ROZDZIAŁ 2

Tłumaczyła Midnightesse [/u/4071010]. Betowała Panna Mi [/u/2693969/].

Po tym wydarzeniu reszta szkoły traktowała go... dziwnie.

W dalszym ciągu wszyscy się na niego gapili, ale ich spojrzenia stały się ostrożne i niepewne. Zwłaszcza Ślizgoni bez przerwy dziwacznie na niego zerkali. Nie prześladowali go już tak jak wcześniej, za co był im wdzięczny. Za to Puchoni wciąż przyglądali mu się ze złością. Harry sądził, że był to skutek braku zaufania do kogoś o tak rażąco mrocznym talencie, połączony z faktem, że jego niemal idealne przedstawienie całkowicie przyćmiło występ Cedrika.

To, że za każdym razem na ich krzywienie się w jego kierunku, Harry reagował zadowolonym z siebie uśmieszkiem, także prawdopodobnie nie pomogło, ale nie mógł nic poradzić na to, że uwielbiał ich prowokować. Ilekroć któryś z nich odważył się zrobić czy powiedzieć coś okropnego, lub przypiąć jedną z tych idiotycznych plakietek „Potter Cuchnie", Harry zaczynał syczeć, co powodowało, że niemal moczyli się w spodnie, uciekając w popłochu.

Śmieszyło go to, jak absurdalne przerażenie wywoływała wężomowa u uczniów. Był również zachwycony swoim najnowszym odkryciem — magią wężomowy.

Zdumiewające było to, że nigdy wcześniej nie zorientował się, że potrafi to robić. Był jednak świadomy, że dawniej miał w zwyczaju udawanie, że nie posiada żadnych podejrzanych, mrocznych umiejętności. Tak bardzo pragnął być normalny, że zignorował swój niezwykle potężny talent.

Ale teraz przestał się już tego bać. To była cholernie przydatna zdolność. Najbardziej niezwykłą rzeczą, jaką odkrył w przywoływaniu swojej magii za pomocą wężomowy było to, że nie potrzebował do tego różdżki. Wystarczał cichy syk i delikatny ruch palcami, który pozwalał mu skierować przepływ swojej magii w dowolne miejsce.

Harry zdawał sobie sprawę, że cała jego wiedza i świadomość wężomagii niewątpliwie pochodziła od mrocznej obecności, co nieco go martwiło. Czy to mroczna obecność była źródłem jego nowej umiejętności?

Taka perspektywa wydawała mu się nieco niepokojąca. Dyrektor pod koniec drugiego roku powiedział, że tej nocy, gdy Voldemort zostawił mu bliznę, przekazał mu również część swoich mocy. Czy to możliwe, by mroczna obecność była właśnie magią pochodzącą od Voldemorta?

Jeśli obecność była w jakiś sposób połączona z mordercą jego rodziców, to z pewnością wyjaśniałoby to, dlaczego mógł się jej bać w młodości. Tyle, że teraz nie była już dla niego ani trochę przerażająca. Teraz to była jego moc. Nie obchodziło go, skąd się wzięła. Nie zamierzał dłużej się jej bać. Nie zamierzał się przed nią ukrywać, ani marnować całej swojej energii na walkę z nią, skoro tak naprawdę nie była żadnym zagrożeniem.

Obejmowanie jej było o wiele prostsze, i czyniło go o wiele silniejszym. Czuł się lepiej. Szczęśliwiej. Pewniej. Z niesamowitą swobodą panował nad swoją magią, potężniejszą niż kiedykolwiek. Także jego umysł pracował znacznie lepiej i dużo szybciej wszystko rozumiał.

Nie miał zamiaru rezygnować z tego wszystkiego tylko dlatego, że ta moc mogła pochodzić od Voldemorta. Co z tego? Teraz należała do niego. Należała do niego i zamierzał ją zatrzymać. Za bardzo ją lubił. Za dobrze się z nią czuł.

Kiedy Harry kładł się tego wieczoru do łóżka, pozwolił mrocznej obecności objąć się i opowiedział jej o swoich wątpliwościach. O swoich przypuszczeniach dotyczących tego, skąd się wzięła. O przypuszczeniu, że zanim zamieszkała w nim, należała do Voldemorta. Obecność nie odpowiedziała. Wydawała się niepewna i Harry niemal odniósł wrażenie, że była zmartwiona.

Obecność nie chciała ponownie oddzielić się od Harry'ego. Bała się, że Potter znów wybuduje mury, i że znów zostawi ją samą. Harry po prostu był w stanie wyczuć jej szczerość i zapewnił ją pospiesznie, że nie zamierza odbudowywać murów.

Obecność wyraźnie się uspokoiła i objęła go jeszcze mocniej niż zwykle. Harry miał wrażenie, że było to podziękowanie. Po prostu nie chciała zostać porzucona. Nie chciała znów być samotna, tak samo jak Harry.

Następnego dnia Gryfoni mieli Obronę Przed Czarną Magią łączoną z Krukonami. Harry zwlókł się z łóżka i skierował na zajęcia, nie idąc na śniadanie. Naprawdę nie opuszczał go dlatego, że pragnął uniknąć szeptów i rzucanych w jego kierunku pytających spojrzeń. Całe zażenowanie, jakie czuł, przysłoniła wściekłość i irytacja na każdą osobę, która była wystarczająco głupia, by zaatakować go z powodu używania „czarnej magii" lub publicznie z niego drwić. Więc nie, nie unikał śniadań, by się ukryć. Unikał ich, by powstrzymać się od przeklęcia kogoś i zarobienia szlabanu.

A tymczasem skończył siedząc na lekcji Obrony, otoczony przez zaciekawione, pytające, a nawet wystraszone spojrzenia. Westchnął sfrustrowany i ponownie skupił się na wykładzie profesora Moody'ego.

— W naszym świecie istnieją trzy magiczne przynależności. Jasna. Mroczna. I neutralna. Większość magii jest neutralna i każdy z łatwością może jej używać. Również czarodzieje w większości są neutralni, chociaż niektórzy z nich czują potężny pociąg przywołujący ich magię do jednej ze stron. Rdzeń magiczny tych czarodziejów jest naturalnie skierowany w stronę magii wybranej strony i łatwiej przychodzi im rzucanie zaklęć na niej opartych. Każda osoba, jeśli tylko jest wystarczająco potężna, jest w stanie nauczyć się korzystać z każdego typu magii. Rdzeń czarodzieja, skupiony wokół określonego rodzaju magii, ułatwia mu — lub utrudnia — rzucanie określonych zaklęć. Mrocznym czarodziejom naturalnie przychodzi wykonywanie czarnej magii. Po prostu wydaje się to dla nich właściwe i robią to z łatwością. Oznacza to, że mogą rzucać czarnomagiczne zaklęcia szybciej, nie tracąc przy tym dużej ilości energii. Zasoby ich mocy wyczerpują się wolniej właśnie wtedy, kiedy używają czarnej magii. Neutralni czarodzieje mają o wiele większe problemy z rzucaniem zarówno mrocznych, jak i jasnych zaklęć. Kiedy neutralny czarodziej rzuca czarnomagiczne zaklęcia, zajmuje mu to więcej czasu i wysysa z niego o wiele więcej mocy. Zatem jeśli jesteście neutralnymi lub jasnymi czarodziejem pojedynkującymi się z mrocznym czarodziejem i on rzuca na was mroczną klątwę, to nawet, jeśli wy również znacie ten czar, on wykona go dużo lepiej i szybciej niż wy. Lepiej natomiast poradzicie sobie rzucając neutralne zaklęcia, jeśli wasz rdzeń jest neutralny, lub jasne, jeśli jest jasny. Będziecie mogli rzucać je szybciej i nie pozbawi was to zbyt dużej ilości energii. Niektóre tarcze i zaklęcia ochronne są z natury jasnymi zaklęciami. Jeśli wasza naturalna magia jest neutralna, będziecie mieć z nimi większy problem, niż z neutralnymi zaklęciami ochronnymi. Doskonałym przykładem może być Patronus. To bardzo potężne jasne zaklęcie, co jest jednym z powodów, dla którego uważane jest za tak trudne do nauczenia. Magia niektórych osób po prostu nie jest w stanie z nim współpracować — mówił Moody, stojąc na przedzie klasy i opierając się lekko o biurko, by nie obciążać nadmiernie swojej drewnianej nogi.

— Czy to oznacza, że większość mrocznych czarodziejów nie jest w stanie obronić się przed mrocznymi stworzeniami, na przykład dementorami? — zapytała z zaskoczeniem jedna z Krukonek.

— Niekoniecznie. To zaklęcie może być cięższe do nauczenia i wykonania dla mrocznego czarodzieja niż jasnego, ale jak powiedziałem, każdy czarodziej może nauczyć się każdego zaklęcia, jeśli jest wystarczająco potężny i postanowi je opanować. A spędzenie sporej ilości czasu w towarzystwie dementorów jest do tego wystarczającą zachętą — odparł Moody, rzucając im raczej znaczące spojrzenie.

Kolejna, siedząca z tyłu Krukonka uniosła rękę, na co Moody kiwnął głową, udzielając jej głosu.

— Jak to się dzieje, że czyjaś magia staje się mroczna, jasna lub neutralna?

— Dobre pytanie — burknął Moody. — W waszym wieku, wasza magia wciąż jest neutralna. Wasze rdzenie cały czas rozwijają się pod wpływem wielu różnych czynników. Wszystko zaczyna się od narodzin. Każdy czarodziej, z powodu rdzeni swoich rodziców, rodzi się już w pewnym sensie uwarunkowany w jedną lub w drugą stronę, ale z czasem może się to zmienić. Jednym z czynników jest sposób wychowania, innym wolna wola. Świadomie wybieramy, jakiego typu magii chcemy używać, praktykujemy ją częściej, niż pozostałe, a im więcej wykonujemy zaklęć związanych z jedną ze stron, tym bardziej nasz rdzeń skłania się ku tej stronie.

Hermiona uniosła rękę i Moody skinął na nią głową.

— Więc... tak naprawdę to walka natura kontra kultura? — powiedziała, a starszy czarodziej uniósł brew zachęcając, by kontynuowała. — Cóż... Chodzi o to, że jeśli czarodziej urodzi się w mrocznej rodzinie — wszyscy przed nim w tej rodzinie byli mroczni, ale gdyby, powiedzmy, ten czarodziej został inaczej wychowany, lub sam, z własnej woli, chciałby zostać jasnym czarodziejem, to wciąż może nim być.

Komentarz Hermiony nagle skojarzył się Harry'emu z Syriuszem. Westchnął ciężko. Od czasów, gdy kilka tygodni wcześniej przeszkodzono im w czasie rozmowy przez kominek, nie miał od niego żadnych wiadomości.

— Zgadza się, panno Granger. Pięć punktów dla Gryffindoru. To samo można powiedzieć o kimś, kto pochodzi z jasnej rodziny, ale został wychowany przez kogoś innego. Weźmy na przykład sierotę. Z krwi może być jasnym czarodziejem, ale jeśli zostanie wychowany w określony sposób, lub po prostu wybierze taką, a nie inną ścieżkę, z łatwością może zmienić swój rdzeń na mroczny. W każdym razie, na waszym obecnym poziomie magicznej edukacji bardzo mało prawdopodobne jest, by wielu z was posiadało już konkretnie ukierunkowaną magię.

— Założę się, że niektórzy Ślizgoni są już mroczni — wymamrotał cicho Ron do Seamusa, który siedział za nim. Harry przewrócił oczami słysząc komentarz rudzielca i westchnął. Miał nieprzyjemne wrażenie, że ktoś go obserwuje. Rozejrzał się wokół, natrafiając na kilka utkwionych w nim par oczu, wyrażających różne stopnie zaniepokojenia. Nagle zdał sobie sprawę, że zinterpretowali komentarz Moody'ego jako ściśle związany z nim i wykrzywił się do nich w odpowiedzi.

Nie był zachwycony tym, że nauczyciel podsycał już i tak nieustające spekulacje o jego mrocznej naturze.

Jednakże, najdziwniejsze było to, że oskarżenie go o bycie mrocznym wcale nie przeszkadzało mu tak bardzo, jak powinno. Ludzie byli tylko bandą ignorantów. Równie dobrze mógł pozwolić im myśleć, co im się podoba. To nie miało dla niego żadnego znaczenia. Udało mi się przeżyć pierwsze zadanie, i to osiągając najlepszy czas i wyniki. Jakie miało znaczenie, w jaki sposób to zrobił?

Ta sama Krukonka, co wcześniej, znów uniosła dłoń i Moody wskazał na nią podbródkiem.

— Ee... Czy jest jakaś możliwość, by dowiedzieć się, jaki ktoś ma rdzeń? Zaklęcie, lub coś w tym rodzaju?

— Istnieje takie zaklęcie, ale jest trudne do rzucenia. Wymaga mnóstwa uwagi. Jeśli zostanie rzucone prawidłowo, sprawi, że wokół osoby pojawi się aura o określonym kolorze. Biały oznacza neutralny, niebieski — jasny, a czerwony — mroczny. Może być również jasnoniebieski lub różowy, jeśli czyjaś magia jest bardziej lub mniej neutralna. Odcień wskazuje na to, która magia przeważa i w jak dużym stopniu.

— Harry, musimy porozmawiać — oświadczyła Hermiona, przechodząc wieczorem, po kolacji, przez dziurę w portrecie.

Harry skrzywił się lekko, szybko jednak usunął z twarzy wszelkie oznaki niezadowolenia i odwrócił się do Hermiony oraz stojącego za nią Rona.

— O czym? — zapytał szorstko. Oboje wzdrygnęli się słysząc jego nieuprzejmy ton.

— Ee... Możemy zrobić to gdzieś, gdzie jest bardziej prywatnie? — zapytała nieśmiało Hermiona, zwracając jego uwagę na zaciekawione spojrzenia utkwione w Złotym Trio. Harry prychnął zirytowany, ale omiótł pokój szybkim spojrzeniem, dostrzegając stojących nieopodal Deana, Seamusa i Neville'a.

— Jasne — odparł, wskazując podbródkiem na schody i skierował się w ich stronę, nie patrząc, czy przyjaciele idą za nim. Nie musiał tego sprawdzać. Ich magiczne aury naciskały na jego własną, dając mu do zrozumienia, gdzie dokładnie względem niego się znajdują.

Harry skierował się w stronę swojego łóżka, lecz usiadł na krześle przy biurku. Zrelaksował się, krzyżując nogi, i z udawaną cierpliwością czekał, aż podążająca za nim dwójka znajdzie się w pomieszczeniu.

Ron usiadł u szczytu swojego łóżka, czyli dokładnie naprzeciw Pottera, natomiast Hermiona zajęła miejsce przy jego biurku. Oboje unikali jego wzroku. Zastanawiał się, czy to możliwe, że w końcu zrozumieli.

— Więc... chcieliście czegoś? — ponaglił ich niecierpliwie.

Ron i Hermiona wymienili spojrzenia, najwyraźniej nie wiedząc, co powiedzieć i nie będąc pewnym tego, które z nich powinno zacząć. W końcu odezwał się Ron, co, szczerze powiedziawszy, zaskoczyło Harry'ego. Spodziewał się, że to raczej Hermiona namówiła rudzielca do tej rozmowy, a nie odwrotnie.

— Naprawdę nie wrzuciłeś swojego nazwiska do czary, prawda? — wymamrotał Ron, wbijając wzrok w podłogę.

— W końcu zmądrzałeś, co? — zapytał sucho Harry. — Co spowodowało tę nagłą zmianę?

— Cóż, teraz już po prostu wiem, że nikt normalny nie chciałby z własnej woli walczyć ze smokiem — bąknął Ron.

— Ty chciałeś — przypomniał mu natychmiast Harry, sprawiając, że uszy Rona zrobiły się różowe. — Chciałeś sławy i chwały. Chciałeś tego tak bardzo, że zapomniałeś, że ja nigdy tego nie chciałem.

— Wiem, Harry. Przepraszam!

— Nie, Ron! Nie. „Przepraszam" tym razem nie wystarczy! Powinieneś być moim najlepszym przyjacielem. Powinieneś mnie znać. Jak mogłeś w ogóle uwierzyć, że postawiłbym sławę i pieniądze ponad naszą przyjaźń!

Harry zamilkł na chwilę i spojrzał na Hermionę.

— I ty! Wiem, że mam „niezdrowy brak szacunku do zasad" i zdarza mi się je ignorować, przez co narażam się na niebezpieczeństwo, ale czy kiedykolwiek, do cholery, zrobiłem coś takiego dla własnej korzyści, takiej jak ten głupi turniej? Za każdym razem, gdy ściągam na siebie niebezpieczeństwo i olewam zasady, robię to, by pomóc komuś, kto ma kłopoty! To, że którekolwiek z was w ogóle uwierzyło, że byłbym zdolny wrzucić swoje nazwisko do czary i zaryzykować swoje życie tylko po to, by zyskać sławę — ze wstrętem wyrzucił z siebie ostatnie słowo — jest dowodem na to, że żadne z was ani mnie nie zna, ani mi nie ufa.

— Harry! Tak mi przykro! — zawołała Hermiona, zrywając się na nogi.

— Nie! Porzuciliście mnie wtedy, kiedy potrzebowałem was bardziej, niż kiedykolwiek wcześniej! Czy zdajecie sobie sprawę, jaki jest najbardziej prawdopodobny powód, dla którego zostałem wrobiony w ten cały głupi turniej? Ktoś chce mnie widzieć martwego! Ktoś ma nadzieję, że podczas jednego z zadań w końcu uda mu się mnie zabić, dzięki czemu pozbędzie się mnie w taki sposób, że będzie to wyglądało na nieszczęśliwy wypadek! Dajcie mi jeden dobry powód, dla którego miałbym wam wybaczyć?

— Przepraszam, Harry! My nie... nie myśleliśmy... — powiedziała Hermiona, której teraz już spływały po policzkach łzy.

— No cóż, to akurat oczywiste — prychnął Harry.

Ron i Hermiona zerknęli na siebie z desperacją, po czym ponownie utkwili w Harrym błagalne spojrzenie.

— Co możemy zrobić, Harry? — zapytała rozpaczliwie dziewczyna. — Co mam powiedzieć, żeby to naprawić?

Harry skrzyżował ręce na piersi, patrząc na nią twardo.

— Nie wiem — odpowiedział zimno. — Naprawdę nie wiem.

— Naprawdę, naprawdę mi przykro, stary — powiedział Ron, opuszczając głowę i potrząsając nią smutno. — Byłem dupkiem i idiotą. Powinien ci uwierzyć, kiedy powiedziałeś, że tego nie zrobiłeś. Po prostu byłem... byłem głupi. Byłem tak wściekły, że to będzie kolejna rzecz, która przysporzy ci sławy, podczas gdy ja...

— Podczas gdy ty będziesz tylko w moim cieniu? — skończył za niego Harry zimnym tonem. Ani Ron, ani Hermiona nie przywykli do takiego chłodu w jego głosie. Weasley podniósł głowę, zaskoczony, ale przytaknął.

— Wiesz, że nigdy nie pragnąłem swojej „sławy", prawda? — zapytał retorycznie Harry. Jego głos wciął był zimny i bezbarwny. Było w tym coś... niewłaściwego, w pewnym sensie. — Jedyny powód, dla którego jestem sławny to fakt, że nie umarłem. To głupie. Za każdym razem, kiedy słyszę określenie „Chłopiec, Który Przeżył" przypomina mi ono o tym, że ja żyję, a moi rodzice nie. Jestem sławny z czegoś, czego nawet nie pamiętam i czym absolutnie gardzę — pod koniec wypowiedzi jego głos stał się już groźnym, przerażającym sykiem. Usiadł ponownie, próbując się zrelaksować.

— Gdybyście naprawdę znali mnie tak dobrze, jak powinni najlepsi przyjaciele, wiedzielibyście o tym. Powinniście wiedzieć, że nigdy nie pragnąłem sławy. Już teraz mam jej wystarczająco dużo i nie mogę jej znieść. Po co, do cholery, miałbym pragnąć jeszcze więcej? Nikt, na kim mi zależy, nie był w niebezpieczeństwie z powodu tego turnieju. Nie musiałem nikogo ratować, ani chronić, ani powstrzymać przed czymś. Chociaż raz mogłem mieć po prostu nudny, zwyczajny rok szkolny, ale nie! Nie, ktoś musiał wrzucić moje nazwisko do tej pieprzonej czary, a wasza dwójka, zamiast mnie w tym wspierać, po prostu MNIE OLAŁA! — Dokończył podniesionym głosem, co spowodowało, że oboje się wzdrygnęli.

Harry zamknął oczy i zacisnął szczękę. Powoli wypuścił z siebie powietrze, starając się pozbyć gniewu, który się w nim gotował. Czuł wirującą groźnie wokół siebie magię i nagle zdał sobie sprawę, że było tam coś więcej. Nie tylko jego magia była wściekła.

Jego oczy otworzyły się, a serce zabiło mocniej, kiedy poczuł dodatkową, znajomą obecność. Mrok, który żył głęboko w jego umyśle. Tyle, że w tym momencie nie znajdował się głęboko w czymkolwiek. Był tu, tuż obok, na powierzchni, i kłębił się wokół niego wściekle. Mógł wyczuć dochodzące od niego ochronne wibracje.

Zszokowało go to. Czy mroczna obecność wyszła z ukrycia, by go obronić? Chronić go przed tym, co tak rozzłościło Harry'ego?

Zmusił się do uspokojenia i natychmiast poczuł, że mroczna obecność również ustępuje. Z całą pewnością było to coś, co powinien wkrótce dokładniej zbadać.

Harry wstał, a ruch był tak nagły, że zarówno Ron, jak i Hermiona podskoczyli.

— Wyjdźcie — powiedział krótko Harry, po czym odwrócił się do nich plecami.

— Ale Harry...! — zaczęła błagalnie Hermiona, ale przerwała, kiedy Potter uniósł dłoń i w końcu spojrzał jej w oczy. Instynktownie musnął jej najbardziej powierzchowne myśli i odkrył, że naprawdę była skruszona. Czuła się strasznie przez to, w jaki sposób go potraktowała. Była jednak również zmartwiona jego zachowaniem i chciała go zapewnić, że używanie wężomowy podczas turnieju nie uważała za nic złego. Harry skrzywił się.

— Pomyślę nad tym. Potrzebuję trochę czasu. Zostawcie mnie jakiś czas samego, w porządku? — powiedział, próbując zamaskować złość, którą wywołały w nim jej myśli.

Hermiona smutno pokiwała głową i zwróciła się w stronę wyjścia, natomiast Ron wahał się przez moment, po czym westchnął i podążył za nią.

Kiedy wyszli, Harry przeszedł dwa kroki i usiadł na swoim łóżku. Nie wiedział, co powinien zrobić. Wiedział, że w głębi duszy już nigdy nie będzie w stanie całkowicie im zaufać. Nie miał pewności, czy kiedyś, kiedy będzie ich potrzebował, nie znajdą innego powodu, aby go porzucić. Nie mógł na nich polegać. To mogło skończyć się wyłącznie rozczarowaniem. Nie chciał ryzykować.

Jego umysł wypełnił się dziwnymi błyskami magii mrocznej obecności. Czy to jego zachowanie w jakiś sposób przywołało tą magię? Ta myśl wywołała u niego ekscytację. Jeśli naprawdę część mocy Voldemorta była gdzieś głęboko w nim, a on mógł się nią posługiwać i ją kontrolować...

Potok jego myśli zatrzymał się nagle. Nie powinien być z tego powodu podekscytowany. Wiedział, że nie powinien. Powinno go to niepokoić. Wystraszyć go albo zdezorientować. To było coś, wobec czego powinien być ostrożny, a nie podekscytowany! To był fragment magii Voldemorta! A Voldemort był zły! Był psychopatycznym mordercą! Prawda?

Tak! Zamordował rodziców Harry'ego. Zabił i torturował setki, może nawet tysiące ludzi! Rozpoczął cholerną wojnę, na Merlina! Czy kiedyś nie przerażało Harry'ego to, że może mieć cokolwiek wspólnego z Voldemortem? Sam pomysł, że on i Voldemort mogliby być pod jakimkolwiek względem podobni napawał go lękiem, a teraz, nagle, był podekscytowany perspektywą bycia zdolnym do korzystania z części jego mocy.

Może rzeczywiście coś z nim było nie tak.

Czy aż tak bardzo się zmienił? To trwało przecież tylko miesiąc, chociaż myśli Hermiony pokazały mu, że ona również zauważyła różnicę w jego zachowaniu.

Oczywiście, że zachowywał się inaczej! Nawet w najmniejszym stopniu nie był już tak biedny i niepewny jak kiedyś, przestał również pozwalać innym ludziom mówić sobie, co ma robić. Odrobina pewności siebie może bardzo zmienić czyjeś zachowanie. To, że nie bał się już własnego cienia ani nie wypierał własnej mocy nie oznaczało od razu, że zamierzał skończyć jako zły megaloman, podobny do Voldemorta!

Bez znaczenia było to, skąd pochodziła moc. Teraz należała do Harry'ego. Jeśli miał możliwość nauczenia się posługiwania nią, powinien to zrobić.

Z determinacją pokiwał głową. Miał ochotę położyć się, uciec do swojego umysłu i wypytać o wszystko mroczną obecność, ale zdołał się powstrzymać. Był dopiero wczesny wieczór, a spędzając noce w towarzystwie obecności miał tendencję do tracenia poczucia czasu i zwykle w międzyczasie zasypiał. Wciąż musiał odrobić pracę domową, więc westchnął ciężko, podniósł się z łóżka i chwycił swoją torbę. Najpierw załatwi kwestię lekcji, a kiedy tylko skończy, zajmie się swoimi planami dotyczącymi dowiedzenia się czegoś od mrocznej obecności.

Harry był sfrustrowany tym, jak wiele czasu zajęło mu tego wieczoru dotarcie do łóżka. Najpierw Seamus chciał pożyczyć jego notatki z zaklęć, a potem Neville poprosił go, by pomógł mu napisać esej z Obrony. Jego niezdarnemu koledze rzadko zdarzało się zwracać do kogokolwiek o pomoc. Cichemu chłopcu wyraźne kłopoty sprawiało zaklęcie, które właśnie przerabiali, a które, jak zauważył, Harry z łatwością wykonywał w czasie zajęć.

Chociaż Potter miał wielką chęć odmówienia, to wiedział, że Neville zawsze starał się być dla niego miły i nawet wtedy, gdy cała szkoła odwróciła się od niego, wciąż był uprzejmy i pracował z nim na lekcjach, tak więc usiadł obok niego, postanawiając pomóc mu tak bardzo, na ile będzie w stanie.

W końcu, kiedy udało mu się uciec od wszystkich współlokatorów, zasunął zasłony wokół swojego łóżka i opadł na poduszki. Zamknął oczy, uspokoił oddech i natychmiast prześlizgnął się w głąb swojego umysłu.

Było tam jeszcze cieplej i wygodniej niż zwykle. Z czasem to miejsce zaczęło stawać się coraz bardziej przytulne. Uwielbiał je. Mała, ciemna plama nie była już tak bezkształtna jak kiedyś. Pamiętał ją jako mętną i rozmazaną. Teraz przypominała bardziej mgłę otaczającą coś znacznie bardziej namacalnego, oplecionego przez delikatne, ciemne pasma niczym przez pnącą latorośl.

Harry przechylił z zaciekawieniem głowę i ocenił zmiany, jakie zaszły. Jakaś część niego uważała, że powinien być raczej zaniepokojony tym, w jakim kierunku zmierzała ta metamorfoza, najbardziej jednak konsternował go fakt, jak bardzo nie był zaniepokojony. Nie przeszkadzały mu te zmiany. Nie kłopotał go nawet wyraźny wzrost sił mrocznej obecności. Zamiast tego był raczej zaciekawiony. Podszedł nieco bliżej i wpatrzył się głęboko w mrok.

Wciąż miał w sobie coś z bezkształtnej „poduszki", na której zwykł opierać się przez ostatni miesiąc, ale teraz było tego więcej i było jakby bardziej... rozłożyste.

Ukucnął i wyciągnął rękę w dziwnie pieszczotliwym geście. Czuł się tak... dobrze. Jak w domu... jakiekolwiek to było uczucie.

Kiedyś myślał, że w Hogwarcie czuje się jak w domu, ale teraz nie był już tego taki pewien. Z pewnością nigdy nie czuł się tak w domu Dursleyów. Ale to... czuł, jakby to właśnie tutaj należał. Oczywiście „tutaj" nie było nawet fizycznym miejscem, więc nie mogło być też domem, ale nie istniało dla niego żadne inne miejsce, w którym czułby się bardziej jak w domu.

Harry pochylił się w stronę mroku i odprężył. Czuł, jak opuszcza go napięcie, które gromadziło się w nim przez cały dzień i westchnął z przyjemności. Przejechał palcem wzdłuż jednego z ciemnych kosmyków rozciągających się na tle białego podłoża, a ten drgnął lekko w odpowiedzi na jego dotyk. Kontakt ten sprawił, że uderzyła w niego nagła fala ciepła. Mroczny kosmyk przesunął się powoli w jego stronę i owinął wokół jego palca. Przeszedł przez niego silny dreszcz, podobny do elektrycznego, i oddech uwiązł mu w gardle. Wydawało się, że również dla obecności było to przyjemne i Harry aż przymknął oczy na to cudowne uczucie jedności. W tym momencie czuł się cały. To połączenie wypełniało silniejszym i bardziej niesamowitym uczuciem niż cokolwiek innego.

Wyciągnął drugą rękę, która szybko została owinięta przez kolejny kosmyk, co spowodowało następny przyjemny wstrząs. Odetchnął powoli, kiedy jego wnętrzności zawrzały cudownym ciepłem.

Merlinie, to takie przyjemne — westchnął w myślach.

Zatopił się w obecności i skrzyżował ręce na piersi, pociągając za kosmyki oplatające jego dłonie i sprawiając, że mroczna mgła oplotła go całego niczym kokon.

Nie chciał, żeby to się kiedykolwiek skończyło. Już nigdy nie chciał się stąd ruszać. Zatopił się w tym niesamowitym uczuciu i odpłynął w sen.

Mój Panie, gdybyśmy tylko mogli zrobić to bez użycia chłopaka...

— Nie! — zasyczał wściekle. Bezczelni głupcy! Jak w ogóle śmieli kwestionować jego słowa? — Chcę chłopaka! Barty, raport!

— Oczywiście, mój Panie — mężczyzna wyszedł parę kroków do przodu i uklęknął, pochylając głowę z uwielbieniem. — Chłopak przetrwał pierwsze zadanie, nic nie zakłóciło naszych planów.

— Dobrze, dobrze... Co musiałeś zrobić, by upewnić się, że chłopak przeżyje? To były smoki, tak?

— Nic nie zrobiłem, Panie. Właściwie... podczas pierwszego zadania wyszło na jaw coś całkiem zaskakującego.

Jego zaciekawienie wzrosło. Nie spodziewał się, że chłopak bez niczyjej pomocy poradzi sobie z pierwszym zadaniem. Choć z drugiej strony czasem odnosił wrażenie, że w żyłach tego bachora płynie Felix Felicis.

— Co dokładnie wyszło na jaw? — zapytał z ciekawością.

— Chłopak... jest wężousty.

Zamrugał z niedowierzaniem.

— Co? — zasyczał.

— On... przeszedł obok smoka bez choćby najmniejszego zadraśnięcia. Wyglądało, jakby rozkazał mu, żeby się odsunął. Zasyczał na niego w języku węży, podszedł spokojnie do gniazda, złapał złote jajo i poszedł do wyjścia.

Wężousty?

Jak to możliwe? Skąd dzieciak mógłby znać mowę węży? Był przekonany, że znał wszystkie linie, w których mógł utrzymać się jakikolwiek ślad starożytnej krwi Nagów i Potterowie z całą pewnością nie byli jedną z nich. Chłopak miał chyba jakiegoś przodka wśród Blacków, ale ostatni z linii Blacków, który posiadał tę zdolność, umarł ponad trzysta lat temu. Jego matka była mugolakiem, więc ta umiejętność nie mogła pochodzić od niej...

— Najwyraźniej chłopak zawsze miał tę zdolność, albo przynajmniej tak długo, jak tylko pamięta. Z tego, co mówił, użył jej nawet, by uzyskać dostęp do Komnaty Tajemnic na swoim drugim roku...

Znów był w szoku. Chłopak odkrył komnatę? I to na swoim drugim roku! Jemu udało się to dopiero na piątym i to po latach szukania! Ale... chłopak w pewnością nie był w stanie kontrolować bazyliszka, prawda?

— Komnaty Tajemnic! Słyszałeś cokolwiek o bazyliszku? — zasyczał wściekle.

— Nie żyje. Chłopak go zabił.

— CO! — wrzasnął. Wzrosła w nim wściekłość. Jakim cudem to wszystko mogło się wydarzyć, a on nic o tym nie wiedział? Komnata została odkryta? Bazyliszek zniszczony? „Dzieciak zrobił to na swoim drugim roku" — przypomniał sobie z niedowierzaniem. To z pewnością nie było możliwe. Żaden zwykły dwunastolatek nie miałby szans pokonać wielkiego bazyliszka Salazara. Ta kreatura była bardziej przerażająca, niż...

Warknął z wściekłością.

Był teraz taki słaby! Nienawidził tego, jak słabo i bezbronnie się czuł. Jak wiele czasu zmarnował. Miał tyle ważnych spraw na głowie, które tylko on mógł zrobić, a zamiast tego tracił czas i energię na jakieś dziecko! Co gorsza, był zależny od Glizdogona. To było obrzydliwe!

Przynajmniej Barty był lepszy, ale za to częściej był nieobecny.

Mógł żyć w tym żałosnym naczyniu, które stworzył, ale jego połączenie z magią wciąż było słabe, a w najlepszym wypadku nieskoordynowane. Wykańczały go nawet najprostsze zaklęcia. Potrzebował krwi tego dzieciaka!

Jeśli uda mu się dorwać chłopaka, będzie mógł wrócić do swojej dawnej chwały i kontynuować swoją pracę.

Harry zamrugał i zmrużył oczy pod wpływem jasnych promieni słonecznych, wpadających przez lekko odsuniętą zasłonę. Czuł się nieco... rozkojarzony. To było dziwne. Na początku nie czuł niczego niepokojącego, ale potem obrazy zaczęły napływać do jego umysłu i przypomniał sobie swój sen.

Zmarszczył brwi. Z jednej strony był niemal całkowicie pewny, że to była wizja. To, o czym śnił, było prawie identyczne jak wizja, którą miał pod koniec lata. Był w tym samym domu. W tym samym pokoju. I był tam Glizdogon i drugi mężczyzna, którego nie rozpoznał. Jak Voldemort go nazwał?

Z drugiej strony jednak, odczucia związane z tą wizją były zupełnie inne.

Harry nigdy nie miał wizji, po której nie obudziłby się przepełniony przeszywającym bólem. Jego blizna zawsze okropnie paliła. Zawsze budził się z bolącym czołem i walącym sercem, czując się chory w każdy możliwy sposób.

Ale teraz czuł się dobrze. A nawet świetnie. Był wypoczęty i pełen energii.

Uniósł rękę i delikatnie dotknął palcami blizny. Mrowiła lekko, ale przyjemnie.

To było... dziwne.

Nie mógł przypomnieć sobie momentu, w którym jego blizna kiedykolwiek wcześniej zachowywała się w taki sposób. Czasem paliła albo swędziała, ale nigdy nie były to dobre uczucia.

Kiedy dotknął skóry wokół blizny była ona ciepła, ale nie gorąca, jak gdyby miał gorączkę, co zdarzało się często po wizjach.

Może to nie była prawdziwa wizja? Może to był tylko zwykły sen? Po prostu jego podświadomość wzięła kilka znajomych rzeczy i połączyła je razem?

Harry nie miał pojęcia, co o tym myśleć.

Minął kolejny tydzień. Harry kilkakrotnie otworzył jajo, które zdobył podczas pierwszego zadania, ale nie miał pojęcia, co zrobić z tym, co usłyszał. Za każdym razem, gdy je otwierał, wydobywał się z niego jedynie okropny, całkowicie niezrozumiały wrzask.

Harry zastanawiał się nad odwiedzeniem Hagrida w czasie pierwszego weekendu po zadaniu, ale od czasu pokazu wężomowy pół — olbrzym wydawał się nieco nerwowy w jego towarzystwie. Dobrze to ukrywał i podczas lekcji wciąż przyjaźnie rozmawiał z Harrym, ale chłopak był w stanie dostrzec wyraźną zmianę w jego postawie. Widział, jak Hagrid z zaniepokojeniem zerka na niego czasem kątem oka.

Chciał wierzyć w to, że po prostu jest trochę przewrażliwiony i wyolbrzymia niektóre rzeczy, ale nie potrafił się do końca do tego przekonać.

Jak dotąd nie poprawił także stosunków z Ronem i Hermioną. Oboje od czasu do czasu próbowali z nim rozmawiać, ale nie był jeszcze gotów na to, aby pozwolić im wrócić. Nie był pewny, czy w ogóle kiedykolwiek będzie gotowy. Wiedział natomiast, że gdyby czuł się taki samotny, jaki w rzeczywistości był, prawdopodobnie już dawno by im wybaczył, tyle, że, ku własnemu zdziwieniu, wcale nie czuł takiej potrzeby. Nie czuł się samotny. Spędzał każdą noc w ciasnym objęciu swojego mrocznego towarzysza, którego obecność rosła z dnia na dzień. Dosłownie.

Rozmiar mrocznej obecności w jego umyśle powoli zwiększał się każdego dnia. Teraz, gdy tylko wchodził do swojego umysłu, mroczne nitki od razu wyrywały się w jego kierunku, oplatając go, co sprawiało, że czuł... czuł się chciany. W objęciu mrocznej obecności czuł się potrzebny, co było naprawdę niesamowitym uczuciem.

Dni mijały i zaczynał czuć obecność nawet w ciągu dnia. Nie musiał wędrować do swojego umysłu, mógł przywołać ją do siebie nawet wtedy, kiedy był świadomy. I robił to.

Na początku to było niemal niezauważalne. Maleńkie ukłucie świadomości z tyłu głowy, podczas lekcji czy posiłków, które wystarczyło, żeby przestał czuć się samotny. Czuł, że zawsze ktoś z nim był, dotrzymywał mu towarzystwa na każdym kroku, nawet, jeśli robił to tylko z tyłu jego głowy.

Początkowo miał tylko niejasne wrażenia odczuć i myśli obecności. Wspierała go i zachęcała. Każdego dnia spędzała z nim coraz więcej czasu, a on coraz lepiej rozumiał, co mu przekazywała. Jej świadomość rosła, a on był w stanie to wyczuć. Pod koniec drugiego tygodnia, który minął od czasu pierwszego zadania, dotrzymywała mu towarzystwa już niemal przez większość zajęć.

Dawała mu rady, kiedy nie mógł sobie z czymś poradzić w czasie lekcji. Podzielała jego złość, kiedy inni uczniowie atakowali go lub z niego kpili. Sama także czuła tę złość. Czasami nawet ją podsycała i chichotała w odpowiedzi na jego złośliwe komentarze. Z czasem wyćwiczył się więc w rzucaniu kąśliwych uwag, które doskonale ukrywały jątrzące się w nim gorzkie rozgoryczenie, a jego towarzysz mógł ujawnić swoje wyjątkowo sarkastyczne poczucie humoru.

Interakcje między Harrym a jego mrocznym towarzyszem nie były jednak w sensie dosłownym werbalne. Obecność ledwo co porozumiewała się z nim poprzez emocje czy wrażenia. A przynajmniej tak było do pewnego czasu.

Stało się to dziewiątego grudnia, kiedy Harry siedział na lekcji eliksirów. Odkąd pozbył się bariery powstrzymującej jego mrocznego towarzysza, jego osiągnięcia na wszystkich zajęciach dramatycznie się poprawiły, niemniej jednak jego wyniki z praktycznych eliksirów nadal były dość żałosne.

Lepsze zrozumienie własnej magii pomagało mu podczas większości zajęć, jednak w żaden sposób nie poprawiło jego umiejętności warzenia eliksirów. Jasny umysł i zwiększona umiejętność czytania, rozumienia i zapamiętywania informacji z podręcznika mogły pomóc jedynie z teorią, więc przynajmniej prace pisemne szły mu lepiej. Jednak odkąd Harry unikał Rona i jego partnerem na lekcjach przez ostatnie sześć tygodni stał się Neville, wszystko, co był w stanie zrozumieć z eliksirów natychmiast wypadało mu z głowy przez zestresowanego chłopca.

Z tego też powodu Snape oblał większość prac, które wykonywali w tym miesiącu i nie mieli już żadnych nadziei na to, że cokolwiek uda im się zaliczyć. Harry był z tego powodu absolutnie wściekły. Miał dosyć ponurego dupka, który ciągle się go czepiał.

Wszedł do klasy sam i zajął miejsce obok Neville'a, tak jak za każdym razem przez ostatnie sześć miesięcy. Ron rzucił mu smutne spojrzenie i westchnął, po czym zaczął grzebać w swojej torbie w poszukiwaniu składników.

Rozbrzmiały kroki i Snape wkroczył szybko do sali, powiewając za sobą czarnymi szatami i stając z przodu klasy.

— Egzaminy są tuż za rogiem — zaczął cichym, przerażającym głosem — i ośmielam się stwierdzić, że wątpię, by większość z was, głąbów, była do nich choć w najmniejszym stopniu przygotowana. — Jego czarne oczy omiotły klasę, mierząc każdego z nich lodowatym spojrzeniem. Prychnął pogardliwie i zrobił kilka kroków do przodu. — Może sprawdzimy, jak jesteście przygotowani? — Siedzieli w całkowitej ciszy, czekając, co się stanie. Kiedy Snape spontanicznie postanawiał ich odpytywać, nigdy nie wróżyło to nic dobrego. — Goyle! Jakie jest antidotum na Eliksir Rozdymający?

Goyle podskoczył na krześle, całkowicie zagubiony. Snape wykrzywił się, kiedy wielki chłopak wybełkotał coś i spojrzał z desperacją na siedzącego za nim Malfoya, który wyglądał na zażenowanego.

— Bulstrode, pomożesz mu? — wycedził Snape.

— Wywar Dekompresyjny, sir.

— Zgadza się. Finnigan! Wymień jeden eliksir, którego składnikiem jest żółć pancernika.

Szczęka Seamusa opadła i zamarł. Można było zobaczyć, jak jego umysł desperacko poszukuje czegoś, czegokolwiek, ale chłopiec po prostu siedział ogłuszony. Ręka Hermiony jak zawsze poszybowała w górę, ale Snape całkowicie ją zignorował.

— Żałosne. Zamknij usta, Finnigan. Malfoy, odpowiedz na pytanie.

— Eliksir Wyostrzający Dowcip, sir — odpowiedział natychmiast Malfoy, uśmiechając się z zadowoleniem.

— Dobrze. Wymień dwa inne składniki wykorzystywane w tym eliksirze.

Malfoy zmarszczył brwi, ale po chwili odnalazł w pamięci odpowiedź na pytanie.

— Korzeń imbiru i mielone skarabeusze.

— Dobrze. Dziesięć punktów dla Slytherinu — powiedział Snape i Malfoy uśmiechnął się szeroko. — Potter! — Harry miał ochotę westchnąć, ale powstrzymał się i usiadł sztywniej na krześle, przygotowując się wewnętrznie na to, co miało nadejść. — Wymień jeden sposób użycia jaj Popiełka.

Harry otworzył usta, próbując odnaleźć w pamięci jakąkolwiek informację, którą podręcznik podawał na temat jaj Popiełka, ale nic nie przychodziło mu do głowy. Właśnie miał zamiar westchnąć i przyznać, że nie zna odpowiedzi na pytanie, kiedy obecność wyszeptała coś do niego.

Na początku nie był pewny, co to było. Zdawało mu się, że usłyszał słowa w swojej głowie, ale były one tak ciche, że był przekonany, że je sobie wyobraził. Jednak po chwili rozbrzmiały znowu.

Zjedzone w całości... Leczą gorączkę...

Ee, zjedzone w całości mogą leczyć gorączkę — odpowiedział szybko Harry czując, że Mistrz Eliksirów zaczyna się niecierpliwić.

Snape uniósł brew i przez chwilę można było dostrzec na jego twarzy grymas zaskoczenia, zanim szybko go zamaskował.

— Zgadza się. Wymień trzy składniki Wywaru Zamroczającego — powiedział Snape chwilę później.

Harry prawie się skrzywił. Był przekonany, że Wywar Zamroczający nie był czymś, co przerabiali w tym roku. Otworzył usta, żeby coś powiedzieć — nie wiedział jeszcze co, ale wiedział, że odezwanie się prawdopodobnie zagwarantuje mu szlaban — ale zanim wydobyło się z nich choć słowo, usłyszał kolejny szept.

Kichawiec...

...Warzucha...

...Lubczyk...

Głos sprawił, że po jego kręgosłupie przebiegł dreszcz i Harry ledwo powstrzymał sapnięcie. Szybko opanował się i ponownie nawiązał kontakt wzrokowy z nauczycielem.

— Ee... Kichawiec, warzucha i lubczyk?

— Pytasz czy odpowiadasz, Potter? — zakpił Snape, ale Harry dostrzegł zaskoczenie na jego twarzy.

— Odpowiadam, sir.

Snape przyglądał mu się przez chwilę, po czym skinął głową.

— Zgadza się. Jakie są efekty zjedzenia liści piołunu i jakie jest na nie antidotum?

Och! Wiedziałem to kiedyś! Ee... no cóż, w każdym razie połowę z tego — pomyślał Harry.

— Kiedy się je połknie, liście piołunu powodują histerię — powiedział Harry, ale zawahał się pod koniec zdania, ponieważ nie był w stanie przypomnieć sobie antidotum. Czytał o piołunie na samym początku semestru, ale nie zajrzał do tego rozdziału w podręczniku, od kiedy jego mózg zaczął lepiej pracować.

Trzminorek... Wywołuje melancholię...

Harry zamrugał i zagryzł wargi, kiedy głos ponownie prześlizgnął się przez jego umysł, zmuszając się do powstrzymania kolejnego wzdrygnięcia. Wypowiadane słowa były krótkie i urywane, ale wystarczyły, by przypomnieć mu to, o czym kiedyś sam czytał. Uśmiechnął się.

— Do antidotum używana jest ciecz z trzminorka. Zwykle wywołuje melancholię, ale prawidłowo uwarzony przeciwdziała histerii wywołanej przez piołun.

Teraz Snape wpatrywał się w niego zmrużonym, podejrzliwym wzrokiem i Harry szybko założył na twarz maskę spokojnej niewinności.

— Wymień dwa eliksiry, w których używa się części memortka — rozkazał ostro Snape.

Harry'ego zaczęło irytować, że tak długo jest odpytywany i zastanawiał się, czy nie zasugerować profesorowi, że powinien dać szansę innym uczniom, ale zdecydował, że nie jest wystarczającym samobójcą, aby to zrobić.

Eliksiry prawdy... Pamięć...

Kącik ust Harry'ego uniósł się lekko, kiedy słodki, lekko chropowaty głos znów odezwał się w jego głowie.

— Veritaserum i niektóre eliksiry pamięci — odpowiedział z łatwością. Veritaserum nie było w programie nauczania czwartego roku. W zasadzie nie było nawet wspominane przed siódmym rokiem. Części memortka były używane w kilku prostszych, słabszych eliksirach prawdy, jeden z nich przerabiali nawet na początku tego semestru. Harry znał składniki Veritaserum, bo specjalnie je kiedyś sprawdzał.

Teraz już podejrzliwy wzrok Snape'a niemal wypalał dziurę w Harrym i mężczyzna krzywił się w wyraźnej irytacji na to, że chłopakowi udało się odpowiedzieć na wszystkie cholerne pytania.

Jego wyraz twarzy nagle zmienił się i pojawił się na niej raczej złowieszczy uśmieszek. Harry zmarszczył lekko brwi. Ani trochę mu się to nie podobało.

— Jaka jest inna nazwa dla mięty polej i wymień jeden eliksir, w którym jest używana — rzucił Snape rozkazującym tonem.

Harry miał ochotę skrzywić się na mężczyznę. „Mięta polej"? Co to do cholery było?

Obecność uśmiechnęła się i Harry poczuł ulgę oraz rozlewający się na twarzy uśmiech. Może i on nie miał pojęcia, co to w ogóle jest, ale wiedział to jego towarzysz. Dotarł do niego szept, który natychmiast powtórzył nauczycielowi.

— Mentha Pulegium albo po prostu ślaz. Jest używany w Eliksirze Wielosokowym, ale musi zostać zerwany podczas pełni księżyca — odparł swobodnie Harry, uśmiechając się raczej zadziornie. Nie mógł się powstrzymać. Bawił się o wiele lepiej, niż się spodziewał.

Oczy Snape'a przez moment rozbłysły furią.

— Zgadza się — warknął i przeniósł spojrzenie na zszokowanych uczniów. — Dlaczego tego nie notujecie? — Rzucił wściekle, a wszyscy szybko zaczęli skrobać na swoich pergaminach.

Harry bardzo ciężko musiał walczyć z tym, aby powstrzymać chichot. Czuł się, jakby znowu był na swojej pierwszej lekcji eliksirów, tyle, że tym razem znał odpowiedzi na pytania.

A Snape był wściekły.

Był zaskoczony, że nie odebrano mu punktów za „bezczelność".

Harry był rozczarowany tym, że głos nie odezwał się już więcej tego popołudnia. Wyczuł obecność w swojej świadomości tylko przez krótką chwilę podczas lunchu i później, na zaklęciach, kiedy wysyłała mu obrazy czy emocje rzadziej, niż zwykła to robić. Harry odnosił wręcz wrażenie, że była zmęczona, co nieco go martwiło. Bardzo chciał tej nocy wślizgnąć się do umysłu, żeby sprawdzić, czy wszystko z nią w porządku, więc szybko odrobił pracę domową i opuścił Pokój Wspólny.

Za każdym razem, gdy wcześnie kładł się spać, Ron patrzył na niego dziwnie, ale kompletnie nie obchodziło go, co rudzielec sobie o nim pomyśli i ignorował to. Wspiął się po schodach, wrzucił swoją torbę do kufra, rozebrał się do bokserek i położył na łóżku.

Z lekkim ruchem nadgarstka wysyczał § zamknij § i zasłony wokół łóżka zasunęły się. Poczuł przyjemnie wibrującą wokół niego magię i uśmiechnął się. Naprawdę zaczynał uwielbiać wężomagię. Była tak prosta i słuchała go bez najmniejszego wysiłku. Uwielbiał też to, jak niesamowitą przewagę dawała mu nad innymi. Dzięki niej nie musiał nawet za bardzo polegać na różdżce. Oczywiście, wciąż używał jej do rzucania normalnych zaklęć, ale dzięki wężomagii, kiedy zostanie rozbrojony, Harry nie będzie bez niej tak bezbronny, jak każdy inny mięczak w tej szkole.

Wygodnie położył się na pościeli i górze poduszek. Nie mógł nawet wyobrazić sobie powrotu do twardego materaca, zużytych prześcieradeł i cienkiego koca, które z końcem lata zostawił u Dursleyów. Mógłby kupić sobie jakąś przyzwoitą pościel i wymyślić sposób, by ci cholerni mugole mu jej nie zabrali. Mógłby znaleźć trochę czasu i wybrać się na Pokątną, aby wymienić swoje złoto na funty. Może mógłby nawet kupić sobie wreszcie jakieś porządne ubrania...

W żadnym wypadku nie chciał czekać z tym do lata. Miał dosyć znoszonych ciuchów po Dudleyu. Mógłby transmutować kilka swoich koszulek i spodni w coś bardziej reprezentatywnego, ale musiał kupić sobie ubrania. Może mógłby to zrobić podczas następnego weekendu w Hogsmade...

Harry westchnął i oczyścił umysł. Tracił tylko czas.

Po tak częstej praktyce nie miał już problemów w zatopieniu się w swoim umyśle, tak więc skierował się prosto do mrocznego kąta, w którym zawsze rezydował jego towarzysz.

Przeszedł kilka kroków i nagle zobaczył ciemny kształt, z którym spędził tak wiele czasu. Znowu się zmienił. Wieka, mroczna, bezkształtna mgła wciąż tam była — choć teraz zakrywała o wiele więcej podłogi — ale taką widział ją tam już od jakiegoś czasu. Mroczne pasma wciąż z niej wychodziły, kierując się we wszystkie strony, wypełzając coraz bardziej na zewnątrz, a białe, nieokreślone podłoże, teraz zabarwione na szaro, ozdobione było jasnymi przebłyskami. Tyle, że również i to zmieniało się stopniowo, więc nie było dla niego aż tak wielkim zaskoczeniem. To, co zaskoczyło go najbardziej, to postać siedząca w samym centrum mgły, w miejscu, gdzie Harry zwykle odpoczywał.

Postać nie była zupełnie wyraźna, była ledwie rozmazaną, czarną sylwetką, ale niezaprzeczalnie była ona osobą.

Harry zbliżył się powoli, jego serce zabiło mocniej z podekscytowania. Wiedział, że powinno go to poważnie niepokoić. Naprawdę wiedział. Jakiś racjonalny głos z tyłu jego głowy wręcz krzyczał, że to było złe, ale ta dziwnie uszczęśliwiona część niego była o wiele, wiele silniejsza.

Harry stanął więc centralnie przed czarną postacią i z oczekiwaniem wstrzymał oddech. Był podekscytowany, ale nie wiedział, co powinien zrobić. Głowa postaci była opuszczona, ale kiedy się zatrzymał, uniosła ją i spojrzała na niego. Harry był w stanie wyczuć niecierpliwość w postawie swojego towarzysza i uśmiechnął się.

Postać była mężczyzną i, czego był pewny, nie była po prostu kopią Harry'ego. Jego towarzysz był zdecydowanie wyższy. Szczupły, ale z szerokimi ramionami i władczą postawą. Był niczym więcej jak przejrzystym, czarnym kształtem, ale Harry wciąż był przekonany, że się do niego uśmiecha.

Niepewnie wyciągnął rękę w stronę postaci i jego palce natrafiły na solidne ciało. Uśmiech Harry'ego jeszcze bardziej się poszerzył. Dotykanie postaci posłało po jego kręgosłupie cudowny dreszcz. Czuł, jakby jego żołądek wypełniały rozentuzjazmowane motyle. Pozwolił, by cała jego dłoń spoczęła na ramieniu postaci i westchnął, kiedy ta podniosła przeciwną rękę i zacisnęła ją delikatnie na dłoni Harry'ego.

Jego żołądek wykonał szybki obrót, a jego kolana zmiękły pod wpływem nagłego doznania.

Usłyszał echo własnego westchnięcia i dostrzegł cień zaskoczenia na ciemnej, niewyraźnej twarzy swojego towarzysza.

Wzrok Harry'ego zatopił się w mrocznej otchłani jego oczu. Większa część jego sylwetki wciąż była zamglona i pozbawiona solidnej formy, ale jego oczy były czarne, onyksowe i błyszczące. Harry wpatrywał się w nie i czuł, że mógłby utonąć w ich głębi.

— Piękny... — wyszeptał mimowolnie, wypuszczając wstrzymywane powietrze.

Postać uniosła z zadowoleniem kącik ust i przez chwilę Harry czuł się nieco zażenowany, ale w końcu odwzajemnił uśmiech i zachichotał na własne słowa.

Wolna ręka postaci uniosła się powoli, a tuż za nią podążył czarny cień. Harry obserwował ze zdumieniem, jak dłoń przesunęła delikatnie palcami po jego policzku. Westchnął, mimowolnie odchylając głowę i zamykając oczy.

To był tak... niesamowicie intymny gest. Tak mały i prosty, a jednocześnie uczucie, jakie u niego wywołał, było oszałamiające. Niemal czuł, że mógłby się od niego rozpłakać.

Wziął się w garść i wreszcie otworzył oczy, znów spotykając tę czarną, głęboką otchłań wpatrującą się w niego z uśmiechem.

Harry...

Echo szeptu wibrowało w rozległej, otwartej przestrzeni jego umysłu, poruszając struny znajdujące się gdzieś głęboko w duszy Harry'ego. To był taki piękny głos. Pragnął ponownie go usłyszeć. Pragnął, aby był głośniejszy i czystszy.

— Odezwałeś się dzisiaj do mnie — wyszeptał Harry, bojąc się odezwać głośniej, bojąc się, że gdyby to zrobił, przerwałby tą magiczną chwilę.

Postać przytaknęła i uśmiechnęła się. Harry czuł, że była rozbawiona i uśmiechnął się.

— Dzięki za to, swoją drogą — powiedział, tłumiąc śmiech. — Snape prawie dostał zawału, tak bardzo był zgorszony tym, że odpowiedziałem na jego pytania.

Śmiech odbił się echem w przestrzeni, oszałamiając Harry'ego i wypełniając go radością.

Kiedy ucichł, on i jego towarzysz nadal stali, dotykając się nawzajem i patrząc sobie w oczy. Harry zdał sobie sprawę, że całkowicie stracił poczucie czasu i zamrugał. Opuścił głowę, nieco zażenowany tym, z jaką łatwością te oczy były w stanie go zahipnotyzować.

— Masz... masz teraz kształt. Jak to możliwe? — zapytał w końcu.

Ponieważ... ty tego chcesz. Ty... chcesz mnie.

To twoje... pragnienie.

Ty dajesz mi siłę...

Dzielisz się sobą ze mną... dajesz mi dostęp... do siebie...

...dostęp do swojej magii.

Twoja magia jest... niesamowita, Harry... Tak piękna... Tak potężna...

Wziąłem tyko trochę, i ona... napędza mnie... tak bardzo... Muszę się... dopasować. Potrzebuję czasu... żeby się przyzwyczaić. Masz jej tak dużo...

...tak potężna.

Harry zamrugał z zaskoczeniem, kiedy słowa odbiły się echem w otaczającej ich przestrzeni.

— Więc... — zaczął Harry niepewnie, myśląc nad tym, co usłyszał. — Podłączyłeś się do mojej magii i to daje ci siłę? Dzięki temu masz teraz ciało? I dzięki temu możesz mówić?

Tak...

...ale tylko dlatego... że ty tego chcesz. Tylko dlatego... że na to pozwalasz.

Magia jest twoja... Harry. Nie mógłbym jej dotknąć... bez ciebie...

...bez twojego pozwolenia.

Harry skinął głową i zamyślił się. Być może nie dał na to bezpośredniego pozwolenia, zwłaszcza, że nie miał pojęcia, że to w ogóle możliwe, ale musiał przyznać, że rzeczywiście chciał, żeby jego towarzysz był czymś więcej niż rozmazaną mgiełką. Uwielbiał, gdy mroczne pasma owijały się wokół niego, ale podejrzewał, że jeszcze bardziej uwielbiałby, gdyby były ramionami owijającymi się wokół niego.

Sprawiało mu również ogromną przyjemność, że jego towarzysz zacząć się z nim porozumiewać i chciał, żeby mógł to robić również w inny sposób, niż jedynie za pomocą emocji i obrazów.

I teraz mógł również mówić do Harry'ego.

On.

Musiał przyznać, że zawsze myślał o swoim mrocznym towarzyszu jako o mężczyźnie, ale starał się unikać przypinania mu tego typu etykietek. Czasami chwilę, jakie z nim spędzał wydawały się niesamowicie... intymne, i teraz, kiedy nie mógł w żaden sposób zaprzeczyć, że jego towarzysz był mężczyzną, obawiał się, że może czuć się z tego powodu nieco... dziwnie.

Zupełnie jakby czytając w myślach Harry'ego, postać cofnęła się, uwalniając spoczywającą przez cały czas na jej ramieniu dłoń Pottera, i rozłożyła szeroko ręce.

Jego oddech stał się nieco szybszy. Czuł się trochę zażenowany. Było mu trudniej teraz, kiedy miał świadomość, że była to prawdziwa osoba, nie tylko jakaś część jego własnej psychiki. Chociaż, z drugiej strony, przecież wiedział to od dawna. Wiedział, że jego mroczny towarzysz nie pochodził od niego. Był zapomnianą obecnością tkwiącą głęboko w umyśle Harry'ego, ale nie był nim.

Wziął głęboki oddech i powoli owinął ręce wokół talii postaci, podczas gdy ona owinęła swoje wokół jego ramion. Przyciągnął Harry'ego bliżej, aż w końcu ich klatki piersiowe dotykały się. Harry wydał z siebie zaskoczony dźwięk, czując nagły przypływ akceptacji i potrzeby, które w reakcji na ten niesamowity dotyk opanowały całe jego ciało. Długi, zadowolony jęk wymknął się z jego ust i owinął ramiona mocniej wokół talii towarzysza.

Nigdy wcześniej nikogo nie przytulał. Nie tak naprawdę. Hermiona przytulała jego, ale Harry zawsze wtedy sztywniał i po prostu stał zażenowany, dopóki go nie puściła. Martwiło go trochę, że nie miał zielonego pojęcia, jak powinno się kogoś przytulać, ale teraz, kiedy owijał ramiona wokół swojego towarzysza, czuł się tak, jakby wszystko miało skończyć się dobrze. Wszystko było dokładnie tak, jak powinno być.

Jego towarzysz położył podbródek na czubku głowy Harry'ego. Jego dłonie powoli zaczęły masować jego plecy i Harry poczuł, jak topnieje pod wpływem tego dotyku. To było tak niesamowicie dobre. Czuł się tak szczęśliwy i pełny. Jedna z jego dłoni prześlizgnęła się do góry i pokonała drogę w stronę czarnych włosów. Jego długie, smukłe palce przeczesały rozczochrane loki i zaczęły głaskać je delikatnie.

Harry czuł, że mógłby się nawet rozpłakać pod wpływem tak niesamowitych emocji. Chwycił przezroczyste, mglisto — czarne szaty opinające sylwetkę jego towarzysza i wcisnął twarz w krzywiznę jego ramienia, wzdychając głęboko.

Był zaskoczony zdając sobie sprawę, że mógł powąchać drugiego mężczyznę. Zastanawiało go to. Biorąc pod uwagę, że wszystko, czego doświadczał, działo się w jego umyśle, nieco dziwne było to, że jego zewnętrzne zmysły mogły tu cokolwiek zarejestrować. Ale w końcu mógł widzieć i słyszeć swojego towarzysza, więc wydawało się mieć sens to, że mógł go także poczuć.

Stali tam, otoczeni czarną mgłą wypełniającą mroczny kąt w tylnej części umysłu Harry'ego, przez bardzo długi czas obejmując siebie nawzajem w cichym porozumieniu. Im dłużej tak trwali, tym bardziej czarna mgła zdawała się rozwiewać, a podłoże robiło się coraz bardziej szare. W końcu, tak jak miał to w zwyczaju, z zadowolonym uśmiechem na twarzy Harry zapadł w sen.