28.

– Garez Vascal. Mówi ci to coś?

Varrik przestał drapać Jaspera za uchem i spojrzał przenikliwie na swoją przyjaciółkę.

– Powiedzmy. A o co chodzi?

– Dostałam dziś od niego list. Nalega na spotkanie. Tutaj, w moim domu. Ponoć ma do zaprezentowania pewną propozycję.

Krasnolud wstał, rozcierając zdrętwiałe nogi.

– Pamiętasz tę sprawę z Podcinaczami? Potrzebowaliśmy kilku nazwisk, żeby wytropić lidera gangu.

– No, przypominam sobie. Była zabawa.

– W każdym razie namiary otrzymaliśmy od podstawionego kolesia, przysłanego przez Vascala właśnie.

– Trochę to zagmatwane. Dobrze, że to ty załatwiasz te wszystkie interesy.

– Nawet nie wiesz, jak dobrze. Co do Vascala: nigdy nie przyjmował interesantów otwarcie. To zrozumiałe i raczej normalne w tym fachu, ale on wyjątkowo dba o swoją prywatność. O ile wiem, potrafi zainwestować w tuzin posłańców i pośredników, byle nie umoczyć zbytnio rąk. Nie powinienem się dziwić, w końcu jest szlachcicem, pomniejszym, ale jednak; dba o reputację. Nie słychać o nim nigdzie, a jednak ma koneksje, przyjaciół. Nigdy nie dorwalibyśmy Podcinaczy, gdyby nie jego kosztowna pomoc. A mimo wszystko nie ufam mu i nie zwracam się do niego, jeśli nie jest to jedyna możliwa droga zasięgnięcia informacji.

Hawke wpatrzyła się w ładne, pochyłe pismo mężczyzny.

– Masz pomysł, czego może ode mnie chcieć?

– Jesteś istotnym graczem na szachownicy Kirkwall, więc powodów może być całe mnóstwo. Pytanie tylko, dlaczego fatyguje się osobiście i zmienia wypracowywaną latami taktykę. Nie wiem, Hawke. Może chce ci się oświadczyć?

– Chciałabym, ale od jakiegoś czasu zalotnicy przestali pukać do mych drzwi. Szkoda, odrzucanie ich propozycji było bardzo zabawne.

Popołudnie minęło szybko. Wieczorny chłód zaczął wnikać w mury, dlatego Orana rozpaliła wszędzie kominki i przyniosła Hawke grzane wino. Zanim na niebie pokazał się księżyc, odwiedził ją Fenris. Elf, dowiedziawszy się kto ma przyjść z wizytą, za żadne skarby nie chciał opuścić posiadłości. Dziewczyna dała w końcu za wygraną i pozwoliła mu "przywitać" tajemniczego gościa.

– Żadnych numerów. Będę szybszy, zapewniam.

– Och, nie wątpię. Widziałem oddzieloną od tułowia głowę Arishoka. O całej reszcie głów tylko słyszałem, ale bez dwóch zdań wierzę w ich prawdziwość.

Elf przepuścił mężczyznę, dając do zrozumienia, że będzie tuż obok. Garez Vascal dopiero teraz zdjął kaptur i uśmiechnął się lekko do siedzącej za biurkiem Theriny.

– Dziękuję, że zgodziłaś się mnie przyjąć, pani. To prawdziwy zaszczyt móc cię poznać.

Dziewczyna kiwnęła głową i gestem wskazała, by usiadł naprzeciw niej. Przyjrzała mu się. Mógł mieć około czterdziestu lat, włosy miał rzadkie, zaczesane do tyłu, wzrost nieco wyższy niż średni, twarz przeciętną. Jedyne, co przyciągało wzrok, to oczy. Jasnoszare, tak jasne, że prawie białe. Theri zrobiło się zimno.

– Wina?

– Poproszę.

– Czerwone rivańskie, stary rocznik. Może nie tak stare, jak pana nazwisko, ale też robi wrażenie.

Gość przełknął karminowy płyn i uśmiechnął się lekko.

– Masz pewnie na myśli sławnego Remi Vascala, Czarnego Lisa? Moi przodkowie szukali na siłę powiązań ze sławnym poszukiwaczem przygód, możliwe nawet, że powinienem nazywać się Vascel czy Vasconti, ale praszczur namieszał w papierach, by chwalić się pochodzeniem od legendarnego huncwota.

– Większość na pana miejscu nie demaskowałaby się tak łatwo.

– Jestem człowiekiem praktycznym, Bohaterko.

– W takim razie przejdźmy do rzeczy.

– Jak sobie życzysz. Oto propozycja, z którą przybyłem: pomogę ci wygrać wybory na wicehrabinę Kirkwall.

Hawke na chwilę zatkało. "Nie owija w bawełnę", pomyślała.

– Pewnie doszły cię wieści od kilku szlachciców, że zabiegałam o ich głosy. Ale pomyliłeś się, panie, w interpretacji tych nowin. Nie zabiegałam o oddanie głosów na mnie...

– ...tylko na banna Teagana Guerrina, wiem. Ale fereldeński szlachcic wypadł z zawodów.

Theri zmrużyła oczy.

– Prawidłowo łączysz fakty, zatem nie rozumiem twojej propozycji. Nie zamierzam startować w wyborach, o ile w ogóle takowe się odbędą.

– I tu właśnie jest pies pogrzebany – Garez uśmiechnął się i upił łyk z kryształowego kieliszka. Nie spieszył się z wyjaśnieniami, ale Hawke nie miała zamiaru przejawiać zainteresowania. Milczała więc.

– Komtur Meredith ma opinię surowej acz skutecznej – zaczął w końcu. – Ostatnio jednak zewsząd dochodzą pogłoski, jakoby szefowa templariuszy zwariowała.

– Nie mówisz mi nic nowego, lordzie.

– A jest dla ciebie nowością wieść o planowaniu wprowadzenia Prawa Likwidacji?

Hawke stężała. Anders niejednokrotnie mówił jej o tej groźbie, Theri uznała jednak, że uzdrowiciel przesadza. Teraz nie była już pewna. Vascal dostrzegł zmieszanie na jej twarzy. Znów pozwolił sobie na lekki uśmiech.

– Meredith może wprowadzić Prawo Likwidacji tylko wówczas, gdy wyrazi na to zgodę Wielka Kapłanka Elthina. Oboje dobrze jednak wiemy, że wystarczą spreparowane dowody, kilka podłożonych fiolek krwi, kilka podrzuconych stron z dziennika, pełnych wyznań nienawiści i zapewnień, że demony rozwiążą sprawę. Elthina woli nie robić nic, ale w obliczu przytłaczających dowodów ugnie się przed wolą komtur.

– Skąd wiesz o planach Meredith? I co cię to w ogóle obchodzi? Większość szlachty byłaby bardziej niż zadowolona, gdyby Krąg opustoszał. Boją się magów, nawet tych ogrodzonych grubym murem.

– Powiedzmy, że mam osobiste powody by sprzyjać magom – Garez założył nogę na nogę i odchylił się w krześle. – A wiedza to mój oręż. Poza tym chciałbym widzieć na tronie Kirkwall kogoś na tyle rozsądnego, by nie dopuścił do powtórki z rozrywki. Racjonalna polityka, stawianie czoła problemom, a nie zamiatanie ich pod dywan, załagodzenie napięć na linii magowie – templariusze. Tego wszystkiego potrzebuje teraz miasto. Teraz właśnie. Póki nie pojawi się mający poparcie społeczne kandydat, Meredith nie zgodzi się na wybory.

– W takim razie dlaczego sam nie wysuniesz swojej kandydatury? – Hawke wskazała mężczyznę kieliszkiem. – Świadomość polityczna na wysokim poziomie, spryt, szlacheckie pochodzenie. Wygląda to tak, jakbyś wciskał mi kiełbasę, zachwalając jej walory, lecz sam bał się jej spróbować.

– Celna uwaga, Bohaterko. Powód jest jednak prosty: mam w mieście wiele par uszu i wiele par oczu, znam ludzi, którzy znają innych ludzi, którzy są przydatni i pomocni, a co najważniejsze: dyskretni. Gdybym został wicehrabią, straciłbym słuch i wzrok, straciłbym kontakty i sam zaczął być celem. Dlaczego to Varrik Tethras nie jest liderem waszej grupy, mimo iż potrafi walczyć oraz posiada rozliczne znajomości, ułatwiające wam życie? Chyba nie z powodu wzrostu? To taka sama sytuacja. Nie na to pracowałem tyle lat.

– Więc to mnie chciałbyś ukoronować i wymalować mi na plecach czerwoną farbą: "Tu celować". Cwane.

Vascal sięgnął po butelkę i dolał im obojgu wina.

– Nie będę grał altruisty, Bohaterko. Moja pomoc miałaby na względzie nie tylko dobro magów. Za wyniesienie do godności wicehrabiny oczekiwałbym stanowiska seneszala.

Hawke zatkało. Drugi raz tego wieczoru.

– Sama przyznasz, pani, że seneszal Bran jest niekompetentny i dość... mało empatyczny.

"Delikatnie mówiąc", pomyślała dziewczyna.

– A to stanowisko nie oślepiłoby cię i nie ogłuszyło, jak mniemam?

– Oczywiście, że nie – zaśmiał się Garez. – Wystarczy spojrzeć, ile robił Bran, kiedy żył jeszcze Dumar. W zasadzie jego obowiązki kończyły się na umawianiu ludzi na spotkania z wicehrabią.

– Ceną za twoje poparcie byłoby więc wykopanie ze stanowiska obecnego seneszala. Niezbyt ładny początek kadencji nowego władcy miasta.

Mężczyzna przeszył ją spojrzeniem tych dziwnie jasnych oczu.

– Nic w polityce nie jest ładne, Bohaterko. Nic. Jak myślisz, kiedy Bran dostał swoje stanowisko? A tak prostując: to nie byłaby cena za moje poparcie, lecz za poparcie większości, jeśli nie wszystkich szanowanych rodów.

Theri zacisnęła usta.

– Jak miałbyś to osiągnąć?

– Och, to już moja słodka tajemnica. Przynajmniej do czasu twojej deklaracji.

– To było pytanie zrodzone z ciekawości. Nie zamierzam kandydować, lordzie Vascal.

– No cóż – powiedział Garez, wstając i kładąc pusty kieliszek na blat biurka. – To twoja decyzja, Bohaterko. Zastanów się jednak. Jedyny potencjalny konkurent prócz Meredith, Guillaume de Launcet, nie osiągnie wymaganej większości głosów. Bądź co bądź jego nazwisko kojarzy się tyleż z długą historią Orlais, co z wpadkami towarzyskimi jego żony. A nawet gdyby wygrał, tańczyłby podług muzyki pani komtur. W końcu w Kręgu żyje jego syn, który powinien był umrzeć za niedawną ucieczkę. Nie wspomnę już o tym, kto go uratował i przywrócił Katowni.

Therinie stanęła przed oczami scena, jak młody Emile de Launcet błagał ją o pomoc. Chciał jedynie zaznać odrobiny życia poza Kręgiem, a groziła mu śmierć. Nie miał szans na ucieczkę z Kirkwall. Odprowadziła go wówczas do Katowni, zaręczając, że chłopak jest nieszkodliwy. Wiele ryzykowała takim krokiem, jednak małżeństwo de Launcet było jej dozgonnie wdzięczne. Nie wątpiła, że Guillaume usunąłby się w cień, gdyby kandydowała.

Garez uśmiechnął się jednym kącikiem ust, widząc jej zadumę. Zaczął wychodzić z gabinetu, gdy Hawke wypaliła:

– Dlaczego milczałeś, gdy próbowałam agitować dla Teagana?

Odwrócił się.

– Bo jest Fereldeńczykiem.

– Jak ja – odparła Theri.

– Ale Twoi dziadkowie nie walczyli o niepodległość Fereldenu, a jego tak. Nie jesteś związana geopolitycznie z ojczyzną, on tak. Nie traktowałabyś gorzej Orlaisian ze względu na ich pochodzenie, a to właśnie leży w interesie moim i mojej rodziny.

– Coś strasznie dużo o mnie wiesz, lordzie – powiedziała niskim, nieprzyjemnym tonem.

Vascal wzruszył ramionami.

– Taka moja praca – powiedział, po czym wyszedł.

Theri chwilę wpatrywała się w ścianę. Wreszcie dostrzegła obserwującego ją Fenrisa.

– Słyszałeś wszystko?

– Tak.

– I co ty na to?

– Ja tam bym go zabił.

– Dzięki za radę.

– Żaden problem.

Wieczór upłynął im bardzo miło. Siedzieli, przytuleni przed kominkiem, pijąc grzane wino i rozmawiając o wielu różnych rzeczach. O Varanii i przeszłości elfa. O dniu napaści qunarich i szalonych czynach, jakie były wówczas ich udziałem. O wypadzie za miasto i śpiewaniu przez Hawke spersonalizowanych piosenek.

– ...hehe, jak to było? Aha: "Biiiiiankaaa! Co ramionami bełt oplata, / Jak drewno niewzruszona wciąż trwa!" – zanuciła dziewczyna, rozśmieszając Fenrisa do reszty.

– A pamiętasz ten taniec, który zaprezentowałyście z Izabelą w Wisielcu po przegranej partyjce Kapryśnego Losu?

– No właśnie nie bardzo. Ale mam wrażenie, że to akurat dobrze.

Rozmawiali jeszcze jakiś czas, aż późna pora i wino zrobiły swoje. Nie wiedząc kiedy, zasnęli na siedząco, oparci o siebie nawzajem.

Tym większym szokiem było poranne łomotanie do drzwi. Hawke zerwała się na baczność, elf odruchowo złapał za przedmiot leżący na pobliskim stoliku, który nie był jednak jego mieczem, a sfatygowanym pogrzebaczem. Musieli wyglądać wyjątkowo zabawnie, ale nie było czasu na zadumę nad własną prezencją. Theri przetarła kciukiem oczy, zbiegła po schodach i otworzyła drzwi, uprzedzając nadbiegającego Bodahna. W progu stała Izabela.

Theri zmrużyła oczy, wyrażając w ten sposób powątpiewanie. Gdyby stała tam Avelina, Merrill, Śmierć, poborca podatkowy – nie zdziwiłaby się ani trochę. Ale piratka? Tutaj? Zanim wzeszło słońce?

– Te złamasy zabrały mój statek! – wrzasnęła kobieta, po czym bezceremonialnie wepchnęła się między Hawke a futrynę i przelazła do holu. Bodahn miał ją właśnie przywitać, ale Izabela nie dała mu dojść do słowa. – Rób coś, Hawke! Tobie pewnie oddadzą. A jak nie, to ja już wezmę, co moje. Cześć, Fenris. I na pożegnanie rzucę na te ich marne łódeczki słoiki z kornikami, ha!

Bohaterowie Kirkwall stali, skonsternowani. Elf podrapał się po rozwichrzonych, białych włosach.

– A co się tak po prawdzie stało? – zapytał.

– No nie wytrzymam, on się pyta, co się stało. Ty mu powiedz, Hawke, jak nie słuchał. Nie będę powtarzać.

Elf spojrzał na Theri pytającym wzrokiem. Dziewczyna odpowiedziała mu bezradnym wzruszeniem ramion.

– Co wy jacyś wczorajsi? Mówię przecież, że mi templariusze statek zajumali!

– Jak to, zajumali?

– A no normalnie. Zarekonkwistowali, czy coś. W wolnym tłumaczeniu złodzieje z góry zabrali mi pinasę i już.

– Zaraz zaraz, po kolei. Templariusze przyszli i przejęli twój statek?

– Yhm. Ten rudy, Thrask. A mówią przecież, że rude to fałszywe. Bez urazy, Hawke.

Theri nieco się uspokoiła.

– Thrask jest w porządku. Musiał być jakiś ważny powód. Nic ci nie powiedział?

– Coś tam klepał, papiery pokazywał, ale zawinął się szybko, jak mu piąchę pokazałam. Gdybym miała wtedy przy sobie swoich chłopaków, wypchalibyśmy go tymi dokumentami i wyrzucili za burtę. Ale byłam sama, to już wolałam na ciebie poczekać, ty z takimi zakutymi łbami umiesz gadać. Może jakieś odszkodowanie jeszcze wydębisz, czy coś.

– Ale masz reputację – zauważył Fenris.

– No dobra, daj nam chwilę, Bela. Zabierzemy się i wszyscy odwiedzimy sir Thraska. Dowiemy się, co jest grane.


Katownia sprawiała wrażenie ulu. Nie do końca rozbudzoną Hawke rozbolała głowa od szczękania zbroi templariuszy, dźwięku stali uderzającej o drewniany kołek przy stoisku handlarzy, którzy prezentowali klientom ostrość mieczy, głośno wypowiadanych komend na placu ćwiczebnym. Theri wiedziała, że to nie będzie udany dzień.

Thraska nigdzie nie było widać, ale dojrzała jego zwierzchnika, Cullena. Na Therinie zawsze sprawiał wrażenie rozsądnego, może nieco zbyt surowego, ale inteligentnego faceta. Podeszła do niego.

– Spory tu macie ruch od rana – zagaiła.

– Wiecznie czujni, wiecznie gotowi – odparł typowym dla siebie zgorzkniałym tonem templariusz. – To nas upodabnia do Szarych Strażników.

– Ta, tylko oni nie kradną statków. A jeżeli, to nie moje – Izabela zbliżyła się do mężczyzny wypinając pierś. Sznureczki bluzki zatrzeszczały niebezpiecznie. Tak wycelowana broń wyraźnie przestraszyła Cullena.

– Więc to z tym przychodzicie – powiedział, odsuwając się. – Thrask dostał polecenie od pani komtur, by zająć się inspekcją dokujących w Kirkwall statków. Sprawa załadunków była mocno zaniedbana, trzeba to zmienić. Nie możemy pozwolić, by do miasta przywożony był nielegalny towar.

– Wszystko fajnie, ale czemu zajumaliście mój statek, a? Chyba że nielegalna jest pędzona przez moich chłopaków wiśniówka albo antiviańskie zabawki, wiecie, takie co to w łóżku pomagają...

– To nie o te... produkty chodziło w sprawie pani pinasy. W ładowni "Królowej Wschodnich Mórz" znaleziono skrzynkę wypełnioną uzależniającą substancją, zwaną w półświatku, ekhm, "gołą belladonną".

Usłyszawszy skonsternowany ton templariusza, Hawke zapragnęła parsknąć śmiechem. Ale gdy spojrzała na piratkę, na jej nienaturalnie poważną twarz i coś pomiędzy strachem a złością rodzące się w jej spojrzeniu, śmiech ugrzązł w gardle.

– To niemożliwe. Moi chłopcy wiedzieli, że nie toleruję takich rzeczy pod pokładem. Wiedzieli, jaka jest za to kara.

Cullen wzruszył tylko ramionami.

– To już nie jest nasz problem. Radzę, byś dobrze wypytała o wszystko swoją załogę, informacje przydadzą się w czasie procesu. Do tego czasu statek będzie zarekwirowany i ponownie przeszukany. Jeśli faktycznie nie miałaś z tym nic wspólnego, może sąd oczyści cię z zarzutów i nie trafisz ponownie do więzienia. Być może nawet odzyskasz swoją pinasę.

"Za dużo tego może. I nie powinien wspominać o tym, że siedziała już w kiciu", pomyślała Theri, przewidując po minie piratki, co się wydarzy. Złapała kobietę sekundę przed tym, jak zamierzała się pięścią na przystojną twarz templariusza.

– Spokój! – krzyknął blondyn do dwóch rekrutów, którzy widząc zamieszanie chcieli pomóc zwierzchnikowi. – A ty lepiej nie pogarszaj swojej sytuacji. Tym razem nie ujmę tego w raporcie.

– Dziękujemy – skinęła głową Hawke, odciągając z pomocą Fenrisa wściekłą przyjaciółkę.

Piratka wyszarpnęła się i odeszła samotnie, nie czekając na ich asystę.

– Dziwna sprawa – mruknął elf.

– Mnie też się nie podoba. Ale kto wie, może Izabela faktycznie nie zna dobrze wszystkich swoich ludzi. Przy okazji: wiesz co to ta "goła belladonna"?

– Narkotyk na bazie ziół i lyrium.

– Nie gadaj.

– A myślisz, że dlaczego Bela tak zbladła? Za przemyt czegokolwiek, co ma w składzie lyrium może zapłacić głową. Jeśli któryś z jej marynarzy wniósł to na pokład, jest zdrajcą, a nie nieusłuchanym marynarzem. Jeszcze dziś zatoka może się wypełnić kilkoma ciałami.

– To jej nie pomoże w procesie. Cholera, trzeba ją ostudzić, zanim całkiem się pogrąży. I powiedzieć o wszystkim Varrikowi, on może jakoś zaradzić, uruchomić kontakty...

– Dobra, idź do niego, ja postaram się powstrzymać Izabelę. Tylko bądź ostrożna.

Hawke spojrzała na niego z politowaniem, ale nie pozwolił jej się wtrącić.

– Chodzi mi o templariuszy, Hawke. Nie widzisz, że coś tu nie gra? Ta powszechna mobilizacja i Thrask wysłany do Doków. Meredith coś kombinuje.

Theri pokręciła głową.

– Nie mogę zakładać, że wszystko krąży wokół mnie. Jeśli Thrask sprawdzał całe Doki, to pewnie wszystko jest tylko niemiłym zrządzeniem losu. Lecę do Wisielca.


Przy barze siedzieli Varrik i Anders. Hawke zdziwiła się niepomiernie, bo krasnolud zawsze zapraszał ich do swojej kwatery. Drugi szok wywołał stan uzdrowiciela: mężczyzna był kompletnie pijany.

Krasnolud dojrzał ją w drzwiach tawerny i konspiracyjnym gestem wskazał na schody. Po chwili zostawił maga sam na sam z piątym piwem i przywitał się z przyjaciółką.

– Dobrze, że jesteś, już miałem posłać po ciebie jednego z chłopaków Oka.

– Co się stało? Jeszcze nigdy nie widziałam Andersa w takim stanie.

– Templariusze. Rano zamknęli klinikę. Tłumaczyli to brakiem dokumentów na legalność placówki, a jego działania nazwali szamaństwem. Anders czuł, co się święci, więc pozbył się większości składników używanych jedynie w magii, ale po fakcie przypomniał sobie o jakichś fiolkach czegoś tam. Jeśli je znajdą, będzie gorąco. No, Hawke, powiedz coś, najlepiej coś optymistycznego.

– Templariusze zarekwirowali statek Izabeli. Dziś rano.

– Dziękuję.

– Varrik, ona się do nas dobiera. Meredith. Teraz nie mam już wątpliwości.

– Musieliśmy jej ostatnio zaleźć za skórę, skoro przestała bawić się w przymykanie oczu.

– Albo plotki o jej pogłębiającym się szaleństwie wcale nie są plotkami.

Krasnolud westchnął i podrapał się po kwadratowym podbródku.

– Nie powinniśmy...

Nagle, względny wisielczany spokój przerwał wibrujący pisk Nory. Therina i Varrik w pół sekundy uzbroili się i przyjęli postawę defensywną. Jednak zza zakrętu korytarza wybiegła jedynie kelnerka. Ujrzawszy krasnoluda wyciągnęła ramię i wskazała na nieokreślone miejsce w głębi tawerny.

– Tam! Na całej ścianie...! Nie wiem, kto to zrobił! Nikogo nie widziałam! Oni panu grożą!

– Kto tam jest, Nora? – zapytał Varrik, przytrzymując jej przedramię.

– Nikt, panie Tethras, to tylko napis, tylko że jest... że...

– Spokojnie. Idź po Corffa, niech ma się na baczności. Powiedz to też mojemu towarzyszowi. Zamknijcie drzwi wejściowe. Tylko bez hałasu, żeby nie wywołać paniki.

Dziewczyna kiwnęła głową i zaciskając rękę na zapasce, zbiegła do głównej sali. Krasnolud zaczął iść w głąb korytarza. Theri podążyła za nim.

Jeszcze do niedawna ścianę, od której rozchodziły się ostatnie dwa pokoje zdobiły kleksy rzygowin, plamy krwi i pęki stwardniałego i wypłowiałego mchu. Jakieś pół roku temu, dzięki namowom Varrika, ścianę wyremontowano, powieszono na niej jakiś bohomaz i dwie doniczki z pelargoniami.

Teraz obraz leżał na deskach podłogi, podarty na strzępy. Kwiaty podobnie. Na pięknie pobielonej ścianie ktoś nabazgrał czerwoną farbą: "Pieprzony konus, przyjaciel magów".

– Cóż za kreatywność – burknął Varrik.

– Tego już za wiele – Therina zacisnęła palce w pięści. – Idę do tej blaszanej suki. Od teraz menopauza to jej najmniejsze zmartwienie.

– Fakt, to jednoczesne napastowanie twoich znajomych jest tak mało finezyjne, że imię Meredith aż ciśnie się na usta. Ale dlaczego miałaby to robić, dlaczego teraz? – chwilę nic nie mówił, aż dodał: – Dlaczego dzień po wizycie Vascala? Z czym do ciebie przyszedł?

Hawke opowiedziała mu o przebiegu rozmowy.

– Może ma swoich agentów – zadumała się. – Może widziała, jak Vascal do mnie idzie. Boi się, więc oficjalnie wypowiada mi wojnę.

– Trochę to się kupy nie trzyma. Vascal nie jest kojarzony z jakimkolwiek stronnictwem politycznym. On w szerszych kręgach nie jest kojarzony z niczym. Jeśli komtur go o coś podejrzewała, to chyba tylko o pośrednictwo w szemranych sprawach, nie konkurencję. Może za tymi atakami stoi właśnie on? Odmówiłaś współpracy.

– Nie groził mi, tylko zachęcał, ma w tym zresztą swój interes. Po co miałby teraz wszystko psuć? Ale Meredith...

Ich rozmowę przerwał nadchodzący wężykiem Anders. Jego dłonie, gotowe do ataku, świeciły błękitnym blaskiem.

– Anders, do jasnej cholery, zgaś te ręce! – naskoczyła na niego Theri. Mężczyzna zobaczył, że nie ma przed sobą żadnych wrogów i usłuchał przyjaciółki. Poczłapał bliżej ściany i wysilając umysł starał się złożyć do kupy wszystkie słowa. Trwało to jakiś czas.

– Dobra – zniecierpliwił się krasnolud. – Chodźmy sprawdzić salę. Dziś widziałem tam tylko stałych klientów, którzy moralność mają jaką mają, ale stawiam kufel piwa, że żaden z nich nie poważyłby się tego nabazgrać. Jeśli znajdziemy obcego, znajdziemy też winnego.

Szczęście im jednak nie dopisało. Przeszukawszy każdy kąt Wisielca, otwarli na powrót drzwi tawerny.

– Nora zajmie się zamalowaniem tego wątpliwej jakości przesłania tudzież groźby – powiedział Varrik – ale muszę jeszcze uruchomić moją młodocianą siatkę szpiegowską. Będą obserwować Wisielca z zewnątrz i wewnątrz. Czuję się jak pies, któremu inny pies obsikał terytorium. To kwestia dumy.

– I bezpieczeństwa – dopowiedziała Theri. – Trzymaj Biankę blisko, a po powrocie zamknij się z Andersem w twoim pokoju.

Krasnolud wydał z siebie coś w rodzaju "pfff".

– Niech tylko ktoś spróbuje przyjść. Zrobię mu z dupy jesień Wieku Chwały.

– Bez zgrywy, Varrik, ktoś się nami bawi, a ja nie znam uczestników ani reguł gry. Biegnę do Merrill. Mam nadzieję, że nie będzie za późno.

– Jedną regułę dostrzegam: póki co tylko straszą, wstrzymują nas. Musimy rozgryźć resztę. Oprócz Stokrotki zostanie nam jeszcze Ruda i Ministrant. Poślę po nich. Spotkajmy się w Wisielcu o zachodzie. Chyba że do tego czasu ktoś zmieni reguły i nie będzie komu się spotykać.


Obcowisko pachniało zgnilizną. Hawke nie miała pojęcia, czy powodem było to wielkie, święte dla elfów drzewo, czy zwiędłe jarzyny, rozłożone na stoiskach, czy też wszystko na raz, spotęgowane jeszcze przez brud tłumu. Theri przeszło przez myśl, że mogłaby im pomóc, gdyby została wicehrabiną. Tylko jak? Gdyby zburzyła mury obcowiska i jakimś cudem wygospodarowała miejsca zamieszkania w całym mieście, podniósłby się bunt, tego była pewna. I to nie tylko wewnątrz Kirkwall – wieści rozchodzą się szybko, być może w Denerim, Amarancie czy choćby w Ostwick elfy zażądałby podobnego losu. Polałaby się krew. I to przez jej idealistyczne pragnienia.

Otrząsnęła się. Odpowiedziała na kilka pozdrowień i zapukała do drzwi przyjaciółki. Nie wyglądało, jakby zajrzały tu kłopoty, ale nigdy nie wiadomo.

Merrill wpuściła ją do środka i zalała falą słów. Theri kilka razy próbowała się wtrącić, lecz bez skutku. Wreszcie nie wytrzymała i złapała elfkę za ramię, zatrzymując w miejscu.

– Przepraszam cię, Merrill, ale to poważna sprawa.

I opowiedziała jej o wydarzeniach dnia.

– Jak widzisz – kończyła Hawke – musisz być ostrożna. Najlepiej wprowadź się na jakiś czas do mnie.

– To tak, jakbym już była czemuś winna – wielkie jasnozielone oczy spojrzały na nią z powagą. – Zresztą jeśli będą chcieli, to przyjdą i do ciebie.

– Ale nie będziesz sama.

– Umiem się bronić, nie jestem małym dzieckiem, Hawke.

– Wiem, że nie jesteś, wyluzuj. Po prostu martwię się, że coś na ciebie znajdą. A nie będzie im trudno, jeśli wlezą tutaj i zobaczą Lustro.

– Znowu zaczynasz...

– Proszę cię – Therina dotknęła smukłej dłoni elfki. – Posłuchaj mnie ten jeden jedyny raz. Zniszcz to lustro! Albo chociaż je porzuć! Może jeszcze dziś przyjdą templariusze, a wtedy mogą oskarżyć cię o ukrywanie się z magią. I tak nie zdołasz go naprawić...

– Co ty o tym wiesz? – krzyknęła zirytowana Merrill, wyrywając rękę z uścisku przyjaciółki. –Nic! Nie namawiaj mnie do porzucenia czegoś, na co postawiłam całe swoje życie. Zresztą, dla obcych to tylko egzotyczne, pęknięte lustro. Nie zabiorą mi go.

– Merrill...

– To moje ostatnie słowo, Hawke. A teraz już idź. Mam coś do załatwienia.

Theri przełknęła ślinę; złość targała nią niemiłosiernie. Złość, a może bezsilność.

– Jak chcesz. Przyjdź chociaż do Wisielca, będziemy próbowali rozwikłać zagadkę tych najść. O zachodzie słońca. Cześć.

Nie odpowiedziała.

Hawke wypadła z jej mieszkania i jak strzała poleciała w stronę barek cumujących kilka razy na dzień w dokach Katowni. Miała dość. Jeśli zobaczy w oczach Meredith kłamstwo, upewni się co do jej winy.

Nie zobaczyła kłamstwa. Bo i go nie było. Meredith, po przyjęciu jej w swym gabinecie i wysłuchaniu, uśmiechnęła się w mało przyjemny sposób i odrzekła:

– Oczywiście, że zleciłam Thraskowi przeszukanie statków, w tym statku twojej przyjaciółki. Z tego co wiem, nie jest ona chodzącym wzorem uczciwości, a rewizja ładowni tylko to potwierdziła. Zaś sprawę zamknięcia tej "kliniki" poparłam na wniosek jednego z podwładnych. Nie jestem głupia, Hawke, wiem, kim on jest. Tolerowałam to, ale do czasu. Nie mogę pozwolić, by szarogęsił się jak jakiś śmieszny bohater Podmiasta i wykorzystywał zabronione techniki i magiczne komponenty do swych praktyk. Jeśli okaże się, że jest gorzej niż myślałam, nie łudź się, trafi do Katowni.

– Miasto ma gdzieś tych biednych ludzi, którzy trafili do Mrokowiska, nie macie zamiaru płacić za lekarstwa dla chorych, choćby dla dzieci. A mimo to chcesz zamknąć człowieka, który leczy ich za darmo? Który odwala za was brudną robotę?

– Nie pusz się tak z tą szlachetnością, Bohaterko. Wiesz dobrze jak ja, że do Podmiasta nie trafiają ludzie porządni. Przemytnicy, handlarze spod ciemnej gwiazdy, szulerzy, narkomani, pijacy: oto twoi pokrzywdzeni ludzie. Jeśli oni nie dbali o życie swoich dzieci, to i ja nie mam zamiaru. To nie jest sierociniec, Hawke, a z pewnością nie sierociniec dla małych cwaniaczków. To duże miasto. A w dużych miastach zawsze ktoś jest na dole, najczęściej z własnej winy. Pomoc im nie jest warta trzymania niebezpiecznego maga na wolności.

– Ale kiedy walczył w obronie Kirkwall nie był niebezpiecznym magiem, tylko jednym z bohaterów, prawda? – syknęła Theri.

– Owszem. I dlatego właśnie przymykałam oko na jego... zdolności. Wszystko jednak ma jakieś granice. Miastu trzeba przywrócić żelazny porządek. Już dawno należało się tym zająć.

– Żelaznym porządkiem nazywasz grożenie moim przyjaciołom?

– Już ci mówiłam...

– Varrik Tethras też jest niepokornym magiem?

Meredith wyglądała na zdziwioną.

– Mimo iż twój przyjaciel niewątpliwie ma coś za kołnierzem, nie wydałam rozkazu do jego obserwacji.

– A jednak ktoś mu grozi. Anonimowy napis przy jego kwaterze, nazwanie przyjacielem magów: jesteś konsekwentna, to na pewno. Ale lepiej, żebyś się wytłumaczyła, Meredith, bo nie pozwolę na nękanie moich przyjaciół.

– Teraz to akurat ty mi grozisz, Hawke, więc lepiej się uspokój, dla twego własnego dobra. Nie jestem odpowiedzialna za każdego człowieka, który nie jest waszym sympatykiem. Całe szczęście nikt nie ma obowiązku bycia nim. Nie mogę też winić ludzi, że nie podoba im się zaangażowanie twoich przyjaciół w pomoc magom. Napis to nie zbrodnia, Hawke. Jeśli ktoś wyjdzie poza słowa bez uzasadnienia, zostanie skazany.

– Wtedy Varrik może być już martwy – warknęła dziewczyna.

– To ryzyko przebywania w niebezpiecznych kręgach, Bohaterko.

Therinę aż zamroczyło.

– Może już zapomniałaś, ale twoi cudowni templariusze nie radzili sobie z gangami, więc ryzykowaliśmy my. Niedobitki Tal–Vashoth ścigali nie twoi podwładni, ale Varrik, Anders Izabela i reszta mojej drużyny. A więc może chociaż smok? Nie, smoka, który wybił do nogi górników z Kościanego Szybu też zabiliśmy my!

– Droga Bohaterko, nikt z Katowni nie prosił cię o zlikwidowanie tych problemów, smoka szczególnie, bo kopalnia była w rękach prywatnych. Podjęłaś to ryzyko w celu połechtania swojego ego, które wymaga czegoś, co nazwałabym praworządną brawurą: lubisz czuć się potrzebną, lubisz być bohaterem maluczkich, co to stoi na straży ich praw. Wszystko to ładne i dlatego też Miasto wypłaca ci stypendium. Ale nie uważaj się za chodzącą sprawiedliwość, bo nią nie jesteś. Ignorujesz prawo, kiedy ci wygodnie, bo tak jest bardziej bohatersko, jak w książkach, które tworzy twój przyjaciel, Tethras. Życie to jednak nie powieść, Hawke, magowie to nie są owieczki, a my wilkami nie jesteśmy z upodobania do szczerzenia zębów, lecz z konieczności. Póki jesteś niegroźną populistką, nie masz się czego obawiać. Ale nie licz, że jestem jednym z książkowych czarnych charakterów, który zostanie przez ciebie pokonany w blasku chwały. Bo może się okazać, że szarość rzeczywistości objawi ci się w postaci stalowych krat.

– A może podziękowania za uratowane życie porównasz do epilogu? To chyba ty się zapominasz, pani komtur. Bo nie dziękują mi bohaterowie książek, tylko ludzie z krwi i kości. Zresztą za literą prawa można chować się nawet lepiej, niż za jakimkolwiek eposem. Kto będzie następny? Merrill? A może znajdzie się coś na Avelinę? Jakaś podrzucona paczuszka narkotyków albo dyskryminujące informacje z przeszłości?

Na twarzy Meredith pojawił się grymas, mogący być swoistym uśmiechem.

– Jeśli twoi przyjaciele są niewinni, nie spotka ich żadna kara. Jeśli są, staną przed obliczem sprawiedliwości, jak każdy inny obywatel Kirkwall. Oto cała filozofia, Bohaterko. Możesz odejść.

– Nie będziesz mi wydawać rozkazów, wiedźmo, bo nie jesteś moją przełożoną. Nie jesteś też wicehrabiną, więc daruj sobie zawoalowane groźby. Za to przyjmij moje zapewnienie: jeśli kiedykolwiek zobaczę choć cień szaleństwa w twoim zachowaniu, zostaniesz natychmiast odsunięta od stanowiska. Ty masz swoich templariuszy, ale ja mam poparcie miasta. A nawet w twoich szeregach znajdą się tacy, którzy będą chcieli służyć pod kimś innym, kimś zrównoważonym.

Twarz Meredith pobielała ze złości, co dało Hawke niesamowitą satysfakcję. Dziewczyna wyszła, trzasnąwszy drzwiami.

Szła w stronę doków Katowni, rozważając wszystko, co usłyszała z ust pani komtur, gdy podbiegł do niej Thrask.

– Wybacz, że przeszkadzam, Bohaterko, ale chciałbym z tobą chwilę porozmawiać. Przejdźmy w jakieś ustronne miejsce.

Gdy znaleźli się poza zasięgiem oczu i uszu postronnych, rudowłosy mężczyzna wyjawił jej, niemal szeptem:

– Jest coraz gorzej. Służę już wiele lat, a nigdy nie widziałem u niej takiego spojrzenia, takiej bezkompromisowości. W Kręgu coraz częściej zdarzają się "wypadki", w których ginie któryś z magów. No i ta mobilizacja... Każe nam patrolować ulice, wchodzić do domów, przeszukiwać pomieszczenia. Podzielających moje opinie jest o wiele mniej, niż mi się na początku wydawało: wielu templariuszy cieszy się z takiego obrotu spraw.

– Dostali w ręce władzę, a poczucie wyższości uzależnia – Hawke westchnęła cicho.

– To już przestaje być tylko kontrola, pani. Magowie są tak uciskani, że niedługo bunt będzie ich jedynym rozwiązaniem.

– Na to czeka Meredith.

– Obyś się myliła, Bohaterko, dla dobra tych biednych ludzi.

Mieli się już rozejść, gdy Thrask zawołał:

– Przykro mi, że musiałem uczestniczyć w konfiskacie statku twojej przyjaciółki. W tym wypadku jednak nie mogłem postąpić inaczej.

– Wiem, wiem. Choć nie wierzę, że to przypadek lub niedopatrzenie. Nie tylko magowie są celem twojej zwierzchniczki.

Mężczyzna kiwnął ze zrozumieniem głową i oddalił się w głąb ulicy.


Obiad, który zaserwował jej Bodahn, zjadła bezrefleksyjnie. Nie potrafiła nawet stwierdzić, co to było. Wstała od stołu i poczłapała w stronę swojej sypialni. Leżąc na łóżku rozważała każdy z możliwych scenariuszy. Meredith u władzy. Meredith pacyfikuje magów i wysyła za nią i jej przyjaciółmi zabójców. Meredith przegrywa w walce o przywództwo nad Kirkwall. Meredith traci poparcie templariuszy i zostaje wyrzucona z zakonu... Hawke syknęła z niezadowoleniem: za dużo myślenia, za mało działania. Musi wiedzieć, na czym stoi. Wieczorem wszyscy porozmawiają i ustalą strategię.

Słońce zachodziło skąpane w krwawych barwach. Brukowane ulice sprawiały wrażenie miedzianych, byle jakie budynki Dolnego Miasta dzięki światłocieniom nabrały charakteru. Nawet kukła wisielca, bujająca się nad wejściem do tawerny, wyglądała na upiornie wesołą dzięki złocisto-czerwonym refleksom.

Oprócz Merrill byli już wszyscy jej przyjaciele.

– Udało się nad nią zapanować? – zapytała opierającego się o stół Fenrisa.

– Ledwie – odrzekł elf, witając ją uśmiechem. – Gdy przybiegłem jeden był już podtapiany, ale ostatecznie wysłuchała moich argumentów.

– Pff, bo twoim argumentem były lyriowe ramiona, brutalu! Gdybyś pokazał inny cielesny argument, uspokoiłabym się w trymiga.

– No pewnie – burknął elf i podniósł do ust kufel.

Theri zwróciła się w stronę Aveliny i Sebastiana.

– A co z wami?

– Nic – odrzekła strażniczka, spoglądając też na księcia. – Póki nie dostaliśmy informacji od Varrika, nie mieliśmy pojęcia, że coś się w ogóle dzieje.

– Cieszę się. Dobrze, że szybko do was dotarł, nie wiadomo...

– To ja do nich dotarłem! To znaczy do tych państwa.

Hawke odwróciła się zaskoczona i spojrzała na chłopaka, chciwie przyglądającego się im zza futryny uchylonych drzwi. Jego znajomy wygląd spowodował w Therinie nagły impuls bólu, ale trwało to tylko chwilę. Uspokoiła się.

– Jesteś Oko, prawda?

– Jasna sprawocha! Załatwiam takie różne rzeczy, co to pan Tethras mi mówi, żeby je zrobić. Mam swoich ludzi od tych takich pierdół, bo sam to tylko ważne. Pani też, jak coś, to może, tylko pan Tethras mi płaci, to z nim trzeba gadać. Mogę znaleźć kogoś, znam wszystkich w mieście, wiem nawet, gdzie taki jeden morderca siedzi...

– Kartel. Więc nie ruszam – gwoli wyjaśnienia wtrącił Varrik.

– ...nikt mnie nie złapie, jak wiadomość trzeba powiedzieć komuś, chyba że pani, bo pani szybko biega, widziałem. Ja dużo rzeczy widzę, dlatego Oko.

– Dziecko – uśmiechnęła się do niego Izabela. – Przecież ty masz jeszcze śmietanę na wargach.

– Chyba mleko pod nosem – sprostował zażenowany Fenris.

– Może i tak.

– Dobra – przerwała Avelina. – Zostaw nas samych, chłopcze, musimy zająć się ważnymi sprawami.

– Ty zresztą masz robotę do wykonania – krasnolud wyciągnął z kieszeni jakąś monetę i rzucił ją chłopakowi. Ten złapał ją w locie, uśmiechnął się i poleciał w dół schodów.

– Czy to rozsądnie, że angażujesz takiego wyrostka do niebezpiecznych zadań? – zapytał Sebastian.

– Gdybym tego nie robił, to dopiero angażowałby się w niebezpieczne zadania, Ministrancie. Poza tym zarabia na całą rodzinę. No i dzięki niemu mam drugie tyle informatorów, ile miałem.

Na pytające spojrzenia przyjaciół, krasnolud uśmiechnął się i wyjaśnił:

– Oko jest sprytny i, przede wszystkim, obeznany z tymi zaułkami, do których ja nie mam wglądu. Zarządza młodzieńczą siatką szpiegowską. Dzieciaki biegają wszędzie, słyszą i widzą wiele rzeczy. Oko zbiera od nich te wieści, współpracuje też z dwoma chłopaczkami, którzy wykazali się w rysowaniu qunarskich mieczy – krasnolud pokazał im rysunki kilku facetów. – Dzięki nim nikt już nas nie zaskoczy.

– Póki ktoś nie dostrzeże sznurków tej siatki – rzekła Theri i westchnęła. – Musimy być ostrożni. Nie tylko my obserwujemy.

– I jesteś pewna, że to sprawka Meredith? – zapytała strażniczka.

Hawke przytaknęła i opowiedziała im o przebiegu rozmowy z panią komtur.

– A to suczysko! – pisnęła Izabela.

– Niech ją porwą demony – mruknął Anders, łapiąc się za głowę, tyleż pewnie z nerwów, co z powodu kaca.

– Trzeba jej jednak przyznać, że kieruje nią swoiście pojęty obowiązek... – zaczął Sebastian.

– Chuj a nie obowiązek! – przerwał Anders, wytrzeszczając przekrwione oczy.

– Nie kłóćmy się, jeszcze tego brakuje, żeby nas pogrążyć – Theri oparła dłonie o blat stołu. – Zanim utoniemy w domysłach powiedzcie mi, czy była tu wcześniej Merrill. Martwię się o nią.

– Nie widziałem jej – powiedział Varrik. – Może posłać po nią któregoś z chłopaków Oka?

Therina zamyśliła się.

– Nie, sama po nią pójdę. Mam jakieś złe przeczucia. Nawet jeśli nie zechce przyjść, upewnię się, że nic jej nie grozi.

– Idę z tobą – Fenris sięgnął po miecz i wsunął go za plecy.

Ucieszyła się. Nie chciałaby sama ponownie konfrontować się z Merrill.

Było gorąco i duszno. "Jak w dniu ataku Arishoka", pomyślała. Skojarzenie tak nią poruszyło, że odruchowo sprawdziła czy Przyjaciel i Pionier lekko wychodzą z pochew.

– Zdenerwowana? – elf obserwował ją kątem oka.

– Kiedyś bym powiedziała, że tylko podekscytowana – uśmiechnęła się lekko. – Ale od tej pory przelałam zbyt dużo krwi, by się nie denerwować.

– Jak my wszyscy – szepnął.

Byli niemal u bram obcowiska, gdy Hawke usłyszała szybkie tupanie stóp za plecami. W półobrocie złapała za miecze i stanęła gotowa do obrony. Jednak to był tylko Oko. Podbiegł do nich.

– Widziałem ich – wyszeptał, niczym profesjonalny szpieg. – Blaszaków. Całą zgraję.

– Co? Templariuszy?

Chłopiec skinął głową.

– Gdzie są?

– Opuszczają Górne Miasto. Wleką się, ale nie zatrzymują.

– Ostrzegłeś Varrika?

– Pan Tethras wszystko wie. Kazał przekazać takie coś: "Blondasek bezpieczny. My gotowi".

– Dobrze. A teraz najlepiej gdzieś się schowaj.

Chłopak zrobił butną minę i chciał już coś powiedzieć, ale Hawke odwróciła się i razem z Fenrisem pobiegła ku obcowisku. Były tylko dwie możliwości: albo byli po nią, Avelinę czy Sebastiana, a nie spotkawszy ich w Górnym Mieście szli do Wisielca, albo po nich przyjdą kiedy indziej, a teraz nadchodzą po Merrill. Musieli działać szybko.

Już po zachowaniu innych elfów Theri poznała, że coś nie gra. Wszyscy skupili się przy mieszkaniu Merrill. Część bezskutecznie zaglądała w pozasłaniane oka, inni szarpali za klamkę i walili w drzwi. Gdy dostrzegli Bohaterów Kirkwall, otoczyli ich zewsząd i zarzucili potokami słów.

– Cisza! Cisza! Ty, powiedz, co się dzieje, tylko szybko – rozkazał Fenris.

– Merrill cały dzień nie wychodzi z mieszkania, nie otwiera nam ani nie odpowiada. A do tego od jakiejś godziny słyszymy dziwne hałasy. Co ona tam robi? Jeśli coś złego, to wszyscy zostaniemy ukarani, nie tylko ona! – krzyknął rozgoryczony staruszek.

Theri i Fenris spojrzeli po sobie.

– Udajcie się do domów. Nadchodzą templariusze. Lepiej, żebyście się im nie pokazywali.

– Ale my nie jesteśmy magami! – odkrzyknęła jakaś kobieta. – Dlaczego mamy się przed nimi kryć?

– Bo ostatnio atakują także innych. Już, koniec zbiegowiska. My zajmiemy się waszą sąsiadką.

Niezadowoleni burczeli coś pod nosem, ale rozeszli się do domów.

– Odsuń się od drzwi – Fenris zdjął z pleców miecz i zamachnął się. Drzazgi posypały się wokół. Elf sięgnął ręką w dziurę i od drugiej strony przekręcił klucz. Zamek ustąpił.

– Czuję magię, Hawke. Złą magię. Przygotuj się.

Dziewczyna zacisnęła palce na rękojeściach broni. Weszli w mrok mieszkania.

Huk dobiegł z małego pokoju. Zakradli się pod jego drzwi, nasłuchując. Walka. Theri wzięła głęboki oddech. Fenris nacisnął klamkę.

I wtedy Merrill po prostu wpadła w jego ramiona, odrzucona potężną magiczną siłą. Miała szczęście, że nie nadziała się na miecz. W głębi pokoju czaiło się jednak o wiele większe zagrożenie. Z Eluvianu wychodził demon pychy.

– Nie mogę... nie mam siły, żeby go powstrzymać – wyrzuciła z siebie osłabiona Merrill. Fenris zaciągnął ją do holu i przybiegł z powrotem.

– Musimy coś z tym zrobić, bo jak demon wyjdzie z lustra, będzie nie tylko po tej małej idiotce – warknął. Znaki na jego ciele fosforyzowały.

– Lustro. Trzeba je zniszczyć, to może nie zdoła przejść – powiedziała Hawke i ruszyła w stronę artefaktu. Nie zdążyła usłyszeć ostrzegawczego krzyku Merrill.

Potężna moc przewróciła ją na podłogę i zaczęła wciągać w stronę Lustra. Theri zaparła się z całych sił, lecz na nic się to zdało. Poczuła, jak Fenris chwyta ją za ramię i spowalnia wir energii.

– Merrill! – darł się elf – Uderz w ramę lustra! Zostaw demona!

Elfka miała problem, by w ogóle unieść kostur.

Hawke wbiła Przyjaciela w deski podłogi, dzięki czemu udało jej się na chwilę zatrzymać. Fenris zrobił to samo. Teraz czekali tylko na Merrill.

Czar był słaby, więc jedynie zamroził i odkruszył mały fragment kunsztownej ramy lustra. Ale tyle wystarczyło, by rozwścieczyć demona. Potwór wygiął się i wyciągnął ramiona. Wir wybuchł mocą, a klepki podłogi zatrzeszczały i zostały wyrwane w powietrze, razem z wbitymi w nią ostrzami. Theri i Fenris polecieli wprost w łapy demona. I w locie zrobili dokładnie to samo: obrócili miecze sztychami w stronę monstrum. Ostatnie, co usłyszeli z tyłu, to krzyk elfki.

Ostrza zanurzyły się w cielsku potwora i wepchały go do wnętrza Lustra, razem z jego oprawcami. Theri dostrzegła naraz rozbłysk bladofioletowego światła, a później uderzyła o ziemię. Albo coś przypominającego ziemię. Była w Pustce.

Fenris upadł obok niej, lecz powstał dużo szybciej. Złapał dziewczynę w talii i podniósł, zasłaniając własnym ciałem. Pazur bestii rozerwał zbroję na jego plecach i wyrył krwawy ślad.

Hawke nie czekała. Zamachnęła się Pionierem i wbiła ostrzę w rękę demona. Zdołała wyrwać broń, wywinąć się od kontrataku i razem z Fenrisem odskoczyć na bezpieczną odległość.

– Żyjesz?

– To nic. Ale nie mam broni.

Faktycznie: potwór wyprostował się i spojrzał na swój tors, z którego sterczały dwa ostrza. Mniejsze z nich – Przyjaciela – wyciągnął jak wykałaczkę i cisnął gdzieś za siebie. Miecz Fenrisa wyciągnął już z jękiem, przyjrzał mu się, a później zerknął na elfa.

– Przeszkodziliście mi – powiedział dudniącym niewyraźnym głosem. – Umrzecie w cierpieniach.

Demon zaszarżował na Fenrisa i zamachnął się jego własną bronią. Elf odskoczył. Sztych miecza wbił się po chwili o stopę od niego. Fenris zrobił unik, ale nie było szans, by wyrwać ostrzę potworowi. Był skazany na ucieczkę, aż do chwili, w której Hawke rzuciła mu własny miecz. Nie było czasu na protesty. Elf zaatakował Pionierem, nie widząc, jak Theri omija demona i biegnie gdzieś w nieokreśloną głębię Pustki.

Demon skumulował moc i pchnął Fenrisa kilka kroków od siebie. Elf gruchnął ciężko, ale podniósł się, gotowy do obrony. Tyle, że monstrum podążyło za Hawke.

– Nie uciekniesz mi! – wrzasnęło i wyciągnęło upiorną łapę w kierunku dziewczyny. Therina miała szczęście, bo demon zrobił to w sekundę po tym, jak znalazła Przyjaciela.

Przyciągnięcie jej nie miało nic wspólnego z tym, co przeżyła dopiero co w pokoju Merrill. Zapewne z powodu oddziaływania Pustki mknęła w stronę potwora, jak kopnięta przez kogoś piłka. A u celu czekał na nią gotowy do rozlania krwi miecz jej ukochanego.

I to Fenrisa niezmiernie wkurzyło. Pionier wbił się w brzuch demona na tyle głęboko, by ten utracił kontrolę nad przyciągającą mocą. Theri była już jednak zbyt rozpędzona, by się zatrzymać, więc nie zrobiła tego. Wręcz przeciwnie, dodała od siebie kilka kroków i z impetem wbiła ostrzę w serce stwora. Ryk z jego gardła zatrząsł mdławym krajobrazem, demon jednak zaczął się kurczyć i niknąć, aż na ziemi zostały tylko trzy nagie ostrza.

– Łatwizna – mruknęła podnosząca się z ziemi Hawke.

– Ja pierdolę, co ta idiotka narobiła – Fenris dyszał, dotykając palcami rany na plecach. – Ciekawe, jak my stąd wyjdziemy.

I, jak na zawołanie, otwarły się wrota portalu zza którego prześwitywała rozmazana Merrill.

– Pułapka czy nie, raczej nie mamy wyjścia – rzekła Theri, łapiąc pod ramię Fenrisa.

Przeszli przez dziurę w strukturze Pustki... i znaleźli się z powrotem w pokoju elfki. Gdy tylko postawili stopę na pozdzieranej z klepek podłodze, za sobą usłyszeli trzask tłuczonego szkła. Lustro było doszczętnie rozbite.

Merrill jęczała, łapiąc oddech. Była wyczerpana. Jasnym stało się dla Theriny, że elfka użyła wszystkich swoich zdolności, by otworzyć na nowo przejście.

Nikt z całej trójki nie wyrzekł ani słowa. Aż do momentu, gdy usłyszeli szczęk zbroi, okrzyki i komendy tuż za domem.

– Templariusze! Szybko, usiądźcie na łóżko!

Zdążyli zrobić właśnie tyle, usiąść na łóżko. Fenris z krwawiącymi plecami oraz wściekłą miną, Merrill blada i kompletnie nieobecna, Theri zdenerwowana i trzęsąca się jak w gorączce. Rycerze zakonu wtargnęli do komnaty.

– W imię... Bohaterko, Bohaterze... co tutaj się stało?

Fenris nie patrzył im w oczy, Merrill też nie. Więc Theri uśmiechnęła się w najsłodszy możliwy sposób i odrzekła:

– Mały remoncik. Mam nadzieję, że nie robiliśmy zbyt wielkiego hałasu?

Na czoło grupy wysunął się inny z mężczyzn. Już po jego minie wiedziała, że będzie ostro.

– Żarty sobie robisz, Hawke? Tu aż śmierdzi magią.

– Po pierwsze, szczylu, to nie zwracaj się tak do niej – Fenris sugestywnie położył dłoń na głowni miecza. – A po drugie, uważaj komu chcesz się podlizać. W przypadku Meredith nie masz szans na awans, nie łudź się.

– Możesz i być rzekomym Bohaterem Kirkwall, elfie, ale dla mnie jesteś tylko pieprzonym ostrouchym – wycedził mężczyzna.

Fenris wstał.

– Dość tego! Maurick, cofnij się, to ja dowodzę patrolem, więc zamknij pysk! Pani, panie: przychodzimy po waszą znajomą. Słyszeliśmy skargi, musimy przeprowadzić śledztwo.

– Jakie skargi? – Hawke też wstała, zasłaniając sobą Merrill.

– Ponoć ma coś wspólnego z magią.

– Na jakiej podstawie wysnuwacie te oskarżenia?

– To tylko przypuszczenia, dochodzenie ukaże prawdę. Są skargi sąsiadów, a poza tym nasze własne obserwacje. Czuć tutaj opary magii.

– To dlatego, że Merrill jest Dalijką, zresztą widzicie to po jej tatuażach. To normalne, że czujecie opary magii, którymi emanuje każdy z jej ludu. Gdyby była magiem, na pewno czulibyście moc, nie opary.

– A skąd ty to wiesz? – zapytał zjadliwie mężczyzna nazwany Maurickiem.

Hawke uśmiechnęła się do niego. Ale już bez słodyczy.

– Bo lubię czytać. Wiesz, książki, takie papierki między deskami...

– Spokój! – dowódca musiał przytrzymać wściekłego templariusza, by ten nie ruszył na Hawke. – Pani, niestety musimy zatrzymać waszą znajomą aż do rozstrzygnięcia sprawy. Zabierzemy też dowody z tego mieszkania.

– O, to już wiecie, że są "dowody"? Piękny popis sprawiedliwego procesu.

– Nie testuj mnie, pani – dowódca zmrużył lekko oczy. – Bo tego nie lubię. Czym jest na przykład ten kostur? Tylko mi nie mów, że dalijską pamiątką.

– Rzekłeś.

Maurick prychnął.

– A to pęknięte lustro? Może ono też nie jest związane z ciemną magią?

Hawke przeszyła go lodowatym spojrzeniem.

– A widzisz, kurwa, żeby wychodziły z niego demony?

Mężczyzna zaczerwienił się ze złości, ale nie powiedział nic.

– Maurick, odprowadzisz elfkę do aresztu, ja zajmę się przeszukaniem – dowódca spojrzał na Fenrisa i Hawke. – Obiecuję, że jeżeli wasza przyjaciółka okaże się niewinna, zostanie natychmiast uwolniona.

Therina miała już coś powiedzieć, ale Merrill wstała z łóżka i przerwała jej zrezygnowanym tonem:

– W porządku, Hawke, to nic. Pójdę z nimi.

– Widzisz, współpracuje – Maurick uśmiechnął się brzydko do Theri.

Dziewczyna podeszła, zbliżyła swoją twarz do jego i wyszeptała zimno:

– Jeśli włos jej z głowy spadnie, pożałujesz, sukinsynu.

Mężczyzna nie przejął się groźbą.

– Nie jesteś ponad prawem, Bohaterko.

– Ani ty – wysyczała Hawke.

– Pójdę z wami. Aż do Katowni. By zobaczyć, czy szanujecie procedury.

Wszyscy się odwrócili. W progu stała Avelina.

– To nie jest konieczne, pani komendant...

– Jest. Jak zauważyłeś, jestem komendantką Straży Miejskiej. To nie podlega dyskusji.

Hawke odetchnęła z ulgą. Przynajmniej tyle.

Zanim się ściemniło, było już po wszystkim. Templariusze wynieśli kilka przedmiotów z domu Merrill, po czym opuścili obcowisko. Inne elfy trwożnie, ale i z ciekawością wyglądały z okien swych mieszkań. Na placu głównym stali już tylko członkowie drużyny Theri. Przedłużającą się ciszę przerwał Varrik.

– I co teraz, Hawke?

– Teraz – odpowiedziała dziewczyna – spotkam się z Garezem Vascalem.