Dziękuję za wszystkie komentarze! Te oceniające, sugerujące, ponaglające do pisania. Dzięki nim, właśnie, nabieram większej energii i motywacji, więc - nie krępujcie się :) Usprawiedliwieniem dla żółwiego tempa jest ten nowy, długi rozdział, który był dość trudny do napisania. Pozdrawiam!

26.

Rulony i zwitki pergaminów leżały w nieładzie na przestrzeni całego biurka. Wosk świecy topił się i rozlewał po jej bokach, tworząc nieregularny, promienisty wzór. Hawke westchnęła. Miała do napisania jeszcze kilka listów, a czuła się już okropnie zmęczona.

Miniony tydzień był dla niej wyjątkowo intensywny. I nie do końca udany. Spotkanie z Meredith potoczyło się tak, jak podejrzewała że się potoczy, czyli źle. Komtur przyjęła ją w swoim gabinecie, gdzie – to nie mogło być dziełem przypadku – nie było drugiego krzesła. Theri musiała przed nią stać. Co prawda wizyta nie przeciągnęła się, ale sam fakt, że ta baba rozmawiała z nią w ten sposób, stawiając w pozycji poddanego wezwanego na dywanik, doprowadzał ją do szału. Po opuszczeniu Katowni Hawke pluła sobie w brodę: powinna usiąść demonstracyjnie na skraju biurka Meredith albo zapytać, czy nieobecność drugiego krzesła nie została aby spowodowana oskarżeniem go o uprawianie magii krwi. Ale tak to już jest, że najlepsze pomysły przychodzą dopiero na schodach.

Oprawa formalna była jednak tylko preludium do całkowitego fiaska tegoż spotkania. Komtur, na wypowiedzianą wprost uwagę, dotyczącą blokowania przez nią urzędu zarządcy miasta i sztucznego przedłużania terminu wyborów na wicehrabiego, odgryzła się całkiem nieźle. Powiedziała mianowicie, że jako osoba domagająca się przestrzegania praw, Therina sama powinna je stosować. Pomaganie apostatom, podejrzane interesy z handlarzami z Mrokowiska czy braki w zgłoszeniach do Twierdzy wszystkich potyczek, w wyniku których zmarł jakikolwiek obywatel miasta (nawet obywatel drugiej kategorii), powinny być surowo karane. Tym samym Meredith dała jej do zrozumienia, że po pierwsze: w jej interesie jest siedzieć cicho i po drugie: powinna się zastanowić, czy wie, czego pragnie, bo inny wicehrabia mógłby inaczej potraktować jej przyjaciół, magów. Najgorsze było to, że kobieta faktycznie trzymała Hawke w szachu, gdyż – o czym komtur doskonale wiedziała – Theri, choćby nie wiem co, nie zaryzykowałaby bezpieczeństwa swoich druhów.

Tyle dobrego, że nabuzowana owym spotkaniem Hawke prawie ogłuszyła krzykiem seneszala Brana, od którego stanowczo domagała się przywrócenia Fenrisowi pensji dla Bohatera Kirkwall. Dziewczyna nie omieszkała wspomnieć urzędnikowi o samowolce, jaką uprawia poborca; przytoczyła nawet rozmowę ze spotkanym pod miastem rolnikiem, któremu ów komornik niesłusznie zarekwirował kosę wartą aż trzy sztuki srebra, by chybcikiem sprzedać po jednej trzeciej ceny, a później bezradnie rozkładać ręce. Seneszal nie wydawał się pochłonięty jej opowieścią, ale dla świętego spokoju sprawą obiecał się zająć. Nie czekając na wypłatę, Hawke poznosiła do mieszkania elfa mnóstwo przedmiotów, na które u niej nie było już miejsca, a których nie potrafiła jakoś wyrzucić. Skonsternowany Fenris obserwował, jak wnoszono do niego skrzynki wazonów, talerzy i mis, worki kandelabrów, figurek i przycisków do papieru. Nadjechał też wynajęty wóz z krzesłami, dywanami i okrągłym stolikiem, na którym ktoś napisał: "Rudy się żeni" i opatrzył to małym sprośnym rysuneczkiem. Elf nie miał sumienia czegokolwiek odsyłać, bo nie chciał odbierać Theri niewątpliwej przyjemności, jaką czuła, bawiąc się w speca od wystroju wnętrz.

Pozytywnie skończyła się też cała afera z zaginionym mieczem Tarabaasa, choć było z tym od groma problemów. Avelina, mimo iż naprawdę niechętnie, zleciła swoim rekrutom przeszukanie zbrojowni w poszukiwaniu wielkiego miecza z wyszczerbionym jelcem. Rekruci postarali się aż za bardzo, bo znaleźli ponad trzydzieści sztuk pasujących do opisu. Wynoszenie takiej ilości żelastwa z Twierdzy pachniało skandalem, ale przemycenie tam słusznych rozmiarów wojownika qunari wcale nie brzmiało lepiej: to mogło kosztować Avelinę karierę. Sam olbrzym przebywał obecnie Pod Wisielcem i dla bezpieczeństwa jego i innych zdecydowano, żeby lepiej tam pozostał. Dlatego też Varrik wpadł na całkiem niezły pomysł wynajęcia pary ulicznych chłopaczków, którzy znani byli w Dolnym Mieście z tego, że nie posiadając odpowiednich narzędzi, rysowali węglem na czym się dało, doprowadzając funkcjonariuszy Straży Miejskiej do białej gorączki. Ratując młodzież przed zarzutem wandalizmu, krasnolud obiecał im stały dostęp to rysików i papieru, w zamian za szkice trzydziestu trzech mieczy. Wilk syty i owca cała – chłopcy z radością i pieczołowitością wykonali zadanie, a Tarabaas rozpoznał na jednym z ich rysunków swój ukochany miecz. Tylko Avelina była niezadowolona, bo na zaskoczone i oczekujące odpowiedzi spojrzenia innych strażników, musiała szybko zareagować i wymyślić jakąś bajeczkę. Wymyśliła. Od tamtej pory w koszarach zastanawiano się, w jaki sposób komendantka poznała słynnego brata Genitivusa, którzy rzekomo pracuje nad nową rozprawą "Mieczów qunarskich opisanie" i który poprosił ją o sporządzenie schematów broni.

Hawke westchnęła któryś raz z rzędu i odprowadziła wzrokiem jedną z woskowych kropli. Po chwili zgięła na troje dokończony list i złożyła na nim swoją pieczęć. Tak, miała własny sygnet, którego jednak nigdy nie nosiła z uwagi na jego niepraktyczny kształt. Matka zleciła wykonanie pierścieni zaraz po tym, jak oficjalnie odzyskały swoją rodzinną posiadłość. Mimo wątpliwości dała także jeden Gamlenowi, ale jej brat odrzucił prezent. Dopiero po śmierci Leandry i zamieszkaniu razem z Theriną, mężczyzna przyjął sygnet, choć nigdy go w obecności siostrzenicy nie założył.

Skończony właśnie list powędrować miał do Teagana. Gdy tylko bann wysłuchał relacji ze spotkania z panią komtur, zarządził pakowanie najważniejszych rzeczy i niemal natychmiastowy powrót do Fereldenu. Niemal, gdyż zaprosił Therinę na wieczerzę, mającą być ich pożegnaniem. Dziewczynie zrobiło się naprawdę smutno z powodu jego wyjazdu, choć sama kolacja upłynęła w miłej i zabawnej atmosferze. Teagan obiecał poinformować ją listownie, czy bezpiecznie przebył morze i czy do Denerim, gdzie planował zatrzymać się po drodze, powróciła królowa Kiria. Obietnicę spełnił pismem, które Theri otrzymała rankiem. Po Bohaterce Fereldenu nie ma ani śladu. Hawke pogładziła palcem ciepłą jeszcze pieczęć listu, w którym potwierdzała otrzymanie wiadomości i dziękowała bannowi za zapewnienie, iż w razie jakichkolwiek kłopotów, bramy Redcliffe stoją przed nią otworem.

Sięgnęła po kolejny zwitek, zanurzyła pióro w atramencie i zapisała pierwsze zdanie, mając nadzieję, że odbiorczyni listu będzie potrafiła go przeczytać. Nie pamiętała, czy zielarka Vera, jej sąsiadka z Lothering, dobrze opanowała tę sztukę. W razie czego staruszka pójdzie z pismem do sióstr zakonnych, tam już jej pomogą. Hawke oderwała się od listu i spojrzała w nieokreślony punkt pokoju. Może nie przeżyła Plagi? A jeśli nawet, czy świątynia w Lothering jeszcze istnieje? Skąd staruszka weźmie potrzebne zioła, jeżeli, jak mówią, ziemia po przejściu mrocznych pomiotów jest sczerniała i martwa? Dziewczyna położyła dłoń na czole, bezwiednie rozmazując na nim odrobinę atramentu. Anders potrzebował dla swoich pacjentów wielu ziół, niektóre z nich nie rosną obficie na terenach Wolnych Marchii, więc sprowadzał je dzięki pośrednictwu Elegant. "Lady Elegant", poprawiła się w myślach. Piękna blondynka wyszła niedawno za mąż i wyjechała na swój miodowy miesiąc. "Jakby nie miała kiedy", wyburczała do siebie niezadowolona Hawke.

Powinna napisać jeszcze dwie wiadomości, ale powieki, niebaczne na pojęcie obowiązku, samoistnie opadały. Dziewczyna uległa. Wstała i po cichu, aby nie zbudzić sług czy Gamlena, zaniosła gotowe pisma na stojący w holu sekretarzyk. Będąc już w sypialni zrzuciła z ramion ciepłą narzutę, dołożyła drew do kominka i z głośnym jękiem padła na łóżko. Jej ciało pamiętało jeszcze niedawne katorgi; blizny na plecach okropnie swędziały, a rana pod obojczykiem dokuczała promieniującym bólem. Mimo wszystko, w porównaniu z jej stanem tuż po "powrocie" do rzeczywistości, było naprawdę nieźle.

Hawke westchnęła ostatni raz tej nocy i pogrążyła się w głębokim śnie.


Skowronki ewidentnie uwzięły się na Therinę, gdyż ich – zazwyczaj – uroczy śpiew, brzmiał tego ranka jak salwy ptasiego śmiechu. Obiektem tego złośliwego chichotu miała być ona sama, biegnąca w wyjątkowo koślawym stylu, czego powodem były nieprzyjemnie ściągające się na plecach blizny.

Była spóźniona, z pewnością wyglądali jej niecierpliwie. A może Merrill i Varrik rozmawiają już z tajemniczą znajomą Kirii Cousland? Hawke przeklęła pod nosem. Wszystko przez to nocne pisanie listów.

Dobrnęła do Dolnego Miasta, osiągnęła bramę obcowiska i wreszcie wparowała do mieszkania Dalijki, zapominając nawet o pukaniu. Ku swojej radości dostrzegła tylko dwoje przyjaciół, spokojnie raczących się ziołowymi naparami. Zdążyła.

– Chwila... niech no... uff... odsapnę nieco i zaraz będę gotowa na wszystko, z czym ta wiedźma przyjdzie – Theri oparła dłonie o podgięte kolana i dyszała jak mabari po gonitwie.

Merrill wstała z chybotliwego krzesła i z miną winnego zamierzała coś dziewczynie obwieścić, ale Varrik uprzedził elfkę:

– Daj jej złapać oddech, Stokrotko. Powiesz wszystko, gdy będzie w stanie cię zrozumieć.

W głowie Theriny zapalił się czerwony ognik, ale poczekała, aż przed oczami przestały latać białe plamy.

– No dobra, co jest grane?

Jak na złość Merrill zacięła się w sobie i uparcie milczała. Być może liczyła, że Varrik-gaduła nie wytrzyma i sam zacznie relacjonować. Jeśli tak, to się nie przeliczyła.

– Wyobraź sobie, Hawke, że nasza mała Stokrotka nas okłamała. Spotkanie z tą całą Morrigan odbyło się według planu, czyli wczoraj.

– Dlaczego tak zrobiłaś? – dziewczyna była równie zaskoczona, co zezłoszczona na przyjaciółkę.

– Bo ona prosiła mnie o dyskrecję! – wybuchła Merrill. – Wypaplałam wszystko, a nie powinnam. Dlatego wprowadziłam was w błąd. Tak, wiem, że to było niebezpieczne – dodała, widząc minę Theriny. – Ale, jak widzicie, nic mi nie jest.

– Widzimy, widzimy. Tylko że przez ciebie prawie płuca wyplułam. Dobra. Zaraz zobaczymy, jaki był efekt dyskusji – Hawke, bez pozwolenia, przeszła z głównej izby do maleńkiego pokoiku, który był sypialnią Merrill i w którym zawsze znajdowało się to piekielne lustro. Znajdowało się dokładnie w tym samym miejscu, co i teraz.

– Aha. Czyli rozmowy nie potoczyły się najlepiej?

– Zgadnij dlaczego – burknął za jej plecami Varrik.

Dalijka spiorunowała go wzrokiem, ale po chwili milczenia wyjaśniła:

– To miała być umowa. Sprawi, że Eluvian zadziała, pomoże mi za jego pomocą odkryć fragment elfiej historii, a później może go zabrać – głos Merrill zaczął się trząść w nerwach. – Zapewniła mnie, że jej też zależy na starożytnych artefaktach, wierzyłam, ze lustro trafi w dobre ręce. Ale gdy tylko tu przyszła i je zobaczyła, od razu zaniechała starań. Powiedziała – elfka niemal syczała ze złości – że Eluvian jest skażony i tylko sięgnięcie po niebezpieczną magię, trwale zintegrowaną z siłą demonów, może oczyścić jego taflę, jego duszę. Tak powiedziała! Rozumiała, że to nie jest tylko przedmiot, że lustro może prawdziwie ożyć, a jednak nie pomogła mi!

– Jeśli doradziła ci to sama córka Flemeth, to znaczy że ryzyko jest naprawdę zbyt wielkie – perswadowała Theri.

– Rzekła – kontynuowała elfka z goryczą w głosie – że teraz już ma dla kogo żyć i nie podejmie się samobójczej misji, mimo tak wielkiej nagrody. Zapewniła mnie, że jeszcze kiedyś ujrzę sprawny Eluvian i żebym przyjęła do wiadomości to, co musi być uczynione.

– To znaczy?

– Chciała, bym go zniszczyła.

– Dzięki niech będą Stwórcy, kolejny głos rozsądku – Hawke teatralnie wzniosła ramiona ku górze. – Zrobisz to, mam nadzieję?

– Nie. Nie zrobię. Ona chciała zniszczyć je za mnie, ale jej nie pozwoliłam. Przestraszyła się. Asha'bellanar nie może być jej matką, skoro uciekła przed zwykłą dalijską elfką.

Hawke zmroziło.

– Co zrobiłaś, Merrill? – wyszeptała.

– Byłam w pełnej gotowości do użycia magii krwi – odrzekła apostatka z niezrozumiałą dumą.

– Kiedy to usłyszałem, miałem taki sam wyraz twarzy jak ty, Hawke, zapewniam – Varrik oparł się o futrynę.

– Jak mogłaś być tak nierozsądna?! – Therina nie wytrzymała i wyrzuciła z siebie tłumione wcześniej emocje. – Prowokowałaś taką potężną istotę? Nawet, jeśli nie jest córką Flemeth, to z pewnością doskonale zna się na tajnikach magii, bo tylko taka osoba dobrze oceniłaby ryzyko bawienia się spaczonym artefaktem. Jeśli mam rację, to przy starciu mogła zrobić z tobą wszystko, Merrill, ale odeszła, byś nie musiała ginąć. Coś ty sobie myślała?!

Dalijka miała właśnie odpowiedzieć, co sobie wówczas myślała, ale przerwał jej raban, jaki doszedł ich z głównego pokoju. Troje przyjaciół w okamgnieniu sięgnęło po broń, lecz zamiast napastnika ujrzeli Izabelę, bez chusty na głowie, za to z fryzurą niemiłosiernie potarganą wiatrem.

– Jesteście! – wykrzyknęła zamiast powitania. – Dobrze, że ukradłam tego wałacha. Inaczej byłoby już pewnie po wszystkim.

– Co się dzieje? – niepokój Theriny wzrósł kilkukrotnie, choć po usłyszanej dopiero co opowieści nie spodziewała się, że to możliwe.

Piratka spojrzała na nią swoimi bursztynowymi oczami.

– Nasz Fenris spotkał się przed świtem ze swoją siostrą.

– Przypłynęła? No to chwalmy niebiosa, może naprostuje jakoś braciszka – mruknął krasnolud.

– Chodzi o to, że w nocy rozsyłałam moich ludzi, by patrolowali Doki i informowali mnie o cumujących statkach. Przychodzili z raportem zawsze po wschodzie słońca.

– Ale tym razem nie przyszli – domyślała się Theri, czując, jak krew ścina się w jej żyłach.

– Przyszli, ale nie wszyscy. Nie wrócił patrol z Czarnego Doku. Nazywamy tak zatoczkę, przy której zwykle cumują niezarejestrowane statki.

– Czyli przybył już w nocy, sukinsyn – powiedział Varrik, ładując Biankę.

– Ile mamy czasu? – Hawke poczuła, jak blizny na jej plecach rozpalają się do bólu.

– Od chwili gdy nasz elf pomaszerował z siostrą w górę miasta do momentu otrzymania cynku o nieobecności moich ludzi, minęła niecała godzina.

– Może jeszcze zdążymy. Fenris kieruje się na pewno w stronę swojej posiadłości. Bela, wsiadaj na konia i pędź, uprzedzisz go.

Piratka kiwnęła głową i zniknęła z mieszkania, ale po chwili do ich uszu dobiegł wrzask i potok przekleństw.

Wybiegli na zewnątrz. Konia nie było.

– Kradł złodziej złodziejowi – mruknął Varrik, po czym, razem z przyjaciółmi, zaczął biec w górę schodów.


Fenris nie potrafił określić uczucia, jakie tętniło teraz w jego sercu. Było jeszcze ciemno, gdy Avelina zastukała do jego drzwi; dostała wiadomość, że w porcie ma dokować tevinterski statek handlowy. Do tej pory nie było żadnych incydentów, które mogłyby ją zaniepokoić, Izabela też nic nie zgłaszała, a lista pasażerów owego statku została już dokładnie sprawdzona. Czysto.

Elf, mimo pośpiechu, dobrze się przygotował na wszelkie negatywne ewentualności. Solidny miecz, sztylet w cholewie buta, dokładnie dopasowana zbroja. Mimo wszystko czuł ogromne zdenerwowanie. Złość, że nie panuje już nad rodzącą się nadzieją, że projektuje, chcąc nie chcąc, przyszłość ze świadomością obecności siostry. Strach, że rzeczywistość okaże się inna. Stres przed tym, co mógł z jej ust o sobie usłyszeć. Może już za chwilę dowie się, kim był. Był, ale nie jest, bo czy pod wpływem informacji o swojej przeszłości, mógłby przestać być Fenrisem? Czy kiedy dowie się, jakiego koloru miał włosy, jakie nosił imię, jaki miał charakter, zamieni się nagle w tamtego siebie? Nie wierzył w to, choć pragnął odkryć prawdę.

– Siostra – powiedział do siebie, testując to nowe w jego emocjonalnym słowniku hasło. – Siooostra.

Poznał ją, gdy tylko zeszła z pokładu. Jakby ktoś otworzył niewidzialne drzwi w jego umyśle. Elfka także go dostrzegła, choć zauważył moment, nie dłuższy od uderzenia serca, w którym się zawahała. "Czyli raczej nie miałem białych włosów od urodzenia", pomyślał sarkastycznie, zachowując wyjątkową uczuciową trzeźwość. Przynajmniej do chwili, gdy Varania rzuciła mu się na szyję, wykrzykując jego pierwotne imię i zalewając się łzami. Leto. Oczywiście, że tak, to było jego miano. Teraz już pamiętał.

Elfka nie pozwoliła mu dojść do głosu. Z jej słowotoku, oprócz powtarzających się co chwilę wykrzyknień do Mythal, zdołał wyłowić kilka istotnych informacji. Po pierwsze, był kiedyś brunetem. Mógł się tego spodziewać, choć koczek Varanii miał kolor miedzi. "Rude, jak u Hawke, tylko trochę jaśniejsze", przyszło mu na myśl. Po drugie, ojca nie znali, a jego matka nie żyła. To był silny cios, bo miał maleńką nadzieję, że oprócz Varanii żyje jeszcze jakiś członek jego rodziny. Po trzecie, jego siostra planowała zostać tylko dwa dni, ze względu na pracę w Qarinus u magistra Ahrimana. Była najlepszą krawcową na jego dworze, więc obiecała, że wróci. Fenris chciał już zapytać o kilka spraw, gdy dostrzegł zaciekawione spojrzenia rzucane w ich stronę. Miał świadomość bliskiej obecności Aveliny i Izabeli, ale wolał nie kusić losu.

– Nie powinniśmy się tu zatrzymywać – wyszeptał siostrze i poprowadził ją w górę miasta, nie spiesząc się jednak przy tym.

Pragnął rozpocząć rozmowę, zadać wiele nurtujących go pytań, lecz jakoś nie potrafił. Czuł się nieswojo, jakby stanął na scenie, ale nie umiał odegrać przypisanej mu roli. Zdał sobie sprawę, jak musi to wyglądać z jej perspektywy. Varania zrozumiała jego milczenie.

– To takie dziwne: rozmawiać z tobą po tylu latach i mieć świadomość, że ty nic nie pamiętasz. Jestem dla ciebie w zasadzie obcą osobą.

– To nie do końca tak – wydukał wreszcie. – Kiedy cię widzę, pamięć zaczyna wracać, w głowie mam wiele obrazów, chociaż nie wiem, czego dokładnie dotyczą.

– Ale przecież mnie nie znasz – powiedziała smutnym głosem elfka.

– Chyba oboje się nie znamy – mruknął Fenris, spoglądając na nią lustrującym wzrokiem. Miała te same oczy, bez dwóch zdań. I podbródek.

– Mam nadzieję, że nadrobimy zaległości – elfka uśmiechnęła się nieznacznie. – Gdzie mnie prowadzisz? Do obcowiska?

– Nie, nie mieszkam w obcowisku.

– Och, pozwolono ci osiedlić się poza jego bramami?

– No cóż, można powiedzieć, że tak. Mieszkam w Górnym Mieście, w posiadłości.

– Co... Naprawdę? Jak to się stało? Nie rozumiem.

– Niektórzy urzędnicy też wciąż nie rozumieją – Fenris pozwolił sobie na cichy śmiech. Varania ucieszyła się taką reakcją jak dziecko. Złapała go za naznaczoną lyrium dłoń i ścisnęła mocno. Znaki uwyraźniły się nieco, lecz po chwili słaby błękitny poblask zgasł.

– Nie wiedziałam, czego się spodziewać. Bałam się, że jesteś ranny, głodny, że ukrywasz się przed wszystkimi. Tak się cieszę, że to były tylko złe myśli.

– Nie jestem jeszcze bezpieczny. Danarius ciągle wysyła za mną zabójców i łowców niewolników.

Elfka wzdrygnęła się na dźwięk tego imienia a jej wzrok bezwiednie padł na srebrne linie lyrium, prześwitujące pod skórą jej brata.

– To przez nie, prawda? Przez nie straciłeś pamięć? Wiedz, że ja nigdy tego nie chciałam. Wolałam żyć w niewoli, niż zastanawiać się codziennie...

– O czym ty mówisz? – Fenris przystanął na środku brukowanej uliczki, odwracając zdumione oblicze w kierunku siostry.

– No tak, przecież nic nie wiesz – Varania posmutniała ponownie i spuściła wzrok. – Zrobiłeś to dla nas, dla mnie i dla matki. Wygrałeś wszystkie walki na arenie, a w nagrodę magister uczynił cię swoim przybocznym. Wiedzieliśmy, że nie skończy się na ochranianiu jego osoby. O okrutnych eksperymentach krążyły już plotki. Ale ty się nie cofnąłeś. Ostatnie zdanie, jakie od ciebie usłyszałam, brzmiało: "Trzymaj za mnie kciuki, Veri, może jeszcze dziś nasze życie ulegnie zmianie". Uległo, choć nie tak, jakbyś sobie wówczas tego życzył.

Fenris nie mógł się poruszyć. Przypomniał sobie gorący piasek areny, mdlący zapach perfum i krwi, błyszczące w słońcu tarcze. Pamiętał to rozlewające się uczucie przerażenia, gdy pierwszy raz zabił, pamiętał złocone podium dla zwycięzcy, pamiętał tłumy, skandujące: "Mały wilk! Mały wilk! Mały wilk...".

– Leto? Wszystko w porządku?

– Tak. Chodźmy.


Avelina pojawiła się znikąd. Co ważne, u jej boku stał też Anders.

– Ha! – wykrzyknęła na jej widok Izabela. – Jesteśmy dobre w zbieraniu kumpli! Ty i ja, drużyna I–A!

– Zamknij się, zdziro. Gdybyś ruszyła dupę i sama sprawdziła, jak się miewają twoje patrole, nie stracilibyśmy tyle czasu.

Piratka miała już zripostować, ale gniewny pomruk Theriny odebrał jej na to chęć. Anders natomiast milczał, co mogło znaczyć równie dobrze niechęć do pomagania swojemu znienawidzonemu konkurentowi, jak i determinację, by rozprawić się z magistrem, przez którego magów odbiera się poza Tevinterem w taki, a nie inny sposób.

– Cholera, zapomnieliśmy o Tarabaasie – rzuciła nagle Hawke, łapiąc się za głowę.

– Ja się tym zajmę – powiedział Varrik, po czym ruszył w stronę Wisielca.

Biegli. Theri bardzo starała się nadążyć, robiła w tej kwestii, co mogła, ale szybko została z tyłu, dysząc niczym kowalski miech. Czuła, jak koszulę znaczą jej plamy krwi z naruszonych i niezagojonych do końca ran na plecach. Skupiała na nich uwagę, podświadomie odsuwając od siebie złowieszcze myśli o zasadzce Danariusa.

Avelina wszystkich spotkanych strażników miejskich uprzedzała o możliwej konfrontacji z magiem, część z nich, korzystając ze świeżych sił, minęła drużynę, by szybciej znaleźć się przy posiadłości Bohatera Kirkwall. To dodawało Theri i jej przyjaciołom nieco otuchy. Aż do momentu, w którym z miejskiego rejwachu zdołali rozróżnić odgłosy walki.


Czy spodziewał się tego? Wyczuł niebezpieczeństwo? Czy coś zaalarmowało jego szósty zmysł? Tak. Skonsternowane spojrzenia przechodniów, patrzące na drzwi jego posiadłości, szepty zamiast głośnych rozmów, wrażenie unoszącej się w powietrzu magii. A mimo to nie cofnął się. Osoba panicznie obawiająca się realizacji swego najgorszego koszmaru nie zawsze ucieka przed niebezpieczeństwem. Strach jest tak silny, a zarazem już tak swojski, że ucieczkę zastępuje szarża – by jak najszybciej przekonać się, czy to już, czy to właśnie to. By spełnić wreszcie nieuniknione, zakończyć niepewność. Fenris chciał po prostu, by to się wreszcie dokonało.

Nacisnął klamkę. Ustąpiła. Sięgnął po zawieszony na plecach miecz. Stal, odbijająca promienie słońca, nie sprawiała wrażenia twardej i zimnej. Usłyszał podniesiony ton Varanii, lecz nie rzekł do siostry ani słowa, o nic nie zapytał, nie spojrzał w jej oczy, które mogły mówić prawdę lub kłamać. Zamiast tego pewnym ruchem pchnął nienaoliwione, ciężkie drzwi swojej posesji.

Już się nie bał. Po tylu latach odczuwania zwierzęcego strachu, wyglądania za każdy róg, nerwowego zerkania za siebie zrozumiał wreszcie, że obawa brała się z niepewności właśnie, nie z samego źródła. Danarius stał na szczycie schodów w tej samej posiadłości, w której lata temu zaczęło się jego nowe życie. Stał tam pewny siebie, z uśmiechem na okolonej zarostem twarzy, przyglądając się swojej dawnej własności. Stał tam jak pan, jak niepokonany wróg, a jednak elf nie czuł strachu. I nawet sam się uśmiechnął. Varania krzyknęła, przerażona.

– Oto i on, mały wilk, który urwał się z łańcucha – głos magistra miał w sobie tyle samo aroganckiej nuty, co dawniej. – Nie tęskniłeś?

– Momentami – odrzekł niemal wesoło Fenris. – Nawet cię szukałem, ale nie raczyłeś się pokazać, co trochę nie pasuje do postawy właściciela.

Danarius zaśmiał się gromko, a echo zwielokrotniło jego głos.

– Mój mały wilk naprawdę dorósł! Jestem z ciebie taki dumny, choć, jak sam dobrze wiesz, kara i tak musi być wykonana.

Z pokojów na górze wyszła gromada najemników. Prawdziwych żołnierzy, nie jakichś przebierańców, co Fenris stwierdził już na pierwszy rzut oka. Wśród nich był też jeden elf. Białowłosy zawiesił wzrok na jego odkrytych ramionach. I dopiero teraz zalała go prawdziwa fala gniewu.

– Och, niech was przedstawię – tevinterski mag machnął dłonią, przywołując do siebie elfiego wojownika. – To jest Riser, zwany Kłem. Mógłbym powiedzieć, że zajął twoje miejsce, ale byłoby to wobec niego jawną niesprawiedliwością. Myślę, że może ci pokazać, jak zawodowiec używa znaków z lyrium. Bo on, widzisz, kocha je, są jego najlepszą częścią, obdarza je czcią i jest za nie wdzięczny. Prawda, Riser?

Elf uśmiechnął się i był to naprawdę paskudny uśmiech zabójcy. Głowę miał pochyloną w prowokującym geście, związane w kitę czarne włosy odsłaniały wygolone boki czaszki, ślepia, bo nie były to zwykłe oczy, wpatrywały się w Fenrisa zapowiadając mu najgorsze okrucieństwa, jakie mogą przyjść na myśl. Znaki lyrium na jego ramionach połyskiwały dziwnym, czerwonym światłem.

– Dlaczego nie możesz zostawić go w spokoju?!

Białowłosy elf odwrócił głowę, zdziwiony. Varania była przerażona, cała się trzęsła, ale przy tym patrzyła na Danariusa nienawistnym wzrokiem.

– Niemal zapomniałem o drogiej Varanii! A to przecież dzięki tobie wpadłem na trop mojego małego Fenrisa. Poprosiłem Ahrimana, by w swojej dobroci poinformował mnie, jeśli jego uzdolniona magicznie elfia krawcowa zacznie się z kimś kontaktować lub wyruszy w podróż. Reszta była już dziecinnie łatwa.

Fenris analizował. Jego myśli były trzeźwe, skupione, klarowne. Może gdyby Danarius złapał go trzy, cztery lata temu, elf wpadłby w panikę, przekreślającą jakiekolwiek szanse na przeżycie. Ale nie teraz, nie dziś, nie po wszystkim, co przeżył z Hawke i przyjaciółmi. Teraz analizował. I wyszło na to, że z góry osądzona przez niego Varania, jest jednak niewinna. Choć, jednocześnie, w jej żyłach płynie magia.

To utworzyło nowy problem: musiał zadbać o bezpieczeństwo siostry. Rzucił spojrzeniem w stronę wciąż otwartych drzwi, ale światło dnia przesłoniły sylwetki uzbrojonych po zęby mężczyzn.

– Chciałbyś mnie znów opuścić, wiem, ale nie tym razem, mały wilczku, nie tym razem. Budynek jest otoczony moimi ludźmi. Wobec tego złożę ci wspaniałomyślną propozycję: poddaj się, a twojej siostrze włos z głowy nie spadnie.

– Nie słuchaj go, Leto, on kłamie – drżący szept elfki doszedł do uszu Fenrisa. Elf jednak zaczął nerwowe kalkulacje. Najemników jest zbyt wielu, nie zdoła zapanować nad polem bitwy tak, by ochronić Varanię. Mógłby spróbować przebić się przez kordon wojowników na zewnątrz budynku, byłaby szansa, że cywile poślą po Straż Miejską i walka mogłaby się wyrównać. Niewykluczone jednak, że zanim ktokolwiek przyszedłby mu z pomocą, Varania leżałaby martwa, a on otoczony. Nie należało zapominać też o Danariusie i magii krwi, jakiej z pewnością użyje. Mimo wszystko, druga opcja wydała mu się najlepsza. Złapał dłoń Varanii, zrobił już pierwsze pół kroku w stronę drzwi, gdy usłyszał znajomy głos, wykrzykujący coś do stojących na zewnątrz przeciwników. "Sebastian", pomyślał z ulgą. Chwilę później rozbrzmiały krzyki i metaliczne dźwięki bitwy.

Tevinterski magister na pozór nie przejął się tym hałasem. Ale Fenris wiedział, że było inaczej; jego były pan nie cierpiał, gdy przedstawienie szło innym torem, niż to sobie wcześniej zaplanował. Dlatego elf musiał zrobić wszystko, by zyskać jeszcze choć odrobinę czasu.

– Twoja propozycja byłaby do przyjęcia, magu.

– Mimo iż nad manierami będziemy musieli jeszcze trochę popracować, zaczynasz wykazywać rozsądek – zagrzmiał Danarius, spoglądając wymownie na swoich przybocznych. Czterech z nich zaczęło schodzić w stronę Fenrisa. Elf poczuł, jak dłoń Varanii zaciska się kurczowo na jego własnej.

– Nie skończyłem – powiedział lodowatym tonem elf, nasłuchując przy tym bacznie odgłosów z zewnątrz. Najemnicy, stojący już w połowie schodów, zatrzymali się, niepewnie spoglądając na magistra. – Twoja propozycja byłaby do przyjęcia, gdybym nadal był tym, kto od ciebie uciekł.

– Czyli? – zapytał pozornie znudzonym tonem Danarius.

– Samotnym, zdanym tylko na siebie elfem. Ale nie jestem...


Dotarli wreszcie do Górnego Miasta. Avelina, mimo pełnopłytowej zbroi, biegła na czele drużyny, razem z Merrill i Izabelą. Anders, w połowie drogi rzucił na plecy Theriny lecznicze zaklęcie, dzięki czemu przestały na chwilę krwawić i piec. Hawke czuła, że teraz to już może roznieść te tevinterskie psy na strzępy.

Odgłosy potyczki były coraz bliższe; dobrze sytuowani mieszkańcy dzielnicy mijali ich w popłochu, inni, gdzieś na górze, zatrzaskiwali rzeźbione okiennice.

– Moi rekruci! – wysapała Avelina, która jako pierwsza osiągnęła schody prowadzące do górnych rezydencji.

– I nasz kleryk! – Izabela przeskakiwała co dwa stopnie, wymachując przy tym zaciśniętymi w dłoniach sztyletami.

Theri także już dostrzegła zamieszanie, jakie panowało pod posiadłością elfa. Z miejskimi strażnikami i – o zgrozo! – walczącym wręcz Sebastianem próbowali się rozprawić jacyś wojownicy. Dobrze wyposażeni wojownicy.

Hawke sięgnęła po zawieszone na plecach miecze (przy czym lewa ręka odezwała się ostrzegawczym mrowieniem) i ruszyła na pierwszego z nich.


[Inspiracja: Drowning Pool feat. Rob Zombie – The Man Without Fear]

– ...nie jestem. Nie jestem już sam.

W tym właśnie momencie, jak w kiepskiej dramie, przez rozwarte drzwi rezydencji przeszła grupa niebezpiecznie wyglądających osób i stanęła za Fenrisem.

– Nie powiem, że się nie spodziewałem, zwłaszcza po propozycji gościny u Kruków – rzekł Danarius, przeszywając Therinę wzrokiem. – Już dawno doszły mnie słuchy, że zaopiekowałaś się moim wilczkiem, moją własnością. Nieładnie, Bohaterko.

– Nieładna to jest twoja stara – odparła Hawke, a reszta jej drużyny buchnęła śmiechem. Fenris nie miał pojęcia, kiedy jego najgorszy koszmar zaczął zmieniać się w komedię, ale podejrzewał, że dramaturgii nie zabraknie również. Odwrócił się do Varanii i krótkim gestem nakazał jej ucieczkę w stronę brukowanego placyku Górnego Miasta, póki ludzie magistra związani byli walką ze Strażą Miejską. Posłuchała i wybiegła z budynku. Nie uszło to uwadze Danariusa, który błyskawicznie posłał w stronę rudowłosej elfki obezwładniający czar. Ten jednak, dzięki refleksowi Andersa, nie dotarł do celu. Uzdrowiciel zneutralizował lecące zaklęcie i, zadowolony, wyszczerzył się w stronę Tevinterczyka jak nieusłuchany, krnąbrny uczeń. Theri jeszcze nigdy go takim nie widziała.

– Zabić ich – warknął Danarius, przerywając jej rozmyślania.

Z obu stron podestu zaczęło zbiegać łącznie około dwudziestu najemników. Merrill, nie tracąc ani chwili, skumulowała energię i posłała ją na schody po lewej stronie. Te natychmiast pokryły się szlamem, a poręcze połączyły pozieleniałe witki. Efekt był łatwy do przewidzenia: mężczyźni przewracali się jak pionki na trąconej szachownicy. Ktoś stracił zęby, a ktoś przytomność po uderzeniu w kant schodka. Reszta próbowała jak najszybciej złapać rezon i ponowić atak. Nimi zajęła się połowa drużyny z Hawke na czele. Dziewczyna nie osiągnęła jeszcze swojej najlepszej formy, ale też wyłożony jak na patelni wojownik nie był żadnym przeciwnikiem. Kiedyś sama oburzyłaby się na podobne zachowanie: "Jak to, zabić bezbronnego, zbierającego się z ziemi wroga? To niehonorowe, to uwłacza każdemu fechmistrzowi!". Teraz bez większych skrupułów zanurzała miecz w ciele tevinterskiego najemnika, który miał po prostu pecha. Honor jest dobry w pojedynkach, na festynach lub tam, gdzie może przynieść korzyści. Nie w walce z żołdakami magistra.

Mimo swojej pierwszej wpadki wojownicy maga zaczęli przejmować inicjatywę. Hawke odparła atak jednego z nich, pochyliła się, a przeciwnika ugodziła błyskawica Dalijki. Theri wykorzystała moment, by spojrzeć na drugą stronę holu. Tam sytuacja wyglądała gorzej. Tevinterczycy otoczyli Sebastiana, Fenrisa i Avelinę, nie pozwalając im na wiele ruchu. W dodatku Danarius też szykował się do ofensywy.

– Merrill, Anders! – Therina wskazała magistra przyjaciołom, którzy bez słów zrozumieli, co należy zrobić.

Wysunęli się na środek holu i synchronizując czary, posłali je wprost w podstawę żyrandola, pod którym stał Danarius. Ten zareagował w porę i zdążył uskoczyć przed spadającym żelastwem. Cel został jednak osiągnięty: przerwano czar maga.

Fenris wyczuł okazję. Pchnął najbliższego przeciwnika tak, by wpadł na innego zabójcę. Choć taki zabieg nie powalił wrogów, pozwolił jednak na ich chwilowe wypadnięcie z rytmu, a elf tylko tyle potrzebował. Minął zaskoczonych wojaków, wskoczył na schody, wyprowadził fintę przed broniącym wstępu na platformę najemnikiem, by zaraz przebić go zamierzonym ciosem. W ten sposób od magistra dzieliła go tylko krótka, pusta przestrzeń.

Nie była pusta. Nie wiadomo skąd pojawił się czarnowłosy elf. Osobisty ochroniarz Danariusa najwyraźniej tylko czekał na odpowiednią okazję. Rzucił się na Fenrisa z takim impetem, że razem uderzyli w drewnianą, zmurszałą barierkę, przełamali ją i spadli z podestu na posadzkę holu.

Huk nie wytrącił z równowagi nikogo oprócz Hawke. Theri popełniła błąd, który wykorzystać mógł każdy z dwójki jej przeciwników. Zaniepokojona losem Fenrisa, rzuciła okiem za siebie; to były ułamki sekund, ale wystarczyło, by zawodowcy z Tevinteru mieli okazję do zabicia dziewczyny. Jeden z nich zamierzył się i stal niebezpiecznie zbliżyła się do szyi Bohaterki Kirkwall. Theri zdążyła w ostatnim momencie zasłonić się Pionierem, lecz nie było szans na obronę przed drugim napastnikiem. Ten próbował ugodzić jej plecy na wysokości nerki, lecz dzięki interwencji Izabeli, ostrze przejechało jedynie po boku, dziurawiąc skórzaną zbroję. Piratka uderzyła mężczyznę raz jeszcze z taką wprawą, że ten, zanim martwy padł na ziemię, wykonał niemal bezwładny obrót, "przekazując" w jej ręce własny sztylet. Izabela wesoło mruknęła podziękowanie, po czym stanęła na jego ciele i z takiego podwyższenia wyrzuciła zdobyczną broń wprost w nękającego Sebastiana przeciwnika. Trafiła, oczywiście, a krew obryzgała wypomadowane włosy jej przyjaciela. Oszołomiony kleryk spojrzał w stronę Izabeli, która posłała mu buziaka.

Hawke, mimo otrzymanej pomocy była w nie lada opałach. Odepchnęła wojownika, który wykorzystał jej wcześniejszą nieuwagę i starała się dźgnąć go drugim mieczem. Nie zdołała; mężczyzna uskoczył i zdążył sparować jej cios. Inni też nie próżnowali i w czasie tych kilku sekund otoczyli ją. Theri została przez chwilę sama, świadoma, że uzdrowiciel i Dalijka wymieniają ciosy z magistrem. Nie wiedziała, gdzie podziała się Izabela, przed chwilą ratująca jej życie. Dziewczyna wściekła się, nie mogąc sprawdzić, jak radzi sobie druga część jej grupy. Nie bacząc na stopniowo mijający efekt zaklęcia, jakie Anders nałożył na jej plecy, skupiła się na robocie. Wykorzystała fakt, że pewni siebie najemnicy okrążyli ją w piątkę i napadli w tym samym momencie. Wywinęła się pełnym obrotem, pochyliła, muskając zbroję jednego z nich i podcięła mężczyznę, znajdującego się najbliżej. Przeciwnik wrzasnął, zachwiał się i wpadł wprost na sztych miecza swego towarzysza.

Najemnicy, mimo wstrząsu, szybko zrozumieli swój błąd, nie próbowali już atakować Theriny jednocześnie, ale na przemian, podbiegając i wchodząc w swoje tempo. Gdyby Hawke nie panowała nad dwoma ostrzami i nie ufała swojemu poczuciu równowagi, cofając się w stronę środka holu, byłoby po niej. Przyjaciel i Pionier śmigały w powietrzu jak jaskółki, śpiewając za każdym razem, gdy odbijały stal przeciwników. Theri wpadła w trans, skupiona jedynie na atakujących ją wściekle Tevinterczykach. Najszybszy z nich skrócił niebezpiecznie dystans, więc dziewczyna wykonała silny cios na odlew. Poskutkowało, bo mężczyznę odrzuciło w tył, jednak Hawke zdradziło jej własne ciało: wymach i uderzenie lewą ręką spowodowały nagły ból w ramieniu i obojczyku. Miecz wyleciał z jej dłoni, odbił się od ściany i poleciał gdzieś w bok. Jej przeciwnik, korzystając z okazji zrobił wypad, lecz sztych nie sięgnął celu. Mężczyznę bowiem, w ostatnim momencie dosłownie sprzątnęła z drogi tarcza Aveliny.

Nie było czasu do namysłu. Kiedy strażniczka dobijała staranowanego najemnika, Bohaterka poszła na wymianę ciosów z innym wojakiem. Ten okazał się kobietą; piskliwe wrzaski, jakie z siebie wydobywała, irytowały do granic możliwości.

– Zabiję cię, szmato! Zabiję cię! – wykrzykiwała. – Zabiję...

Nie zabiła. Zdegustowana Therina wytarła krew z przeciętego policzka, spoglądając na trzech mężczyzn, nadal okupujących lewą stronę pomieszczenia. Z jednym pojedynkowała się strażniczka, z drugim – nie wiadomo skąd wytrzaśnięta piratka. Po szarży Aveliny nadbiegła też piątka najemników z przeciwległego końca holu. Wreszcie walczyli wszyscy razem. "Wszyscy?", przeszło jej przez myśl, gdy szukała wzrokiem Sebastiana i Fenrisa. Odnalazła tego pierwszego w kącie, chwiejącego się wyraźnie przez krwawiące udo i starającego odbijać ataki przeciwnika.

Nie mogła zostawić przyjaciółek samych z przeważającymi siłami wroga, nie mogła też pozwolić Sebastianowi umrzeć. Wyciągnęła więc sztylet z cholewy i cisnęła ostrzem w mężczyznę atakującego kleryka. Trafiła, oczywiście, a krew ponownie zrosiła ułożone włosy jej przyjaciela.

– Co do...! – wrzasnął, a Theri, wymieniająca już ciosy z innym Tevinterczykiem, miała ochotę wybuchnąć śmiechem. Nagle przypomniała sobie o Fenrisie. Już chciała, korzystając z uniku, spojrzeć ukradkiem w stronę połamanych pozostałości poręczy, gdzie widziała go ostatni raz, gdy jej plany przerwał spanikowany krzyk Andersa:

– Uważajcie! Na bok! Na booook!

Nie oglądali się, ufając uzdrowicielowi. Theri, Izabela i Avelina uskoczyły w stronę opartego o ścianę Sebastiana. Chwilę później poczuły wibrującą energię. I ogłuszył je huk.


Drzazgi połamanej barierki wystrzeliły na wszystkie strony holu. Część z nich wbiła się w odsłonięte partie ciała jednego i drugiego elfa, wywołując reakcję lyrium. Czerwone i niebieskie znaki rozjarzyły się wściekle. Fenris spadł niefortunnie na bark, który kiedyś ucierpiał w starciu z arishokiem, ale większym problemem był teraz przeciwnik, trzymający jego szyję w żelaznym uścisku. Fenris odepchnął nogą czarnowłosego elfa, sam wykonując na posadzce przewrót w tył. Chwycił za leżący miecz, przekonany, że to jego własny, który wypadł mu z ręki po upadku z podestu, ale nie. Zdziwiony zauważył, że trzyma w ręku Przyjaciela, miecz Hawke.

Nie było czasu na dalsze rozmyślania, bo Riser z obnażonymi we wściekłym grymasie zębami i pochylonymi groźnie nożami, runął na niego z impetem. Białowłosy wojownik odbił trzy błyskawiczne ciosy i wyprowadził nieskuteczną kontrę. Przyboczny Danariusa zaśmiał się cicho; zabrzmiało to iście złowieszczo. Natarł ponownie, nie pozwalając rywalowi na chwilę oddechu. Fenris cofał się, mijając grupę Tevinterczyków, związanych teraz walką z jego przyjaciółmi. Stanął przy drzwiach, prowadzących do jednej z komnat posiadłości, aktualnie zagraconej wszystkimi przytaszczonymi przez Therinę meblami i szpargałami. Riser skoczył w jego stronę i wówczas białowłosy elf machnął z impetem skrzydłem drzwi, uderzając nim przeciwnika.

Z jego gardła wydobył się zaskoczony okrzyk bólu i, po chwili, głuchy warkot. Zaszarżował na Bohatera Kirkwall, inicjując cios za ciosem. Niektóre z nich dosięgały celu; spod poprzecinanej w wielu miejscach zbroi wypływała ciemnoczerwona krew, dłonie elfa też nie wyglądały najlepiej. Byłoby jednak o wiele gorzej, gdyby walczył swoim półtorakiem – w starciu z doświadczonym, niesamowicie szybkim przeciwnikiem, posługującym się sztyletami czy długimi nożami, bastardowy miecz byłby zbyt toporny, zdecydowanie za wolny. Fenris przez ułamek sekundy zastanowił się, czy Hawke nie była w opałach, skoro nie walczyła dwoma ostrzami, ale odegnał póki co niepokojącą myśl. Zamierzał wykorzystać każdą przewagę, jaką miał.

Wkroczyli do komnaty. Riser machnął nożem, zmuszając przeciwnika do uniku. Zanim zdołał ponowić atak, Fenris przypuścił kontrnatarcie, zaskakując czarnowłosego elfa. Przyjaciel zanurzył się w jego ciele, docierając do żeber. Każdy zwykły wojownik straciłby rezon, upadł lub, przynajmniej, zastosował jakikolwiek unik, by dać sobie trochę czasu. Ale to nie był zwykły wojownik.

Zanim Fenris zdołał przygotować się do drugiego ciosu, Riser skoczył na niego, zwalając na okrągły, przyniesiony przez Hawke drewniany stolik. Czarnowłosy przygniótł rywala, przytrzymał jego prawą rękę dzierżącą miecz i uniósł w górę nóż, ale Fenris wymacał wolną dłonią jakiś przedmiot z leżącej obok skrzyni i zdzielił nim wroga. "To" okazało się ceramicznym dzbankiem, którego kunsztowny kształt zderzył sie z twarzą wynaturzonego elfa. Wystarczyło, by uścisk zelżał. Białowłosy wysunął się na podłogę, odwrócił i z całej siły kopnął przeciwnika w kolano, dzięki czemu razem znaleźli się na posadzce. Fenris wstał pierwszy, ale Riser zrobił to chwilę po nim i bez użycia rąk, wykorzystując mięśnie nóg i pleców. Bohater Kirkwall zdębiał. Widywał już wcześniej wielu, którzy popisywali się w ten sposób, ale żaden z nich nie miał przeoranej piersi. To nie było normalne. To nie było naturalne.

Moment później Riser dał kolejny dowód swego wynaturzenia. Jego ramiona zalśniły na czerwono, łuna odbiła się w zmrużonych ślepiach i nadała przerażającego wyglądu wyszczerzonym zębom. W furii złapał za pudło z ceramiką i rzucił nim w Fenrisa. Elf zrobił unik, a trzask tłuczonych talerzy poniósł się echem. Po podłodze poturlały się ciężkie przyciski do papieru. Riser napadł na przeciwnika. Białowłosy starał sie nadążyć za wściekłą wymianą ciosów, ale bez skutku – długi nóż zasmakował krwi, dosięgając jego piersi. Fenris wypuścił z ust pojedynczy jęk i salwował się ucieczką w głąb komnaty. Musiał wymyślić jakiś sposób, jego wróg był zbyt szybki, na co z pewnością miało wpływ to dziwne lyrium. Unikając kolejnego ataku wskoczył na oparcie wyświechtanej sofy, odbił się i złapał za metalowe okucia żyrandolu. Tak rozhuśtany opadł obok drewnianej skrzyni, mieszczącej różnego rodzaju ozdoby do jego mieszkania. Riser był kilka kroków od niego. Ale to wystarczało.

Fenris pochylił się, symulując gotowość do obrony, tak naprawdę jednak wyciągnął z cholewy swój wąski sztylet. Obserwował zbliżającego się przeciwnika, zmuszając się do cierpliwości. "Jeszcze moment, nie teraz, nie teraz... Już!". Błyskawicznie odchylił się, biorąc zamach i jego dłoń wypuściła ostrze, ale właśnie w tej chwili z holu dotarł do nich niewiarygodny huk, a siła uderzeniowa zachwiała elfami, niemal ich przewracając. Sztylet nie trafił w cel; poleciał na przeciwległą ścianę i odskrobał kawałek kwiecistej tapety.

W komnacie obok musiało być gorąco. Fenris ogromnie zaniepokoił się o swoich przyjaciół. Zostawił ich samych z żołdakami Danariusa i, przede wszystkim, z okrutnym magistrem. Rozmyślania przerwał mu czarnowłosy elf, spadając na niego jak drapieżnik na swoją ofiarę. Fenris wywinął się obrotem, a emanująca szkarłatnym światłem dłoń wbiła się w drewnianą pokrywę skrzyni. Bohater Kirkwall mógł nie mieć drugiej takiej okazji; uderzył w ten sposób, by wyprowadzić nacisk na klingę i wytrącić broń z wolnej ręki przeciwnika. Udało się: siła ciosu odrzuciła nóż na posadzkę. Teraz wystarczyło jedno jedyne pchnięcie.

Fenris zrobił wypad z gotową, ustawioną na sztorc bronią, będąc pewnym wygranej. Lecz wróg nie zamierzał się poddać. Z niewyobrażalną siłą wyrwał zakleszczoną dłoń razem z pokrywą drewnianej skrzyni i zastawił się nią, jak tarczą. Sztych Przyjaciela utkwił pomiędzy polakierowanymi słojami. Nie czekając ani chwili Riser odrzucił wieko, wyrywając broń z ręki Fenrisa. Jego drugi nóż wypadł także, a drzazgi wyżłobiły krwawe ślady na wierzchu pokrytej czerwonym lyrium dłoni.

Ta sama dłoń złapała o ułamek sekundy wolniejszego Fenrisa za białe włosy, szarpnęła jego głową i uderzyła nią o kant rozwalonej skrzyni. Elf krzyknął, gdy krew z rozciętego czoła zalała mu oczy. Riser powtórzył atak. Do czerwonych plam jakie widział Fenris dołączyły białe gwiazdki. Czarnowłosy elf zamachnął się trzeci raz, chcąc rozbić czaszkę przeciwnika, lecz rywal nie dopuścił do tego. Nie wiadomo kiedy jego dłonie wyciągnęły ze skrzyni mały, zakończony ostrym szpikulcem przedmiot, który był, o czym elf nie miał pojęcia, ozdobą do upinania firan. Fenris zamachnął się na oślep. Usłyszał krzyk, a zaciśnięta na jego włosach dłoń puściła nagle. Wyrwał się, odwrócił i spojrzał na Tevinterczyka: z jego policzka wypadła posrebrzana klamra, której ostry koniec pokrył się gęstą posoką. Białowłosy wojownik szukał wzrokiem broni na posadzce, ale przez uderzenia, jakie przyjął, strasznie kręciło mu się w głowie. Dostrzegł mimo to, że Riser nie zamierza martwić się brakiem ostrzy. Wyrzucając z siebie coś na kształt szczeknięcia, zaczął biec w stronę rywala. Jego ramię zaświeciło ponownie krwistą czerwienią. Fenris przywołał swoją moc, która zapłonęła zimnym, błękitnym blaskiem. Dopadli się w połowie drogi.

Ładunek energii utworzył między nimi świetlistą lancę. Iskry sypały się na podłogę, moc poruszała zasłonami i bujała żyrandolem. Jeden z okiennych witraży wypadł z trzaskiem, a powietrze przelatywało przez dziurę z potępieńczym wyciem.

Krople potu spływały po twarzy Fenrisa, rozmywając krwawe ślady. Czuł jakby pod naporem wrogiej siły jego kości miały się za chwilę połamać niczym wykałaczki. Huczało mu w uszach. Krew w żyłach pulsowała nieprzyjemnie. Całe ciało odczuwało ten śpiew lyrium, zwłaszcza że Riser wciąż napierał. Czerwony blask przytłaczał, zaczął wypierać błękit, spychać go w tył. Przyboczny magistra krzyknął wyzywająco, a wraz z tym krzykiem moc jego znaków spotężniała jeszcze. Fenris zachwiał się i padł na jedno kolano. Próbował powstać, lecz nie potrafił; w obliczu siły przeciwnika jego tatuaże były niemal wyłącznie świecącą ciekawostką. Czerwone macki energii przebijały się sukcesywnie przez niebieską tarczę, a Fenris czuł, że już za moment dotrą do niego, wnikną w ciało i rozszarpią od wewnątrz. Nie mógł nic zrobić; kręgosłup wygiął się w bolesnym łuku, ramię zaczęło drżeć, umysł zahaczył o te rejony, które zupełnie nie dotyczyły walki. Czując, że ustępuje przed wrogą siłą, pomyślał o Hawke. I nawet się smutno uśmiechnął.

Riser wyszczerzył zęby i z tryumfalnym okrzykiem zdusił błękitną moc. Bohater Kirkwall klęczał przed nim, pokonany. Czarnowłosy elf zacisnął pięść, skupiając maksimum mrocznej energii i, robiąc zamach, postąpił krok do przodu. Fenris spojrzał w oczy śmierci.

Wykonany z alabastru przycisk do papieru zachował się dokładnie tak, jak zachowują się nadepnięte śliskie przedmioty na posadzce. Wysunął się spod stopy Risera niczym żywe zwierzątko. Elf, przypominając aktora w sztampowym jarmarcznym przedstawieniu, wywinął kozła i runął na plecy z kompletnie zszokowaną miną. Fenris nie czekał. Złapał za szczęśliwy posążek i uderzył nim w twarz Risera. Chrupnęła połamana czaszka, trysnęła ciemnoczerwona krew. Białowłosy uderzył jeszcze dwa razy dla pewności, miażdżąc głowę przeciwnika. Czerwona aura lyrium rozwiała się jak mgła.

Fenris wstał, dysząc. Spojrzał na zakrwawiony alabastrowy przycisk do papieru, który uratował mu życie. Figurka przedstawiała roześmianego leśnego bożka, ściskającego wielkie, obwisłe piersi wieśniaczki. Z ust elfa wyrwało się zmęczone, rozbawione parsknięcie. Odłożył delikatnie przedmiot i pijanym krokiem przemierzył komnatę w poszukiwaniu Przyjaciela.


Hawke, Izabela i Avelina podniosły się z podłogi. Tam, gdzie jeszcze przed chwilą stały, walcząc z Tevinterczykami, rozciągała się malownicza czarna plama spalenizny. Jeden z żołdaków magistra przypominał nieudolnie upieczonego kurczaka.

Theri rzuciła okiem na Andersa i Merrill: byli wyczerpani. To uświadomiło Bohaterce z kim mają do czynienia. Dwóch świetnych magów na jednego, a nie udało im się nawet zablokować na dłużej jego czarów. Co więcej, Danarius nie zamierzał poprzestać na tym pokazie siły. Przyciągnął magicznie ciało jednego ze swoich obrońców i wyjął z fałdów szaty maleńkie ostrze. Hawke krzyknęła ostrzegawczo, ale jej magowie nie zdołali przerwać zasłony utworzonej ze szkarłatnych kropelek krwi.

Magister inkantował zaklęcie, a na Avelinę zamachnął się jeden z najemników. Wściekła kobieta z całej siły kopnęła go w krocze, po czym podeszła do biedaka i gołymi rękami skręciła mu kark. Ten jednak nie zdążył jeszcze upaść, gdy jego nienaturalnie wygięte ciało uniosło się, a wytrzeszczone oczy spojrzały na strażniczkę z wyrazem niezadowolenia. Avelinę szlag jasny trafił. Złapała nieumarlaka za poły brygantyny, gnąc, niczym papier, blaszki zamocowane od wewnątrz pancerza i rzuciła nieborakiem o najbliższą ścianę. Jego głowa przy zderzeniu ponownie wygięła się pod niewłaściwym kątem i tym razem definitywnie padł na posadzkę.

To była jednak dopiero zapowiedź większych kłopotów. Danarius, bowiem, wskrzesił połowę zabitych przez drużynę zbirów

– Nie jest dobrze. Nie jest dobrze – wymruczała Hawke, rozglądając się dookoła. Co prawda żywe trupy nie były tak niebezpieczne jak ich poprzednie, witalne stadium, lecz liczby mówiły same za siebie.

Powstałe z martwych ciała zakołysały się, a po chwili otoczyły Therinę i jej przyjaciół. Szereg trzech umarlaków stanął tuż przy drzwiach wyjściowych; ich pokraczne figury zarysowały się wyraźnie na tle słonecznego nieba. Nagle światło dnia zostało zupełnie przyćmione. Cień padł na sługi magistra, na drużynę Theriny i na cały hol. W drzwiach posesji stał biały olbrzym.

Qunari zamachnął się swoim wyszczerbionym mieczem i trzy głowy ożywieńców padły z plaskiem na podłogę. Wojownik natychmiast pochylił nisko plecy, od których odbił się nadbiegający Varrik. Krasnolud, już w locie, krzyknął wyzywająco i wystrzelił bełt. Pocisk z ogromną siłą trafił jednego z żywych jeszcze najemników Danariusa, a pierwszy pisarz Kirkwall zgrabnie wylądował na posadzce.

– To się nazywa wejście, co? – wyszczerzył się do Aveliny, która, o dziwo, odwzajemniła uśmiech. Miała też drugi powód: za wojownikiem qunari wkroczyli do holu trzej miejscy strażnicy, którzy wyeliminowali już wrogów na zewnątrz posiadłości.

Walka rozgorzałą na nowo, a przyjaciele Bohaterki zyskali nowe pokłady energii dzięki otrzymanemu wsparciu. Anders podbiegł do nieprzytomnego Sebastiana i próbował zaleczyć jego rany. Merrill wzniosła wokół magistra pylastą mgłę, na chwilę odcinając go od innych. Izabela podśpiewywała pod nosem jakąś marynarską piosenkę, jednocześnie tnąc umarlaka swoimi sztyletami. Avelina na przemian wychodziła do kontrataku i broniła tarczą swoich sprzymierzeńców.

Theri uznała, że czas najwyższy zająć się Danariusem. Minęła dwóch żołdaków, jednego przewróciła i zostawiła do "dokończenia" Varrikowi. Pomknęła po schodach, wywijając się od magicznych ataków, jakie wystosowywał w jej kierunku magister. Jedna ognista strzała dosięgła jej ramienia. Hawke stęknęła; zapomniała już, jak boli oparzona skóra.

– Naprawdę sądzisz, Bohaterko, że możesz cokolwiek mi zrobić? – mag wyprostował się i uśmiechnął do nadchodzącej wojowniczki. – Z całym szacunkiem dla twoich umiejętności, ale nie masz najmniejszych szans.

– Stwórco, wszyscy magowie w Tevinterze są tacy?

– Tacy potężni? Nie, wyłącznie ja.

– Chciałam powiedzieć: tacy zakompleksieni – zachichotała dziewczyna na widok gniewnej twarzy magistra.

– Za chwilę nie będzie ci tak do śmiechu – warknął, podchodząc nieco. – Za chwilę wszystko, co przeżyłaś w niewoli u Kruków wyda ci się miłym snem.

W jej kierunku wystrzeliła wiązka negatywnej energii. Hawke zrobiła pełen obrót, a Pionier przeciął czar, jakby był materialny.

– Wzmocniony runami miecz nie ochroni cię przed wszystkim, Bohaterko – wysyczał Danarius. Splótł dłonie i zaczął formować coś, co przypominało bicz. "Znowu magia krwi", pomyślała Theri, przyjmując pozycję obronną. Magister uśmiechnął się groźnie i zamachnął bykowcem. Therina przyjęła cios na miecz, ale w tym momencie poczuła, jakby trafił w nią piorun. Odrzuciło ją na brudny dywan, rozciągnięty na podeście, a miecz wypadł ze zdrętwiałej dłoni. Danarius zamachnął się ponownie. Hawke w ostatnim momencie przeturlała się na bok, unikając magicznego uderzenia. Chciała złapać leżącego Pioniera, lecz Tevinterczyk użył drugiej dłoni; miecz świsnął jej przed nosem i potoczył się gdzieś obok.

– Spójrz na siebie. Wystarczy zabrać ci zabawki i stajesz się takim samym bezbronnym, zdominowanym człowiekiem jak każdy inny. Nie ma w tobie nic ponadto, panno Hawke, Bohaterko Kirkwall.

Bicz wzleciał w górę. Theri zrobiła błyskawiczny unik, potem drugi, ale za trzecim razem naładowana czarną energią broń szarpnęła jej nadgarstkiem. Była przekonana, że po jej całym ramieniu przejdzie okropny ból, tymczasem nic nie poczuła. Usłyszała tylko lekkie brzęknięcie. Spojrzała na dywan: leżała na nim przecięta na dwoje riviańska bransoletka, jaką otrzymała od Izabeli zaraz po pogrzebie matki.

– Kolejna zabaweczka. Co będzie następne? Może twoi przyjaciele? Nimi też się posługujesz jak tarczami, co, Bohaterko? Fenris jest pewnie najlepszą z nich.

Wiedziała, że chce wyprowadzić ją z równowagi, że drwiny są obliczone na zysk w jego następnym ruchu. Ale nic na to nie mogła poradzić, bo krew zagotowała się w jej ciele.

– Fenris jest wolnym elfem!

– On nigdy nie będzie wolny – zaśmiał sie Danarius, unosząc bicz. – Będzie po prostu zmieniał swoich właścicieli.

Therinę zalała fala gniewu. W tej złości zawarte było zwątpienie. Czy faktycznie Fenris tak to odczuwał? Czy dlatego opuścił ją tamtego ranka? Czy nieświadomie poniżała go, dominowała nad nim i pozostałymi przyjaciółmi?

Doszedł do niej śmiech magistra i symboliczny wymiar bicza, uniesionego teraz w górze. Panowanie. Poniżanie. Karanie.

Hawke zmrużyła oczy i uniosła wyżej głowę. Nie bacząc na magiczną broń, zaczęła iść w kierunku Danariusa. Furia szarpała jej sercem, gardło wydobyło ni to warkot, ni to krzyk. Chciała go zgnieść, roznieść na kawałki.

– Zmuszę cię do klęknięcia, Bohaterko. Tak jak Fenrisa.

Bicz przeciął powietrze i z ogromną mocą opadał wprost na Therinę. Rozległ się potężny trzask, gdy bykowiec zetknął się z jej skórą i owinął wokół ramienia. Danarius wydał z siebie tryumfalny okrzyk. Ale zamilkł natychmiast, gdy poczuł nagłą, obcą falę mocy. Chwilę po tym jego magiczny bicz zapłonął wściekłym ogniem. Magister odruchowo puścił rękojeść bata, ale jego szata zdążyła się zająć. W czasie wykonywania przez niego nerwowych ruchów w celu ugaszenia płomienia, Hawke podniosła Pioniera, zamłynkowała nim i morderczym tonem powiedziała:

– Ogień nie klęka.

Danarius wytrzeszczył na nią oczy i cofnął się o dwa kroki.

– To niemożliwe – rzekł zduszonym głosem. – Naznaczeni... byli teorią! Bajką! Jest tylko jedno ezoteryczne źródło: magia!

Słowa mężczyzny opanowały rozedrgane w gniewie serce Theriny. "Jak on mnie nazwał?", zastanowiła się.

– Co się dzieje, magu, trafiłeś na kogoś lepszego od siebie i zgłupiałeś? – po schodach, wolnym krokiem, szedł Fenris. Wyglądał fatalnie: wyraźna była rana na piersi, czoło, poliki i dłonie miał zakrwawione, długie białe włosy rozwichrzone. A jednak było coś w jego minie, co świadczyło o świetnym samopoczuciu.

Elf spojrzał na Theri z lekkim uśmiechem i podał jej Przyjaciela. Sam wyjął zza pasa swój półtorak.

– Widzę, że Riser okazał się bezużytecznym narzędziem. Cóż, trudno. Tobie też daruję, mały wilku. Zrezygnuję ze swych roszczeń i nigdy już mnie nie zobaczysz. Pod warunkiem, że Bohaterka pojedzie razem ze mną w charakterze sojusznika. Ze swoim darem na pewno zrobi wrażenie na elitach Tevinteru.

Fenris ponownie złapał spojrzenie przyjaciółki i, po chwili, razem zanieśli się śmiechem.

– A to... doprawdy... – krztusiła się Hawke, patrząc na Danariusa z politowaniem. Spoważniała nieco, odwróciła się w stronę elfa i zapytała cicho:

– Pomóc, czy chcesz to załatwić sam?

– Długo na to czekałem.

– Rozumiem.

Theri położyła dłoń na ramieniu elfa. Dostrzegła na jego nadgarstku czerwoną tasiemkę i serce zabiło jej mocniej. Zbiegła ze schodów.

Fenris zdziwił się, jak bardzo Danarius zmalał w jego oczach. Nadal był śmiertelnie niebezpiecznym przeciwnikiem, owszem, w końcu o magii krwi wiedział więcej, niż wszyscy magowie z Wolnych Marchii razem wzięci. Lecz elf potrafił się bronić. Potrafił też znieść ból czaru, jeśli wiedział, że następny ruch przybliży go do wroga, spowoduje jego panikę. W bezpośredniej walce ostrze jest szybsze od czaru, a magister nie miał już wokół siebie swoich piesków. W pewnym momencie Danarius przeszedł do defensywy.

– Jesteś nikim! Nikim! Ścierwo, które zaznało pańskiego stołu!

Elf nie odpowiadał, uśmiechał się tylko i wciąż napierał na maga. Ciosy jego bastardowego miecza spadały na magistra metodycznie; choć odbijane, broń zawsze unosiła się w tempie.

Danarius zauważył, że ginęli ostatni z jego najemników, dlatego zaczął rozglądać się za drogą ucieczki. Fenris odgadł jego zamiary. Zrezygnował z uniku przed lodowym ciosem, który mroził ciało do kości, by nie stracić ani sekundy. Skoczył jak wilk, chwytając zaskoczonego Danariusa za gardło. Mężczyzna szarpał się bezskutecznie. Dłoń, zaciśnięta na szyi magistra, zapłonęła błękitem.

– Chciałeś zrobić ze mnie krwiożerczą bestię. Miałem się cieszyć ze znaków. No to poczujesz szpony wilka. A ze znaków w tym momencie cieszę się istotnie.

Fenris miał już sięgnąć po moc lyrium i zacisnąć palce, gdy zaniepokoił go skupiony wyraz twarzy magistra. Poczuł ruch i spojrzał w dół. W dłoni maga zalśnił sztylet, którym ten posługiwał się zawsze, gdy korzystał z magii krwi. Było za późno na obronę, a elf znajdował się zbyt blisko wroga. To były ułamki sekundy, ale Fenris miał świadomość, że Danarius go zabije. Wtem w rękę magistra trafił jakiś ognik, najprostsze z najprostszych zaklęć. W normalnych warunkach nie zrobiłoby mu żadnej krzywdy, lecz zaskoczony magister wypuścił ostrze z ręki. Kilka kroków za jego plecami stała przerażona, drżąca Varania, której uniesiona dłoń wciąż migotała niewprawnym czarem.

Fenris uśmiechnął się i spojrzał w oczy Danariusowi. Zobaczył w nich bezbrzeżne zdumienie, niedowierzanie, niezrozumienie. Z oczu elfa biła tylko satysfakcja.

Palce wzmocnione energią lyrium rozerwały gardło tevinterskiego magistra. Ciało mężczyzny padło ciężko na dywan i wiło się jeszcze chwilę w przedśmiertnych konwulsjach. Wreszcie zastygło. Wokół niego utworzyła się kałuża krwi.

Zrobiło się cicho. Fenris opuścił ramię, okropnie zmęczony. Poobijano go dziś trochę, nie ma co. Miał ochotę usiąść. Miał też ochotę się śmiać.

Varania podbiegła i objęła go mocno. Nie miał serca mówić, że ciało wrzeszczy w proteście na takie czułości, więc z trudem odwzajemnił uścisk.

Doszedł do jego uszu pociągły gwizd i szept Varrika: "Dzierlatka niczego sobie".

– Tylko tym razem uprzątnij te ciała nieco szybciej, dobra? – zawołała Hawke, szczerząc się do elfa. Echo poniosło salwy śmiechu po całej posiadłości.

Fenris uśmiechnął się także i razem z siostrą zaczął schodzić ku przyjaciołom.