25.
Teagan wstał od stołu i powitał ją zgrabnym ukłonem.
– Moja pani – mężczyzna ujął dłoń Theriny i złożył na niej pocałunek. – Ufam, iż z każdym dniem powracasz do zdrowia?
– Owszem. Jeszcze trochę i z pewnością zwyciężę w konkursie na najlepiej odtańczonego remigolda – dziewczyna usiadła na prawdziwie fereldeńskim, solidnym i prostym, a przy tym wygodnym krześle.
– Jeśli w tym konkursie brałby udział nasz miłościwie panujący król Alistair, musiałabyś się mieć na baczności, Bohaterko.
– Taki z niego dobry tancerz?
– Taki beznadziejny. Ponoć próbował remigolda przed pomiotami i był zaskoczony błyskawicznym efektem. Padły z wrażenia.
Theri zaśmiała się perliście.
– Gdyby Meredith miała podobne talenty, w Kirkwall nie byłoby takiej spiętej atmosfery. Nawet z tymi wielkimi łańcuchami.
Teagan odchrząknął.
– Właśnie o tym chciałem z tobą porozmawiać, pani. Otrzymałem niepokojące wiadomości z Redcliffe. Nie dość, że plony były mierne, a wielu mieszkańców wyjechało, to jeszcze okoliczni wielmoże postanowili skorzystać z tej sytuacji i zawiązali z pewnością tymczasowy, lecz nadal groźny sojusz. Mój brat, arl Eamon, nie może zostawić Denerim, jest potrzebny władcy, tym bardziej, że królowa Kiria zniknęła...
– Bohaterka Fereldenu zaginęła? – szepnęła zaskoczona Therina.
– Alistair był wyjątkowo małomówny, ale nie podejrzewałbym, że to jakaś... hmm... kłótnia małżeńska – powiedział zafrasowanym tonem Teagan. – Bardziej prawdopodobne wydaje się, że to sprawy Szarej Straży. Tak czy inaczej, król musi mieć przy sobie jakiegoś doradcę, a Redcliffe także nie może zostać bez kogoś za sterem.
– Więc wyjeżdżasz? A co z Kirkwall?
Mężczyzna najpierw westchnął, a później zaśmiał się nerwowo.
– Znasz to miasto lepiej niż ja. Sądzisz, że ktokolwiek ze szlachty poparłby moją kandydaturę?
– Tak, bannie, sądzę, że znalazłoby się kilku.
– Tych przekupnych?
– Tych rozsądnych.
– Albo jest ich mniej niż kilku, albo mam pecha do zawieranych znajomości – prychnął Teagan. – Rzecz w tym, Bohaterko, że goni mnie czas. Wybory na urząd wicehrabiego może zorganizować jedynie pani komtur, a tej, jak widać, nie spieszy się szczególnie. Nawet jeśli zgromadziłbym wystarczający elektorat, nie mogę porzucić na tak długo Redcliffe.
– Mogłabym porozmawiać z Meredith. I z niektórymi szlachcicami również – rzekła Hawke. – Obawiam się jednak, że moja reputacja czy waga mojego zdania mocno ucierpiały po... ostatnich wydarzeniach.
– Tak, słyszałem te plotki, to doprawdy niepojęte – zdenerwował się jej rozmówca. – Nie dość, że tak wiele wycierpiałaś, to jeszcze mieszkańcy zaczęli się ciebie bać?
– Cóż, porwanie, krzyki, krew, hałas demolowanego mieszkania: nie jestem idealną sąsiadką, trzeba przyznać – wymruczała Theri, skubiąc końcówkę bandaża z temblaka, przytrzymującego jej lewe ramię. – Za to spotkałam się z niezwykle miłym przyjęciem w obcowisku czy, ogólnie, w Dolnym Mieście. Oni pamiętają. Doceniają. Sęk w tym, że nie mają prawa głosu.
– Wciąż uważam, że byłabyś najlepszą kandydatką. Ty, a nie ja – Teagan odchylił się w krześle. – I wciąż rozumiem, dlaczego odrzucasz tę możliwość.
– Mój przyjaciel, pisarz Varrik Tethras, zwykł mówić, że polityka jest jak obiad z teściową: mnóstwo fałszywych uśmiechów i zdawkowych opinii, podczas których wciąż walczy się o ostatnie zdanie i lepszy kąsek.
– Jako kawaler nie powinienem się, być może, wypowiadać, jednak porównanie wydaje mi się nader trafne.
– Czyżby nie interesowało cię... zawieranie politycznych sojuszy? – z uśmiechem zagadnęła Theri.
– Brak mi po prostu odpowiedniego partnera do interesów – zripostował Teagan i oboje zachichotali.
"Trzeba przyznać, że byłby to niezły materiał na męża", pomyślała rozbawiona dziewczyna, zbierając się do wyjścia.
– Moja pani, może życzysz sobie, bym zamówił powóz? Jesteś niezwykle silną kobietą, lecz powinnaś się jeszcze oszczędzać.
Hawke machnęła ręką.
– Dziękuję za propozycję, bannie, ale czas najwyższy, abym zaczęła wracać do formy. Spacery nie zrobią mi wielkiej krzywdy. Poza tym, pod drzwiami twej posesji, zapewne czeka już moja obstawa.
Teagan wyjrzał oknem i spojrzał ponownie na Therinę.
– To jest twoja obstawa, pani? Jedna kobieta z psem?
– Możesz mi wierzyć, że to jak tuzin wojowników.
– Wierzę, wierzę całkowicie – mężczyzna odprowadził ją do wyjścia, ukłonił się i narzucił na jej ramiona płaszcz. – Tylko tobie, Bohaterko, ufam w tym mieście bezgranicznie. Gdybyś czegoś potrzebowała, jestem na twe usługi – dotknął wargami wierzchu jej dłoni. – Zdrowiej szybko, moja pani.
Podziękowała i wyszła z posiadłości, kierując się w stronę siedzącej na ławce Aveliny.
– No, tym razem się pospieszyłaś. Twój pies nie zdążył się rozjęczeć.
Jasper, jakby świadomy, że o nim mowa, szczeknął wesoło i zakręcił się wokół nóg swojej właścicielki.
– Z Sebastianem faktycznie nieco się rozgadałam, ale to było przyjacielskie spotkanie, miałam prawo – powiedziała Therina, głaszcząc lśniącą sierść psa. – Z Teaganem załatwiałam interesy.
– Interesy załatwia Varrik. Ty co najwyżej pakujesz się w kłopoty – prychnęła strażniczka. – Dobra, co dalej?
– Avi, mówiłam ci, że nie musisz...
– Cicho. Straż Miejska poradzi sobie beze mnie te kilka godzin. Zresztą, ochrona obywateli Kirkwall to moja praca.
– Załóż firmę ochroniarską, dobrze ci idzie – zaśmiała się dziewczyna. – Możesz zatrudnić Fenrisa, ma już odpowiednie kwalifikacje.
– A właśnie, Fenris. Wiesz, że jego siostra żyje?
Theri podniosła na Avelinę wielkie ze zdumienia oczy.
– Skąd wiesz?
– Powiedział mi – kobieta wzruszyła ramionami. – Poprosił mnie o pomoc przy spotkaniu z nią. Podejrzewa, że to może być pułapka i zjawi się też ten cały Danarius.
– O rany – szepnęła Theri, ścisnąwszy mocniej skórzaną smycz Jaspera. – Co jeszcze mówił? Miał nadzieję? Był zły? Odzyskał część wspomnień?
– A ja wiem? Coś tam gadał pod nosem, nie słuchałam. Nie mam do tego cierpliwości.
Hawke uśmiechnęła się, kiwając głową, jakby chciała powiedzieć "Toż to cała pani komendant".
– W takim razie kierunek: Fenrisowa rudera!
– Tylko się nie zasiedź... Hahaha, no popatrz, zażartowałam!
– Wybacz, ale nie łapię.
– Zobaczysz i zrozumiesz.
Zrozumiała faktycznie, gdy tylko elf wpuścił ją do środka, zaprosił do pokoju i, zakłopotany, wskazał nieokreśloną przestrzeń na podłodze.
– Możesz usiąść na kocu. Chyba że wolisz postać.
"Tylko się nie zasiedź", wspomniała słowa Aveliny i na wpół rozbawionym głosem zapytała:
– Fenris, co się stało ze wszystkimi meblami?
– Sprzedałem je.
– Sprzedałeś meble?
– Tak.
– Dlaczego?
Przez chwilę się zawahał, ale nie było sensu jej okłamywać.
– Potrzebowałem pieniędzy.
– Och – wyrwało się jej ustom. Powoli, nie chcąc naruszyć gojących się ran, usiadła na kocu tuż obok wygasłego kominka. – Jeśli potrzebujesz większej kwoty, mogę spróbować coś załatwić. Sama w ostatnim czasie utrzymuję siebie i dom z tego naszego dodatku dla Bohaterów Kirkwall...
– Z czego? – przerwał jej nagle Fenris.
– No, dofinansowanie z Twierdzy. Pensja. Stypendium. Jak zwał, tak zwał. Przecież też je dostajesz, nie?
– E... nie? – elf pokiwał przecząco głową.
– To niemożliwe! Dlaczego miasto miałoby ci nie wypłacać...
I w tym momencie zrozumieli.
– Poborca podatków – powiedzieli w tym samym czasie.
– Nie bój nic, zajmę się tym osobiście – zapewniła gorliwie Theri.
Fenris coś odburknął, nie wiedział sam co, bo skupił się na dziewczynie. Zwrócił uwagę na złożoną w temblaku rękę, na długą suknię codzienną, która najwyraźniej nie drażniła tak świeżych blizn na plecach jak koszula i spodnie. Patrzył też na krótkie włosy, wyglądające zdecydowanie lepiej niż wówczas, gdy je ścięto. Pewnie dzieło Orany.
– To się już nie powtórzy, daję ci moje słowo.
– Ale że co... aha, pewnie chodzi ci o to porwanie. Nie chciałabym byś myślał, że to w jakikolwiek sposób twoja wina. To mógł być każdy: były komendant Straży Miejskiej, za to, że pomogłam Avelinie; jakiś nadgorliwy elf z klanu Merrill; brat Varrika, to byłoby do niego bardzo podobne. Więc nie bierz tego do siebie.
– Jak mam nie brać? – rzekł agresywnym szeptem. – Mógł wysłać Kruki, by porwały czy zabiły mnie. Ale nie zrobił tego. Sprawię, że gorzko pożałuje tej decyzji.
– Naprawdę przygotowujesz się na jego przyjazd? Nie ufasz słowu siostry?
Oczy Fenrisa rozszerzyły się w zdumieniu. Ale po chwili z powrotem mrużyły w złym wyrazie.
– Mogłem się spodziewać, że nie utrzyma języka za zębami.
– No już, nie złość się. Chcemy ci pomóc. Chyba nie sądziłeś, że pozwolę ci samemu ryzykować życiem.
– Wykluczone.
– Przecież...
– Wykluczone, Hawke. Nie narażę nikogo więcej, a tym bardziej ciebie – przerwał nagle, zdając sobie sprawę, że powiedział więcej, niż planował. Odchrząknął. – Avelina obiecała monitorować Doki, Izabela sprawdzi ładownię. Nic więcej. To sprawa, którą załatwię sam.
– Znasz mnie już trochę, przecież wiesz, ze zrobię, jak zechcę – dziewczyna uśmiechnęła się słodko.
– To inna sprawa. Nie wiadomo, co się stanie, a ja byłbym spokojniejszy... Zresztą leczysz jeszcze rany, a Varania może przybyć nawet za tydzień.
– Więc porozmawiamy o tym za tydzień – zakończyła Theri i zaczęła się nieporadnie podnosić. Zawinięta w chustę lewa ręka nie ułatwiała sprawy, lecz elf pomógł jej wstać. Ich dłonie się zetknęły. "Zapomniałam już, jak elektryzuje jego dotyk", pomyślała i przez to poruszyła temat, o którym obiecała sobie nie mówić.
– Fenris, to wszystko, co się między nami zdarzyło, wszystko złe, oczywiście: czy możemy powrócić do naszych relacji sprzed tych wydarzeń?
Mężczyzna wpatrywał się w nią intensywnie.
– Chciałbym tego – odpowiedział tym swoim chropowatym głosem, od którego miała na ciele gęsią skórkę.
– Zatem wierzę, że się uda – uśmiechnęła się i podreptała ku wyjściu.
Wojownik odprowadził ją, pożegnał przy wyjściu i zamknął drzwi. I do końca dnia czuł mrowienie po wewnętrznej stronie dłoni.
– Dobra, co teraz? – rzekła swoim tradycyjnie zniecierpliwionym tonem Avelina.
– Czekaj, czekaj, chyba słyszę Varrika! Jasper, szukaj!
Pies, jak zwariowany, pociągnął w dół, schodami prowadzącymi ku ulicom Dolnego Miasta. Nieopodal jednej z kamienic, przy – o zgrozo! – wojowniku qunari, stał krasnolud, niezawodnie kpiąc z jego nieokrytego niczym torsu.
– ...bo ja, imaginuj sobie, odsłaniam ją z klasą – kobiety dosłyszały fragment jego wypowiedzi. – Klata z klasą, rozumiesz.
– Varrik!
Varrik Tethras, pisarz, przedsiębiorca, bawidamek i wirtuoz jedynej słusznej kuszy: Bianki, wydał okrzyk radości, podbiegł i uścisnął dłoń Theriny.
– Kogo moje oczy widzą!
– Wciąż na chodzie – pochwaliła się dziewczyna i spojrzała niepewnie na stojącego nieopodal olbrzyma.
– To mój nowy znajomy, Tarabaas – wytłumaczył wesoło krasnolud.
– Jestem Tarabaas – powiedział qunari.
– Widzisz, nie kłamałem – wymruczał z ironią Varrik i dodał głośniej – ten oto qunari poprosił mnie o znalezienie jego miecza.
– Mój miecz zaginął – rzekł białoskóry wojownik, a krasnolud uniósł ręce w zniecierpliwionym geście.
– Szedł przez całe Kirkwall jakby nigdy nic – relacjonował pisarz – facjatę ma poobijaną kamieniami a wyrzeźbiony tors uwalony pomidorami, bo mieszkańcy miasta nie miewają aż tak krótkiej pamięci. O, widzisz, jakiś szlachciur poleciał po strażnika miejskiego.
– Nie ma się co dziwić – Avelina, patrząc na obiekt dyskusji, zmrużyła oczy i podparła się pod boki – Aresztuję go, według umowy każdy qunari miał opuścić miasto razem z arishokiem.
– Twoi pobratymcy narobili tutaj niezłego bigosu, a teraz szukasz jelenia, który cię jeszcze w nagrodę za tamto dozbroi? – zapytała gniewnie Theri.
– Robiłem to, co nakazał Qun – odparł beznamiętnym tonem olbrzym. – Jeśli pomożecie mi odszukać miecz, zostaniecie wynagrodzeni.
– Przekupstwo strażnika. Kolejny krok w stronę ciemnicy – prychnęła pani komendant.
Therinie zaświtała nagle w głowie pewna myśl. Położyła na ramieniu Aveliny rękę w uspokajającym geście. I zwróciła się ponownie do wielkoluda:
– Gdzie zginął twój miecz, Tarabaasie?
– Pas z pochwą odczepił się w tłumie, gdy niosłem rannego towarzysza – w głosie qunari słychać było zażenowane tony.
– Czyli pewnie jest w naszych rękach – wytłumaczyła Therinie strażniczka. – Każdy znaleziony miecz qunari został zabrany do zbrojowni w Twierdzy.
– Miał wyszczerbiony jelec. Po tym go poznacie.
Varrik zatarł ręce. Swoim szóstym, kupieckim zmysłem czuł gruby profit. Jak dobijający targu przedsiębiorca, zwrócił się z emfazą ku potencjalnemu źródłu dochodu:
– Nie tarabaasuj się, znajdziemy ten twój miecz.
Qunari, co było do przewidzenia, nie zaśmiał się z konceptu.
Hawke postąpiła krok do przodu.
– Nie chcę złota, wojowniku. W zamian za pomoc oczekuję twojego ramienia. Zbrojnego i gotowego do walki, gdy do niej dojdzie.
– Qunari nie są najemnikami – odmruknął tamten.
– To się pierdol.
Hawke splunęła i zaczęła kuśtykać w przeciwnym kierunku. Na miejscu zostali, jak wryci, Varrik i Avelina, ale rogaty wojownik nie zwracał na nich uwagi. Wiedział już, że liczy się jej głos, jej właśnie, tej ledwo idącej, rannej kobiety.
– Zatrzymaj się, basalit–an.
Theri obróciła się. Uniosła wyżej głowę i powiedziała:
– A zatem mnie pamiętasz. Mnie i moich druhów. Każdy z nich okazał się godny w oczach waszego lidera. A jednak nie okazujesz nam szacunku. Przebywasz w mieście, z którego cię wygnano, wojowniku, a mimo wszystko traktujesz nas wszystkich jak bezwartościowe bas.
– Wybacz. Qun wymaga jednak ode mnie, bym znał przeciwnika, z którym miałbym walczyć. Nie mogę zhańbić mego miecza.
– Z tego, co się orientuję, Tarabaasie, w waszych oczach zabijanie Tevinterczyków do czynów haniebnych nie należy.
Varrik, Avelina i qunari spojrzeli na dziewczynę szeroko otwartymi ze zdumienia oczami. Tylko ostatni z nich po chwili się uśmiechnął. I był to bardzo brzydki uśmiech.
– To było dobre – przyznał Varrik, kiwając z uznaniem głową. Krasnolud zmienił Avelinę w pracy ochroniarza. Obowiązek wziął zupełnie serio, bo Biankę uniósł wyżej i kołysząc na tle torsu, eksponował ją całemu miastu przy każdym kroku. – Ponurak może jednak marudzić. W końcu jeden z tych byczków prawie oderwał mu rękę.
– Nie będzie marudził. Znaczy będzie, ale nie ze względu na tego qunari. Okaże jedynie niezadowolenie z faktu wtrącania się i narażania dla niego.
– Jak on mnie czasem wkurza, Hawke, to nie masz pojęcia – westchnął krasnolud i nagłym, troskliwym spojrzeniem objął kulejącą przyjaciółkę. – Ale mimo wszystko lubię skurczybyka. I ostatnio przekonałem się, że zasłużenie.
Theri milczała, ale nie miała wątpliwości, o co chodziło Varrikowi. Uśmiechnęła się lekko.
– Dobrze, ze wracasz do formy, Hawke, już się zaczynało robić nieznośnie w tym mieście – mówił dalej, starając się za wszelką cenę zatuszować wzruszenie w swoim głosie. – Wiesz, te wszystkie szumowiny wylazły na ulicę, myśląc, że nic im już nie grozi. Trzeba utrzeć takim nosa, bo...
– Nigdy ci tego nie zapomnę, Varriku – Theri zatrzymała się. Jasper, trzymany przez nią na krótkiej smyczy, zakręcił się w kółko, zniecierpliwiony ich ślimaczym tempem. – Tego, że robiłeś to, co trzeba i mówiłeś to, co trzeba, gdy ja nie miałam sił.
– Hawke...
– Wiem, wiem, patos aż gryzie w oczy – zaśmiała się Theri. – Ostatnio coś nadmiernie się mnie trzyma.
– Też przez to przechodziłem, nie przejmuj się, minie. Proza życia zabija poezję słów. Podleczysz się, ruszymy na bandytów z Okaleczonego Wybrzeża lub wygonimy kolejną zmorę z Kościanego Szybu i patos zniknie tak szybko, jak znika cnota dziewcząt podczas odpustu.
– Serio? Wierzysz, że staniemy się nudną, przewidywalną frakcją w Kirkwall? Że utoniemy w rutynie?
– A gdzie tam. Jesteśmy najbardziej popieprzoną drużyną w Thedas. A przynajmniej jedną z. Będziesz patetycznie zabijać wielgachne smoki albo patetycznie stać nad ciałami zasiekanych przeciwników, że tylko namalować, tabliczkę z tytułem dokleić i sprzedawać monidło za grube pieniądze. Ale słowa: oj, co to, to nie. Po pierwsze, to działka literatury, czyli moja działka. Po drugie, już nigdy nam tego nie zrobisz. Więc i podobne słowa nie będą potrzebne.
– Zatem żadnych słów – Theri uśmiechnęła się i uklękła, wyciągając w kierunku Varrika zdrowe ramię.
– Żadnych słów – powtórzył krasnolud i nie bacząc na gapiów przytulił przyjaciółkę silnymi, drżącymi ze wzruszenia dłońmi.
– No dobra, koniec melodramatu. Kierunek: Mrokowisko! – Theri wstała i rozmasowała stłuczone kolano.
– W takim razie to dopiero początek melodramatu – prychnął krasnolud i podążył za dreptającą dziewczyną.
W prowizorycznym lazarecie, jaki stworzył Anders, panował niezły ruch. Zbite byle jak łóżka, wychodzące daleko poza kwaterę uzdrowiciela, zajmowali najróżniejsi wiekiem, aparycją i stanem zdrowia pacjenci. Łączył ich jedynie brak pieniędzy i ten sam smutny los mieszkańca Podmiasta, którym pies z kulawą nogą się nie przejmował. Z wyjątkiem, oczywiście, altruistycznego apostaty.
– Theri! Co ty tutaj robisz? – zapytał przestraszony, gdy ujrzał ją w drzwiach.
– Spaceruję.
– Wiesz, mogłaś wybrać ciekawsze rejony. Ledwie się trzymasz na nogach, a tutaj nie jest bezpiecznie.
– Spokojnie. Varrik z Jasperem czekają niedaleko. Jak sobie radzisz? Wszystko gra?
Anders wzruszył ramionami.
– Po staremu. Udało mi się dzięki Izabeli zorganizować trochę drewna na łóżka, ale chorych jest tyle samo, co zwykle. Teraz po prostu nie leżą na ziemi.
– Templariusze nie zachodzą? – zaniepokoiła się dziewczyna. – Im większy ruch, tym więcej uwagi na siebie zwracasz.
– Do tej pory jakoś mi się udawało, choć podejrzewam, że jest w tym coś więcej, niż szczęście. Być może templariusze mają odgórny zakaz nękania przyjaciół Bohaterki Kirkwall. Tak czy inaczej, nie zamierzam porzucić tych, którzy zwracają się do mnie o pomoc.
– Może coś w tym jest – zastanowiła się przez chwilę Theri, po czym rzekła: – Gdyby jednak coś poszło nie tak, użyję całych pokładów perswazji i całego arsenału gróźb, by cię wyciągnąć. A jeśli i to nie zadziała, to całego arsenału w sensie dosłownym. Możesz być pewien.
Anders nie sprawiał wrażenia przekonanego. Albo wiedział o czymś, czego nie domyślała się ona. Zmienił temat.
– Potrzebujesz jakiejś maści? Skończyły się te, które ci wtedy przyniosłem?
– Nie, nie, mam wszystko, dzięki. W zasadzie goi się już samo.
– Mogę obejrzeć?
Zawahała się tylko przez chwilę. Weszła z nim do pokoju, który musiał być jego sypialnią, bo stało tam jedyne łóżko nie zajęte przez pacjenta. Usiadła na pościeli i próbowała jedną ręką rozpiąć haftki z tyłu sukni.
– Pomogę.
Anders miał zimne, szorstkie ręce. Rozejrzała się dyskretnie po pokoju, po surowym, ascetycznym wręcz pokoju, w którym od dawna nie sprzątano, w którym od dawna nie troszczono się o świeżą pościel i jako taką przytulność. Ogarnął ją niesamowity smutek.
– Faktycznie, goi się dobrze – mówił, oglądając ślady noża na jej plecach. – Tylko że... maści niwelujące blizny są drogie. Nie mam ich na stanie, ale mogę się dowiedzieć, gdzie...
– Nie trzeba – przerwała mu. – Wiem, że są rozległe blizny. Postanowiłam, że zostaną. Co nie oznacza, że będą widoczne. Zobaczysz – powiedziała, gdy ujrzała jego pytającą minę.
– No dobrze. A jak ta rana pod obojczykiem?
Therina obróciła się i odsłoniła przed nim lewą część klatki piersiowej, wpierw ostrożnie zdejmując rękę z temblaka. Choć miała na sobie bieliznę, poczuła się dziwnie. Anders starał się podejść do sprawy rzeczowo, ale nie stał już za plecami dziewczyny, gdzie nie widziała wyrazu jego twarzy. Mimo najszczerszych pragnień, ich oczy się spotkały. Była tą Hawke, którą zapamiętał, mimo krótkich włosów i zmizerniałej buzi. Palce maga przesuwały się skokowo po podłużnej, czerwonej ranie.
– Nie wygląda jeszcze tak, jak powinna. Nie przestawaj smarować jej maścią, nawet jeśli wydaje ci się to bezcelowe. Rozumiesz?
– Rozumiem – odpowiedziała skonsternowana jego nagłym nerwowym zachowaniem. – Dziękuję za troskę.
Uzdrowiciel jakby się w sobie skurczył.
– Przecież od tego jestem, prawda? Od troszczenia się o rannych.
– Jesteś też człowiekiem. Potrzebującym snu. Jedzenia. Pomocy. Jak mogę ci pomóc, Anders? Może przychodziłabym do lecznicy co któryś dzień? Umiem posługiwać się bandażem.
– No właśnie widzę – uśmiechnął się lekko, spojrzawszy wymownie na prowizoryczny temblak.
– Darowanemu koniowi się w zęby nie zagląda – zripostowała mrużąc oczy. Wskazała na swoje plecy i rozpiętą suknię. – Byłbyś tak miły...?
Był.
– Przy okazji mogę robić jakieś zakupy, przynosić ci zapasy, zioła. Hm? – kontynuowała, zbierając się do wyjścia. – Potrzebuję jakiegoś zajęcia, póki nie wrócę całkiem do formy.
Mag miał obiekcje, lecz ostatecznie zgodził się na jej pomoc. Zgodę pokwitował nawet uśmiechem. Wiedział, że Theri zależy na odnowieniu przyjacielskich stosunków. Wiedział, że się stara, by było miło. Wiedział, że powinien być wdzięczny, zwłaszcza po tym, jak Justynian przejął nad nim kontrolę w podziemiach jej posiadłości. I wiedział, że wszystko zaszło już za daleko, by ta ledwie odnowiona przyjaźń zmieniła jego plany.
Następny przystanek zrobiła u Merrill. W obcowisku Jasper oszalał; zapachy elfiego rynku przyciągały tak samo, jak nieodparty urok aż proszącego się o obsikanie wielkiego drzewa. Z obawy przed zamieszaniem i możliwymi reperkusjami takiego zachowania czworonoga, do Dalijki wkroczyli razem, we trójkę.
– Theri! Jak dobrze cię widzieć! O, jest też nasz Straszliwy Wilk! Chociaż jak na wcielenie Fen'Harela za często macha ogonem... Varrik, widziałam cię ostatnio w obcowisku. Naprawdę nie musisz mnie śledzić, potrafię już trafić do swojego mieszkania.
– Ależ, co to za oskarżenia! – krasnolud wyrzucił w górę ramiona i pochylił głowę, całym sobą wyrażając oburzenie. – Śledzę, dobre sobie! Śledzenie jest dobre dla nuworyszów. Ja, moja droga, infiltruję! Wtapiam się w tłum, by poznać nastroje społeczne i powiadomić cię o ewentualnym zagrożeniu. To jest sztuka!
– Haha, ty... ty się wtapiasz w tłum obcowiska? – nie wytrzymała Merrill, łapiąc się za brzuch ze śmiechu. Mina krasnoluda świadczyła o tym, że jego cel został osiągnięty.
– Co słychać, Merrill? – zagadnęła Hawke.
– To zależy, o której godzinie, tutaj bywa czasami tak głośno... aha, ty nie o tym. Wiem. To nie było dosłownie. Wszystko wiem. No więc kupiłam od koleżanki torebkę! Torebkę, a nie torbę, rozumiesz? Ponoć takie noszą wielkie panie z Górnego Miasta. To prawda?
– Ta – mruknęła Theri. – Małe torebeczki, w których mieszczą jedynie lusterko i szminkę.
– To takie głupie i takie ekscytujące! – zakrzyknęła Dalijka. – Rzecz, która nie ma służyć, ale wyglądać!
– Torebka od Parady – powiedział z przesadną wzniosłością Varrik. – A jak tam twoje kontakty z sąsiadami, Stokrotko?
– Mogło być lepiej – odrzekła skwaszona Merrill. – Oni wszyscy są tak strasznie nudni, ale muszę wysłuchiwać ich niemożliwie długich opowieści o bratankach, stryjach i swatach, bo inaczej gotowi pomyśleć, iż się wywyższam.
– Dam ci na to prosty sposób, ja wykorzystuję go zawsze, kiedy napadają mnie szlachciury z okolicy – Theri uśmiechnęła się lekko. – Nie słuchaj ich, myśl o czymś innym. Cokolwiek by nie powiedzieli, odpowiadaj na końcu: "No, co zrobić?" albo "Tak bywa" czy "Coś za coś", a najlepiej "Życie!". Gwarantuję ci, że nawet nie mając pojęcia, o czym gadali przez ostatnią godzinę, trafisz w sedno, a oni, pocieszeni konfesją, pokiwają głowami, zgadzając się z twoim podsumowaniem tematu.
– Genialne – wyszeptał w podziwie Varrik, a elfka zanotowała to w swoim kajeciku.
Posiedzieli jeszcze chwilę, wypili gorący napar (do herbaty było temu daleko) i zaczęli zbierać się do wyjścia. Theri odczuwała jednak niepokój, jaki, mimo wesoło-roztargnionej fasady towarzyszył Merrill.
– Co z Lustrem? – zapytała, na pozór niewinnie.
I wtedy Dalijka, po chwili głębokiej ciszy, wyznała, że nie zdecyduje się na przywołanie demona, który mógłby naprawić artefakt. Theri odetchnęła z ulgą. Lecz ulga trwała krótko. Bo Merrill zdecydowała się podjąć współpracę z kimś innym. Z kimś daleko bardziej niebezpiecznym od demona. Bo domniemana córka Flemeth z pewnością taka jest.
Już zbliżając się do Doków usłyszeli chóry rechotania i salwy śmiechu. Gdy ujrzeli Izabelę, siedzącą na wielkiej drewnianej skrzyni, otoczoną palisadą z marynarzy, nawet się specjalnie nie zdziwili.
– Ogarniacie sytuację? – zapytała swoją publikę piratka. – Abordaż udany, ale spod pokładu wyłazi chmara najlepszych wojowników, jacy kiedykolwiek pływali po Amarantowym Oceanie. Myślałam, co by próbować szczęścia, w mojej kompani miałam kilku niezłych łuczników, mogło się udać.
– Ale nam strzelać nie kazano – włączył się jakiś mężczyzna, zakładając ręce i uśmiechając się szeroko na wspomnienie akcji.
– A tak – przytaknęła mu Izabela, bujając nogami w powietrzu. – Bo pokój z wielkim Czerwonobrodym wydał mi się jednak o wiele korzystniejszy.
– Zawarłaś pokój z Czerwonobrodym? – zapytał powątpiewająco któryś z majtków. – Niby jak?
Piratka zeskoczyła ze skrzyni, wylądowała na przeplocie z ramion swoich kumpli, po czym podeszła do sceptycznego rozmówcy, puściła mu oczko i wyjaśniła:
– Wstąpiłam na działo.
Kilkanaście gardeł wydobyło z siebie takie rżenie, że nieliczne kaczki odleciały z zatoki zbulwersowane podobnym zachowaniem okolicznego towarzystwa.
– No, jesteś nareszcie! Już myślałam, że zmieniłaś zdanie – Izabela zauważyła w końcu Theri, podeszła do niej i protekcjonalnie objęła ją ramieniem.
– Coś, o czym nie wiem? – zainteresował się Varrik.
– Wybacz, to, tymczasowo, tajemnica. – odpowiedziała Hawke. – Wracaj do Wisielca. W drodze powrotnej wstąpimy jeszcze na piwo.
Udobruchany krasnolud zarzucił na ramię Biankę i pomaszerował ku Dolnemu Miastu, zaś piratka i Theri skierowały się w stronę jednego z portowych magazynów. Tam, schylony nad ramieniem wielkiego brodatego draba, siedział prawdziwy artysta.
– Cześć, Bury – zaczepiła go Izabela. Mężczyzna obrócił głowę. Był przystojny. Albo po prostu czysty i uczesany, co w Dokach stanowiło miłą odmianę.
– Uszanowanko, Bela. Dajcie mi kilka minut.
Piratka kiwnęła głową, a Therinie wytłumaczyła szeptem:
– Mogło być taniej u takiego jednego Nevarrczyka, ale on tatuuje tylko dupy z wielkimi cyckami.
– Co? Aha, dupy, w sensie laski. Bo już się zastanawiałam.
– No. Doszedł do mistrzostwa, ale ty chciałabyś chyba coś innego. Dlatego będzie drożej, ale się nie zawiedziesz.
– Ja myślę. Inaczej marny twój los.
– Spoko wodza. Jak nie wierzysz, to patrz!
Theri rzuciła spojrzeniem na ramię, nad którym właśnie kończył się nachylać Bury. Wielki brodaty drab miał na ręku niesamowicie realistycznego węża morskiego. Kolejne segmenty jego cielska wiły się w otoczeniu rozbryzgów morskiej piany, kolory były nasycone, tęczowe. Cały rysunek można było śmiało wziąć za magiczny miraż, bo Hawke nigdy nie widziała podobnego tatuażu. Artysta przyjął zapłatę od klienta i wreszcie zwrócił się ku niej.
– Szanowna Bohaterka, jak mniemam – Bury, najwidoczniej, maniery miał równie dobre, co wygląd. – Izabela szepnęła mi słówko o projekcie, którym byłabyś zainteresowana, pani.
– Dobry, nie? – pisnęła do ucha Theriny zadowolona piratka. "Oj, dobry", pomyślała Theri i odpowiedziała mężczyźnie:
– Chciałabym czegoś wyjątkowego. Czegoś, co zakryłoby blizny, kiedy rany już się zupełnie zaleczą.
– Czy mógłbym spojrzeć?
Jasper zaczął warczeć i wymagał odciągnięcia przez Izabelę. Hawke zaś pomyślała, że ma dziś wyjątkowe szczęście do mężczyzn. Aż dwóch na trzech wyraziło chęć pomacania jej pleców (Sebastiana, Varrika i qunari nie liczyła, a Teagan dotknął ją, zakładając płaszcz, ale nie wiedziała, czy brać to pod uwagę). Ponad sześćdziesiąt sześć procent skuteczności.
– Hmm – westchnął Bury, a Hawke przekonywała siebie, że powodem nie jest rozległość blizn. – Blizny są dość rozległe, tatuaż, który miałby je wszystkie przykryć, zająłby co najmniej jedną trzecią pleców.
"No i rachunek się zgadza", przyszło jej na myśl.
– Z mojej strony żaden problem. Bo widzi pan, panie Bury, chciałabym, by rysunek objął je całe.
Mężczyzna zrobił wielkie oczy, w których najpierw pojawiło się zaskoczenie, a później prawdziwy zachwyt.
– Maleńka – Izabela pokiwała z uznaniem głową. – Ty to jesteś ten... jak to się mówi... pionek? Pionek nowej sztuki?
– Pionier – poprawiła Hawke.
– Będę zaszczycony – rzekł Bury, gdy już wrócił mu głos.
Therina dogadała się z nim w sprawie zapłaty, wręczyła mu zadatek na kupno tuszu i miała już odejść, gdy mężczyzna przytomnie stwierdził, iż przed sprowadzeniem zza granicy różnych kolorów, musi wiedzieć, jakie w ogóle będą potrzebne. Czyli co dziewczyna chce sobie wytatuować.
– Myślałam nad symbolem Kirkwall, choć to miasto nadal mnie wkurza.
– E–e, nie da rady. Wzór jest za mały na dole, nie zakryje ran.
– Zastanawiałam się też nad herbem Amellów. Jest ładny, symetryczny. Ale... w pewien sposób zawsze odczuwałam wyrzuty sumienia, że nie ma herbu Hawke'ów, że pomijam w tym wszystkim ojca – Theri zdała sobie właśnie sprawę, że zwierza się obcemu facetowi. Złość na siebie zmniejszył fakt, iż to całkiem przystojny facet. – Dlatego wytatuuję sobie na całych plecach coś zupełnie innego. Symbol i nie-symbol jednocześnie. Coś majestatycznego i pięknego.
– Co masz na myśli, pani? – Bury nie próbował zgadywać, wykazał się więc wielkim wyczuciem i taktem, zupełnie nie na miarę pirata.
Hawke uśmiechnęła się.
– Ktoś kiedyś powiedział mi, że nigdy nie zostanę smokiem. Może i nie, ale za to będę miała jednego zajebistego na plecach.
Po powrocie z Wisielca Theri padła, zmęczona, na łóżko. W głowie plątały jej się myśli o odbytych rozmowach, obrazy twarzy przyjaciół migały na przemian z rysunkami węży morskich i smoków. Próbowała zanotować w pamięci wszystkie rzeczy, którymi musi się zająć. Ale zasnęła.
Zasnęła, mając poczucie dobrze wykorzystanego dnia. Ponad sześćdziesiąt sześć procent skuteczności.
