Rozdział 5
Oczy młodej dziewczyny o brązowych włosach związanych w warkocz patrzyły na beznamiętne twarze kilku mężczyzn oraz jednej starej kobiety siedzących za długą, drewnianą ławą w środku niewielkiego pokoju. Jeden z mężczyzn miał białą brodę, pozostali były gładko ogoleni. Wszyscy, łącznie z białowłosą kobietą, ubrani byli w jasne, płócienne stroje a na szyi mieli zawieszone takie same wisiory jak ich młodsza znajoma. Za dziewczyną, w cieniu pomieszczenia, stał tajemniczy człowiek z przepaską na oczach. Uśmiechał się obserwując rozmowę jak gdyby ona go bawiła.
- Nasze sny się spełniły. Proroctwa mówiły prawdę! Jesteśmy w pierwszych dniach nowej ery, w przeddzień narodzin świata, w którym nie będziemy musieli się więcej ukrywać! - dziewczyna była bardzo podekscytowana wiadomością, którą chciała przekazać. Brodaty mężczyzna poprawił się na krześle.
- Możesz opowiedzieć wszystko jeszcze raz? Ale tym razem na spokojnie, tak aby każdy mógł wyłapać znaczenie twoich słów. - zapytał uśmiechając się.
- Dobrze... ale moje serce bije tak mocno... nie wiem, czy będę w stanie się opanować... - oznajmiła młoda kobieta.
- Ludzie z wieży Dralesa znaleźli mój ołtarz, dowiedzieli się, że ja i moja rodzina praktykujemy zakazaną sztukę. Zniszczyli go doszczętnie a ja miałam pecha natrafić na jednego z nich, gdy wróciłam z porannego zbierania ziół. Uciekłam, próbowałam schować się gdzieś w głębi lasu, w jednej z naszych kryjówek, ale oni byli znacznie szybsi. Dopadli mnie... i wtedy stał się cud! Moi oprawcy zostali zniszczeni przez dwie błyskawice, czar jaki żadnemu z nas nie udało się stworzyć przez dziesięciolecia! - dziewczyna mówiła gestykulując. Mężczyzna czający się w cieniu szykował się do dołączenia do rozmowę.
- Nasz mistrz, ten który poprzez naukę i zrozumienie magii stał się Bogiem i stworzył w naszych krainach Raj, za co musiał zapłacić własnym życiem, znów jest wśród nas! - w oczach dziewczyny pojawiły się łzy szczęścia. Oczy brodacza zrobiły się wielkie ze zdumienia. Jego dwóch towarzyszy popatrzyło na siebie szepcząc sobie coś nawzajem do uszu. Staruszka uśmiechnęła się.
- O czym ty mówisz dziecko? Czy nie powinnaś odpocząć, skoro śnisz na jawie? - powiedziała. Dziewczyna posmutniała.
- Przynoszę wam najwspanialszą nowinę a wy odwracacie od niej oczy? Jestem żywa i wolna po spotkaniu z ludźmi Oficjum a to chyba największy dowód tego, że nie próbuję was oszukać!
Brodacz popatrzył na brązowowłosą tak surowo, że ta natychmiast zamilczała.
- Sidara... dziecko... nikt z nas nie twierdzi, że chcesz nas oszukać dlatego, że twoje serce jest czarne. Jesteś młoda, pełna marzeń o świecie, który dawno przeminął i chcesz nosić w sercu tradycje swoich przodków. Jesteśmy ci za to wdzięczni. Ale twoje otwarte serce stało się ofiarą kogoś, kogo zamiary mogą nie być tak czyste jak ci się wydaje.
- Przed wami, obok mnie, stoi Fallax z krwi i kości... a wy nadal nie możecie uwierzyć? Czy wszystkie wasze nauki były słowami pełnymi hipokryzji? - dziewczyna była niezadowolona.
- Czy jego prawdziwa moc nie otworzyła wam oczu? - dodała.
- W krainach wciąż jest wiele osób praktykujących magię wbrew zakazom Oficjum, kto wie czego potrafili się nauczyć poza zasięgiem oczu Złotego Pałacu... pokaz mocy nie oznacza czyjejś boskości dziecko...
Zniecierpliwiony sytuacją, Fallax włączył się do rozmowy. Pomimo oślepienia, doskonale wiedział gdzie znajdował się jego rozmówca. Stanął naprzeciwko niego i poprosił Sidarę, aby przestała mówić.
- Czy zapomniałeś już co było twoim obowiązkiem starcze? - powiedział głosem pełnym pogardy.
- Czy zapomniałeś jakie zadanie miała Rada Czterech po tym jak Egzekutorzy zniszczyli Świątynię i zniszczyli moje fizyczne ciało? - pytał.
- Chronić dobytku naszych krain aż do odrodzenia się ziemskiej postaci Najwyższego Mistrza, Fallaxa. Każde dziecko w naszych rodzinach zna historię, nie zaimponujesz mi. - odparł brodacz.
- Twój brak wiary we własną przeszłość sprawia, że ogarnia mnie złość!
Brodaty starzec zdenerwował się. Wstał z drewnianego krzesła, i podpierając się laską podszedł do młodego mężczyzny.
- Jeśli rzeczywiście jesteś boskim Fallaxem, to dlaczego nie niszczysz Złotego Pałacu, dlaczego nie rozpędzasz Oficjum na cztery strony świata? Dlaczego zamiast odbudować Świątynię stoisz tutaj, okaleczony i ociemniały? - starzec krzyczał prosto w twarz maga.
- Dopuszczasz się bluźnierstw starcze! Jestem bardzo osłabiony po swoim przebudzeniu, ale mam wystarczająco dużo siły, by złamać jedno stare drzewo! Chcesz zobaczyć moją potęgę?
Fallax wyciągnął dłoń w kierunku szyi starca. Zacisnął ją mocno a wokół jego ciała pojawiła się zielona poświata. Dziewczyna i pozostali ludzie w komnacie byli zbyt przerażeni, aby w jakikolwiek sposób zareagować. Mężczyzna przystąpił do wysysania energii życiowej z brodacza. Jednocześnie skierował ją w stronę swych zniszczonych oczu kryjących się pod opaską. W zaledwie kilka sekund, z brodatego człowieka pozostała jedynie pusta, wysuszona skorupa. Fallax zdjął opaskę z czoła ukazując zdrowe, zielone oczy.
- Wróciłem i zająłem moje prawowite miejsce w radze czterech. - powiedział z uśmiechem.
Stara wiedźma patrzyła na krajobraz wyglądający jak pobojowisko. Ogień trawił leżące wszędzie doczesne szczątki ludzi drzew, spopielał ich długie, chude odnóża. Większość strażników została powalona przez kule ogniste czarownicy, ale niektórzy nadal stali twardo na nogach pomimo płomieni szalejących na ich drewnianym ciałach. Stara kobieta patrzyła na nich nienawistnymi oczami, sycząc i spluwając co chwilę na swoje stopy.
- Nadal macie ochotę walczyć? Nadal chcecie bronić tego miejsca? - krzyczała trzymając kurczowo sękaty kostur.
- Takie jest nasze zadanie. Nie dopuścimy cię do bramy, albo zginiemy próbując. - rozległ się głoś czarnego słupa stojącego na środku polany.
- Jak sobie chcecie. - wiedźma zaskrzeczała rzucając trzy kule ognia w kierunku podchodzących do niej żywych drzew. Istoty zostały ugodzone żarem, który spopielił ich odnóża sprawiając, że kolosy natychmiast przewróciły się na ziemię. Wiedźma nie zauważyła, że jeden z leśnych potworów podszedł ją od tyłu. Wyciągnął w jej kierunku długie, drewniane palce z zamiarem zmiażdżenia jej swym potężnym uściskiem. Kiedy dotknął jej ciała, zaczęły się z nim dziać dziwne rzeczy. Jego liście na głowie i plecach stały się czerwone, później żółte i po chwili wypadły całymi garściami. Wszystkie jego członki zdrętwiały skutecznie go unieruchamiając. Jego dłoń spróchniała i rozsypała się w drobny mak, dzięki czemu kobieta mogła się z łatwością uwolnić.
- He, he, he - zaśmiała się czarownica.
- Jestem trująca jak ropucha! - dodała po chwili.
- Przepuścisz mnie, czy chcesz większej liczby ofiar? - spytała patrząc na czarny słup górujący nad okolicą. Milczenie strażnika oznaczało zgodę na dalszą walkę.
- Muszę zakończyć to raz na zawsze. - pomyślała stara. Splunęła na spaloną trawę a w miejscu, w którym upadła jej plwocina, zaczął formować się rój czarnych, odrażających owadów. Wkrótce było ich tak dużo, że niebo nad lasem zrobiło się czarne a dźwięk ich skrzydeł napełnił okolicę wszechogarniającym niepokojem. Owady atakowały wszystko co było częścią ruszających się roślin, a nie zostało jeszcze dotknięte przez ogień czarownicy. Cięły liście, gałęzie, obgryzały korę z grubych pni. Powolne kreatury nie miały żadnych szans w starciu z tak szybkim i niebezpiecznym przeciwnikiem. Kiedy wiedźma zauważyła, że prawie wszystkie drzewa zostały zniszczone, zagwizdała, sprawiając że owady odleciały we wszystkie cztery strony świata. Okolica wyglądała jeszcze bardziej przygnębiająco niż przed kilkunastoma minutami. Wszędzie sterczały kikuty martwych drzew, pozbawione liści i kory, drążone przez białe larwy. Wielki słup, otoczony jeszcze do niedawna przez zieleń lasu, stał pośrodku martwej ziemi, wysuszonej i spalonej przez ogień.
- Twój opór jest godny podziwu. Ale nie mogę pozwolić ci przejść przez bramę. Muszę osobiście stanąć w obronie tego świętego dla wszechświata miejsca. - tubalny głos obelisku rozległ się dookoła. Na powierzchni słupa pojawiła się świecąca na niebiesko siatka. Po kilku sekundach, światło utworzyło misterną sieć przecinających się wiązek, wyglądającą jak pajęczyna wykonana przez mechanicznego pająka z odległej przyszłości. Siatka skutecznie odgrodziła wiedźmę od części lasu do której zamierzała się udać.
- Podnosisz poziom trudności tej gry... dobrze. Ale nie myśl, że uda ci się mnie powstrzymać!
Tymczasem w świecie w którym została uwięziona drużyna Morfeusza, królowała noc. Jessica, Matts i Rann, przebrani w ciemne stroje strażników, szli w kierunku wieży, gdzie zamknięto pozostałych członków ich drużyny. Szczęśliwie, nie spotkali żadnego patrolu ani ludzi z wioski. Niestety, nie natknęli się również na Sakiko ani na kruka należącego do Morfeusza. Byli już bardzo blisko upragnionego celu. Podchodząc do bramy prowadzącej do wnętrza budowli, zatrzymali się.
- Posłuchajcie, musimy zachowywać się tak, jakbyśmy znali to miejsce. Inaczej zaczną nas podejrzewać. Jeśli to się stanie, nikt z nas nie będzie w stanie poradzić sobie z całym garnizonem, nawet ja. - powiedział Rann Shaner.
- Kiedy wejdziemy do twierdzy, musimy się rozdzielić i przeszukać dwie części wieży oddzielnie. Zaczniemy od podziemi, bo to najbardziej prawdopodobne miejsce trzymania więźniów.
- Dlaczego dwie? Jest nas trzech, więc możemy sprawdzać w trzech różnych miejscach. - spytał Matts.
- Nie. Jessica musi być z tobą bo w razie kłopotów, nie może się odezwać. Nie zauważyłem żadnych kobiet wśród żołnierzy, co może oznaczać, że służba kobiet jest zakazana. Jej głos od razu zdradzi naszą obecność.
- Pięknie... - powiedziała dziewczyna.
- Dobrze. Skoro to konieczne. Może i lepiej, bo będziemy cały czas razem. - Matts powiedział do czarnowłosej dziewczyny.
- Dokładnie. - odparła Jessica.
- Koniec gadania, bo za chwilę będziemy wewnątrz twierdzy. - Rann uciszył rozmawiających.
Za drzwiami nie czekało na nich nic niezwykłego, zwykłe kamienne mury, zimne i niczym nie urozmaicone. Jeden ze strażników przeszedł obok, nie zwracając uwagi na grupę, gdyż myślał że są jego kolegami wracającymi z patrolu. Rann poszedł w kierunku długiego przejścia zakończonego drewnianymi drzwiami a Jessica i Matts udali się w przeciwną stronę, do korytarza skręcającego w głąb budowli. Rann odnalazł schody prowadzące na niższe piętra, mieszczące się poniżej poziomu gruntu. Domyślając się, że było to prawdopodobne miejsce przetrzymywania jego znajomych, postanowił je dokładnie przeszukać. Niestety nie miał zbyt wiele szczęścia, bo po kilku minutach natknął się na zamknięte drzwi, pilnowane dodatkowo przez uzbrojonego strażnika.
- Przykro mi, nie można dalej przejść. - powiedział stanowczo żołnierz. Rann wiedział już, że podążył we właściwym kierunku.
- Dlaczego? - spytał.
- Do lochów może wchodzić tylko Drales, to jego ostatni rozkaz. Oczekujemy przybycia wysłanników Oficjum i do tego czasu zakazany jest wszelki kontakt z więźniami.
- Daj spokój, chciałem zobaczyć tych heretyków. Podobna okazja może się nie powtórzyć. - powiedział Rann badając reakcję swego rozmówcy.
- Rozkaz to rozkaz, nie mogę nikogo przepuścić! - odparł strażnik.
- Jesteś cholernym służbistą. - Rann nie miał ochoty na dłuższą pogawędkę. Wiedział, że będzie musiał wymyśleć inny sposób dostania się do więźniów.
Tymczasem, Jessica i Matts dotarli do małej komnaty będącej przedsionkiem prowadzącym na schody. Zauważyli, że stopnie prowadziły jedynie na górne piętro wieży.
- Chyba nie mamy szczęścia. - powiedział Matts.
- Na górze nie są chyba przetrzymywani... - dodał.
- Kto wie? Może są na ostatnim piętrze. Czasami wieże służyły za więzienia. Może warto sprawdzić. - Dziewczyna zaproponowała. Chłopak zgodził się z nią, ale nadal pozostawał sceptyczny.
- Dobrze, może i masz rację. Ale pomyśl, że na górze może być ktoś ważny, ktoś kto z łatwością nas rozpozna. Ryzykujemy.
- A chciałeś, żeby wszystko było łatwe? Mamy wyciągnąć kogoś z więzienia, kogoś kto złamał prawo tych krain. Chciałeś to zrobić bez dreszczy emocji? - dziewczyna uśmiechnęła się przez ciemną szybę swego hełmu.
- Dość gadania. Chodźmy już na górę. - Weszli na wyższe piętro schodami krętymi niczym linia śrubowa. Kiedy dziewczyna dotknęła zimnej ściany, w jej głowie pojawiła się wizja. Stała na środku ulicy wielkiego miasta. Wszystko dookoła niej było zielone, ziemia, chodniki i ulicy, budynki, wieże odległego zamku, nawet chmury i niebo. Jessica instynktownie wyczuła, że miejsce to nie było czymś naturalnym, zostało stworzone przez jakąś niebezpieczną potęgę. W pewnym momencie spostrzegła, że na jednej z wież stał długowłosy mężczyzna. Miał na sobie zieloną zbroję a na palcu prawej dłoni pierścień płonący żywym, zielonym ogniem. Człowiek zauważył dziewczyna, skierował na nią swój pierścień, po czym wystrzelił z niego strumień płomieni. Jessie poczuła ogromny żar, ciepło atakujące ją ze wszystkich stron, nie dające jej szans na złapanie oddechu. W prawdziwym świecie, jej ciałem wstrząsnęły drgawki. Tracąc równowagę, oparła się o ścianę. Matts natychmiast do niej podszedł, jednocześnie sprawdzając czy dziwne zachowanie dziewczyny nie zwróciło uwagi kogoś, kogo być może wcześniej nie zauważył.
- Jessica! Co się dzieje? - zapytał.
- Miałam wizję. Muszę zdjąć ten hełm. Jest mi cholernie gorąco... - powiedziała.
- Cholera! Nie tutaj! Ktoś może nas zauważyć... zaczekaj... - Matts oznajmił patrząc na pierwsze drzwi na jakie natknął się na wyższym piętrze budynku. Zaglądnął do środka i przekonawszy się, że nie było tam nikogo, zaprowadził tam dziewczynę. Zamknął drzwi, jednocześnie zasuwając drewniany rygiel. Pomieszczenie okazało się niewielkim magazynem w którym trzymano jakieś drewniane przedmioty, prawdopodobnie części umeblowania twierdzy. Jessica usiadła na podłodze, bardzo szybko zdjęła z głowy hełm. Po chwili rozpięła też czarny uniform. Matts zauważył, że twarz dziewczyny ocieka potem a ona sama bardzo ciężko oddycha.
- Jessica, co się dzieje? Wyglądasz jakbyś wyszła z sauny! - spytał.
- Czuje się znacznie gorzej. Miałam wizję, bardzo intensywną... wpłynęła na moje ciało.
- Spokojnie, ochłoń troszkę, nic nie mów... chyba nie zemdlejesz?
- Nie, już mi lepiej, daj mi jeszcze parę minut. - Jessie zamknęła oczy. Po chwili była gotowa do podzielenia się z chłopakiem jej rewelacją.
- Musimy się pośpieszyć. Ten facet z długimi włosami... w mojej wizji miał pierścień Alana, użył go aby stworzyć całe miasto... zniszczył nas wszystkich... chciał mnie spalić... nie możemy do tego dopuścić.
- Jessica, to tylko wizja. Nie stanie się rzeczywistością. - odparł Matts.
- A nawet jeśli stanie się, to będę cię chronił. - dodał. Dziewczyna uśmiechnęła się.
- Ok, lepiej będzie jak skontaktujemy się z Rannem. - powiedziała wstając z podłogi. Chłopak podał jej hełm.
- Nie zapomnij o tym, tutaj jest dość zimno, musisz przekonać swój organizm, że to co czułaś było jedynie iluzją.
Fallax siedział na drewnianym tronie, jeszcze niedawno należącym do starca, którego wysuszone zwłoki leżały pod ścianą pomieszczenia. Znajdujący się obok niego ludzie nie odważyli się skomentować zbrodni, odezwać ani jednym słowem w obawie o własne życie. Ich wzrok zdradzał, że nie do końca uwierzyli w boskość ich gościa, ale jego niezwykłe zdolności sprawiały, że nie zamierzali dłużej się z nim sprzeczać. Młoda Sidara była jednocześnie przerażona i zafascynowana mężczyzną, czuła dreszcz emocji tylko i wyłącznie patrząc na jego cudownie uzdrowione oczy. Fallax wiedział, że dziewczyna ma potencjał zostać jego najwierniejszym wyznawcą i pomóc mu odzyskać władzę nad całymi krainami. Zwrócił się do pozostałych przy życiu rady starszych.
- Kim wy jesteście? Dlaczego jest pomiędzy wami kobieta? Czy już zapomnieliście o naszych dawnych zasadach?
- Panie, tyle czasu minęło od twojej śmierci... całe stulecia... świat nie jest już taki sam jak go pamiętasz. - odparł jeden z mężczyzn.
- Chcę wiedzieć... chcę wiedzieć co wydarzyło się w czasie gdy spałem w moim powtarzającym się w nieskończoność śnie! Chcę wiedzieć co się stało z moim światem!
- To bardzo długa opowieść Panie. Mogę przybliżyć Ci najważniejsze wydarzenia... wiele z nich jest już jedynie legendami...
- Mów!
- Kiedy upadła Świątynia i zostałeś pokonany Panie, Rada Czterech, twoi najwierniejsi uczniowie a także wszyscy, którzy ocaleli, musieli uciekać z naszej krainy i schronić się w górach, gdzie prowadzili życie nomadów przez wiele pokoleń, kultywując magię i czekając na twoje ponowne przybycie. Byliśmy rozproszeni, straciliśmy księgi tajemne i artefakty, które dawały nam niegdyś władzę nad czasem i przestrzenią. Egzekutorzy zbudowali nowe państwo, pełne wspaniałych cudowności stworzonych przez geniusz ludzkiego umysłu i trud pracy rąk. Ich władza była surowa, ale sprawiedliwa. Wierzyli, że uratowali świat przez Twoim gniewem, dlatego nie pozwolili, aby kiedykolwiek ponownie doszło do zgromadzenia się tak wielu ludzi władających magią w jednym miejscu, w jednym państwie. Z czasem zaprosili nas, ludzi gór pamiętających o dawnej chwale do życia pomiędzy nimi, w ich miastach sięgających nieba. Pozwalali nam żyć w spokoju i praktykować sztuki magiczne, jeśli nie prowadziły one do stworzenia czegoś zbyt potężnego. Nie pozwolili także odbudować Świątyni w której przeszedłeś przemianę, Panie. Nasze kultury przeniknęły się, dając nam wspólne korzyści. Z czasem Rada Czterech zasiadła w Pałacu Gwiazd wznoszącym się ponad wszystkimi budynkami, obok najznakomitszych liderów Annitów, jak naprawdę nazywali siebie Egzekutorzy. Ich kraj był potężny, ale zbyt duży. Targały nim wewnętrzne spory, było wiele dróg jakimi jego władcy chcieli podążać, czasami zupełnie sobie przeczących. Ludy Państw Północy nękały nas coraz bardziej, zazdroszcząc naszego dobrobytu i potęgi magiczno-technicznej. Wkrótce ich armie urosły w siłę, z trudem byliśmy w stanie bronić najodleglejsze tereny naszego świata. Kilku z nas wykorzystało okazję, aby przywrócić prastare rytuału i potęgę jaką ty dysponowałeś Panie. Chcieli odtworzyć formułę nadającą człowiekowi boskość, zniszczyć Annitów i odbudować Świątynię. Nie udało im się a ich porażka kosztowała życie wielu. Po tej tragedii, wszyscy Twoi ludzie zostali bezpowrotnie wygnani z państwa. Niestety, bez pomocy magii, Annici nie mogli długo bronić się przed atakami Ludów Północy. Ich miasta zostały zdobyte a Pałac Gwiazd runął niczym domek z kart. Ich świat przestał istnieć, wielu dostało się do niewoli a inni uciekli w góry tak jak my kiedyś. W Radzie Czterech nastąpił rozłam. Jeden z nas, Saronius uznał, że wszystkie nieszczęścia jakie nas spotykały były związane z magią i próbą odtworzenia dawnej potęgi jaką dysponowałeś Panie. Wraz ze swoimi zwolennikami a także setkami Annitów postanowił udać się na wyprawę w poszukiwaniu lepszych krain, zakazując używania wszelkiej magii tym którzy za nim podążyli. Pozostała trójka, zadecydowała, że do rady czterech będzie należeć kobieta. Wybrali Aleandrę, starą wieszczkę. Od tamtej pory każda kolejna Rada Czterech składa się z trzech mężczyzn i jednej kobiety. Żyliśmy w państwie zniszczonym przez wojny i okupowanym przez walczące ze sobą ludy północy przez wiele lat. Nie byliśmy w stanie stać się na tyle potężni, aby zniszczyć najeźdźców, ale pomimo tego mogliśmy żyć w nadziei na Twoje przybycie i odnowę naszego państwa. Ziemie zostały ponownie najechane przez wojska północy, ale tym razem był to ktoś kogo nikt z nas się nie spodziewał. Stary Saronius, prowadzący ze sobą setki uzbrojonych Annitów i naszych braci a także kilka oddziałów Ludów Północy, które namówił do współpracy tylko sobie wiadomym sposobem, uderzyły na osłabione wzajemnymi walkami miasta. Saronius był zwycięski, odbił stolicę a wkrótce także pozostałe miasta. Ci którzy nie zostali wypędzeni, przyłączyli się do niego. Na miejscu dawnego Pałacu Gwiazd powstał Złoty Pałac a miastu nadano nazwę Margouth. Saronius wierzył, że jego zwycięstwo było zasługą zerwania wszelkich kontaktów z magią i był przekonany, że jedynym sposobem na zachowanie władzy i wiecznego pokoju mogło być zniszczenie magii i wszelkiego kultu boskiego czarnoksiężnika. Tak powstało Antymagiczne Oficjum. Następcy Saroniusa skutecznie zniszczyli wszystko, to co zostało po dawnej Świątyni a my, twoi uczniowie zostaliśmy zmuszeni do życia w ukryciu. Taki świat zastałeś Panie.
- Sytuacja wygląda tragicznie, ale teraz kiedy jestem znów żywy, zwycięstwo jest jedynie kwestią czasu! - powiedział Fallax śmiejąc się.
- Trzeba ukarać tego, który zdradził naszą święto przeszłość. - dodał człowiek, który opowiedział mu krótką historię swego państwa.
Kiedy Sakiko pędziła na koniu poprzez leśną drogę nad światem wciąż królowała noc, ale zza horyzontu wyglądały pierwsze promienie budzącego się Słońca. Dziewczyna nie czuła zmęczenia, ani głodu krwi, jej uwaga skupiona była całkowicie na zadaniu odnalezienia cmentarza, gdzie miała znaleźć kolejną wskazówkę dotyczącą możliwości ucieczki z obcej krainy. W pewnym momencie poczuła, że jej koń był zaniepokojony, zupełnie jakby przestraszył się czegoś dziwnego. Zatrzymała go, dotknęła go obiema dłońmi, starając się zadziałać na jego umysł i go uspokoić. Wówczas usłyszała dziwny warkot. Spojrzała w górę, zauważając maszynę latającą poruszającą się płynnie ponad konarami drzew. Pojazd posiadał ożebrowane skrzydła i statecznik, niebieską, gondolę zdobioną pozłacanymi ornamentami. Utrzymywał się w powietrzu dzięki dużemu balonowi a prędkość osiągał dzięki dwóm śmigłom umieszczonym po obu stronach gondoli. Statek powietrzny poruszał się w kierunku miejsca z którego dziewczyna przyjechała. Po chwilowym postoju i przekroczeniu wzgórza, wampirzyca zauważyła w oddali miasto ogrodzone murem, nad którym wznosiło się kilka okazałych budowli, w tym jedna ze złocistym dachem. Sakiko dotarła do Margouth, jej upragnionego celu.
W tym samym czasie, Jessica i Matts zostali zaskoczeni przez jednego ze strażników z wieży. Dziewczyna w ostatniej chwili zdążyła założyć na głowę hełm, ukrywając przed nieznajomym swoją tożsamość.
- Co wy tu jeszcze robicie? - krzyknął mężczyzna.
- Właśnie wróciliśmy z patrolu... - odpowiedział Matts.
- Nie słyszeliście rozkazu? Macie natychmiast stawić się przed wejściem do twierdzy. O świcie przybędą wysłannicy Oficjum Antymagicznego! Ich podniebny orzeł już wystartował z dachów Złotego Pałacu!
- Zaraz się tam stawimy! - Matts oznajmił szybko i stanowczo.
- Dokładnie, nie chcielibyście zdenerwować Dralesa, teraz kiedy jest podniecony złapaniem heretyków.
Mężczyzna poszedł sobie gdzieś a Jessica i Matts domyślili się, że nie mieli zbyt wiele czasu. Przybycie wysłanników z Oficjum mogło oznaczać tylko i wyłącznie kłopoty, zarówno dla nich jak i przede wszystkim dla ich uwięzionych przyjaciół.
- Musimy znaleźć Ranna! - powiedziała dziewczyna.
- Jeśli rozkaz był dla wszystkich z Wieży, to pewnie spotkamy się z nim na zewnątrz. Chodźmy!
Czarownica stała naprzeciwko obelisku patrząc na niego ze złością. Siatka niebieskich promieni stawała się z każdą chwilą coraz bardziej gęsta a nadzieja na przebycie jej bez uszczerbku na zdrowiu malała.
- Zbezcześciłaś to miejsce swoimi plugawymi czarami wiedźmo, dlatego postanowiłem, że nie mogę puścić cię wolno. Zostaniesz uwięziona tak samo jak ten, którego tak bardzo pragniesz spotkać. Moja decyzja jest nieodwołalna. - metaliczny głos odbijał się jak echo od nieistniejących granic polany.
- Nie chciałam tego robić... ale moja misja jest dużo ważniejsza niż istnienie tego miejsca. Masz jeszcze jedną szansę, puść mnie wolno, albo będę musiała użyć najpotężniejszej magii aby zniszczyć i ciebie i pieczęć której pilnujesz.
- Moja decyzja jest nieodwołalna. - powtórzył głos czarnego strażnika.
- Moja także, ty długi, sterczący członie! - wiedźma zaskrzeczała podnosząc ponad głowę swój sękaty kostur. Ziemia dookoła zaczęła się trząść, wydając przy tym bardzo głośny i niepokojący odgłos. W miejscu, gdzie stały fundamenty strażnika pojawiły się wybrzuszenia a wkrótce wystrzeliły z nich dwa bardzo grube korzenie pokryte setkami kolców. Rośliny oplotły powierzchnię czarnego słupa, wbijając się w nią ostrymi wyrostkami. Na kamieniu pojawiły się pęknięcia. Świecące wzory dematerializowały się jeden po drugim a siatka niebieskich promieni migała, jakby miała zniknąć na zawsze. Rośliny wpiły się w strażnika jeszcze mocniej, krusząc jego pancerz i dostając się do ezoterycznych obwodów będących źródłem jego mocy. Po chwili uszkodziły coś ważnego w jego wnętrzu a siatka odgradzająca drogę do jednej z najbardziej strzeżonych cel na świecie przestała istnieć. Wiedźma patrzyła na swe dzieło zniszczenia, popękany słup obrośnięty przerażająco wyglądający pnączami. Z martwej skały nie dochodził już żaden głos.
- Nie chciałam, aby do tego doszło, ale nie pozostawiłeś mi innego wyboru. Przebudzenie znów pojawiło się we wszechświecie, tym razem w krainie Władcy Snów. Drużyna zebrana przez Morfeusza jest tak samo słaba i niedoświadczona jak my, kiedy Zniszczenie, brodaty brat Pana Śniących Zastępów sprawił, że się spotkaliśmy. Nasza wyprawa była tragedią, za którą teraz cierpi wielu. Nie mogę pozwolić, aby to wydarzyło się po raz kolejny. Nie mogę. - Wiedźma skierowała się w alejkę otoczoną przez liczne drzewa. Kiedy przeszła parę kroków znalazła się w niezwykłym miejscu. Las rosnący ponad kobietą przybrał postać ogromnego budynku. Poskręcane gałęzie tworzyły misterną sieć elementów konstrukcyjnych przypominających sklepienia wielkich europejskich katedr. Liście układały się w zakończone łukami okna a światło słoneczne przenikające przez nie zdawało się pochodzić z zabarwionych na zielono witraży. Wielkie pnie stanowiły system przyporowy przenoszący ciężar ogromnej, żywej świątyni. Ptaki w koronach drzew były chórem w swoistym Kościele poświęconym Matce Naturze. Miejsce było wspaniałe, zapierało dech w piersiach ogromem symbolizującym potęgę natury i było wypełnione niepodważalną świętością. Nikt nie przypuszczałby, że kryło również jedną z najbardziej nikczemnych istot we wszechświecie, było więzieniem dla Astarotha, demona piekielnego, który wieki temu został wybrany prze Nieskończonych jako jeden z podróżników walczących przeciwko Przebudzeniu, ale okazał się zdrajcą i przez to największe przestępstwo musiał po wieczność zostać więźniem Leśnej Katedry, leżącej na krańcach domeny Zniszczenia. Czarownica z łatwością otworzyła wrota porośnięte pnączami, będące ostatnią przeszkodą pomiędzy nią a celą demona. Weszła do ogromnej sali, pogrążonej w półmroku oświetlonym przez wąskie snopy światła przedzierające się przez niezwykle gęstą sieć gałęzi budujących ściany i sufit. Kiedy zrobiła kilka kroków a jej oczy przyzwyczaiły się do ciemności spostrzegła więźnia komnaty. Wysoki mężczyzna o długich włosach, ubrany w ciemną szatę, stał odwrócony przodem do ściany a tyłem do wiedźmy. Kiedy zauważył, że po raz pierwszy od wielu lat nie był sam w swoim więzieniu, odwrócił się powoli i spojrzał na swojego niespodziewanego gościa. Jego oczy lśniły, tak jakby w ich wnętrzu znajdowały się miniaturowe galaktyki a biel cery sprawiała iż powietrze wokoło stawało się chłodniejsze.
- Co za miła niespodzianka, Juan... - powiedział kłaniając się na powitanie.
- Dlaczego jesteś w tej odrażającej formie? Czemu nie wybierzesz czegoś przyjemniejszego dla oczu i bardziej estetycznego od tego starego ciała? - spytał.
- To moja sprawa jak chcę wyglądać! Nic ci do tego! - wiedźma odparła ze złością.
- Co sprowadza cię do tego miejsca? Czy przybyłaś mnie uwolnić? Czy zrozumiałaś, że moja misja była słuszna?
- Nic z tych rzeczy! Potrzebuje dowiedzieć się od ciebie jednej rzeczy! Zaraz po tym zostawię cię, żebyś zdychał tutaj całą wieczność jak do tej pory!
- Nie ma potrzeby okazywać agresji. Boisz się mnie chociaż wiesz, że jestem tutaj bezbronny, próbujesz zakryć swój strach krzykiem. To typowe dla śmiertelników, nawet tak długo żyjących jak ty. - Astaroth odparł spokojnie.
- Nie przyszłam tutaj po psychoanalizę, mam pytanie!
- Dobrze. Skoro nie chcesz rozświetlić mojej samotności nawet chwilą rozmowy, możemy od razu przejść do interesów. Dawniej podobali mi się klienci, którym zależało tylko na umowie. Może moja samotność to kara od przeznaczenia za to, że nie byłem zbyt towarzyski? Czego ode mnie chcesz Juan?
- Chcę wiedzieć, gdzie jest Gwiazda Zaranna! - wyznała wiedźma. Astaroth roześmiał się.
- Skąd mam wiedzieć takie rzeczy? Pewnie książę jest w swojej domenie, w Dis, tam gdzie przebywa od początków Wszechświata.
- Nie kłam. Dobrze wiesz, że Lucyfer opuścił piekło, udając się w niekończącą się podróż w światy! Ja wiem, że jesteś w stanie odnaleźć zarówno jego jak i jego innych generałów gdziekolwiek by nie byli. Chcę wiedzieć gdzie on jest i nie mam zbyt wiele czasu. - Wiedźma krzyknęła zaciskając ręce na kosturze.
- Przypuśćmy, że to co mówisz jest prawdą i wiem jak znaleźć Zaranną Gwiazdę. Co zyskam dzieląc się z tobą tą wiedzą?
Juan uśmiechnęła się ukazując szczękę pozbawioną wielu zębów.
- Jesteś mi winny przysługę, zapomniałeś już. Obietnicę... Demon zacisnął pięści. Jego twarz wyrażała ogromny gniew a oczy płonęły blaskiem zderzających się galaktyk.
- Nie ma potrzeby okazywać agresji. - wiedźma powiedziała spokojnie.
- Dobrze... wygrałaś. Znajdę dla ciebie Lucyfera, ale musisz mi powiedzieć dlaczego go potrzebujesz!
- Oczywiście. Przebudzenie pojawiło się w świecie Morfeusza a on zebrał grupę, aby ją powstrzymać. Grupę złożoną ze śmiertelników.
Astaroth zaśmiał się po raz kolejny.
- Śmiertelników? Nawet my z trudem powstrzymaliśmy ją przed zniszczeniem wszystkiego! Jak siła której obawiają się bogowie i demony, której obawia się sam Bóg, ma zostać powstrzymana przez śmiertelników?
- Dlatego muszę im pomóc. Potrzebuje do tego kontaktu z Gwiazdą Zaranną.
- Dobrze... dostarczyłaś mi rozrywki, więc ci pomogę. Jak mam odnaleźć Lucyfera? Z tego miejsca nie widać gwiazd, więc moja astrologia niewiele ci pomoże, Juan.
- Ale Tarot zawsze zadziała. - odparła wiedźma podając demonowi talię kart, które zawsze nosiła w swej zniszczonej przez czas torbie.
W świecie, w którym zagubiła się drużyna Morfeusza wstawał świt. Słońce wyłaniało się zza horyzontu a cała okolica zasnuta była w mlecznobiałej mgle. Przed wieżą Dralesa zgromadzili się wszyscy strażnicy, stali jeden obok drugiego oczekując nerwowo na pojawienie się swojego dowódcy. Wszyscy mieli na sobie stroje a także hełmy, dzięki czemu Rann, Matts i Jessica mogli wmieszać się pomiędzy nich nie wzbudzając żadnych podejrzeń. Drales w końcu pojawił się przed twierdzą, popatrzył na żołnierzy licząc ich jednego po drugim. W wojskowych coś mu się nie spodobało, zaczął liczyć po raz kolejny.
- Czy to wszyscy? - zapytał strażnika stojącego najbliżej.
- Nie... jeden nie wrócił z patrolu. Został wysłany w poszukiwaniu pozostałych heretyków. - odparł mężczyzna.
- Czy mam dać rozkaz zdjęcia hełmów? Sprawdzić kto jest nieobecny? - spytał.
- Nie... nie ma na to czasu. Zaraz tutaj będą. - powiedział Drales. Rann Shaner stojący najbliżej rozmawiających poczuł wyraźną ulgę. Po chwili oczy wszystkich zwróciły się w niebo po którym poruszał się powietrzny statek wysłanników Złotego Pałacu. Drales rozkazał wszystkim podwładnym stanąć w dwóch szeregach, aby jak najlepiej prezentowali się przed osobami podróżującymi dziwnym samolotem. Maszyna latająca usiadła na polanie w niedalekiej odległości od wejścia do wieży. Jej poruszające się jeszcze przez jakiś czas śmigła wytwarzały wiatr uderzający w zgromadzonych a syczenie gazów podgrzewających powietrze w balonie napełniło okolicę hałasem zagłuszającym wszystkie okoliczne dźwięki. Drales wyszedł na spotkanie wysłannikom. Z pojazdu wysiadły dwie osoby, mężczyźni w niebieskich szatach, obaj w średnim wieku. Jeden z nich trzymał długą laskę zakończoną ornamentem w kształcie dłoni.
- Witam was w tej pięknej krainie, dostojni wysłannicy Złotego Pałacu. Mam nadzieję, że wasza podróż nie była zbyt męcząca... Jestem Drales, przedstawiciel wojowników walczących o czystość idei wielkiego Saroniusa, czy życzycie sobie czegoś szczególnego, czcigodni panowie?
- Nie, wyruszyliśmy z Margouth jak tylko odebraliśmy sygnał o złapaniu przez ciebie i twoich ludzi heretyków. Chcemy jak najszybciej zabrać ich do stolicy, gdzie zostaną osądzeni przez Antymagiczne Oficjum. - powiedział jeden z mężczyzn.
- Chcemy zobaczyć ich i ocenić, jak bardzo są niebezpieczni. - dodał drugi.
- Oczywiście. Zaprowadzę panów do lochów, gdzie ci niegodziwcy zostali odizolowani od reszty świata, aby nie szerzyć swych herezji.
Drales wskazał na wieżę a dwaj mężczyźni podążyli w jej kierunku. Jessica i Matts patrzyli na wszystko z niepokojem. Rann wyszedł przed szereg, z nadzieją że zostanie wybrany przez Dralesa do zajęcia się gośćmi. Jego marzenie spełniło się, bo długowłosy mężczyzna zawołał go ruchem ręki.
- Idziesz ze mną. Będziesz chronił naszych czcigodnych gości, gdyby którykolwiek z więźniów okazał się dla nich zagrożeniem.
- Tak jest panie. - Rann odpowiedział posłusznie. Jessica i Matts postanowili mu zaufać, więc milczeli ignorując wzrok innych mężczyzn w czarnych strojach.
Astaroth i Juan stali naprzeciwko siebie przy okrągłym stoliku porośniętym zielonym mchem. Na twarz mężczyzny padał pojedynczy promień światła, którego cudem udało się przedrzeć przez gęsty gąszcz gałęzi budujących więzienie demona. Jego oczy utkwiły na blacie stołu, na którym rozłożone było wiele kart przedstawiających różne symboliczne postacie z historii ludzkości. Ręce demona delikatnie dotykały powierzchnie kart, jak gdyby poprzez kontakt fizyczny miał on dowiedzieć się prawdy poszukiwanej przez swą bardzo starą znajomą.
- Tak... wiem gdzie on jest! - Astaroth krzyknął odrywając ręce od stołu.
- Gdzie? - wiedźma była bardzo zniecierpliwiona.
- Nie znam imienia tego miejsca, tej krainy... nie potrafię przypomnieć sobie tego, chociaż moje oczy widziały wszystkie światy przemierzane przez któregokolwiek z moich dawnych towarzyszy. Mogę cię tam zabrać, przenieść, jeśli tego naprawdę pragniesz.
- Nie rozśmieszaj mnie! Jesteś tu uwięziony! Nie możesz się stąd ruszyć. - czarownica wybuchła krzykiem bo myślała, że demon żartuje z niej.
- Jestem uwięziony, ale moja moc nadal jest ogromna. Ja nie mogę stąd wyjść, ani oddziaływać na jakikolwiek ze światów, ale z łatwością mogę otworzyć bramę. Czy mam to zrobić, Juan?
- Tak! - wiedźma uderzyła laską w podłogę komnaty. Czarnowłosy odsunął się od stolika, delikatnie się uśmiechnął. W tej samej chwili za plecami Juan ukazały się wrota ukazujące jakąś odległą łąkę.
- Dobrze... spłaciłeś swój dług, demonie. - wiedźma zabrał karty do wróżb.
- Zaczekaj. Nie powiedziałem ci całości mojej przepowiedni. Jest jeszcze coś o czym powinnaś wiedzieć. Ktoś, kto nie jest ani aniołem ani tym co upadł, chce wykorzystać drużynę Władcy Snów dla własnych potrzeb. Jego działania wyślą drużynę na wędrówkę po niebezpiecznych światach, w których przebywają moi bracia w grzechu. On chce ich zniszczyć i wierzy, że dzięki Przebudzeniu uda mu się to osiągnąć.
- Zaczekaj! Musimy go zatrzymać! - stara kobieta krzyczała, ale Astaroth pozostał głuchy na jej prośby. Kobieta wkrótce znikła w portalu.
- Pierwszy krok do mojego uwolnienia zdarzył się dzisiaj... - demon powiedział na głos usuwając się w cień swej celi.
