Rozdział 4
Trójka osób ukrytych pod osłoną nocy oraz gęstego lasu, rosnącego po obu stronach ziemnej drogi, podążała szlakiem uzbrojonych mężczyzn w czarnych strojach prowadzących, w sobie tylko znanym kierunku, członków drużyny zagubionej w jednym z wielu światów multiwersum. Pierwszą z osób był Rann Shaner, który ze zręcznością nocnego kota przedzierał się przez zarośla pomagając sobie hologramem mapy, tworzonej w czasie rzeczywistym przez komputer umieszczony w bionicznych implantach w przedramieniu mężczyzny. Jessica oraz Matts z trudem dotrzymywali mu kroku, jednocześnie starając się nie narobić zbyt dużego hałasu, który mógłby zaalarmować zbrojny orszak idący drogą. W pewnym momencie, Rann stanął za dużym drzewem i kazał swoim towarzyszom zrobić dokładnie to samo.
- Co się stało? - spytał Matts.
- Jeden z nich się odwrócił, musimy zwiększyć dystans, bo inaczej domyślą się, że są śledzeni. Jessica, wyczuwasz coś? - odparł Shaner jednocześnie zwracając się w stronę dziewczyny.
- Nie, przykro mi, nie mogą przywołać żadnych obrazów.
- Być może te okolice nie kryją niczego ciekawego. - Matts odezwał się, ale Rann go uciszył.
- Nie widzę Sakiko Hayasu wśród więźniów, wydaje mi się że będziemy mogli liczyć na jej pomoc.
- Obyś miał rację, bo alternatywa jest znacznie gorsza. - Chłopak dokończył jego wypowiedź.
- Mogli jej coś zrobić? - spytała Jessica.
- Jeśli są do tego zdolni, to jesteśmy w poważnych tarapatach.
Grupa dotarła do granicy leśnej gęstwiny. Przed ich oczami roztaczało się wzgórze porośnięte łąkami nad którym unosiło się morze błyskających gwiazd. Każdy z nich wiedział, że dalsza wędrówka powinna być dużo ostrożniejsza, gdyż na otwartym terenie mogli zostać z łatwością zauważeni nawet w zalewającej wszystko atramentowej barwie nocy.
- Zastanawiam się, dlaczego oni nie próbowali walczyć. - Matts zapytał retorycznie.
- Nie znają przeciwnika. Próba ucieczki byłaby błędem taktycznym i mogłaby spowodować duże straty w ludziach. To całkiem logiczne, ja postąpiłbym dokładnie tak samo. A poza tym, Morfeusz jako istota wyższa, stara się nie ingerować w naturalny tok wydarzeń świata w którym się znalazł.
- Tylko jego decyzja może zabić kogoś z nas... - Sunder nie krył niezadowolenia.
- Idziemy. - Rann przerwał rozmowę wskazując, że śledzony przez niego orszak zniknął za wzgórzem.
Sakiko schodziła w podziemia krętymi schodami zniszczonej przez upływ czasu wieży starego maga o imieniu Zibo. Dzięki zdolnościom wampira, dziewczyna doskonale radziła sobie z wszechogarniającą wszystko ciemnością i nie miała żadnych problemów z zachowaniem równowagi na skrzywionych i pokruszonych przez czas stopniach. Czarny ptak towarzyszył jej w każdym kroku, wzlatując w powietrze, aby za chwilę usiąść na jej ramieniu.
- Wiesz czego tak naprawdę mamy szukać? - Sakiko zapytała, chociaż wiedziała, że nie otrzyma żadnej odpowiedzi, ani przydatnej wskazówki.
- Nie mam pojęcia! Szef powiedział, że coś co będzie chciało być znalezione, zostanie znalezione. Jakby to miało nam w jakikolwiek sposób pomóc!
- On zawsze jest taki enigmatyczny w wypowiedziach? - Sakiko pytała, aby zabić czas i stłumić w sobie strach o członków drużyny, których musiała zostawić na powierzchni.
- Dzisiaj był aż nad wyraz dosłowny! Wszystko zależy od pory dnia... i pory roku... i świadomości, której śnienie akurat przemierza. Czasami odpowiada pytaniem, haiku, przypowieścią albo jakimś wersetem stylizowanym na język biblijny. Zwariować można, jeśli ma się takiego szefa. Ale ja potrafię go zrozumieć, Mervyn to ma dopiero przerąbane!
- Mervyn, kto to jest Mervyn?
- Mój kumpel z pałacu. Mervyn, Dyniogłowy. Zajmuje się naprawami i przebudową pałacu. A ma co robić, bo Mofeusz jest taki kapryśny. Jeden dzień i może mu się znudzić cała sceneria dookoła pałacu! Biedny Mervyn musi wszystko szybko przerabiać! Nie zazdroszczę mu takiej roboty!
- Teraz musi być zadowolony. Jak pana nie ma w pałacu, to ma mnóstwo czasu dla siebie.
- O nie, nie ma tak dobrze. Pożeracze Snów zaatakowały naszą krainę i wszędzie jest mnóstwo zniszczeń. Teraz Mervyn ma trzy razy tyle roboty niż zazwyczaj! Nie odpocznie sobie, nie ma na to najmniejszych szans!
- Co to takiego? - Sakiko przerwała rozmowę zauważając, że na jednej ze ścian podziemnego korytarza widniała niebieskawa poświata.
- Nie mam pojęcia! Światło tak głęboko pod ziemią?
- Może to artefakt o którym mówił Morfeusz? Może warto sprawdzić? - dziewczyna zaproponowała.
- Tak, masz rację. Warto sprawdzić! - Mateusz wzbił się w powietrze podążając w kierunku z którego dochodził dziwny blask. Młoda wampirzyca zobaczyła niszę w ścianie na której leżał jakiś przedmiot. Kiedy podeszła bliżej okazało się, że było nim dziwne berło. Wykonane było ze złota a na jednym z jego końców przyczepiony był niebieski klejnot świecący wewnętrznym blaskiem. Kiedy Sakiko przyjrzała mu się z bliska, zauważyła w jego wnętrzu smugi wirujące niczym kłęby magicznego dymu targanego siłą nieistniejącego wiatru. Przedmiot był nowy, zupełnie nie pasował do pokrytych pajęczynami i śmierdzącymi grzybami ścian podziemi wieży. Dziewczyna instynktownie wyciągnęła rękę w kierunku artefaktu a w jej głowie zabrzmiała dziwna melodia. Bardzo odległy śpiew kobiet i trudne do jednoznacznego określenia krystaliczne dźwięki. Ptak zatrzymał rękę dziewczyny.
- Uważaj! Może to pułapka! Wygląda zbyt podejrzanie!
- Mateuszu... to coś mnie woła... chce być odnalezione, zabrane z tego miejsca. Może to artefakt o którym opowiadał Władca Snów?
- Może... ale pamiętaj, że cię ostrzegałem! - kruk oznajmił chowając się za wystający z podłogi kamień. Sakiko dotknęła połyskliwej powierzchni przedmiotu i w tym samym momencie poczuła ból, zupełnie tak jakby została porażona przez prąd elektryczny. Zacisnęła dłoń na artefakcie próbując z całych sił ruszyć go z miejsca, ale nie potrafiła. Wszystko wskazywało na to, że przedmiot miał jej do zakomunikowania jakąś bardzo ważną wiadomość i nie mógł pozwolić, aby wampirzyca straciła z nim kontakt choćby na chwileczkę. Kruk przypatrywał się cichemu zdarzeniu z bezpiecznej kryjówki za dużym kamieniem.
- Teraz wiem, że to przedmiot który szukałam, który chciał być odnaleziony. Jestem tego pewna. - Dziewczyna odezwała się, tracąc kontakt z tajemniczą rzeczą.
- Mogę już wyjść z ukrycia? - zapytał ptak.
- Tak, to berło jest dla nas całkowicie bezpieczne. - Sakiko odłożyła złoty artefakt na należyte dla niego miejsce.
- Skąd wiesz, że właśnie tego szukaliśmy?
- Berło powiedziało mi do kogo kiedyś należało i gdzie mogę znaleźć jego poprzedniego właściciela.
- I on pomoże nam wydostać się z tego przeklętego zadupia?
- Nie wiem tego Mateuszu, nie mogłam o nic zapytać. Po prostu zobaczyłam przez chwilę twarz kogoś, kto wcześniej trzymał berło w swej ręce i miejsce w którym on jest obecnie.
- W takim razie wynośmy się z tej dziury i idźmy do niego. Im szybciej nas stąd zabierze tym lepiej.
- Nie wiem czy to będzie takie proste.
- Ale przecież mówiłaś przed chwilą, że wiesz gdzie on jest!
- I w tym jest cały problem. Poprzedni właściciel tego berła nie żyje. Miejsce, które zostało mi wskazane to cmentarz miasta leżącego parę kilometrów stąd.
- Co takiego? I to ma nam pomóc? - ptak był bardzo zdenerwowany, latał wokół głowy dziewczyny.
- Nie rozumiem tego tak jak i ty! Ale to jedyny ślad jaki w tej chwili mamy i musimy spróbować za nim podążyć. Zgadzasz się ze mną?
- Tak... masz rację. - Mateusz uspokoił się i wrócił na kamienną podłogę. Sakiko podniosła berło, tym razem nie mając z tym najmniejszego problemu. Przedmiot przekazał jej swą wiadomość a później przeszedł w stan uśpienia, aby obudzić się w kolejnym stosownym momencie.
- Nasza wycieczka musi jednak poczekać. - czarnowłosa oznajmiła.
- Dlaczego?
- Musimy odnaleźć resztę drużyny a później spróbować dowiedzieć się gdzie ci żołnierze zabrali Alana i pozostałych a potem spróbować ich uratować.
- Masz rację. Ruszajmy więc...
W knajpie z której kilka godzin wcześniej miejscowe oddziały wojskowe wyprowadziły Mint i Nareę a Rann, Matts i Jessica musieli uciekać, dwójka podróżników spokojnie delektowała się piwem i pieczenią z dzikiej świni. Miejscowe towarzystwo dyskutowało o wkroczeniu żołnierzy do ich ulubionej oberży, zamieszaniu i wyprowadzeniu z niej kilku kobiet. Każdy ze zgromadzonych miał własne teorię dotyczącą tego co się wydarzyło a także jedyną słuszną prawdę o tożsamości i zbrodniach dokonanych przez dziewczyny. Czarnowłosa patrzyła na brodatego mężczyznę swoimi dużymi fiołkowymi oczami. Jej twarz wyrażała smutek i zaniepokojenie.
- Wiesz o czym oni tutaj wszyscy mówią? Jeśli Morfeusz został pojmany, szanse na powodzenie naszej misji drastycznie zmaleją. Czy nie powinniśmy zainterweniować?
- Co masz na myśli? - spytał brodacz patrząc znad kufla z piwem.
- Może powinniśmy się wtrącić, pomóc mu, masz wystarczająco dużą siłę, aby przeciwstawić się nawet tak wielu uzbrojonym ludziom.
- To zbyt ryzykowne. Oczy Przebudzenia zostałyby zwrócone w naszą stronę. To całkowicie przekreśliłoby jakąkolwiek szansę na osiągnięcie naszego celu. Nie będziemy ryzykować.
- Jeśli tak uważasz... ale jeśli oni zostaną uwięzieni w tym świecie, nas czeka taki sam los.
- Nie uwierzę, że Morfeusz pozwoli na to, aby jacykolwiek śmiertelnicy uwięzili go po raz drugi. Jestem przekonany, że wszystko pójdzie po ich myśli i wkrótce wyruszą w swoją podróż.
Dziewczyna przez chwilę zamyśliła się, tak jakby jej umysł odbiegł gdzieś daleko poza śmierdzące stęchlizną progi starej oberży.
- Ktoś z nich... odczytał wiadomość z naszego berła. - oznajmiła po krótkotrwałej ciszy. Na jej twarzy prze chwilę zagościł uśmiech.
- Wiedziałem, że niepotrzebnie się martwisz. Wszystko idzie zgodnie z naszym planem. Czy to Morfeusz dotknął berła?
- Nie... nie sądzę... nie znam tej osoby. To pewnie ktoś z jego drużyny śpiących śmiertelników.
- Nieważne. Najważniejsze, że złapali nasz trop. Teraz musimy pośpieszyć się, aby zdążyć przed nimi i ułożyć naszą wiadomość. - brodacz uśmiechnął się szeroko. Zauważył jednak, że twarz jego towarzyszki zrobiła się znów smutna i zamyślona.
- Co cię trapi? Wszystko układa się po naszej myśli.
- Dokładnie... - dziewczyna cichutko odpowiedziała. Zamknęła oczy.
- O co ci chodzi? Czasami zupełnie nie mogę zrozumieć twojego zachowania. Czym się martwisz?
- Kiedy zaczynaliśmy, nie miałam żadnych wątpliwości, byłam absolutnie pewna tego co chciałam zrobić. Ale teraz, kiedy podróżujemy po nieznanych mi światach kolejną noc, kiedy jesteśmy coraz bliżej naszego celu, zaczynam się wahać. Obawiam się, że to co zamierzamy zrobić jest złe.
- Dlaczego się tym martwisz? Obiecaliśmy sobie, że będziemy myśleć tylko o naszym celu.
- Sam pomyśl. Chcesz wysłać ich na bezsensowną wędrówkę po Światach, tylko po to aby pomogli ci odnaleźć jakieś stare artefakty potrzebne do przeprowadzenia rytuału, który był legendarny nawet w prastarych księgach. I wykorzystujesz do tego straszliwy kataklizm, jaki wisi nad całą rzeczywistością! Co zrobisz, jeśli przez nasze działanie Przebudzenie wygra? Jak będziesz z tym żył?
- Nie będę. Przebudzenie wymaże mnie i ciebie z istnienia za to, że wmieszaliśmy się w jej świętą misję przywrócenia pierwotnej nicości. Nie pozwoli nam zaistnieć na nowo w stworzonym przez nią świecie.
- Mamy siłę, aby pomóc tej drużynie a zamiast tego szukamy tego co uszczęśliwi tylko nas. Nie chcę mieć nikogo na sumieniu, moja sprawa nie jest warta aż takiego poświęcenia!
- Wiele razy przekonywałem cię, że jest warta. I nadal podtrzymuję moje zdanie. Nie możemy się cofnąć, mówiłem już że raz wprawionej w ruch maszyny nie da się zatrzymać, bo jej cała przyszłość jest już z góry przesądzona przez warunki początkowe.
- Ale dlaczego dokładnie te światy? Przedmioty należące do Nieskończonych są wszędzie. Mogliśmy uczynić ich drogę znacznie łatwiejszą.
- Rozmawialiśmy już o tym. Nasze działanie pozwoli nam zniszczyć uciekinierów z krainy Lucyfera, aby nie wmieszali się w przyszłości w nasze plany. Nie są w stanie ich zrozumieć.
- Jesteś wystarczająco silny, aby z nimi walczyć?
- Tak, jeśli Władca Snów mnie wspomoże, świadomie czy nieświadomie.
- A jeśli na naszej drodze spotkamy jego, Gwiazdę Zaranną? Jesteś w stanie go pokonać?
- Nie spotkamy... on opuścił swą krainę i nie interesuje się losami jej mieszkańców.
- Nie odpowiedziałeś na moje pytanie. Jesteś w stanie go pokonać?
- Nie. Nie jestem. - brodaty odparł niechętnie wstając od stolika. Dziewczyna także skończyła jeść i bardzo szybko do niego dołączyła.
- Gdzie teraz idziemy?
- Mówiłem, ci że musimy przygotować naszą wiadomość dla Pana Snów. Przypomnij sobie dokładnie czego doświadczyłaś w wizji.
Grupa czarno odzianych rycerzy prowadząca Mint i Nareę spotkała się z oddziałem prowadzonym przez Dralesa, któremu udało się pojmać Morfeusza, Alana Scotta i Corinthiana.
- Co tu się dzieje? - zapytała przestraszona Mint widząc mroczne oczy Władcy Snów.
- Bądź spokojna dziecko, to nieporozumienie zostanie wyjaśnione.
- Ładne mi nieporozumienie! Proszę zobaczyć co miała ze sobą ta czarownica! - jeden z żołnierzy popchnął Nareę tak mocno, że dziewczyna przewróciła się na ziemię. Zabrał jej torbę z kryształami i podał ją długowłosemu dowódcy. Mint pomogła wstać swojej koleżance.
- No ładnie... skrybowie z Antymagicznego Oficjum będą mieli pełne ręce roboty. - odparł Drales zaglądając do wnętrza torby. Jego wzrok utkwił ma połyskliwej powierzchni jednego z czarnych kryształów.
- Jakie tajemnice kryje ten kawałek skały? - zapytał retorycznie po czym oddał torbę jednemu z żołnierzy.
- Zanieś to do skarbca, będzie materiałem dowodowym przeciwko tym ludziom.
- O co tutaj chodzi? Czego oni od nas chcą? - Mint pytała Alana i Pana Śpiących Zastępów, lecz żaden z nich nie odpowiedział jej z obawy przed reakcją któregoś z pilnujących ich strażników. Mint w milczeniu patrzyła jak zakuty w zbroję człowiek odnosi jej własność z którą nigdy wcześniej nie rozstawała się podczas wypraw. Ogarniała ją straszna złość, uczucie które przez ostatnie lata próbowała całkowicie usunąć ze swojej osobowości. Drales podszedł do Alana wyciągając w jego kierunku otwartą dłoń.
- Oddaj pierścień. - oznajmił stanowczo.
- Dlaczego? To sygnet rodzinny, bardzo ważna i drogocenna dla mnie pamiątka, nie mogę się z nim rozstawać.
- Nie będę dwa razy powtarzał. Oddaj ten pierścień, albo któryś z moich żołnierzy ściągnie ci go razem z ręką! Wyraziłem się jasno?
Morfeusz zbliżył się do Zielonej Latarni.
- Alanie Scott, zrób to o co prosi ten mężczyzna. Dalszy opór może skończyć się tragicznie dla ciebie i towarzyszących ci osób.
Mężczyzna niechętnie zdjął z ręki zielony pierścień i podał go długowłosemu dowódcy. W tym samym momencie do rozmowy wtrącił się Fiflet. Niski człowieczek przez cały czas milczał przeliczając w myślach pieniądze jakie zarobił na zdradzie napotkanych nieznajomych i jednocześnie czując strach przed Corinthianem, który wcześniej zagroził mu śmiercią.
- Brakuje kogoś! Brakuje kogoś! Było ich więcej, sam pamiętam! - mówił patrząc na oblicze wyższego od siebie mężczyzny o długich włosach.
- Było ich więcej! Uciekli! - powtarzał.
- Czy to prawda? - zapytał stanowczo Drales.
- Nie, nie mam pojęcia o czym ten człowiek mówi. Podróżujemy samotnie. Jeśli on widział kogokolwiek innego, musiał być to jakiś podróżnik, który w tawernie dosiadł się do nas ponieważ przy naszym stole było wolne miejsce. - oznajmił spokojnie Alan.
- Nieprawda? Nieprawda! Oni byli razem! - Fiflet nie dawał za wygraną.
- Czy ty czasem nie próbujesz zebrać jeszcze większej nagrody? Uważaj, bo nie dostaniesz ani grosza! - Drales był coraz bardziej zirytowany zachowaniem niskiego natręta.
- Ależ jakby śmiał, mój Panie! Było ich więcej! - Fiflet pokłonił się nisko przed długowłosym.
- Dobrze! Wyślę kogoś, aby sprawdził dokładnie tamtą wiochę! Hej, wy czterej! Wracajcie do miasta i popytajcie o jakichś nieznajomych! - Drales krzyknął na swych podwładnych a oni posłusznie wykonali rozkaz zawracając w kierunku miasteczka.
- Ruszać się! Nie mamy czasu! - dodał wskazując ręką, aby żołnierze kazali pojmanym przyśpieszyć kroku.
Rann Shaner schowany w bezpiecznej kryjówce z ciemnej, leśnej gęstwiny zauważył, że grupa ubranych w czarne stroje mężczyzn w hełmach na głowach zawróciła w jego stronę. Usunął się w mrok lasu, aby żaden z nich nie mógł zobaczyć nawet najmniejszej części jego osoby.
- Czterech. Wrócili się i idą w tę stronę. - powiedział do swoich towarzyszy.
- To znaczy, że musimy się stąd zmywać? - zapytał Matts.
- Nie jest ich zbyt wielu. Podobna okazja może się już nie powtórzyć.
- Co masz na myśli? - Sunder zapytał po raz kolejny.
- Zdobędę ich stroje. Będziemy mieć przewagę taktyczną. Zostańcie tutaj i nie dajcie się zauważyć.
- Chcesz samemu walczyć z czwórką? - Jessica zdziwiła się.
- A w czym wy możecie mi pomóc? Czy zabiliście kogoś kiedykolwiek?
- Oczywiście, że nie. - odparła dziewczyna a Matts jedynie pokręcił głową.
- Tak jak myślałem. Dlatego siedźcie cicho i czekajcie na mój powrót.
Rann przedostał się do głębszej części lasu. Droga którą podążali żołnierze prowadziła tamtędy i mężczyzna mógł urządzić tam śmiertelną zasadzkę. Wszedł na drzewo szybko i zwinnie niczym kot. Większość dodatków biomechanicznych, które czyniły go niegdyś silnym została usunięta z jego ciała po tym, gdy popadł w niełaskę swoich współtowarzyszy, ale to co pozostało czyniło go kimś znacznie wytrzymalszym od przeciętnego człowieka. Jego usprawnione oko widziało w mroku nocy równie dobrze jak w słoneczny dzień, co dawało mu znaczną przewagę nad jego ofiarami. Jego lewa ręka kryła niegdyś sztylet wysuwany na mentalny rozkaz, ale nawet teraz, gdy nie było w niej żadnej broni, mężczyzna potrafił użyć jej jako skutecznego narzędzia śmierci. Bezgłośnie, niczym ptak drapieżny atakujący swą ofiarę, Rann skoczył na jednego z wojowników. Używając swej energii kinetycznej oraz wyuczonych sztuk walki wręcz, Shaner ugodził pechowego żołnierza, skutecznie przewracając go na ziemię. Uderzenie o twarde podłoże i sprawy chwyt mężczyzny wystarczyły do złamania karku nie spodziewającego się niczego strażnikowi z wieży. Rann zabrał jego czarny miecz i wyprostowując się, gwałtownie ruszył na jego towarzysza. Zaskoczony człowiek nie obronił się przed ciosem, który przebił go na wylot. Rann wiedział, że nie będzie mógł w ten sposób pozbyć się pozostałych przeciwników, potrzebował trzy stroje nie zbrukane nawet jedną kroplą krwi.
- Kim ty jesteś? - inny rycerz zapytał kurczowo ściskając miecz w dłoniach.
- Kimś, kto za chwilę pozbawi cię życia! - odparł Shaner uśmiechając się szeroko.
- Nie gadaj z nim! - krzyknął drugi z wojowników. Nie był uzbrojony, ale pomimo tego odważył się ruszyć na kogoś, kto z łatwością zabił jego dwóch kolegów. Rann był od niego znacznie szybszy. Potężny cios jego prawej dłoni skierowany na szklaną osłonę hełmu żołnierza, roztrzaskał ją na kawałki. Mężczyzna wiedział jakiej siły użyć i w które miejsce uderzyć, aby ostre odłamki trafiły w twarz nieszczęśnika a w szczególności w jego oczy. Przeciwnik został skutecznie znokautowany, dlatego Rann postanowił rozprawić się z ostatnim z patrolu. Żołnierz widząc dwóch martwych kolegów, oraz jednego okrutnie okaleczonego, wijącego się po ziemi w ogromnym bólu, nie wiedział jak dalej postępować. Trzymał miecz, ale z każdą chwilą tracił nadzieję, że broń będzie dla niego jakimkolwiek zabezpieczeniem. Po kilkunastu sekundach, zdecydował się wybrać ucieczkę zamiast walki. Rzucił miecz w zarośla a sam szykował się do biegu. Shaner nie mógł jednak pozwolić mu uciec. Gdyby człowiekowi udało się zaalarmować swoich towarzyszy, las mógłby zaroić się od dziesiątek uzbrojonych żołnierzy a to z pewnością zakończyło by podróż Ranna i jego towarzyszy. Poza tym bardzo potrzebował trzeciego munduru nie zbrukanego krwią. Mężczyzna rzucił się w pogoń za uciekinierem. Bardzo szybko udało mu się go dogonić oraz zadać mu cios w tył głowy pozbawiający go przytomności a chwilę później również i życia. Przybysz ze świata przyszłości wrócił spokojnie do miejsca, gdzie pierwotnie rozegrał pojedynek z żołnierzami, rozglądnął się dookoła i skręcił kark ciężko ranionemu w oczy, ostatniemu z czwórki pechowego patrolu.
- Komputer... status celów... - zapytał.
- Brak oznak życia u trzech jednostek. U czwartej aktualnie zanika aktywność kory mózgowej. - odpowiedział mechaniczny głos dochodzący z urządzenia tkwiącego na ręce mężczyzny.
- Ocena uszkodzeń? - spytał ponownie patrząc na dłoń zranioną od kontaktu z czarną szybą.
- Brak poważnych uszkodzeń. Rany są powierzchowne i nie zagrażają poprawnemu funkcjonowaniu. Nano-roboty zaczynają naprawę uszkodzeń skóry.
- Doskonale. Zabieramy ubrania i wracamy do pozostałych.
- Zaleca się uzupełnienie nano-robotów. Poziom aktywnych nano-robotów w krwiobiegu krytycznie niski...
- Stop! Nie potrzebuję takich informacji. Ciekawe gdzie mam znaleźć nano-roboty na tym wysypisku świata. - Rann powiedział sam do siebie uciszając komunikaty prywatnego komputera.
Dwóch uzbrojonych strażników zamknęło wrota wieży, pozostawiając Fifleta, trzymającego worek złota, całkiem samego. Mały mężczyzna kurczowo trzymał swój skarb, ale nie miał zamiaru odchodzić. Brak kilku osób z drużyny Morfeusza oznaczał dla niego możliwość kolejnego zarobku. Fiflet patrzył w dal na przesuwające się po nocnym niebie ciemne chmury oświetlone blaskiem srebrnego księżyca myśląc w jaki sposób odnaleźć i wydać strażnikom ostatnią grupę podróżników. Drales przechadzał się tam i z powrotem po kamiennej podłodze swej warowni a jego kroki odbijały się echem od zimnych ścian lochów. Zatrzymywał się w połowie drogi, spoglądał przed siebie, po to by po chwili znów wrócić do niespokojnej wędrówki. Za kratami celi, na starych i zniszczonych przez czas i robactwo ławach siedzieli Alan Scott, Morfeusz, Corinthian, Mint i Narea. Idąc za radą władcy snów, nikt z nich nie odzywał się słowem ani nie reagował na zaczepki długowłosego mężczyzny. Drales postanowił kontynuować swój monolog.
- Wasza wędrówka kończy tutaj się, w lochach mojej twierdzy. Nie dostaniecie się do miasta, nie będziecie opowiadać herezji o powrocie Fallaxa, który kiedyś władał tymi krainami. Wiem doskonale, że wasza wycieczka w te strony miała na celu znalezienie cudownych przedmiotów o których opowiadają wasze legendy a może i obudzenie waszego dawno uśpionego boga! Nic z tych rzeczy! Wkrótce przybędą tu wysłannicy stolicy i zabiorą was w miejsce, w którym spędzicie resztę swego życia! I nauczycie się prawdy o historii tych krain. O tym kim naprawdę był Fallax i do czego doprowadził jego marsz ku zgłębianiu coraz to potężniejszych sekretów magicznych. A teraz zobaczmy co my tu mamy...
Drales zbliżył się do stolika na którym leżała torba z magicznymi kryształami Narei. Wyjął jeden z nich drżącą ręką. Popatrzył prosto w oczy Narei, chociaż dziewczyna próbowała nie reagować na jego zaczepkę.
- Co to jest? Do czego to służy? - krzyknął. Czarnowłosa nie odpowiadała. Zdenerwowany Drales rzucił kryształem o kraty więzienia. Przedmiot wydał z siebie charakterystyczny brzęki i spadł na kamienie podłogi. Narea zacisnęła pieści, ale nie zareagowała. Miesiące medytacji i lekcje panowania nad swoim emocjami opłaciły się, pomyślała wspominając swą nauczycielkę.
- Zadałem ci pytanie! Co to jest? - długowłosy uniósł się gniewem.
- Kamienie, zwykłe ozdoby, nie ma potrzeby nimi rzucać. - Narea odparła zamykając oczy. Mężczyzna nie miał ochoty na dalszą rozmowę.
- Zobaczymy co będziesz mówiła podczas sądu. - burknął.
- Ten idiota Fiflet mówił, że pierścień na twojej ręce lśnił zielonym blaskiem. Zaraz zobaczymy ile w tym prawdy. - Drales uśmiechnął się szeroko zakładając na środkowy palec dłoni pierścień Zielonej Latarni. Podszedł bliżej krat, tak jakby chciał przyjrzeć się jego dotychczasowemu właścicielowi.
- Jak zrobić, żeby świecił? - zapytał. Green Lantern nie odezwał się, milczał a całą swą wolę, energię życiową skupił na jednym zadaniu - nie dopuszczeniu do tego, aby Drales uruchomił moc tkwiącą w małym zielonym przedmiocie.
- Nie masz ochoty na rozmowę ze mną? W stolicy na pewno zmuszą cię do otwarcia ust! - Długowłosy spojrzał po raz ostatni z nienawiścią na uwięzionych i ruszył w kierunku kamiennych schodów zabierając ze sobą pierścień a także torbę z kryształami Narei. Alan Scott chwycił się za głowę.
- Co się stało? - zapytała zaniepokojona Mint.
- W porządku. Nie przejmuj się mną. Jestem wyczerpany kontrolowaniem mojego pierścienia na odległość. Nawet sobie nie wyobrażasz jak ogromna energia jest w nim uwięziona. Energia, światło mające własną świadomość, własne pragnienia i potrzeby. Przez chwilę czułem jak zielony płomień pragnął połączyć się z tym człowiekiem, próbował wejść do jego umysłu, odpowiedzieć na jego prośby. Płomień wyczuwa w nim ogromną pasję, możliwość transformacji w coś potężniejszego i dlatego chce pomóc mu w tej przemianie. Jeśli on spróbuje założyć i użyć pierścienia gdzieś indziej, daleko od mojego wpływu, nie będę go w stanie powstrzymać.
- Będziemy mieć kłopoty... - Mint powiedziała wracając na swoje miejsce.
- Masz rację Alanie Scott, Zielony Płomień, Serce Gwiazdy jest dumną i potężną istotą. Pamiętam, kiedy spotkałem go po raz pierwszy eony temu, gdy wszechświat był młody i niebo nad naszymi głowami nie lśniło tysiącem gwiazd. Opowieść o blasku Płomienia zapełnia karty niejednej księgi w bibliotece mojego pałacu.
- Nie będę nawet próbował zrozumieć kiedy i gdzie się to wydarzyło. - Alan oznajmił spokojnie.
- Dobrze, że jesteś świadom ograniczeń swojego ludzkiego umysłu ziemska Zielona Latarnio.
- Jak on mógł! - Narea zwróciła się do Mint zaciskając pięści.
- Jak mógł potraktować kryształ jak jakieś śmieci! Jak coś czym można rzucać na prawo i na lewo! Gdybym nie przysięgała pokojowego życia u stóp kryształowego drzewa, użyłabym wszelkiej dostępnej magii aby zetrzeć ten kpiący uśmiech z jego wstrętnej twarzy! - dziewczyna była coraz bardziej zdenerwowana.
- Narea, daj spokój. Nie możemy teraz ujawnić, kim jesteśmy. Musisz zachować cierpliwość. Nie możemy ryzykować złości tych ludzi, gdy niczego o nich nie wiemy.
- I kto to mówi! Rozumiem, że Władca Snów został pozbawiony swoich zdolności a ja i Alan Scott nie jesteśmy w stanie działać bez naszych artefaktów, ale ty powinnaś coś zrobić! Nosisz magię w swoim wnętrzu! Dlaczego nie użyłaś jej na tym gnoju, gdy próbował zniszczyć mój kryształ. Dlaczego nie przebiłaś tamtych żołnierzy konarami drzew i korzeniami, które potrafisz kontrolować? Dlaczego tutaj siedzimy, zamiast zrobić to co musimy i wrócić do domu?
- Narea, uspokój się. Słyszałaś przecież, że nie możemy ujawnić naszych zdolności. Nie możemy mieszać się w równowagę tego świata...
- A czy ktoś martwił się równowagą mojego świata, gdy porywał mnie tam gdzie się wcale nie prosiłam! - Narea krzyknęła na swoją koleżankę.
- Spróbuję uspokoić cię dotknięciem... - Mint wyciągnęła dłoń w kierunku twarzy koleżanki.
- Nie potrzebuję tego! - Czarnowłosa dziewczyna odepchnęła jej rękę i uderzyła pięścią w kamienną ścianę. Zacisnęła zęby, wstała z ławki i podbiegła do krat odgradzających ją od wolnego świata.
- Ja... przepraszam... ostatnie godziny bardzo źle na mnie wpływają... nie mam kryształów do medytacji i zaczynam to odczuwać... z godziny na godzinę będzie coraz gorzej...
- Może pomogę ci dotykiem, przynajmniej spróbuję.
- Nie. Sama muszę poradzić sobie z tym co się ze mną dzieję. Zbyt długo liczyłam na kryształy, ogród, fontannę życia której kojąca woda koi wszelkie rany, zarówno fizyczne jak i te psychiczne. Czeka mnie prawdziwa próba, z którą będę sobie musiała poradzić.
Elfka pomimo protestów koleżanki, zbliżyła się do niej, objęła ją i się do niej przytuliła.
- Każdy mieszkaniec naszego Lasu wie, że posiada swoją mroczną połowę, ciemnego elfa żyjącego w głębokiej puszczy, gdzie nie docierają nawet promienie słońca. I każdy z nas uczy się przez całe życie w jaki sposób go kontrolować i nie dopuścić do tego, aby kiedykolwiek wyszedł ze swojego czarnego i wilgotnego więzienia i zadomowił się w skąpanych w świetle łąkach naszego lasu. Jestem pewna, że ty także będziesz potrafiła uwięzić swój cień i nauczyć się żyć czując cały czas jego obecność za plecami.
Drales stał w jednym z najwyżej położonych pomieszczeń Wieży. Towarzyszył mu grubas z łysą czaszką ubrany w białą koszulę i spodnie. Obok mężczyzn stał ogromny, czarny piec w którym paliły się stosy kawałków drewna. Dziwna konstrukcja przylegała bezpośrednio do ściany budowli, a obok niej tkwił panel kontrolny pełen dźwigni, pokręteł i zwisających łańcuchów.
- Nadaj wiadomość. Natychmiast. - powiedział długowłosy.
- Wiedziałem, że się na to pan zdecyduje. Przygotowałem ogień. - powiedział łysy będąc bardzo zadowolonym z samego siebie.
- Złapałem podejrzanych, którzy wymagają przesłuchania przez Antymagiczne Oficjum. Proszę o wysłanników jak najszybciej jak to jest możliwe.
- Robi się! - oznajmił gruby kierując się w stronę maszynerii. Poruszał dźwigniami wystającymi ze ściennego panelu w sposób rytmiczny, zamieniając słowa Dralesa i kryjącą się w nich treść na ciąg mechanicznych impulsów sterujących maszyną. Drewniane żaluzje wielkiej okiennicy otwierały się i zamykały na przemian zgodnie z ruchami mężczyzny odsłaniając i zasłaniając periodycznie żar wielkiego paleniska przed zewnętrznym światem i nocą królującą dookoła twierdzy. Sygnał świetlny widoczny z odległości wielu kilometrów niósł zakodowaną w błyskach informację daleko poza granicę prowincji niczym snop światła latarni morskiej wskazującej drogę do portu pośród niespokojnego morza. Wiadomość została odczytana w innej strażnicy, gdzie również zapalono ogień i przesłano identyczny, co do jednego bitu informacji, sygnał. I tak, niezwykłe wieści o schwytaniu ludzi rzekomo zajmujących się magią, pokonywały wolną drogę prowadzącą aż do stolicy i siedziby najpotężniejszej siły w krainach jaką było Antymagiczne Oficjum.
Sakiko stała na drodze prowadzącej do wioski w której po raz ostatni widziała wszystkich swoich towarzyszy. Kruk Mateusz siedział obok niej na drewnianym paliku, drogowskazie, zniszczonym przez czas i deszcze często padające w tamtych stronach. Dziewczyna była gotowa do wyprawy w celu poszukiwania właściciela artefaktu magicznego, znalezionego w podziemiach zrujnowanej wieży. Nie wiedząc w jakim kierunku się udać, zapytała przechodzącego starszego człowieka, który postanowił pospacerować w świetle księżyca.
- Przepraszam, przyjechałam tutaj z dalekich stron. Dowiedziałam się niedawno, że moja rodzina pochodziła z tych okolic. Chciałam odwiedzić ich na cmentarzu, ale zabłądziłam. Czy wie pan, gdzie jest najbliższy cmentarz? Duży, ogrodzony kamiennym murem... - czarnowłosa zapytała najgrzeczniej jak potrafiła.
- A... - odparł dziadek zastanawiając się.
- Wiem! Pamiętam! Cmentarz ogrodzony murem znajduje się zaraz przy mieście Margouth, nie znam żadnego innego, ale ja tam nie podróżowałem w życiu zbyt wiele...
- Dziękuję, którędy dojdę do miasta?
- Na nogach? To byłaby długa wędrówka. Jadąc na koniu, traci się jeden dzień i jeszcze z pół nocy. Na piechotę dużo dłużej... trzeba wyjechać ze wsi wschodnią drogą a potem już prosto przez most aż pod mury. Ale teraz niech panienka lepiej idzie do gospody. To niebezpieczne włóczyć się samemu po nocach. Dzisiaj kręci się tu mnóstwo strażników. Kto wie czego oni chcą...
- Dziękuję... za wiadomości i dobrą radę. - powiedziała Sakiko oddalając się od człowieka. Mateusz poszybował ponad jej głową.
- Słyszałeś? Półtora dnia podróży koniem.
- Długo. Może powinniśmy najpierw odnaleźć szefa i pozostałych?
- Mateuszu, czy będziesz w stanie mnie odnaleźć gdy będę gdzieś daleko? - spytała dziewczyna.
- Tak, tak... mam dobry wzrok. Znajdę cię choćby na drugim końcu tego kontynentu.
- To świetnie. Rozdzielimy się. Ty odnajdziesz miejsce w którym przetrzymywana jest nasza drużyna, a także tych którzy nie zostali złapani. Jestem pewna, że skoro my jesteśmy wolni, to ktoś inny również mógł mieć tyle szczęścia.
- A ty?
- Pojadę na ten cmentarz i być może wszystko się wyjaśni. Albo przynajmniej zdobędę następną wskazówkę jak wydostać się z tego miejsca.
- Czy to rozsądne? Pełno tu tych zakutych łbów!
- Poradzę sobie. Jestem silną i samodzielną dziewczyną. - Sakiko odparła uśmiechając się.
- Pójdziesz na piechotę?
- Nie, przecież słyszałeś, że koniem będzie szybciej.
- A skąd ty weźmiesz konia, dziewczyno! - ptak był bardzo zdziwiony.
- Mam swoje sposoby. - czarnowłosa znów się uśmiechnęła.
- Dobra. Rób sobie jak chcesz, ja pokręcę się po okolicy i może znajdę kogoś z naszych!
- Ok. No to nie traćmy dłużej czasu.
- Tak... I jeszcze jedno... uważaj na siebie. - ptak powiedział wzbijając się w powietrze.
- Ty także. - oznajmiła dziewczyna. Kiedy kruk zniknął za horyzontem zlewając się z atramentową czernią nocnego nieba Sakiko postanowiła rozglądnąć się za koniem. Jej niezwykłe zdolności, jakie zyskała będąc ugryzioną przez wampira zapewniały jej zwiększoną siłę, szybkość, zwinność i wytrzymałość, jej zmysły były znacznie ostrzejsze niż zmysły zwykłych ludzi, dzięki czemu doskonale widziała w ciemności a jej słuch był w stanie wykryć trzepot skrzydeł ćmy lecącej na spotkanie z przydrożną latarnią. Jedną ze zdolności, których dziewczyna używała niezwykle rzadko, była umiejętność nawiązywania telepatycznego kontaktu ze zwierzętami. Ta moc miała okazać się niezwykle przydatna. Sakiko zauważyła brązowego konia uwiązanego przy wejściu do małej oberży. Podeszła do zwierzęcia wolnym krokiem zatrzymując się tuż przed jego głową. Popatrzyła w oczy konia hipnotyzującym spojrzeniem, a jej umysł sięgnął w głąb świadomości zwierzęcia. Po kilku sekundach nawiązała z nim połączenie i telepatycznie przekonała je, że była jego właścicielką i bardzo potrzebowała jego pomocy. Kiedy była pewna, że koń był uspokojony, jednym ruchem ręki zerwała linę, wiążącą go do drewnianego budynku.
- Musimy się pośpieszyć. - wyszeptała do zwierzęcia, głaszcząc je po pysku i szyi. Chwilę później pędziła na jego grzebiecie w kierunku drogi prowadzącej do miasta.
Rann Shaner wrócił do miejsca w głębi lasu, gdzie ostatni raz widział się z Mattsem i Jessiką. Miał ze sobą trzy komplety kostiumów żołnierzy z wieży wraz z nienaruszonymi hełmami z przyłbicami wykonanymi z ciemnego szkła.
- Przebierajcie się. Nie wiem, czy będą na was pasować, ale nie jestem w stanie załatwić wam niczego lepszego.
- Udało ci się samemu pokonać czterech... - powiedział Matts biorąc do ręki jeden z hełmów.
- Co się stało z tymi ludźmi? - zapytała dziewczyna.
- Jestem pewien, że znasz odpowiedź. - Rann odparł beznamiętnie, szykując się do przebrania w uniform wojownika Dralesa.
- Zabiłeś ich wszystkich?
- Jesteśmy na wojnie, wolę myśleć o tym, jak o eliminacji przeciwnika. - Rann zakończył rozmowę, która go coraz bardziej denerwowała.
- Co robimy dalej? - spytał Matts.
- Dostaniemy się do tamtej wieży i wydostaniemy naszych towarzyszy. A potem będziemy szukać sposobu na opuszczenie tego świata. Myślę, że wszyscy tego chcemy. I lepiej się pośpieszcie z ubieraniem, bo wkrótce może pojawić się tu dużo więcej żołnierzy.
Jessika podniosła hełm i w tym samym momencie w jej umyśle pojawiła się wizja. Obserwowała walkę, która wydarzyła się w lesie. Przez moment była w skórze jednego z żołnierzy, widziała masakrę swoich kolegów z rąk Ranna Shaner, czuła strach jaki ją sparaliżował, gdy postanowiła uciekać. Widziała zbliżającą się sylwetkę mężczyzny i jego dłoń, która z każdą mijającą mikrosekundą przybliżała ją do śmierci. Dziewczyna rzuciła hełm na ziemię, jednocześnie cofając się o kilka kroków.
- Jesteś mordercą... - powiedziała patrząc na Shanera.
- Jestem żołnierzem. I jestem po twojej stronie. Pamiętaj o tym i nie sprawiaj mi więcej kłopotów! - Rann krzyknął oddając dziewczynie hełm.
- Ubieraj się, albo czekaj tutaj aż wykonamy nasze zadanie! - dodał.
- Jessica, musimy zrobić to czego od nas chce... - Matts podszedł do dziewczyny.
- Nie ufam mu. Mam nadzieję, że szybko odnajdziemy resztę. - odparła Jessica.
Tymczasem w zupełnie innym miejscu i czasie, stara kobieta podpierając się drewnianym kosturem stała naprzeciwko czarnego jak smoła słupa wznoszącego się strzeliście ponad korony drzew. Patrzyła nań wyzywającym wzrokiem wiedząc, że wkrótce czeka ją walka o życie.
- Nie chciałem uciekać się do przemocy fizycznej i jej najgorszej formy jaką jest morderstwo, ale niestety jestem zmuszony działać. - tubalny głos rozlegał się dookoła.
- Jedynym celem, dla którego zostałem stworzonym jest ochrona tego miejsca i osoby, która jest jego więźniem. Nie mogę pozwolić ci się z nim zobaczyć, nawet jeśli istnienie całej rzeczywistości miałoby o tego zależeć.
- Tak, tak, zero-jedynkowa logika, nie spodziewałam się po Strażniku czegoś bardziej wyszukanego... - zasyczała czarownica.
- Nie traćmy więc czasu, ja nie ustąpię, ty nie ustąpisz... pokaż na co cię stać. - krzyknęła skrzeczącym głosem.
- Jak sobie życzysz, o Pani... - głos odpowiedział a posąg zaczął emanować fioletowym blaskiem. Z okolicznych drzew wyłoniły się ciemne, smukłe kształty. Drzewa przybierały ludzką postać, aby w tej formie zmierzyć się z czarownicą i przepędzić ją lub całkowicie wyeliminować.
- Pięknie, jestem pod wrażeniem. - odparła stara kobieta. Uformowała kulę ognistą ciskając ją prosto w najbliżej stojącego potwora.
