Rozdział 3

Alan Scott i towarzyszący mu sługa Morfeusza wrócili do miejsca w którym reszta drużyny oczekiwała na ich przybycie. Ubrania zdobyte w średnio uczciwy sposób zostały rozdane wszystkim tym członkom drużyny, którzy ich potrzebowali. GL unikając kontaktu z Corinthianem poinformował swoją grupę o tym czego się dowiedział o okolicznej miejscowości.

- Ludzie tutaj są wyjątkowo gościnni. Jeden z miejscowych wieśniaków zaproponował nam spędzenie czasu w gospodzie. Myślę, że powinniśmy z tego skorzystać.

- Oczywiście, że tak. - odparł Matts ciesząc się.

- Nareszcie dobra wiadomość. Wszyscy już zdążyliśmy zgłodnieć. - powiedziała Mint.

- Dowiedziałem się czegoś więcej. - ostatnie słowa Alan skierował do Władcy Snów.

- Tak, Alanie Scott?

- Podobno gdzieś niedaleko jest jakaś Wieża w której mieszkał mężczyzna opiekujący się tą wioską. Miał na imię Zibo i umarł, ponieważ odkryto, że zajmował się czarną magią.

- Ta informacja może być szczególnie istotna, Zielona Latarnio. Kiedy wszyscy posilicie się w tawernie, część z nas pod osłoną nocy uda się do tego miejsca. Być może magia nie zniknęła z niego całkowicie. - oznajmił Morfeusz. Grupa wyruszyła w drogę do wioski. W tym samym czasie inna para podróżników wyszła z ukrycia w leśnej gęstwinie - kobieta i mężczyzna, którzy podążali śladami drużyny zebranej przez Morfeusza od początku ich niezwykłej wyprawy. Ich twarze zakrywały kaptury a ubrania przykrywały peleryny.

- Słyszałaś ich rozmowę? - zapytał brodaty mężczyzna.

- Tak, każdy jej szczegół. - odparła dziewczyna.

- Wieża Magii zamieszkała kiedyś przez niejakiego Zibo. To tam rozpocznie się poszukiwanie pradawnych artefaktów skradzionych a może zgubionych ze światów każdego z Nieskończonych. Tak przewidział mój złoty glob śpiący w Komnacie Zmierzchu. To do tego miejsca prowadziły jego świetliste linie, odnajdziemy tam to co jest dla ciebie tak ważne moja ukochana.

- Nie pragnęłam tego tak bardzo, aby narażać cię na niebezpieczną podróż mój panie. - odpowiedziała dziewczyna patrząc fiołkowymi oczami na twarz swego towarzysza.

- Mechanizm naszej podróży zaczął poruszać się w chwili, gdy poprosiłem złoty glob o radę. Nic nie jest w stanie powstrzymać jego ruchu, musimy przebyć naszą drogę do końca. - odparł brodacz. Dwójka podróżników podążyło drogą w kierunku wioski.

Grupa Morfeusza odnalazła tawernę będącą jednym z pierwszych zabudowań wioski. Okazało się, że wewnątrz nie było dużego ruchu, prawdopodobnie dlatego, że na zewnątrz wciąż był dzień i świeciło Słońce a miejsca takie jak to zwykle ożywały dopiero po zapadnięciu zmierzchu. Każdy inaczej przeżywał widoki panujące we wnętrzu gospody. Jessica nigdy nie miała zwyczaju chodzić po pubach i dyskotekach, dlatego chciała zjeść coś jak najszybciej i znaleźć się w miejscu bardziej prywatnym a Matts Sunder podzielał jej zdanie. Rann Shanner w swoim życiu odwiedzał wiele podejrzanych miejsc pełnych istot z najgłębszych zakątków galaktyki, dlatego kilku patrzących na niego krzywo rzezimieszków nie robiło na nim żadnego wrażenia. Narea preferowała ciszę i samotność a Mint była zainteresowana wszystkim co ją otaczało i z ciekawością rozglądała się dookoła. Alan starał się chronić wszystkich członków drużyny a w szczególności najmłodsze osoby do niej należące. Sakiko Hayasu była przerażona tym, że mogło dojść tam do sytuacji w której znów stałaby się ofiarą swojego głodu krwi. Okazało się, że wiadomości rozchodziły się po wiosce niezwykle szybko, gdyż karczmarz wiedział o spotkaniu Alana z Tomusem i o tym, że Scott podawał się za podróżującego kupca, którego karawana została napadnięta przez zbójników. Brodaty grubas po zamienieniu kilku słów z Green Lanternem kazał wszystkim jego towarzyszom zająć miejsce i przygotował dla nich ciepły poczęstunek, oczywiście na swój koszt, gdyż marzył o tym, że gdy następnym razem podróżujący kupcy odwiedzą jego rodzinne tereny, na pewno mu się odwdzięczą. Jedyną osobą, która nie zajęła miejsca przy stole była Sakiko. Dziewczyna poprosiła właściciela gospody, aby jak najszybciej pokazał jej pokój w którym mogłaby spędzić następną noc. Wiedziała, że będzie musiała po raz kolejny odizolować się od reszty grupy, jej głód krwi narastał wraz ze zbliżaniem się zmierzchu. Zachowanie młodej wampirzycy zdziwiło Mint, która znów chciała dowiedzieć się o co w tym wszystkim chodziło i jakoś pomóc dziewczynie.

- Może do niej pójdę? - zapytała siedzącą obok niej Nareę.

- Zostaw ją w spokoju, jeśli będzie chciała pomocy to sama o nią poprosi. - odpowiedział jej Matts.

- Najprawdopodobniej nie może poradzić sobie z tym co ją spotkało, z tym gdzie się znalazła i co do tej pory przeżyła. My też nie możemy, ale znosimy to będąc razem, prawda? - odparła Narea.

- Być może ona woli walczyć ze swymi wewnętrznymi demonami w samotności. - dodała po chwili.

- Czy wiesz czego będziemy szukać w wieży tamtego maga? - Alan zapytał siedzącego nieopodal Morfeusza.

- Nie wiem, Alanie Scott. Kiedy znajdę się wewnątrz Wieży, być może wyczuję wołanie jakiegoś dawno zapomnianego artefaktu, być może nie wszystkie umarły w tym świecie. Jeśli któryś z nich żyje, oznacza to, że żywy jest także jego stwórca lub właściciel. Udamy się do niego i poprosimy o pomoc.

- Mam jedno pytanie... - wtrącił się Matts.

- Tak? Co chcesz wiedzieć, Mattsie Sunder?

- Sprowadziłeś nas tutaj z różnych światów, Wszechświatów... ja już tego nie ogarniam swoim umysłem... masz ogromne moce, boskie moce... to dlaczego my idziemy do jakiejś wsi, siedzimy w gospodzie... mamy szukać jakichś śmieci w ruinach. Nie możesz na przykład pstryknąć palcami i przenieść nas do jakiegoś innego świata, gdzie znajdzie się ktoś kto nam pomoże?

- Gdyby to było takie proste... jako Władca Snów, podczas moich podróży przez światy obudzone używam cielesnej powłoki, którą każdy może zobaczyć własnymi zmysłami, porozumieć się z nią w znany sobie sposób. Jednocześnie mam bezustanny kontakt z moją krainą, mogę wyczuć każdą, nawet najmniejszą zmianę w jej wewnętrznej i zewnętrznej strukturze. Kiedy Przebudzenie zaatakowało nas podczas podróży, jego atak uczynił coś znacznie gorszego niż tylko wyrwanie mnie z mojego królestwa. Jego moc pozbawiła mnie kontaktu z moim światem. Nie mogę czerpać siły z niekończącej się imaginacji istot całego multiwersum, nie mam dostępu do magii która pochodzi z głębi podświadomości każdej istoty myślącej. Moje ciało z każdą chwilą spędzoną w tym świecie staje się coraz bardziej materialne a ja upodabniam się do śmiertelnych istot zamieszkujących tą krainę. Nie jestem Władcą Snów a jedynie podróżnikiem, który musi wykonać powierzoną mu przez przeznaczenie misję. I jeśli nie odnajdę drogi do domu w porę, nigdy już nie wrócę do swojego pałacu.

Wszyscy zgromadzeni byli poruszeni opowieścią Morfeusza, chociaż niektórzy z nich nie mogli uwierzyć w prawdziwość jego słów. Byli sceptyczni, bali się że byli przez niego wykorzystywani, lub nie mogli pojąć złożoności rzeczywistości ucieleśnianej przez bladego mężczyznę o czarnych jak noc oczach. W tym samym czasie do gospody wszedł mały człowieczek, który wcześniej zauważył pierścień iskrzący zieloną poświatą na palcu Alana Scotta. Mężczyzna odnalazł stół przy którym siedzieli nieznajomi i truchtem podbiegł do nich poszukując tych których pamiętał z targowiska.

- Witam nieznajomych, witam podróżników... - mówił kłaniając się przed każdym z obecnych.

- Nie podoba mi się ten gość. - Matts powiedział na ucho Jessice.

- Pewnie jakiś miejscowy idiota. - skomentowała po cichu dziewczyna.

- Witam Pana... - odparł podchodząc do Alana Scotta. Dotknął jego dłoni z pierścieniem i zrobił gest jakby chciał ją pocałować. Green Lantern widząc to schował dłoń pod stół.

- Doszły mnie słuchy... doszły mnie słuchy.. - mówił rozglądając się dookoła. Jego wybałuszone oczy kręciły się tam i z powrotem patrząc na twarze każdego z członków drużyny.

- Mów co masz do powiedzenia albo się stąd wynoś! - krzyknął Rann.

- Ależ spokojnie... ależ spokojnie... mam dla was ofertę.

- O co chodzi, człowieku? - zapytał Alan zdenerwowany zachowaniem natrętnego osobnika.

- Wiem, że panowie... - powiedział patrząc na kobiety z grupy, które specjalnie zignorował.

- Interesujecie się magią... - dokończył. Wszyscy obecni poczuli się niepewnie, ponieważ doskonale pamiętali co opowiadał im Morfeusz o magii i tym jak była traktowana w krainie, którą odwiedzali.

- Nastąpiło jakieś nieporozumienie, nie wiem o czym mówisz... - powiedział Scott.

- Nieprawda! - wrzasnął mały człowiek.

- Wiem, że szukacie Wieży... - dodał bardzo głośno. Po chwili położył palec na ustach i oznajmił cichutko:

- ... w której mieszkał stary Zibo. Mogę wam pomóc. - uśmiechnął się szeroko.

- Wiem o tym miejscu bardzo dużo...

- Może jesteśmy w stanie jakoś się dogadać. - GL spojrzał na pozostałych członków grupy szukając w ich wyrazach twarzy aprobaty pomysłu rozmowy i współpracy z natrętnym nieznajomym. Nikt się nie sprzeciwiał, więc mężczyzna kontynuował.

- W jaki sposób możesz nam pomóc, zakładając, że rzeczywiście potrzebujemy dostać się do Wieży... tego... Zibo?

- Wiem jak do niej dojść, mam mapę! - odparł szukając czegoś pod swoim płaszczem.

- Widziałem, że dzieją się tam niezwykłe rzeczy! O jakie niezwykłe! Pewnego dnia gdy przechadzałem się w lesie widziałem biegnące przez łąkę widmowe konie, jakie piękne! A wszystkie z nich uciekały ze stajni, które kiedyś miał Zibo. Innego dnia widziałem ptaka o ognistych piórach, który odpoczywał na gałęzi drzewa rosnącego tuż przy starej wieży. I jeszcze to! - oznajmił wyjmując spod płaszcza złotą kulę. Przybliżył ją do głowy Green Lanterna i przestał mówić. Kula otworzyła się jak mechaniczny kwiat i zaczęły wokół niej wirować czerwone błyski światła. Kiedy Alan chciał dotknął przedmiotu, mały gwałtownie cofnął rękę chowając swój skarb głęboko do kieszeni.

- Dobrze, wierzymy ci, że znasz drogę... co chcesz w zamian za mapę? - spytał Morfeusz.

- Chcę więcej zabawek z tej Wieży! Tyle ile tylko zdołacie unieść! Macie mi coś z niej przenieść! - kurdupel odpowiedział przewracając oczami.

- Dobrze. - oznajmił Alan. Mężczyzna chwycił jego rękę, po raz kolejny próbując dotknąć zielonego pierścienia.

- Dzisiaj w nocy! Dzisiaj w nocy! - Nieznajomy mówił oddalając się od stolika.

- Co o tym myślicie? - GL spytał swoich towarzyszy, gdy natręt zniknął z pola widzenia.

- Ma nierówno pod sufitem. - powiedziała Jessica.

- Ale kula była chyba prawdziwa, więc warto sprawdzić tą mapę. - dodał Rann.

- Szaleńcy widzą rzeczy niedostrzegalne dla innych, ich umysły wyrzeźbiły wiele krain w moim królestwie. - dodał Pan Śpiących Zastępów.

- Myślę, że wszyscy powinniśmy odpocząć przed następną wycieczką. - zaproponował Matts.

- Zgadzam się. - poinformowała Narea.

- Może uda nam się porozmawiać z Sakiko... - wtrąciła smutno Mint.

Niski człowiek szybkim krokiem oddalił się od gospody i znalazł się na drodze prowadzącej poza wioskę. W jego głowie formował się plan, którego realizacja mogła umożliwić mu szybkie wzbogacenie się i uzyskanie szacunku wszystkich współmieszkańców miasteczka. W pewnym momencie zauważył wysoką budowlę, czarną wieżę wyłaniającą się za wzgórzem. Uśmiechnął się szeroko, jednocześnie przyśpieszając kroku. Zdyszany podbiegł do stalowych drzwi wieży, której pilnowało dwóch mężczyzn ubranych w czarne, stalowe zbroje i stalowe hełmy z założoną przyłbicą wykonaną z ciemnego szkła. Żołnierze przybrali pozycję obronną widząc zbliżającego się do nich wieśniaka.

- Spokojnie... spokojnie... mam nowe wiadomości dla waszego dowódcy!

- Nasz pan dał wyraźny rozkaz, aby nie wpuszczać cię do strażnicy! Wynoś się stąd albo cię stąd przepędzimy! Mieczem! - powiedział jego ze strażników.

- Mam dla niego dar! Bardzo ważną wiadomość! Ktoś w mojej wiosce zajmuje się magią! - mówił kurdupel przełykając nerwowo ślinę.

- Dobrze... możesz wejść... ale jeśli znowu kłamiesz, nasz pan każe nam cię ściąć! Rozumiesz to? - zapytał drugi wojownik stojący przed wrotami.

- Rozumiem, rozumiem... nie kłamię, naprawdę! - mały powiedział kłaniając się swoim rozmówcom. Kiedy brama została otwarta, człowiek z wioski przemknął przez nią do wnętrza strażnicy jak szczur uciekający przed drapieżnikiem. Wszedł ostrożnie po krętych schodach na drugie piętro budowli szukając pokoju, zajmowanego przez poszukiwaną przez niego osobę. Zapukał do drewnianych drzwi o pozłacanych klamkach oczekując odpowiedzi z niepokojem.

- Wejść! - Zza drzwi dobiegł krzyk.

Wioskowy natręt wszedł do wnętrza komnaty. Jego wzrok napotkał dość duże pomieszczenie, na którego podłodze leżał zielony dywan a na ścianach wisiały misternie plecione kilimy. Na tle dużego, owalnego okna stał dębowy stół z mapami i kilkoma na wpół wypalonymi świeczkami a kilka metrów dalej ustawiona była szafa na której półkach leżały zwoje i oprawione w skórę księgi. Na fotelu siedział mężczyzna ubrany w ciemno fioletowy strój z peleryną spoczywającą na jego plecach. Jego włosy były długie i brązowe a twarz zdobiła broda. Widząc stojącego w drzwiach miejscowego głupka, właściciel strażnicy wstał zza stołu jednocześnie sięgając po leżący nieopodal miecz.

- Znowu tutaj jesteś ścierwo! Znowu będziesz opowiadał bzdury? - powiedział z wyraźnym niezadowoleniem.

- Nie Panie! Nie śmiałbym. Tym razem przynoszę szczerą prawdę, najprawdziwszą prawdę! W naszej wiosce stało się coś niezwykłego! - mały próbował się bronić przed gniewem żołnierza.

- Gadaj szybko i zejdź mi z oczu, pokrako! - brodaty coraz bardziej tracił cierpliwość.

- Przechadzałem się po placu targowym i byłem świadkiem magii! Najprawdziwszej magii! Widziałem jak dwóch mężczyzn kupowało ubrania i zabrało je nie płacąc sprzedawcy ani jednej sztuki złota! To prawda! Najprawdziwsza prawda! Oni rzucili urok na te biedne kobiety! Oszukali je podstępną sztuczką magiczną! Ci niegodziwcy! Ale to nie koniec...

Brodaty wojownik usiadł na fotelu. Postanowił posłuchać do końca tego, co miał do powiedzenia jego gość.

- Śledziłem tych dwóch typów, gdyż jako praworządny obywatel naszej krainy mam obowiązek zgłaszać władzom każdy przejaw magii... w pewnym momencie tych dwóch się pokłóciło, nie wiem o co ale jakież to ma znaczenie, takim łotrom wystarczy byle jaki preteskt... kłócili się i jeden z nich zapomniał się i skorzystał z magii, pierścień na jego ręce zalśnił zielonym blaskiem. Nie był to blask ognia ani lampy... o nie...

- A skąd mam wiedzieć czy to co mówisz nie jest twoim wymysłem, albo delirium jakiego dostałeś wracając z karczmy po nocy pijaństwa?

- Mam dowód! - człowieczek powiedział z ogromną satysfakcją.

- Cały czas śledziłem tamtych złoczyńców... i co się okazało? Okazało się, że podróżuje z nimi więcej osób, kobiety i mężczyźni w różnym wieku. Dowiedziałem się od chłopów, że interesują się magią a konkretnie ruinami wieży w której mieszkał kiedyś stary Zibo. Pytali o wieżę nawet naszego poczciwego Tomusa, tacy byli bezczelni! Udałem kogoś, kto także jest zainteresowany sztukami tajemnymi i obiecałem im, że zaprowadzę ich do ruin, gdzie będą mogli odnaleźć magiczne artefakty! Czyż nie jestem chodzącą mądrością? Spełniłem swój obowiązek wobec naszego władcy!

- Do rzeczy człowieku! Gdzie jest ten dowód o którym cały czas paplasz! - brodacz wrzasnął jednocześnie uderzając pięścią w stół. Przestraszony wieśniak odskoczył na kilka kroków, po czym ostrożnie podszedł do rozzłoszczonego żołnierza.

- Tutaj! Udało mi się ukraść coś co do nich należało! - wyjął zza płaszcza kulę, którą wcześniej pokazał Alanowi w gospodzie. Dowódca strażnicy wyrwał mu artefakt z ręki i rzucił nim o kamienną podłogę. Urządzenie rozleciało się na kilka części po raz ostatni świecąc różnokolorowym blaskiem.

- Zaprowadź mnie do tego targowiska! - Długowłosy rozkazał stanowczym głosem. Jego rozmówca pokłonił mu się a następnie pobiegł pod drzwi. Dowódca wyszedł na korytarz i rozkazał przechodzącemu nieopodal młodemu żołnierzowi przygotować dla siebie zbroję.

W tym samym momencie dwóch podróżników śledzących poczynania drużyny Morfeusza od początku ich wędrówki stało na wzgórzu spoglądając na położone w oddali ruiny wieży otoczone niewielkim kamiennym murem, zniszczonym w kilku miejscach.

- Oni mogą mieć poważne kłopoty. W tym miejscu kłębią się linie czasowe z przeszłości i przyszłości. Kiedy zamykam oczy widzę pod swoim powiekami piękny ogród w którym starzec o białej brodzie spaceruje wśród kwiatów. Ale widzę także Morfeusza i jego drużynę, osaczonych, odciętych od świata bez możliwości ucieczki. - powiedziała dziewczyna.

- Tak jak mówiłem, Wieża będzie punktem w którym rozpocznie się ich prawdziwa podróż. Tutaj czeka ich największa jak dotąd próba. Pamiętasz co pokazał nam Złoty Glob poproszony o wróżbę?

- Tak. - odparła czarnowłosa zamykając swe fiołkowe oczy.

- Karta z Księgi Przeznaczenia, Symbol Życia noszony przez Panią Nocy, Zabłąkany Sen, Miecz Zniszczenia, Lustro Rozpaczy, Płomień Namiętności i coś, czego nie jestem w stanie nawet nazwać. - dodała.

- Chodź do Wieży. Nie mamy zbyt wiele czasu a musimy jeszcze stworzyć homunkulusa. - zaproponował mężczyzna chwytając za rękę swoją partnerkę.

- Oczywiście. - Oboje zeszli po trawiastym zboczu prosto w kamienne objęcia ruin wieży.

Drales, bo tak miał na imię długowłosy dowódca żołnierzy stacjonujących w strażnicy nieopodal wioski oraz Fiflet, wieśniak który dla zaspokojenia swojej chciwości sprzedał drużynę Władcy Snów miejscowej władzy, spacerowali po targu. Drales miał na sobie czarną zbroję, taką samą jak mężczyźni pilnujący bramy do jego warowni, nie ubrał jednak hełmu. Kiedy mały człowiek wskazał kram na którym Alan i Corinthian kupili ubrania dla swojej drużyny, Drales natychmiast do niego podbiegł. Kobiety zmieszane widokiem czarnej zbroi przestały plotkować przygotowując się do przyjęcia tak ważnego klienta.

- Czego sobie życzysz Panie? Mamy tu najlepszej jakości tkaniny dla tak ważnej osoby... - mówiły jedna przez drugą. Mężczyzna uciszył je jednym ruchem ręki.

- Mam do was pytanie, kobiety! Czy był u was cudzoziemiec, kupiec z dalekich stron, który kupował od was ubrania? - zapytał jednocześnie patrząc na Fifleta.

- Tak, był tutaj taki jeden z drugim, ale my się ludziom nie przypatrujemy. - oznajmiła grubsza kobieta.

- Czy należycie wam zapłacił? - spytał Drales.

- Ależ oczywiście! Był taki hojny! Zapłacił więcej niż te wszystkie szmaty były warte! Ale przecież to nie jest żadne przestępstwo? - druga kobieta, chudsza i bez zębów włączyła się do rozmowy.

- Czy mogę zobaczyć złoto, które wam zostawił? - żołnierz kontynuował.

- Ależ proszę bardzo, my nie mamy nic do ukrycia! - poinformowała tłusta kobieta wskazując na skrzynię na której według niej stał worek ze złotem. Stał, ale tylko i wyłącznie przed oczami i w marzeniach sprzedawczyń ze straganu. Drales i chowający się za nim Fiflet widzieli tylko pustą przestrzeń.

- A nie mówiłem! Dokładnie tak jak powiedziałem! - krzyczał zadowolony z siebie wieśniak. Długowłosy zamyślił się, spojrzał w niebo jakby szukając tam odpowiedzi na dręczące go pytania. Ignorował denerwujące głosy Fifleta cały czas poszukując rozwiązania. W końcu przerwał milczenie, natychmiast zwracając się do wioskowego kapusia.

- Jesteś pewien, że przyjdą na umówione spotkanie? - spytał patrząc na niego z góry.

- Tak, tak! Tacy są zachłanni na magię i bogactwo!

- Doskonale. W takim razie zbieram oddział likwidatorów a ty przygotuj się dobrze człowieku, bo dziś w nocy do twojej wsi przyjedzie Antymagiczne Oficjum. - brodacz poinformował spokojnie uśmiechając się.

W tym samym czasie w zupełnie innej części krainy, młoda dziewczyna o kasztanowych włosach związanych w warkocz uciekała przed kimś lub czymś tak szybko jak tylko potrafiła. Była brudna, ubłocona, kolana bolały ją od wielokrotnych upadków na twarde kamienie sterczące z leśnej drogi. Wiedziała, że nie mogła się zatrzymać, oni byli zbyt blisko. W dłoni trzymała wiszący na szyi medalion z symbolem stylizowanym na Słońce lub gwiazdę z której biły świetlne promienie. W pewnym momencie dziewczyna zaczepiła stopą o korzeń i przewróciła się wpadając twarzą w kałużę. Poczuła ogromny ból w nodze, prawdopodobnie zerwała sobie ścięgno. Zwinęła się w kłębek a w tej samej chwili dobiegli do niej dwaj mężczyźni. Mieli na sobie czarne zbroje a ich twarze zakrywały hełmy z przyłbicami wykonanymi z czarnego szkła.

- To nie tak jak myślicie! To moja pamiątka rodzinna nic więcej! - krzyczała przerażona kobieta.

- Za praktykowanie magii... - powiedział jeden z napastników.

- Zostajesz aresztowana i staniesz przed Oficjum! - dokończył za niego jego towarzysz.

- Nie! Proszę was! - brązowowłosa próbowała się bronić. Zakryła twarz dłońmi, płakała ale nie chciała żeby jej oprawcy mieli satysfakcję widząc ją w tak złym stanie. Nagle niebo zostało przecięte fioletową błyskawicą, która uderzyła w dwóch zbrojnych spopielając ich ciała w ułamku sekundy. Dziewczyna była przerażona, bała się jeszcze bardziej niż wtedy kiedy dwóch żołnierzy ją goniło. Nie mogła wydać z siebie najcichszego dźwięku. Stał nad nią wysoki mężczyzna okryty peleryną. Pochylił się nad nią, delikatnie dotknął jej twarzy a później wziął w dłoń jej medalion.

- Kim jesteś? Co się tu dzieje? - wyszeptała kobieta wpatrując się w twarz człowieka, który przed chwilą ją uratował.

- Nie bój się. Twój bóg powrócił! - powiedział Fallax uśmiechając się szeroko. Jego oczy zakryte były czarną opaską.

Nastała noc, mieszkańcy wioski zniknęli z dróg i pól a gospoda wypełniła się gośćmi oczekującymi na jadła i napoje alkoholowe po długim dniu ciężkiej pracy. Alan, Corinthian i Morfeusz z Rodziny Nieskończonych pozostali w karczmie oczekując na umówione spotkanie z Fifletem podczas gdy pozostali członkowie drużyny udali się na piętro, gdzie mieściły się kwatery mieszkalne dla podróżnych. Matts Sunder przechadzał się po ciemnym korytarzu, kiedy zauważył otwarte drzwi do jednego z pokoi oraz blask lampy rzucany na przeciwległą do nich ścianę. Ostrożnie zaglądnął do środka a jego oczom ukazała się pogrążona w mroku postać Jessie Vale siedzącej na krześle stojącym przy łóżku. Chłopak przekroczył próg pokoju zatrzymując się będąc niepewnym swojego następnego kroku. Była noc a on znalazł się w pokoju obcej kobiety, pochodzącej na dodatek z zupełnie innej niż on rzeczywistości. Zawsze myślał, że jego sny były dziwaczne, aż do momentu kiedy spotkał się z prawdziwym władcą Śnienia i zgromadzonymi przez niego ludźmi. Jessica odwróciła głowę wyczuwając jego obecność.

- Wejdź. Nie ma mowy, abym dzisiaj usnęła, więc przyda mi się towarzystwo. - powiedziała uśmiechając się.

- Dobrze. - zadowolony chłopak wszedł do środka przymykając drzwi wejściowe. Usiadł na łóżku obok młodej mutantki.

- Trzymasz się jakoś? - zapytał.

- Tak. W mojej szkole jest dużo ludzi, którzy widzieli rzeczy niezwykłe i podróżowali do odległych zakątków świata, ale to przekracza chyba nawet ich najśmielsze wyobrażenia. - odparła dziewczyna.

- Dokładnie... ja nadal nie wierzę, że przeżywamy to naprawdę. To co się dzieje jest tak cholernie inne od mojego całego dotychczasowego życia.

- Matts... pamiętasz o czym wcześniej rozmawialiśmy? Twoje sny, ten facet niosący tobołek podróżny, możesz opowiedzieć mi o nich coś więcej? - Jessica zapytała przerywając chwilową ciszę.

- Tak... odkąd pamiętam mam dziwne sny, niesamowicie realne tak jakbym przeżywał je na jawie. Najczęściej mają one podobny przebieg, podobną scenerię, spotykam w nich te same osoby. To sny o zagładzie, o końcu świata, różnych katastrofach.

- Interesujące. - dziewczyna przerwała jego wypowiedź.

- W tych snach, ja razem z kilkoma osobami ukrywam się w jakimś starym, drewnianym domu. Nie pamiętam imion tych ludzi, ich twarzy czy czegokolwiek z nimi związanego. Wiem, że są to kobiety i mężczyźni w różnym wieku. Wiem także, że znam ich bardzo dobrze. Później zaczyna się to najgorsze, wszyscy czujemy zbliżającą się zagładę, patrzymy przez okno i widzimy to co nam zagraża. I tutaj każdy ze snów jest inny, raz jest to lecący wysoko samolot a później wielki wybuch bomby atomowej na horyzoncie i zbliżająca się fala uderzeniowa, wielki huragan, trąba powietrzna zbliżająca się do naszej małej chaty, czasami jest to lej trąby powietrznej, ale zbudowany ze światła lub ciemności zamiast z powietrza. Kiedy indziej jest to armia latających pojazdów wysłana przez pozaziemską cywilizację przeszukującą teren za pomocą słupów światła. Pewnego razu były to niezwykle potężne istoty, równe mocą bogom, które walczyły z Ziemią za pomocą broni, która przepisywała na nowo prawa fizyki, zmieniała je tak, aby planeta nie mogła utrzymać swojej masy i zapadła się tworząc czarną dziurę. To było potworne, doświadczać na własnej skórze jak w przestrzeni w której jesteś fizyka zaczyna tracić sens. Nigdy nie wiem, co by się stało gdyby któreś z tych zagrożeń dotknęło mnie albo kogoś innego z mojego snu, bo zawsze wcześniej się budzę i mój sen się kończy.

- Ok, jeśli śni ci się coś takiego co noc, to rzeczywiście przerąbane... ale co to ma wspólnego z tym rudzielcem z tobołkiem?

- On pojawia się w snach drugiego typu, które mam równie często. Najczęściej widzę w nich jakąś drogę, spoglądam na nią przez okno z mojego mieszkania... a ten rudy facet idzie środkiem drogi pogrążonej w nocy i czasami odwraca się do mnie i macha mi ręką. Kiedy próbuje mu jakoś odpowiedzieć, on znika albo ja się budzę. Czasami wędrówce tego faceta towarzyszą dziwne kule światła unoszące się nad asfaltem ulicy jak błędne ogniki nad moczarami. To jest totalnie zakręcone, widzieć coś takiego...

- I nigdy nie udało ci się porozmawiać z tym rudym brodaczem?

- Nigdy... ale w nocy, kiedy pojawiłem się w gospodzie i poznałem was wszystkich, śnił mi się kolejny z moich dziwacznych snów. A może tym razem to nie był sen, może tym razem to działo się naprawdę? Znów stałem w oknie i znów na zewnątrz działy się dziwne rzeczy, ale tym razem udało mi się wyjść z domu i pobiec za brodaczem. Nie spotkałem go, ale za to trafiłem tutaj.

- Być może te sny były zapowiedzią tego co się stało? Albo co jeszcze może nas spotkać?

- Może masz rację. A co z tobą? Mówiłaś mi że widziałaś coś w lesie? Często masz takie halucynacje?

- To nie halucynacje! U mnie z głową wszystko w porządku... to znaczy jestem w granicach normalności, jeśli w ogóle można takie granice wyznaczyć. - dziewczyna odpowiedziała nie zgadzając się z wypowiedzią Mattsa.

- Urodziłam się z dziwnymi zdolnościami... mogłam przewidywać przyszłość, miałam wizje prorocze, które pojawiały się zupełnie chaotycznie i prawie zawsze się sprawdzały... miałam przez to ogromne kłopoty z samą sobą i wszystkimi dookoła, ale nie chcę o tym z tobą rozmawiać. Przynajmniej nie teraz... - Jessica przerwała. Matts zaciekawiony tematem postanowił kontynuować.

- Miałaś. To znaczy już ich nie masz?

- I tak i nie. Okazało się, że moje zdolności działały w zupełnie inni sposób i po pewnym ciężkim dla mnie przeżyciu, zmieniły się jeszcze bardziej. Teraz nie jestem pewna nawet jaka jest ich natura. Nadal mam przebłyski, wizje na jawie, ale są dużo bardziej niespójnie niż dawniej, dotyczą przeszłości i przyszłości jak i zupełnie abstrakcyjnych rzeczy. Na dodatek sama mogę je wywoływać na przykład dotykając różnych przedmiotów.

- Możesz wypróbować te zdolności na mnie. - zaproponował Matts. Położył swoją dłoń na dłoni czarnowłosej dziewczyny. Ścisnął ją delikatnie.

- Widzisz coś? Moją przeszłość a może coś co nas spotka w przyszłości? - zapytał.

Jessica przez chwilę milczała, ale w końcu mu odpowiedziała.

- Nie. Mówiłam ci, że moje zdolności stały się całkowicie nieprzewidywalne.

Matts zabrał dłoń z ręki dziewczyny.

- Może spróbujemy w inny dzień.

- Może. - odparła Jessie.

- Chyba już sobie pójdę. Może uda mi się usnąć i jutro będę mógł opowiedzieć ci o moim śnie. - oznajmił wstając z łóżka dziewczyny.

- Ty też się połóż. Nie wiadomo jak daleko będziemy musieli jutro wędrować. - dodał podchodząc do drzwi.

- Dobranoc. - powiedział znikając za drzwiami.

- Dobranoc. - odpowiedziała Jessica przesiadając się z krzesła na łóżko.

Sakiko również nie mogła zmrużyć oka. Patrzyła na otwarte okno za którym królował duży, srebrny księżyc wywołującą u dziewczyny dziwną, trudną do jednoznacznego zaklasyfikowania tęsknotę za czymś ulotnym, czymś co było poza jej zasięgiem. Nie był to głód krwi, który odczuwała poprzedniej nocy, ani uczucie osamotnienia jakie towarzyszyło jej od chwili gdy znalazła się w drużynie dziwnych osób w całkiem obcym dla niej świecie. Miała ochotę z kimś porozmawiać, być blisko tych którzy się o nią martwili i dobrze jej życzyli, lecz nie mogła. Nie chciała aby ktokolwiek z drużyny przyzwyczaił się do niej i ją polubił. Nie wiedziała, czy w przyszłości nie zwróci się przeciwko nim, dlatego musiała pozostać dla nich człowiekiem zupełnie obcym, nie związanym z nikim emocjonalnie. W pewnej chwili drzwi do jej pokoju otworzyły się z trzaskiem burzącym harmonię ciszy nocnej i pojawił się w nich Rann Shanner. Dziewczyna odwróciła się w jego stronę z zamiarem wyrzucenia go na korytarz.

- Co ty tu robisz? Nie życzyłam sobie żadnego towarzystwa! - odparła szorstko.

- Nie musisz grać przede mną tak samo jak grasz przed wszystkimi innymi. Jesteś dla mnie w tej chwili tak nienaturalna jak jakiś android sprzedawany przez handlarzy złomem na Pustkowiach.

- Skąd możesz wiedzieć jaka jestem? Nic o mnie nie wiesz! - dziewczyna mimowolnie włączyła się w konwersację. Rann stanął naprzeciwko okna a srebrny blask księżyca padł na jego twarz.

- Wiem doskonale, że nosisz w sobie jakiś mroczny sekret, jakąś straszliwą tajemnicę. Coś co sprawiłoby, że wszyscy odwróciliby się od ciebie gdyby o niej usłyszeli. Czytam Ciebie jak otwartą księgę a wiesz dlaczego? - zapytał patrząc w oczy czarnowłosej. Sakiko nie odezwała się.

- Ponieważ widzę, że jesteśmy tacy sami. Nie jesteśmy jak reszta tej grupy. Oni to bohaterowie, obrońcy, albo zwykli przeciętniacy. My to coś zupełnie innego. Jesteśmy wojownikami, łowcami dumnie kroczącymi w mroku, bezwzględnie polującymi na bojące się nas ofiary. Czy nie mam racji?

- Może w tym co mówisz jest coś prawdziwego... - wampirzyca odparła opuszczając głowę.

- Musimy pamiętać, że to od nas może kiedyś zależeć powodzenie tej misji. Będziemy musieli umieć działać wtedy, gdy inni się zawahają , przekroczyć linie której inni nie odważą się przekroczyć.

- Po co mówisz mi to wszystko, po co nachodzisz mnie tutaj w nocy, kiedy chcę być sama ze swoimi myślami?

- Po ty by przypomnieć Ci kim naprawdę jesteśmy. Wojownikami, łowcami, zabójcami... - Shanner patrzył na dziewczynę hipnotycznym wzrokiem.

- Chyba nie mam ochoty już dłużej znosić twego towarzystwa. - dziewczyna zacisnęła pięści. Rann odwrócił się i ruszył do wyjścia. Sakiko zacisnęła zęby jednocześnie patrząc przez okno na jakiś punkt przestrzeni istniejący tylko w jej imaginacji.

- Mylisz się. Ja nie jestem zabójcą... nie jestem... - czarnowłosa powtarzała w myślach te słowa jak swoistą mantrę.

Narea oraz Mint wspólnie zajmowały jeden z pokoi gościnnych. Dziewczyny nie rozmawiały ze sobą, gdyż chciały spędzić wieczór i noc w sposób w jaki były tego nauczone w ich rodzinnych światach. Mint siedziała na parapecie szeroko otwartego okna patrząc na wielki Księżyc lśniący na granatowym niebie i morze mrugających gwiazd. Wiatr wiejący nad wioską przynosił zapach lasów leżących w oddali, niósł dźwięki zwierząt wyruszających ma nocne łowy i szmer strumienia niewidocznego dla oczu. Elfka zamyśliła się wspominając krainę swojego dzieciństwa i wieczory spędzane na wsłuchiwaniu się w odgłosy leśnej gęstwiny. Były one dla niej czymś naturalnym, czymś bez czego nie wyobrażała sobie możliwości życia. Kiedy jaka mała dziewczynka leżała na konarach drzewa czekając na sen, myślała o tym co leży poza granicami wyznaczonymi przez Las, marzyła aby się tam znaleźć i doświadczyć wszystkich tych niezwykłości o których dowiedziała się z legend i opowieści przekazywanych wśród jej rasy z pokolenia na pokolenie. Kiedy jej marzenie się spełniło, nie była szczęśliwa tak bardzo jak to sobie wyobrażała. Jej pobyt poza Lasem, w Świecie zaczął się od zagrożeń takich jak Przebudzenie, siła której zrozumieć nie była w stanie, czy przepełnionego nienawiścią Fallaxa. Pierwsze miejsce, jakie zobaczyła po opuszczeniu swego domu, było wrogie istotom takim jak ona, musiała w nim ukrywać to kim naprawdę była. Dziewczyna miała jednak nadzieję, że kolejne krainy które zobaczy podczas dalszej podróży będą bezpieczne i pełne cudowności o jakich marzyła będąc małą dziewczynką mieszkającą pomiędzy konarami drzew Lasu. Towarzyszka elfki, Narea także przygotowywała się do snu, wpadając w osobliwą medytację. Czarnowłosa dziewczyna robiła tak każdego wieczoru odkąd trafiła do świątyni i postanowiła zostać opiekunką Kryształowych Ogrodów, kiedy była młodą akolitką pomagającą starszym koleżankom, kiedy przygotowywała się do odbycia Podróży, kiedy z niej powróciła i otrzymała prawa do uczenia się Magii Kryształów. Siedziała po turecku na podłodze a otaczały ją czarne, fioletowe i niebieskie kryształy ustawione w szyk tworzący okrąg. Narea miała zamknięte oczy a jej ciało emitowało bladą poświatę. Kamienie odpowiedziały na jej wołanie, także zaczęły fosforyzować w ciemności pomieszczenia. Wkrótce jeden z nich wydał z siebie jednotonowy dźwięk, a zaraz potem dołączyli do niego jego towarzysze, każdy emitujący charakterystyczną dla niego częstotliwość. Fale akustyczne nakładały się na siebie tworząc specyficzną muzykę, niczym czysto brzmiące małe, srebrne dzwoneczki. Mint zaciekawiona zjawiskiem odwróciła głowę w kierunku pokoju. Ucieszyła się gdy jej oczy spotkały pokaz świetlny organizowany przez jej koleżankę a uszy mogły zachwycać się jej kosmiczną melodią. Narea pogrążona w medytacji myślała tak jak każdego innego dnia o swoim bracie i o tym co się z nim stało w przeszłości. Z jej oczu spłynęły dwie łzy.

Tymczasem Alan, Corinthian i Morfeusz doczekali się wizyty Fifleta. Mały człowieczek pokłonił się kilka razy swoim nowym znajomym po czym usiadł obok nich przy stole. Przez kilkanaście sekund grzebał w torbie aż w końcu wyjął z niej zwiniętą w rulon mapę. Rozłożył plan na blacie stołu drżącymi rękami.

- Oto wasza mapa! Tak jak obiecałem! Jestem człowiekiem honoru i zawsze dotrzymuję obietnicy! - mówił wodząc oczami po całej gospodzie.

- Gdzie mieści się wieża o której nam mówiłeś? - zapytał Alan.

- Tutaj, tutaj! - Fiflet wskazał kilka razy palcem na punkt na mapie w którym był zaznaczony symbol jakiejś budowli.

- To kilka kroków za wioską! Wystarczy przejść przez dwa wzgórza! - dodał pokazując na planie wioskę oraz krzywe symbolizujące wzniesienia.

- Czy będziesz towarzyszył nam w naszej wędrówce? - zapytał GL. Mężczyzna pomachał rękami dając znak, że się nie zgadza po czym oznajmił:

- Nie, nie, nie! Ja się tam nie będę zbliżał! Gdybym był na tyle odważny, aby tam chodzić to sam bym się tam wybrał, nie jestem idiotą!

- Dobrze. Wyruszamy więc w drogę. - oznajmił Władca Snów.

- Ale pamiętajcie jak się umawialiśmy! Ja jestem człowiekiem honoru! Chcę mieć skarby jakie kryje tamto przeklęte miejsce! - dodał piskliwym głosem jednocześnie pocąc się na twarzy.

- Dostaniesz należną ci nagrodę, Fiflecie. Będziemy o tobie pamiętać. - Morfeusz uspokoił go.

- A jaką mam gwarancję, że mi nie uciekniecie z łupami, co? - dodał Fiflet po chwili zastanowienia.

- Część naszej grupy pozostanie w gospodzie. Oni będą gwarantem tego, że nie zostaniesz przez nas oszukany. - powiedział spokojnie pan śpiących zastępów.

- Dziękuję, dziękuję. - odparł Fiflet całując ręce Morfeusza a później sięgając po dłonie Alana Scotta, lecz ten nie pozwolił siebie dotknąć. Mały człowiek chciał podejść do Corinthiana, ale jedno spojrzenie koszmaru skutecznie ostudziło jego zapał. Fiflet wybiegł z karczmy pozostawiając mężczyzn samych.

- Idziemy? Możemy zaufać temu co on mówi? - spytał Alan.

- Nie. Ten człowiek nie jest tak uczciwy jak sam o sobie mówi a jego sny wypełniają marzenia o bogactwie. Niestety nie możemy teraz być ostrożni. Istnienie rzeczywistości jest zagrożone. Proponuję, aby do naszej czwórki dołączyła tylko Sakiko Hayasu. Pozostali zostaną tutaj, aby w razie niespodziewanych przeciwności losu mogli dalej wypełnić powierzone im zadanie.

- Dobrze. Jeśli taka jest twoja wola. - powiedział Corinthian.

- Mateuszu, leć do dziewczyny! - dodał patrząc na ptaka siedzącego mu na ramieniu. Kruk uniósł się w górę lecąc ku otwartemu oknu a później skierował się na górne piętro szukając pokoju zajmowanego przez młodą wampirzycę.

Fiflet pobiegł w kierunku centrum wioski gdzie czekali na niego ukryci w mroku likwidatorzy. Kilkunastu mężczyzn ubranych w czarne zbroje i hełmy z przyłbicami wykonanymi z czarnego szkła, którym przewodził długowłosy Drales, oczekiwało w skupieniu na rozkazy.

- Dali się nabrać! Dali się nabrać! - mówił podekscytowany niski człowiek.

- Idą do Wieży? - zapytał brodacz.

- Tak, tak. Idą. Ale nie wszyscy siedzieli przy stole, część z nich jest w gospodzie, pewnie śpią! - powiedział Fiflet przewracając oczami na wszystkie strony.

- Dobrze. Podzielę oddział na dwie części. Dopadniemy ich wszystkich za jednym zamachem. Wiesz którędy będą szli?

- Tak, pokazałem im tylko jedną drogę! Przez wzgórza! Dopadniemy ich za drugim wzniesieniem. Gdy tylko dojdą do tych przeklętych ruin. - człowieczek oznajmił plując na wspomnienie o ruinach wieży maga.

- Słyszeliście, panowie! Musimy spełnić nasz święty obowiązek. Ruszamy pojmać przestępców przeciwko naturze! - Drales rozkazał likwidatorom zacząć misję pojmania drużyny Morfeusza.

Alan, Dream, Corinthian i Sakiko pokonywali porośnięte trawami wzgórza, smagane podmuchy nocnego, ciepłego wiatru. Po kilkunastu minutach pieszej wędrówki grupa dotarła na polanę na której stały ruiny Wieży dawno opuszczonej przez jej właściciela.

- To miejsce jest przytłaczające, jak jakiś stary cmentarz. - Sakiko podzieliła się uwagą z pozostałymi.

- Musimy tam wejść. Czego mamy szukać wewnątrz? - spytał Alan.

- Czegoś co samo nas odnajdzie, co będzie chciało być odnalezione. Artefakty magiczne stworzone ręką człowieka mają własne życie, zawierają w sobie pewien fragment duszy, energii ich stwórcy. Jeśli chociaż jeden z nich jest wciąż żywy, oznacza to że jego wykonawca także nie odszedł z tego świata. Każdy taki przedmiot będzie drogowskazem, który pokaże nam drogę do kogoś, kto będzie mógł nam pomóc.

- Myślę, że mój pierścień będzie przydatny w poszukiwaniach. - oznajmił Alan idąc w kierunku wejścia do Wieży.

Jessica Vale leżała na łóżku a jej umysł powoli odpływał w Krainę Snów. W pewnym momencie dziewczyna poczuła, że zbliża się do niej kolejna wizja. Widziała maszerującą armię, odzianych na czarno żołnierzy idących przez ulicę. Skojarzyła ich z widokiem nazistów, których znała z filmów historycznych, wiedziała, że musiała się przed nimi ukryć. Kiedy mroczny pochód był bardzo blisko, Jessie zauważyła, że jeden z nich trzyma pierścień Alana Scotta i kilku innych prowadzili jej towarzyszy z drużyny. Uderzony włócznią Alan upadł na drogę a wkrótce dołączyli do niego Morfeusz i Corinthian. Dziewczyna obudziła się gwałtownie, wiedziała że będzie musiała zadziałać szybko inaczej być może nigdy nie wydostałaby się z tamtego świata a jej znajomi straciliby życie. Jessica pobiegła do pokoju Mattsa. Kilka razy szturchnęła go, aby się obudził. Chłopak otworzył oczy, niezbyt zadowolony z pobudki zwrócił się do dziewczyny.

- Co robisz... o co ci chodzi? - zapytał.

- Wstawaj! Miałam wizję! Ktoś poluje na Alana i resztę, grozi im ogromne niebezpieczeństwo! Musimy ich ostrzec! - Czarnowłosa mówiła szybko, ale jednocześnie starała się nie podnosić głosu tak jakby nie chciała zostać podsłuchaną.

- Dobrze, idziemy. - odparł Matts. W tym samym czasie do tawerny weszła grupa uzbrojonych likwidatorów. Jeden z nich podniósł rękę do góry nakazując pijanemu towarzystwu pozostać na swoich miejscach i nadal zajmować się swoimi własnymi, przyziemnymi sprawami. Zbrojni skierowali się do pokoi zajmowanych przez gości. Jessica i Matts szli skąpanym w mroku korytarzem. Ich zamiarem było dostanie się do pokoju dwóch pozostałych dziewczyn i ostrzeżenie ich przed wiszącym nad ich głowami zagrożeniem. W pewnej chwili usłyszeli odgłos butów uderzających w stopnie schodów. Jessicę oblał zimny pot, dzwięk był identyczny jak w jej wizji. Stanęła w miejscu, nie wiedziała co robić dalej. Poczuła czyjeś dotknięcie i mocne pociągnięcie w stronę zalanej ciemnością części korytarza. Matts również został popchnięty w mrok przez tajemniczego osobnika. Kiedy dziewczyna oswobodziła się z uścisku zauważyła, że obok niej i Mattsa stoi Rann Shaner ubrany w swój czarny kostium w którym poznali go pierwszego dnia. Czarnowłosy mężczyzna gestem ręki nakazał im siedzieć cicho a sam wyjaśnił powagę sytuacji w jakiej się znaleźli.

- Nie możecie tam iść, jest ich zbyt dużo i są uzbrojeni. Nie wiem kim są, ale zabrali już Nareę i Mint, prawdopodobnie ten idiota z wioski nas sprzedał. - poinformował mężczyzna.

- Co robimy? - zapytał Matts.

- Chodźcie ze mną. - Rann pokazał drzwi do jednego z pokoi. Kopnął je tak mocno, że drewno nie wytrzymało i wrota stanęły otworem. Mężczyzna podbiegł do okna, spoglądając przez nie na zewnątrz.

- Musimy stąd uciekać. Tam! - pokazał na drewniany dach położony tuż pod otwartym oknem pokoju.

- Mamy skakać? - zdziwiła się Jessica.

- Tak, tu jest dość nisko, więc nic się wam nie stanie. Moje czujniki nie odnotowują żadnych oznak życia pod budynkiem, nikt nie powinien zdradzić naszej pozycji.

- No dobrze, jeśli to jedyne wyjście. - Dziewczyna zgodziła się szybko, gdyż niedawna wizja wciąż zajmowała znaczną część jej myśli. Rann wyskoczył przez okno pierwszy lądując na daszku poniżej a stamtąd szybko znalazł się na ziemii. Jessica oraz Matts poszli za jego przykładem i wszyscy trzej znaleźli się poza tawerną, blisko tej części budynku w której nie było żadnych drzwi prowadzących do jego wnętrza. Rann po raz kolejny zatrzymał swoich dwóch towarzyszy nakazując im ukryć się za ścianą domu. Likwidatorzy prowadzili Mint i Nareę zakute w czarne kajdany na rękach i nogach. Jeden z żołnierzy niósł torbę młodej kapłanki wypełnioną różnokolorowymi kryształami.

- Co robimy? - spytał Matts.

- Chyba powinniśmy im pomóc! - Jessica była przerażona losem jej znajomych.

- Nie, wy nie jesteście dla tych rycerzy żadnym zagrożeniem a nawet dla mojej technologii jest ich zdecydowanie zbyt dużo. Jedynie pierścień Green Lanterna mógłby nam teraz pomóc. - Rann powstrzymał ją przed jakimkolwiek działaniem.

- To co mamy robić, pozwolić, aby zabrali dziewczyny? - Jessie nie była zadowolona z jego wypowiedzi.

- Pójdziemy za nimi, wybadamy ich słabe punkty i uderzymy w momencie najbardziej dla nich niespodziewanym.

Alan, Morfeusz, Corinthian i Sakiko znaleźli się we wnętrzu zniszczonej Wieży maga. Było tam niezwykle ciemno, gdyż budowla nie posiadała ani jednego okna. Alan użył swojego pierścienia, aby rozświetlić mroczne wnętrze zimnych ścian zbudowanych z kamieni. W pierwszej komnacie nie było niczego interesującego, żadnych artefaktów czy innych przedmiotów przykuwających uwagę. Alan zauważył drzwi prowadzące do klatki schodowej z której można było się dostać na wyższe kondygnacje wieży lub do jej podziemi. W pewnej chwili Saiko poczuła uderzenie zimna i uświadomiła sobie, że ktoś lub coś zbliżało się do niej, coś co było dla niej dużym zagrożeniem. Natychmiast podzieliła się swoim spostrzeżeniem z innymi członkami drużyny.

- Coś lub ktoś się zbliża, coś niedobrego. - oznajmiła kierując się do wyjścia. Zauważyła grupę ludzi odzianych w czarne zbroje schodzących ze wzgórza w kierunku ruin kamiennej wieży. Niektórzy z nich trzymali pochodnie, inni byli uzbrojeni w miecze. Dziewczyna wróciła do wnętrza budowli.

- Słuchajcie, jacyś ludzie tu idą. Są uzbrojeni i nie wygląda to zbyt dobrze.

Alan wybiegł na zewnątrz i używając pierścienia stworzył lunetę, dzięki której mógł przyjrzeć się idącym po wzniesieniu postaciom. Zobaczył, że jeden z ludzi miał długie włosy i brodę a w drugim, mniejszym mężczyźnie rozpoznał Fifleta. Zacisnął pięści czując ogromną wściekłość.

- Jest z nimi Fiflet, prawdopodobnie oszukał nas i nas sprzedał. - powiedział wracając do pozostałych. Corinthian wyjął nóż zza pasa.

- Zaraz dostanie to na co zasługuje! - krzyknął.

- Nie, Corinthianie. Nie możemy działać w ten sposób, bo nasza obecność w innych światach powinna być ograniczona do minimum. Zrobiliśmy już wiele złego kontaktując się z mieszkańcami tej wioski zmieniając naturalny porządek rzeczy tej krainy. Dalsza akcja tylko pogorszy sytuację. Sakiko Hayasu... - Dream zwrócił się do czarnowłosej wampirzycy.

- Tak?

- Będziesz kontynuowała misję. Fiflet nie widział cię z nami w gospodzie, co oznacza że likwidatorzy nie wiedzą o twoim istnieniu. Wejdź do wnętrza twierdzy i szukaj artefaktu, który chce zostać odnaleziony.

- Ale co z wami? W jaki sposób was odnajdę? - spytała zdziwiona dziewczyna.

- Artefakt poprowadzi cię za rękę, jeśli otworzysz przed nim swoje serce. Tam znajdziesz odpowiedź.

- No dobrze, idę. - odparła Sakiko znikając w ciemności czekającej za drzwiami prowadzącymi do schodów. Mateusz uniósł się z ramienia swojego pana i poleciał za dziewczyną.

- Nie używajcie swojej magii. Być może istnieje szansa abyśmy wyjaśnili nieporozumienie z władzami tej krainy. To ludzie, którzy także pragną spokoju i zachowania porządku jaki sami wybudowali przez stulecia.

Wszyscy trzej mężczyźni wyszli przed wieżę, gdzie czekali na nich Drales, Fiflet oraz odział likwidatorów. Mały człowiek ożywił się widząc znajome mu twarze.

- A nie mówiłem? A nie mówiłem? - mówił przewracając oczami na lewo i prawo.

- To oni, to oni zajmują się magią! - krzyczał podniecony.

- Nie wiem o czym ten człowiek mówi, jesteśmy poszukiwaczami złota. Podobno w tych terenach jest mnóstwo cennych przedmiotów. - Alan próbował się wytłumaczyć.

- Milczeć! - krzyknął Drales.

- Wytłumaczycie się przed obliczem Wielkiego Oficjum Antymagicznego! Zabrać ich! - dodał. Kilku likwidatorów podeszło do trzech mężczyzn i zakuło ich w kajdany. Corinthian przechodząc obok Fifleta spojrzał mu w oczy uśmiechając się szeroko.

- Do zobaczenia. - powiedział głosem, który zmroził krew w żyłach niskiego wieśniaka.