30.
Promień strzały zawibrował w powietrzu i uderzył w tarczę o szerokość dłoni od wymalowanego żółtą farbą okręgu. Therina syknęła ze złości i opuściła łuk.
– Miałem rację, to przez lewe ramię. Blizna ściągnęła mięśnie i skórę, dlatego ręka jest taka sztywna. Trochę pracy i wrócisz do formy – rzekł Sebastian, podając kolejną strzałę swojej towarzyszce.
– Zaniedbałam łuk i tyle. Fechtunek idzie mi przecież o wiele lepiej, niemal tak samo dobrze, jak przed tą całą przygodą z Krukami – Theri napięła cięciwę; lotki musnęły jej prawy policzek.
Kleryk podszedł bliżej i przytrzymał nieco drżące lewe ramię dziewczyny. Palce Hawke zwolniły strzałę, która pognała prosto w czerwony punkt na środku tarczy.
– Widzisz? Trochę poćwiczysz i będzie jak dawniej – zapewnił ją z uśmiechem książę.
Theri odłożyła broń i z ciężkim sapnięciem usiadła na wypielęgnowanym przyświątynnym trawniczku. Na tyłach budynku było tak dużo miejsca, że pozwolono Sebastianowi wygospodarować jego fragment na tor łuczniczy. Kleryk przychodził tutaj kilka razy w tygodniu i ćwiczył, by nie wypaść z wprawy. Dziewczyna zastanawiała się, czy tylko o to chodziło.
– Nie kusi cię, żeby wrócić do Strakhaven? – zapytała, wiążąc w supeł źdźbła trawy.
Sebastian spojrzał na nią, po chwili chwycił łuk, palcami przytrzymał osadę strzały, napiął broń i wystrzelił. Grot pocisku wbił się idealnie w sterczącą już ze słomianej beli strzałę i rozczepił ją na dwoje.
– Skłamałbym, gdybym powiedział, że nie – wyznał po chwili milczenia. – Mógłbym przekonywać ciebie i samego siebie, jak robię to codziennie, że w moim sercu nie ma już wątpliwości. Ale ty wyjawiłaś nam wszystkim swój sekret, swoją bolączkę. Nie mógłbym udawać, że sam jestem wolny od trosk.
– Dziękuję, choć nie chciałabym być twoim kamieniem u szyi. Czasem zamiatanie problemów pod dywan jest jednak opłacalne, zwłaszcza jeśli ktoś inny ma dyżur sprzątania – powiedziała Theri, bawiąc się zrobionym z trawy pierścionkiem.
– A co to ma niby oznaczać?
– A ja wiem. Ale nieźle brzmi, nie?
Śmiali się jeszcze, kiedy podeszła do nich Elthina.
– Cieszę się, że mimo wszystko potraficie jeszcze odnaleźć odrobinę radości w tych ponurych czasach.
– Wielka Kapłanko – Theri wstała i nieznacznie pochyliła głowę.
– Kiedy skończycie już dziurawienie tego Stwórcy winnego snopka siana, przyjdźcie do Głównej Sali, matka Greta przygotowała podpłomyki wedle jakiegoś starego i ponoć sprawdzonego przepisu. Inna rzecz, że sprawdzonego na umartwiających się zakonnikach, ale w końcu lubicie przygody, prawda?
– Przyjdziemy, wielebna, dziękujemy za zaproszenie – Sebastian odprowadził wzrokiem oddalającą się kobietę. Na jego twarzy zagościł łagodny uśmiech.
– Wiesz, moja matka nigdy nie była zbyt ciepłą osobą – kleryk podszedł do tarczy i zaczął wyjmować z niej strzały. – Nie nazwałbym jej może oschłą, ale surową na pewno. Czasami brakowało mi jej pochwały, zachęty, dobrego słowa czy choćby uśmiechu. Ale taka już była i kochałem ją mimo dość trudnych wspólnych relacji. Kiedy tu przybyłem, dobroć Elthiny wydała mi się z początku właściwa tylko i wyłącznie dlatego, że miałem do czynienia z osobą duchowną. Wiesz, sądziłem, jako młody chłopak, że ciepło to raczej objaw braku charakteru typowy dla zakonnych, coś jak rekompensata znikomej aktywności. Dopiero po czasie zrozumiałem, że bycie dobrym człowiekiem to jedno z największych wyzwań, jakie stawia przed nami życie i Elthina jest wobec tego bardzo silną osobą.
– I dlatego wciąż tutaj jesteś? – Theri podeszła do Sebastiana i spojrzała w jego oczy o barwie szafirów.
– Tak – mężczyzna wyjął strzałę o rozczepionym promieniu i przyjrzał się uważnie obu jej rozpękłym częściom. – Dlatego tutaj jestem.
Therina miała już coś powiedzieć, gdy kątem oka zobaczyła obok siebie rosnący cień. Sebastian też go dostrzegł i błyskawicznie napiął łuk, celując gdzieś obok szyi przyjaciółki.
– Spokojnie – odezwał się osobnik spowity w ciemnoszary płaszcz. Hawke wykonała półobrót i stanęła z gotowym do ciosu sztyletem.
– Nie ufam nikomu, kto mówi „spokojnie". Zwłaszcza, jeśli jest ubrany tak, by kogoś podejść z tyłu, ma na głowie kaptur i sądzi, ze niski, seksowny głos zabrzmi tyleż tajemniczo, co złowieszczo. Lepiej się wytłumacz, bo obiad mi stygnie i mogę być niecierpliwa.
– Przynoszę wiadomość. Dziś przed północą w zaułku przy Wschodniej Bramie.
Mężczyzna odsunął się i niemal wtopił w okalający przyświątynne tereny mur. Theri poczuła nagły chłód. Zanosiło się na deszcz.
– Zdajesz sobie sprawę, że takie zaproszenie mógłby wystosować niemal każdy z twoich wrogów, Hawke?
– Niemal?
– Zakładam, że niektórych nie stać na tak dobrze ukrywającego się posłańca.
– Do takich wrogów, mój drogi, się nie przyznaję – powiedziała dziewczyna sztucznie napuszonym tonem. – Muszę trzymać poziom, rozumiesz. Co by to było, gdyby mnie z takim biednym wrogiem spotkali na mieście? Byłabym skończona. Skończona!
– Czy ty naprawdę musisz sobie ze wszystkiego robić żarty? – kleryk, mimo wszystko, zdradzał objawy rozbawienia.
– Nie muszę. O, a wiesz jakie wyrażenie ostatnio wymyśliłam? Zwłoki niecierpiące zwłoki! Dobre, nie? A propos, nie pozwólmy czekać matce Grecie z tymi przysmakami. Oby były chociaż ciepłe, jeśli nawet niejadalne, bo trochę zmarzłam.
Siąpiło. Theri i Fenris maszerowali przez mroczne miasto, obserwując bacznie każdą uliczkę i każdy ciemny zakątek. Avelina patrolowała Doki, a Varrik, Izabela i Sebastian mieli dołączyć do nich dopiero po jakimś czasie, aby nie wystraszyć przedwcześnie ewentualnych przeciwników, a zarazem przyjść z pomocą, jeśli byłoby to konieczne. Hawke jednak była pewna, że to całe spotkanie wiąże się jakoś z Vascalem i jego polityczną grą o tron Kirkwall.
– To głupi krok, Hawke.
Theri spojrzała w stronę elfa, ale kaptur skrywał jego twarz w cieniu.
– Rozmawialiśmy już o tym. Nie ma sensu, byś się powtarzał.
– Oczywiście, jakby inaczej. Są jeszcze jakieś kłopoty, w które się nie wpakowałaś?
– Nie wiem, muszę sprawdzić na liście.
– Masz odpowiedź na wszystko, co? To już nie jest jakieś polowanie na potwory, żadne cholerne wyżynanie gangów. Nie załatwisz tego jedną wyprawą, Hawke, wrogowie powstaną za twoimi plecami, zanim zdążysz założyć na głowę diadem.
– Daj mi spokój! Uwziąłeś się, czy co? Zaraz całe miasto usłyszy o moich planach, bo nie mogłeś się powstrzymać od złośliwych komentarzy. Nie ma już odwrotu i żadne twoje jojczenie nie zmieni mojego zdania! Zresztą: jak ci się nie podoba, możesz…
– Tak, teraz udawaj, że jest ci wszystko jedno…
– …odejść, droga wolna…
– …i że mam jakikolwiek wybór…
– …nikt cię nie zmusza do tego...
– …dobrze wiesz, że możesz mnie tak szantażować…
– …poradzę sobie sama, bez łaski…
– …i masz gdzieś moje zdanie…
– Ekhm.
Spojrzeli zaskoczeni na obcego mężczyznę, niedbale opierającego się o chropowaty miejski mur.
– Gdyby nie te tatuaże na rękach i słynne dwa miecze wystające za plecami, nie domyśliłbym w życiu, ze to wy, Bohaterowie Kirkwall.
– No i bardzo dobrze, przecież o to chodziło, by się nikt inny nie domyślił, nie? – skontrowała Theri.
Na twarzy mężczyzny wyrósł nieokreślony grymas.
– No dobra, do rzeczy, tylko bez wygłupów – powiedział Fenris i demonstracyjnie położył dłoń na rękojeści miecza.
– Spokojnie, każdy z nas ma na tym skorzystać – powoli, by nie sprowokować elfa, tajemniczy rozmówca sięgnął do skórzanej sakwy podróżnej i wyjął z niej postrzępiony, lekko nadpalony zwój. Fenris uprzedził Therinę i sięgnął po pergamin. Odczekał chwilę, by sprawdzić, czy linie lyrium nie dają mu znać o jakiejś niebezpiecznej magii, po czym, już nieco uspokojony, przekazał przedmiot dziewczynie.
Hawke rozwinęła rulon i w słabym świetle osłoniętego blachą, zapalonego przecznicę dalej kaganka, starała się odczytać nakreślone wyblakłym atramentem, zawiłe litery. Wreszcie na jej twarzy pojawił się lekki uśmiech zrozumienia.
– Czy to jest… dokument stwierdzający przynależność Andersa do Szarych Strażników?
– Ja nic nie wiem – odparł nieznajomy i zanim odszedł w mrok zaułka mruknął jeszcze: – Zapłata była satysfakcjonująca. Aha, wiadomość: niech się bez tego nie rusza. To tyle.
Fenris i Theri odprowadzili go wzrokiem.
– Czemu mam wrażenie, że skądś go znam? – wymamrotał elf, poprawiając na głowie przemoczony kaptur.
– Bo roisz sobie, że znasz na wylot każdego obcego i lubisz w duchu wymieniać jego rzekome grzechy – odburknęła dziewczyna i zaczęła powrotną drogę ku miastu.
Deszcz zaczął lać jak z cebra, kiedy na środku placu w Dolnym Mieście spotkali biegnącą w ich kierunku trójkę przyjaciół.
– Varrik, możesz pocieszyć Andersa…
– Musimy biec do Doków! – krasnolud szarpnął ją za rękaw i zmusił do truchtu.
– Avelinie grozi niebezpieczeństwo – wyjaśnił w pośpiechu Sebastian. Nie wdając się w dalsze dyskusje popędzili w dół smaganej ulewą ulicy.
Zimny powiew od morza przenikał aż do kości. Therina miała wrażenie, że zamarza jej przemoczona na wskroś peleryna, a na skórzanej zbroi tworzy się warstwa szronu. Zapewne wyobraźnia, napędzana niepokojem o przyjaciółkę potęgowała odczucia, bo Hawke poczuła się naprawdę nieprzyjemnie.
– Oko mówił, że to gdzieś w okolicy starych wschodnich magazynów – Izabela nerwowo rozglądała się na boki. Nagle krzyknęła: – Tam!
Pognali we wskazanym kierunku i po czasie dojrzeli dwie smagane ulewą postaci, leżące na nierównych kamiennych płytach uliczki.
„Stwórco, nie", prosiła w duchu Theri, padając na kolana przed ciałem przyjaciółki. Razem z Fenrisem przewróciła kobietę na plecy, to samo zrobiła reszta drużyny z drugą strażniczką, którą okazała się znana im wszystkim Brennan.
– Jest nieprzytomna, ale żyje – zawyrokował elf, odrywając dłoń od szyi Aveliny. – Dwie rany, okolice serca i głowa. Trzeba zatrzymać krwawienie i sprawdzić obrażenia, począwszy od tych na klatce piersiowej. Krew pokrył szron. Aż cuchnie od niej magią.
Theri spojrzała na niego zdziwiona. Magia? Ale tutaj w ogóle nie widać, by doszło do starcia ze zbiegłym magiem. Zazwyczaj w takich przypadkach rany są rozległe i paskudne, a całe otoczenie nosi ślady energii, która, gdy nie trafi w cel, niszczy wszystko wokół.
– Co z Brennan? – zapytała, otrząsając się z zadumy.
Spojrzenie Sebastiana powiedziało jej wszystko, zanim potwierdziły to jego słowa:
– Jest już u Stwórcy.
To był cios. Therina zawsze uważała Brennan za dobrą, uczciwą osobę. To ona pomogła Avelinie odnaleźć się w szeregach Straży Miejskiej tuż po trudach ich podróży z ogarniętego Plagą Fereldenu. To ona stanęła po stronie rudowłosej strażniczki, kiedy wielu opowiedziało się za skorumpowanym byłym komendantem. To ona, wreszcie, zatrzymała w tajemnicy wszystko to, co widziała podczas masakry, będącej zemstą Theri na mordercy Leandry. A teraz leżała w kałuży deszczu i krwi, a jej szeroko otwarte oczy wyrażały całą niesprawiedliwość przedwczesnej śmierci.
– Żadnych śladów. To nie był zwykły rzezimieszek. To nie był też nikt złapany przez strażniczki na gorącym uczynku – Varrik obszedł uliczkę, spoglądając w każdy kąt. – Nic.
– Zaplanował to, sukinsyn – Izabela zdjęła z głowy bandanę i podała ją białowłosemu wojownikowi. Fenris wyjął z sakwy małą buteleczkę roztworu z elfiego korzenia i nasączył nią materiał, po czym przyłożył do rany na głowie, która zapewne pozbawiła Avelinę przytomności i tylko cudem nie pozbawiła życia.
Hawke ostrożnie zdjęła z przyjaciółki niewiarygodnie ciężki napierśnik i pomogła Fenrisowi ułożyć ją bezpiecznie w jego ramionach.
– Trzeba jak najszybciej opuścić to miejsce – Sebastian okrył Brennan swoim płaszczem i idąc za ubezpieczającym ich z przodu Varrikiem, poniósł ciało strażniczki w górę miasta.
W wisielczanej kwaterze krasnoluda zastali solidny bałagan i kompletnie pijanego Andersa. Theri krzyknęła na niego, żeby wziął się w garść i ratował Avelinę, ale poskutkował dopiero kufel lodowatej wody, jaki Izabela wylała na jego biedną głowę. Uzdrowiciel począł klecić jakieś czary, choć pod pilną obserwacją zdenerwowanej drużyny ręce drżały mu podwójnie mocno.
– Zrobiłm co mgłm, al nie mem moich mikstur. Tepleriusze… zabrali mi…
– Dobra! Będzie żyć? Odzyska przytomność?
– Bedzie. Al nie wem, kiedy się obudzi.
Mina Sebastiana wyrażała obrzydzenie.
– I co, teraz będziesz tu pił, póki nie załatwimy wszystkiego za ciebie?
Anders skupił wzrok na księciu.
– Masz coś do mnie, klecho? – nagle jego język przestał się plątać.
– Niejedno. Ale zacząć można od tego, co znaleźli w twojej „klinice" templariusze.
Theri wraz z resztą zaskoczonej drużyny spojrzała na Sebastiana.
– O czym ty mówisz? – zapytała łucznika, ale odpowiedział jej poczerwieniały na twarzy Anders:
– Nie wiesz? Nasz skromny Sebastianek korzysta z przywilejów, jakie daje mu umiłowany w swej dobroci Zakon, by szpiegować swoich towarzyszy.
– Tylko ciebie. I mam powody, w końcu jesteś apostatą, wyjątkowo niebezpiecznym dla innych. A wyniki śledztwa tylko to potwierdziły.
– Hej, Ministrancie, chcesz nam powiedzieć, że wierzysz bez zająknięcia w raporty napisane przez klakierów Meredith? – zapytał całkiem zbity z tropu Varrik.
– To akurat nie ma nic wspólnego z wiarą. Nie jestem zielarzem ani alchemikiem, ale przestudiowałem w zakonnej bibliotece wszystkie zastosowania znalezionych u tego apostaty odczynników. Bynajmniej nie służą one leczeniu ludzi, lecz ich zabijaniu.
– Przecież to właśnie robimy, głuptasie – wtrąciła się Izabela.
– Nie! On na pewno…
– To w taki sposób chcesz awansować w zakonnej hierarchii, klecho? Napuszczając jednych przyjaciół na drugich? Bardzo to w waszym stylu.
– Nie jest mi przyjacielem mag-morderca!
– Zaraz się przekonasz…
– Hawke – Fenris pociągnął Therinę w swoją stronę, pragnąc ją ochronić. Dziewczyna spojrzała na Andersa i zrozumiała, przed czym. Zrozumiała też, w jaki sposób język maga tak szybko wyszedł z pijackiego bełkotu. Nie bacząc na nic wyrwała się z ramion elfa i stanęła między uzdrowicielem a klerykiem.
– Ty do drużyny nie należysz, Justynianie. Więc przestań mieszać i zostaw Andersa w spokoju.
W odpowiedzi Therina usłyszała przerażająco zimny śmiech.
– Nie ma już Justyniana. Nie ma już Andersa. Podział na dobro i zło zawsze był mocno naciągany. Nie wplączesz mnie w tę żałosną dychotomię, Hawke. Zwłaszcza ty, Naznaczona, nie masz do tego żadnego prawa – to powiedziawszy mężczyzna pchnął Theri z taką siłą, że uderzyła o kamienny stół i upadła na brudną podłogę.
Wtedy rozpętało się piekło.
Theri była zbyt oszołomiona, by zareagować od razu, jednak gdy podniosła wzrok i ujrzała, jak jej przyjaciele skaczą sobie do gardeł, jak Fenris próbuje rozerwać znakami lyrium magiczną barierę, w jaką oblekł się Anders, jak Varrik stara się z całych sił wyrwać strzałę z ręki Sebastiana, a Izabela, próbując wejść między elfa i maga zostaje powalona na ziemię, coś się w niej obudziło.
Jej przyjaciele krzyknęli i odskoczyli w ostatnim momencie, zanim dotknął ich ogień, pędzący równą ścieżką po drewnianej podłodze. Płomienie objęły całą kulę ochronnego czaru Andersa i unicestwiły ją, jak mydlaną bańkę. Theri szła w stronę maga, krocząc po ognistych językach.
– Jego udało ci się oszukać, ale nie mnie – syknęła. – Chcesz zaryzykować swoim jestestwem? No to chodź.
Mag stał tak jeszcze przez chwilę, a na jego twarzy pojawiały się co rusz inne grymasy. Był to przerażający widok, nie mniej straszny od jarzących się wściekłym niebieskim światłem oczu. Wreszcie jednak, jakby ktoś przeciął niewidzialne sznurki, uzdrowiciel padł na łóżko, tuż obok leżącej bez przytomności Aveliny i wydobył z siebie tak rozdzierający jęk, że serce Theriny niemal pękło z żalu. Ochłonęła momentalnie, gniew uleciał z niej wraz z resztkami sił i byłaby upadła na podłogę, gdyby ostatni odruch nie kazał jej postąpić kilka kroków w bok, z dala od tlącej się podłogi. Próbowała dojść do tego, co się przed chwilą stało, gdy usłyszała:
– Czy ktoś łaskawie zacznie gasić moją kwaterę? – krzyknął Varrik, sięgając po miednicę. Izabela pomogła mu wylać wodę, po czym rozległ się syk, w pokoju zaparowało i na koniec zrobiło się zupełnie cicho.
Fenris podniósł chwiejącą się Hawke, która odpowiedziała uspokajającym kiwnięciem na jego pytające spojrzenie. Miała ochotę zwinąć się w kłębek i zasnąć, była wycieńczona i zmartwiona, ale musiała rozwiązać jeszcze jedną kwestię. Podeszła do Sebastiana, złapała go jedną ręką za kołnierz koszuli, wystającej znad pozłacanego napierśnika i przyciągnęła do siebie.
– On przynajmniej powiedział mi o Justynianie. Ty o raportach templariuszy nawet się nie zająknąłeś. Nie pozwolę na rozwalanie drużyny od środka, kiedy Meredith chce nas wykończyć, zrozumiałeś? – wysyczała Hawke i rozluźniła mnącą koszulę pięść.
– Jeszcze zwróci się przeciw nam, zobaczysz. Nie licz wówczas, że będę tylko stał i patrzył – rzucił w jej stronę Sebastian, po czym wypadł z pokoju. Rozległy się głośne kroki na schodach a później trzaśnięcie drzwiami tawerny.
– Varrik, przepraszam za tę podłogę, nie chciałam…
– Drobiazg, Hawke. Duchy kontrolujące ludzi, magiczne tatuaże, pożoga gniewu trawiąca panele: wtorek, jak każdy inny.
Theri chciała się roześmiać, ale wyszło słabo.
– Nie chcesz przekimać obok Aveliny, Hawke?
– Dzięki Varrik, ale dotrę jakoś do siebie. Kiedy Anders trochę ochłonie, daj mu ten zwój i powiedz, żeby zawsze miał go przy sobie. Pójdę już, trzeba jeszcze powiadomić Donnika. No i rodzinę Brennan.
– Zostawcie to mnie. Ty musisz odpocząć, bo widzę, że słaniasz się na nogach.
– Zawsze bierzesz na siebie najtrudniejsze obowiązki.
– To ja jestem ten od gadania, pamiętasz? – uśmiechnął się smutno krasnolud.
– Ej, może wypytamy małego, czy widział coś więcej w Dokach? – Izabela sprawdziła, czy w stojącym na stole kuflu jest może jakaś resztka piwa.
– Nie ma sensu, Rivianko. Oko powiedział, że koleś pojawił się znikąd, zadał cios Brennan i zaczął walczyć z Aveliną. Miał płaszcz i głęboko nasunięty kaptur, a skoro nawet ten chłopak nie zauważył nic więcej, to znaczy, że napastnik dobrze się zamaskował. Przy okazji muszę dać smarkaczowi reprymendę za szwendanie się po nocach w takich niebezpiecznych miejscach.
Theri kiwnęła słabo głową i razem z elfem wyszła na brudny, ciemny korytarz tawerny. Za dużo się działo. Za dużo niebezpieczeństw, z którymi nie umiała sobie poradzić. Za dużo spraw, za mało czasu. Meredith – bo Hawke była pewna, że to jej sprawka – zaatakowała kolejną osobę z jej najbliższego otoczenia. Za każdym razem jest o krok przed Theriną, a została już tylko ona, Fenris i Sebastian. Kleryk, po tym wszystkim, z pewnością odrzuci jakiekolwiek sugestie ochrony. Może zresztą taki był plan, żeby skłócić księcia i Andersa? Żeby zaatakować w tak przemyślny sposób?
– Hawke, zbladłaś.
– Może i zostanę w Wisielcu na noc. Zapłacę za pokój obok.
– Nie zostawię cię tutaj z tym plugawcem – Fenris bezwiednie zacisnął pięści.
– Nie zaczynaj. Widzę, że wraca twoja awersja do magów. A to nie jego wina.
– Jest niebezpieczny, Hawke. Zamknij pokój na klucz.
– Dobrze, tato. Ej, czekaj, to ty nie zostajesz?
Elf zaprzeczył.
– Mam zlecenie.
– Jest środek nocy. W ogóle nie spałeś.
– Do rana zostało trochę czasu, ale muszę się przygotować.
– Ochrona karawany?
– Yhm.
– Nie idź, proszę.
– Dobrze płacą.
– Ale to może być pułapka Meredith!
Elf uśmiechnął się drapieżnie.
– Możliwe. Dlatego w tajemnicy przed zleceniodawcami wynająłem tego qunari, który szwenda się czasem po Dolnym Mieście. Jeśli kupcy odmówią współpracy, to trudno. Ale jeśli nie, to tropiciel znowu stanie się tropionym.
Theri oparła się o ścianę oberży.
– Nie wiesz nawet, jaką pułapkę zastawią…
– O ile w ogóle.
– …to może być wszystko. We dwóch nie dacie rady każdemu zagrożeniu!
– Jeśli nie zrobię tego teraz, Hawke, znajdą inny sposób. Taki, na który nie będę mógł się przygotować.
Dziewczyna westchnęła.
– Tylko uważaj na siebie. Zbyt dużo tutaj zbiegów okoliczności, bym miała w to uwierzyć.
Elf uraczył ją jednym z tych swoich rozbrajających spojrzeń, po czym odwrócił się i odszedł. Odprowadzała wzrokiem jego przygarbioną sylwetkę, póki nie zniknął jej z oczu.
Miasto płonęło. Krzyki rozrywające powietrze niosły się długim, przerażającym echem. Wszystko wyglądało inaczej, ale to musiało być Kirkwall. Widziała je jako ptak. Poczucie oszałamiającego strachu pędziło ją wciąż w górę i w górę. Ale płomienie były szybsze, czuła, jak lotki piór zajmują się ogniem, jak traci pęd, jak zaczyna spadać w biel i czerń, w gorąc i dym. Krzyczała, ale na zewnątrz nie wydobył się żaden dźwięk. Serce rozrywało jej pierś, wiedziała, że za chwilę, już za moment jej życie dobiegnie końca, że rozbije się na połyskliwym bruku miasta. Uderzyła o ziemię, ale ona zapadła się jak jakaś dziwna plastyczna masa i po chwili wypchnęła jej ciało bezpiecznie na powierzchnię. Przyjmując to za coś oczywistego, wstała w swej człowieczej postaci i rozejrzała się dookoła. Spomiędzy gryzącego, czarnego dymu nie wyłaniał się żaden kształt. Oprócz jednego.
Poderwała się z posłania, ledwie łapiąc oddech. Słyszała swoje tętno, które wybijało rytm niespokojnym pulsem. Uspokoiła się dopiero wtedy, gdy chłodne powietrze z nieszczelnych okiennic wpełzło do pokoju i zmroziło jej zroszoną potem skórę. Zadrżała i okryła się szczelniej kocem, ale nie zdołała ponownie zasnąć.
Było jeszcze ciemno, nie chciała więc budzić Varrika, o ile krasnolud w ogóle spał. Martwiła się o Avelinę, zaczęła rozważać, czy nie należałoby sprowadzić jakiegoś innego uzdrowiciela, tak na wszelki wypadek. Była świadoma reakcji Andersa, kiedy się o tym dowie, ale tu nie chodziło przecież o czyjąś urażoną dumę, tylko o zdrowie jej przyjaciółki.
Nie chcąc bezczynnie leżeć wstała, ubrała się i wyszła, zanim jeszcze pierwsze promienie słońca przedostały się przez resztki deszczowych chmur. Drogi do Górnego Miasta nie pamiętała, tak zaprzątnęły ją myśli o problemach. Za dwa dni Izabelę czekał publiczny proces. Theri nie chciała żadnego rozgłosu, ale Vascal załatwił najlepszego adwokata w całych Wolnych Marchiach, który postawił jednakowoż jeden warunek: rozprawa ma się odbyć przy miejskim audytorium. W ten sposób zdobywał rozgłos i taka też była jego dodatkowa cena. Izabela sprawiała wrażenie bardziej niż zadowolonej, ale Hawke wolałaby załatwić sprawę po cichu. Cóż, jeśli dzięki temu piratka zostanie oczyszczona z zarzutów, to dziewczyna zniesie jakoś tę publiczną szopkę. Zostawała jeszcze kwestia Merrill. Na dniach miała zapaść decyzja o jej losie: jeśli templariusze uznają, że stanowi zagrożenie dla innych, umieszczą ją w Kręgu. Dalej mogło być już tylko gorzej, bo Theri nie chciało się wierzyć, że potraktują ją łagodnie: była w końcu częścią drużyny Bohaterów Kirkwall, przeciwników polityki pani komtur. Tylko co mogła na to poradzić? Przecież nie włamie się do aresztu i nie wyciągnie przyjaciółki, depcząc po ciałach templariuszy. Zresztą – do czego by to prowadziło? Nie miała też możliwości, by wpłynąć jakoś na werdykt, bo wewnętrzny sąd templariuszy rządził się własnymi prawami. Musiała zaczekać na rozwój wypadków. Tylko czy wtedy nie będzie za późno?
Niebo z czarnego przeszło w granat, przeplatany morską zielenią i lekką czerwienią poranka. Theri była już przy swojej posiadłości, już chwytała za klamkę, gdy ktoś pojawił się za jej plecami. „Znowu?", przemknęło jej przez myśl, gdy obracała się w uniku i sięgała po rękojeść Pioniera.
– Sądziłam, że spotkasz się ze mną choćby z czystej ciekawości.
Przed Theriną stała ciemnowłosa dziewczyna, zapewne nie starsza od niej samej; długi warkocz przewiesiła sobie przez lewę ramię, przykrywając część solidnie wykonanego skórzanego napierśnika. Prosta, gęsta grzywka opadała na wysokie czoło, a brązowe oczy wpatrywały się w Hawke z pewnego rodzaju zaintrygowaniem.
Therina, mimo zmęczenia, skojarzyła wreszcie fakty i odruchowo pacnęła się dłonią w czoło.
– Ty musisz być Szarada, prawda?
Tajemnicza dziewczyna kiwnęła głową.
– A więc otrzymałaś mój list.
– Tak. Ale szczegóły jego treści zupełnie wyleciały mi z głowy. Ostatnio dużo się u mnie dzieje.
– Zauważyłam.
Theri zmarszczyła brwi.
– Obserwowałam cię od dwóch dni. Miałam nadzieję dowiedzieć się czegoś więcej, zanim poznam słynną Bohaterkę Kirkwall. Nie zawiodłam się.
Hawke nie schowała Pioniera do pochwy, wręcz przeciwnie – demonstracyjnie uniosła ostrzę na wysokość torsu.
– Nie lubię, gdy się mnie śledzi. A potencjalna kuzynka nie miałaby powodu do takich posunięć. Gadaj, kim jesteś i czego chcesz.
– Therino, gdybym chciała coś ci zrobić, raczej bym nie wyjawiała, że śledziłam twoje poczynania. Zresztą wtedy w ogóle nie wiedziałabyś o moim istnieniu.
– Szlag by to, czy ja zawsze muszę trafiać na filozofujących przeciwników? Gdzie te wspaniałe czasy bezrozumnych bandytów?
– Gdybym była twoim przeciwnikiem, podziękowałabym za komplement – Szarada uśmiechnęła się nieznacznie. – Jednak moja obserwacja miała na celu jedynie zaspokojenie ciekawości. Odkąd umarła moja matka, nie miałam już nikogo bliskiego. Dopiero niedawno usłyszałam, że słynna Bohaterka Kirkwall spokrewniona jest z Gamlenem Amell. Mieszkałam na prowincji w Orlais, a wieści nie dochodzą tam z prędkością błyskawicy.
– Czekaj, czekaj – Theri postanowiła nie chować jeszcze broni, ale niemożność pełnego gestykulowania dłonią zaczynała ją już denerwować. – Czyli że jesteś jakąś krewną Gamlena?
– Tak – dziewczyna założyła ręce, a w jej głosie pojawiła się nutka gniewu. – Jego córką.
Hawke zatkało.
– Faktycznie, teraz dostrzegam podobieństwo. Nie byłam jednak świadoma, że wujek Gamlen ma dziecko.
– Najzabawniejsze, że on też tego nie wie. Matka odeszła od niego, będąc w ciąży. Nigdy nie wyjawiła mu prawdy. Tak, wiem, to wszystko brzmi jak kiepskiego sortu melodramat. Taka jest jednak prawda.
– Stwórco – Theri wreszcie schowała broń i podrapała się po głowie. – On będzie w ciężkim szoku, kiedy się dowie. W ogóle nie sądziłam… wiesz, trudno sobie wyobrazić Gamlena… no rozumiesz, jako męża i ojca.
– Tak, mnie też ciężko, odkąd dowiedziałam się, jak nisko upadł po odejściu mamy. Ale sam sobie na to zapracował.
– To znaczy? Jeśli, oczywiście, mogę wiedzieć.
Szarada westchnęła i sięgnęła za pazuchę. Podłużne świecidełko, które wyciągnęła, odbiło pierwsze promienie słońca i fioletowym blaskiem przyozdobiło twarz Theriny. Hawke nigdy nie widziała piękniejszego kryształu.
– Chciałam poznać moją kuzynkę, zapewne ostatnią tak bliską krewną. Dlatego się z tobą skontaktowałam, choć wiedziałam, że wtedy będę musiała również spotkać się z moim ojcem. Z ojcem, którego znam tylko z przesiąkniętych goryczą słów matki – Szarada wyciągnęła dłoń i przekazała piękny kamień Therinie. – Proszę cię, kuzynko, byś mi w tym spotkaniu pomogła. Chcę się przekonać, ile prawdy było w opowieściach mamy oraz jakim człowiekiem jest teraz mój ojciec. Ukryję się na balkonie, a ty przyprowadź go do pokoju i powiedz, że ktoś kazał ci przekazać ten kamień. Chcę… chcę zobaczyć jego reakcję, zanim się ujawnię. Mogłabyś to dla mnie zrobić?
Hawke miała mieszane uczucia. Gdzieś z tyłu głowy kołatała obawa, czy nie jest to kolejna pułapka, wreszcie jednak z trudem odrzuciła tę myśl. Bała się, że jeszcze trochę, a popadnie w paranoję. Nie mogła się przecież zamknąć w czterech ścianach i unikać wszystkich ludzi.
– Dobrze, choć mam dwa pytania, na które chcę znać odpowiedzi, zanim to zrobię.
– Pytaj więc, kuzynko.
– Czy to przez to świecidełko twoja matka odeszła od Gamlena?
Szarada skinęła głową.
– Był uzależniony od hazardu. Kiedyś ponoć wrócił do domu bardziej podekscytowany, niż zwykle. Nie mógł przestać gadać o Keroshek, jak mówił „najpiękniejszym kamieniu szlachetnym, jaki istnieje na świecie". Twierdził, że kiedy go zdobędzie, ich pozycja wśród szlachty się umocni, a rodzice wreszcie go docenią. Tak zatracał się w tym marzeniu, aż stracił też żonę, posiadłość i resztki honoru.
– To w taki sposób wylądował w jednej z nor Dolnego Miasta – powiedziała zamyślona Theri. – No dobrze, ale w jaki sposób udało ci się zdobyć ten kryształ?
– To jest to drugie pytanie?
– Nie, rozwinięcie pierwszego. Drugie to pytanie na temat twojego prawdziwego imienia i zawodu, czy umiejętności, dzięki którym, jak się chwaliłaś, mogłabyś mnie podejść jak dziecko.
– O nie, tego nie powiedziałam – zaśmiała się Szarada. – Trochę cię obserwowałam, wiem więc, do czego jesteś zdolna. Sęk w tym, że należę do organizacji, której członkowie wspierają się we wszelkich działaniach, mogących pomóc maluczkim, których głos nigdzie nie dociera. A w takiej pracy liczy się cichy chód i szybkie ostrzę. To też tłumaczy, jak dzięki innym Przyjaciołom Rudej Jenny zdobyłam klejnot.
– Fajna nazwa, tylko ta Ruda Jenny pewnie jest już celem niejednego wroga.
Szarada tylko się uśmiechnęła.
– Co do imienia, to brzmi ono właśnie tak, jak się przedstawiłam. Zabawne, prawda? Matka lubiła je, bo jest takie orlaisiańskie. Mnie osobiście pasuje, bo nikt nie domyśla się, że jest ono czymś innym, niż pseudonimem.
Theri chciała coś powiedzieć, ale wtem drzwi do jej posiadłości otwarły się i wyleciał przez nie rozmerdany Jasper. Szaradę obwąchał ostrożnie i zastanawiał się najwyraźniej, czy może ją już uznać za swoją. Większą uwagę przyciągnęła jednak watowana kurtka Theriny, pełna nowych, nieznanych zapachów. Psie indagacje przerwało niosące się z holu wołanie Gamlena:
– Theri? To ty? Zamykaj te drzwi, bo robisz przeciąg!
– Szybko, zanim tu przyjdzie! – Szarada zaczęła poprawiać klamry na wysokich cholewach butów.
– Jeśli Gamlen jest w holu, to musiałabyś się rozpłynąć w powietrzu, żeby dojść do komnaty balkonowej niezauważona – Theri była bardziej niż sceptyczna.
– Znam mniej ekstremalny sposób – ciemnowłosa dziewczyna uśmiechnęła się i odbiegła kawałek. Stanęła przy rogu posiadłości Amellów, po czym w niesamowicie zwinny sposób złapała się jakiegoś niewidzialnego dla Theriny załomu. W ten sposób po chwili była już w połowie wysokości zabudowania.
„Rany, powinnam pomyśleć o jakimś drucie kolczastym, czy czymś w tym rodzaju", pomyślała Hawke. Co prawda balkon wychodził z pustej obecnie komnaty, zajmowanej kiedyś przez Leandrę, ale ostrożności nigdy za wiele. Uczyniwszy takie postanowienie, puściła przodem Jaspera i wpakowała się w ubłoconych butach do środka.
Jakimś cudem udało jej się skłonić pijanego Gamlena do przestąpienia progu pokoju, w którym leżały rzeczy jego zmarłej siostry. Pod pozorem pozbycia się duchoty otwarła drzwi balkonu i przerywając zwyczajowo gniewny monolog wuja, wyciągnęła z kieszeni fioletowy klejnot. Gamlen przerwał w pół słowa i patrzył nań z szeroko otwartymi oczami.
– Skąd to masz, dziewucho? – wycharczał wreszcie, odzyskawszy głos.
– Pewne ptaszki wyśpiewały mi, że byłby to prezent w sam raz na twoje nadchodzące urodziny.
– Kto?! Gadaj! Nie zdajesz sobie sprawy… nie wiesz, co to za ludzie! Zrobią wszystko, by go odzyskać… ale najpierw zniszczą… zniszczą wszystko… – bełkotał rozgorączkowany mężczyzna.
– Nie martw się, nikt nie wróci po klejnot. Jest twój – Theri wyciągnęła dłoń i wcisnęła połyskliwy kamień w dłoń wuja.
Gamlen stał tak dłuższą chwilę; rozczochrany, upodlony alkoholem, postarzały i zgorzkniały, mężczyzna, któremu na niczym już nie zależało, a który odnalazł to, do zdobycia czego niegdyś tak usilnie dążył. Therina obserwowała go bacznie. Czekała na jego krok, jedno słowo, cokolwiek, co ostatecznie zaświadczy o jego prawdziwych motywacjach. Wreszcie doczekała się.
– Ty możesz kupić za to niemal wszystko – wyszeptał swojej siostrzenicy. – Weź go, jeśli nie boisz się, że skusi cię jego blask.
Hawke pomachała głową.
– Ja go nie chcę, wujku. Jak mówiłam, jest twój. Ty też przecież możesz kupić za niego niemal wszystko.
Gamlen uśmiechnął się. Ale był to wyjątkowo smutny uśmiech.
– Nie, Theri. Ja nie mogę już kupić za niego nic.
Mężczyzna zwrócił się w stronę balkonu, zacisnął pięść, zamachnął się i wyrzucił klejnot. Kamień niechybnie poleciałaby na podwórze lub uliczny bruk, gdyby w locie nie złapała go zwinna, niezwykle szybka dziewczyna.
– Ktoś tam jest! Uważaj! – Gamlen szarpnął ramieniem siostrzenicy, prawie rozrywając jej watowany kaftan.
W krąg światła weszła Szarada.
– Nie musisz się obawiać, wujku. Mam nadzieję, że wybaczysz mi tę małą inscenizację.
Mężczyzna stał ogłupiały, wpatrując się intensywnie w tajemniczą dziewczynę, która do tej pory nie rzekła ani słowa. Najwyraźniej na coś czekała. Nie rozczarowała się.
– Ty… ty jesteś taka podoba do…
– Do Mary, prawda?
Gamlen z wrażenia usiadł w fotelu.
– Jesteś jej córką?
– Tak. Ale jestem też kimś więcej. Jestem twoją córką.
– To ja może was zostawię – Hawke, przekonawszy się, że sytuacja nie wymaga już jej obecności, dyskretnie wycofała się do swojej komnaty. Miała dużo pracy, a czas naglił.
Pukanie przywróciło ją do rzeczywistości. Z zażenowaniem skonstatowała, że zapadła w drzemkę, pisząc list do Vascala. Lewe przedramię upaprane miała czarnym atramentem.
– Chciałam się tylko pożegnać – Szarada stała w progu uchylonych drzwi. – I dać coś w zamian za pomoc w odzyskaniu rodziny.
Ciemnowłosa dziewczyna podeszła do swojej kuzynki i wręczyła jej podłużny fioletowy klejnot.
– Wiem, że nie jest to może najbardziej stosowny prezent, ale chcę, żebyś wzięła ten kamień. Jego zły czar prysł, zrobisz więc z nim, co zechcesz. Pamiętaj też, że w razie kłopotów możesz liczyć na pomoc Przyjaciół Rudej Jenny. W niektórych tawernach słowa „Wszyscy jesteśmy na dole" mogą poskutkować czymś więcej, niż zdziwionym spojrzeniem – Szarada uścisnęła rękę Theriny i wyszła z komnaty.
Hawke pomyślała, że świat jest cholernie pokręcony. Całe szczęście czasami obracał się we właściwą stronę.
Drogi Tommirze!
Minął tydzień od ostatniego listu, w którym opowiadałam Ci, jak wujek Gamlen dowiedział się o swoim nowym, ojcowskim statusie. Nie mogłam uwierzyć własnym oczom, ale niemal natychmiast wszystkie wyciągnięte przez niego butelki wina wróciły do piwniczki. To jeszcze nic: wujek skompletował swoją garderobę, zaczął wychodzić z domu, odnalazł także dawną pasję – malarstwo. Do tej pory jedynie haftował i to bynajmniej nie na kanwie. Kiedy tak na niego patrzę, widzę człowieka, który się odrodził. Owszem, nadal jest gburowatym nudziarzem, ale szczęśliwszym gburowatym nudziarzem.
Nazajutrz po wizycie Szarady wróciłam do Wisielca z elfią uzdrowicielką, którą poznałam kiedyś podczas wizyty u Merrill. Kobieta nie miała w zasadzie nic do roboty przy Avelinie: stwierdziła tylko, że rany strażniczki zostały fachowo opatrzone a ona sama powinna niedługo odzyskać przytomność. Zaleciła obserwację i wyszła. Anders miał nietęgą minę, jestem pewna, że nie wybaczy mi tego braku zaufania. Co prawda zapewniał, że rozumie, przeprosił też za przykre zdarzenie z udziałem Justyniana, ale znam go dobrze: nasze relacje raczej nie wrócą do stanu sprzed dwóch lat. Może gdybym… nie wiem, Tommir. Postaram się coś z tym zrobić. A nadarzy się okazja: Vascal prosił mnie o przysługę, ponoć jeden z jego przyjaciół, mag, jest ciężko chory, chciałby więc, aby zaufany uzdrowiciel zajrzał do niego i ulżył w cierpieniu. Może idąc na miejsce porozmawiam szczerze z Andersem, może poproszę, by powiedział mi o tym, co go gnębi. Bo mam dziwne wrażenie, że nie chodzi jedynie o szykany Meredith. A Lina faktycznie, obudziła się wreszcie – i tyle w tym wszystkim szczęścia.
Co do mojej ulubionej pani komtur: wiesz, Tommirze, co ona zrobiła? Zmusiła seneszala Brana do podpisania nakazu rozbiórki posiadłości Fenrisa! Roboty zaczęły się niemal natychmiast po tym, jak wyruszył na trakt, by ochraniać karawanę. Znowu Meredith jest górą. Zatrzymałam prace rozbiórkowe, jak tylko doszedł mnie huk młotów, przeprowadziłam ostrą rozmowę z Branem, wypytałam też sąsiadów Fenrisa: nie spodziewałam się, że komtur zdoła ich wszystkich zastraszyć. A jednak. „Budynek nie był remontowany od dekad, stanowi zagrożenie dla okolicy i musi zostać wyburzony", tak mi mówili. Co prawda seneszal zapewniał, że w jego miejsce postawi się nowy i wszystko to na koszt skarbu miasta, ale bajanie, że tragiczny stan murów i wielokrotne apele z okolicy wymusiły natychmiastowe działanie pod nieobecność właściciela, doprowadziło mnie do furii. Zwymyślałam Brana, poszłam pod posiadłość i zagroziłam, że na kolejny zamach budowlanym młotem, odpowiem siłą. Na takie dictum ekipa remontowa rozpierzchła się do domów, prace jednak wznowiono, jak tylko Fenris wrócił z wyprawy i przeniósł wszystkie swoje rzeczy do mnie. Był wściekły, chodził po pokoju w kółko, jak dzikie zwierzę w klatce, przeklinał po naszemu i w Arcanum, pobił pół świątecznej zastawy stołowej, a to wszystko i tak nie ukoiło jego gniewu. Bo też nic tak nie denerwuje, jak bezsilność. Rozbiórka trwa nadal, humor Fenrisa jest jednostajnie dołujący, ale przynajmniej mam go teraz ciągle obok. I to jest naprawdę jedyna jasna strona sytuacji.
Mimo tego całego kirkwallskiego bałaganu, jestem szczęśliwa. Wiesz, dzięki niemu. Kiedy widzę, jak pochylony czyta książkę, kiedy ze zdziwieniem patrzy na wszystkie moje kosmetyki, nie wiedząc, do czego podobne precjoza służą, kiedy rozpala ogień w kominku wiedząc, że niezależnie od pogody wieczorami marznę – mam poczucie, że było warto przejść przez tyle trudności.
A trudności ostatnio nie brakuje. Merrill została potajemnie przeniesiona do Kręgu. Dowiedziałam się o tym od Thraska, który wysłał mi wiadomość nazajutrz po decyzji templarskiego sądu. Jestem przerażona, bo po raz kolejny nic nie mogę zrobić. Pokłóciłam się o to z Fenrisem, który przekonywał mnie, że Merrill jest niebezpieczna, tyleż dla innych, co dla siebie i że w Kręgu przynajmniej wybiją jej z głowy konszachty z demonami. Fakt, po walce z jednym z nich w jej kwaterze, Obcowisko przestało być dla niej bezpieczną przystanią. Sąsiedzi mogli słyszeć to i owo, a w takim wypadku nie dam złamanego miedziaka, że pozostaną neutralni. Czasem słyszy się, jak wieśniacy, w obawie przed templariuszami, sami rozprawiają się z podejrzanymi o uprawianie magii sąsiadami. Później wszyscy milczą jak zaklęci, wypowiadając przy spalonej chacie słowa „wypadek", „los" i „nieszczęście". Merrill jednak mogłaby zamieszkać u mnie albo w Wisielcu; a teraz czeka ją Katorga, z której może wyjść zwycięsko lub nie. Widzę, że z nerwów zaczęłam bazgrać. Nic na to jednak nie poradzę, bo zabija mnie ta bezsilność. Meredith doskonale wie, że to jest broń, którą najłatwiej ze mną walczyć.
Pokładam nadzieję w wyborach, które niebawem się odbędą. Vascal sprawił się dobrze: rada miasta wysunęła moją kandydaturę, w obliczu czego komtur nie mogła już dłużej milczeć w sprawie terminu wyborów: jutro ludność Kirkwall zdecyduje, kogo chce na swoim tronie. Ten szczwany lis tak kierował kampanią, by bardziej zdeprecjonować Meredith, niż jawnie agitować za drugim kandydatem. Choć, oczywiście, nie zabrakło pozytywnego przesłania. Patriotom Garez obiecał odrodzenie lokalnej gospodarki i wzmocnienie granic dodatkowymi patrolami; postępowym przedstawił program wychodzenia z ciasnoty kulturowej; starszych kupił wizją bezpiecznych ulic, młodszych – obrazem nowoczesnego, dynamicznego miasta. I wyobraź sobie, że wszystko to zrobił i powiedział za niego ktoś inny. Tu szepnięte słówko i podłapany koncept, tam jakiś mężczyzna, płacący część długów w Kwitnącej Róży w zamian za chwilę politycznej rozmowy, tu znów jacyś wędrowcy, głośno rozprawiający na rynku o potrzebie zmiany… Gdybyś tylko wiedział, Tommirze, jak bardzo nie chcę tego zaszczytu. Czuję się taka... brudna. Nic nigdy nie wymagało ode mnie tak ogromnej siły woli, takiego nagięcia zasad, którym hołduję. Zrobię jednak wszystko, by samowolka Meredith została ukrócona raz na zawsze, a moi przyjaciele pozostali bezpieczni. Powiedziałbyś może, że to pachnie prywatą. I miałbyś trochę racji. Mimo wszystko prywata Meredith jest o wiele gorsza, bo obejmuje szerszy krąg „zainteresowanych", w tym wszystkich niewinnych magów.
Z Sebastianem od pamiętnej sprzeczki nie zamieniłam ani słowa. Raz byłam już nawet pod Zakonem: miałam zamiar porozmawiać z Elthiną, przedstawić jej mój punkt widzenia, tak aby nie ufała jedynie raportom Meredith. Ale zawróciłam. To było ponad moją godność, poczułam się, jakbym siedziała w piaskownicy i starała się wyrwać innemu dziecku zabawkę. Moje zdanie miałoby, zresztą, niewielkie znaczenie, w obliczu przekonań Sebastiana. Mogę tylko żywić nadzieję, że jako nasz wieloletni towarzysz nie uwierzy w lepszy świat bezgranicznego porządku, jaki kreśli to żelazne babsko.
Kilka dni temu odbył się też proces Izabeli. Miałam wrażenie, że pod względem zgromadzonych tłumów, konkurować z tym „przedstawieniem" mógłby tylko dzień, gdy zaatakowali qunari. Sąd pod chmurką, na głównym placu Górnego Miasta, na który wyjątkowo wstęp miała też biedota – możesz sobie wyobrazić, jak mną trzęsło. Mowa tego fircykowatego adwokata była kompletnie skrojona pod to szerokie audytorium: raz wzruszał, opowiadając o ofiarach gangów w Dokach, raz wywoływał podniosły nastrój, opisując jak to te gangi Izabela niemal własnoręcznie wytępiła, innym razem odwoływał się do wspólnych doświadczeń na zasadzie paraleli („Czy i Wam, Przyjaciele, nie zdarzyło się być niesłusznie pomówionymi? Skazanymi przez sąsiadów czy fałszywych znajomych na męki niesprawiedliwych słów?..."). Obawiałam się, czy adwokat nie przegada dowodów, ale całe szczęście publika uwierzyła w to, że Izabela stała się ofiarą czyichś machlojek. Nie było jednak całkiem kolorowo: po pierwsze prokurator przypomniał wszystkim o niesławnej roli Izabeli podczas ataku Arishoka; po drugie, nie oczyszczono z zarzutów dwóch marynarzy, którzy służyli na statku piratki. Mimo wcześniejszej furii Izabela ufała swoim ludziom i była skłonna postawić każde pieniądze, że żaden z nich nie wniósł na statek nielegalnego towaru. Sąd odrzucił jednak jej prośby i mężczyzn stracono nazajutrz. Jak zwykle – nie w pełni szczęśliwych zakończeń.
– Do kogo piszesz takie elaboraty? – mruknął Fenris, przyglądając się jej uważnie z drugiego końca pokoju.
– Nie bądź wścibski. Jeszcze pomyślę, że ograniczasz moją wolność osobistą.
Fenris skrzywił się, ale nie powiedział ani słowa. Przynajmniej do chwili, w której narzuciła na ramiona watowany kaftan.
– Wybierasz się gdzieś konkretnie?
– Nie powiem ci, bo będziesz komentował.
– Aha, czyli pewnie idziesz z tym plugawcem. I pewnie ma to coś wspólnego z chorym pomysłem tajemniczego pana Vascala.
Hawke za wszelką cenę próbowała zachować kamienną twarz.
– Po twojej minie wnioskuję, że zgadłem.
– Pierwszą rzeczą, jaką zrobię po wygranych wyborach będzie umieszczenie cię w jakimś luksusowym apartamencie, najlepiej za murami Kirkwall – Theri zapięła wszystkie klamry przy kurtce, przewiesiła przez plecy swoje dwa niezastąpione miecze i gwizdnęła na Jaspera. Wychodząc z posiadłości nie miała pojęcia, że za chwilę zaprzepaści swoje szanse na zwycięstwo.
– Matka! Wiesz, com to ja dziś zoczył na mieście? Ale draka! Przy samej Katowni takie jajca!
– A gdzie ty się szwendasz, niecnoto? Ilem razy ci mówiła, co byś tam wojom z Najświętszego Zakonu Panienki Andrasty na oczy nie lazł? Jużci, takim to niewiele trza, spojrzą na ciebie i zaraz wyczują, co to za krew czarodziejską masz po ojcu, kurwiarzu. Pfu!
– Oj, matka! Słuchasz, czy do kogo inszego mam iść? A widział ja samiuśką miasta gierojkę, dziewka jak malowana…
– Ta, już żeś Hawkównę widział. Jak ci się nad robotą przyśniła.
– Mówię przecież, żem widział! Templary zwracały się do niej, wszytko ułowiłem. Idę se, rozumisz, duktem do Katowni, a tu jak nie zoczę gierojki z tym białym, znaczy się z tym jasnym, bo biały to ostrouchy. No i kundel też był, wielki, czorny. Szedli se, ja za nimi, a tu wpadają na dukt templary, dwóch ich było, i na postronku gówniarza zasmarkanego trzymali. Mały cosik powiedział do wojów, a oni jak nie trzasną go tym postronkiem, w supły powiązanym, jak butem nie trącą! Pomyślałżem, coby tu podskoczyć do jednego i drugiego, rzyć obić i moresu nauczyć, ale Hawkówna podobnież widać rozumowała, bo noże obnażać zaczęła. Tamci coś wołać poczęli, coś o elfiej ladacznicy i dupodajce czarowników i sami z żelazem na dziewkę skoczyli. Kaftana posoką spsuć nie chciałem, to więc odsunąłem się na piędź i ino tyle czasu gierojka potrzebowała, coby templarów zasiec.
– Bój się Stwórcy!
– Czekaj, matka! Teraz słuchaj, bo takich dziwów to i bzdyk Jantonii nie widział, chocia wojnę przeżył. Jucha wszędy pryskała, a dziewka nic, ino do dzieciaka leci i z ziemi powstać pomaga. Pacholę wstało, a jużci, hale postronek jednym ruchem palca zerwało! Hawkówna oczy wybałusza, a tu takie gusła: gówniarz w śmiech, ręce podnosi, o tak, a wokoło jakby kto mazidła jakiego czerwonego zawiesił w powietrzu. Ten jasny, co był z gierojką jak nie w krzyk uderzy, jak nie machnie łapami, niebieskim jakimś światłem okadzonymi, to ino zdążyłem pokapować, co to nie ja jeden czary umiem, a siedzieć z templarami w wieży nie siedzę.
– Gadajże o Hawkównie, a nie pierdoły gówniane tu jakieś sadzisz!
– Cichaj, matka. To mówię przecie, iże gierojka, ten jasny i nawet psisko pacholca ubili, chocia tamten już czarami był ich uszkodził. Hawkówna na ziemię po bitce padła i cosik długo wstać nijak nie mogła. Ten jasny prawił do niej, że omyłka to była, a ludzka rzecz nieraz się omylić. Ona jeno patrzyła na dukt, głowy nie podniosła, aż kundel szczekać począł. Spojrzałem tam, kaj psisko patrzyło, a tam gawiedzi kupa ciągnie i templary w sile z komendantem na przedzie. Rozprawiać zaczęli, co tu się stanęło, trwało to niemała czasu, ale żem czekał, co było robić, jakem początek uże zwidział. Komendant najsampierw uznał gierojki słowa, co to templary zachowały się nie po rycerskiemu, znał ich pono dobrze i wiedział, że drzewiej podobne czynili zachowania. To ino nie trafiło doń, że jasny nijak w bitce nie pomagał: padoł, że czarami śmierdzi. Hawkówna ożywiła się cosik, druhowi kazała jakiś papiór pokazać i godała, coby jasnego zostawić, bo to Strażnik Szary jest. A im przecie wszystko wolno, czarować nawet pod chmurką, bo oni swoje tajemne zadania mają. Komendant papiór zoczył, skrzywił się, jakoby kwaśnicy się nażarł i wołać począł jednego z wojów. Wysłał był go z czymś, tamten uwinął się chybcikiem i sakwę wielgachną przytargał, a z sakwy komendant wyjmować począł papióry, zajedno który, każdy jak dwie krople podobny pisaniem do tego, który gierojka pokazać kazała. I wyszło tedy, co to jakiś łgarz za dudki wymieniał krzywe papióry. Hawkówna zoczywszy to bladości dostała, a zaraz znowuż gorąc na jagody wszedł mocny. Żywo godać zaczęła, iże papiór właściwy doniesie, hale trudność z tym wielka, bo te całe arkiwa Strażników Szarych to popalone strasznie. Jasny nic nie godał, jakby go zaklęli. Pies ino rwał się w jedno miejsce przy dukcie, jakby szaleju się nażarł i gdyby Hawkówna go nie zawołała gniewnie, kundel powietrze by kąsał.
– Dalij, co dziewka zrobiła?
– A co, nic! Z tym jasnym się zabrała, a komendant papióra przez trzy ćwierci księżyca czekał będzie. Truchła templary pobrali ze sobą, jeno juchy zostało, a zostało. I gawiedzi też. A wielu na Hawkównę i jej druha czarodzieja pomstowało…
Garez Vascal słuchał uważnie słów rozgorączkowanej Bohaterki. Wreszcie wstał z pięknego, obitego szmaragdowym suknem fotela i podszedł do kominka. W całej komnacie były to bodaj jedyne „ozdoby"; reszta wyglądała skrajnie ascetycznie.
– Zleciłem zadanie niewłaściwemu człowiekowi. Hedar – zwrócił się lodowatym tonem do stojącego w progu komnaty osiłka – Dawaj Askeza.
Mężczyzna wyszedł, by po niedługiej chwili wrócić z drugim tęgim drabem. Razem trzymali pod ręce wyrywającego się chudzielca.
– Miałeś uruchomić znajomości i załatwić właściwy dokument.
– Tak, panie. Zrobiłem tak, jak rozkazałeś.
Zimne jak lód oczy Vascala nie zmieniły nawet wyrazu. Kiwnął na Hedara.
Nóż werżnął się w serce przytrzymywanego mężczyzny. Ciało wyniesiono natychmiast.
– Przepraszam za tę niekompetencję, to był mój błąd, niestety poważny w skutkach. Nie pomogło też twoje zachowanie, pani. Templariusze tylko na to czekali.
– Wiem – szepnęła Theri, dotykając dłonią czoła. – Nie powinnam dać się sprowokować. Zabiłam ludzi, którzy mimo stosowanych metod, mieli słuszność. Biedny pokrzywdzony chłopiec: tak mi się naiwnie wydawało. Niczego się nie nauczyłam, głupia…
– Bohaterko, musisz wziąć się w garść. Nie widzę na razie sposobu, ale trzeba jakoś odwrócić tę falę niechęci, powstałą przeciw tobie.
– Nie widzisz sposobu, Vascal, bo go nie ma. Owszem, szlachciców może i da się jeszcze zjednać, ale jak miałabym rządzić, mając przeciw sobie praktycznie całe mieszczaństwo?
– Przecież sama dostrzegłaś konieczność obalenia dyktatury pani komtur. Nie ma innego sposobu, panno Hawke.
– Jest – Therina podeszła do mężczyzny i spojrzała wprost w zimne, szare źrenice. – To ty wygrasz wybory, Vascal. Wystartujesz w nich zamiast mnie.
– Już ci mówiłem, Bohaterko…
– Ja też ci mówiłam, że nie chcę tego cholernego tytułu wicehrabiny! Zgodziłam się przez wzgląd na przyjaciół i dlatego, że Meredith jest niebezpieczna. Ty też masz ponoć swoje powody. Pokaż więc, jak ważne. Jeśli zależy ci na kimś w Kręgu, to nie masz innego wyjścia, tak jak i ja go nie miałam. Zrób to, Vascal. Przecież dobrze wiesz, że sama nie mam już szans.
Szlachcic nie mówił nic przez dłuższą chwilę. Wreszcie odwrócił się i usiadł ponownie na zdobnym fotelu.
– Muszę to przemyśleć.
– Nie masz wiele czasu do namysłu.
– Wiesz, ile rzeczy trzeba będzie odkręcić?
– Dasz sobie radę, masz wszystko, czego trzeba: ludzie cię poprą, bo zgadzają się z twoim programem, sam przecież go dla mnie zbudowałeś. Im przeszkadza jedynie moja osoba i wszystko, co się ze mną łączy. Ale dzięki twojej ostrożności nikt nie powiąże cię z niesławną Theriną Hawke. Gdy dziś ogłoszą moją rezygnację, ludzie zaczną rozglądać się za innym kandydatem, żeby nie ciągnąć wyborów w nieskończoność. Wtedy wysuniesz…
– Powiedziałem, że się zastanowię – głos Vascala był równie zimny, co spojrzenie. – Ty, radzę dobrze, zrób to samo.
– Nie ma potrzeby – Hawke obróciła się na pięcie i miała już wyjść z posiadłości, gdy Garez zapytał:
– Dotarliście ostatecznie do mojego przyjaciela?
Bohaterka stężała.
– Tak. Powinnam powiedzieć ci od razu, ale przez to wszystko…
– Co z nim?
– Nie żyje. Znaleźliśmy go w łóżku, to była długodziałająca trucizna. Przykro mi. Myślę, że masz kolejny powód do walki.
Dziewczyna niemal wybiegła z posiadłości i skierowała się ku Górnemu Miastu. Pragnęła nie słyszeć szeptów za jej plecami, chciała pozostać głucha na wyzwiska, zwłaszcza te, które dotyczyły jej związku z Fenrisem. Jakby niczego się wcześniej nie domyślali, jakby dopiero jego przeprowadzka uprzytomniła wszystkim, że słynna Bohaterka kocha się w elfie.
Po złożeniu w Twierdzy oficjalnej rezygnacji z udziału w wyborach, Theri odetchnęła z ulgą. Teraz nie musiała już robić nic wbrew sobie. Zraniona duma bolała, owszem, w końcu najpóźniej do końca dnia pani komtur usłyszy o wszystkim i z pewnością będzie tryumfować. Oto wielka Bohaterka Kirkwall, zabójczyni smoka z Kościanego Szybu, pogromczyni qunarich Arishoka, zguba gangów i wszelkiej maści potworów przestraszyła się Meredith Stannard. Jeśli jednak Vascal zgodzi się zająć jej miejsce, uśmieszek na twarzy komtur szybko zniknie. Jeśli nie… no cóż, wtedy trzeba będzie uciekać. Bo co miałaby zrobić? Zorganizować zamach stanu? Wtedy nienawiść miasta wobec niej sięgnęłaby zenitu. Nie, tego nie uczyni, choć ludność Kirkwall zapewne jeszcze zrozumie, kto prawdziwie troszczył się o jej los.
Nie miała ochoty wracać do domu, tłumaczyć wszystkiego Fenrisowi, ponownie opowiadać o dzisiejszym dniu, w którym schrzaniła sprawę. Nie chciała jednak przedzierać się przez całe Górne i Dolne Miasto, by dotrzeć do jakieś tawerny. Jedynym wyjściem był okoliczny przybytek, do którego Hawke nigdy by wcześniej nie zawitała; teraz jednak, gdy jej reputacja nie mogła już spaść niżej, podążyła w kierunku Kwitnącej Róży.
Madame Lusine, właścicielka burdelu, mimo pierwszego spotkania poznała ją, oczywiście, od razu. Z pewną dozą nieśmiałości (co już samo w sobie było szczytem ironii) zaproponowała szereg usług, którymi tak bogata osoba mogłaby być zainteresowana. Hawke poprosiła tylko o pusty pokoik i dzban najlepszego wina, jakim dysponowali. Położyła na ladzie pękatą sakiewkę i odprowadzona do jednej z komnat przez roznegliżowaną kelnerkę, padła na obity atłasem szezlong.
Problemy wyssały z niej wszelkie pokłady energii. Choć Avelina obudziła się wreszcie i Donnik otoczył ją należytą opieką, strażniczka nie doszła jeszcze całkiem do siebie; bardzo mocno przeżyła śmierć Brennan. Hawke była pewna, że przyjaciółka wreszcie otrząśnie się i jej smutek zamieni się w złość i zaangażowanie, ale póki co tkwili w tym samym punkcie, co wcześniej: Avelina nie zdołałaby poznać tajemniczego napastnika, pamiętała jedynie porażające zimno i niewyraźną, wtapiającą się w otoczenie sylwetkę atakującego. Nadal więc wszyscy byli narażeni na atak. Westchnęła. Miała dość i chciała wreszcie znieczulić się na rzeczywistość. Kiedy wróci dziś wieczorem do swojej posiadłości, wszystko uporządkuje. Ale jeszcze nie teraz.
Obudził ją ogromny hałas. Miała pustkę w głowie i nie potrafiła z początku skupić zmysłów, ale wreszcie udało jej się wyłowić z chaosu bodźców krzyk. Zamrugała. Przed nią stał i wrzeszczał Gamlen:
– Obudź się, dziewucho! Słyszysz?! Co też cię napadło, że przylazłaś właśnie tutaj?
– Wujku… ciszej trochę…
– Ciszej?! Rozejrzyj się!
Therina z trudem wykonała polecenie. I zastygła. Na podłodze wokół szezlongu, na którym zasnęła, leżeli trzej, uzbrojeni mężczyźni. Byli martwi. Hawke z paniką sięgnęła po własne miecze i wyciągnęła je z pochew. Były czyste.
– Wujku, co tutaj się stało?
– Ty mi powiedz! Szukaliśmy cię całą noc, twoi przyjaciele odchodzili od zmysłów. Usłyszeliśmy, że zrezygnowałaś ze startu w wyborach i póki ten cały Anders nie wyjaśnił nam, co się stało, byliśmy pewni, że ktoś zmusił cię do tego. Cholera, Theri, baliśmy się, że ktoś cię porwał, jak wtedy…
– Całą noc? Jest ranek?
– Późne popołudnie – Gamlen spojrzał na napoczęty sagan, stojący nieopodal. – Nie wiem, co to jest, ale musiało być mocne. A ci faceci? Napadli cię? No to dlaczego tutaj zostałaś? I czemu, do cholery, nie kazałaś wynieść ciał? Lusine dowiedziała się dopiero jak otwierała mi drzwi…
– Wujku, to nie ja, nie wiem, co się stało… – Hawke przerwała, bo zauważyła na stoliku jakiś zwitek papieru. Sięgnęła po niego drżącymi rękoma i odczytała nakreśloną ładnym pismem wiadomość: „Wszyscy jesteśmy na dole. I zawsze czuwamy. Przyjaciółka mojej Przyjaciółki jest moją Przyjaciółką". Therina jeszcze raz spojrzała na ciała napastników. Rany na plecach, karku i szyi: wszystko wskazywało na to, że ktoś ich zaskoczył.
– Niewiele brakowało, a byłabym martwa – szepnęła Theri.
– Cieszę się, że w końcu to do ciebie dotarło – warknął Gamlen. – A teraz mogłabyś łaskawie wstać i wrócić do domu? Ten twój Fenris zaraz przewróci do góry nogami całe miasto, chyba wybrał się właśnie do komtur, by sobie z nią trochę pogawędzić.
– O cholera – Hawke wstała chwiejnie i złapała się za głowę. Trunek musiał być bardzo mocny, co tylko potwierdzało jej złe przeczucia. – Złap go, wujku, proszę. Zanim zrobi coś głupiego.
– A ty wrócisz do domu, mam nadzieję?
– Tak, tylko porozmawiam z madame Lusine.
Gamlen kiwnął głową i wybiegł z pomieszczenia.
Hawke poprawiła potargane włosy, wzięła Przyjaciela oraz Pioniera i zeszła ostrożnie po schodach, kierując się w stronę baru. Lusine była wyjątkowo blada, chociaż słodkim uśmiechem próbowała ukryć zdenerwowanie.
– Nigdy w życiu nie piłam tak mocnego wina – Hawke oparła się łokciami o ladę.
– Zamówiła pani Karmazynowe z Tantervale. Jest to wyjątkowo mocny trunek…
– Rozumiem, że serwujecie je z dodatkiem trzech dojrzałych w południowym słońcu morderców?
Lusine miała już, widać, przygotowaną odpowiedź.
– Najmocniej przepraszam, widziałam ciała, kiedy otwierałam drzwi na prośbę pani krewnego. Jeśli ci mężczyźni niepokoili panią, to bez mojej o tym wiedzy. Musieli wedrzeć się…
– Z kogo ty chcesz zrobić głupka, Lusine? – Theri, mimo bólu głowy, odzyskiwała właściwy sobie animusz. – Dostaję najdalej wysunięty pokój. Ale w porządku, mogłam dać do zrozumienia, że potrzebuję spokoju. Przyniesione wino nie jest po prostu mocne: uśpiło mnie od razu, bo prawie nic z tego wieczoru nie pamiętam. Ale zamawiając coś wyszukanego mogłam nieświadomie sama o to poprosić, prawda? No dobra. Tylko, że do pokoju wchodzi nagle trzech uzbrojonych zbirów i gdyby nie fakt, że jestem wyjątkowo wyczulona przez lata praktyki, byłoby po mnie – dziewczyna nie zamierzała zdradzać całej prawdy, w końcu nie chciała zdekonspirować swoich nieoczekiwanych sojuszników. – Chcesz mi powiedzieć, że to też był przedziwny zbieg okoliczności?
– Zapłacili za noc w jednym z pokojów rozkoszy, nie miałam pojęcia, że zamiast tam pójść, wtargną do pani pokoju. Musi mi pani uwierzyć!
– Akurat. Na drzwiach nie widziałam żadnych, nawet najmniejszych zadrapań, musieli więc użyć klucza. Co ci zaoferowano w zamian? Możliwość spokojnego prowadzenia interesu, choć za świadczenie usług templariuszom Meredith mogłaby już dawno zamknąć Kwitnącą Różę?
– Jedyne, co mógłby mi zaoferować, to odwrócenie wzroku – warknęła Lusine. – Ale nie opłacałoby mi się narażanie tobie, Bohaterko.
Therinę coś zaniepokoiło, ale musiała skończyć zaczętą myśl.
– Kupczysz wyciągniętymi od klientów informacjami, otwierasz przed zabójcami odpowiednie drzwi, dodajesz do wina środki usypiające – a wszystko to, by pieniądz się ciągle kręcił. Niczego ci nie udowodnię i dobrze o tym wiesz, ale pamiętaj, że karta zawsze może się odwrócić. A ja nie zapominam.
Hawke obróciła się na pięcie i opuściła budynek ze zszarganymi nerwami. A miała się zrelaksować, miała tylko chwilę odpocząć. Nie powinna jednak narzekać: gdyby nie pomoc znajomych Szarady, leżałaby martwa. W burdelu.
Przyjaciele dowiedzieli się wreszcie, że jest cała i zdrowa. Varrik uraczył ją przydługim kazaniem o lekkomyślności, Avelina i Izabela soczyście ochrzaniły, a Anders wyjątkowo usilnie nakłaniał do wyjechania z miasta. Twierdził, że będzie jeszcze gorzej, dużo gorzej. Therina zbyła jego słowa machnięciem ręki, ale gdy wszyscy wyszli musiała przeżyć rozmowę z jeszcze jedną osobą.
– Festis bei umo canavarum! – krzyknął elf, a znaki lyrium rozjarzyły się błękitnym światłem.
– Mógłbyś mnie w końcu nauczyć Arcanum, bo nigdy nie wiem, czy przeklinasz, czy zamawiasz podwójną porcję szarlotki na wynos.
– Coś ty sobie w ogóle myślała?! Widziałaś, co się ostatnio dzieje, jak w ogóle… Kurwa! Mogłaś tam umrzeć!
– Wiem, nie musisz krzyczeć.
– Jak mogłaś być taka głupia?
– Nie mam pojęcia. Uważaj, to zaraźliwe.
– Szukaliśmy cię po całym mieście! W Dokach przetrząsnęliśmy opuszczone magazyny, w Dolnym Mieście Dzielnicę Kuźni i Obcowisko, byliśmy na cmentarzu, Donnik sprawdził Okaleczone Wybrzeże, Sebastian i jeden ze strażników Aveliny jeszcze nie wrócili z Kościanego Szybu. A wszystko dlatego, że chciałaś się napić?!
– Oj Fenris, wiem, że źle zrobiłam. Ale cale szczęście wszystko dobrze się skończyło. Nie cieszysz się?
Elf złapał ją w ramiona i pocałował. Agresywnie, zachłannie. Nie trzeba było słów.
Odpoczywali w potarganej miłością pościeli i oddychali głęboko świeżym powietrzem, płynącym z otwartego na oścież okna. Theri leżała na brzuchu, odsłaniając nagie, ozdobione wielkim tatuażem plecy. Fenris wodził palcami po liniach wspaniałego, kolorowego rysunku.
– Podoba ci się? – zapytała Hawke.
– Yhm. A jeszcze bardziej podoba mi się, że nie startujesz w tych głupich wyborach.
– Wierz albo nie, ale mnie się to podoba jeszcze bardziej, niż tobie.
Zanim do Theriny przyszli pełni pretensji przyjaciele, Bodahn przekazał jej wiadomość od Vascala. Szlachcic przystał na plan Hawke. Ogłosił już, że chce walczyć o tron Kirkwall, a mężowie zaufania uznali, iż nadaje się na kandydata. Zgodnie z harmonogramem, jutro wszystko miało się rozstrzygnąć, choć pionki na szachownicy zamieniły się miejscami. Hawke westchnęła. I pogrążyła się we śnie.
Miasto płonęło. Krzyki rozrywające powietrze niosły się długim, przerażającym echem. Wszystko wyglądało inaczej, ale to musiało być Kirkwall. Szalejące tornada ognia goniły ją, choć kopyta prawie nie dotykały ziemi. Jej czarna grzywa zajęła się ogniem, a z gardła wyszło przerażające rżenie umierającego zwierzęcia. Bruk zaczął zawijać się, wciągać ją do środka, jak jakiś ogromny, czarny wir. Nawet najszybszy cwał nie był w stanie wygrać z tą nienaturalną siłą. Nie chciała się spojrzeć w oczy temu, co wywołało pandemonium, co znajdowało się w oku cyklonu. Wir obrócił jednak jej ciałem i ujrzała istotę ogarniętą mocą. Pochłoniętą przez moc. A całe miasto było tylko pokarmem. Istota spojrzała na nią błękitem tęczówek…
– Hawke. Theri. Obudź się.
Dyszała, skulona w ramionach elfa. Powoli podniosła głowę.
– Miałam koszmar.
– Nie pierwszy raz – wyszeptał Fenris. – Ostatnio niemal każdej nocy krzyczysz przez sen.
Therina nie była tego świadoma. Nie zawsze pamiętała przebudzenie.
– Wiesz, kiedy dotrą zapiski, które wysłała Varania?
– Powinny być na dniach. Dlaczego pytasz?
Siostra Fenrisa ostatecznie zdecydowała się na mniej niebezpieczną opcję dostarczenia Hawke informacji o Naznaczonych. Gdyby wykradła całą księgę z tevinterskiego archiwum, miałaby nie lada kłopoty. Jako elfka nie mogła jej też normalnie wypożyczyć, więc chodziła do biblioteki kilka razy i ukradkiem przepisała trzy rozdziały, interesujące Therinę. Zapiski wysłała jakiś czas temu. Hawke chciała dowiedzieć się już wszystkiego o tej części siebie, której zawdzięczała życie, ale której zaczynała się poważnie bać.
– Tak tylko. Spróbuj znowu zasnąć. Pójdę się przewietrzyć.
– Tylko nie idź dalej, niż na ganek. Nie chcę się znowu zamartwiać.
– Dobrze, tato – Hawke wstała i sięgnęła po ciepły kaftan, który miała na sobie ostatnio w dniu spotkania Szarady.
Będąc na zewnątrz spojrzała w niebo. Gwiazdy znikły, przykryte gęstymi chmurami. „Będzie padać. Kiedy to padało ostatnio? Aha, jak napadli Avelinę. Lało jak z cebra. Szłam z Fenrisem na spotkanie. A wcześniej strzelałam z Sebastianem. Wtedy zapowiadało się na deszcz. Ale było zimniej… Zimniej…". Hawke zmarszczyła brwi. Coś jej umknęło, było coś w tym wszystkim, czego nie potrafiła wyrazić, odsłonić, choć miała to na końcu myśli. „Cholera! Co jest nie tak? Co mi tutaj nie pasuje?", gryzła się, chodząc nerwowo po podwórzu. Pewne słowa, pewne zdarzenia zaczęły do niej wracać, nie wiedziała tylko, dlaczego. Nieświadomie spojrzała na okalający posiadłość mur, z cieni którego wyskoczył nagle czarny kot, łapiąc zaskoczoną atakiem mysz. Wtedy w głowie Hawke wszystko się poukładało. Sens każdego ostatniego zdarzenia jawił się jasny, logiczny. Dziewczyna wydała z siebie jakiś okrzyk i popędziła z powrotem do pokoju. Fenris, czuły na każdy, nawet najmniejszy dźwięk, stał już gotowy z bronią w ręku.
– Szybko! Daj mi kawałek tapety! Rolka leży tam, w składziku. Musze mieć pewność, muszę mieć absolutną pewność…
Fenris jeszcze chwilę przyglądał się jej bez słowa, po czym podreptał we wskazanym przez dziewczynę kierunku, ona zaś wygrzebała z paleniska kawałek zwęglonego drewienka. Wyrwała z rąk elfa wzorzystą płachtę i obróciła ją na czystą stronę. Węgielkiem zapisała na samej górze kilka słów: „Zimno", „Napastnik bez twarzy", „Meredith", „Przyjaciele".
– Wszystko zaczęło się od Izabeli – dziewczyna narysowała kreskę od hasła „Przyjaciele" i napisała imię piratki. – Nagle ni z tego, ni z owego, na jej statku przeprowadzana jest kontrola, podczas której zostaje wykryta nielegalna substancja. Kto to mógł zorganizować?
– Przecież dawno doszliśmy do wniosku, że to Meredith – elf przysiadł na oparciu fotela i przyglądał się Therinie.
– No właśnie. Bo też wszystko na to wskazuje, prawda? – Hawke połączyła hasło piratki z imieniem komtur. – Sama rozmawiałam z tą babą i bynajmniej nie zaprzeczała, że zleciła przeprowadzenie inspekcji. Ale co tak naprawdę osiągnęła? Nic. Izabela została uniewinniona, a nie wierzę, że skazanie na śmierć tych dwóch marynarzy z jej statku było prawdziwym celem Meredith. Nie, chodziło o coś więcej. O coś, co umykało przy fakcie, że Izabeli nie grozi powieszenie – Hawke narysowała strzałkę od piratki i dopisała obok „Negatywny rozgłos".
– Skąd Stannard miałaby wiedzieć, że dzięki Vascalowi wynajmiesz najlepszego, ale za to narcystycznego adwokata? – zapytał nieprzekonany Fenris.
– I to jest dobre pytanie: skąd? – Theri wytyczyła drugą, trzecią i czwartą kreskę oraz dopisała imię uzdrowiciela, Varrika i Merrill. – Dalej: klinika Andersa zostaje przeszukana i zamknięta. Zrobili to templariusze – Hawke połączyła imię uzdrowiciela z Meredith. – Następnie Varrik: ktoś niezauważony demoluje ścianę i wypisuje obraźliwe słowa – Hawke narysowała od imienia krasnoluda kreskę, prowadzącą do hasła „Napastnik bez twarzy". – Tego samego dnia do Merrill przychodzą templariusze. Bez dwóch zdań znaleźliby coś nawet gdyby elfka nie przywołała akurat demona z Lustra – jedna kreska powędrowała do hasła „Meredith", a druga do „Negatywnego rozgłosu". – Przez to Merrill nie miała już powrotu do Obcowiska, a ludzie zaczęli gadać. Wtedy też zdecydowałam się przystać na propozycję Vascala. I wydawałoby się, że gdyby nie on, przepadniemy z kretesem. Co się działo dalej?
– Napastnik bez twarzy atakuje Avelinę – Fenris wstał i podszedł do schematu. Theri przytaknęła i narysowała łączącą kreskę.
– Tak. Oko mówił, że atakujący „pojawił się znikąd", musiał mieć dobry kamuflaż. A pamiętasz, co było w tym wszystkim szczególnie dziwne?
– Magiczna rana?
– Właśnie! Była pokryta szronem, a więc użyto jakiejś magii, związanej z tym konkretnym żywiołem – Hawke dorysowała linię do hasła „Zimno". – Jednak co się właściwie dzieje? Ginie Brennan, a nie Avelina. Napastnik się pomylił? Nie sądzę. Zlikwidował niepotrzebnego świadka, a Linę wyłączył tymczasowo z jej obowiązków komendantki Straży Miejskiej. To musiało być istotne. Później okazuje się, że Sebastian ma dostęp do raportów templariuszy. Daję sobie rękę obciąć, że to nie przypadek, ktoś musiał wiedzieć, że nasz kleryk nie przepada za Andersem i tylko podsycił niechęć. Jako że raporty pisane były przez podwładnych pani komtur, uznajmy, że to jej sprawka – kolejna linia wyszła od „Meredith" i przerwana została przed napisanym hasłem „Sebastian".
– Mnie możesz też dopisać do Stannard – mruknął Fenris. – Nikt inny nie mógł zlecić Branowi rozbiórki mojej posiadłości.
– Nie byłabym tego taka pewna – Hawke pokręciła przecząco głową. – Seneszal nie raz brał w łapę, dobrze o tym wiem. To mógł być ktoś inny. Ale jest coś ważniejszego w tym wszystkim: co Meredith miałaby przez to osiągnąć? Myślisz, że bawiłaby się w to wszystko tylko po to, by cię zdenerwować? Nie, tu chodziło o coś innego – Therina ścisnęła węgielek i połączyła imię elfa z hasłem „Negatywny rozgłos".
Fenris spojrzał w jej oczy.
– Słyszałem, o czym szepczą na mieście. Mówiłem ci, że tak będzie.
Theri machnęła ręką, zniecierpliwiona.
– Nie sądzisz chyba, że ich zdanie liczy się dla mnie bardziej niż ty? Zresztą, skup się. Co było dalej?
– Sytuacja w Katowni.
– Tak. Teraz już jestem pewna, że tych dwóch templariuszy, ciągnących dziecko korzystające z magii krwi, to było po prostu przedstawienie, w którym przez własną głupotę wzięłam udział. Templariusze, czyli Meredith – powstała kolejna kreska. – To znowuż doprowadziło do fali nienawiści, jaką okazują mi mieszkańcy Kirkwall – hasło „Negatywny rozgłos" zostało połączone z jej imieniem. – Na koniec Kwitnąca Róża. Przyjaciele mojej kuzynki uratowali mi życie. Trzech napastników, niespecjalnie wyrafinowani, ale po co się starać, jeśli ofiara leży bez świadomości, wyłożona jak na patelni? Każdy z nas – dziewczyna zakreśliła koło przy haśle „Przyjaciele" – został w jakiś sposób dotknięty, zaatakowany. A jednak każdy z nas żyje i tak naprawdę tylko ja miałam zginąć. Dlaczego?
– Podejrzewam, że nie masz na myśli łutu szczęścia.
– Nie, nie mam. I jeśli się nie mylę, mamy poważny problem. Bo coś mi w tym wszystkim nie pasowało, coś niepokoiło. Kiedy wyszłam się przewietrzyć zrozumiałam, co. Rano, tego samego dnia, gdy zaatakowano Avelinę, ćwiczyłam strzelanie razem z Sebastianem.
– Mówiłaś, że wtedy podszedł do was ten posłaniec od Vascala.
– Tak. Prawdziwy profesjonalista. Nie zauważyłam, jak się zbliża, póki nie był za moimi plecami. A później wtopił się w przyświątynny mur, jakby założył jakąś bajkową pelerynę-niewidkę.
Fenris patrzył na nią. Coś do niego docierało.
– Pamiętam jeszcze jedno z tamtej chwili: zrobiło mi się zimno i pomyślałam, że to przez nadchodzący deszcz.
Elf pokiwał głową.
– Napastnik bez twarzy, korzystający z magii żywiołu.
Hawke zakreśliła to hasło i poprowadziła linię w puste miejsce obok imienia Meredith.
– Jest coś jeszcze. Podczas draki w Katowni Jasper odbiegł nagle i wściekle oszczekiwał powietrze. To musiał być on, a pies wyczuł wcześniej jego zapach na moim kaftanie. Tajemniczy napastnik pewnie obserwował rozwój wypadków. Co więcej? Straciłam szansę na wygraną w wyborach między innymi z powodu fałszywki, jaką przekazał nam ten dziwny mężczyzna, z którym się spotkaliśmy w nocy.
– Mówiłem wtedy, że skądś go kojarzę. Musiałem widzieć go kiedyś, jak kupczył tymi dokumentami z Tevinterczykami i innymi obcymi, którzy mieli utrudniony dostęp do miasta. To było lata temu, nie myślałem wówczas o jakimś tam fałszerzu, tylko o łowcach niewolników.
– Tak, wyszło więc, że ja i Anders jesteśmy oszustami. Ten kupiec przekazał wiadomość dla Andersa, by mag nie ruszał się bez dokumentu. Przez to „pochwaliliśmy się" Cullenowi, jak jacyś durnie. Dlaczego jednak tego kupca przejęli templariusze, a nie Straż Miejska?
– Bo Straż była w żałobie po Brennan i czekała na powrót Aveliny do zdrowia.
– Właśnie. Czasem bywało tak, że Straż prosiła o pomoc templariuszy, gdy miała za dużo pracy, a za mało ludzi. Chodziło tylko o przymknięcie oszusta, ale dzięki temu Cullen mógł na forum dowieść, że dokument Andersa jest fałszywką.
– Sprytne – mruknął Fenris. – I chyba widzę, do czego zmierzasz. To nie jest tylko sprawka Meredith, prawda?
Theri pokiwała energicznie głową.
– Jest coś jeszcze. Zrozumiałam, co takiego nie pasowało mi w słowach właścicielki Kwitnącej Róży. Powiedziała: „Jedyne, co mógłby mi zaoferować, to odwrócenie wzroku". A przecież mówiłam wtedy o Meredith. Jest jakiś „on", który terroryzuje właścicielkę Kwitnącej Róży i każe jej donosić na klientów. Jest ktoś, kto nie zamierza zabijać, ale zależy mu na tym, by zszargać nam opinię, by mówiło się o nas wszędzie. Dopiero, gdy plan zostaje wykonany, chce się mnie pozbyć. Jest ktoś, kto wykorzystuje tajemniczego napastnika, tak dobrego w swym fachu, że nikt nie widział jego twarzy, nawet ja, choć stałam blisko. Bo nie mam wątpliwości, Fenris, że to ten sam człowiek. Ten sam człowiek, którego wysłał… – Theri ścisnęła węgielek i zapisała nazwisko w pustym miejscu obok hasła „Meredith".
– Aby nas zniszczyć, musieli współpracować. Inaczej ciągle stałabym im kością w gardle, a ludzie poparliby mnie w każdej sytuacji. Gdyby po prostu nas zabili – stalibyśmy się męczennikami. I on o tym wiedział. Przekonał mnie, że nie chce urzędu, ufałam, że jest podobny do mnie. W ten sposób dobrowolnie oddałam mu władzę nad miastem. A teraz muszę mu tę władzę zabrać, zanim nadejdzie ranek. Bo wtedy zaczną się wybory i Garez Vascal, tajemniczy współpracownik komtur Meredith zostanie wicehrabią Kirkwall.
