27.

− ...a wtedy, jakby nigdy nic, przez kordon uzbrojonych po zęby wyrzutków Koterii przechodzi sporych rozmiarów krasnolud. I nie, nie jest to ironia − uśmiechnięty Varrik wskazał palcem mającą coś powiedzieć Avelinę − krasnoludy zwykle może nie są sporych rozmiarów, ale ten, wierzcie lub nie, przewyższał mnie o dwie głowy. Czarne włosy zaplecione miał w gruby warkocz, wetknięte weń najróżniejsze fetysze, a oczy podmalowane smolistym mazidłem. Odsunął moich nieprzyjaźnie nastawionych konkurentów, jakby byli kotarami w zamtuzie, po czym podszedł, wyciągnął zza pazuchy jedno z popełnionych przeze mnie romansidłowych tomiszczy i poprosił mnie o autograf!

− Bujasz, Varrik − zaśmiała się Theri.

− Niech mnie piorun strzeli, jeśli zmyślam, Hawke! Ale to nie wszystko. Skupieni wokół eks-koterczycy odzyskali rezon, po czym zaczęli napierać na mnie i tego obcego. Kieruję wówczas doń takie słowa: "Kolego, nie wiem czy wiesz, ale akurat ci panowie nie są z kolejki po autografy. Lepiej oddal się od tego epicentrum, autorzy mogą umierać, ale czymże byłby świat bez czytelników?". Nie dałbym złamanego miedziaka na to, że gość zlekceważy moje słowa. Może i nie zaliczał się do ścisłowców, lecz matematyka była tu prosta, jak drut: dwóch na dziesięciu!

− A jednak ci pomógł − pół zapytała, pół stwierdziła Izabela.

− "Pomógł" to za mało powiedziane, Rivianko. Wiecie, co koleś zrobił w absolutnej ciszy, podczas gdy wrogowie niemal dobierali nam się do gardeł? Rozchylił poły wielgachnego, skórzanego płaszcza, spod którego wyjął dwa pokryte ćwiekami, ząbkami i hakami toporki, uśmiechnął się uroczo do przeciwników i powiedział: "Poznajcie tę parkę. Barbara", tutaj podniósł jeden z nich, "i Bogumił", rzekł, prezentując drugą z siekier. Prawdę mówiąc, to mnie wówczas zatkało, chyba pierwszy raz w życiu. Tymczasem wielbiciel mojej prozy rozpoczął konkretną masakrę. Po kilku sekundach otaczały nas tylko ciała.

− Przedstawił się? − zapytała zachwycona Merrill.

− Nie. Za to podszedł do mnie, wciąż zszokowanego i niezdolnego do reakcji, i powiedział: "Ech... Mógłbym tak całe noce i dnie". I z tymi słowami na ustach odszedł w stronę zachodzącego słońca.

Wszyscy buchnęli śmiechem.

− A ty nas masz za wariatów − rzekł Anders, szczerząc się.

− Nie da się ukryć, że robimy rzeczy wykraczające poza głównonurtowe zachowania paczki przyjaciół. Prawda, Ponuraku?

Fenris przytaknął z uśmiechem, spoglądając ukradkiem na Hawke.

Siedzieli w gabinecie dziewczyny, grzejąc się ciepłem kominka i racząc wytrawnym winem z jej nieźle wyposażonej piwniczki. Przed kilkoma godzinami stoczyli walkę z tevinterskim magistrem, należało im się więc nieco relaksu. Theri zaprosiła wszystkich do siebie; zmobilizowała Bodahna, który zajął się zaopatrzeniem, Oranę posłała po bandaże i toniki, a Gamlena wyciągnęła z jego pokoiku i niemal zmusiła do wspólnej celebracji. Anders wykręcał się początkowo, lecz na jej prośbę został. Opłacało mu się, bo usłyszał coś, czego się za Stwórcę nie spodziewał usłyszeć.

− Dziękuję za pomoc. Za przyjaźń. Mimo wszystko − powiedział niespodziewanie Fenris, gdy już wszyscy usiedli na swoich miejscach. Po czym podszedł do Andersa i wyciągnął ku niemu dłoń. Reszta drużyny wstrzymała oddech. Uzdrowiciel niechętnie uścisnął prawicę elfa, ale tyle wystarczyło, by atmosfera nagle się rozluźniła. Po tym, jak Merrill także przyjęła podziękowanie byłego niewolnika, zaczęto prawdziwą fetę. W końcu trzeba było pokazać Varanii, jak się bawi elita Kirkwall.

Elfka sprawiała wrażenie oszołomionej i zachwyconej jednocześnie. Mimo zmęczenia uczestniczyła czynnie w rozmowach, sama opowiadała o Tevinterze, tamtejszych zwyczajach i osobliwościach. Gamlen, rozochocony alkoholem, był wobec niej nadzwyczaj uprzejmy. Theri musiała mu coś powiedzieć na ucho, bo mężczyźnie wrócił kwaśny wyraz twarzy i zaprzestał nadskakiwania.

Zbliżał się wieczór. Nastroje dopisywały. Fenris zatopił się w rozmowie ze swoją siostrą; było tak wiele do powiedzenia, do wyjaśnienia. Kiedy jednak oderwał się od wspomnień i rozejrzał po komnacie, dostrzegł, iż wszyscy bawią sie wyśmienicie. Wszyscy, oprócz Theriny.

− Coś się stało, Hawke? − zapytał cicho, podchodząc.

Dziewczyna, jakby wytrącona z własnych myśli, spojrzała nieprzytomnym wzrokiem na elfa.

− Nie. To znaczy... a, cholera.

Zanim Fenris zdołał zadać kolejne pytanie, Theri wstała, wzięła swój kryształowy kielich i zaczęła w niego uderzać zabraną ze stolika łyżeczką. Wszyscy spojrzeli na nią, zaciekawieni.

− Co, toast za najprzystojniejszego krasnoluda, jakiego świat widział? − Varrik puścił oczko do Varanii.

− Nie. Ale gdybym nie sugerowała kolejnego napitku, nikt z was by się nawet nie obejrzał.

Przyjaciele wydali z siebie szmer udawanego oburzenia. Theri tymczasem przełknęła ślinkę.

− Czas najwyższy, bym wam wyjaśniła pewną rzecz.

− Hawke, wiesz, że nie musisz... − zaczął Sebastian, domyślając się, o czym mowa.

− A właśnie, że muszę. Choć naprawdę doceniam fakt, iż szanowaliście moje milczenie − dziewczyna zrobiła chwilę przerwy, patrząc na swoje dłonie. Wszyscy czekali w absolutnej ciszy. − Miałam dwanaście lat. Nie mieszkaliśmy jeszcze wówczas w Lothering, ale i tak za miedzą znajdowała się Głusza Korcari. Dla naszej rodziny było to dobre rozwiązanie: mniej sąsiadów, to mniej pytań i mniejsze ryzyko wykrycia. Ostatnie, czego pragnęliśmy, to kolejna wyprowadzka − Hawke upiła spory łyk wina, spojrzała w buchający w kominku ogień i kontynuowała: − Epidemia "kwitnącej szkarlatyny" wybuchła tak nagle, że nikt nie zdążył wyjechać z pobliskich osad. Anders pewnie bardziej profesjonalnie wytłumaczyłby wam, czym jest ta choroba, ale w wielkim skrócie "kwitnąca" odnosi się do dojrzewających dziewcząt, których organizmy atakuje gorączka i wysypka. Najgorsze jest jednak zatrucie krwi. Jeśli ciało dziewczynki zdoła sobie z nim poradzić, to inne objawy stopniowo przechodzą. Tak było z Bethany. Dzień, w którym moja siostra stanęła na nogi, był bodaj najszczęśliwszym ze wszystkich w życiu naszej rodziny. Epidemia powoli gasła, zostawiając wiele świeżych grobów, ale i nadzieję na to, że to już koniec tragicznych chwil. I wtedy zachorowałam ja.

Przyjaciele patrzyli na nią w skupieniu. I w lekkim zdenerwowaniu, szczególnie Anders. On zdawał sobie sprawę, w czym rzecz. Tymczasem Therina oparła się o obudowę kominka i podjęła, jakby zamyślona:

− Niewiele pamiętam z tamtych dni. Nic dziwnego. Wiem, że ojciec próbował magicznie wspomagać mój organizm w walce z toksyną, tak jak robił to w przypadku Bethany. Rezultaty były jednak skąpe. Rodzice niechętnie mówili później o tych dramatycznych chwilach, ale dowiedziałam się, że już pierwsze objawy miałam wielokrotnie intensywniejsze, niż siostra. Nieliczni sąsiedzi doradzali, by pogodzić się z losem. Odpuścić bezsensowną szarpaninę ze śmiercią. Jednak Malcolm Hawke nie zamierzał ich słuchać − na ustach dziewczyny pojawił się delikatny uśmiech. − W ciemnościach lasu wyczuł coś potężnego, coś, co nie mogło być przypadkowym zawiązaniem mocy. Wziął mnie, półprzytomną, na ręce i zaniósł w głąb Głuszy, licząc na cud.

− Tylko mi nie mów, że spotkał Flemeth − przerwała zaaferowana Avelina.

− Nie Flemeth, ale najprawdopodobniej jedną z jej córek − odpowiedziała Hawke. − Nie wiem, ile ich ma, ale ta była bardzo piękna. Trawiona gorączką zdołałam zapamiętać jej śliczne, długie kasztanowe loki. Jakkolwiek zabrzmi to dziwnie, jej kolor włosów, tak podobny do mojego, przyczynił się do faktu, iż teraz stoję tu przed wami.

− Uratowała cię, bo jesteś rudzielcem? − zapytała zszokowana Izabela.

− W tej pomocy było coś więcej. Wiem, że zawarła z moim ojcem jakąś ugodę, niestety nigdy nie chciał powiedzieć, czego dotyczyła. Tak czy inaczej, zabłysła dla mnie iskierka nadziei. Wiedźma nie posiadała jednak magicznego leku; o moim życiu rozstrzygnąć miało coś, co nazwała Próbą Naznaczenia.

Fenris drgnął.

− Danarius...

− Tak, zwróciłam uwagę, kiedy wspomniał o Naznaczonych. Przedtem nie sądziłam, że istnieje jakaś wiedza o tego typu praktykach. To może wiele zmienić − zastanawiała się chwilę, po czym potrząsnęła głową i kontynuowała: − Pamiętam, że wiedźma położyła mnie na ziemi, jak najdalej od poskręcanych drzew. Ojciec zaklinał się na wszystkie świętości, że zabije kobietę, jeśli mnie nie uratuje. W odpowiedzi słyszałam tylko perlisty śmiech. Ojciec i wiedźma odsunęli się poza obręb mojego rozmytego gorączką wzroku. Bałam się. Stwórco, byłam tylko dzieckiem, które nie rozumiało nic z tego, co się z nim dzieje. Chciałam się podnieść i poszukać ojca, lecz nie znalazłam tyle siły. To były moje ostatnie trzeźwe myśli, zanim... zanim... ech, nie wiem, jak to wyjaśnić. Ojciec mówił później niechętnie, że wiedźma użyła jakiegoś dziwnego ognistego zaklęcia. Ja pamiętam tylko uczucie, jakby wlewano mi do żył gorący olej. Przestałam widzieć i słyszeć. Straciłam przytomność. Gdy otworzyłam oczy, wiedźma nachylała się nade mną i dotykała dłonią moich włosów. Powiedziała do mnie: "Żyjesz, Płomienna". Wtedy ponownie zemdlałam i obudziłam się już w domu, otoczona przez rodziców i rodzeństwo.

Nastąpiła chwila ciszy.

− A więc to stąd wzięły się twoje dziwne zdolności − zwrócił się do niej Sebastian.

Dziewczyna westchnęła.

− To nie takie proste. Ojciec ukrywał przede mną wiele szczegółów, nie chcąc skazywać mnie na to, co było udziałem jego i Bethany. Uznał, że im mniej wiem o całym zdarzeniu, tym lepiej. Imię "Płomienna" utkwiło jednak mocno w mojej dziecięcej głowie. Postanowiłam wtajemniczyć Bethany we wszystko, co wiedziałam i czego się domyślałam. Za plecami ojca siostra próbowała nauczyć mnie czarowania − Theri niespodziewanie zaczęła się śmiać. − Oczywiście nic z tego nie wyszło. Próby z ogniem też nie potoczyły się najlepiej i przez tygodnie łaziłam z poobwiązywanymi palcami. W końcu jednak pojawiły się pilniejsze problemy: sąsiedzi zaczęli coś podejrzewać, zwłaszcza po moim cudownym ozdrowieniu. Musieliśmy ponownie ruszyć w drogę. Trafiliśmy do Lothering, mijały lata, wszystko wróciło do normy. O wiedźmie z Głuszy niemal zapomniałam. Aż do dnia śmierci mojego ojca. Wtedy, umierając, powiedział, że toksynę w moim ciele wypalił żywioł, nie magia, która jedynie go ukierunkowała. Nie pytajcie mnie, jak to możliwe.

− Dlatego ta aura mocy była taka dziwna − wyszeptał Anders.

− Nie wiedziałam, kim tak naprawdę się stałam, w jakie... plugastwo się zmieniłam, skoro nawet mój ojciec, bardzo dobry mag, nie wiedział, co we mnie siedzi. Byłam już na tyle dorosła, by nie ekscytować się potencjalną mocą, jaką mnie obdarzono. Mocą, która nie objawiła się jeszcze w żaden sposób, ale kto wie, do czego była zdolna. Mocą, która uratowała moje życie, ale przez którą...

Głos jej się załamał. Siedząca najbliżej niej Varania wstała i dotknęła jej ramienia. Hawke zrobiła wdech i dokończyła:

− ... przez którą nigdy nie będę miała dzieci.

Oczy jej przyjaciół rozszerzyły się w szoku.

− Tak mi przykro, Theri − zdołała wykrztusić Dalijka.

− Mnie też jest przykro. Cholernie przykro − powiedziała zduszonym głosem Hawke. − Mój ród nie przetrwa. Wiedziałam o tym od śmierci Bethany. Zdążyłam się już pogodzić z faktem, choć... − westchnęła. − Nie jest łatwo o tym wspominać.

− Leandra nic mi nie powiedziała − rzekł zaskoczony Gamlen.

− Nie jest to rzecz, o której mówi się przy herbatce, wiesz? − odcięła się Therina. − Kiedy ojciec poinformował mnie o tym na łożu śmierci, chciałam krzyczeć. Co by to jednak dało? Żyłam dzięki niemu i dzięki tej tajemniczej sile. Choć o przekleństwie bezpłodności myślałam często, o samej mocy zdążyłam zapomnieć. Aż do tej feralnej walki ze smokiem.

− Teraz wszystko staje się jasne − pokiwała głową Avelina. − Nie znam się na tych magicznych rzeczach, ale ty chyba nie za bardzo panujesz nad wyskakującym z ciebie ogniem, co?

− Raczej masz rację. Moc pojawia się wtedy, gdy nad sobą nie panuję. W wielkim gniewie czy strachu. Tyle zdążyłam wywnioskować, jednak wciąż wiem niewiele o tym całym Naznaczeniu.

− Odpowiedź musi znajdować się w Tevinterze − powiedział Fenris.

Theri dopiero teraz odważyła się na niego spojrzeć. Był spokojny. Z jego szmaragdowych oczu nie można było wyczytać niczego. Powoli skinęła głową.

− Pytanie tylko, gdzie.

− Być może uda mi się do tego dojść − wtrąciła Varania. Wszyscy odwrócili się w jej stronę. − Elfom, nawet tym wolnym trudno uzyskać wstęp do archiwów i bibliotek, mimo wszystko postaram się znaleźć sposób na zdobycie potrzebnych informacji.

− Chcesz wracać na służbę do Ahrimana? Przecież on współpracował z Danariusem, jeśli się tam pokażesz, może zrobić ci krzywdę − Fenris zwrócił się do niej podniesionym tonem.

− Jeśli tego nie zrobię, będę żyć w strachu i niewiedzy, wyobrażać sobie, że kiedyś pojawi się tutaj jak Danarius − skontrowała jego siostra. − Jeśli zapyta mnie o swojego przyjaciela magistra, udam, że o niczym nie wiem i byłam jedynie odwiedzić swojego brata. Po jakimś czasie, jeśli wszystko się ułoży, przyjadę znowu. Nie martw się, Leto.

Elf westchnął, ale nie powiedział nic więcej.

− Dziękuję − Theri ujęła dłonie Varanii. − To dla mnie bardzo ważne. Jeśli jednak napotkasz najmniejsze problemy, sama udam się do Tevinteru.

− No nie wiem, Hawke − zwątpił Varrik. − A co, jeśli magistrowie wyczują twoją moc?

− Danarius nie wyczuł, póki mnie nie zdenerwował.

− I uważasz, że w tym północnym siedlisku żmij nikt nie zdoła wyprowadzić cię z równowagi?

Dziewczyna tylko się zaśmiała.

− Oto i cała odpowiedź − mruknął krasnolud i podniósł swoją czarkę z winem. − To co, toast za naszą Płomienną?

− Varrik, to nie jest powód do radości, jeśli jeszcze nie zrozumiałeś − Hawke momentalnie straciła dobry nastrój.

− Oczywiście, że jest. Ja przynajmniej cieszę się, że żyję, bo gdyby nie twoja moc, rozkładałbym się dawno w smoczym brzuszysku. Danarius też nabrał przed śmiercią trochę pokory. Poza tym nareszcie przestaniemy się martwić, że masz taką potężną zgagę.

Wszyscy, łącznie z Hawke, parsknęli śmiechem.

− Nie zrozum mnie źle, wyobrażam sobie, jak trudne musi być dla ciebie to, czego się dowiedziałaś wtedy od Malcolma. Ale nie trać nadziei. Jesteśmy w końcu bandą wariatów, a takim sprzyja szczęście.

− Obyś miał rację − Theri uniosła kielich i wypili za powodzenie ich nowej misji.

Około północy wszelkie rany, jakie odnieśli zaczęły naglić do odpoczynku, mimo iż dobre wino skutecznie wymazało je z pamięci. Sebastian obawiał się zgorszenia, jakie odczują na jego widok służby świątynne. Varrik nie mógł doliczyć się bełtów, gdy zbierał kołczan z podłogi. Anders trzymał na kolanie Izabelę i zawzięcie dyskutował z Merrill o poziomie trudności produkowania absyntu. Avelinie spadała na oczy skórzana przepaska. Gamlen znowu uderzał do delikatnie acz sukcesywnie odsuwającej się Varanii. Tylko Fenris wyglądał na niemal trzeźwego.

− Zważywszy na dzisiejszą utratę krwi, powinieneś już chodzić zygzakiem. Czy ty się w ogóle umiesz upić? − zapytała rozbawiona Hawke.

− Nikt nie jest doskonały − odparł, odwzajemniając uśmiech.

− Żarty żartami, a ja przygotowałam dla ciebie i twojej siostry pokoje gościnne. Nie wyobrażam sobie, żebyście spali obok tej trupiarni w twoim holu.

− Fakt, klimat nie dla każdego. Dzięki, że pomyślałaś o Varanii.

Theri z pewnością znowu zaniosłaby się śmiechem, gdyby jej myśli nie skręciły w mało przyjemnym kierunku.

− Fenris?

− Hm?

− Czy podświadomie zajmowałam miejsce Danariusa? Czy dominowałam nad tobą i innymi, wcale o tym nie wiedząc?

Elfa jakby ścięło. Nagle przypomniał sobie z całą dokładnością pewien nieprzyjemny sen, po którym obudził się pełen wątpliwości. Theri najwyraźniej coś dostrzegła w jego twarzy, bo zwiesiła ponuro głowę. Fenris zacisnął pieści. Może nie będzie szczery, ale nie pozwoli, by Danarius nawet po swojej śmierci wywierał wpływ na jego życie. Położył na ramieniu dziewczyny swoją poznaczoną lyrium dłoń i rzekł, cicho:

− Nie. I nigdy nie porównuj się z tym potworem. Nie myl przewodnictwa z niewolą, Hawke. Ja tego nie pomylę.

Miał nadzieję, że Theri rozchmurzy się i rzuci jakimś żartem, z którego razem będą mogli się pośmiać. Ale nie.

− To znaczy, że wtedy chodziło tylko o magię?

Stwórco miłosierny!

− Hawke... To... Zresztą, nie ma sensu się usprawiedliwiać. Przysięgałem sobie, że żaden mag nie wzbudzi mojego zaufania, że nie dopuszczę magii... Ale jak widzisz, zdążyłem zmienić nieco o niej zdanie. To znaczy wcześniej, zanim przybył Danarius też myślałem już inaczej, ale tylko o tobie. Nie to, że się nie obawiałem tej twojej ognistej aury, ale... − elf zerknął, zgnębiony, na Therinę. Całe szczęście lekko się uśmiechała. − No dobra, nie idzie mi najlepiej. Po prostu chciałbym, żebyś wiedziała, że żałuję. Paranoja okazała się silniejsza od... wszystkich innych uczuć. Dziś nie byłoby już dla mnie istotne, czy to magia, czy aura żywiołu, czy jeszcze coś innego. Ale zdaję sobie sprawę, że dziś, to nieco późno.

Theri miała właśnie coś powiedzieć, gdy szum za ich plecami zwrócił jej uwagę.

− To my się będziemy zbierać, gołąbeczki − zachichotał Varrik, lustrując bacznie sposępniałą minę Andersa. − W imieniu moich współbiesiadników dziękuję najpiękniej za ucztę godną sonetu a może nawet dwóch. Niniejszym wszyscy udajemy się na spoczynek do wyszynku "Pod Wisielcem", nie rozpierzchawszy się w stanie upojenia i tym samym bandytów nie prowokowawszy.

Avelina wydała z siebie dźwięk przypominający zirytowane warknięcie. Reszta była kontent.

− Uważajcie na budynki! − na odchodnym zawołała do nich Therina i zamknęła drzwi.

− Orana wskaże panience pokoik, kąpiel jest już gotowa − zapowiedział Varanii Bodahn, podpierając razem z Sandalem chybotającego się Gamlena. Wuj Theriny zdążył zejść wszystkim z oczu, lecz na korytarzu usłyszeli jak zwraca co najmniej półkwartę luksusowego wina.

− Zaklęcie! − skomentował ten fakt Sandal.

Theri i Fenris zostali na chwilę sami.

− No i tak − zagadnęła niezgrabnie dziewczyna.

− Ano tak − odpowiedział elf.

− Chyba czas najwyższy się położyć. Trafisz do gościnnego?

− Jasne.

Zaczęli się rozchodzić, ale jakoś tak nieśpiesznie. Theri obejrzała się. Fenris też na nią patrzył.

− Tak w kwestii naszej poprzedniej rozmowy, to nie uważam, by było za późno. Chyba że moja ułomność... To byłoby zrozumiałe − wyszeptała.

Elf zbliżył się.

− Hawke, chyba nie sądzisz, że to zmieniło coś w moich uczuciach?

Dziewczynie serce zabiło mocniej.

− W jakich uczuciach? - zapytała cicho.

Jego mina dobitnie świadczyła o tym, że najchętniej zmieniłby temat. Ale zabrnął za daleko. Nie było odwrotu.

− Jesteś dla mnie wszystkim. Przecież wiesz. Chociaż może i nie wiesz. Średnio potrafiłem to okazać.

Hawke patrzyła na niego spokojnie.

− Nie chciałbyś mieć dzieci, Fenris? Nawet jeśli nie w najbliższym czasie, to przecież...

− Jesteś dla mnie wszystkim − przerwał, biorąc jej twarz w swoje dłonie. − Byłem nikim i nie miałem nic, oprócz nienawiści. Nie oczekiwałem już niczego. A pojawiłaś się ty.

− Fenris, zastanów się dobrze, bo nie chcę pochopnych deklaracji. Mam uczucia, nie chciałabym zostać sama, jeśli...

Zamilkła, widząc smutek w jego dużych, zielonych oczach.

− Nie mam nic poza słowami, Hawke − powiedział, odsuwając się nieco. − Nie wiem, jak inaczej mógłbym cię przekonać.

− Zachowując się trochę bardziej jak pijany.

Dopadł ją na schodach, gdzie stała. Pocałunek był tak niecierpliwy, jakby za chwilę świat miał się skończyć. Nie skończył się.


Rano Therinę obudził nieuświadomiony niepokój. Wstała z dziwnym przestrachem, zupełnie jak wtedy. Obejrzała się, wstrzymując oddech.

− Szukasz kogoś? − Fenris obserwował ją spod półprzymkniętych powiek. Było w tym spojrzeniu sporo bezczelnego podglądactwa.

Theri uśmiechnęła się i pozwoliła objąć ciepłymi, silnymi ramionami.