24. [Inspiracja: E.S. Posthumus – Kalki]
Ruszyli biegiem w stronę starych kopalń, starając się nadgonić stracony czas. W trakcie krótkiego odpoczynku ustalili plan ataku: musieli działać z zaskoczenia, błyskawicznie i cicho. Nie mieli przecież do czynienia ze zwykłymi najemnikami. Drobny błąd mógł zaprzepaścić ich szansę na odbicie Hawke: dać sposobność do wymknięcia się z zasadzki lub sprowokować Kruki do pozbycia się zakładniczki.
Mieli obawy, że Kościany Szyb okaże się pusty, a ich sugestia – błędna. Jednak w miarę zbliżania się do kopalni, nabierali pewności, iż są na dobrym tropie: Antiviańczycy byli profesjonalistami, ale ich grupa, wzmocniona teraz przez Zevrana, także nie należała do nuworyszów. Ślady obecności asasynów, mimo iż ledwie widoczne, zostały zauważone. Wzmogli czujność i, skradając się wzdłuż ścian, szukali pierwszego celu.
Ostry ból przywrócił jej przytomność. Zanim uchyliła powieki, ciało, naturalnym odruchem, zwinęło się w kłębek. Kolejne uderzenie dosięgło więc jej pleców.
– Wstawaj – umysł zarejestrował polecenie wydane niskim, całkiem przyjemnym głosem.
Otworzyła szerzej oczy. Obraz, z początku niewiarygodnie rozmazany, zaczął się konkretyzować. Dwie pary skórzanych butów, pochodnia płonąca gdzieś wysoko, nierówne, podparte balami ściany. Gdzieś już takie widziała. Gdzie? Co się stało? Kim oni są?
Gorączkowe myśli przerwał kolejny cios, tym razem w kolana.
– Jeśli nie wstaniesz, będę kopał dalej. Jestem dżentelmenem, jak na Antiviańczyka przystało, lecz takie mamy procedury, nic nie poradzę – mężczyzna zaśmiał się, a inny głos w pomieszczeniu mu zawtórował.
Theri, mimo nieznośnie pulsującego bólu w tyle głowy, próbowała ustalić pewne fakty. Po pierwsze: została uprowadzona. Po drugie: znajduje się gdzieś, gdzie już prawdopodobnie kiedyś była. Po trzecie: napastnicy nie są pierwszymi lepszymi bandytami, mają na to za porządne buty.
Poddając próbie swoją wytrzymałość, zaczęła się podnosić. Uderzone chwilę wcześniej partie ciała dały o sobie znać; dziewczyna z ledwością stanęła na nogi w niepewnej, pochylonej pozycji.
– No, nareszcie załapałaś – wymruczał ten drugi, po czym podciął jej nogi trzonkiem włóczni. Gdy upadła, mężczyźni ryknęli śmiechem, po czym nakazali jej ponownie wstać.
„Po co mam się bronić? Jeśli chcą mnie zakatować, to wszystko niedługo się skończy. Jeśli nie, to sami odpuszczą. Przecież nie ma to dla mnie znaczenia…".
Napastnicy, rozjuszeni jej bezczynnością, sami podnieśli Hawke. Gdy dziewczyna zauważyła, że ten z włócznią znów ma zamiar powalić ją na ziemię ku ogólnej uciesze, krew zawrzała w jej żyłach. W sekundę złapała za trzon broni, pochyliła ją i dźgnęła w brzuch zaskoczonego porywacza. Zdążyła ujrzeć jedynie bezgraniczne zdumienie, jakie odmalowało się na jego twarzy, gdy powoli osuwał się na ziemię. W chwilę potem zaroiło się od postaci, a ona została ugodzona olbrzymią dawką magicznej energii. Ból wycisnął z jej ust jęk, zgiął ciało wpół, wywołał chaos w umyśle. Opadła na zranione wcześniej kolano, walcząc z mdłościami.
– Idioci! Wy śmiecie się nazywać Antiviańskimi Krukami?! – ostry dźwięk poniósł się echem.
– To nowe nabytki – odpowiedział inny, spokojny i jakby zmęczony głos. – To BYŁY nowe nabytki.
Theri zdołała w końcu unieść głowę i spojrzeć przed siebie. Kilku wojowników wyszło, upewniwszy się, że sytuacja została opanowana. Z lewej, na ziemi, wykrwawiał się mężczyzna, którego dźgnęła włócznią. Obok niego znajdował się przerażony, padający właśnie na kolana młodzik, błagalnie patrzący na dwie postaci, stojące w progu pomieszczenia.
– Wybacz, mistrzu. Popełniliśmy błąd, ale…
Hawke, mimo iż sama praktykowała błyskawiczny styl walki, ledwie dostrzegła ruchy starszego, do tej pory spokojnie stojącego mężczyzny. Wystarczyło mrugnięcie okiem, a klęczący młodzik padł martwy obok swego towarzysza.
– Nie ma żadnych „ale". Kruki popełniają błędy tylko raz – szpakowaty jegomość, o niskim, zmęczonym głosie wytarł miecz o szaty zabitego, wciąż jednak bacznie obserwując Therinę. Tak, jak ten drugi, ubrany w wykwintną, długą szatę. Mag, który użył wobec niej swojej mocy.
– Dobrze, że nie pobłażasz podkomendnym, mój pan byłby wielce niepocieszony, gdyby zakładniczka zbiegła.
– Renoma przede wszystkim. Przystąpienie do Kruków to nie przymus, ale taka decyzja jest zobowiązaniem – wymruczał siwiejący wojownik, po czym podszedł do Theri i przystawił jej do gardła wyciągnięty znikąd sztylet. – Czy życzysz sobie, panie, obserwować całą procedurę?
– E, nie – apostata machnął ręką. – Głowa mnie boli od krzyków. A przed nami daleka droga – mężczyzna spojrzał na Hawke z zagadkowym uśmiechem, po czym wyszedł z pomieszczenia.
Ostrzę, dotykające skórę na jej gardle, było nieznośnie zimne.
– Zaprowadzę cię teraz, Bohaterko Kirkwall, do sali obok. Nie próbuj, proszę, ucieczki, ataku, czy prowokacji. Będę szybszy, a wtedy zaboli. Nie umrzesz, bo nie możesz, ale po co masz cierpieć jeszcze więcej. Gdyby to ode mnie zależało, ten sztylet zabiłby cię tak szybko, że nie byłabyś świadoma nadchodzącej śmierci. Ale nie zależy.
– Ciekawa jestem – wysyczała Theri – co ci zrobiłam, że aż tak mnie nienawidzisz.
Mężczyzna spojrzał na nią niespodziewanie smutnym, jakby współczującym wzrokiem.
– Nienawidzę? Nie, Bohaterko. Ja cię szanuję. I właśnie dlatego chciałbym skrócić twe męki.
Strażnik na warcie przechadzał się w tę i we w tę, wypatrując czujnymi oczyma potencjalnego zagrożenia. Miał złe przeczucia, mimo iż posterunek wzmocniony był, wyjątkowo, dodatkowym żołnierzem. Porywając samą Bohaterkę Kirkwall mogli wystawić się na olbrzymie niebezpieczeństwo. Poza tym, strażnik aż zadygotał, w tej kopalni było naprawdę, naprawdę nieprzyjemnie, a do świtu brakowało jeszcze trochę. Poczucie, że jakaś nieokreślona groźba wisi w powietrzu mroziło krew w żyłach.
Groźba określiła się w syczącym dźwięku lecącej strzały. Grot przebił gardło strażnika, zabrał mu głos, którym, być może, wyraziłby swą ostatnią skargę na niewdzięczny los najemnika. Jego towarzysz odwrócił głowę i, zobaczywszy ciało, sięgnął po wiszący u pasa róg. Spełnienie tego obowiązku udaremnił bełt, który z przerażającym plaskiem wbił się w jego ciało. Mężczyzna zakołysał się i wypadł przez niską barierkę. Ciało uderzyło o ziemię.
– Za chwilę się zorientują – wyszeptał Sebastian, sięgając po kolejną strzałę z kołczanu.
– Zatem musimy się śpieszyć – Zevran wyjął z cholewy nóż i rzucił nim w kolejnego nadchodzącego wartownika.
Zostawiwszy za sobą głęboką, śmiertelną ciszę, niczym cienie przemknęli przez rozchybotaną żelazną bramę kopalni.
Było ich czterech. Ten siwy, jakiś rudowłosy elf, młody osiłek i niewysoki albinos. Najpierw zakuli ją w dyby, później rozdarli jej ubranie. Obiecywała sobie, że nie krzyknie, że ból jej nie złamie, że cierpienie przyjmie z godnością, a śmiejącym się oprawcom będzie patrzyła prosto w oczy. Tymczasem oni postępowali metodycznie, w pełnym skupieniu realizując zlecenie. Nie było żadnych szyderstw, wyzwisk, ryków upojonego krwią bydła. Kiedy elf ciął nożem jej skórę na plecach, kiedy mimo postanowienia, wydawała z siebie jęki bólu, szpakowaty mężczyzna tłumaczył, że każdego kolejnego dnia Kruk będzie wykonywał dalszą część pracy nad rysunkiem. Bo krwawe znaki na jej ciele miały ułożyć się w jakiś wzór. Nie wiedziała, ile trwało jej cierpienie, miała wrażenie, że czas się rozciągnął, że męka nigdy się nie skończy. Nie usłyszała, kiedy elf wstał i odłożył nóż. Nie usłyszała, jak wziął naczynie z białym proszkiem. Gdy odezwał się siwy, tłumacząc jej kolejny etap tortur, niemal nie rozumiała jego słów. Coś o rozognieniu znaków, o wypełnieniu ich bólem. Zrozumienie przyszło w momencie zetknięcia soli z jej ranami. Theri wrzasnęła i szarpnęła całym ciałem. Z jej głowy uleciały wszelkie myśli, stała się jednym wielkim bólem, krzyczącą rozpaczą. Czas i przestrzeń, obiekty materialne, kolory i struktury zlały się ze sobą, rozróżniała jedynie płonące, następnie pulsujące, aż wreszcie piekące ścieżki cierpienia.
Chyba straciła przytomność, bo następne co zarejestrowała, to swoje własne buty. Wisiała przykuta łańcuchem za przeguby rąk, stopami ledwie dotykała podłogi. Kręciło jej się w głowie, a głos szefa Kruków znów zmuszał ją do skupienia.
– Nawet jedzenie nie będzie przyjemnością, na jaką mogłabyś czekać. Nie możesz odczuwać przyjemności. Tak zostało powiedziane.
I wtedy przyszedł cios. Drewno, cokolwiek to było, z pewnością zrobione zostało z drewna. Osiłek wziął drugi zamach i uderzył idealnie w to samo miejsce, w okolicę splotu słonecznego. Jej gardło wydało coś na kształt stęknięcia, zanim żołądek skurczył się i próbował cofnąć całą treść, jaką wcześniej przyjął. Nie mogła się jednak zwinąć, ulżyć sobie nawet w ten sposób. I chyba to wywołało w niej nagły, dziwnie niekontrolowany gniew. Kiedy oprawca zamachnął się ponownie, skręciła ciało w błyskawicznym, nieludzkim ruchu. Otworzyły się zakrzepłe rany na jej plecach, ale kopniak, który wyprowadziła, złamał rękę zamierzającą się na nią drewnianym drągiem. Gniew został zaspokojony, powróciły ból i zmęczenie, łańcuchy napięły się, utrzymując w pionie niemal bezwładne ciało. Mimo wszystko, słysząc ryk swojego kata, który odbiegł gdzieś, tuląc złamaną kończynę, uświadomiła sobie, że chęć śmierci wciąż nie może się przebić przez jej instynkt przetrwania. I zaczęła się głucho śmiać.
Żaden z Kruków nie uciekł, żaden się nie poddał, żaden, mimo przystawionego do gardła ostrza, nie wyjawił miejsca przetrzymywania Hawke. Nawet mag, ewidentnie należący do świty Danariusa, nie pozwolił wziąć się żywcem. Pieprzeni profesjonaliści.
Drużynie dość długo udawało się przedzierać przez korytarze kopalni i eliminować jednostki, nie wywołując ogólnego alarmu. To jednak nie mogło trwać wiecznie. Odbijane echem dźwięki wyciąganej broni i okrzyków mobilizacyjnych przekonały ich, że czas podchodów minął.
– Rozdzielmy się – zaproponowała Avelina.
Ruszyli parami w głąb ciemnych szybów, przeczesywali mijane pomieszczenia w nadziei, że wpadną na właściwy trop. Fenris, wspierany przez Sebastiana, natarł na kolejnych najemników, zabijając ich wyrobionymi przez doświadczenie ruchami. Postawy, cięcia, bloki, wyćwiczone na wszelkiej maści przeciwnikach, z jakimi miał do czynienia przez lata, wychodziły mu naturalnie, nie zastanawiał się nad nimi ani trochę, można by rzec, iż mordował na odczepnego, byle szybciej dotrzeć do celu, byle prędzej znaleźć Therinę. Za wiele myśli wtłoczyło się do jego głowy, za wiele niepokojów, które, jak skatalogowane w krasnoludzkim archiwum, przybierały postać haseł: Hawke, Danarius, Tevinter, Kruki. Jedynie przywołujące do porządku krzyki Sebastiana, jakie zwróciły jego uwagę na odniesione rany sprawiły, że całkiem nie utonął w domysłach. Ciężko było zapanować nad sobą: wyczyścili kolejne pomieszczenie i nie znaleźli żadnego śladu bytności Hawke. Gdyby tylko ją usłyszał, gdyby dotarło do niego choćby jedno słowo...
Jej usta krwawiły. Gdy wróciła do przytomności zarejestrowała najpierw tyle: cieknącą po brodzie strużkę krwi. Zamrugała. I wówczas dostrzegła spadające rude pasma włosów.
– Upodlenie kobiety zaczyna się od zabrania jej pewności siebie wywiedzionej z wyglądu. Czegoś, co ją identyfikuje, co ją wyróżnia, co ją tworzy.
Albinos, który do tej pory jedynie przyglądał się poczynaniom kolegów, teraz ucinał zwykłym kozikiem jej długie, ciemnorude pasma włosów. Theri szarpnęła się, łańcuchy zadźwięczały, lecz nie stało się nic więcej.
– Co, zazdrościłeś, blady sukinsynu? – wycharczała w bezsilnym gniewie.
– On jedynie spełnia wolę naszego zleceniodawcy – zamiast niego odpowiedział siwy.
– Czyli kogo? Komu nie podobała się moja fryzura? – w jej głosie słychać było zapowiedź furii.
– Ta wiedza nie przyniesie ci ulgi, twój los jest już spisany. A Kruki nikomu, nawet umierającemu nie wyjawiają nazwisk.
– Wspaniale, człowiek z zasadami, jestem pod wrażeniem – syknęła, modląc się w duchu, by nie utracić resztek godności, by nie krzyczeć w rozpaczy, by zapanować nad sobą, przynajmniej teraz. "Stwórco", pomyślała rozgorączkowanym umysłem. "Niech już przyjdzie koniec, daj mi wytchnienie, chcę do rodziny, błagam".
Zamknęła oczy, czując spadające na czoło krótkie, obszarpane nożem pasma włosów. Gdy spojrzała ponownie przed siebie, nie było już albinosa. Jego miejsce zajął szpakowaty mężczyzna.
– Wielki finał, jak mniemam? – pozwoliła sobie na ostatnią uszczypliwość.
– Tak, jak ci mówiłem: póki nie dotrzemy na wskazane miejsce, część z tych rytuałów będzie się powtarzała. Jednak to, co teraz zrobię, faktycznie jest najistotniejszą częścią.
– Najistotniejszą – przedrzeźniła go. – Poproszę o kopię raportu, brzmi interesująco.
Kruk nie wyglądał na zirytowanego czy sprowokowanego. Lecz wyciągnął nóż. I zaczął przecinać ostatnie paski materiału, jakie były kiedyś jej tuniką.
– Upodlenie? Rytuały? Tak to się teraz nazywa, psie? – Theri starała się nie trząść, ale umęczone ciało drgało jak w febrze. Mimo wszystko, zdecydowana była wierzgać i gryźć, gdy tylko zacznie ściągać jej spodnie. "Mamo, zabierz mnie, pomóż mi umrzeć!".
– Nie taka jest moja rola – wciąż mówił spokojnym, zmęczonym głosem. – Lecz później... Żołnierze cię dostaną. Taki był nakaz. Nie walcz, Bohaterko, tak będzie lepiej. Zresztą trucizna działa otępiająco, wystarczy, że usłuchasz jej śpiewu w twoich żyłach.
Mężczyzna zerwał resztki materii z ramion Hawke i wyciągnął zza pazuchy kryształową buteleczkę z jakimś przezroczystym, połyskującym płynem.
– Nazywają ją Ostrzem Miłosierdzia. Tak samo jak miecze, kojarzona jest z błyskawicznym skracaniem mąk, natychmiastową, bezbolesną śmiercią. Wystarczy wypić łyk, a świat przestaje gnębić swoją materialnością. Ale to nieprawda, ta trucizna nie jest żadnym miłosierdziem. Mój szacunek do ciebie, Bohaterko, każe mi powiedzieć prawdę. Nie ma gorszej substancji, nie znam gorszego okrucieństwa, jak podawanie jej ofiarom. Bo żaden intrygant, żaden zleceniodawca nigdy nie kazał nam dać całej dawki. Szkoda zachodu, gdy wystarczy miecz. Ostrzę Miłosierdzia aplikuje się stopniowo, przez małe rany na ciele, za każdym razem w innym miejscu. Na początku jest ból i otępienie, później nadchodzi szaleństwo, wreszcie są ataki drgawek, ciało nie jest już kierowane przez umysł. Lecz nadal nie umiera. Proces kończy się wtedy, gdy nie zostaje już nic z istoty rozumnej, gdy nie zostaje nawet nic ze zwierzęcia. Przykro mi, Bohaterko.
– Jak... jak długo? – wyszeptała Therina. Łańcuchy napięły się ponownie, nogi dziewczyny, po słowach Kruka, odmówiły jej posłuszeństwa.
– Nie mogę powiedzieć, Bohaterko. Ale, niestety, długo. Chciałbym, by zakończyło się dziś, przysięgam. Choć to pewnie nic dla ciebie nie znaczy.
Nastąpiła cisza, w której mężczyzna umieszczał na swoim sztylecie minimalną ilość przezroczystego płynu, a Theri pozwoliła spłynąć jednej, wstydliwej łzie. "Mama, ojciec, Bethany, Carver. Fenris. Moja drużyna. Lothering. Kirkwall. Nie zdążę. Tyle bym chciała... To moje ostatnie trzeźwe myśli. Mogłam umrzeć w walce z Arishokiem, czemu ON musiał mnie zastąpić? Zaraz mnie zgwałcą. Jak dobrze byłoby umrzeć".
Odważyła się spojrzeć na Kruka. Łza spadła i wiedziała, że więcej ich nie będzie, nie chciała płakać w ostatnich chwilach swego prawdziwego "bycia". Zadarła hardo głowę. Hawke. Była Hawke.
Dopiero po chwili dotarło do niej, że siwy stoi jak zastygły, nasłuchując. Coś nieprzewidzianego zwróciło jego uwagę. Zaniepokoiło go. Theri nagle przypomniała sobie, że nie jest sama na świecie, że przyjaciele zawsze trwali przy jej boku: gdy umierała jej siostra, jej matka, gdy stanowiła dla nich zagrożenie, gdy odrzucała ich pomoc. Mimo wszystko zawsze czuwali.
Siwy musiał wyczytać coś z jej twarzy, bo powiedział:
– To pewnie twoi druhowie? Jeśli tak, nie doceniłem ich wystarczająco. Liczyłem na czas, ale okazali się szybsi. Są zatem ogromnym zagrożeniem. W takim wypadku zlecenie musi ulec zmianie, jeśli główny cel ma być osiągnięty. W obliczu możliwości odbicia zakładniczki przyspieszam procedury: cieszę się z tego, Bohaterko Kirkwall. Żegnaj.
Siwy wykonał błyskawiczny ruch ręką, celując ostrzem w samo serce Theriny. To były ułamki sekundy, ból, rozpacz, strach, desperacja rozbiły się o nagłą euforię, nadzieję. Miała za mało czasu, by to uporządkować, by zastanowić się, czego pragnie naprawdę, więc poprowadził ją bunt przed tym nieprzygotowaniem, instynkt przetrwania wziął górę nad splątanymi myślami.
Zdążyła zareagować. Łańcuchy jęknęły, gdy szarpnęła ciałem i skręciła je w prawą stronę, by uniknąć śmiercionośnej stali. Wciąż miała jednak do czynienia z mistrzem Kruków: ostrzę nie dosięgło jej serca, lecz wbiło się poniżej lewego obojczyka. Siła ciosu sprawiła, że rana była głęboka, a sztych wbił się w łopatkę.
Eksplozja bólu. Wrzask. Wibrujące powietrze. Wybuch gorąca. Śpiew trucizny. Krzyk, krzyk, krzyk!
Dziewczyna nie była już świadoma niczego: ani tego, że siwy kiwa głową w dezaprobacie i wyciąga oblepione gęstą krwią ostrzę, by następnym pchnięciem zakończyć jej niepotrzebną mękę, ani tego, że Kruk zdążył jedynie unieść broń, zanim czarnopióra strzała przebiła jego pierś. Wszystko wirowało, pion i poziom przestały być odniesieniem, barwy rozmyły się. Była rybą, telepiącą się na plaży w agonicznym tańcu. Wody! Wody! Ktoś ją podnosi? Nie... Wzlatuje, jak ptak, ale jej skrzydła płoną! Spopiela się, języki ognia trawią jej ciało. Zaraz zacznie spadać. Spada. Sypie się, nie zostanie z niej nic, chce wykrzyczeć siebie, zostawić po sobie choćby wrzask. Ale nie wie, czy dźwięk opuszcza jej gardło, nic nie słyszy. Zapada sie w miękką, jasną pustkę...
– Nie reaguje! – Fenris, trzęsącymi się dłońmi próbował zatamować krew, intensywnie wypływającą z rany pod obojczykiem. – Biegnij po Andersa!
Sebastian, bez chwili zwłoki, puścił rękę Theriny i wybiegł z komnaty, w poszukiwaniu uzdrowiciela.
"Co oni jej zrobili? Co oni jej zrobili? Co oni jej..." myśli elfa nie potrafiły wyjść poza to jedno pytanie. Przed nim, na brudnej od węgla i krwi ziemi, leżała jego Hawke, jego Theri. Obnażone do bielizny ciało ukazywało czerwone, spuchnięte plecy, pocięte wzorami łudząco podobnymi do jego znaków, sine i purpurowe ślady uderzenia na brzuchu sugerowały pęknięte, może połamane żebra, a rozcięta warga i głębokie cienie pod oczami malowały na jej twarzy obraz cierpienia, jakiego doświadczyła. Nic jednak nie wstrząsnęło Fenrisem tak bardzo, jak leżące wszędzie kosmyki ciemnorudych, długich włosów. Nierówne pasma, opadające na jej twarz, przyklejone do czoła potem i krwią, wywoływały w nim fale nieokiełznanego gniewu. Danarius zawsze najpierw starał się upodlić swą ofiarę, zanim ją zniszczy. Zawsze. A teraz zrobił to jego Therinie. Nie było takiego słowa w żadnym ze znanych mu języków, które wyraziłoby jego nienawiść do magistra.
Mocniej objął dziewczynę. Krew nie sączyła się już z opatrunku, ale Hawke dostała drgawek; okowy i resztki łańcucha, których nie mieli czasu zdjąć z jej nadgarstków, zadźwięczały, gdy ogniwa uderzyły o siebie.
– Theri!
Anders, na czele reszty drużyny, wbiegł do pomieszczenia i klęknął obok przyjaciółki. Natychmiast zaczął czerpać z pokładów swojej many.
– Co za sukinsyny – szepnął Varrik, gdy ujrzał nieprzytomną Hawke. Lekko kulejąc podszedł i odgarnął z jej czoła ucięte pasma włosów. – Niech ich...
– Uchyl opatrunek, muszę widzieć ranę – zwrócił się Anders do białowłosego wojownika.
Fenris, drżącymi palcami, spełnił polecenie. Lyrium zatopione w jego ciele rozjarzyło się, samoistnie reagując na magię uzdrowiciela, ale tym razem elf cieszył się z jej obecności, dziękował w duchu, że istnieje. Aż do momentu, w którym ujrzał panikę na twarzy uzdrowiciela.
– Nie działa – wyszeptał mag.
– Co?! – wrzasnęła Avelina, przestając owijać krwawiącą łydkę jakimiś szmatami i spoglądając groźnie na mężczyznę.
– Magia. Nie działa. Rana się nie zasklepia. Coś blokuje moje działania, nie wiem dlaczego...
– Dlatego.
Wszyscy spojrzeli na elfiego skrytobójcę, stojącego pośrodku pomieszczenia w zachlapanej krwią, skórzanej zbroi. W prawej dłoni trzymał małą szklaną buteleczkę z połyskliwym płynem.
– Zevran, na cycki mojej matki, gadaj co wiesz! – Izabela podbiegła do elfa i pchnęła go lekko w pospieszającym geście.
– To Ostrzę Miłosierdzia – szepnął z tym swoim antiviańskim akcentem.
– Ale przecież Ostrza... – zaczął protestować Sebastian.
– Mają tę samą nazwę, to zresztą nie jest istotne – Zevran westchnął, nie umiejąc spojrzeć w oczy Izabeli czy któregokolwiek z jej przyjaciół. – Wasza przyjaciółka... nawet jeśli dawka była znikoma, przy tak głębokiej ranie trucizna już krąży po całym jej ciele. Magia uzdrowicielska nie poradzi sobie z taką toksyną. Obawiam się, że niewiele możemy dla niej zrobić.
– Musi być jakiś sposób! – wykrzyknął Fenris, spoglądając na coraz bledszą twarz Hawke.
– Mam w klinice mikstury, sam je robiłem, czasami pomagały w krytycznych przypadkach – Anders wstał z klęczek. – Kruki zostawiły kilka koni, przewieziemy Therinę do Mrokowiska.
– Nie wytrzyma podróży w siodle – jęknęła Merrill.
– Zrobimy nosze i zawiesimy je pomiędzy końmi – zaproponowała Avelina.
– Powrót będzie trwał wieki! – zdenerwował się Varrik.
– A masz lepszy pomysł?
– Chyba nie – westchnął po chwili krasnolud. – Oby Hawke wytrzymała tak długo. Blondasku, jedź po te mikstury i wracaj jak najprędzej. Stokrotka może co jakiś czas puszczać flarę, żebyś nas nie zgubił na trakcie.
Uzdrowiciel kiwnął głową i wybiegł z pomieszczenia.
[Inspiracja: Sam Hulick – I Was Lost Without You (Mass Effect 3 Soundtrack)]
Stary wiatrak wyglądał tak samo, jak go zapamiętała. Wielkie, podziurawione skrzydła obracały się w leniwym, jednostajnym tempie. Bujna, ciemnozielona trawa, przez którą się przedzierała, łaskotała jej dłonie. To musiało być lato, słońce wisiało wysoko na niebie, ale nie odczuwała gorąca. Wręcz przeciwnie, drżała jak w febrze. Wreszcie, przedarła się przez dziką roślinność i zaczęła biec w stronę majaczących na horyzoncie zabudowań. Zwolniła dopiero wtedy, gdy zbliżyła się do jednego z domostw. Z niepokojem i niecierpliwością otworzyła furtkę, tak dobrze znaną drewnianą furtkę, podeszła do masywnych, zawsze niemiłosiernie skrzypiących drzwi. I jednym pchnięciem znalazła się w krainie szczęścia.
Jechali niemal cały dzień, niebo zaczęło już ciemnieć, gdy elfka wyprzedziła resztę i zaczęła intensywnie wpatrywać się w trakt, prowadzący aż do samego Kirkwall.
– To Anders! – zawołała, wskazując niewyraźny, ciemny punkt, zbliżający się w ich stronę.
W całą drużynę wstąpiła nadzieja. Fenris spojrzał na Hawke. Od kilku godzin już nie drżała, lecz jej oddech był urywany i płytki, a twarz przerażająco blada. Przyjaciele opatrzyli jak mogli rany na jej plecach i starali się nie otworzyć ich nieopatrznie, gdy kładli dziewczynę na noszach. Mimo to, płaszcz, którym ją owinęli w czasie jazdy, zachlapany był krwią. Na ten widok, białowłosy wojownik czuł taki przypływ adrenaliny, że jego wierzchowiec zaczynał nerwowo parskać. Teraz jednak, wraz ze zbliżającym się z każdą chwilą Andersem, elf porzucił myśli o zemście na Danariusie. Jedyne, czego pragnął, to uleczenia Theri.
– Masz mikstury?! – krzyknęła Avelina, wyjeżdżając uzdrowicielowi na spotkanie.
– Tak – wyrzucił z siebie blondyn, zeskakując z grzbietu spienionego konia. – Mam.
Zatrzymano zwierzęta, między którymi zawieszona była prowizoryczna lektyka i wszyscy zgromadzili się obok nieprzytomnej Hawke.
– To mocna rzecz, dlatego używałem jej jedynie... mam nadzieję, że organizm wytrzyma – zająknął sie mag.
– Chcesz powiedzieć, że ta mikstura może ją zabić? – warknął Fenris.
– Nie ma innego wyjścia. Musimy się modlić, by zadziałało – szepnął Sebastian, chyba pierwszy raz stając po stronie Andersa.
– Pospieszmy się. Jeśli w ogóle chcemy mówić o jakiejkolwiek szansie, trzeba działać – Varrik odchylił płaszcz, jakim przykryta była Hawke i dotknął jej zimnego policzka. Po chwili, najdelikatniej jak umiał, zaczął odwiązywać przesiąknięty krwią opatrunek.
– Moja Theri. Moja kochana córcia! – Malcolm Hawke podbiegł do niej, wciąż stojącej w przedsionku w zastygłej z zaskoczenia i nieopisanej radości pozie, objął mocno i zaszlochał na jej ramieniu. Zamknęła oczy i pozwoliła własnym łzom spłynąć po policzkach. Dopiero teraz w pełni uświadomiła sobie, jak bardzo tęskniła za ojcem. Mężczyzna odchylił się, by spojrzeć na jej twarz.
– Wyrosłaś na taką silną, piękną kobietę. Ja zawsze wiedziałem, że taka będziesz.
– Bardzo mi ciebie brakowało, tato – Therina trzymała go za rękę, jak dawniej, gdy była jeszcze malutka, gdy mieszkali wszyscy razem i mimo koczowniczego życia uchodźców, byli szczęśliwi.
– Chodź, reszta też chce się poprzytulać – powiedział tym chropowatym, tak uwielbianym przez nią tonem głosu.
Prowadził ją za rękę w głąb domu, w stronę jadalni, która zawsze była dla nich najważniejszym pomieszczeniem. To już nawet nie była nadzieja, tylko pewność: zastanie ich tutaj.
I zastała.
Matka i Bethany podbiegły do niej, z radosnym okrzykiem na ustach i porwały w ramiona. Theri ucałowała zaróżowiony policzek siostry i okolone długimi, siwymi włosami czoło matki. Gdy uniosła głowę, dostrzegła też uśmiechniętego, choć, jak zawsze, nieco wycofanego Carvera. "Można się było tego spodziewać, głośne powitania są przecież nieznośnie babskie", pomyślała dziewczyna, zanosząc się na ten widok śmiechem.
– Dobrze cię widzieć, siostro – powiedział, gdy sama zbliżyła się do niego. – Czekaliśmy na ciebie.
I wtedy przed oczami znów zobaczyła każdą z tych najgorszych dla niej chwil. Moment, gdy ojciec wydał ostatnie tchnienie; chwilę, gdy ogr cisnął ciałem Carvera o ziemię; ostatni uśmiech Bethany; ostatnie słowa matki.
– Przepraszam! – okrzyk samoistnie wyrwał się z jej ust, a oczy zaszły łzami. – Przepraszam, że nie umiałam was uratować! Carver, mogłam częściej ci ufać, dać się wykazać, może wtedy nie próbowałbyś walczyć z tym monstrum. A ciebie, Bethany, nie powinnam wtedy zabierać ze sobą, bałam się, że poczujesz się jak twój brat, odstawiona na bok, zlekceważona. To dlatego... Mamo, mogłam ci powiedzieć, przecież wiedziałam o tym mordercy, nie sądziłam po prostu... za mało z tobą rozmawiałam, byłam zajęta swoimi sprawami. Tak bardzo tego żałowałam, nadal żałuję. Wszystko zrobiłam źle, doprowadziłam do tego! Przepraszam, przepraszam...
– Już dobrze, siostro – Carver, nieco niezręcznie podszedł i przytulił dziewczynę do siebie. Zaraz jednak odsunął się i poklepał ją po ramieniu. – To nie twoja wina. Tak wyszło.
– Nasz braciszek ma rację. Nie powinnaś ani na moment sądzić, że było inaczej – rzekła Bethany i stanęła obok. – To były nasze decyzje, nie twoje.
– Zbyt długo żyłaś z poczuciem winy, Rini – matka ścisnęła jej dłonie w pokrzepiającym geście. – Z żalu pozwoliłam na to, byś obarczyła siebie. Wiedz jednak, że nigdy tak naprawdę cię nie posądzałam. Wybacz mi, proszę, te matczyne chwile słabości.
– Mamo... – załkała Theri, nie mogąc wypowiedzieć ani jednego słowa więcej.
– Już dobrze, dziecko, zapomnij o tych złych chwilach, teraz jesteśmy razem – ojciec dołączył do nich i uśmiechnął się, jak matka, jak Carver i Bethany. Jak ona. Znów byli rodziną.
I nagle wszystko zaczęło ciemnieć, rozmywać się. Hawke krzyknęła z całej mocy:
– Nie! NIE!
– Anders! Gadaj! Co się dzieje? Dlaczego ona krzyczy?
– Może to reakcja na niszczenie trucizny, nie wiem! Justynian podejrzewa, że jej duch błądzi po Pustce, możliwe, że demony nie pozwalają jej odejść.
– Przytrzymaj ją, do jasnej cholery!
– Wykrwawi się! Trzeba to zatamować!
– Nie! Ciało może wypłukiwać jad.
– Andrasto, miej ją w opiece...
– Wystarczy! Dawaj te bandaże!
– Może ona nie chce...
– Co?!
– Może... może nie daje się uratować?
Obraz znów był wyraźny, jej bliscy pochylali się nad nią, głaskali po włosach. Przez moment zadała sobie wiele pytań. Pustka? Demony? Pułapka? Zaświaty?
Ale za chwilę o nich zapomniała, pragnęła jedynie dołączyć do rodziny, reszta się nie liczyła.
– Oni wciąż walczą, Rini – Leandra westchnęła, ale na jej ustach pojawił się uśmiech. – Ta twoja dziwna banda.
– O tak, Ekipa z Kirkwall – zaśmiała się Bethany. – Wyglądaliśmy, jakby nas ktoś dobrał na jarmarku. I od samego początku było jasne, że staniesz się naszą przywódczynią.
– Ale przecież umarłam – jęknęła Therina. – Dlaczego czuję, jakby mnie próbowali sprowadzić tam, do życia?
– Stoisz na progu, kochanie – rzekł ojciec. – Chcieliśmy cię zobaczyć, zanim postanowisz, w którą stronę podążyć.
– Chcę do was!
– Siostro...
– Chcę do was! Jak mam to zrobić, jak przejść?
– Posłuchaj, Theri – Bethany uklękła przy niej. – Oni cię potrzebują. Są twoimi przyjaciółmi, przecież wiesz, jak im na tobie zależy. Nie tylko Fenrisowi – siostra puściła do niej oczko. – Ich uczucia do ciebie są tak silne, że wszyscy je tu odczuwamy. Stali się częścią ciebie.
– No, z tym całym Fenrisem to chętnie bym sobie porozmawiał – udawanym, surowym tonem powiedział Malcolm.
– Wiem, że są wspaniali, ale ja tak bardzo chciałabym z wami zostać – dziewczyna spojrzała w oczy każdemu z nich, odnajdując miłość.
– Nigdy cię nie opuściliśmy, Rini – rzekła Leandra. – I nigdy nie opuścimy. Mimo iż chcielibyśmy mieć cię już przy sobie, powinnaś wrócić. Powinnaś żyć.
– Dlaczego? Co mnie tam czeka? Kolejna porażka? Kolejny cios? Nie chcę patrzeć, jak któryś z moich przyjaciół umiera, nie chcę być ostatnią, która pogrzebie wszystkich najbliższych!
Członkowie jej rodziny spojrzeli na nią, nagle zasmuceni.
– Nie jesteś panią życia i śmierci, choć wokół ciebie rozgrywają się tak istotne dla całego Thedas wydarzenia. Wiedziałaś jednak, że tak będzie, wiedziałaś, odkąd przeszłaś Próbę Ognia – Malcolm Hawke uklęknął tuż obok Bethany i Theriny. – To było ci pisane.
– Nigdy tego nie pragnęłam, tej mocy, przecież wiesz o tym, tato – wyszeptała w odpowiedzi.
– Wiem. Bardzo dobrze wiem – przez twarz mężczyzny przeszedł spazm bólu. – Ale dzięki temu mogłaś żyć. I wciąż możesz żyć. Dla twoich przyjaciół, dla tego elfa. Dla siebie.
Nad ranem osiągnęli bramy Kirkwall. Nie rozmawiali. Nie mogli. Nie chcieli. Mijani mieszkańcy odwracali się w zdumieniu, obserwując nic innego, jak kondukt żałobny. Ten i ów pobiegł do znajomych z nowinami, inni, poznając drużynę Theriny Hawke i ją samą, niesioną na noszach, zamierali w przerażeniu lub uderzali w płacz. Wieści rozniosły się błyskawicznie; gdy wjeżdżali do Górnego Miasta, rozemocjonowani szlachcice już czekali po obu stronach wybrukowanych uliczek.
Konie porzucili przed posiadłością Amellów, nie troszcząc się o ich los. Zevran pożegnał się krótko i odszedł, nie chcąc narzucać się przyjaciołom dziewczyny w takiej chwili. Gamlen, z wyrazem bezsiły na twarzy, otworzył im drzwi. W ciszy stąpali po drewnianych schodach, jeden po drugim osiągając próg sypialni Hawke. Sebastian położył ją na łóżku, Anders szepnął, że spróbuje jeszcze raz i jego dłonie rozświetliła magia. Ale pozostali już nie wpatrywali się w twarz Theri z nadzieją i napięciem. Nie mogli. Nie mieli siły.
Uzdrowiciel wciąż jednak próbował. Po jego czole zaczęły płynąć krople potu i gdyby ciszy nie przerwał podszyty gniewem szloch, nikt nie rozróżniłby wśród tych kropel łez.
– Ale ja nie chcę żyć – odpowiedziała szeptem ojcu.
Anders zatrzymał swoją magię i odwrócił się do reszty.
– Ona umiera – wyszeptał.
– Mówisz tak, bo wciąż jeszcze do ciebie nie dociera to, co ci powiedzieliśmy – obok usiadł Carver.
– To prawda – zaśmiała się Bethany i przytuliła się do siostry. – On cię kocha, Theri.
– Jak i cała reszta – prychnął brat.
– Ale przede wszystkim – Leandra ujęła jej podbródek i spojrzała głęboko w oczy swej córki – powiedzieliśmy, że nigdy cię nie opuścimy. A to znaczy...
– ...że będziemy czekać. Będziemy czekać, córeczko – dokończył Malcolm. – Gdy przyjdzie twój czas, znów przywitamy cię wszyscy razem. To wiele, Theri, bardzo wiele, nie każdy ma prawo otrzymać takie zapewnienie. Ale ty masz.
– Dlaczego, tato?
– Nie możemy być pewni, nikt nie może, w końcu to Jego zamysły – mężczyzna pogłaskał ją po długich, ciemnorudych włosach. – Ale sądzimy, że znamy odpowiedź.
– Więc dlaczego?
– Bo już tak wiele wycierpiałaś.
– Merrill – powiedział ledwie słyszalnym głosem Fenris.
Wszyscy spojrzeli na elfa, który stał u wezgłowia Hawke. Ledwie go poznali, tak był zmieniony na twarzy.
– Spróbuj magii krwi – rzekł, odwijając koszulę ze swego przedramienia.
– To nie jest rozwiązanie, Ponuraku, pakt z demonami nigdy jeszcze nie okazał się uczciwy – Varrik podszedł do białowłosego wojownika, próbując go powstrzymać.
– Nie musi być. Nie względem mnie. Zapłacę cenę.
– Nie mamy nic do stracenia – uniósł się uzdrowiciel. – Niech próbuje, to w końcu jego wina. Jego pieprzona wina!
– Anders! – Avelina próbowała mu przerwać.
– A może nie? Gdyby nigdy cię nie poznała, byłaby żywa! Ściągnąłeś na nią uwagę tego magistra, tak jej się odwdzięczyłeś za... za wszystko! Ten Danarius powinien cię dopaść lata temu! Bądź przeklęty, elfie!
– Anders! – krzyknęła na maga Izabela.
– On ma rację – ze sztucznym spokojem powiedział Fenris, po czym zwrócił się ponownie do Dalijki: – Szybciej, Merrill.
Elfka jęknęła, nie wiedząc co robić, więc białowłosy postanowił pomóc jej w decyzji. Sięgnął po sztylet, umocowany do cholewy jego buta, po czym jednym cięciem otworzył żyły na swoim nadgarstku.
– Tutaj jest mi dobrze – powiedziała Theri. – Z wami. Oni są silni, poradzą sobie z moim odejściem.
Jej bliscy spojrzeli po sobie, kiwając zgodnie głowami.
– W takim razie pewnie chciałabyś ich zobaczyć, zanim podążysz z nami? – zapytała Leandra.
Therina od razu potwierdziła. Rodzeństwo kazało jej się odwrócić, a gdy to uczyniła, przed jej oczami pojawiać się zaczął zrazu niewyraźny, wreszcie coraz konkretniejszy w szczegółach obraz. Obraz jej sypialni, jej ciała, leżącego na łóżku, jej przyjaciół stojących w napięciu obok. I obraz Fenrisa, podającego zakrwawiony nadgarstek Merrill.
– Co on robi?! – zakrzyknęła dziewczyna.
– Kocha cię – odpowiedziała Bethany.
Theri zdołała jeszcze wychwycić kilka szczegółów. Anders miał mokrą twarz. Varrik swoją zasłonił rękami. Zza futryny wyłaniała się głowa przerażonego Gamlena.
I wtedy znów wszystko zaczęło się rozmazywać, a jej rodzina niknęła w ciemności. Protestowała, całą sobą. Siłą woli, umysłu, ducha próbowała zatrzymać proces dezintegracji. Ponownie wróciły wątpliwości: nie wiedziała, czy znajdowała się na granicy Pustki, czy czasem wszystko, czego doświadczyła, nie było jedynie mirażem stworzonym dla niej przez demony. Ale nie, nie wierzyła w to, przecież oni nie namawiali do pozostania, nie kusili mocą. To byli jej rodzice, jej rodzeństwo. Wrzasnęła rozpaczliwie, wołając za nimi.
– Przestańcie! Ona cierpi! Tylko ją ranicie! – Varrik nie mógł dłużej znieść krzyku, jaki wydobywał się z gardła Hawke. Dziewczyna rzucała się wewnątrz czerwonej mgły, jej upiorna bladość jeszcze mocniej uwidoczniła się na tle szkarłatu.
Avelina, podtrzymująca półprzytomnego Fenrisa, rzekła zdecydowanym tonem:
– Varrik ma rację, trzeba to przerwać. Zróbcie coś z Merrill!
Anders, Izabela i Sebastian próbowali zbliżyć się do elfki, ale wokół tej rozciągało się niemożliwe do przekroczenia pole siłowe.
– Jeszcze moment i zamieni się w demona! – ostrzegł uzdrowiciel. – Przygotujcie się!
Jednakże w jednej chwili nagromadzona przez Merrill moc ulotniła się, tylko szkarłatna mgła zostawiła plamy na meblach, ścianach i ciałach. Elfka opadła na kolana, lecz uniosła dłoń w uspokajającym geście.
– Przezwyciężyłaś demona – szepnął z podziwem Sebastian. – Do tego potrzeba naprawdę silnego ducha.
– Chciałam... bardzo chciałam się z nią pożegnać – wyjęczała Merrill, po czym, łkając, usiadła na podłodze, wpatrując się w ucichłą już Hawke.
Gdy znów ujrzała swoją rodzinę, ogromny lęk ściskający jej serce ustąpił miejsca niesamowitej uldze.
– Tak się bałam, że otchłań mnie pochłonie – podbiegła i wtuliła się w ramiona ojca. – Ale znów tutaj jestem. Magia krwi nie podziałała. Trucizna jest za silna – i nagle, przypominając sobie obraz, jaki ukazał się jej oczom, wykrzyknęła: – Fenris! Czy on...? Proszę, powiedzcie mi!
– Nie, nie zginął. Przerwali rytuał, uznawszy, że przysparzają ci jedynie dodatkowego cierpienia.
– To dobrze, to dobrze – wyjąkała, wciąż myśląc o elfie. O tym, co zrobił. Dla niej. Mimo wszystko.
– Theri, trucizna zabija twoje ciało, ale to nie jej siła cię tutaj zatrzymuje – matka pogładziła jej długie włosy. Przez moment coś sobie przypomniała: lecące pasma, podeptane kosmyki. Leandra zrozumiała i zaśmiała się.
– Tutaj można takie rzeczy zmieniać. Widocznie nie mogłaś pogodzić się z ich utratą, dlatego widzisz się w długich. Wielka szkoda, były takie piękne. Ale w krótkich też ci dobrze, tylko Orana musiałaby je trochę poprawić.
– No, albinos nie był pierwszorzędnym fryzjerem – podsumował zgryźliwie Carver, na co cała reszta parsknęła śmiechem.
– Córeczko – ojciec spojrzał jej w oczy. – Jest jeszcze czas, niewiele, ale zdążysz. Nie będę cię okłamywać, tam będzie trudniej, zresztą wiesz, jakie jest życie. Ale tak wiele możesz jeszcze uczynić, tak wiele zmienić. Zajrzyj głęboko w swoje serce i zapytaj się, czy tego właśnie chcesz, odejścia od problemów egzystencji, od trudnych wyborów i jeszcze trudniejszych konsekwencji, ale także od przyjaciół, od tego Fenrisa. Od sytuacji, w których pomagasz innym, widzisz ich uśmiechy. Zapytaj sama siebie, czy znajdziesz siłę, by zmierzyć się na nowo z rzeczywistością albo czy znajdziesz siłę, by z niej zrezygnować. To tylko i wyłącznie twoja decyzja, lecz podjąć ją musisz teraz.
Theri wzruszyła ramionami.
– Nawet jeśli chciałabym wrócić, oni przestali walczyć z trucizną, już nic nie ściągnie mnie do nich.
Malcolm uśmiechnął się. Delikatnie. Czule. Jak wtedy, lata temu, gdy ujrzał, że jego mała córeczka żyje.
– Pamiętaj, że masz w sobie ogień. Ogień, który spala wszystko.
– A więc to koniec. Nawet magia krwi nie poradziła sobie z tą trucizną – rzekła Avelina, pomagając Fenrisowi usiąść na łóżku, przy wezgłowiu Theriny i odbierając od Gamlena zwoje bandaży.
– Chciała umrzeć – wyszeptał elf, nie zwracając w ogóle uwagi na opatrującą go panią komendant. – Nie ma w niej woli przetrwania. Czułem to – i wówczas przyjaciele dostrzegli w jego oczach łzy. Fenris zapłakał i nachylił się, by złożyć na zimnym czole swojej ukochanej ostatni pocałunek.
Nie musiała mówić głośno, wiedzieli, co postanowiła. Leandra westchnęła i wyciągnęła ku niej ramiona. Po chwili otoczyli ją pozostali. Dotarła do niej aura ciepła i radości.
– Nie mogłabym bez was żyć – rzekła Theri, czując ich miłość, czując takie szczęście, jakiego nie doświadczyła jeszcze nigdy.
– Nie będziesz musiała – wyszeptała jej do ucha Bethany.
– Bo zawsze będziemy przy tobie – powiedział Carver, nienaturalnie wzruszonym głosem.
– Jesteśmy częścią ciebie – matka położyła jej dłoń na sercu.
– I będziemy czekać – obiecał ojciec.
Ciepło.
Fenris poczuł ciepło. Oderwał usta od jej skóry i spojrzał na rumieniec, jaki pojawił się na twarzy Theri. Wstrzymał oddech.
– Na Andrastę! Spójrzcie! – zareagował Sebastian.
– Nabiera kolorów! – Varrik zbliżył się, niedowierzając.
– To gorączka przedśmiertna – Anders nie uniósł nawet wzroku. – Łudzicie się tylko, że...
Lecz nagła fala mocy zaśpiewała w jego żyłach tak intensywnie, że uzdrowiciel zsunął się ze skraju łóżka na podłogę.
– Na Mythal – wyszeptała Merrill, czując, jak magia w niej dźwięczy.
Znaki na ciele Fenrisa rozjarzyły się mocnym światłem, lyrium odpowiedziało na energię, jaka otaczała Hawke.
– Co się dzieje? Anders? Fenris? Merrill? Powiedzcie mi, do jasnej cholery, co się dzieje! – Avelina przerzucała po nich wzrok, panicznie bojąc się, że rosnąca w niej nadzieja jest tylko ułudą.
– Patrzcie! Patrzcie na nią! – zawołała Izabela, wskazując palcem przyjaciółkę.
Theri, wciąż mając zamknięte oczy, wzięła pierwszy od godzin, głęboki oddech. I wówczas poznali potęgę Ognia.
Ładunek energii zepchnął wszystkich aż pod ściany. Buchnęło gorącem, a nad Theriną pojawiły się płomienne języki. Przesuwały się wzdłuż ciała, oplatając ją, tańcząc, pulsując.
– Spala truciznę, wiem to! Ona spala truciznę! – wykrzyknął wstrząśnięty Anders.
Wszyscy podnieśli się na nogi i obserwowali. Hawke nie ruszała się, choć oddychała coraz szybciej, a z jej gardła czasami wydobywały się jęki bólu. Wibracje mocy były intensywniejsze, z kolei płomienie zaczęły maleć, gasnąć, wreszcie całkowicie zniknęły.
Fenris zrobił krok naprzód, przezwyciężając opór nagromadzonej w komnacie energii. Znaki na jego ciele uwyraźniły się jeszcze mocniej, na twarzy poczuł też wybuch gorąca. Ale nie cofnął się.
Usłyszał tupnięcia. Inni poszli jego śladem, z determinacją pokonując przestrzeń, dzielącą ich od Hawke. Powoli, lecz konsekwentnie stawiali swe kroki, nie obawiając się już dziwnej mocy. Nie traktując jej jak zagrożenia. Jakimś dodatkowym zmysłem czuli, że to, co się dzieje, jest dobre. Że pomaga. Że jest w tym ona, jej wola.
Theri poruszyła głową, zacisnęła mocniej powieki, jęknęła. Jej prawa ręka uniosła się nieznacznie i byłaby upadła z powrotem na łóżko, gdyby nie została ujęta przez inną, dużo zimniejszą, dużo silniejszą, lecz równie roztrzęsioną rękę, wytatuowaną świecącym lyrium. Serce dziewczyny biło tak mocno, że słyszeli je wszyscy jej przyjaciele, stojący znów przy niej, czuwający, czekający na coś, co miało się za chwilę wydarzyć. Spoglądali na ranę pod jej lewym obojczykiem i dostrzegli zniknięcie szarych, wytworzonych przez truciznę kręgów na skórze. Zauważyli krwiście czerwone usta, które niedawno nie miały w sobie ani odrobiny koloru. Poczuli, jak pulsacyjne ładunki energii zgasły w jednej chwili, jak śpiew w ich żyłach milknie, a cisza uderza ich umysły.
Zobaczyli, jak Theri otwiera oczy.
I usłyszeli, jak mówi cichym, słabym jeszcze głosem:
– Wróciłam.
Nie pamiętał, czy sam płakał. Za to wiedział, że cała reszta nie mogła powstrzymać łez. Nawet Avelina i Izabela. Nawet one.
Czy pamiętał coś jeszcze? Tak, pamiętał ciepło jej dłoni. Skrzenie się tych błękitnych oczu. Był niemal pewien, że odgarniał krótkie kosmyki włosów z jej czoła, że je pocałował. A może to było wcześniej? Czy wydawało mu się, czy Anders naprawdę wziął ją w ramiona, zaraz po tym jak złagodził magicznie ból w jej ranach? Tyle słów, tyle gestów... nie wiedział już nic.
Chyba wyszedł jako pierwszy. Było zimno, w porównaniu z jej komnatą było naprawdę zimno. Zdaje się, że padał deszcz, bo zauważył w swoim pokoju, w posiadłości, która kiedyś należała do znajomego Danariusa, mokre ślady, jakie zostawiały jego buty i ubranie.
Anders miał rację. Nigdy nie powinna go spotkać.
Uśmiechnął się. Zaczął sie śmiać. Przechytrzyła go, przechytrzyła wielkiego magistra. Przeżyła jego atak.
Wciąż się śmiał, gdy odwiązywał gruby sznur, przytrzymujący masywne kotary. Był tak zmęczony uczuciami, że doznawał wywołanego przez nie bólu. Huśtawka emocjonalna, jaką przeżywał od tamtej pamiętnej nocy, dała mu się we znaki już wcześniej, lecz teraz... Teraz już brakowało mu sił. Zresztą, tak było najlepiej. Zaśmiał się. Wreszcie spokój.
Przerzucenie liny przez żyrandol było nie lada wyzwaniem, bo mięśnie odmawiały mu posłuszeństwa. Co także go rozśmieszyło. Danarius nie miałby z niego obecnie żadnego pożytku, czyż to nie ironia losu? On, wybrany ze względu na swą siłę, nie mógł podnieść ręki, choć nie był mocno ranny. Przestał się śmiać. Był. Był ranny od dawna.
Poczuł obezwładniające zmęczenie. Wspiął się na fotel, później na stół, zwalając przy okazji czarną matową butelkę i rozbijając ją w drobne na posadzce. I znowu zachciało mu się śmiać. Kolejna paralela, ten facet prześladuje go do ostatniej chwili. Ale zaraz przestanie. Już więcej go nie dostanie. I jej też da spokój, nie będzie miał powodu. Bo przecież jutro czy pojutrze go znajdą. Może Orana? Nie chciałby tego, ona i tak już się napatrzyła na tyle strasznych rzeczy. Może Sebastian? On przynajmniej wiedziałby, co powiedzieć w takiej sytuacji. Pomodli się, kto wie, może nawet wstawi się za nim? A Theri... jest jeszcze za słaba. Dowie się i tak, ale przecież zrozumie. Ona zawsze wszystkich potrafiła zrozumieć.
Myśli skończyły się w jego głowie. Wyczerpały się po prostu, zostawiając wygodną pustkę. Nie zastanawiając się, co robi, sięgnął po zwisający sznur, przywiązał jeden koniec do żyrandola, zawiązał pętlę na drugim i przełożył przez nią głowę. Zrobił krok.
Pukanie do drzwi wyrwało go z transu. Zamrugał. "Co to za różnica. To nic nie zmienia. Po prostu znajdą mnie szybciej i tyle". Ale pukanie się powtórzyło, a on nie zrobił kolejnego kroku. Zdenerwował się; był zmęczony, chciał to już skończyć, lecz kołatanie do jego drzwi sprawiało, że się wahał. Przeklął. Zdjął sznur z szyi i zszedł ze stołu. Prawie biegł, czując straszny gniew, chcąc dowiedzieć się, o co chodzi, zamknąć drzwi i zrobić to, co zamierzał.
Szarpnął klamką.
– List do pana – rzekł przestraszony posłaniec i po wciśnięciu Fenrisowi przesyłki, natychmiast się ulotnił.
Elf stał na progu i trzęsącymi się dłońmi próbował rozwinąć pismo. "Tylko zobaczę, od kogo. Tylko tyle".
Zobaczył, od kogo było pismo.
Pętla nie zacisnęła się na jego szyi. Ani tego wieczoru, ani nigdy później.
