsuwali się, by dać im miejsce. Ryzyko w tym przypadku było zdecydowanie nieopłacalne.
Drużyna dotarła do bram cmentarza. Widok grobów w scenerii mroku i dalekich świateł miasta mógł wywołać gęsią skórkę, lecz nie dziś, nie u nich. Sebastian i Fenris poszli przodem, wypatrywali wszelkich śladów napadu, czegoś, co naprowadziłoby ich na porywaczy. Przy rodzinnym grobowcu Hawke'ów dostrzegli plamki krwi, jakimi upstrzona była drewniana ławka. Elf zatrząsł się w furii, lecz spróbował uspokoić zmysły, potrzebne do dalszego śledztwa. Mimo to, udało im się znaleźć jedynie podeptaną trawę, wskazującą miejsce, w którym ukryli się napastnicy przed zaatakowaniem Theri. Przyjaciele postanowili ruszyć za miasto, zdając się na ślepy los, gdy Izabela, jako pierwsza, usłyszała delikatny szelest. Odwróciła się, błyskawicznym ruchem wyjmując swoje sztylety i skierowała je w stronę nadchodzącego mężczyzny. Gdy podszedł bliżej, piratka zachichotała.
– Kogo to ja widzę? – rzekła, ale po chwili, jakby coś sobie przypominając, spoważniała. – Nie jesteś tu przypadkiem. Gadaj, gdzie jest Hawke.
Mężczyzna zdjął z głowy kaptur i wyciągnął ramiona w powitalnym geście.
– Izabela, cara mia! Jak dobrze cię widzieć! Cieszę się, że jesteś tutaj ze swymi towarzyszami. Wolałbym nie wchodzić w obręb świateł miasta. Mam dla was informacje związane z waszą przyjaciółką.
Fenris nie czekał. Wyminął piratkę, wyjął miecz i szybkim ruchem wycelował w nieznajomego. Szybkim, lecz nie dość szybkim. Ostrzę sztyletu było już bowiem gotowe do pchnięcia, tuż pod jego pachą.
– Nie radzę, mój drogi – melodyjnym, nieco uwodzącym głosem poinformował mężczyzna. Przy uśmiechu trzy linie tatuażu na jego policzku lekko się uniosły. Fenris dopiero teraz zauważył, że przeciwnik również jest elfem.
– Spokojnie – Varrik jak zwykle spełniał się w roli mediatora. – Kim ty, u diabła, jesteś i co wiesz o Hawke?
– Tak, lepiej zacznij gadać, bo mnie możesz zabić, ale są jeszcze oni – Fenris nie ustępował i nadal trzymał miecz na wysokości szyi nieznajomego.
– Przybyłem do was z własnej woli. Ci, którzy porwali waszą przyjaciółkę, ścigają też mnie, zatem mamy wspólnego wroga. Wierzcie lub nie, ale wiele ryzykuję tym spotkaniem.
– Nie odpowiadasz na pytanie – zasyczał Fenris.
– Zevran Arainai, były Antiviański Kruk. Do usług – dodał sztubackim tonem.
– To prawda – potwierdziła Izabela. – Trochę się znamy, co, blondasku? Choć ostatnio spotkaliśmy się lata temu, kiedy uciekałeś przed swoimi kumplami po fachu.
– Wiele rzeczy się zmieniło, moja droga Izabelo, ale nie moje uczucie do ciebie, ani też uczucie Kruków do mnie.
– Tajemniczy przyjaciel Bohaterki Fereldenu – Varrik podszedł bliżej i gestem zmusił Fenrisa do odłożenia broni. – Będziemy wdzięczni, jeśli wytłumaczysz nam, co wiesz w tej sprawie. Jak się domyślasz, goni nas czas.
Elf, niemal niezauważalnym gestem, wsunął sztylety do pochwy.
– Waszą przyjaciółkę porwały Kruki – Zevran zaobserwował zdziwione i przestraszone miny rozmówców. – Muszę znać poczynania mojego wroga, by móc być o krok przed nim, choć zdobywanie informacji o miejscach pobytu agentów, ich zleceniach i zleceniodawcach wiele mnie kosztuje.
– Nie rozumiem, co Kruki mają do Hawke? – odezwała się Izabela.
– Kruki, osobiście, mają coś jedynie do mnie – zaśmiał się asasyn. – Do porwania Bohaterki Kirkwall skłoniły ich po prostu pieniądze.
– Wiesz dokąd ją zabierają? – napierał Anders.
– Niestety – Zevran wzruszył ramionami w wymownym geście. – Jestem pewien, że zatrzymają się gdzieś poza miastem, ale będą zmieniać miejsce pobytu. To profesjonaliści. Zazwyczaj wybierają lokacje owiane złą sławą. Takie, do których nikt nie zajrzy. Macie jakiś pomysł, zważywszy, iż wyszli bramą za cmentarzem?
Mieli.
– Kościany Szyb – powiedział Fenris, a reszta zgodnie pokiwała głowami.
– Cudownie! – ucieszył się Zevran. – Pomogę wam odbić waszą przyjaciółkę, a wy mi pomożecie zlikwidować Kruki. Różne cele, lecz wspólny wróg. Zgoda?
– Jeśli to pułapka, zginiesz – powiedziała Avelina a elf musiał przyznać, że ta groźba z pewnością nie była bez pokrycia.
– Rozumiem i przyjmuję warunek umowy – Zevran skłonił się z gracją. – A teraz, zapytacie w końcu, kto zlecił porwanie waszej drogiej Hawke, czy nie?
Wszyscy razem zakrzyknęli w zdumieniu.
– Tak, zdobyłem tę informację. Nieco mnie zdziwiła, nie sądziłem, że Bohaterka Kirkwall ma wrogów także poza granicami Wolnych Marchii.
– Ani ja – skrzywił się Anders. – O kogo chodzi?
– O pewnego wpływowego magistra z Tevinteru, o wdzięcznym imieniu…
– Danarius – dopowiedział drżącym głosem Fenris, zaciskając, do bólu, pięści.
