Przepraszam, że zdążyliście się już zestarzeć, odkąd czytaliście ostatniego fanfika :D Hawke kazała na siebie poczekać, ale za to macie poniżej tekst długości pracy licencjackiej. Witajcie ponownie!
31.
Therina zerwała się do biegu, lecz Fenris zdążył złapać ją za rękę.
– Zaczekaj!
– Co? Nie ma czasu do stra…
– Zastanów się przez chwilę, do cholery! – syknął i puścił jej rękaw. – Vascal już wie, że przeżyłaś, należy też zakładać, że bierze pod uwagę scenariusz, w którym domyśliłaś się wszystkiego. Nie wpuści cię do swojej posiadłości, a jeśli nawet, to tylko po to, by dokończyć robotę wynajętych zabójców.
– Nie będzie wystarczająco szybki – wycedziła Theri, zaciskając pięści.
– Tak właśnie cię podszedł, nie rozumiesz? Doskonale wie, co zrobisz, dlatego stałaś się pionkiem w jego grze.
– Więc co, mam czekać, aż zostanie wicehrabią i na spółkę z Meredith skąpią Kirkwall we krwi? Zrobię tak: pójdę tam i zacznę opowiadać o napadzie w Kwitnącej Róży, odwrócę jego uwagę i wystarczy jeden jedyny moment, a sztylet znajdzie się w jego gardle.
– Nim dojdziesz do połowy holu, będziesz martwa – Fenris demonstracyjnie zagrodził sobą drzwi, prowadzące na schody. – A jeśli nawet, zakładając łut szczęścia: co da ci zabicie Vascala? Całe miasto zwróci się przeciw tobie i w dwa uderzenia serca będziesz miała pod własnym domem hordę rozwścieczonych ludzi. Meredith i tak dostanie diadem, a nas nawet nie będzie musiała tknąć palcem, samo Kirkwall przyjdzie po swoją „sprawiedliwość".
Theri poczuła się jak zagonione w pułapkę zwierzę. Zdusiła jęk bezsilności.
– Więc co zrobimy? – wyszeptała.
– Po pierwsze, potrzebujemy Varrika – Fenris podszedł do komody, o którą oparty był jego bastardowy miecz. – Sądzę, że jedyny plan, jaki może się powieść, to plan tak samo wyrafinowany, jak ten Vascala. Musimy zrobić coś, czego on się zupełnie nie spodziewa.
– Czyli?
Fenris przypiął miecz i otworzył drzwi do holu.
– Pozbijać pionki na tyłach szachownicy.
– Nikt was nie zatrzymał po drodze? – spytała Theri.
– Nie, ale obserwowano każdy nasz krok – Varrik usiadł ciężko w starym, rodowym fotelu. – Nie dało się ich nie zauważyć, choć pewnie mieli wtopić się w tłum. Ten, który udawał zwiedzającego miasto bawidamka był dobry, nie, Ponuraku? Albo ten zataczający się, mający udawać pijaczka. Jakbym po tylu latach mieszkania w Wisielcu nie znał każdego lokalnego moczymordy. Ale i tak wygrał żebrak, jak na chromego wyjątkowo sprawnie deptał nam po piętach.
– I templariusze. Nie zapominaj o templariuszach – mruknął Fenris.
– Co robimy? – Theri kucnęła przy fotelu i spojrzała w oczy krasnoludowi. – Zostało bardzo mało czasu. Powiedz, że masz w głowie jakiś plan.
Varrik spojrzał na leżącą nieopodal tapetę z nabazgraną mapą myśli. Przyciągnął ją do siebie wraz z węgielkiem i położył na kolanach jej czysty, niezapisany róg.
– Dobra. Możliwości mamy dwie: albo ryzykujemy i próbujemy zdyskredytować Vascala tak samo, jak on nas, albo namawiamy szlachciców do wstrzymania się od głosu w wyborach. Zarówno w pierwszym, jak i w drugim wypadku prawdopodobnie nie zdążymy i/lub damy się zabić. Pytania?
– Jak mielibyśmy zepsuć mu opinię?
– Podrzutka: lyrium, inne narkotyki, coś magicznego. Albo zwłoki. Problem w tym, że Meredith nie wyśle żadnych templariuszy na przeszukanie jego mieszkania, nawet jeśli spod wycieraczki wypływać będzie struga krwi i czarnej materii. Jedyna nadzieja w bezpośrednim raporcie u Cullena czy Thraska. Nikłe szanse dawałaby nam też wizyta u Elthiny: gdyby na porannej mszy palnęła przypowieść o dwóch konkurentach, z których jednak żaden nie jest godzien błogosławieństwa Stwórcy, mieszczanie mogliby zacząć buczeć w czasie wyborów. Tego szlachta boi się najbardziej, ale wszystko to patykiem pisane, Hawke.
– No dobra, a alternatywa?
– Mamy dziewięć rodów, których członkowie zadeklarowali się głosować – tu Varrik zaczął zapisywać nazwiska, jedno pod drugim. – De Launcet i Carracow, Talwain i Harimann, Cavin i Elegant, Darrow, Threnhold i Selbrech. De Launcet nie jest żadnym problemem, dzięki długowi wdzięczności. Flora Harimann i jej brat – małe piwo, wystarczy powiedzieć, że tego chciałby Sebastian. Ale reszta… Tu zaczynają się schody, Hawke. Threnhold sam chciałby zostać wicehrabią, ale wie, że nie ma szans na poparcie; jego ojczulek niespecjalnie sprawdził się jako władca, ale najważniejsze, że korony i głowy pozbawiła go sama Meredith. Zagłosuje na każdego, kto będzie jej oponentem. Nie przyjmie raczej do wiadomości, że Vascal i Stannard reprezentują to samo stronnictwo, za bardzo chce dopiec pani komtur, by miał wstrzymać się od głosu. Podobnie z Selbrech: tak długo walczyła o to, by Meredith oddała władzę, że zapewne podejmie ryzyko i zagłosuje na Vascala. Chociaż, gdyby tak nakreślić obraz Vascala w spódnicy… No, zobaczymy. Carracow to cwany lis, niepotrzebna mu prawda, tylko zysk, jego cena może okazać się wysoka. Taka zresztą była, gdy ty kandydowałaś, Hawke, ale to Vascal zapłacił... Elegant zawsze robił na przekór żonie, więc Vascal, z tego, co mi wiadomo, nie zdołał przekonać go do zagłosowania na ciebie. Hrabia wiedział, że jego połowica robi z tobą interesy, więc samo „Hawke" wystarczyło, by poleciał uścisnąć prawicę Meredith. Lady Talwain chce za wszelką cenę ustawić swojego synka na stanowisku seneszala, więc zagłosuje na kogokolwiek, byle zaczęto już robić porządki w Twierdzy. Seneszal Bran Cavin, natomiast, miał wielką ochotę zagłosować na ciebie, bo szaleństwa Meredith trochę go przerażały. Przy tym liczył, że te kilkanaście razy, kiedy był wobec nas paskudnie niemiły pójdą w niepamięć, a ty zostawisz go na jego ciepłej posadce. Teraz nie wiadomo. Pewnie zagłosowałby na Vascala. Pytanie, czy nasze słowa będą dla niego silniejsze od strachu. Bo komuś może się bardzo nie spodobać, że wicehrabiego wciąż brak na tronie, a seneszal w najlepsze pobiera swoje wynagrodzenie z miejskiego skarbca. No i wreszcie Darrow. Tego nie mogę rozgryźć. Niby wśród szlachty uchodzi za liberalnego obrońcę magów, elfów i grabarzy, a Vascal nie był pewien, czy przekonał go do głosowania przeciw Meredith. Musi być coś, na czym mu zależy, ale jak to odgadniemy, mając zaledwie chwilę na rozmowę?
Hawke wpatrywała się w nabazgrane imiona z tak zaciętą miną, że samym spojrzeniem mogła wypalić w tapecie dziurę.
– Musimy się rozdzielić. A później zrobimy to, co umiemy najlepiej. Będziemy improwizować.
Na głównym placu Górnego Miasta postawiono drewniany podest, udekorowany flagami Kirkwall. Wokół niego zgromadziły się prawdziwe tłumy. Ten i ów spoglądał na majestatyczne schody, prowadzące do Twierdzy Wicehrabiego, te same, po których tak ładnie stoczyła się głowa poprzedniego władcy, a które miały za moment zaprowadzić na tron nowego właściciela diademu. Pogoda była nijaka, chmury raz odsłaniały, raz zasłaniały słońce, wiatr dokuczał, podrywał peruki wypacykowanych jej– i jegomości.
Na podeście stało dwanaście osób: dziewięcioro wyborców, którzy wpłacili już stosowną opłatę elektorską i poświadczyli swoje szlachectwo odpowiednimi dokumentami, dwoje kandydatów oraz Wielka Kapłanka Elthina, mająca przeprowadzić cały rytuał i wskazać ewentualnego zwycięzcę.
Gwar był okrutny, tłum niecierpliwił się, mądrale wymądrzali, prorocy prorokowali. Wokół placu ustawili się templariusze, w teorii mający utrzymać porządek, w rzeczywistości ziewający, dłubiący w nosie i zaczepiający urodziwe panny nieurodziwymi odzywkami. Mimo to, wszystkie dachy budynków, z których rozciągał się dobry widok na skwer były obsadzone łucznikami, a liczne wejścia do ciasnych uliczek zastawione pawężami.
Theri nie zamierzała zatem szukać luki w systemie. Stała bezczelnie blisko podestu, spoglądając w górę na całe widowisko. Tłum rzucał co jakiś czas w jej stronę niewybredne okrzyki, ale autorami byli głównie ci stojący dalej. Będący bliżej rozstąpili się, gdy szła i pozostawili wokół dziewczyny pustą niszę, jakby samą bliskością miała im jakkolwiek zaszkodzić. To zresztą bardzo Therinie odpowiadało; przyjaciele przychodzili i składali jej na ucho raporty, a nikt, mimo ogromnego tłumu, nie mógł ich podsłuchać. Ceną było poczucie, że łucznicy wiercą ją spojrzeniem i nerwowo dotykają cięciw, ale była gotowa to znieść.
– Zebraliśmy się w pokoju, oczekując rady. Stoimy wobec wyboru, natchnieni prawdą i siłą – zaczęła Elthina, a gawiedź stopniowo się wyciszała. – Klękamy przed sprawiedliwością, lecz nade wszystko błagamy o mądrość. Bo w mądrości jest siła i sprawiedliwość, w mądrości jest rada, prawda i siła. Stwórca stworzył porządek i porządek jest właściwy światłym. Niechaj stanie się porządek.
Rozległy się okrzyki wiwatującego tłumu, a na środek podestu wkroczyła komtur Meredith Stannard oraz lord Garez Vascal.
– Ci jednak, którzy nie w prawości, a w chciwej żądzy pokładają swe siły, niech odstąpią, bo nie tylko lud ich osądzi, lecz i Stwórca – ciągnęła Elthina, a lud zamarł, bo nie były to słowa uświęcone tradycją. Na twarzy Meredith drgnął jeden nerw, po Vascalu nic nie było widać. Oboje stali nadal na swoich miejscach, wpatrując się w nieokreślony punkt przestrzeni.
– A widzisz – powiedziała nieco zbyt głośnym szeptem któraś z mieszczek do swojej kumoterki. – Mówiłam ci, że Jaśnie Oświecona wie coś o tej dwójce, inaczej by do rozwagi tak mocno nie namawiała na porannej mszy!
Hawke uśmiechnęła się jednym kącikiem ust. Elthina kontynuowała ceremonię, a do dziewczyny znienacka podszedł Fenris.
– Zrobione – szepnął i spiorunował wzrokiem jakiegoś mieszczanina, który przed chwilą wskazywał na parę i ku uciesze reszty wykonywał obsceniczne gesty. Prostak natychmiast zniknął w gęstym tłumie. – Mag wyłapał chyba wszystkie szczury z Mrokowiska, bo efekt był niczego sobie.
– On ma imię, Fenris. Udało się wszystkie zaczarować?
– Tak. No i całe szczęście, bo nie było najmniejszych szans, by cokolwiek podrzucić. To musi wystarczyć. Ochronę Vascal ma bardzo dobrą, teraz tylko kwestia, czy w jego domu naprawdę jest coś kompromitującego. Gorzej, jeśli w swojej kryjówce jest równie ostrożny, co poza nią.
– Wkrótce się przekonamy. Oby zatrważająca liczba szczurów wypadająca z okien jego domu była wystarczającym powodem do przeszukania. Cullen powiadomiony?
– Banda smarkaczy Varrika do niego poleciała, odstawili przedstawienie, jak ta lala. Zresztą nie chodzi tylko o to, że gryzoni jest tak dużo.
Theri spojrzała z niepokojem na elfa.
– Nie ma czasu na sentymenty i honorowe zagrania, Hawke. To brudna gra i ma brudne zasady. Rutherford powinien niedługo być – powiedział i odszedł gdzieś, usuwając się z widoku. Dziewczyna zaś zauważyła, że Vascal, do tej pory niczym nie wzruszony, przygląda się jej uważnie. „Boisz się, Garez, to dobrze, bardzo dobrze… Wiesz od swoich szpicli, że rano odwiedziłam szlachtę, ale nie masz pewności, czy próbowałam ich przekonać do głosowania na ciebie. Czy już wiem? Czy nadal gramy w tej samej drużynie? Odcięty od informatorów, ślepy, głuchy i to na tej platformie, na której tak chciałeś stać. Teraz ty będziesz miał tarczę wymalowaną na plecach".
Elthina pobłogosławiła lud w godzinie próby i stanęła w głębi podestu. Na czoło wysunęła się Meredith i miała już zacząć swoją przemowę, gdy pewien szczegół wyraźnie przykuł jej wzrok. Ulotki, niemal każdy miał w ręku jakieś pismo. Lud zaczął szemrać, po czym do zebranych na podwyższeniu doszły ciche śmiechy. Głowy mieszczan czy szlachciców pochylone były nad kartkami; co i rusz któryś pokazywał sąsiadowi fragment, po czym razem spoglądali na panią komtur, ledwie kryjąc parsknięcie. Meredith zacisnęła szczęki i zagrzmiała:
– Kirkwall potrzebuje siły, aby zgnieść w zarodku to, co powstaje, by mu zagrozić. Qunari byli problemem, z którym nic nie robiono, aż doprowadziło to do…
Komtur wygłaszała zdanie wolniej i wolniej, aż wreszcie przerwała, skonsternowana śmiechami, jakie wybuchały tu i ówdzie w gęstwinie tłumu. Po chwili podjęła ponownie, mówiąc coraz głośniej i wyraźniej, coraz więcej wkładając we wszystko złości i nerwów. Symptomy wesołości tłumu nie nikły, wręcz przeciwnie, powoli robiło się jak na świątecznym jarmarku czy przedstawieniu objazdowej trupy komediantów.
Wreszcie Hawke podeszła do najbliżej stojącej szlachcianki i poprosiła o podzielenie się ulotką. Dziewczę nieco się spłoszyło, bo też nie wiedziało, czy obrazić się, fuknąć i odejść, czy dziękować, że Bohaterka się do niej odezwała. Wreszcie oddała papier. Nagle wśród tłumu zrobiło się zupełnie cicho. Stannard strzelała przykładami historycznej agresji na Kirkwall ciesząc się, że gwar w końcu umilkł. Nie wiedziała, że każdy na dole przypatruje się czytającej Bohaterce i z zapartym tchem czeka na reakcję.
Theri, rzecz jasna, znała autora paszkwilu, wszystko było częścią ustalonego planu. Krasnolud nie zdążył jej tylko pokazać tegoż dzieła, zanim wszyscy odeszli na swoje stanowiska. Teraz miała tylko odegrać scenkę, co nie było ani trochę trudne, bo Varrik przeszedł samego siebie.
Hawke, w niemal zupełnej ciszy, zanim Meredith zdążyła po słowie „bronić" dodać słowo „bezpieczeństwa", parsknęła takim śmiechem, że się osmarkała.
– …naszego kraju może szanowna Bohaterka raczy wytłumaczyć, co też jest ważniejsze od zapewnienia mieszkańcom pokoju? Czy może takie sprawy są ponad twoim kręgiem zainteresowań, panno Hawke? Uważasz, że to wszystko jest zabawne?
– Nie, nie, ja tak tylko… – powiedziała Theri, wycierając smarki rękawem i wciąż dusząc się ze śmiechu. Co więcej, ludzie stojący w pobliżu też zaczęli chichotać i fala poszła dalej. „Tyle wygrać", pomyślała, rozbawiona. Dziewczyna wiedziała, że szlachta najbardziej ze wszystkiego boi się dwóch rzeczy: jednomyślności tłumu i śmieszności. Biedna Meredith: już teraz hrabia Elegant i lady Talwain patrzą na nią z czymś pomiędzy niepokojem a zażenowaniem.
– …nie będziemy tolerować żadnych uchybień, nie będzie żadnych ustępstw wobec…
– …blaszaną ma spódnicę i prawicę blaszaną ma! O kurwa, ale numer!
– Cicho, bo zobaczy! Cicho!
– …niezarejestrowani magowie mogą przyczynić się do dezintegracji porządku…
– …jak zjedziesz jeszcze niżej to blaszka, na blaszce – rdza!
– …najistotniejszym elementem jest silna, czujna władza…
– …bo zakasać trza rękawy, rdzą się zajmie człowiek prawy, tutaj dotknie, natrze, klęknie, to i blacha trochę zmięknie!
– …wobec tego musimy zrozuMIEĆ, CO JEST DLA NAS NAJWAŻNIEJSZE! – komtur nie wytrzymała na ostatku. Dysząc wpatrywała się z nienawiścią w Hawke, która odwzajemniała się miną niewiniątka. Wreszcie wróciła na swoje miejsce i o jej wzburzeniu świadczyły tylko zaciśnięte pięści. Nie trwało to długo, gdyż wystąpienie naprzód Vascala ewidentnie zapewniło jej sporą dawkę spokoju, nawet nie powstrzymała lekkiego uśmiechu, którym obdarzyła Hawke. I tym razem dziewczyna się odwzajemniła. „Poczekaj tylko…".
Garez przemawiał jak prawdziwy polityk. Unikał zapalczywego tonu pani komtur i już samo to dawało mu znaczną przewagę – cała reszta opływała w chwyty retoryczne, delikatną modulację głosu, wyważone argumenty. Jego program różnił się nieco od tego, zbudowanego na potrzeby Hawke, ale w ogólnym zarysie także odwoływał się do racjonalnych, pokojowych oraz przedsiębiorczych technik i metod rozwoju. O magach wypowiedział się w nader skąpych, mało konkretnych słowach: frazesy o wzajemnym zrozumieniu i ustaleniu najlepszej opcji koegzystencji były tyleż piękne, co puste.
Słuchano go z uwagą i Vascal pomyślał, zapewne, że Theri nadal wierzy w ich umowę. Dziewczyna chciała, by jego wiara jak najszybciej prysła, lecz Cullen nie nadchodził.
– Spóźnia się.
Hawke spojrzała w dół. U jej boku stał Varrik. Klęknęła, by łatwiej go słyszeć i nie uronić ani słowa.
– Jak tak dalej pójdzie, Vascal zjedna sobie tych, których nie zdołałaś przekonać. Kto wie, może tych drugich również.
– Może sir Cullen nie będzie chciał zakłócać ceremonii? Może będzie obawiał się posądzenia o mącenie w wyborach?
– A może nic nie znalazł. Oprócz płonących szczurów, oczywiście.
– Płonących? – Theri musiała zmuszać się do szeptu. – Na Stwórcę, Varrik, a jak ktoś tam zginie?
– Rodziny nie miał, przynajmniej oficjalnej, służba by sobie poradziła, reszty jego ludzi nie ma co żałować. Ty martw się lepiej, by nie spłonęła cała chałupa, bo z ewentualnych dowodów nici.
Vascal coraz wyraźniej zbliżał się ku końcowi przemówienia, a na horyzoncie nadal nic się nie działo. Theri nie mogła spoglądać na boki, bała się, że zwróci to uwagę Vascala, Meredith lub templariuszy. Miała grać neutralną tak długo, jak długo się da.
Wreszcie szum w tłumie obwieścił oczekiwane – zanim Vascal przeszedł do ostatniego zdania w swoim przemówieniu, przez kordon templariuszy i gęstwinę ciżby z uporem zaczął przeciskać się zastępca pani komtur. Minę miał poważną i zatroskaną, włosy częściowo potargane, częściowo przyklejone do śliskiego od potu czoła.
Hawke obserwowała minę Meredith: komtur była wyraźnie niezadowolona. Z pewnością wyczuwała problemy, co było niejako zrozumiałe – Cullen należał do jej zaufanych ludzi, ale był człowiekiem o żelaznych zasadach, człowiekiem, który nie bał się wyjawić prawdy i nie zgodzić się na to, co nie współgrało z jego sumieniem. Teraz, swym nieporządnym wyglądem i nagłym pojawieniem się na placu, wzbudzał wśród publiki lekki niepokój.
Vascal zakończył przemówienie, rozległy się całkiem szczodre brawa, w czasie których templariusz zbliżył się do komtur i nerwowo gestykulując, wyjaśniał coś na ucho. Meredith słuchała w skupieniu. Nagle spojrzała na Hawke. Dziewczyna nie uciekła wzrokiem, ale miała przeczucie, że oto lady Stannard już wszystko zrozumiała.
Nie wiadomo, co komtur powiedziała Rutherfordowi, ale po zszokowanej minie templariusza i jego niepewnej postawie można było co nieco wywnioskować.
– Ona wie, Varrik. Zabroniła mu przerwać wybory. A biedny Cullen nie rozumie czemu, skoro to jej oponent.
– Ciekawe, co u niego znalazł. Sądząc po szoku sir Rutherforda, coś konkretnego.
– Chyba, że płonące szczury podpaliły kogoś z jego rodziny i templariusz przyszedł z czarnymi wieściami dla Vascala.
– Ech, Hawke, musisz się jeszcze dużo nauczyć. Po pierwsze, mówiłem ci, że o jego rodzinie nic nie wiadomo. Gdyby ktokolwiek zginął w jego domu, templariusz nie miałby prawa wiedzieć, że to ktoś z rodziny. Zresztą, to byłby dopiero skandal, nie? Przetrzymywana latami w czterech ścianach żona lub córka… no, mniejsza. Po drugie, gdyby naprawdę o żałobne wieści chodziło, Meredith nie wahałaby się ani chwili i kazała Cullenowi powiedzieć wszystko głośno i wyraźnie. Taki dramat byłby najlepszą reklamą Vascala – biedny nieszczęśnik, pożałujmy go, dobrego faceta. Korona bardzo pasuje do tragicznych postaci, to wszystko zasługa literatury, Hawke.
– A ty przykładasz do tego rękę, Varrik. Teraz cała nadzieja w moich wątpliwych umiejętnościach przekabacania ludzi – Hawke wstała i rozmasowała obolałe kolano.
Na środek podestu ponownie wkroczyła Elthina.
– Usłyszeliśmy słowa wybranych, lecz nie ma mądrości bez wątpienia, nie ma prawdy bez pytań, nie ma pokoju bez odpowiedzi. Niech wystąpią ci, którzy nie lękają się szukać, ci, którzy odsłaniają ścieżkę, ci, którzy przemawiają w imieniu ludu.
Na środek podwyższenia wyszedł Threnhold. Meredith zawczasu westchnęła.
– Nurtuje mnie niezmiernie, serah Stannard, jak zamierza pani utrzymywać porządek, jeśli w ostatnich czasach nawet templariusze obawiają się pani niepoczytalności?
Przez tłum przebiegł szmer, Threnhold był bardzo z siebie zadowolony, a Meredith znów wyłowiła spojrzeniem Hawke i zmrużyła oczy.
– Nie trudno zrozumieć, lordzie Threnhold, że moi przeciwnicy powiedzą wszystko, by mnie publicznie oczernić. Zdaję sobie również sprawę, że i pan nie jest mi przychylny. Nie dziwię się, jest to najzwyczajniej w świecie zrozumiałe, lecz jestem pewna, że człowiek pana pozycji i inteligencji zdoła oddzielić prywatę od dobra publicznego.
„Dobry ruch", pomyślała Theri, obserwując skonsternowanego lorda, który wycofał się i ustąpił miejsca hrabiemu Elegantowi.
– Szanowny mospanie, rad byłbym dowiedzieć się, czemuż postanowiłeś porzucić życie prywatne, kosztem służby publicznej, kiedy to nie bywałeś wcześniej na rautach, przyjęciach, zebraniach… Racz wybaczyć brak modestii, lecz stojąc w szrankach z panną Stannard, tak jawnie w życiu miasta mającą swój udział, spytać musiałem.
„Azaliż bies cię wychędożył, mospanie, iż takież głupotyż prawisz? Stwórco, co za kretyn".
– W życiu każdego człowieka przychodzi taki moment, że zaczyna myśleć szerzej, widzieć wyraźniej, dostrzegać więcej. Takie chwile są błogosławieństwem, gdyż dają niezbędną do działania siłę, dawkę energii, by zrobić coś innego, coś spoza codziennego rytuału i tym samym zmienić świat, nie ten wielki, nieznany, lecz lokalny – na lepsze. Ważne, by rozejrzeć się dookoła i zapytać samych siebie: co mogę uczynić, by mnie i innym żyło się dobrze, czy jest coś, co mogę zrobić, by wszelkie braki i niedostatki wypełnić, a niedoskonałości naprawić? Nie mam rodziny, o którą mógłbym dbać, lecz mam miasto, na którym mi zależy. Uznałem, że przyszedł odpowiedni moment, by to udowodnić.
Lud zaczął ochoczo klaskać, odpowiedź wyraźnie przypadła do gustu słuchaczom. „Skrojona na każdą miarę", syknęła w myślach Hawke.
Na czoło wysunęła się lady Selbrech.
– Pani komtur, sprawowała pani nieformalną władzę od momentu tragicznej śmierci wicehrabiego Dumara. Można powiedzieć więc, że mieliśmy przedsmak tego, co stanie się, jeśli wygra pani te wybory. Ceny zboża wzrosły niemal dwukrotnie, ściana zabytkowego gmachu Jutrzenki rozsypała się niemal na pani oczach, nie wiem, jak pani może chodzić po głównym placu Katowni i cierpieć ten widok. Do tego poziom agresji na ulicach – gdyby nie pomoc panny Hawke i jej ludzi, nikt nie mógłby wychodzić po zmroku bez solidnej obstawy. Gdzie wówczas byli templariusze? Bo skoro pieniądze, przeznaczone na pobór do Straży Miejskiej poszły gdzie indziej, to templariusze mają obowiązek wspomóc ich w zapewnianiu porządku w mieście. Do tego wypada jeszcze wspomnieć o dochodzących zewsząd słuchach, jakoby w Kręgu stosowano prawdziwy terror, czy o nieracjonalnym wydatku, jakim było zakupienie sztab orlaisiańskiej stali za prawdziwie horrendalną sumę. Mielibyśmy wierzyć, że nagle zmieni pani dotychczasową politykę rządzenia Kirkwall, a może w takich poczynaniach nie widzi pani nic złego?
– Lady Selbrech, widzę, że miała pani ambicję dobrze się przygotować do swojego wystąpienia. Tym bardziej szkoda, że mija się pani z prawdą i to dość znacznie, co mogę uważać jedynie za objaw złej woli. Po buncie Arishoka niepokoje społeczne sprawiły, że ceny poszły w górę, to normalne, proszę sobie prześledzić dowolną wojnę domową w innych krajach, nie znajdzie pani odstępstw od reguły. Jutrzenka była zaś remontowana wielokrotnie za poprzednich władców, lecz, jak widać, nie poprawiło to jej kondycji na długo. Nie ma sensu topić pieniędzy w czymś, co i tak za dekadę, czy dwie rozsypie się w pył. Mamy ważniejsze wydatki i tak, dozbrojenie templariuszy za pomocą najlepszej stali jest dla mnie priorytetem, bo jak zdążyła pani zauważyć, mamy problem z niepokojami w Kręgu. Nie są jednak wynikiem żadnego nadzwyczajnego terroru, lecz powoli rodzącego się buntu. W ciągu najbliższych lat zarejestrowaliśmy znaczny wzrost zachowań niepożądanych, oddanie się magii krwi jest ogromnym zagrożeniem nie tylko dla Kręgu i templariuszy, ale i dla całego miasta, wiem, co mówię, stacjonuję w Katowni tak wiele lat, że nie radziłabym podważać mojego autorytetu. Dlatego też nie uważam, by templariusze mieli zamieniać się w strażników miejskich, od tego są ludzie pani Vallen, a na co dzień ich nie brakuje, zwłaszcza, że tak często korzystają z usług panny Hawke, która wspomniane pieniądze chętnie pobiera.
Theri myślała, że rozniesie ją od środka, ale wykazała się odrobiną rozumu i zdołała emocje zdusić w zarodku. Niech gada, niech gwiżdżą, nie to jest teraz najważniejsze.
Jednakże jej nastrój tylko się pogorszył, gdy krok naprzód zrobił baron Carracow. Szlachcic spojrzał z góry na Hawke i uśmiechnął się samym kącikiem ust. Ów grymas nie zapowiadał niczego dobrego.
– Panie Vascal, niezmiernie mnie nurtuje, co też takiego zrobił pan naszej szanownej Bohaterce Kirkwall, że nad ranem złożyła mi wizytę i ostrzegła przed panem, jak przed złem wcielonym?
Wzburzony tłum zafalował i niebezpiecznie zbliżył się do Hawke, próbującej zapanować nad drżeniem rąk.
– Jak widzę Carracow podał zbyt wysoką cenę, byś miała zapłacić – wymruczał Varrik, demonstracyjnie gładząc drewno Bianki. – Co nią było?
– Przyjęcie oświadczyn – odpowiedziała podobnym tonem Theri.
Pozorną neutralność szlag trafił. Tym bardziej, że Vascal, nie dając nic po sobie poznać, odpowiedział szlachcicowi:
– To bardzo dobre pytanie, zadajmy je najlepiej pannie Therinie we własnej osobie.
Hawke znalazła się w potrzasku. Wiedziała, że jeśli wyjawi całą prawdę, wywoła to raczej negatywny ferment, działający na jej niekorzyść, niż oburzenie skierowane przeciw Vascalowi. Miała za mało dowodów na jego krętactwo, gdyby Cullen wcześniej podważył wiarygodność szlachcica, byłoby łatwiej. Przy tym wszystkim nie było sensu zaprzeczać, bo Carracow już zrobił zamieszanie i nie było sposobu, by wszystko odkręcić.
– Każdy z nas ma prawo do własnej oceny kandydatów. Po to się tutaj zgromadziliśmy. Ludność Kirkwall ostatnimi czasy dała dowody niechęci wobec mnie i moich przyjaciół, podburzana umiejętnie przez pewne persony. Uznałam za stosowne podzielić się niewygodnymi informacjami na temat pana Vascala z baronem, ale tak na jego decyzję, jak i na ocenę każdego innego mieszkańca Kirkwall nie mam wpływu i mieć nie zamierzam. Dlatego proszę się nie krępować i kontynuować wybory. Nie podzielę się tymi informacjami, nikt nie zarzuci mi, że jątrzę i podburzam. To zresztą wasza działka.
Szum wzmógł się jeszcze, lecz Theri stała nieporuszona i z kamienną twarzą patrzyła przed siebie.
– Dobra robota – zdołała usłyszeć zadowolony szept krasnoluda. Mieszkańcy miasta najwyraźniej zaczęli się wahać, bo z niepokojem wymieniali się najróżniejszymi uwagami. Vascal nie zamierzał jednak dać za wygraną.
– Nie mam nic do ukrycia, więc skoro padło już jakieś niekonkretne oskarżenie, proszę, byś je pani wyraziła nieco jaśniej. Jestem pewien, że ludność Kirkwall chciałaby je usłyszeć.
– To nie ja stoję na podeście, nie ja mam zadawać pytania kandydatom. Gdy miasto było w potrzebie podczas ataku Arishoka, odpowiedziałam. Gdy należało pozbyć się kryminalistów, zbierających haracz i łupiących podróżnych, odpowiedziałam. Gdy cierpieliśmy władzę tymczasową w rękach pani komtur, odpowiedziałam. Miasto nie przyjęło tej odpowiedzi, więc usunęłam się w cień. Nie będę się wtrącać do waszych gierek, nie zarzucicie mi prywaty czy żądzy władzy. Jestem tylko człowiekiem od brudnej roboty. Decyzję podejmijcie sami.
– Cóż, skoro nie ma konkretnych zarzutów, nie mogę na nie w żaden sposób odpowiedzieć. Przykre, nawet trochę niedorosłe, takie wskazywanie palcem: winny, bo tak – Vascal zastosował minę, mającą pokazać jego prawdziwe ubolewanie, że nie doszło do wymiany argumentów. Therina uśmiechnęła się w odpowiedzi. Paskudnie. Niech widzą, że naprawdę coś na niego ma. Ziarno zostało zasiane.
Carracow odsunął się na tyły podestu, a jego miejsce zajął lord Darrow. „Oto i wielka niewiadoma", pomyślała Hawke. Rano wysłuchał jej wyjaśnień, ale jedyne, co usłyszała w odpowiedzi, to: „Nie żebym krytykował pani urodę, ale cienie pod oczami wskazują na chroniczny brak snu. Zatem radziłbym się wyspać. A teraz pani wybaczy, nie zostało wiele czasu do wyborów, muszę się przygotować". Postawiłaby suwereny na to, że Darrow zapyta Meredith o magów albo o obcowisko, był ponoć na tyle bezpośredni, iż nie bał się tematów tabu. I dobrze, że się nie założyła, bo straciłaby pieniądze.
– Chciałbym nie tyle zadać pytanie, co zauważyć, że jakiś czas temu podwładny pani komtur, sir Rutherford, jak mniemam, przybiegł z jakimś ewidentnie ważnym raportem. Do tego dobrze by było, gdyby ktoś panu templariuszowi podał coś do picia, gdyż sądząc po śladach, wyszedł dopiero co z pożogi. Czy powinniśmy się martwić?
Meredith skwaśniała, jakby zjadła niedojrzałe jabłko, a Theri powstrzymywała się od skakania z radości.
– To sprawy wewnętrzne templariuszy, serah Darrow. Coś, czym zajmiemy się po wyborach.
– Czy jeśli zostanie pani wicehrabiną, nadal nie będzie nas pani informowała o jakichś ważnych wydarzeniach, powołując się na stanowisko komtur zakonu? W takim razie nie wiem, czy to rozsądne, by łączyć te dwa stanowiska. Gdzie się paliło?
Tłum zaczął niespokojnie rozglądać się na boki, niektórzy wybiegli, by sprawdzić, czy ich domy są bezpieczne, inni przysunęli się bliżej Stannard i Cullena, oczekując odpowiedzi. Wreszcie Meredith westchnęła i skinieniem pozwoliła templariuszowi przemówić.
– Uliczne dzieciaki przybiegły do mnie z wieścią, że z okien posiadłości pana Vascala wydobywa się dym.
Twarz Gareza stężała. Wpatrywał się w Hawke.
– Razem z innym templariuszem uznałem za stosowne wejść i zacząć gaszenie, by uratować kogo się da i co się da – kontynuował Cullen. – Ale w środku już nikogo nie było, wszędzie za to rozlegał się pisk szczurów i czuć było swąd palonego mięsa. Pożar został ugaszony, ale ta liczba gryzoni… zaniepokoiła mnie. W piwnicy znaleźliśmy ciało nieznanego mężczyzny w znacznym stopniu rozkładu; rany wskazywały na przedśmiertne tortury. Ponadto za ukrytą ścianką odnaleźliśmy spore zapasy lyrium.
– I dlatego – Meredith starała się przekrzyczeć rozemocjonowany tłum – nie chciałam przerywać wyborów: to na odległość śmierdzi intrygą panny Hawke i jej przyjaciół spod ciemnej gwiazdy. Jeśli mają to być uczciwe wybory, nie chciałam, by jakieś podłe zagrania zadecydowały o mojej wygranej.
– Nie wiem czy wiesz, panno Stannard – Theri mocno zaakcentowała słowo „panno" – ale mimo dość dużej zwinności nadal nie potrafię być w dwóch miejscach jednocześnie. Stałam tu od rana, chyba, że to też jakoś zaaranżowałam, nie wiem, spytaj całego tłumu, czy czasem nie jestem jakimś przebierańcem.
Gdzieniegdzie rozległy się ciche śmiechy.
– Dobrze wiemy, że twoi towarzysze coś knuli i przychodzili co jakiś czas, by złożyć ci raporty. Jakoś nie stałaś tu w ich otoczeniu. Dziwne, zważywszy na to, że wszędzie chodzicie razem.
Theri demonstracyjnie przewróciła oczami.
– Gdybyśmy stali tu w kupie zaraz powiedziałabyś, że to niema groźba, że wywieramy presję, jak najpodlejsi zbóje. Chciałam tego uniknąć, zresztą nasłuchaliśmy się już inwektyw, dziękuje bardzo. Varrik Tethras został obelżywie zaatakowany w gospodzie, komendant straży Avelina Vallen cudem uniknęła śmierci po bezpośredniej napaści, moją przyjaciółkę, kapitan statku, podle wrobiono. Mielibyśmy powody, by stać razem i bacznie rozglądać się na boki, ale jakbyś nie zauważyła, nie próbujemy prowokować a ja sama przyszłam bez broni, choć zwykle nigdzie się bez niej nie ruszam. Co dalej? Jak przyjdzie susza albo gradobicie to też powiesz, że to sprawka Hawke i jej bandy? Zresztą, trochę dziwne, że skupiasz się bardziej na oskarżaniu nas, niż swojego przeciwnika w wyborach.
Nie trzeba było obserwować zachowania pani komtur, Gareza Vascala, czy tłumu gapiów, by wiedzieć, że plan został wykonany. Więcej Theri nie była w stanie osiągnąć i teraz wszystko leżało w rękach grupki szlachciców.
– Skoro niebezpieczeństwo pożaru zażegnane, sprawą posiadłości pana Vascala zajmiemy się po wyborach – powiedziała Elthina, a szemrzące głosy mieszkańców powoli cichły. – Teraz niechaj decydują wybrani!
Dziewięcioro wyborców podchodziło po kolei do osłoniętej drewnianym daszkiem wąskiej ławy, ustawionej na uboczu podestu. Każdy z nich dostawał od Elthiny kawałek pergaminu i stawał przy biurku, gdzie czekał gotowy do użycia lak. Pieczęć danego rodu widnieć miała pod odpowiednią decyzją, a taki dokument zwijano i składano na ręce Wielkiej Kapłanki. Kiedy każdy z wyborców stanął ponownie na swoim miejscu, Elthina odchrząknęła i już miała obwieścić pierwszą z decyzji, gdy jej wzrok coś przykuło. Theri odwróciła się, podążając za jej spojrzeniem. Zaczęła obserwować z rozdziawioną gębą, jak ze schodów prowadzących do Twierdzy, na łeb na szyję zbiega zziajany Gamlen i krzyczy, wyzywająco:
– Wolnego! Nie pozwalam!
Mieszczanie spoglądali na mężczyznę skonsternowani.
– Co on kombinuje, Hawke?
– Nie mam pojęcia – odpowiedziała krasnoludowi dziewczyna i cała spięta, nadstawiła uszu.
Tymczasem jej wuj dotarł na podest, pochylił lekko głowę przed Elthiną i zaczął, wciąż ledwie łapiąc oddech w zadyszce:
– Wielka Kapłanko, szanowni państwo… uch… Wybaczcie mój stan, ale, niech skonam, co za chwilę niechybnie się stanie, ten młodzik… uch… ten młodzik, zastępujący dziś pana Brana Cavina na stanowisku seneszala, miał ewidentnie ambicję, by powstrzymać mnie przed… uch… przed tym, co sobie zaplanowałem. Cóż, pokazałem mu, że nie tak powinno się traktować starszych i mądrzejszych.
Twarz lady Talwain pokryła się szkarłatnymi plamami i Hawke szybko przypomniała sobie, co Varrik mówił rano o jej ambicjach względem syna: nie miała już wątpliwości, kto zastępował Brana na stanowisku w Twierdzy. Całe szczęście Elthina była szybsza.
– A co też pan zaplanował, serah Amell i co to ma wspólnego z przeprowadzaniem elekcji?
– Całkiem sporo, Wasza Jasność. Planuję być jednym z wyborców.
Therina stężała. Nie miała pojęcia, skąd w ogóle Gamlen wpadł na ten pomysł, ale jeśli wiedział o jej zatargach z Meredith i usłyszał przypadkiem o konszachtach z Vascalem, zanim wydarzyło się to, co się wydarzyło, Gamlen mógł za chwilę wszystko spieprzyć i to działając w dobrej wierze. Próbowała wyłapać jego spojrzenie i jakimkolwiek gestem powstrzymać, ale jej wuj twardo patrzył na kapłankę.
– Szanowny panie, zgłoszenia przyjmowaliśmy o świcie, za nami już czas przemów obojga kandydatów i czas na zadawanie pytań. Spóźnił się pan.
– Jak wyjaśniałem, nie stało się to wskutek mojego zaniedbania, ale opieszałości urzędnika. Poza tym zrzekam się prawa do pytań. I tak nie każdy musi z niego skorzystać. Nie słyszałem przemów, ale już trudno, pewnie i tak były o pokoju na świecie i ogólnoludzkiej szczęśliwości po wyborach.
Tłum zachichotał.
– Nadal należy mi się główne prawo, prawo wyborcze – kontynuował Gamlen.
– Ma pan stosowne dokumenty?
– A jakże. Te stwierdzające przynależność do rodu i te tutaj, dowodzące, że uiściłem opłatę.
– To jakieś żarty? Krewny kandydatki, która zrezygnowała dzień przed wyborami? – Meredith szerokim gestem połączyła postać Gamlena i Theriny. – Wedle prawa musi minąć rok, by ród, który szczycił się kandydatem na wicehrabiego lub wicehrabinę, mógł brać udział w wyborach!
– To prawda, szanowna pani komtur. Ale moja siostrzenica należy do rodu Hawke, a ja legitymuję się godłem Amellów. Proste, prawda?
„Kurde, Gamlen, co ty kombinujesz?", myślała Theri, tracąc nadzieję, że wuja nie dopuszczą do rytuału elekcji. I rzeczywiście, Elthina przez chwilę przyglądała się przyniesionym papierom, po czym kiwnęła głową i gestem zaprosiła mężczyznę, by podszedł do kantorku. Therina wiedziała, że właśnie w tej chwili lak z wytłoczonym godłem Amellów prawdopodobnie pieczętuje porażkę jej starań.
Wielka Kapłanka przyjęła ostatni rulon z rąk Gamlena, położyła wszystkie dokumenty na małym, żłobionym stoliku, który sprawdzał się w tej roli od wielu, wielu kadencji wicehrabiów, po czym sięgnęła po pierwszy z nich, rozwinęła i w całkowitej ciszy oznajmiła donośnie:
– Ród Threnhold opowiada się za lordem Garezem Vascalem!
„To było do przewidzenia", pomyślała i chyba nie była w tym osamotniona, sądząc po znudzonej minie pani komtur. Lord Threnhold wyszedł z grupy wyborców i stanął u boku Vascala.
Tymczasem Elthina sięgnęła po kolejny rulon.
– Ród Elegant opowiada się za lady Meredith Stannard!
„Kolejny brak niespodzianki". Obrzydliwie zadowolony z siebie hrabia wyprężył pierś, stanąwszy przy prawicy pani komtur.
– Ród Selbrech opowiada się za lordem Garezem Vascalem!
To był cios. Mimo jawnej niechęci do pani komtur, Selbrech wydawała się poruszona nowinami, jakie rano przyniosła jej Hawke. Dziewczyna myślała, że akcja z Cullenem tylko upewni ją, by dać sobie na wstrzymanie. Najwyraźniej jednak lady nie zamierzała cierpieć pseudo-rządów Stannard ani dnia dłużej.
– Ród Carracow opowiada się za lordem Garezem Vascalem!
Baron szedł w stronę wybranego przez siebie kandydata bardzo powoli, przez ten czas ze złośliwym uśmiechem wpatrywał się w Hawke. Dziewczyna mocno zacisnęła pięści. Sprawa wyglądała beznadziejnie i Theri zaczęła myśleć, co dalej. Wcześniej nie miała czasu, by rozważać jakiś alternatywny plan, lecz teraz do głowy zaczęły przychodzić coraz konkretniejsze obrazy. Raz była to scenka jawnego buntu, za chwilę – zamachu, przeprowadzonego po cichu i wreszcie – obraz jej samej, wyprowadzającej się z Kirkwall. Strumień świadomości przerwał głos Wielkiej Kapłanki.
– Ród Darrow opowiada się za przełożeniem wyborów!
Podczas gdy starszy lord podszedł do pustego jeszcze chwilę temu miejsca między dwojgiem kandydatów, w Therinę wstępowała nadzieja. Nie miała pojęcia, jak zagłosuje Darrow, wolała więc nie liczyć na niego zawczasu, lecz teraz istniała szansa, że wszystko skończy się pomyślnie. Była niemal pewna, ze Guillaume de Launcet i Flora Harimann nie zawiodą, zatem za odwołaniem wyborów byłoby już trzech, co na chwilę obecną równałoby się wynikowi Vascala. A był jeszcze seneszal, który, mimo ich szorstkich relacji, wydawał się wspierać Hawke i jej drużynę! Z mocno bijącym sercem czekała na kolejny głos.
– Ród de Launcet opowiada się za przełożeniem wyborów!
Tłum zaszumiał, komentując bieżącą sytuację.
– Ród Talwain opowiada się za lady Meredith Stannard!
„Dobrze, że chociaż nie za Vascalem, tak głosy się jakoś rozkładają", pomyślała Theri. Lady Talwain w tym czasie demonstracyjnie, choć niby przypadkiem odepchnęła Gamlena łokciem i z wysoko uniesioną głową stanęła przy pani komtur.
– Ród Harimann opowiada się za przełożeniem wyborów!
Flora, idąc w stronę de Launceta i starego lorda, uśmiechała się tajemniczo, patrząc gdzieś daleko na prawo od miejsca, w którym stała Hawke. Theri zwróciła tam głowę i zagadka szybko się rozwiązała: o mur najbliższej posiadłości niedbale opierał się zakapturzony Sebastian. „Dobrze, bardzo dobrze! Teraz został tylko Bran. Gdy zagłosuje przeciw wyborom, to nie ważne, że Gamlen wskaże Vascala; w przypadku remisu opcji oddalenia wyborów z wynikiem kandydata, do elekcji nie dochodzi. Tak czy siak będzie dobrze!".
– Ród Cavin opowiada się za lady Meredith Stannard!
Hawke jakby obuchem ktoś trzasnął. Miała ochotę w tej sekundzie rzucić to wszystko i tak uderzyć seneszala, żeby jego twarz upodobniła się antiviańskiej mielonki.
Tłum zaczął gorączkowo szemrać, kwestia elekcji stała przecież na ostrzu noża: każda z opcji miała trzy głosy, a przed Elthiną leżał ostatni rulon: ten z nazwiskiem Gamlena.
Theri opadła z sił, odczuła nagle całe zmęczenie, jakie jej ostatnio towarzyszyło, te wszystkie nieprzespane, poprzecinane koszmarami noce. Gdyby jej wuj nie przyleciał nagle na skrzydłach obywatelskiego obowiązku, byłaby jeszcze nikła szansa: w sytuacji, gdy każda z opcji wyborczych zyska równą liczbę głosów, wybory przeciągają się, następuje coś w rodzaju „dogrywki" – kandydaci znów wychodzą z przemowami, próbując przekonać niechętnych bądź niezdecydowanych do zmiany decyzji. Jeśli nie odniosłoby to skutku i kolejne głosowanie powtórzyłoby wynik, wybory zostałyby przełożone. A tak, dzięki Gamlenowi, o patowej, najlepszej w tym monecie sytuacji, nie mogło być mowy.
Theri westchnęła, obserwując dłonie Elthiny, rozwijające rulon. „No trudno, chciał dobrze, nie ma co się na niego wściekać. Teraz muszę szybko wrócić do domu po swoje miecze i…".
– Ród Amell opowiada się za przełożeniem wyborów! Elekcja zostaje odsunięta w czasie!
Theri wzięła głęboki wdech i przymknęła na chwilę oczy.
– Hawke, dokonaliśmy niemożliwego! Znowu! – Varrik starał się przekrzyczeć szemrzący dookoła tłum. – Ciekaw jestem, co dalej!
– A ja nie. Nie jestem aktualnie niczego ciekawa. Idę do domu.
Już miała się odwracać, ale krasnolud przytrzymał żelaznym chwytem jej przedramię.
– Patrz! Oto i nasza nagroda.
Theri spojrzała przed siebie, na podest. Cullen, z pełną determinacji miną omijał właśnie wielmożów, by stanąć przed Vascalem. Twarz Gareza nadal nic nie wyrażała i Theri musiała przyznać, że podziwia jego opanowanie i siłę woli.
– Panie Vascal, musimy zbadać tę sprawę pańskiego mieszkania. Pójdzie pan ze mną.
W ciągu dwóch uderzeń serca świat jakby się zatrzymał. Nic się nie działo. Zatem skąd ten niepokój?
– Nie wydaje mi się – odpowiedział beznamiętnym tonem Vascal.
Słońce przedostało się na chwilę przez chmury i jego promień odbił się od wyciąganej zza pazuchy stali sztyletu. Cullen był szybki, bardzo szybki, bo w ogóle zdążył się uchylić, dzięki czemu ocalił życie, a ostrzę przecięło tylko jego górną wargę i fragment policzka. Impet rzucił go na barierkę podestu, która nie wytrzymała ciężaru ciała i pełnopłytowej zbroi, w którą był zakuty. Drewno pękło z trzaskiem, a templariusz spadł pod nogi kotłującej się w przestrachu ciżby.
Varrik przyłożył Biankę do piersi; bełt pomknął wprost w kierunku szlachcica, ale odbił się ze świstem od delikatnej, połyskującej czerwienią bariery, podobnie zresztą jak miecz, dzierżony przez Meredith. Komtur zabrała go chwilę wcześniej jednemu z bliżej stojących templariuszy, a teraz wrzeszczała do niego i do całej reszty swoich ludzi:
– Maleficar! Skupcie umysły, zostawcie broń, wyssijcie z niego moc!
– Daj mi nóż – Theri wyciągnęła rękę do Varrika. – No, szybciej, dawaj!
– Hawke – krasnolud zawahał się przez moment, ale ostatecznie podał jej broń. – To działka templariuszy, a jest ich tu całe mnóstwo... Hawke!
Ale Theri już biegła w stronę osłoniętego krwawym kwefem Vascala. Niewiele rozumiała z tego, co się przed chwilą zdarzyło, ale wiedziała jedno: było już tak, że łamała zabezpieczenia magów, które innych skutecznie powstrzymywały. Nie zastanawiała się, co będzie, kiedy zobaczą jej moce niemal wszyscy templariusze, szlachta i mieszczanie w Kirkwall. Chciała tylko zapobiec tragedii, a magia krwi i tłum ludzi były idealnymi składnikami wielkiej masakry.
W czterech susach znalazła się na szczycie podestu. Rozpędzona zamachnęła się nożem, celując w krwawą osłonę Vascala. Podobnie zresztą jak stojąca nieopodal Meredith, która zauważyła, że bariera słabnie, dzięki wysiłkom gromady templariuszy, wysysających z maga moc. I jedna i druga włożyła w cios mnóstwo siły, zatem nie były w stanie zmienić kierunku impetu, gdy stało się niespodziewane: bariera rozwiała się, jak upiorna mgła, ukazując nie Gareza Vascala, lecz wąskie, zamykające się rozdarcie w Zasłonie. Hawke mogła tylko krzyknąć.
Błysło fioletowym światłem. Oślepiona powstała z klęczek, zamrugała kilkukrotnie i westchnęła. Była w Pustce. Co więcej, nie była tu sama. Obok, ze wściekłą miną, pojawiła się pani komtur.
Hawke uchyliła się w ostatnim momencie przed ciosem miecza i zrobiła zastawę przed drugim, aż jęknęła stal cienkiego noża.
– Zwariowałaś?! – Theri wykonała półobrót i cięła w dół, chcąc spowolnić przeciwniczkę, ale Meredith z łatwością odbiła ostrzę. – Przestań, do cholery! Vascal nam umyka!
– Nigdy… więcej… mnie… nie… oszukasz! – Stannard zaatakowała z taką furią, że Theri nie była w stanie jej umknąć. Ostrzę nacięło watowany rękaw kaftana, płócienną koszulę i skórę ramienia. Dziewczyna zacisnęła zęby z bólu, ale nie zgubiła rytmu: ujrzała klingę Meredith, zanurkowała pod jej ramieniem i wykonała atak z opozycją: długi nóż „podważył" płaz miecza, zmieniając jego trajektorię i ratując Hawke przed sztychem, a szpic noża zjechał po metalu i dźgnął komtur w słabo osłonięte miejsce pod pachą.
Therina, uciekając w półobrocie spod ramienia Meredith, usłyszała jej głuchy warkot.
– Chcesz go złapać, czy nie, Stannard?! A może to wszystko jest częścią waszego planu? – Hawke starała się zrozumieć, a przynajmniej zyskać trochę na czasie, zanim pozabijają się wzajemnie w otchłaniach Pustki.
– Mojego planu?! Myślisz, że układałabym się z maleficarem, Hawke?! – oczy kobiety niebezpiecznie rozbłysły.
– W takim razie obie nas wykiwał. Spójrz prawdzie w oczy, miał własne cele i zagrał nami, jak pionkami w swojej grze.
– To mag, czemu miałby się układać ze swoim największym wrogiem? – Meredith nadal ociekała nienawiścią, ale chociaż przestała iść w kierunku Theri.
– A czemu miałby chcieć mojej śmierci, skoro mogłam mu zapewnić dużo więcej swobody i przywilejów, niż jakikolwiek mag w Kirkwall obecnie posiada?
Komtur zacisnęła usta i bez mrugnięcia wpatrywała się w dziewczynę.
– Jak to się dzieje, że zawsze jesteś w centrum wydarzeń?
– Uwierz mi, zadaję sobie to pytanie od wielu lat.
Kobiety opuściły ostrza i zaczęły rozglądać się po okolicy. Czarne Miasto majaczyło na horyzoncie, lecz teraz wydawało się jakieś bardziej wyraźnie i bardziej przerażające, niż w snach. Dziwnie pofalowane wzgórza sprawiały, że patrzący na nie człowiek tracił równowagę, a niebo miało mdląco-fioletowy odcień.
– Nasza obecność tutaj nie jest naturalnym porządkiem rzeczy – Meredith zaczęła przypatrywać się czemuś na ziemi. – Nikt nie powinien odwiedzać Pustki w formie materialnej. Magowie, oczywiście, próbowali, ale jak to się skończyło, każdy wie. Tędy – fuknęła i dziarskim krokiem ruszyła jedną ze ścieżek.
– Skąd ta pewność?
– Ślady, Hawke, ślady. Vascal jest tu tak samo materialny, jak my, a to znaczy, że ma właściwy ciężar.
Theri spojrzała w dół i rzeczywiście, odnalazła wzrokiem odciski obutych stóp w piaszczystym podłożu.
– Umiałabyś tutaj wyssać z niego manę?
– Nie wiem, nigdy wcześniej nie znalazłam się świadoma w Pustce. Medytacje to jednak coś innego. Nie mam pojęcia, czy w razie spotkania demonów zdołamy się obronić, czy może nasza żałosna materialność będzie dla nich tylko igraszką.
– E… za chwilę będziemy miały okazję się przekonać.
Za lekko opadającym wzgórzem droga się kończyła i to w nader ostateczny sposób: nie można było nazwać tego urwiskiem czy klifem, tam po prostu zabrakło elementu drogi, jakby jakiś szalony artysta zapomniał go domalować na płótnie. Trzy demony stały pośrodku niczego. Demon pychy zwiesił swoje ogromne łapska i wyszczerzył trójkątne zęby; demon gniewu żarzył się świetliście, a dwa żółte punkty, spełniające rolę oczu, wwiercały się w duszę Hawke z wyjątkową napastliwością. Kobiece ciało demona pożądania unosiło się z gracją w powietrzu.
– Witamy, ludzkie istoty z krwi i kości – demon pychy wykonał coś, co można by nazwać parodią ukłonu. – Witamy w naszym świecie. Znamy wasze serca…
– Daruj sobie, ścierwo – wysyczała Meredith, unosząc wyżej klingę. – Gdzie jest Vascal?
– Jak niegrzecznie! – zacmokała z niezadowoleniem demonica. – Nie pozwolimy, by tacy nieokrzesani ludzie mieli wpływ na naszego ulubieńca.
Theri spięła się do ataku, lecz demony pychy i gniewu uniosły jedynie górne kończyny. Nagle ziemia usunęła się spod stóp Hawke i Meredith, a one dwie zaczęły spadać w nieokreśloną przestrzeń. Theri nie krzyczała, strach zabrał jej wszelki głos. Barwy umykającej przestrzeni migały przed oczami, nie wiedziała, jak szybko spada, ale z pewnością nie zdoła przeżyć upadku. Próbowała złapać się czegoś, ale dłonie chwytały jedynie kolorową nicość. Gdzieś zniknęła też Meredith, więc Theri nie miała już żadnego odniesienia w przestrzeni, prócz własnego ciała. Wtem, pod jej stopami zaczęło coś majaczyć. Hawke przełknęła ślinę i spojrzała w dół. Miasto. Miasto, które płonie. „Nie, tylko nie to… nie wiem… nie wiem, co mam zrobić!".
Wciąż spadała.
„Zaraz uderzę, zaraz zginę. Jak w tym koszmarze, ale tam byłam we śnie, tu się zabiję. Tam miałam skrzydła, byłam orłem, tutaj się roztrzaskam…". Panikowała, ziemia była coraz bliżej, kłęby dymu uderzały w nozdrza, języki ognia, krzyki ludzi na dole... I wtedy Hawke się wkurzyła.
– Wynocha… wynocha z mojej głowy!
W odpowiedzi usłyszała jedynie śmiech.
– Nie będziesz… to moja głowa, słyszysz?! Tam miałam skrzydła, tu też będę miała!
Dziewczyna zamknęła oczy, ignorując instynkt samozachowawczy i wyobraziła sobie, że jest orłem, że ma prawdziwe skrzydła. Wciąż nie otwierając oczu machnęła ramionami i poczuła, jak prędkość spadania maleje, jak podmuch pod nią przeciwdziała ciężarowi ciała. Otworzyła małe, paciorkowe oczy i zamachała skrzydłami. Ominęła języki ognia i zgrabnie wzleciała nad dachami, nieobjętymi jeszcze pożogą. Ludzkie krzyki niosły się przerażającym echem, nie miała zamiaru stać bezczynnie, musiała coś zrobić. Sfrunęła z dachu i chciała poszukać sposobu, by ugasić ogień, ale poczuła pieczenie w ramionach, wreszcie ból i strach: jej skrzydła płonęły! Próbowała wzlecieć wyżej, ale nie miała sił, żywioł trawił jej maleńkie ciało, spadała w kierunku czarnego od błota i czerwonego od krwi bruku.
„Nie mogę… Muszę jeszcze spróbować, muszę mieć więcej siły… Koń… Koń!".
W chwili, w której upadła, kamienie ugięły się plastycznie i wypchnęły jej ciało nienaruszone. Potrząsnęła czarną grzywą, wzburzając tumany popiołu. Nastawiła uszy i ruszyła kłusem w stronę ruin jakiegoś starego budynku. Języki ognia lizały jej szyję, zagradzały drogę, wybuchały blaskiem i gorącem, lecz nie wstrzymywała biegu i już po chwili puściła się cwałem. Świat dookoła powinien rozmazywać się w szare linie, lecz ona widziała po obu stronach twarze. To oni tak krzyczeli, to ich usta wyrażały cierpienie, otaczające miasto niczym upiorne halo. Nie chciała patrzeć im w oczy, lecz gdy tylko o tym pomyślała, twarze stały się wyraźniejsze, tak straszliwie wyraźne. Przybici do płonących belek, jej przyjaciele, jej ukochani, straceni na zawsze i ci, którzy właśnie umierali. Przyspieszyła, pragnęła minąć ich bezpowrotnie, lecz mimo iż kopyta prawie nie dotykały bruku, twarze niemal się nie przesuwały. Jak drzewa po obu stronach drogi, wciąż te same, wciąż te same…
Poczuła gniew. Ktoś ich rani, ktoś, kto zawsze czekał na końcu koszmaru. Nie pozwoli, zdąży ich uratować!
Usłyszała głuchy śmiech, gdy jej grzywa zajęła się ogniem. Zrozumiała, że nie zdoła uciec, że znalazła się w labiryncie i zatacza koła. Wściekała się na bezradność, na ból, na siebie. Wzdrygnęła się czując, że wciąga ją wir ognia i bruku, a twarze jej najbliższych tańczą na jego ścianach, nie pozwalając zapomnieć.
Czuła, że za chwilę wybuchnie, że spłonie i rozsypie się w pył wraz z całym światem. Wtem przypomniała sobie o ruinie budynku. To musiała być Jutrzenka, ten zabytek architektury, o którym gdzieś dzisiaj słyszała… Dziś? A może to był sen? Wiedziała jedno: nie chciała, by wszystko zawaliło się jak ten gmach, nie za jej przyczyną.
Zdusiła w sobie ogień, który wyrywał się na zewnątrz, nie doprowadziła do implozji, choć masa jej ciała zaczęła się zmniejszać, komasować, energia nie gęstniała, lecz wyciszała się w zimną, śliską materię.
Wyskoczyła z bruku wdzięcznym łukiem, by po chwili zatopić się znowu w jego chłodnych kamieniach. Wyrwała się z wiru, a może to on się rozprostował; płynęła teraz kolejnymi ulicami miasta, co jakiś czas wyskakiwała, by sprawdzić, czy jest na dobrym torze. Wreszcie była na miejscu, zatrzepotała ogonem i wyskoczyła nad taflę bruku, lecz nie zdołała już miękko wpaść w chłodną żyłę miasta. Poczuła, jak wnętrzności krzyczą, gdy trzepocząc o kamienie, zrywa z siebie błyszczące łuski. „Wody, wody…!", wołał jej umysł, lecz nie było wokół niczego, prócz pyłu i ognia. Rzucała się coraz słabiej, otwarte na szerokość usta szukały ratunku, który nie nadchodził. Jej krew zamieniała się w toksynę, płuca wypełniał piekący ból. Już raz przez to przechodziła, już raz zdołała wypchnąć z siebie całą truciznę, a teraz mogłaby to zrobić tutaj, na środku świata, gdzie żrąca substancja rozlałaby się po okolicy, wypaliła wszystko, co było obce, przeciwne, niepokorne. Z wściekłością zaczęła trzepotać ogonem, wypuszczać energię… Ale ocknęła się, w przypływie świadomości. Nie mogła tego zrobić, nie w takim miejscu, nie tu, gdzie decyduje za ogół.
Ze zdziwieniem skonstatowała, że normalnie oddycha. Wstała z kucek – była naga, ale nie odczuwała zimna czy wstydu. Zaczęła iść w kierunku środka placu, na którym stała odwrócona do niej plecami dziewczyna. Mimo tumanów pyłu i kłębów dymu, jakie spowijały postać, Theri wiedziała doskonale, kim jest. Nagle tak wyraźnie wróciły do niej wszystkie koszmary, jakie ostatnio wyśniła, wszystkie ich końcówki, które wymazywały się wraz z okrzykiem przebudzenia w mokrej od potu pościeli.
Dziewczyna odwróciła się z ironicznym uśmiechem na ustach.
– Destrukcja – powiedziała jej własnym głosem, unosząc dłonie pełne ognia.
– Kontrola? – zapytała niepewnie Theri, patrząc w błękitne oczy swojego sobowtóra, który przecząco pokręcił głową.
– To niemożliwe. Równie dobrze możesz od razu wyjechać – druga Hawke machnęła ręką i wokół zmaterializowali się ludzie, mnóstwo ludzi. Wszyscy mieszkańcy.
– Dlaczego?
– Bo nie potrafisz inaczej. Przecież wiesz.
– Więc bezczynność albo… ślepota ognia? Bezrozumny chaos? Nieokiełznany gniew?
– Uciec może każdy, ale ty zostałaś stworzona do czynu. Nikt nie zrobi tego za ciebie. Nikt ich nie ukarze, są za słabi, za delikatni, zbyt ograniczeni…
– To nie powód…
– Tak! To jest powód! – krzyknęła druga Theri, a ona wiedziała, z czym ten krzyk jest związany, czuła, jak jej duszę rozdziera ponownie ten sam ból.
– To już przerobiłam, nie mogę…
– Musisz! Inaczej to stanie się znowu, i znowu, i znowu!
– Byłabym straszna…
– …i piękna, jak jutrzenka! Wszyscy będą cię kochać i rozpaczać!
– I nikt już nigdy nie podniesie na mnie ręki – Hawke zacisnęła pięści.
– Nikt! – druga Theri podchodziła coraz bliżej, aż z uśmiechem rozkoszy stanęła z nią twarzą w twarz.
– Nikt – wyszeptała w odpowiedzi i rozluźniła palce. – Nikt, bo nikogo już nie będzie. Ani złych, ani dobrych. Ani przeciwników, ani przyjaciół. Nie będzie dla kogo walczyć, Therino. Odejdź.
– Nie zdołasz poskromić tej mocy! – wysyczała bliźniacza wizja, coraz mniej podobna do niej samej. – Są tylko dwie ścieżki, tylko dwie opcje! Nie oswoisz pierwotnej dzikości, która płynie w twoich żyłach!
– A teraz nagle nie mogę czegoś zrobić? Dopiero co byłam panią wszystkiego! – zaśmiała się Hawke.
Poczuła, jak iluzja się rozwiewa, miasto znika i pojawia się mdlący fiolet Pustki. Przed nią zaś zwijał się w cierpieniach demon gniewu. Theri spojrzała na niego z czymś w rodzaju litości. Wtedy istota pisnęła rozdzierająco i zapadła się w żarzące otchłanie.
Theri nie za bardzo wiedziała, co ma teraz zrobić: przed nią otwierała się szeroka droga, prowadząca gdzieś dalej w odmęty Pustki, za nią krajobraz wyglądał identycznie. Nie miała wielkiego wyboru, ruszyła więc przed siebie, ale wystarczył jeden krok, by stanęła, sycząc z bólu. Przecięte przez Meredith ramię piekło okrutnie, ale prawdziwą udręką okazały się obite żebra, ślady oparzeń na nogach i rękach oraz ewidentnie zwichnięta kostka. Nie miała pojęcia, że Pustka działa w ten sposób na żywy organizm: z jednej strony mogła zamienić się w ptaka, czy rybę, z drugiej – skutki uderzeń w zmienionej postaci w jakiś sposób transponowały się na jej właściwe ciało.
Wpadła wreszcie na pewien pomysł: jeśli przyjąć, że potrafiła zmieniać tę dziwną, senną krainę podług swoich planów, może wystarczy bardzo się skupić, by zmaterializować odpowiednie przedmioty!
Zamknęła oczy i wyobraziła sobie kostur do podpierania, zwitki bandaży i maść leczniczą. Gdy uniosła powieki przed nią nie było nic więcej, ponad ciągnącą się między wzgórzami drogą. Spróbowała jeszcze raz i to samo – żadnych rezultatów.
– No dalej, chcę czegoś do podpierania się!
– A ja bym chciała, żebyś przestała być taką jebaną kulą u nogi, ale na nasze nieszczęście Pustka nie działa w ten sposób – Meredith pojawiła się za nią, nie wiadomo kiedy. Ślady na ciele i zbroi świadczyły, że przeszła przed chwilą coś podobnego, jak Theri. Demon pychy musiał zostać pokonany. – Tylko obecność demona sprawia, że walcząc z nim możemy ukraść nieco mocy i uplastyczniać wizję tego, co nas spotyka. To i tak dużo, zważywszy na fakt, że nie śnimy.
– A jednak się udało, Pustka podsunęła mi kostur do podpierania nogi – Hawke wyciągnęła dłoń, opierając się na ramieniu pani komtur. Ta miała już zaprotestować, ale widocznie uznała, że Hawke może się mimo wszystko jeszcze przydać. Z warknięciem niezadowolenia podtrzymała dziewczynę, zaczynając ich wolny pochód.
– Mogłabyś chociaż zdjąć te śmierdzące łachy. Ile już dni nosisz je na swoim grzbiecie, Hawke?
– Chyba ze trzy tygodnie – odpowiedziała całkowicie szczerze Theri, uświadamiając to sobie ze zdumieniem.
Miała wrażenie, że szły całą wieczność, zanim zauważyły na horyzoncie jakiś budynek.
– Oczywiście, niespełnione marzenie Vascala – mruknęła spocona Meredith. Hawke przyjrzała się bardziej budowli i rzeczywiście, teraz wszystko miało sens: zbliżały się do kirkwallskiej Twierdzy Wicehrabiego.
– Tyle dobrego, że demon nie stworzył również schodów – uśmiechnęła się Theri.
– Zajmiesz się plugastwem, ja biorę Vascala – powiedziała Stannard tonem nieznoszącym sprzeciwu.
Wnętrze Twierdzy przypominało z grubsza to, co Hawke miała okazję zobaczyć na własne oczy: marmurowe posadzki, podparte zdobionymi filarami łukowe sklepienie, pełne kolorów freski na ścianach. Z tym, że tu smukły tron z bukowego drewna nie był pusty.
– Oto i nasi goście! Zapraszamy, zapraszamy! – demonica zeszła z kolan Vascala, zostawiając go na tronie wygiętego w rozkoszy. – Witajcie w świecie marzeń!
Hawke zamrugała. Zamiast Vascala na tronie ujrzała siebie samą. Spięte w kok ciemnorude włosy opasał na czole diadem wicehrabiny. U boku stało drugie krzesło, mniej okazałe, ale wyrzeźbione z tego samego rodzaju drewna. Na nim, w nonszalanckiej pozie siedział Fenris. Wyglądał jak elfi Opiekun, na szyi zawieszone miał amulety, wykonane z żelaznego drzewa, włosy zdobiła obręcz, również drewniana. Był z siebie bardzo zadowolony.
– Nadszedł czas zmian – powiedział sobowtór Theriny i wstał z tronu. Hawke obejrzała się za siebie, nie wiedząc, do kogo jej symulakrum przemawia. Szybko okazało się, że chyba do całego świata. A przynajmniej do całego Kirkwall, bo Twierdza pękała w szwach; obok siebie stali magowie w szatach odpowiednich zakonów, templariusze z różnych szkół, leśne elfy i elfy miejskie. Theri nie miała pojęcia, skąd to wie, przecież nie mogła tego wszystkiego zinterpretować tak łatwo na podstawie wyglądu przybyłych, ale skądś wiedziała i już. W tym czasie jej sobowtór przemawiał dalej:
– Mamy jedną jedyną szansę, by na zawsze ustanowić pokój i dobrobyt, nie spieprzmy tego! Przestał istnieć Krąg, przestały istnieć mury obcowiska, templariusze nie muszą brać lyrium i cierpieć z powodu nałogu. Udało się to, co było uważane za nierealne! Gdzie jest wielkie Imperium Tevinterskie, zbudowane na krwi niewolników? Ugięło się i przeobraziło! Co więc powstrzymuje resztę świata przed uczynieniem tego samego? Wierzę, że wytrzymamy, wierzę, że możliwe jest panowanie nad sobą dla ogólnego dobra. Załóżmy raj na ziemi, spróbujmy tego, czego nie zrobił nikt przed nami – wyrwijmy się z pętli nieustannych wojen!
Wiwaty i oklaski poniosły się echem, a prawdziwa Hawke powróciła spojrzeniem do swojego sobowtóra. Druga Therina usiadła na tronie i przywołała dłonią kogoś kryjącego się do tej pory w kącie sali. Mała, zawstydzona dziewczynka podbiegła wreszcie do bliźniaczej Theriny i schowała całą twarzyczkę w fałdach jej szkarłatnej sukni. Dziewczyna zaniosła się perlistym śmiechem, dźwignęła dziecko na kolana i zmusiła do spojrzenia przed siebie na cały tłum. W wielkich zielonych oczach półelfki pojawił się najpierw strach, później zachwyt.
– Mamusiu, oni tu wszyscy przyszli dla ciebie i taty?
– Tak, kochanie, ale przede wszystkim przyszli tu dla siebie, dla swoich dzieci, tak jak ja i tata jesteśmy tu dla ciebie.
Hawke oglądała tę scenę, czując po kolei wszystko, co dostępne z ludzkich uczuć.
– Pokaż się wreszcie, demonie.
– Dlaczego ludzie zawsze muszą psuć własną radość? Czy nie szczęście jest waszym głównym celem w życiu? Każdy chce być szczęśliwy, ty także, Therino Hawke.
– Za szczęście, jak za wszystko, trzeba płacić. A ja nie mam przy sobie miedziaków – Theri, kątem oka, dostrzegła w rogu sali klatkę. Wydawało jej się, że zza szczebli wyjrzała twarz pani komtur, ale po chwili nic już tam nie było.
– Jak zwykle bardzo zabawna. I śmiertelnie niebezpieczna. Podnieca mnie to połączenie – demonica zbliżyła się do Hawke, a za jej plecami scena rozgrywała się nadal: dziecko dokazywało, mieszkańcy zaczęli powoli rozchodzić się do swoich domów, sobowtór Fenrisa chłonął widok roześmianej Theriny.
– Nie przyjmuję twojej oferty. Kończmy to – powiedziała Hawke grobowym głosem, wyciągając krasnoludzki długi nóż.
– Myślisz, że to jedyne rozwiązanie, Therino, ale tak nie jest. Nie proponuję nigdy ceny, której nie można zapłacić. Nie wymagam, jak inne demony, twojej duszy, nie zmienisz się w plugawca, jak to nazywacie. Chcę tylko, byś poddała się rozkoszy, byś zatraciła się w pragnieniach, przestała w końcu kalkulować, rozmyślać, rezygnować! Jesteś potężną osobą, to, co możesz uczynić temu światu nie jest mrzonką, lecz wizją do zrealizowania! To obawy i powstrzymywanie się od egoizmu sprawiają, że tak wiele nieszczęścia cię spotyka. Kiedy zaczniesz zmieniać się w szczęśliwego człowieka, pociągniesz innych za sobą, zrealizujesz cele, do których swoim starym uporem nigdy byś nie doszła!
– Moja bezpłodność nie jest wynikiem uporu, kalkulacji, czy rozmyślań – sarknęła Hawke.
– Wszystko, co widzisz za moimi placami jest do osiągnięcia z moją pomocą – demonica zafalowała w powietrzu. – O ile jednak bycie dobrą władczynią i zapewnienie pokoju przyjdzie niemal samo, dzięki twoim wyjątkowym zdolnościom, o tyle w tym jednym przypadku faktycznie nie zdołasz zrobić nic. Chyba, że za sprawą mojej ingerencji.
– To nie jest możliwe.
– Ależ jest, droga Therino, jest. Jak zauważyłaś, jestem demonem, istotą, w pojęciu śmiertelników, nadprzyrodzoną. Potrafię wiele, korzystając z mocy Pustki, do której należę – demon wypuścił białe światło. Hawke chciała odskoczyć, ale nie zdążyła – światło rozlało się wokół jej lewej stopy. Po chwili ze zdziwieniem stwierdziła, że kostka nie boli i może swobodnie stanąć na obu nogach.
– To bez sensu. Jeśli masz takie moce, mogłabyś nas zabić, tu i teraz. To nie może być prawdziwy czar.
– Ale właśnie tłumaczę ci, że nic nie osiągnę poprzez waszą śmierć, po co mi ona? Jestem duchem hedonizmu, a agonia niewiele ma z nim wspólnego, nie uważasz? Demony gniewu, pychy, gnuśności, strachu – one żywią się tym, co straszne, negatywne, złe. Ja czerpię przyjemność z twojej przyjemności, czemu więc miałabym ci przeszkadzać?
– Widziałam, co demon pożądania może uczynić. Rodzina Flory Harimann jest tego najlepszym przykładem.
– Wszystko zależy od tego, co sprawia ci przyjemność. Matka Flory rozkoszowała się władzą i podstępem, to było jej nagrodą, ona uczyniła demona takim, jakim był. Ale przecież ty, Therino, jesteś inna, nie pragniesz władzy dla niej samej, lecz by innym żyło się lepiej. Masz czyste serce, jakie pożądanie mogłoby wyjść z niego spaczone?
Ręce Hawke zaczęły się pocić. Co, jeśli… jeśli jest tak naprawdę? Przecież w Pustce istnieją też dobre duchy. Może ludziom, którym powiodło się w życiu, pomagały właśnie takie demony? Oczywiście, jest też cena, demon będzie kusił coraz bardziej, coraz mocniej zachęcał do spełniania swoich fantazji, być może wymknie się to spod kontroli… ale przecież była silna, nie raz już walczyła z potworami, umie je przejrzeć. Nawet teraz demon jej nie oszukuje, tylko wykłada kawę na ławę: cena jest, ale czy w zamian za bycie matką i dobrą królową nie jest to niska cena? Czy faktycznie nie mogłaby choć raz pozwolić sobie na chwilę egoizmu, na bycie po prostu człowiekiem?
Zamknęła oczy. I westchnęła.
– Użyłabym tego wszystkiego do czynienia dobra… lecz wówczas wyzwoliłabym niewyobrażalnie złe moce. – Otworzyła oczy i krzyknęła, z rozpaczą: – Nie kuś mnie!
Wizja zniknęła, wielkie zielone oczy jej córki rozwiały się, jak mgła, a wściekły demon ruszył na nią z wrzaskiem. Hawke cięła błyskawicznie, śliska od potu dłoń niemal wypuściła rękojeść noża, ale cios zdołał przebić demona. Świat zawirował i Therina upadła na drogę. Obok niej przewróciła się też Meredith.
– Ten cholerny demon umieścił mnie w klatce! Załatwiłaś go?
– Tak – odpowiedziała słabo Therina. Dziewczyna mogła pocieszać się faktem, że demon naprawdę kłamał – jej kostka nadal była skręcona i spuchnięta.
– Maleficar musi gdzieś tu być… Wyłaź, Vascal! Stań do walki, nędzny tchórzu! Pokaż… Aaa!
Meredith wrzasnęła, zasłaniając twarz dłońmi i kuląc się z bólu. Theri odwróciła głowę i w ujrzała wyłaniającego się zza wzgórza Vascala. Twarz mężczyzny była niemal nie do poznania: jej połowa przekształciła się w powykrzywianą, pełną wybroczyn maskę potwora.
– Czy to nie zabawne? Templariusze potrafią wyssać z maga jego moc. Ale w Pustce jestem zdolny odwrócić proces, zwłaszcza, że nasza pani komtur bawi się czymś, czego nie rozumie…
– Zamknij się, Vascal – komtur próbowała wyprostować plecy, ale zadrżała tylko i z jękiem opadła na kolana.
– Dziwna rzecz, lyrium. Niebezpieczna, niestabilna…
– Czemu to zrobiłeś, Garez? – Theri ścisnęła mocniej rękojeść noża. – Co osiągnąłeś, przez te swoje gierki? Przyznam, że bardzo mnie to nurtuje.
– Ach, więc wypada zaspokoić twoją ciekawość, Therino Hawke, zanim oddam cię demonom na żer, w zamian za ich pomoc – mag uśmiechnął się, ale jego jasne oczy pozostały zimne. – Należałoby zacząć od przedstawienia się, jak sądzę. Nazywam się Garett Vascal, jestem drugim z synów swego ojca, ulubionym, mimo przeklętego daru, na tyle kochanym, by nie wydać mnie na pastwę Katorgi. Kiedy mój brat bliźniak biegał z przyjaciółmi po ulicach, aż piszcząc z dziecięcej uciechy, ja siedziałem zamknięty na cztery spusty i obserwowałem go z okna domu, uważając, by za mocno nie odchylić zasłony, bo jeszcze ktoś zapytałby, jak dawno zmarły brat mógł tak nagle pojawić się wśród żywych. Ale byłem ostrożny, nie chciałem robić zawodu rodzicom, niczego mi zresztą nie brakowało, prócz wolności, rzecz jasna. Tyle że spokój nie trwa wiecznie. Garez zawsze lubił władzę; kiedy ojciec zachorował i zmarł, zaszantażował matkę, że wyda mnie templariuszom, jeśli nie przepisze na niego posiadłości, jeśli nie odda mu rodowych klejnotów, pochowanych gdzieś przezornie przez cichą, ale zmyślną kobietę. Jak się domyślasz, miałem tylko dwa wyjścia i zdecydowałem się uciec.
Tę część opowieści pominę, bo zanudziłaby cię, Bohaterko, ale wiedz, że dalekie odbyłem podróże. Dalekie i kształcące. Odkryłem, że jestem kimś wyjątkowym, potrafię czerpać moc z siły żywiołu, potrafię manipulować ludźmi, potrafię nie zatracić się w potędze magii, ale wykorzystywać ją, poznawać. Nade wszystko pragnąłem jednak jednej rzeczy: by Krąg nigdy nie majaczył w głębi dziecięcego koszmaru, by już nikt: ani ja, ani żaden z magów nigdy nie musiał być szantażowany wizją tej zimnej wieży, miejsca gorszego od obcowiska, od więzienia, od Pustki. Chciałem pozostać w Tevinterze i szkolić magów do walki, ale pragnąłem też odwiedzić matkę, zaryzykować i zobaczyć ją, może namówić do wyjazdu.
W żadnym wypadku nie sądziłem, że moje plany tak bardzo się zmienią. Po przyjeździe okazało się, że matka zginęła kilka lat temu podczas buntu Arishoka, mój brat maczał palce w ciemnych interesach i praktycznie nie wychodził z domu, a imię rodu już dawno przestało cokolwiek znaczyć. Wtedy poważnie porozmawiałem sobie z Garezem. Oj, bardzo poważnie.
– Zabiłeś go. I przejąłeś jego tożsamość – Hawke przez cały czas, kiedy Vascal zajęty był opowieścią, starała się wymyśleć jakiś plan walki. Każdy jeden, przez jej zwichniętą kostkę, był o kant dupy rozbić.
– Najpierw wyciągnąłem z niego, co się dało. I magią, i torturami. Poznałem wszystkie dojścia, kontakty, zależności, wiedziałem, kto ma długi, u kogo je ma, jak wielkie są i kiedy zaciągnie nowe. A kiedy to wszystko już opanowałem, brat dostał swoją zapłatę za lata zastraszania małego dziecka. Miałem rzucić jego ciało psom, ale jakoś zachowałem je, ku pamięci. Kilka zaklęć i mogłem obserwować, jak gnije, nie bojąc się o swoje zdrowie.
– Tak, bo obserwacja rozkładającego się ciała brata bliźniaka była naprawdę zdrowa.
– Kwestia poziomu wrażliwości, moja droga Therino Hawke. W każdym razie zrozumiałem, że nie muszę wracać do Tevinteru, by zacząć wdrażać w życie swoje plany, Kirkwall dojrzało do tego idealnie. Pusty tron, niepokoje społeczne, żelazna ręka komtur templariuszy i bohaterka ludu, uosobienie szlachetności i dobroci. Wystarczyło tylko trochę zamieszać, by otrzymać odpowiednią reakcję.
– To bez sensu, Vascal. Mogłeś od początku kandydować sam, po co wciągałeś w to mnie?
– Nikt z mężów zaufania nie zgodziłby się na moją kandydaturę: mieli czas, rozważyliby za i przeciw, wreszcie doszliby do wniosku, że niczego o mnie nie wiedzą. Poczekaliby na lepszego kandydata. A ja chciałem, żeby wybory rozpisano już, teraz. Doprowadziłem więc do sytuacji, w której pewna kandydatka rezygnuje tuż przed wyborami, a opinia publiczna domaga się wreszcie władcy na tronie. Nie mogli się nie zgodzić.
– Nadal nie łapię: chcesz wyzwolić Kręgi, ale ułożyłeś się z Meredith, żeby razem rządzić. Gdzie tu logika?
– A kto powiedział, że dzielilibyśmy rządy? – Vascal spojrzał w stronę zgiętej w pół Meredith i wrednie się uśmiechnął. – Przekonałem ją do tego, bawiąc się samym faktem, że zwodzę mojego największego wroga, że tańczy, jak jej zagram. Bardzo pomogła spieprzyć ci opinię, to był majstersztyk, musisz przyznać. Po wyborach, ktokolwiek by je wygrał, rządziłbym ja: z tylnego lub przedniego krzesła. Przez jakiś czas pani komtur byłaby mi bardzo pomocną.
– Vascal, na Stwórcę, nie daje się lisowi pieczy nad kurnikiem!
– Lis pożarłby kury, to prawda, ale przy tym wszystkim kurnik mógłby zostać zniszczony.
Hawke otworzyła szerzej oczy.
– Tak jest, Bohaterko, dlatego też nie wybrałbym na wicehrabinę ciebie: byłabyś dobrą władczynią, na pewno magom żyłoby się w Kręgu lepiej, niż teraz, pod rządami tej wiedźmy. Ale nadal żyliby w zamknięciu, nadal klatka, może nieco większa, ale klatka. To nie było moim celem. To nie jest moim celem.
– Garett, ty chory człowieku, chcesz ich skazać na śmierć! To ma być troska? Współczucie? I za to płacisz człowieczeństwem u demonów?
– Nigdy tego nie zrozumiesz. Krążą o tobie różne legendy, niektórzy twierdzą, że jesteś magiem, ale ukrywasz swe zdolności. Nie czuję jednak w tobie żadnej mocy. Cała tajemnica w tym, że jesteś otoczona wiernymi ludźmi, jesteś przy tym świetną wojowniczką oraz piękną i inteligentną kobietą, w końcu połapałaś się w mojej grze i, niech cię szlag, wszystko zepsułaś. Ale tutaj jesteś bezbronna, Hawke. Ranna, bez przyjaciół. Kirkwall będzie musiało poczekać na swoje przeobrażenie, ale kiedyś ono nastąpi, a Ty już tego nie zobaczysz.
– Zamierzasz stąd uciec? Do Tevinteru, jak sądzę?
– Taki mam zamiar. A ty mi w tym pomożesz. Obiecałem demonom wasze istnienia, wiec trochę sponiewierania i moja rola w waszej zagładzie się skończy. Gdyby nie fakt, że bez większej mocy, którą mogą mi dać demony, nie zdołam otworzyć Zasłony i wyjść tylnymi drzwiami do świata rzeczywistego, zostawiłbym was w spokoju. Ale cóż – jego dłonie roziskrzyły się mlecznym światłem, z którego sypały się płatki śniegu. – Wszyscy dopasowujemy się do sytuacji, nieprawdaż?
– Jesteś dobry, Vascal. Tak dobry, że nie poznałam cię, gdy przyszedłeś do świątyni z własnym posłannictwem. Ale ja nie jestem Brennan, którą podszedłeś zdradziecko w ciemnej uliczce. Będę walczyć.
– Gdybyś nie miała zwichniętej nogi, pewnie potraktowałbym groźbę serio i uciekł w te pędy. Ale daleko mi do szlachetnego woja.
Vascal zaatakował. Mroźny promień śmignął obok jej ucha, gdy wykonała unik, opierając balans ciała na zdrowej nodze. Kolejny czar – Hawke przeturlała się na bok, czując na plecach chłód śniegu. Wiedziała, że Vascal bawi się nią, czeka, aż dziewczyna się zmęczy i załatwi ją bez potrzeby bliższego kontaktu. Gdyby chociaż miała swoje dwa miecze… Wykonując kolejny karkołomny unik pomyślała o broni Meredith: komtur i tak nie mogła powstać z kolan, ale jej miecz był zbyt duży, Hawke tylko by się zmęczyła, chcąc dźgnąć nim Vascala. Szybkość ciosu była kluczowa, jeśli ma przeżyć, musi zdążyć ciąć, zanim Garett zamrozi jej rękę. Ale do tego był potrzeby bardzo krótki dystans. Dystans krasnoludzkiego noża.
Kolejny czar. Tym razem nie zdążyła. Poczuła, jak igiełki lodu wbijają się w jej bok, a coś w środku pęka od zimnego uścisku. Ostatkiem sił zmusiła się do uniku, dzięki czemu powtórzony czar zamroził jedynie fragment drogi przed jej butami.
Musiała jakoś zmniejszyć dystans, ale była zbyt wolna: kilka kroków, które zdołała wykonać w stronę Vascala poskutkowało jedynie tym, że mag lekko się odsunął. Musiała pobiec, ale jak miała to zrobić, kiedy ból przyćmiewał umysł i unieruchamiał jedną nogę?
Garett wstrzymał się lekko, po czym wypuścił coś, co zanim dotarło do Hawke, było prawdziwym lodowym tornadem. Dziewczyna na próżno robiła zwody, poświęcając się i stając nawet na rannej kończynie – żywioł złapał ją w swoje sidła i zaczął bezlitośnie ranić cieniutkimi ostrzami lodu. Hawke krzyknęła, gdy siła wyrzuciła ją ze środka, poharataną do krwi. Pokryty cieniutką warstwą lodu śnieg skrzył się teraz wszędzie pod jej stopami, a ona nie miała siły wstać. Poczuła, że się unosi. Wiedziała już, jaki czar rzucił Vascal, więc jeszcze ostatkiem woli obróciła ciało zdrowszym bokiem ku ziemi.
Rzuciło nią tak mocno, że straciła oddech. Ból eksplodował, a ona zapomniała o wszystkim: liczyło się tylko pulsujące cierpienie. Nie widziała tego, co mimowolnie zrobiła, tylko poczuła, że ogień zbuntował się w jej wnętrzu. Zanim podniosła głowę, usłyszała wrzask Vascala.
– Co to było, Hawke? Gadaj!? Gadaj albo wyduszę to z ciebie!
Uniosła głowę i zobaczyła, że się zbliża. Gniew buzował w jej duszy, wystarczyło go skupić, ukierunkować, ogień niszczy lód… Ale czuła już obcą obecność, czuła, że demony tylko czekają na ten wybuch i choć nie zmienią jej w plugawca, mogą zabrać tę moc, porwać, wykorzystać…
Vascal złapał ją za poły watowanego kaftana, jedną nogą przydeptując boleśnie zdrową stopę.
– Kim jesteś? Jak to zrobiłaś? Mów, a oszczędzę ci życie.
Vascal zapomniał, że śnieg i lód mogą nie tylko ranić, ale także znieczulać. Odepchnęła go niemal bezwładną stopą, podtrzymała się ręką podłoża i odbiła, celując z wymachu w szyję. Garett, wiedząc, co się święci, odchylił się w tył i jednocześnie wypuścił czar. Nie dość, że uniknął ciosu, to jeszcze zaklęcie było tak mocne, że zamrożony na kamień nóż Varrika pękł na setki kawałków.
Hawke upadła, na nią spadł wściekły Vascal, wyrwał z dłoni dziewczyny ułomek noża i ostrą, skrzącą się drobinkami lodu krawędź przyłożył do jej unieruchomionej lewej dłoni.
– Pokaż… pokaż mi tę moc! Może ból cię do tego zmusi, a z tego, co widzę, moja droga, nie potrzebujesz jej prowadzić ani kosturem, ani ręką.
Czuła jak przystawia jej zabójczo zimny metal do nadgarstka, czuła, jak wrze w niej ogień, którego bała się użyć. Była bezbronna, próbowała drugą ręką sięgnąć do jego twarzy, podrapać chociaż, ale brakło jej może cala i dłoń opadła z powrotem na poły watowanego kaftana. Ręka trafiła na coś twardego i Theri, nie zastanawiając się, co to jest, sięgnęła do kieszeni. Czując ból przeciętej skóry, zamachnęła się z okrzykiem, dzierżąc tajemniczy przedmiot.
Oszlifowane w szpic zakończenie podłużnego, fioletowego klejnotu z Keroshek idealnie utkwiło w oczodole Vascala. Mag wrzasnął nieludzko, padł obok Hawke i zaczął śliskimi od krwi palcami wyłuskiwać wbity kamień. Theri nie miała siły wstać, spojrzała tylko na nadgarstek. Mężczyzna nie zdążył przeciąć żył. Chciała poleżeć trochę na śniegu, bała się jednak, że mag zaatakuje ją w amoku. Już dźwigała się, jęcząc, kiedy okazało się to całkowicie zbyteczne. Mag stracił bowiem kontrolę nie tylko nad życiem Hawke.
Miecz Meredith wszedł gładko w trzewia Vascala. Komtur wyjęła go, zrobiła zamach i z przerażającym okrzykiem dekapitowała mężczyznę.
Dyszała jeszcze jakiś czas, wpatrując się w bladą twarz dziewczyny.
– Co tu się wydarzyło, Hawke? – zapytała wreszcie.
– O, nic nie słyszałaś? – odpowiedziała pytaniem, bardziej niż zadowolona.
I wtedy zemdlała.
Rzężący oddech komtur przebił się przez zamglony słabością umysł. Z trudem uniosła powieki. Zobaczyła wpierw rozmazane, później coraz wyraźniejsze czarne stalagmity, wyrastające z podłoża pod dziwnymi kątami, ostre, jak zęby jakiegoś legendarnego zwierzęcia i błyszczące złowieszczym mrokiem. Zdało jej się, że widzi jakiś wyryty w stalagmitach napis, zdołała odczytać bezsensowne R'lyeh, ale góra mieszała jej się z dołem i nie miała już pojęcia, jaki punkt odniesienia obrać.
Jej noga i ramię przytrzymywane były z przodu żelaznym uściskiem Meredith i Hawke miała wrażenie, gdy komtur niosła ją na barkach, że krew nie tylko za bardzo napłynęła jej do głowy, ale też odpłynęła z innych części ciała. Stęknęła. Stannard zatrzymała się i bezceremonialnie zrzuciła Therinę na miękkie od glonów podłoże. Dziewczyna straciła oddech, pęknięte żebra odezwały się przejmującym bólem. Wreszcie zdołała wciągnąć haust powietrza.
– Nie mam zamiaru dalej cię targać, Hawke, więc zbieraj się szybciej – Stannard usiadła obok, dysząc.
Theri wcale nie zbierała się szybko, ale to musiało wystarczyć. Czuła się jak trup i zapewne wyglądała jak trup, ale co było robić. Bardzo powoli wstała, opierając się o czarny kamienny blok.
– Jeśli mamy iść razem, musimy iść wolno, nie dam rady inaczej – praktycznie wyszeptała.
– Żenujące. Nie wiem, co mnie podkusiło, żeby cię zabrać. Mogłaś zdychać obok truchła maleficara.
– Którego załatwiłam, bo ty nie byłaś w stanie – odgryzła się, choć każde słowo sprawiało jej ból.
Meredith ewidentnie nie miała chęci ciągnąć rozmowy, bo wściekła ruszyła przed siebie. Theri poczłapała za nią, w trakcie drogi podpierając się mrocznymi skalnymi wypustkami. Jej mózg znowu zaczął działać, bo do głowy przychodziła masa pytań. Co na Meredith miał Vascal? Bo przecież miał, sugerował to wyraźnie. Czy komtur zabrała ze sobą klejnot? Czy faktycznie nic nie słyszała z ich rozmowy i nie widziała ognistej mocy Hawke? Zważywszy na fakt, że mimo wszystko wzięła ją ze sobą w głąb Pustki, chyba jednak nie. No i wreszcie: dokąd się kierowały? Dlaczego akurat tu? Co komtur wyczuwa w sercu tego nienaturalnego miejsca?
Theri łapała się na tym, że myli jej się góra z dołem, formy przenikały się, geometria łudziła oczy, załamywała prawa natury.
Nagle Meredith stanęła i uniosła głowę. Przypominała psa, który zwietrzył zwierzynę.
– Czujesz coś, Hawke? Cokolwiek?
– Eee… niepokój?
– Zginęłabyś beze mnie, dziewucho. Te formy nie powstały przypadkowo. Tak reaguje Pustka na próby włamania się, ktoś po drugiej stronie ewidentnie chce zrobić wyłom. Czuję, jak używa mocy lyrium.
– Myślałam, że jesteśmy w Czarnym Mieście.
– Chyba w Czarnej Dupie. Nie bądź głupia, Hawke, do Czarnego Miasta dotarli tylko pierwsi durnie, później nie udało się nikomu. Tam dopiero musi się dziać, skoro to miejsce omijają nawet demony.
– Nie wiemy, kto próbuje się włamać. Może być to jakiś magister z Tevinteru? Czy nie ma szans, byśmy zaszły tak daleko?
– Odległości w Pustce są umowne, nie da się sporządzić jej mapy, ci z Tevinteru, jeśli już o nich mowa, próbowali, oczywiście, i polegli. Wszystko jest tu zmienne, dynamiczne, to mentalny obraz, a nie coś, co moglibyśmy ująć w znane trzy wymiary. Więc tak, możemy za chwilę wyjść do świata rzeczywistego w Tevinterze. Nie wiem, czy nie wolę zaczekać na lepszą okazję w Pustce – prychnęła.
Czekały w napięciu. Hawke nie miała pojęcia, gdzie się patrzeć, bo, w przeciwieństwie do Meredith, nic a nic nie czuła, ale i tak nie miała lepszego pomysłu, więc starała się po prostu nie zemdleć ponownie. Wreszcie jej wzrok przykuł mały jasny punkcik, rozszerzający się powoli w kreskę, linię, w końcu w szczelinę. Kobiety spięły się i obserwowały uważnie wyłaniający się widok. Coś jakby niebieskie światło, a w jego środku ręka.
– Fenris! – powiedziała Hawke na tyle głośno, na ile pozwalały jej sponiewierane żebra. Podeszła bardzo blisko szczeliny. Widziała już twarz elfa, który z wysiłkiem starał się rozewrzeć Zasłonę.
– Szybko, zanim demony wydostaną się do Kirkwall! – Meredith bezceremonialnie popchnęła dziewczynę. Światło rozbłysło, zamigotało i nagle z powrotem znalazła się na wyborczym podeście. Wpadła na kogoś, okazało się, że to Cullen z czerwoną szramą na wardze i policzku. Podtrzymał dziewczynę, z ulgą obserwując wyłaniającą się ze szczeliny panią komtur.
– Zamykajcie, prędzej! – zawołała komtur, a Fenris w towarzystwie sporej grupy templariuszy skupił się i zamknął maleńkie przejście. Pot błyszczał na jego czole.
Rozległy się brawa. Therina ze zdziwieniem uświadomiła sobie, że na placu nadal jest pełno mieszczan i szlachty. Podziękowawszy Cullenowi pokuśtykała w stronę elfa. Jego silne, choć wciąż błyszczące znakami lyrium ramię pomogło jej człapać w stronę zaniepokojonych przyjaciół.
– A myślałem, że dzięki mnie choć raz nie będziesz musiała walczyć – powiedział Gamlen, przeczesując rzadkie włosy.
– Maleficar nie żyje! Kirkwall znów jest bezpieczne! – zagrzmiała pani komtur, wywołując wśród gawiedzi gromkie wiwaty.
– Bądź co bądź Meredith wyszła na tym wszystkim lepiej, niż powinna – Varrik przyjrzał się pokiereszowanej Theri i westchnął. – Jutro wszystko nam poopowiadasz, dzisiaj wystarczy wrażeń, prawda? Blondasku, pomożesz?
Anders kiwnął głową. Hawke zauważyła, że mag wygląda okropnie. Chciała z nim porozmawiać, przy okazji uspokoić swoje lęki, które wywlekł na wierzch Garett Vascal… ale jeszcze nie dziś. Dziś czekał ją sen. I pierwszy raz od dawna miała pewność, że prześpi noc bez żadnych koszmarów.
W tekście wykorzystałam fragmenty dialogów z filmu "Władca Pierścieni: Drużyna Pierścienia"
