Rozdział 1
Była już noc a ponad lasami świecił srebrny Księżyc przysłonięty częściowo przez warstwę ciemnych, niepokojąco wyglądających chmur. Lekki wiatr poruszał łąkami, które wydawały z siebie charakterystyczny, monotonny szelest, podczas gdy gdzieś z oddali słychać było pohukiwania nocnych ptaków. Ruiny stojące na wzgórzu, czarniejące na tle nocnego nieba wydawały się bardziej mroczne i monumentalne niż za dnia. Drużyna nie znających się osób złączonych przez kapryśne przeznaczenie powoli dochodziła do siebie po przymusowej wędrówce przez nieznane im rzeczywistości. Alan Scott otrzepał swą pelerynę z trawy i rozświetlając sobie drogę zielonym światłem pierścienia, ruszył na poszukiwania towarzyszy. Po kilku krokach natchnął się na Sakiko i Jessicę. Pierwsza dziewczyna siedziała na kamieniu patrząc w wyglądające gdzieniegdzie zza chmur gwiazdy. Była zdezorientowana. Obok niej leżała nieprzytomna Jessica. Alan zbliżył się do młodych kobiet. Sakiko zareagowała instynktownie broniąc swą towarzyszkę. Scott oświetlił ją pierścieniem. Dziewczyna uspokoiła się i powoli do niego podeszła.
- Przepraszam. Moje zmysły nie przyzwyczaiły się jeszcze do tego miejsca. Jest takie inne od mojego świata. Pełne życia a jednocześnie takie puste... - powiedziała dziewczyna.
- Mój pierścień też nie jest w stanie go zakwalifikować... co z nią? – Alan wskazał na Preview.
- Nic jej nie jest. Po prostu jej organizm nie regeneruje się tak szybko jak mój...
- Czy wiesz co z pozostałymi?
- Czuję ich wszystkich. Żyją... Są niedaleko, ale jeszcze się nie obudzili. - Czarnowłosa oznajmiła beznamiętnie. W innej części polany Mint klęczała obok nieprzytomnej Narei. Jej twarz wyrażała zaniepokojenie stanem towarzyszki. Położyła dłoń na jej piersi i natychmiast pojawiło się wokół niej delikatne światło. Elfka zaczęła cichutko recytować zaklęcie w prastarym języku swoich przodków. Narea poruszyła się, otworzyła oczy.
- Tak ciepło, przyjemnie... – wyszeptała.
Mint ucieszyła się, że jej leczniczy czar zadziałał. Po chwili z krzaków wyłonił się Matts. Iluminacja elfki doprowadziła go do miejsca w którym przebywały dziewczyny.
- Jesteście całe? Nie wiecie co z pozostałymi? – zapytał otrzepując się z liści.
- Nie. Jesteśmy tylko my... – odpowiedziała Mint podchodząc do niego.
- Jestem zupełnie zdezorientowana. Życie tego Świata jest tak odmienne od mojego Lasu. Nie jestem w stanie poprosić duchów opiekuńczych drzew i łąk, aby wskazały mi gdzie mam szukać naszej drużyny.
- Nie przejmuj się dziewczyno, widzisz ten zielony błysk w oddali? – Chłopak wskazał palcem w kierunku miejsca gdzie pojawiło się światło.
- To na pewno ten starszy gość w pelerynie. Chodźmy do niego!
Elfka podeszła do podnoszącej się z ziemi kapłanki.
- Możesz iść? - zapytała z wyczuwalną troską w głosie.
- Tak, nic mi nie jest... dziękuję za wszystko.
Wszyscy trzej ruszyli w kierunku sygnału pierścienia Alana Scotta. Po kilku minutach drogi spotkali się z drugą grupą. Jessica była już przytomna i dochodziła do siebie siedząc na kamieniu. Matts bardzo szybko do niej dołączył.
- Jesteś cała? - zapytał.
- Czuję się jakbym była w kawałkach. Głowa mnie boli... nie mogę się na niczym skupić...
- Wciąż kogoś brakuje... – oznajmiła Narea rozglądając się dookoła.
- Ranna oraz Morfeusza i jego pomocników - odparła Sakiko.
- Pięknie, zniknął ten, co nas w to wszystko wpakował!
- Zaczekajcie, ktoś się zbliża! – ostrzegł Green Lantern kierując pierścień na poruszającą się w cieniu sylwetkę. Okazało się, że nieznajomym jest Rann Shaner.
- Mamy ogromne kłopoty! Chodźcie za mną! – krzyczał mężczyzna pokazując na widoczne w oddali kamienne ruiny.
- Co się stało? - zapytał GL.
- Jakiś dziwny osobnik szykuje się do zabicia Morfeusza!
Drużyna bardzo szybko znalazła się u podnóża zniszczonej świątyni. Na jednej z tworzących ją głazów stał wysoki mężczyzna o długich, fioletowych jak noc włosach, ubrany w powiewny, ciemny strój. W jednej ręce trzymał szaty nieprzytomnego władcy snów a drugą szykował do zadania mu śmiertelnego ciosu. Jego oczy pełne były nienawiści, szaleństwa i niezdrowego pożądania.
- Co robimy? - spytała Jessica.
- Musimy mu pomóc... – odparł Alan.
- Tylko jak, jeśli ten gość pokonał istotę o boskiej mocy? – zapytała retorycznie Sakiko.
W tym samym momencie w głowach wszystkich zabrzmiały słowa Władcy Snów.
„Nie obawiajcie się. Fallax jest fałszywym bogiem, który został słusznie zapomniany przed wiekami. Przebudzenie nienaturalnie przywróciła go do życia. Fallax ma władzę nad moim ciałem tylko dlatego, że ona obdarowała go duszą jego własnego snu, częścią mojej krainy. A każdy sen jest fragmentem mnie samego. Nad wami nie ma tak silnej władzy. Zaatakujcie teraz, póki nie odzyskał jeszcze pełni kontroli nad nowo podarowanym życiem."
- Słyszeliście gościa! – krzyknął Matts.
- Głośno i wyraźnie! – dodał Alan. Wytworzył wiązkę zielonego światła, które uformowało się w ogromną rękę. Korzystając z jej pomocy wyrwał Morfeusza z objęć gniewnego boga i przeniósł go w bezpieczne miejsce.
- Kto śmie zakłócać mój spokój! – Fallax zeskoczył z kamienia. Zauważył stojące przed nim sześć osób. Scott zaatakował go strumieniem zielonego ognia. Mężczyzna obronił się wytwarzając ochronną tarczę. Narea wyjęła z torby połyskujący na niebiesko, ostro zakończony kryształ. Recytując inwokację rzuciła nim w przeciwnika. W kontakcie z magicznym przedmiotem tarcza rozsypała się na drobne kawałki. Wściekły Fallax zaczął rzucać w członków drużyny wyładowaniami energetycznymi.
- Gdyby tylko stanął w miejscu... – odparł Rann.
- Da się zrobić! – poinformowała Mint i jej ciało zajaśniało białym światłem. Spod stóp mężczyzny wyrosły dwa ogromne korzenie. Owinęły się wokół jego nóg, skutecznie go unieruchamiając. Shanner dotknął paneli kontrolnych na swej rękawicy i skierował ją na Fallaxa. Ciało długowłosego zostało porażone bardzo silnym ładunkiem elektrycznym.
- Czas to zakończyć! – oznajmiła Sakiko nienaturalnie brzmiącym głosem. W jej ustach ukazały się wampirze zęby a jej oczy stały się czerwone. Dziewczyna skoczyła na oszołomionego przeciwnika i uderzyła go w twarz wykorzystując całą dostępną jej siłę. Fallax wraz z wyrwanymi korzeniami został odrzucony w kierunku monolitu. Mocno w niego uderzył. Kamień zajaśniał na niebiesko i rozsypał się na kawałki, grzebiąc pod sobą złego boga. Po chwili, nie wiadomo skąd obok drużyny pojawił się Corinthian, trzymający w ręku duży nóż. Jego oczy ukryte za ciemnymi okularami skierowały się na Jessicę i Mattsa, którzy trzymali ciężko rannego Króla śniących zastępów.
- Zabierzcie go jak najdalej z tego miejsca. Przebywanie blisko przebudzonego Snu wpływa destrukcyjnie na jego ludzkiego awatara. Wy którzy macie moc, także stąd uciekajcie...
Kiedy wszyscy oddalili się, aby ochronić jedyną osobę, która była w stanie sprowadzić ich z powrotem do domów, Corinthian ruszył w stronę roztrzaskanego obelisku.
- A co z tobą? – zapytał Alan.
- Ja mam jeszcze jedną sprawę do załatwienia. – odparł mężczyzna uśmiechając się złowieszczo. Green Lantern przez chwilę patrzył w jego kierunku, lecz kiedy żywy koszmar zniknął w czerni nocy, Alan uniósł się ponad łąkę i dołączył do schodzących ze wzgórza towarzyszy. Corinthian pochylił się nad leżącym w rumowisku Fallaxem. Podniósł za włosy jego głowę i przystawił do niej ostrze noża.
- Oczy boga... zawsze byłem ciekaw jak taka istota postrzega świat...
Zaśmiał się głośno, zaburzając spokój wiszący nad całą krainą.
Grupa oddaliła się do pobliskiego lasu. Pod koronami licznych drzew, ciemność nocy wydawała się jeszcze czarniejsza niż na rozległych wzgórzach wokół świątyni. Pomimo tego, każdy z członków drużyny czuł odprężenie i wyraźny brak napięcia jakie towarzyszyło im w pobliżu ruin, gdzie stoczyli walkę z pierwszym napotkanym na swej drodze przeciwnikiem. Mint była najbardziej zadowolona ze wszystkich, gdyż gęstwina w jakiej się znalazła, przypominała jej o jej domu, Lesie. Dziewczyna nie czekając na innych zebrała suche gałęzie leżące nieopodal i przygotowała ognisko. Wszyscy usiedli na kamieniach i wystających z ziemi grubych korzeniach drzew. Patrzyli z niepokojem na Morfeusza, który powoli odzyskiwał świadomość i władzę nad swoim ciałem. Elfka klęknęła przy nim z zamiarem wyleczenia go swą mocą, tak jak zrobiła to kilkadziesiąt minut temu z Nareą. Mężczyzna zatrzymał jej rękę.
- Nie rób tego dziecko Lasu. Jesteś wyczerpana, a magia kultywowana od stuleci przez Twój lud nie potrafi zgłębić tajemnic istoty należącej do rodziny Nieskończonych.
Mint nie odpowiadając ani jednym słowem, usiadła na spróchniałym pniaku powalonego drzewa. Zgromadzeni przez jakiś czas przypatrywali się w ciszy palącemu się płomieniowi ogniska. Mats Sunder pierwszy stracił cierpliwość. Stanął przed Władcą Śnienia.
- Czy wytłumaczysz nam wreszcie gdzie jesteśmy? Jak tu trafiliśmy i kim był ten czubek który nas zaatakował? I najważniejsze... kiedy do cholery wrócimy do domu?
- Przyłączam się do tych pytań – dodał Rann Shaner.
- Chyba wszyscy się przyłączamy – dokończyła Jessica.
- Jesteście bardzo niecierpliwi a to może być przyczyną waszej porażki. Ale taka jest natura istot, których życie jest tylko krótką chwilą w wieczności. Zostaliście zebrani, ponieważ wszyscy usłyszeliście moje wezwanie. Waszym przeznaczeniem było wybrać się w podróż do mojej krainy i tam stawić czoła Przebudzeniu. To wciąż jest wasze zadanie, lecz los skomplikował wam drogę do jego wypełnienia. Nasz wróg działał szybciej niż się tego spodziewaliśmy. Wykorzystując moc pochodzącą ze snu fałszywego boga, przerwał naszą podróż wyrywając nas ze Śnienia. Nie jesteśmy w stanie wrócić taką samą drogą jaką tu przybyliśmy, gdyż ona nie istnieje, zamieniona przez Przebudzenie w zrodzonych z nicości Pożeraczy Snów. Odpowiadając na twoje pierwsze pytanie Matsie Sunder, jesteśmy w świecie Alaria, miejscu które kiedyś tętniło magią. Niestety krótkowzroczność istot, które nią władały doprowadziła do katastrofy po której wszelka magia została zniszczona i zakazana po wieczne czasy. Fallax, którego spotkaliśmy, był jednym z pradawnych kapłanów sztuki magicznej, który wyniósł samego siebie do boskości. Był jednym z tych którzy przed wiekami sprowadzili na ten świat zagładę i pierwszym który został uśpiony aby ponowna tragedia nigdy się nie wydarzyła. Lecz teraz Przebudzenie podarowało mu drugą szansę. Zapewne nie za darmo, gdyż ceny tej istoty są wysokie.
- Ale my pokonaliśmy go, prawda? – zapytała Sakiko.
- Tak, chwilowo... a mój sługa prawdopodobnie uczynił mu coś o czym nawet nie chcecie wiedzieć. Lecz nie zostanie on nigdy pokonany, jeśli nie usuniemy z tego świata piętna Przebudzenia. Ostatecznie, nie mogę odpowiedzieć na wasze ostatnie pytanie...
- To znaczy że jesteśmy tu uwięzieni? - kontynuowała czarnowłosa.
- Droga którą tu przybyliśmy została bezpowrotnie zniszczona. Jedyną możliwość powrotu może nam dać mój stary znajomy, ostatni z magów tej krainy. Odnalezienie go może być bardzo trudne a nawet niemożliwe...
- Ale spróbować musimy. Od zaraz – oznajmił Sunder.
- Droga jest daleka a wy jesteście wyczerpani. Musicie spędzić noc na odpoczynku. Jutro wyruszymy dalej. Jest jeszcze wiele rzeczy, które musicie wiedzieć o świecie w którym się znaleźliście.
Tymczasem u podnóża prastarej świątyni znalazła się tajemnicza para z tawerny. Dziewczyna klęczała przy roztrzaskanym kamieniu patrząc na ślady mieniącej się barwami tęczy krwi.
- Stoczyli walkę, muszą być niedaleko... – powiedziała.
- Nie wyszli jednak zwycięsko. Ich przeciwnik żyje, choć pewnie długo będzie leczył się z odniesionych ran.
- Tak... Czy mamy go szukać?
- Nie, jesteśmy zmęczeni. Musimy ruszyć na poszukiwanie noclegu. – zadecydował brodacz.
- Jak sobie życzysz. – odpowiedziała czarnowłosa.
Jessica stała na środku niewielkiej polany patrząc na niebo na którym migotały miriady gwiazd układających się w fantazyjne konstelacje, zupełnie różne od tych które dziewczyna znała z własnego doświadczenia. Podszedł do niej Matts.
- Zapiera dech w piersi, prawda?
- Tak, od razu przypomniała mi się pewna rozmowa z moją przyjaciółką...
- W moim świecie nocne niebo jest ciemne i nudne. Światło miasta w którym mieszkam zupełnie nie pozwala zobaczyć gwiazd.
- Dokładnie... ale tam skąd ja pochodzę, nawet na zupełnym odludziu nie jest tak pięknie jak tutaj. Tak jakby całe niebo śpiewało swym światłem jakąś magiczną pieśń. Chciałabym w nim zatonąć...
- Tak... wiem co czujesz..
Jessica zamknęła oczy i nagle jej umysł został zalany przez wizję. Była sama pośród gwiazd układających się w drogę mleczną po której szedł mężczyzna o włosach związanych w kucyk z tobołkiem podróżnym. Dziewczyna szybko otrząsnęła się z halucynacji.
- Co z tobą? Przez chwilę byłaś gdzieś daleko stąd...
- Jak by ci to powiedzieć... wiesz, ja miewam wizję rzeczy które mają nadejść. Zobaczyłam jakiegoś faceta z tobołkiem..
- Tobołkiem?! Z rudymi włosami związanymi w kucyk? Kurde! Ten gość śni mi się od dzieciństwa...
- Może lepiej będzie jeśli położymy się spać. Dziwnie się poczułam – oznajmiła Preview szybko udając się do miejsca gdzie paliło się ognisko. Chłopak wolnym krokiem ruszył za nią.
Rann siedział na dużym kamieniu. Dotykał klawiszy na swojej rękawicy a przed nim unosił się hologram przedstawiający gwiazdy z wszechświata z którego czarnowłosy mężczyzna pochodził. Alan Scott patrzył na wizualizację z zaciekawieniem.
- To system z którego pan pochodzi?
- Tak. Znaczna część poznanej Galaktyki. Próbuję określić nasze miejsce... na próżno. Tutejsze gwiazdy zupełnie nie przypominają tego co mam w pamięci komputera. Wartości korelacji tylko jak dla przypadkowego szumu, zero prawdopodobieństwa natrafienia na znajomy region przestrzeni.
- Oznacza to, że jesteśmy dalej, niż pan przypuszcza.
- Dokładnie... jesteśmy w Nieskatalogowanych Terytoriach lub w jakiejś odległej Galaktyce.
- Jest jeszcze jedna możliwość... – odparł Lantern unosząc swój pierścień. Po chwili ukazała się wizualizacja mapy Wszechświata, która została sporządzona przez korpus Zielonych Latarni. Wewnętrzny komputer pierścienia nie potrafił zakwalifikować nieba nad głowami mężczyzn do żadnego z sektorów zapisanych w swojej pamięci. Po chwili Alan rozkazał pierścieniowi porównać mapy: swoją oraz należącą do Shanera. Bezskutecznie, gdyż po raz kolejny komputer nie znalazł podobieństwa innego niż wynikającego z losowego rozkładu położeń gwiazd.
- ...Która jest coraz bardziej prawdopodobna... Naprawdę jesteśmy w zupełnie innej rzeczywistości.
- A to co się dzieje jest o wiele większe od nas samych... – dokończył Rann.
Narea, Mint i Sakiko siedziały przy ognisku. Najlepiej czuła się elfka, gdyż bliskość drzew dodawała jej siły do życia. Dziewczyna opowiadała Narei o wydarzeniu które doprowadziło do tego, że znalazła się w tym miejscu. Czarnowłosa była zdziwiona podobieństwem historii koleżanki do jej własnej, pochodzącej z zupełnie różnego świata. Sakiko siedziała w milczeniu, obejmując się rękami. Była bardzo blada a jej ciałem wstrząsały dreszcze. Patrzyła na tańczące płomienie usiłując skupić na nich całą swoją uwagę. Po pewnym czasie Narea i Mint położyły się spać w pobliżu ogniska. Wampirzyca do nich nie dołączyła. Elfka zauważyła, że dziewczyna trzęsie się z zimna.
- Sakiko... Źle się czujesz?
-Tak, ale nie przejmujcie się mną. Musicie dobrze się wyspać.
- Ale ty cała drżysz. Jeśli ci zimno, podejdź do nas. Razem się ogrzejemy...
- Nie! Nie chcę! Jakoś sobie poradzę – odpowiedziała z trudem.
- Naprawdę nie wyglądasz najlepiej – Mint chciała podejść do nowej znajomej.
- Nic mi nie jest... Naprawdę! – Sakiko wstała i odsunęła się na kilka kroków.
- Może moje leczenie by ci pomogło?
- Nie! Śpijcie już...Ja... lepiej będzie, jeśli stąd pójdę... muszę... się stąd... oddalić... szybko...
Sakiko bardzo szybko odeszła od ogniska i zniknęła w pobliskich zaroślach. Kiedy oddaliła się znacznie od obozu zatrzymała się. Była niezwykle blada, ciężko oddychała.
- Głód... tak silny... to pewnie przez kontakt z tym Fallaxem... – Po chwili odpoczynku ruszyła dalej. Doskonale wiedziała, że jeśli będzie przebywać blisko swoich towarzyszy może stać się dla nich zagrożeniem. Pozostało jej jedynie przeczekanie nocy w zupełnym osamotnieniu.
Kolejny dzień zaczął się dla drużyny bardzo wcześnie. Musieli być na nogach zaraz po pojawieniu się słońca nad horyzontem, ponieważ czekała ich długa droga do miasta. Lord Dream chciał zebrać wszystkich wokół siebie, bo miał do przekazania bardzo ważne informacje. Brakowało jedynie Sakiko. Mint i Narea bezskutecznie próbowały ją odnaleźć. Dziewczyny nie wróciła do obozu i Morfeusz posłał kruka Mateusza na jej poszukiwania.
- Musimy dzisiaj dotrzeć do miasta. Wówczas będę mógł ustalić w jaki sposób odnajdę mojego znajomego z dawno minionych czasów. Jak wspominałem, świat w którym jesteśmy nosi w sobie ogromne blizny jakie zadała mu magia wieki temu. Wszystko co było magiczne zostało przez jego mieszkańców zniszczone i jeśli cokolwiek nowego, noszącego w sobie magię pojawi się w nim teraz, także zostanie wykryte i na zawsze usunięte. Dotyczy to także was. – wskazał palcem na Mint i Nareę.
- Schowaj swoje kryształy głęboko, Strażniczko Ogrodu. A ty, nie możesz pokazać uszu, Dziecko Lasu.
Elfka dotknęła szpiczastego ucha. Poprawiła włosy.
- Również ty, Zielona Latarnio z Ziemi musisz ukryć swój pierścień. Nawet jeśli nie jest on przejawem magii, przez mieszkańców tego świata za takowy może zostać i zostanie uznany. To samo tyczy się także twojej technologii Rannie Shaner. Matts szturchnął Jessikę.
- Chyba tylko my nie mamy się czego tutaj obawiać.
- Tak... ale jak się dowiedzą o moich wizjach...
- Albo o moich snach.
- Spalą nas na stosie żywcem. – dziewczyna zaśmiała się.
- Nie traćcie czasu na niepotrzebne żarty. – Lord Morfeusz uspokoił rozmawiających.
- A w jaki sposób ty pokażesz się w mieście? Z bladością, w tych czarnych ciuchach... – zapytał Matts.
- Moja aparycja jest zależna od tego kto obserwuje. Ten kto nie chce w swoim życiu magii nie dostrzeże jej w mojej osobie. - wytłumaczył Morfeusz.
- Przydatna zdolność... - skomentował chłopak.
- Ta ścieżka zaprowadzi was do drogi biegnącej do niewielkiego miasta. Nie zbaczajcie z niej bo w tych gęstych lasach łatwo można się zagubić i nigdy więcej nie odnaleźć. – Dream poradził drużynie.
- A ty, Władco Snów ? – zapytał Alan Scott.
- Ja muszę odszukać i sprowadzić ostatnie z was – odparł Morfeusz znikając za ogromnym dębem.
- Sakiko... – wyszeptała zakłopotana Mint.
Dream doszedł do krawędzi urwiska. Spoglądał na rozciągający się poniżej las oczekując na powrót swojego posłańca. Wyciągnął rękę wyczuwając, że za chwilę czarny ptak się pojawi. Mateusz wyleciał z krzaków i usiadł na dłoni swojego pana.
- Odnalazłeś ją Mateuszu?
- Tak... ale nie docierają do niej żadne moje słowa. Stoi nad przepaścią, nie reaguje, nie chce się nawet odwrócić.
- W takim razie będę się musiał z nią osobiście spotkać – odparł władca snów i cicho niczym poranna mgła podążył w kierunku wskazanym mu przez Mateusza.
Sakiko stała na krawędzi urwiska a wiatr rozwiewał jej włosy za którymi ukryła twarz. Lord Morfeusz zbliżył się do niej wolnym krokiem. Dziewczyna nie odwróciła się. Zacisnęła pięści.
- Nie radzę podchodzić do mnie w tej chwili. Jestem na głodzie i źle się to może dla ciebie skończyć.
Dream wyciągnął dłoń w kierunku dziewczyny.
- Powłoka którą widzisz jest jedynie manifestacją pojęć daleko zakorzenionych w świadomości myślących istot wszechświata. Nie ma w tym ciele, ani kropli substancji jakiej teraz pożądasz.
Wampirzyca przez chwilę się wahała, ale w końcu przełamała się i odwróciła do czarnowłosego mężczyzny.
- Rzeczywiście... niczego nie czuję - Otarła z policzka spływające łzy.
- Co robisz tutaj samotnie, na krawędzi krainy? Czas ruszać w dalszą drogę. - zapytał Dream.
- Zastanawiam się czy nie zakończyć tutaj mojej podróży. Raz i na zawsze.
- Została Ci powierzona misja, czy chcesz tak łatwo z niej zrezygnować?
- Jesteś bogiem, czy czymś podobnym a nie widzisz kim naprawdę ja jestem?! Jestem zagrożeniem dla Twojej drużyny! Dla powodzenia misji i wszystkich którzy mają nieszczęście znaleźć się obok mnie! Czy ty wiesz co się stało, gdy poczułam głód!? Naprawdę myślałam, żeby poderżnąć gardło którejś z tych dziewczyn. Jestem potworem i w twoim interesie powinno leżeć pozbycie się mnie!
- Jesteś ważną osobą w przyszłości krain. Dlatego usłyszałaś moje wołanie.
- A ty jesteś cholernym egoistą. - odparła zdenerwowana dziewczyna.
- Opisujesz samą siebie. - powiedział spokojnie Władca Snów. Sakiko zamilkła.
- Ponieważ ja znam prawdę o tobie i twojej psychice. Prawdę do której sama nie chcesz się przyznać. Mówisz, że obawiasz się o ludzi a tak naprawdę myślisz o sobie. Boisz się powiedzieć im prawdę o tym kim jesteś, bo myślisz, że w ten sposób odsuną się od ciebie i cię znienawidzą. Boisz się samotności w której i tak każdego dnia kroczysz. Nie widzisz, że oni także kryją mrok w swych duszach? Rann Shanner robił rzeczy o których nawet nie śniłaś w najgorszych koszmarach a zmaltretowana psychika Jesssiki Vale była przez chwilę najpotężniejszą siłą we Wszechświecie. A co ty robiłaś w swym życiu Sakiko?
- Zanim zostałam... ugryziona... żyłam jak każda inna dziewczyna.
- A po twojej transformacji?
- Spędzam życie w nocy polując na istoty które zagrażają takim osobom jak ja kiedyś.
- I czy uważasz siebie przez to za potwora? Uważasz, że twoja podróż nie ma sensu? Uważasz, że należy ją zakończyć?
Czarnowłosa nie wiedziała co odpowiedzieć.
- Pomyśl co by się stało gdybyś wybrała śmierć wtedy gdy dowiedziałaś się o swojej transformacji. Ile osób cierpiało by, ponieważ nikt nie mógłby przyjść im z pomocą?
- Ok, dowiodłeś swoich racji. I ja się lepiej poczułam. Wrócę z tobą do drużyny. Ale pod jednym warunkiem.
- Jaki jest twój warunek, Sakiko Hayasu?
- Jeśli będę zagrożeniem dla kogokolwiek z drużyny, zabijesz mnie bez wahania.
- Obiecuję, Sakiko Hayasu.
Lord Mofeusz ruszył w kierunku drogi. Sakiko odczekawszy kilkanaście sekund podążyła za nim.
Wkrótce dołączyli do pozostałej części grupy. Mint i Narea widząc zbliżającą się Sakiko bardzo się ucieszyły. Wśród zebranych nie było widać Alana Scotta, ale za to znalazł się Corinthian. Green Lantern wkrótce pojawił się ponad lasem, otoczony zielonym płomieniem. Wolnym ruchem opadł na drogę.
- Nieopodal znajdują się zabudowania, dalej nie możemy iść w takich strojach.
Alan uniósł dłoń ponad głowę, zielony płomień zajął jego ubranie i ciało. Wkrótce strój mężczyzny został zastąpiony przez proste brązowe spodnie i brązową koszulę. Zielony blask przygasł.
- Ja mogę zrobić taki trik dla siebie, ale utrzymywanie iluzji dla wszystkich z was byłoby zbyt energochłonne dla pierścienia. Corinthian wyszedł mu na przeciw.
- Skoro nieopodal są zabudowania, to możemy znaleźć sobie parę ubrań.
- A czy twój wygląd nie będzie wzbudzał podejrzeń?
- Jestem, podobnie jak mój pan snem. Ludzie widzą mnie takim, jakim chcą mnie widzieć.
Alan odwrócił się do pozostałych.
- Razem z Corinthianem udamy się do wioski po jakieś ubrania. Wtedy będziemy mogli kontynuować swoją podróż.
- Bardzo dobrze, Alanie Scott. Bezpiecznej drogi. - powiedział Morfeusz.
- Mam nadzieję, że nie będę musiała ubierać na siebie niczego zawszonego - odparła Jessica.
- Blask czarnego kryształu zabija każde robactwo. Tak radzimy sobie z brudem w szatach w naszej świątyni - oznajmiła Narea.
- Ok, wezmę sobie od ciebie ten kryształ.
Green Lantern i Corinthian szli drogą otoczoną przez porośnięte trawą równiny. Z oddali słychać było szczekanie psa oznaczające że wioska o której mówił Alan Scott znajduje się niedaleko. Mężczyźni przez większą część drogi nie odzywali się do siebie. Green Lantern co chwilę spoglądał na swego towarzysza. Zastanawiał go dziwny uśmiech przyklejony do twarzy Corinthiana.
- Zastanawia mnie jedna sprawa... - zapytał.
- Tak ?
- Co się stało po tym jak zostawiliśmy cię sam na sam z Falaxem?
- Lepiej żebyś o tym nie wiedział.
- To znaczy, zabiłeś go?
- Nie, nie było by z tego żadnego pożytku... jest naznaczony przez przebudzenie. Nie wiadomo co wywołała by jego śmierć. Mógłby wrócić jeszcze potężniejszy. Zraniłem go w inny sposób.
- I pewnie lepiej żebym nie wiedział w jaki?
- Tak... można powiedzieć, że dzięki niemu zobaczyłem świat oczami boga. - Corinthian zakończył poprawiając czarne okulary i jeszcze szerzej się uśmiechając.
Alan chciał dowiedzieć się czegoś więcej, ale mężczyzna go uciszył.
- Ktoś się zbliża.
- Bądźcie pozdrowieni! - zawołał łysy brodacz idący drogą.
- Bądź pozdrowiony - odpowiedział Alan.
- Nie znane mi są wasze twarze, wędrowcy. Co sprowadza was do naszej okolicy?
- Jesteśmy... jesteśmy kupcami...
- Dziwne... Jesteście kupcami a nie macie ze sobą towaru? Gdzie wasze wozy? Co sprzedajecie?
- My... Nasza karawana została napadnięta. Tylko nam udało się uciec. Zabrali nam cały towar. - Alan szybko znalazł odpowiedź na jego pytanie.
- Zbójcy w tych okolicach? Źle się dzieje ostatnio. Podobno gdy opiekował się nami stary Zibo z Wieży było tutaj znacznie spokojniej. Ale został wyciągnięty przez Strażników i potem skonał w żelaznej dziewicy, biedak.
Brodaty przestał mówić jakby się czegoś obawiał.
- Ale oczywiście, zasłużył na to. W końcu pałał się magią stary zgred. - dodał po chwili nienaturalnym głosem.
- Zapraszam do naszej gospody... powiedzcie właścicielowi, że was stary Tomus przysyła. On na pewno da wam jadła i napitku i miejsca na odpoczynek po przygodach.
- Dziękujemy, jesteś naprawdę dobrym człowiekiem. - odpowiedział Green Lantern.
- Bądźcie pozdrowieni! - Brodacz ruszył dalej w swoim kierunku.
- Ruszamy do wioski. - Alan poinformował Corinthiana.
- Chyba najpierw do knajpy. - Corinthian zirytował się.
- Nie teraz. Musimy znaleźć sposób aby zapłacić im za gościnę. Nie będziemy dalej okłamywać tych ludzi. Są dla nas zbyt uczynni.
- W takim razie daleko nie zajdziemy w naszej misji.
- Istnieją zasady których nie możemy łamać, nawet jeśli ten świat nie jest nasz i rządzi się innymi prawami. - oznajmił zdenerwowany Alan.
- Jeśli tak myślisz, to Przebudzenie wygra i następnego ranka obudzimy się w świecie bez żadnych zasad.
Alan przyśpieszył kroku, nie chciał dalej rozmawiać z Corinthianem. Koszmar uśmiechnął się jeszcze szerzej poprawiając okulary.
- Denerwujesz mnie dziadku - powiedział sam do siebie.
- Kiedyś przekonam sie jak patrzy się na świat oczami przepełnionymi Zielonym Płomieniem. - dodał w myślach oblizując się.
Po kilkunastu minutach drogi mężczyźni dotarli do niewielkiej wioski. Wzdłuż zabłoconych ulic stały drewniane domy wśród których krzątali się mężczyźni, kobiety i dzieci. Normalne życie osady trwało niezakłócone żadnymi zewnętrznymi problemami. Ludzie zatrzymywali się widząc podróżników z innej części krainy. Grube kobiety uśmiechały się do nich bezzębnymi ustami a małe dzieci podążały za każdym ich krokiem.
- Patrzą na nas jakby nie widzieli nikogo poza swoimi sąsiadami - powiedział Alan.
- Myślą że mamy ze sobą jakieś towary, pewnie kupcy niezbyt często odwiedzają te okolice.
- W moim świecie nie spotyka się takiej gościny. - odparł Green Lantern.
- Kto powiedział, że to co widzimy to gościna? Pozory mylą. W krainie Taar istnieje plemię, które przyjmuje każdego podróżnika na ucztę, podaje mu najdroższe napoje i jadła, tylko po tym aby po pięciu dniach zabić go jak świnię i zjeść ku czci boga którego wyznają. Grupy zamieszkujące miasta-wyspy na Kurios nigdy nie wypuszczają swoich gości, ponieważ wierzą, że wraz z ich wyjazdem uciekłyby dusze ich przodków dzięki którym miasta-wyspy unoszą się na powierzchni wszechoceanu. Ludy pustynne z Maronis zwabiają podróżników domami rozpusty a później sprzedają ich łowcom szpiku kostnego brodzącym w gorącym piasku. W ten sposób unikają ich inwazji na własne miasta...
- W porządku! Wiem co chcesz powiedzieć. Cały czas jestem czujny, ale nie sądzę aby z rąk tych ludzi groziło nam jakieś niebezpieczeństwo.
- Ja mam nadzieję że tak... - odparł Corinthian patrząc w duże, niebieskie oczy małej dziewczynki idącej obok niego.
Wkrótce obaj mężczyźni weszli w głąb wioski i znaleźli się na niewielkim placu targowym. Miejsce było wyjątkowo zatłoczone, głośne i brudne. Wszędzie dookoła chodzili wieśniacy szukający różnych produktów najczęściej będących towarami spożywczymi a grube sprzedawczynie przekrzykiwały jedna drugą usiłując zachęcić do kupna ich produktów. Dzieci ubrane w odarte łachmany goniły się po całym placu rzucając w siebie kamieniami i plując na siebie wzajemnie. Mężczyzna o czarnych, sumiastych wąsach co chwilę odganiał je kijem od swojego stoiska, przeklinając i robiąc się czerwony na twarzy ze złości. Alan wypatrywał miejsca w którym mogły być sprzedawane ubrania a jego towarzysz spoglądał spod ciemnych okularów na umazane błotem twarze dzieci obserwujących go z zaciekawieniem. W pewnym momencie Green Lantern zatrzymał się wskazując palcem na położone w głębi targowiska miejsce w którym dwie starsze kobiety sprzedawały ubrania. Corinthian wraz z mężczyzną udał się do odnalezionego interesującego go w tamtej chwili stoiska. Sprzedawczynie uśmiechnęły się na widok podchodzących do nich nowych klientów i natychmiast wyszły im na przeciw zaczynając zachwalać swoje towary. Alan spokojnie przeglądnął wszystkie oferowane ubrania. Nie było w nich nic szczególnego, wszystkie wyglądało tak samo prosto - słabej jakości tkanina i gdzieniegdzie domieszki zwierzęcej skóry. Mężczyzna uprzejmie zapytał ile należy się za 6 sztuk najprostszych spodni i koszul, ale w momencie kiedy usłyszał cenę, do rozmowy wtrącił się koszmar w ludzkiej skórze. Wyciągnął do kobiet pustą rękę a one z wyraźną radością w oczach rzuciły się na nią zabierając z niej nieistniejącą sakwę ze złotem. Uśmiechając się szeroko do kobiet a potem do Green Lanterna mężczyzna zabrał ubrania i zaczął oddalać się od stoiska, aby jak najszybciej znaleźć się poza placem targowym. Scott podążył za nim, będąc wyraźnie niezadowolonym. Kiedy Corinthian nie reagował na jego słowa, położył mu rękę na ramieniu starając się go zatrzymać. W tym samym momencie koszmar popatrzył na niego z nienawiścią w oczach.
- Zabierz tą rękę, bo ją stracisz! - krzyknął zdenerwowany.
- Co zrobiłeś tym kobietom? - Alan zapytał podniesionym głosem.
- Dałem im to o czym w tamtej chwili marzyły! - Corinthain odparł euforycznie.
- Nic im nie dałeś! Oszukałeś je!
- Dałem im marzenie, które mogą dotknąć. Dla mnie nie ma różnicy pomiędzy snami a rzeczywistością. Będą śniły, że mają sakwę ze złotem do końca swoich dni, powinny być mi wdzięczne. A poza tym, w jaki inny sposób mielibyśmy zdobyć te ubrania?
- My nie postępujemy w ten sposób! Nie ważne gdzie jesteśmy, nie postępujemy w ten sposób! - Alan uniósł się gniewem, chwycił swego rozmówcę za koszulę i uderzył nim w ścianę starej, drewnianej chaty stojącej nieopodal. Pierścień na jego dłoni zalśnił zielonym płomieniem. Corinthian nie odezwał się ani jednym słowem, ale szeroki uśmiech nie zniknął z jego twarzy. Po krótkim czasie Green Lantern uspokoił się i puścił swego towarzysza.
- Wracajmy do grupy. - oznajmił krótko i przyśpieszył kroku, aby nie przebywać w bliskim towarzystwie swego przymusowego towarzysza podróży. Koszmar z zadowoleniem patrzył na mężczyznę, jednocześnie zauważając coś w ciemności pomiędzy dwiema drewnianymi chatami. Stał tam jakiś niski, łysy człowiek z dużym nosem i okrągłymi wyłupiastymi oczami. Jego twarz wyrażała strach, zaniepokojenie i jednocześnie fascynację.
- Magia... magia - szeptał nieznajomy mając w myśli blask zielonego płomienia jaki przed kilkoma minutami wydobywał się z pierścienia napotkanego na ulicy mężczyzny.
Tymczasem w zupełnie innym czasie i miejscu star kobieta, która towarzyszyła Sakiko podczas początku jej wędrówki, dotarła do okrągłej polany na środku której stał czarny jak noc posąg strzeliście wznoszący się ponad czubki wszystkich drzew rosnących dookoła.
- Nie pójdziesz dalej, nie pozwolę Ci! - rozległ się tubalny głos dochodzący z posągu i zewsząd dookoła.
- Znajdę go bo to jest jedyna szansa dla rzeczywistości - oznajmił stara kobieta uśmiechając się.
Koniec rozdziału 1
11
