ROZDZIAŁ 3
Tłumaczyła Midnightesse [/u/4071010]. Betowała Panna Mi [/u/2693969/].
Usiadł wygodnie w miękkim, aksamitnym fotelu, wzdychając ciężko z frustracją. Palcami pogładził książkę, która spoczywała na jego kolanach. Jego drobne, kościste dłonie wyglądały nieco śmiesznie na tle starego tomu, i to nawet nie dlatego, że książka była wyjątkowo wielka — raczej dlatego, że to on był frustrująco mały.
Wykreowanie ciała tego człowieczka, którym teraz był, zajęło mu większość zeszłego roku i połowę obecnego, a i tak nie byłoby to możliwe bez pomocy Glizdogona, do czego niechętnie się przyznawał.
W końcu jednak stworzył sobie jakąś fizyczną formę i nie znajdował już bez przerwy na skraju śmierci, po raz pierwszy od lat miał również dostęp do swojej magii — choć była dość chwiejna i używanie jej szybko go wykańczało.
Nienawidził egzystować w taki sposób. Oczywiście było to lepsze niż pół — życie, które wcześniej prowadził, ale był już tak blisko, a jednocześnie tak daleko od powrotu do w pełni rozwiniętego ciała, w którym w końcu mógłby ponownie skupić się na swoich zadaniach. Bycie w tej formie dawało mu przedsmak tego, jak to jest znowu mieć ciało, tyle, że ciało to było tak słabe i żałosne, że jedynie przysparzało mu więcej gniewu i frustracji.
Potrzebował krwi chłopaka, by prawidłowo przeprowadzić rytuał, który stworzył. Nie mógł pozwolić, żeby przetrwała ta jego absurdalna ochrona, a tylko użycie jego krwi mogło ją przerwać. Musiał przyznać, że nie do końca rozumiał naturę ochrony ofiarowanej chłopcu przez jego matkę, i ta niewiedza jeszcze bardziej go wkurzała.
Bał się, że cała ta tajemnicza osłona była w jakiś sposób powiązana z cholerną przepowiednią. Najpierw musiał pozbyć się zagrożenia, dopiero potem będzie mógł z powrotem zabrać się do pracy! To wszystko było zbyt ważne, by mógł pozwolić pokonać się jakiemuś głupiemu dzieciakowi, który tylko ślepo słuchał rozkazów tego sfrustrowanego, szalonego starucha!
Czekanie na dobry moment doprowadzało go do szału.
I przede wszystkim był znudzony. Strasznie, cholernie znudzony.
Przeniósł wzrok z powrotem na książkę na swoich kolanach i westchnął. Przeczytał ją lata temu, więc teraz wydawała mu się średnio interesująca. Chciał wysłać Glizdogona, żeby przyniósł więcej książek, ale jego sługa nie mógł pokazać się publicznie. Wystarczająco ryzykowne już było to, że czasem wysyłał go do pobliskiej mugolskiej wioski. Będzie musiał zaczekać, aż wróci Barty.
Ach, Barty... Niesłabnąca lojalność. Mężczyzna niezaprzeczalnie go ubóstwiał. Miał mnóstwo szczęścia, gdy odkrył, że jego sługa wciąż jest żywy i zdrowy... a przynajmniej na tyle, na ile można być po kilku latach w Azkabanie i jeszcze dłuższym czasie spędzonym pod Imperiusem, uwięzionym w domu własnego ojca. Pomimo niewielkich wątpliwości co do zdrowia psychicznego Barty'ego był przekonany, że może w pełni polegać na jego lojalności.
Glizdogon z drugiej strony pozostał z nim wyłącznie z własnego tchórzostwa. Facet bał się własnego cienia. To było żałosne. Bardzo chciał wezwać do siebie więcej kompetentnych zwolenników, ale nie mógł ryzykować. Jeszcze nie. Wciąż był słaby, a jego słudzy byli zbyt pragnącymi mocy ignorantami, by zobaczyć sytuację w szerszej perspektywie. Gdyby dostrzegli jego słabość, chcieliby wykorzystać ją do własnych celów, a on nie byłby w stanie ich przed tym powstrzymać. I musiałby zaczynać to wszystko od początku, tak samo jak wtedy, kiedy bachor zabił Quirrella.
Głupi, żałosny Quirrell. A mimo to wciąż był lepszym sługą niż Glizdogon. Nawet w własnych myślach wymawiał to imię z całkowitym obrzydzeniem. Tak niesamowicie smutnym i żałosnym było to, że musiał uzależnić się od tego ohydnego, małego szczura. Obrzydliwe.
Wkrótce... wkrótce zdoła powrócić do pełni chwały. Zbierze wszystkich swoich dawnych zwolenników i otrzyma nową krew. Musiał odbudować swoje mroczne siły i naprawić góry zniszczenia, które w swoim ślepym szaleństwie spowodował ten głupiec — Dumbledore.
Mógł mieć tylko nadzieję, że nie jest jeszcze za późno. To, co miał zrobić było niesłychanie ważne i czuł, że czas działa przeciwko niemu. Musiał wypełnić zadanie, aby wszystko wróciło do równowagi, w przeciwnym wypadku zarówno światło, jak i mrok były skazane na zagładę. Jak Dumbledore mógł celowo ignorować wszystkie sygnały? Jego własna głupota doprowadzi do destrukcji. Facet był idiotą. Jego beznadziejne idee pogrążą ich wszystkich.
Nie zamierzał dać się pokonać przez mugoli. Nie. Będzie walczył, by przywrócić magii jej prawowite miejsce, nawet jeśli miałoby go to kosztować życie. To był obowiązek, który przysiągł wypełnić i nie zamierzał go dłużej zaniedbywać.
Potrzebował tylko czasu... Ale czasu nie było. Czas zawsze działał przeciwko niemu.
Znów westchnął, sfrustrowany, marząc o jakimkolwiek sposobie, którym mógłby to wszystko przyspieszyć. Sięgnął w głąb siebie, chcąc zbliżyć się do swojej najczarniejszej mocy. Takiej, która była jego i tylko jego. Mocy, która została mu ofiarowana przez samą Magię, by mógł wypełnić postawione przed nim zadanie.
Ta moc nigdy go nie opuściła, ale bez materialnej formy niewiele mógł z nią zrobić. To właśnie przede wszystkim był powód jego motywacji i źródło siły potrzebnej do odzyskania dawnego ciała.
Wyciągnął magię na zewnątrz, aż zawirowała wokół niego. To przynajmniej upewniło go, że wciąż mógł to zrobić. A od teraz, z czasem będzie tylko coraz silniejszy.
I... to było znowu to. Czas. Zawsze chodziło o czas. Na wszystko potrzeba było czasu, a jemu zostało już bardzo mało cierpliwości.
Otoczył się kolejną falą magii i zachichotał lekko, gdy go wypełniła. To była moc. Moc, którą tylko on był w stanie władać.
Cudowna, wyborna moc. A on użyje jej, by naprawić ten świat i przywrócić mu świetność. Potrzebował tylko czasu.
—
Harry obudził się z lekkim sapnięciem, które natychmiast zmieniło się w jęk, kiedy jego ciało wygięło się w łuk. Magia szaleńczo wirowała w nim i wokół nieco, tańcząc na jego skórze niczym małe, świetliste iskry.
Kiedy udało mu się skupić i opanować falę rozszalałej energii, ciężko wypuścił z siebie powietrze. Zamrugał kilkakrotnie powiekami i zmarszczył brwi, próbując przypomnieć sobie, co się właściwie stało.
Jego towarzysz trzymał go. Stali tam razem przez... nie wiedział ile. Długo. I to było takie cudowne...
I wtedy... wtedy siedział znowu w gabinecie. Krzesło było wygodne. Materiał wydawał się miękki, i w kominku po lewej stronie palił się ogień. Czytał książkę.
I to była tak genialna książka... fascynujące rzeczy... wręcz kuszące...
Ciekawe, czy istnieje w szkole jakiekolwiek miejsce, gdzie mógłbym wypróbować niektóre z tych zaklęć...
Ale był tym znudzony. Czytał już o tym wcześniej... wieki temu... I był zniecierpliwiony, bo musiał czekać, i przez tą frustrację nie mógł się skupić na tej cholernej książce. Potrzebował...
Harry usiadł nagle.
Jasna cholera!
To było takie realne. Pamiętał to tak, jakby sam to przeżył. Szlag, zastanawiał się nad tym przez kilka minut, przeglądając wspomnienia, po czym zdał sobie sprawę, że był Voldemortem!
Harry potrząsnął głową. Nie! Nie, nie był Voldemortem. Po prostu widział przez jakiś czas oczami Voldemorta.
I słyszałem jego myśli. Myślałem jego myślami. Jakby należały do mnie. Myśli i uczucia wydawały się zupełnie moje. A były jego. I magia! Była... była niesamowita!
Harry poczuł, że się trzęsie i wziął głęboki wdech. Chciał, żeby jego towarzysz tu był. Nie czuł się teraz zbyt dobrze. Owinął się ramionami, tęskniąc za ciepłym objęciem swojego towarzysza.
Pragnął, aby to ciepło powróciło. Potrzebował go, aby nie czuć się tak samotnym. Nie chciał dłużej czuć się samotny. Nigdy. Nigdy więcej.
Jego ciało coraz bardziej trzęsło się w poczuciu samotności, kiedy obecność nagle pojawiła się w jego umyśle. Westchnął z ulgą.
Harry...?
— Jesteś tutaj — wyszeptał Harry, uśmiechając się i opadając z powrotem na poduszki.
Co... się stało?
Harry potrząsnął głową i zachichotał słabo, myśląc o swoim absurdalnym ataku paniki.
— Wszystko w porządku — pomyślał.
Co się stało? — towarzysz powtórzył swoje pytanie, a jego jedwabisty głos stał się bardziej pewny.
— Ja... miałem wizję.
Widziałeś... jego oczami?
Harry przytaknął, choć zdawał sobie sprawę z faktu, że leży na łóżku całkowicie sam, dyskutując z osobą znajdującą się w jego umyśle.
— Tak.
To... cię zdenerwowało? Zobaczyłeś coś... co ci się nie spodobało?
Harry potrząsnął głową i westchnął.
— Nie, nic z tych rzeczy. On siedział tylko w salonie i czytał. Zdenerwowało mnie raczej to, że nawet nie zorientowałem się, że to był on, a nie ja. Powinienem zauważyć różnicę między swoim a jego umysłem, prawda?
Nie myśl już o tym. Harry.
To już minęło...
...jestem tutaj.
Na te słowa przeszedł go szybki dreszcz. Uśmiechnął się, czując jak ciepło jego towarzysza rozchodzi się po jego umyśle.
Harry w końcu zmusił się do tego, aby wstać z łóżka i rozsunął otaczające je zasłony. Jego współlokatorzy wciąż spali. Było wcześnie, ale szybkie zaklęcie tempus uświadomiło mu, że za godzinę zostanie podane śniadanie. Miał więc możliwość wzięcia miłego, długiego prysznica, bez konieczności martwienia się tym, że dzieli łazienkę z innymi chłopami, jako że zwykli oni spać do ostatniej chwili.
Zabrał przybory toaletowe, zarzucił na bokserki luźną szatę i skierował się do łazienki. Odłożył swoje rzeczy na bok i rozebrał się. Odwrócił się, a jego wzrok padł na wiszące na ścianie lustro i z jakiegoś powodu... zatrzymał się. Po prostu stał tam i patrzył na siebie. Nie za często mu się to zdarzało. Nie lubił swojego wyglądu. Nigdy nie miał zbyt dobrego wyobrażenia o samym sobie. Dziesięć lat głodzenia i zaniedbywania sprawiło, że był chudy i kościsty. Był też niski jak na swój wiek i wiedział, że było to spowodowane latami nieodpowiedniego odżywiania.
Miał przynajmniej dość przyzwoicie wymodelowane mięśnie. Lata fizycznej pracy w domu Dursleyów oraz ich ogrodzie połączone z trzeba latami gry w Quidditcha przyniosły niezłe efekty. Wciąż był jednak obrzydliwie chudy. Mógł z łatwością policzyć swoje żebra a jego obojczyki wystawały szpetnie.
Nagle przyszło mu do głowy pytanie, czy istnieje sposób, by zrobić z tym coś za pomocą magii. W końcu był czarodziejem!
Tyle, że zaklęcie glamour nie satysfakcjonowałoby go. Nie chciał się ukrywać czy wstydzić się swojego wyglądu. Chciał go naprawić. Naprawić krzywdy wyrządzone mu przez tych obrzydliwych, okrutnych mugoli.
Eliksiry... — wyszeptał głos.
Harry zamrugał zaskoczony, po czym zaczerwienił się. Całkowicie zapomniał, że w łazience nie był tak naprawdę „sam". A oto stał całkowicie goły przed lustrem...
Obecność zachichotała czując tą nagłą falę wstydu, co zmusiło Harry'ego, by się opanować i odwrócić od lustra. Wszedł pod prysznic i odkręcił wodę. Miała idealną temperaturę. Zawsze miała idealną temperaturę.
Kocham magię — pomyślał nagle.
Harry zaczął wcierać szampon we włosy, wracając myślami do tego, co powiedział jego towarzysz.
— Eliksiry, co? — zapytał w myślach.
Jest ich... kilka. Muszą być przyjmowane... po kolei. Przez jakiś czas.
Harry pokiwał głową. To miało sens. Jeśli miało to wywołać prawdziwą fizyczną zmianę, to prawdopodobnie niemożliwe było, by działało natychmiastowo. Zresztą to nawet lepiej, że zmiany będą pojawiać się stopniowo. Gdyby pewnego dnia nagle zaczął wyglądać zupełnie inaczej, ludzie zauważyliby to.
Mogę ci pokazać... gdzie jest książka. Idź później do... biblioteki.
Harry uśmiechnął się szeroko.
Nie mógł się doczekać. Perspektywa możliwości naprawienia choć części szkód, które uczynili mu ci cholerni mugole napawała go optymizmem. Szybko skończył się myć i wrócił do dormitorium. Założył szaty, wyślizgnął się na zewnątrz i skierował na śniadanie. Wciąż zostało mu kilka godzin do transmutacji. Jeśli zje wystarczająco szybko, będzie mógł przejrzeć parę książek jeszcze przed zajęciami.
—
Jego wizyta w bibliotece była częściowo udana. Wyszedł z dwoma książkami o eliksirach, chociaż ta, która wydawała mu się najbardziej użyteczna, znajdowała się w Dziale Ksiąg Zakazanych. Postanowił wrócić po nią w nocy pod osłoną peleryny — niewidki. Prawdopodobnie któryś z nauczycieli dałby mu pozwolenie na przejrzenie książek z tego działu gdyby uzasadnił to przygotowywaniem się do następnego zadania. Wciąż nie miał jednak pojęcia, na czym będzie ono polegać, gdyż nie wymyślił jeszcze, o co może chodzić z tym przeklętym jajem.
Będzie musiał niedługo się tym zająć...
Harry ruszył biegiem w stronę klasy transmutacji. Stracił poczucie czasu i już za chwilę zaczynały się zajęcia. Wpadł do pomieszczenia równo z dzwonkiem i szybko zajął miejsce z tyłu sali, wzdychając głęboko z ulgą.
Hermiona posłała mu zaniepokojone spojrzenie z odrobiną dezaprobaty spowodowanej tak późnym przybyciem. Odwróciła się dopiero wtedy, gdy McGonagall chrząknęła i poprosiła o uwagę.
Zamiast przejść od razu do tematu zajęć, McGonagall zaczęła mówić o wywieszonej w pokoju wspólnym liście osób, które postanowiły zostać w szkole w czasie świąt.
— Zanim podejmiecie decyzję powinniście wiedzieć o pewnym ważnym wydarzeniu, które będzie miało miejsce podczas tegorocznego świętowania. W tym roku w Hogwarcie odbędzie się Bal Bożonarodzeniowy — McGonagall przerwała, przyglądając się Gryfonom. Oczy dziewcząt błyszczały z podekscytowania, podczas gdy na twarzach większości chłopców malowało się przerażenie. — Bal Bożonarodzeniowy, jak sama nazwa wskazuje, to przede wszystkim tańce. Odbędzie się w Wigilię i będzie przeznaczony dla wszystkich uczniów powyżej czwartego roku. Osoby z trzeciego roku będą mogły się na nim pojawić, jeśli zostaną zaproszone przez kogoś starszego.
W tym momencie klasę wypełniły gorączkowe szepty, które ucichły jednak pod wpływem ostrego spojrzenia nauczycielki.
Parę minut później McGonagall zakończyła ogłoszenia i przeszła do tematu lekcji. Harry nie był pewien, co myśleć o Balu Bożonarodzeniowym. Zupełnie nie miał ochoty na żadne cholerne tańce i zastanawiał się, czy nawet, jeśli zostawał w zamku na święta, mógłby po prostu odpuścić sobie całą tą zabawę. Szybko skupił się na ćwiczeniach i do końca lekcji niemal zupełnie wyrzucił bal z pamięci.
— Panie Potter, proszę chwilę zostać — powiedziała McGonagall, kiedy Harry zaczął pakować swoje rzeczy. Zmarszczył brwi, ale przytaknął, podchodząc do jej biurka.
— O co chodzi, pani profesor? — zapytał, kiedy wszyscy uczniowie opuścili salę.
— Chciałam pana poinformować, że jako jeden z reprezentantów Turnieju Trójmagicznego, wraz ze swoją partnerką weźmie pan udział w tradycyjnym walcu otwierającym bal. Czy będzie pan potrzebował pomocy w przygotowaniu się do tego? W ten weekend w szkole odbędą się dla chętnych lekcje tańca.
Harry zamrugał.
— Moment... Czy to znaczy, że muszę iść na bal? — zapytał szybko.
McGonagall zacisnęła wargi i zmarszczyła brwi.
— Oczywiście, panie Potter. Jest pan jednym z reprezentantów. Pańska obecność jest obligatoryjna.
Harry jęknął w myślach.
Świetnie... Po prostu świetnie.
— Och... Dobrze — wymamrotał, usiłując ukryć irytację. Westchnął ciężko, przenosząc wzrok z powrotem na nauczycielkę. — Ee... Tak, myślę, że prawdopodobnie będę potrzebował tych... lekcji — powiedział burkliwym głosem.
— W porządku, panie Potter. Lekcja tańca odbędzie się w sobotę o piętnastej.
Harry odpowiedział raczej sztucznym uśmiechem, po czym podziękował, pożegnał się i opuścił salę, kierując się na zajęcia z Obrony.
—
— Kurcze, stary! Możesz w to uwierzyć? Tańce! Ugh! — zawołał Ron, siadając ciężko obok niego na ławce tego wieczoru po kolacji.
Harry spojrzał na niego, unosząc brew i nie odpowiadając od razu. Ron już kilkakrotnie próbował tej taktyki; po prostu podchodził i jak gdyby nic się nigdy nie wydarzyło zaczynał z nim rozmawiać, mając nadzieję, że Harry w końcu zachowa się tak samo i wszystko będzie znowu takie, jak kiedyś.
Westchnął ciężko, przygotowując się mentalnie do nudnej rozmowy z rudym kolegą. Nie zamierzał znowu być jego przyjacielem, ale nawet Harry zdawał sobie sprawę, jak okropnie aspołeczny się ostatnio stał. Poza niezbędnymi w czasie zajęć wymianami zdań ledwie odzywał się do kogokolwiek. Palenie wszystkich mostów zdecydowanie nie było najmądrzejszą taktyką. Osobiście niezbyt obchodziło go, co ludzie sobie o nim myśleli, ale nie był aż tak głupi, by wierzyć, że pozycja społeczna i opinia publiczna nie mają żadnego znaczenia.
— Tak... tańce — odparł bez entuzjazmu, dźgając widelcem kawałek wieprzowej kiełbaski.
Twarz Rona rozjaśniła się nadzieją, kiedy w końcu otrzymał jakąkolwiek odpowiedź od Harry'ego i rudzielec kontynuował:
— Więc... to chyba znaczy, że powinniśmy znaleźć jakieś partnerki.
Harry przewrócił oczami.
— Tak. Partnerki — burknął. Tak naprawdę ten pomysł wcale mu się nie podobał. Ani trochę nie był zainteresowany kimkolwiek znajdującym się w tej szkole. Myśl o tym, że zmuszony zostanie do zaproszenia jakiejś przypadkowej, zupełnie obojętnej mu dziewczyny na randkę była po prostu wkurzająca.
— Masz jakiś pomysł kogo zaprosić? — zapytał Ron, desperacko próbując podtrzymać konwersację.
Harry westchnął, odchylając się lekko do tyłu. Rozejrzał się po Wielkiej Sali z nadzieją, że jego wzrok po prostu trafi na odpowiednią kandydatkę, co oszczędzi mi konieczności zastanawiania się nad tym.
Po szybkim rozejrzeniu się po sali nikt nie przyszedł mu do głowy i znowu westchnął, kiedy nagle spostrzegł kątem oka skrawek niebieskiej szaty Fleur Delacour. Uśmiechnął się.
— Może zaproszę Fleur — zachichotał, po czym przeniósł wzrok z powrotem na talerz, ponownie atakując widelcem biedną, bezbronną kiełbaskę.
Ron parsknął zszokowany, dławiąc się sokiem dyniowym i spojrzał na Harry'ego jak na wariata.
— Żartujesz, prawda? — zapytał łamiącym się głosem.
Harry patrzył na Rona przez prawię minutę, utrzymując na twarzy pozbawioną emocji maskę, po czym rozkwitł na niej szeroki uśmiech, a on zaśmiał się i pokręcił głową.
— Tak, Ron. Prawdopodobnie — odparł z uśmieszkiem.
Aczkolwiek — dodał w myślach — raczej zabawne byłoby, gdyby jedyny facet w całej tej szkole, którego zupełnie nie kręci pół — wila, był właśnie tym, który pójdzie z nią na potańcówkę.
Może mógłby spróbować. Tylko po to, by przekonać się, jak dziewczyna zareaguje. Jeśli mu odmówi — co było bardzo prawdopodobne, w końcu miał tylko czternaście lat — to nic się nie stanie. Z pewnością nie złamie mu to serca i będzie mógł po prostu zaprosić kogoś innego.
A gdyby się zgodziła, może podczas tych cholernych tańców udałoby mu się dowiedzieć, czy wykombinowała już coś ze swoim złotym jajem. Ludzie utrzymywali kontakt wzrokowy podczas tańca. To byłaby idealna okazja, żeby wejść do jej umysłu i znaleźć jakieś informacje o drugim zadaniu.
Złośliwy uśmiech pojawił się na jego ustach. To wcale nie był taki zły plan.
Harry wyczuł obecność swojego towarzysza w umyśle i usłyszał cichy chichot, odczuwając zarazem jego aprobatę.
Zdecydowanie dobry plan.
—
Następnego dnia Harry czekał przy wejściu do Wielkiej Sali, opierając się o ścianę i trzymając w dłoniach książkę do eliksirów, którą zabrał poprzedniej nocy z Działu Ksiąg Zakazanych. Czytał ją na zmianę z rozglądaniem się w poszukiwaniu francuskich, rozchichotanych dziewcząt. Zwykle przychodziły na śniadanie wcześnie, chcąc uniknąć tłumu śliniących się, opanowanych przez hormony facetów, którzy chodzili za nimi krok w krok.
Biorąc pod uwagę, że minął dopiero dzień od ogłoszenia balu, Harry wcale im się nie dziwił.
Pomijając oczywiście fakt, że Harry zamierzał zrobić dokładnie to samo. Miał tylko nadzieję, że uda mu się to nie wychodząc na totalnego dupka.
Przeczytał już całą instrukcję do pierwszego eliksiru, który, jak miał nadzieję, mógł skorygować jego żałośnie niski wzrost. Chcąc upewnić się, że wyłapał wszystkie szczegóły miał właśnie zamiar jeszcze raz przejrzeć kolejne kroki warzenia, kiedy kątem oka dostrzegł coś jasnoniebieskiego.
Odepchnął się od ściany, zamykając książkę i chowając ją do torby. Przyjął pewną siebie postawę oraz spokojny, ale zdecydowany uśmiech.
Pewność siebie była podstawą. Pewność, ale nie arogancja. Musiał zachować odpowiednie jej ilości, bo jeśli mu się to nie uda, wyjdzie na kolejnego „małego, głupiego chłopca" mającego świra na punkcie pięknej wili.
Zbliżając się do dziewczyn zauważył, że niektóre z nich spojrzały na niego ostrzegawczo, kilka nawet z gniewem. Twarz Fleur pozostała raczej bez wyrazu, zabarwiona jedynie małą nutką ciekawości.
— Dzień dobry, Mademoiselle Delacour — powiedział Harry z delikatnym, pewnym siebie uśmieszkiem, kłaniając się lekko. — Zastanawiałem się, czy mógłbym może zabrać odrobinę twojego czasu? — zapytał, ponownie się prostując i uśmiechając się raczej szelmowsko.
Brew Fleur uniosła się lekko, tak samo jak kącik jej ust. Przez chwilę wydawała się nad tym zastanawiać, po czym skinęła głową i wysłała koleżankom krótkie spojrzenie, które mówiło, by na nią poczekały.
Oboje oddzielili się od grupy i odeszli parę stóp dalej, gdzie mogli porozmawiać bardziej prywatnie.
— O co 'odzi, Monsieur Potter? — zapytała chwilę później.
— Zastanawiałem się, czy może miałabyś ochotę pójść ze mną na Bal Bożonarodzeniowy — powiedział Harry pewnym tonem, z łatwością oraz prostym, ale szczerym uśmiechem. W jego słowach czy zachowaniu nie było nawet najmniejszej oznaki strachu czy niepewności. Zauważył w jej oczach zaskoczenie. Chyba, że była po prostu zszokowana tym, że głupi czternastolatek miał wystarczająco jaj, żeby zaprosić ją na randkę.
— 'Cesz, ziebym poszła z tobą na bal? — zapytała, otwierając szeroko oczy, dzięki czemu był w stanie dostrzec w nich szok wymieszany z ciekawością.
— Tak, taka jest ogólna koncepcja — odparł, uśmiechając się i przytakując. — Jesteś zainteresowana?
Wpatrywała się w niego przez długą minutę i Harry zdał sobie sprawę, że dziewczyna naprawdę poważnie się nad tym zastanawia.
— Pomiślę nad twoją phopozycją — powiedziała w końcu. — Mam 'ównież innych chętnich, jestem pewna, zie zdajesz sobie z tego sprawę.
Harry uśmiechnął się i zachichotał cicho.
— Och, jestem pewien, że jest mnóstwo osób, które wręcz marzą o tym, aby cię zaprosić. Starszych chłopców. Może nawet lepiej wyglądających, chociaż to akurat trudno mi sobie wyobrazić — powiedział zarozumiałym tonem, po czym znów uśmiechnął się szeroko i zachichotał. — Aczkolwiek gwarantuję, że żaden z nich nie będzie tak interesującym towarzyszem. Mimo to, całkowicie zrozumiem twoją decyzję — powiedział, znów kiwając głową. Fleur zaśmiała się, a w odpowiedzi uśmieszek Harry'ego powiększył się. — Proszę tylko, byś nie trzymała mnie zbyt długo w niepewności.
— Ocziwiście. To biłoby niegzieczne. Dam ci znać, jak tilko podejmę decizję.
Harry uśmiechnął się i przytaknął.
— Dziękuję.
Odwzajemniła uśmiech, a jej oczy błyszczały z rozbawienia.
— Bahdzo się zmieniłeś od hospoczęcia semestru, Monsieur Potter.
Harry przewrócił zabawnie oczami.
— Cóż, udział w zabójczym turnieju może być dobrą motywacją do tego, by trochę dorosnąć. Przez ostatnie dwa miesiące sporo zmieniło się w moim życiu — oświadczył, wzruszając ramionami.
— Zaskoczyło mnie, jak pohadziłes sobie zie smokami. Nie wiedziałam, zie jesteś węziousty. Bahdzo ziadki talent.
— Tak, wiem — odparł lekceważąco Harry, ponownie wzruszając ramionami, po czym zniżył głos do konspiracyjnego szeptu: — Wcześniej starałem się trzymać to w ukryciu, bo te wszystkie szepty o tym, że jestem mrocznym czarodziejem nieco mnie żenowały, ale teraz już dałem sobie z tym spokój — dokończył z lekkim chichotem.
— Och?
— Tak. Niech ludzie myślą sobie, co chcą. Mam taką umiejętność i nie mam zamiaru jej odrzucać tylko dlatego, że niektórzy się jej boją.
— Hm — wydała z siebie krótki, aprobujący dźwięk. Harry uśmiechnął się szeroko. Przewróciła oczami, ale jej uśmiech również się powiększył.
— Muszę lecieć. Przijaciółki na mnie ciekają i musimy iść na śniadanie.
— Oczywiście — Harry ukłonił się, wskazując ręką w stronę wejścia do Wielkiej Sali, gdzie wciąż stały jej koleżanki, szepcząc ze złością. Zebrał się tam również spory tłum innych uczniów.
Fleur znów zaśmiała się i potrząsnęła głową.
— Jesteś naprawdę niezwykły, Monsieur Potter.
— Proszę, mów mi Harry — powiedział, kierując się wraz z dziewczyną w stronę jej koleżanek.
— W poziądku, 'Arry — odparła. — Dam ci znać, jeśli się zdeciduję.
— Dziękuję.
Weszli do Wielkiej Sali i każde rozeszło się w swoją stronę — Fleur wraz z resztą dziewczyn z Beauxbatons udała się do specjalnie przygotowanego dla nich stołu, a Harry pewnym krokiem skierował się do stołu Gryfonów. Jedyną siedzącą przy nim osobą z jego roku był Dean, który gapił się teraz na Harry'ego z tak szeroko otwartymi ustami, że niemal dotykał szczęką stołu.
Harry usiadł i szybko zaczął zapełniać swój talerz udając, że nie dostrzega wpatrzonych w niego z zazdrością spojrzeń. Nie był w stanie zetrzeć z twarzy zadowolonego uśmieszku.
Rozmowa z Francuzką była niesamowicie prosta. Harry zachichotał, kiedy przyszło mu do głowy, jak niewyobrażalna byłaby ona dla niego zaledwie dwa miesiące wcześniej.
Merlinie, był szczęśliwy, że nie był już dłużej głupim, słabym idiotą.
—
Każdego dnia jego towarzysz spędzał z nim coraz więcej czasu, a wypowiadane przez niego słowa stawały się coraz bardziej płynne. Pod koniec tygodnia byli już w stanie komunikować się przez pół godziny, zanim jego towarzysz męczył się i musiał wracać w głąb umysłu Harry'ego.
Zapytał go, dlaczego rozmowa z nim, kiedy jest przytomny męczy go tak szybko. Wyjaśnił wtedy, że gdy pozostaje w zewnętrznej świadomości Harry'ego, musi żywić się jego magią. Wytłumaczył swoim urywanym szeptem, że ich magia nie jest ze sobą kompatybilna i dlatego korzystanie z niej wysysa z niego sporą ilość energii, a używanie prawdziwych słów zamiast emocji wymagało więcej siły, niż on sam jej miał.
Jednakże, jak pewnego dnia powiedział Harry'emu, ich źródła magiczne stawały się do siebie coraz bardziej podobne, dzięki czemu coraz łatwiej było mu korzystać z magicznego rdzenia Pottera, co sprawiało, że mógł zostać z nim dłużej i więcej do niego mówić.
Harry nie był pewny, jak zareagować na to oświadczenie i zastanawiał się, czy nie powinno zaniepokoić go to, że jego magia coraz bardziej upodabniała się do magii jego towarzysza... i co to, do cholery, w ogóle znaczyło.
Podejrzewał, że mogło mieć to jakiś związek z tym, że wnętrze jego umysłu z białego powoli zmieniało się w szare. Nie mógł jednak zmusić się do myślenia o tym jako o czymś złym. Im bardziej szarość się rozprzestrzeniała, tym bardziej komfortowo się w niej czuł.
Teraz mógł już z całą pewnością stwierdzić, że biała przestrzeń wydawała mu się zbyt jasna. Ilekroć wchodził do swojego umysłu, natychmiast kierował się w stronę mrocznego kąta i zatapiał w objęciu swojego mrocznego towarzysza. Nie znosił nawet patrzenia na tą biel. Była oślepiająca i denerwująca. Irytowała go jej jasność i im bardziej zmieniała się w szarość, tym lepiej Harry się w niej czuł.
Chciał, aby ta zmiana nadchodziła szybciej. Miał dosyć bieli.
—
Harry wysłał do apteki w Hogsmeade listę składników potrzebnych mu do uwarzenia trzech różnych eliksirów. Odpowiedzieli, że za wyjątkiem krwi Re'em, do której niestety nie mieli dostępu, byli w posiadaniu wszystkiego, co było mu potrzebne. Polecili mu aptekę zwaną Apteką Pana Mulpeppera znajdującą się na ulicy Śmiertelnego Nokturnu, specjalizującą w składnikach pochodzących od egzotycznych, magicznych stworzeń, za co Harry był wdzięczny.
Do eliksiru, który znalazł w jednym z tomów Działu Ksiąg Zakazanych potrzebował również trochę jaj Widłowęża, ale wiedział, że lepiej nie kupować ich w aptece w Hogsmeade.
Widłowęże były pod ochroną, więc sprzedawanie ich jaj było właściwie nielegalne. Oczywiście na czarnym rynku wciąż się nimi handlowało, ale Harry nie miał pojęcia, jak skontaktować się z kimś, kto mógłby mieć do nich dostęp.
Być może pan Mulpepper z Nokturnu mógłby mu pomóc.
Harry napisał odpowiedź do apteki, potwierdzając zamówienie, a następnie do Gringotta, prosząc o przelanie określonej kwoty na jej konto. Kiedy tylko otrzymają pieniądze, wyślą Harry'emu paczkę ze składnikami i będzie mógł rozpocząć warzenie dwóch z trzech eliksirów, które zaplanował.
Był wdzięczny, że składniki, których potrzebował, nie były tak problematyczny jak te używane do warzenia Eliksiru Wielosokowego. Nie musiały być zbierane w czasie pełni księżyca ani nie wymagały gotowania przez miesiąc na wolnym ogniu.
Nie. Uwarzenie wszystkich trzech było kwestią kilku godzin, i zaraz po tym miały być już gotowe do spożycia.
Nie mógł się doczekać.
Ale oczywiście musiał czekać, gdyż wciąż brakowało mu dwóch podstawowych składników do najważniejszego z eliksirów.
Szybko napisał list do sklepu na Nokturnie, podpisując się pseudonimem Notechus Noir. „Noir" wzięło się od jego ojca chrzestnego, Syriusza, gdyż „noir" oznaczało po francusku „black". Imię „Notechus" zasugerował jego towarzysz. Powiedział, że to łacińska nazwa tygrysiego węża i stwierdził, że idealnie do niego pasuje — co Harry'emu bardzo trudno było sobie wyobrazić. Jego towarzysz podpowiedział mu również co i jak napisać, by nie wzbudzić zbędnych podejrzeń. Miał nadzieję, że to zadziała i uda mu się zdobyć jaja Widłowęża bez wpakowania się w kłopoty.
—
W sobotę odbyły się zajęcia z tańca, na których pojawiło się zaskakująca dużo Gryfonów. Najwyraźniej ich opiekunka była w tej kwestii dość uparta. Nie chciała, żeby podczas balu jej lwy zaprezentowały się jako banda nieskoordynowanych łamag.
Dziewczęta chichotały podekscytowane, podczas gdy chłopcy wyglądali raczej na zażenowanych. Harry niemal roześmiał się widząc idiotyczne zachowanie niektórych z jego kolegów. Sprawiali wrażenie szczerze przerażonych i kiedy instruktorka poleciła, by położyli dłoń na talii partnerki, większość z nich wyglądała jakby właśnie kazano im włożyć dłoń do gotującego się kwasu.
Kiedy McGonagall spytała o ochotnika, który w ramach demonstracji dla reszty uczniów zatańczyłby z nią, Harry był właściwie jedynym chętnym.
Bliźniacy zaczęli gwizdać i Potter mrugnął do nich, po czy skłonił się przed opiekunką swojego domu i złapał jedną z jej dłoni, a następnie drugą rękę bez najmniejszego wahania położył na jej talii.
W myślach śmiał się dziko ze zszokowanych min kolegów ze swojej klasy.
To przecież tylko ich cholerna nauczycielka! Jasne, była wystarczająco stara, żeby być jego babcią, ale to nie znaczyło, że zamierzała go ugryźć.
Ruchy Harry'ego na początku były raczej chaotyczne, kiedy w tym samym czasie próbował zapamiętać kroki i zachować rytm, ale szybko wszystko załapał i McGonagall posłała mu mały, aprobujący uśmiech.
Chwilę po tym zmusiła resztę zgromadzonych uczniów do dobrania się w pary i zaczęła wykrzykiwać instrukcje. Harry stał z boku, obserwując, jak przechadzała się wśród uczniów, oferując pomoc tym najbardziej opornym... czyli, szczerze mówiąc, większości z nich. Zapamiętywał to, czego mógłby spróbować, oraz to, czego powinien raczej unikać, a także kogo omijać na parkiecie, by nie zostać znokautowanym.
W końcu McGonagall skierowała się w jego stronę i Harry poprowadził ją z powrotem na parkiet, chichocząc cicho.
Z łatwością odnalazł się w tańcu i zaczął rytmicznie poruszać.
— Muszę powiedzieć, panie Potter, że jestem pod wrażeniem. Szybko to załapałeś.
Harry uśmiechnął się.
— Dziękuję, pani profesor. Staram się.
Uniosła brew, a Harry dostrzegł, że kąciki jej ust drgają, jakby powstrzymywała uśmiech.
— Tak, na to wygląda — odparła sucho, przez co uśmiech Gryfona jeszcze bardziej się poszerzył. — Właściwie to chciałam pana pochwalić. Pańskie wyniki na zajęciach w tym miesiącu uległy niesamowitej poprawie. Również prace pisemne są bardzo imponujące.
— Tak, cóż, rywalizacja z osobami trzy lata ode mnie starszymi w turnieju, który praktycznie rzecz biorąc został zaaranżowany do tego, aby mnie zabić jest całkiem niezłą motywacją do nauki — powiedział Harry z nutką sarkazmu.
— Mogę to sobie wyobrazić. Jestem dumna, że tak dobrze sobie z tym radzisz, jednak zauważyłam, że w tym semestrze nie rozmawiasz zbyt wiele z kolegami z klasy.
— Powiedziałbym raczej, że to oni nie rozmawiają ze mną.
— Nawet pan Weasley i panna Granger? Wasza trójka zawsze trzymała się razem, ale ostatnio praktycznie cię z nimi nie widuję. Właściwie nie widuję pana z nikim, panie Potter. Muszę przyznać, że trochę mnie to martwi.
Harry zesztywniał i powstrzymał pojawiający się na twarzy grymas niezadowolenia. Chciał dowiedzieć się, o czym myślała nauczycielka i zdał sobie sprawę, że taniec jest świetną okazją, by zajrzeć do jej umysłu. Nie miał w ręce swojej różdżki, tak samo jak nie będzie jej miał podczas balu, jednak jego towarzysz powiedział mu, że przy odpowiednim skupieniu będzie w stanie to zrobić. Postanowił spróbować.
Uniósł głowę i nawiązał kontakt wzrokowy. Wezwał swoją magię i z zaskakującą łatwością wślizgnął się do umysłu nauczycielki. Musnął zaledwie samą jego powierzchnię, pamiętał bowiem, że Krum był w stanie wyczuć, że ktoś znajdował się w jego umyśle. Harry nie wątpił, że tak doświadczona kobieta jak McGonagall była prawdopodobnie o wiele bardziej wyczulona na magię umysłu niż którykolwiek z uczniów. Nie chciał wchodzić zbyt głęboko i ryzykować, że się zorientuje. Chciał jednak wiedzieć, co sądziła o niedawnej zmianie w jego zachowaniu, jeszcze przez chwilę pozostał więc w jej umyśle, przeglądając bieżące myśli.
Zamknięty w sobie. Aspołeczny. Zamyślony. Łatwo się denerwuje. Widziała, jak w zeszłym tygodniu stracił nad sobą panowanie. Słyszała też, jak odgryzł się kilkoma raczej nieprzyjemnymi ripostami, kiedy paru Ślizgonów szydziło z ostatniego artykułu Rity Skeeter. Była również zaniepokojona jego zachowaniem w stosunku do niektórych Puchonów. Większość jej umysłu podejrzewała, że miał depresję, chociaż był tam też cichy głosik przekonujący, że „objawy" świadczą raczej o innych, bardziej mrocznych problemach. Otoczone troską określenie „czarna magia" ciągle przewijało się w jej myślach. Harry wycofał się i skrzywił.
— Przysporzyli ci ostatnio nieco zmartwień, prawda? — zapytała łagodnie, a Harry'ego zaskoczyła autentyczna troska w jej głosie. Zamrugał, niepewny jakiej reakcji od niego oczekiwała.
— Tak, cóż, oskarżenia o to, że oszukiwałem, by wrzucić swoje nazwisko do czary same w sobie były już wystarczająco niemiłe — a oczywiście nikt mi nie uwierzył, kiedy powiedziałem, że tego nie zrobiłem. A potem pojawił się ten idiotyczny artykuł Skeeter, który tylko wszystko pogorszył. I nawet wtedy, kiedy zdobyłem najwięcej punktów za pierwsze zadanie, fakt, że użyłem do tego wężomowy sprawił, że wszyscy stali się jeszcze bardziej paranoiczni i powstała nowa fala plotek o tym, że jestem czarnoksiężnikiem — oznajmił Harry, przewracając dramatycznie oczami i chichocząc z nadzieją, że jego żartobliwe podejście do tematu uspokoi nieco jej podejrzenia.
McGonagall posłała mu znaczące spojrzenie.
— Tak... Jeśli o to chodzi...
— Och, proszę, tylko nie to — jęknął Harry, przerywając taniec i przyglądając się jej uważniej. — Naprawdę pani wierzy, że wężomowa to czarna magia? — zapytał tak głośno, że aż kilka osób obróciło się, rzucając im dziwne spojrzenia.
McGonagall rozejrzała się, marszcząc brwi i rzucając spojrzenia mówiące „Tańczcie dalej!", powodując, że wszyscy natychmiast skupili się z powrotem na krokach. Oczywiście wciąż wytężali słuch i zerkali na nich ukradkiem.
— Podejrzewam, że nie, panie Potter, aczkolwiek moja wiedza o wężomowie jest raczej niewielka. Jeżeli ktoś już posiadał tą umiejętność, rzadko był chętny, aby się nią dzielić — powiedziała w końcu, ponownie skupiając na nim swoją uwagę. — Nie sądzę jednak, że powinien pan poświęcać swoje wysiłki, aby studiować akurat tę dziedzinę magii.
— Dlaczego nie? — zapytał nieco oburzony, krzyżując ramiona, chcąc wycisnąć z niej szczerą odpowiedź.
— Może być prawdą, że wężomowa sama w sobie nie jest mrocznym talentem, jednak większość czarodziejów, którzy się nią posługiwali, było mrocznymi czarodziejami.
— Więc jeśli jestem zdolny do mówienia w języku węży i rozumienia go, to automatycznie czyni mnie to mrocznym? — zapytał Harry, tym razem już z wyraźnym oburzeniem.
— Nie, oczywiście, że nie. Chodzi mi tylko o to, że zaklęcia związane konkretnie z wężomową zostały stworzone przez mrocznych czarodziejów i są to mroczne zaklęcia.
— Tyle, że ja nawet nie używałem żadnych zaklęć podczas pierwszego zadania — odparł Harry, przewracając oczami.
Zamrugała, najwyraźniej zaskoczona i zmieszana jego oświadczeniem.
— Nie?
— Nie! To znaczy, rzuciłem zaklęcie ognioodporne na swoje ubrania i tarczę na swoje ramię, ale to były normalne zaklęcia. W wężomowie tylko powiedziałem smokowi, że złote jajo w jego gnieździe nie jest prawdziwym jajem, a kiedy się wylęgnie, zje wszystkie pozostałe jaja. Powiedziałem jej, że je zabiorę, nie wyrządzając przy tym krzywdy pozostałym jajom. Smoki są na tyle blisko spokrewnione z wężami, że częściowo są w stanie zrozumieć ich język. Miałem szczęście, że wylosowałem akurat Chińskiego Ogniomiota. Azjatyckim smokom najbliżej jest do węży i niemal doskonale posługują się ich językiem. Jedyne, co zrobiłem, to po prostu mówiłem do niego.
— I to wszystko? — zapytała McGonagall, zaskoczona.
— To wszystko — odparł Harry tonem, który nie pozostawiał miejsca na żadne wątpliwości co do jego szczerości. Oczywiście kłamał. Do rozkazów w języku węży dodał całkiem sporą ilość perswazyjnej i konfundującej magii. Ale McGonagall nie musiała tego wiedzieć, podobnie jak grupa otaczających ich, podsłuchujących studentów.
— Hm — nauczycielka wydała cichy, zaskoczony odgłos i pokiwała głową. — W takim razie w porządku. Wciąż jednak nie polecam panu jakiegokolwiek zagłębiania się w wężomagię.
— Nawet gdybym chciał, nie miałbym takiej możliwości. W bibliotece nie ma o tym ani jednej książki — powiedział Harry, przewracając oczami. Zrobił parę kroków do przodu, wracając do swojej wcześniejszej pozycji i ponownie zaczęli tańczyć.
Nauczycielka wprowadziła w jego postawie kilka drobnych poprawek, oznajmiła, że ma bardzo duży potencjał i odeszła, by pomóc reszcie grupy.
Harry odszedł na bok i oparł się wygodnie o ścianę. Jego towarzysz dołączył do niego i zaczęli komentować w myślach to, jak idiotycznie wygląda większość jego kolegów z klasy w czasie tańca, kiedy mamrotali do siebie, potykając się na parkiecie.
O dziwo, ze wszystkich chłopców z czwartego roku najlepiej szło Neville'owi. Bliźniaki i Lee też całkiem nieźle sobie radzili, ale oni akurat byli na tyle pewni siebie, że nawet jeśli by coś spieprzyli, uznaliby to po prostu za dobry dowcip.
Większość dziewcząt irytowała się z powodu chłopców, z którymi utknęły na parkiecie, jednak wiele z nich także było zestresowanych i niepewnych, i same popełniały mnóstwo błędów.
— Co tutaj robisz sam? — Jego mentalną wesołość przerwał głos Hermiony, obrócił się więc, by zobaczyć, jak dziewczyna podchodzi i opiera się obok niego.
— McGonagall powiedziała, że dobrze sobie radzę i musi iść pomóc innym. A ty?
— Ron się zawstydził, więc teraz dąsa się i podpiera ścianę — oznajmiła, wskazując głowę na drugi koniec pomieszczenia.
Harry zachichotał.
— Tak, cóż, wygląda na to, że idzie mu dość żałośnie. Dziwi mnie, że w ogóle się tutaj pokazał — skomentował nieco złośliwie, zerkając na Hermionę. Wpatrywała się tęsknie w kilka wciąż tańczących par.
— Idziemy? — zapytał, wskazując na parkiet.
Przez chwilę wyglądała na zdziwioną jego propozycją, ale po chwili uśmiechnęła się nieśmiało i kiwnęła głową.
Harry ponownie zachichotał, kręcąc głową, po czym odepchnął się od ściany i poprowadził ją na parkiet.
Dziwnie tańczyło się z Hermioną, chociaż nie aż tak dziwnie, jak z opiekunką Gryffindoru, dlatego też szybko przestała peszyć go cała sytuacja.
Ich ruchy początkowo były nieco skrępowane, ale po chwili Potterowi udało się złapać rytm. Dzięki jego zaskakująco imponującej umiejętności prowadzenia Hermiona równie szybko odnalazła się w tańcu. Kiedy oboje poczuli się już komfortowo, Harry postanowił nawiązać rozmowę. Wiedział, że kiedy będzie w towarzystwie Fleur, będzie ona najprawdopodobniej oczekiwać od niego jednoczesnego tańca i rozmawiania.
— Więc... podekscytowana tymi całymi tańcami? — zapytał, tak naprawdę nie za bardzo interesując się odpowiedzią.
Uśmiechnęła się niepewnie i skinęła głową.
— Właściwie myślę, że tak.
— Ktoś cię już zaprosił? — zaciekawił się. Zastanawiał się, czy może Ron... ale szybko odrzucił tę myśl. Ron był zdecydowanie zbyt gruboskórny, by zdać sobie sprawę z tego, że Hermiona rzeczywiście jest dziewczyną.
Panna Granger zarumieniła się lekko, a jej uśmiech się poszerzył. Kąciki ust Harry'ego uniosły się.
— Ach, więc jednak? Ktoś, kogo znam?
Przygryzła wargę, jakby poważnie zastanawiała się nad tym, czy mu odpowiedzieć. Nie za bardzo mógł sobie wyobrazić, czemu miałaby chcieć ukrywać przed nim tę informację i zastanawiał się, czy przypadkiem się jej nie wstydziła. Sięgnął i wydobył z siebie kolejną falę magii, przygotowując się do kolejnej próby bezróżdżkowego czytania w myślach. Moc sprawiła, że jego żołądek skręcił się, a on sam poczuł lekki zawrót głowy. Niemal potknął się, gdy potężna fala magii otoczyła go, ale udało mu się opanować zanim kompletnie zgubił rytm.
Hermiona przyglądała mu się, marszcząc z zaciekawieniem brwi, wyraźnie zdziwiona jego nagłym potknięciem i dziwnym, przyspieszonym oddechem. Kiedy nawiązali kontakt wzrokowy, wślizgnął się do jej umysłu i zaczął przeglądać wspomnienia. Zagłębił się znacznie bardziej, niż ośmieliłby się w przypadku opiekunki swojego domu, jako, że miał pewność, że dziewczyna niczego nie zauważy. W końcu natrafił w jej myślach na obraz Wiktora Kruma otoczonego bibliotecznymi półkami zapełnionymi książkami. Mówił swoją łamaną angielszczyzną i wyglądał na nieco skrępowanego i zdenerwowanego — coś, co było raczej dość rzadko spotykane u wiecznie pewnego siebie Bułgara. Z chaotycznego wspomnienia udało się Harry'emu wychwycić słowa „Bal Bożonarodzeniowy" i zobaczyć, jak Hermiona rumieni się i kiwa głową, a na jej ustach pojawia się szeroki uśmiech.
Wyszedł z jej umysłu i zamrugał zaskoczony.
Z pewnością nie...? Krum? Naprawdę! — Harry prawie się roześmiał.
— Myślę, że wolę zachować to dla siebie, jeśli nie masz nic przeciwko — powiedziała Hermiona z tajemniczym uśmieszkiem.
Potter zachichotał i wzruszył ramionami.
— W porządku. Ani słowa — odparł żartobliwym tonem, nadal próbując dojść do siebie po szoku spowodowanym swoim odkryciem.
Wiktor Krum! Z Hermioną! Ha!
Usłyszał, jak jego towarzysz również zarechotał z tyłu jego umysłu.
— A co z tobą? Jest ktoś, kogo chciałbyś zaprosić? — zapytała, unosząc ramiona i przyjmując nieco bardziej zdecydowaną postawę.
— Właściwie to już kogoś zaprosiłem. Tyle, że ona ma mnóstwo innych ustawiających się w kolejce chętnych, więc powiedziała, że da mi znać, jak kogoś wybierze — dokończył ze śmiechem.
— Och? Kto?
— Fleur — odparł z szerokim, wesołym uśmiechem. Hermiona wyglądała na oszołomioną.
— Zaprosiłeś Fleur! — Najwyraźniej było to dla niej jeszcze bardziej szokujące, niż dla niego jej randka z Krumem.
Przytaknął i roześmiał się lekko.
— Tak. Tego ranka, kiedy McGonagall powiedziała nam o balu.
Wyraz twarzy Hermiony nagle stał się zmartwiony.
— Nie zrobiłeś z siebie głupka, prawda? — zapytała zduszonym szeptem.
Harry parsknął.
— Raczej nie. Tak naprawdę to ta cała sprawa z wilą nie za bardzo na mnie działa. To całkiem zabawne, kiedy inni faceci robią z siebie przed nią bredzących idiotów.
Hermiona zmierzyła go sceptycznym spojrzeniem.
— Jeśli ta cała „sprawa z wilą" na ciebie nie działa, to dlaczego ją zaprosiłeś?
— Szczerze mówiąc pomyślałem, że to byłoby zabawne. To znaczy, durzy się w niej cała męska populacja tej szkoły. Śmiesznie byłoby, gdyby zabrał ja na imprezę jedyny facet, który nie ma obsesji na jej punkcie. Ponadto stwierdziłem, że spędzenie czasu z kimś, kto jest w stanie mówić w jej towarzystwie, a nie tylko przez cały czas ślinić się jak idiota, pewnie będzie dla niej miłą odmianą.
Hermiona wpatrywała się w niego z niedowierzaniem.
— Więc nie durzysz się w niej? — powtórzyła sceptycznie.
Harry zachichotał i potrząsnął głową.
— Ani trochę.
— Ale... cóż, dlaczego? To znaczy, ja nie rozumiem, o co w tym wszystkim chodzi, oczywiście, ale ja jestem dziewczyną. Z tego, co wiem, to bardzo potężna magia, którą tylko nieliczni są w stanie przezwyciężyć. Aura wili przyciąga facetów tak jak światło przyciąga ćmę. To dlatego wszyscy chłopcy zachowują się przy niej tak głupio. Dlaczego ciebie miałoby to nie dotyczyć?
Harry otworzył usta, by odpowiedzieć, ale z jakiegoś powodu zrezygnował. Po raz pierwszy od czasu, kiedy Ron i Hermiona porzucili go po Halloween, poważnie rozważał zwierzenie się jej.
Kiedy wyjaśnienie przemknęło przez jego umysł nagle był zupełnie pewien, że jest ono prawdziwe i niemal roześmiał się, kiedy zrozumienie uderzyło w niego z pełną mocą. Nie zrobił tego jednak, spojrzał natomiast Hermionie w oczy, uśmiechając się delikatnie.
— Szczerze?
Przytaknęła, zachęcając, by kontynuował.
Westchnął, ale na jego ustach wciąż błąkał się lekki, zrezygnowany uśmiech.
— Szczerze... nie sądzę, żeby podobały mi się dziewczyny.
Hermiona zamrugała, wyraźnie zmieszana.
— Nie sądzisz, żeby... — zaczęła, ale jej usta otworzyły się nagle z zaskoczenia, kiedy zrozumienie pojawiło się w jej oczach. — Masz... masz na myśli, że podobają ci się...
— Faceci? Tak... myślę, że tak — odparł z wyjątkową szczerością, wzruszając ramionami.
— Och... och, Harry — wydusiła Hermiona, zatrzymując się i spoglądając w jego zielone oczy. — Jak długo o tym wiesz? — zapytała zduszonym głosem.
Wzruszył ramionami, opuszczając nieco głowę.
— Sam nie wiem... niezbyt długo. Myślę, że dopiero teraz zaczęło to do mnie docierać. Chociaż sądzę, że część mnie wiedziała już o tym znacznie dłużej, niż przez ostatni miesiąc.
— Tylko miesiąc? — zapytała, wyraźnie zaskoczona. Harry zaśmiał się.
— Tak, cóż, wcześniej w ogóle nie myślałem zbyt wiele o związkach. Zawsze byłem zbyt zajęty utrzymywaniem się przy życiu, albo spędzaniem wakacji z mugolami, zamknięty we własnym pokoju. Nie ma się zbyt wielu okazji na zastanawianie się nad samym sobą, kiedy każdy moment spędza się na wykańczającej pracy fizycznej.
Hermiona wyglądała, jakby zamierzała coś powiedzieć, ale przerwała i skrzywiła się w reakcji na jego słowa. Przez chwilę zdawała się zastanawiać nad ich znaczeniem, aż w końcu potrząsnęła głową, odpuszczając i wracając do tematu.
— Więc... więc zorientowałeś się, kiedy Ron i ja...
— Kiedy przestaliście ze mną rozmawiać? Tak. Gdy zostaje się całkowicie samemu ma się mnóstwo czasu na myślenie o pewnych sprawach.
Hermiona opuściła głowę, mając chociaż na tyle przyzwoitości, by wyglądać na całkowicie zawstydzoną.
— Przepraszam, że musiałeś przechodzić przez to sam, Harry — wyszeptała smutno. — Byłam taka głupia...
— Tak... byłaś — skwitował. Spojrzała na niego oczami wypełnionymi smutkiem i poczuciem winy.
— Czy kiedykolwiek mi wybaczysz, Harry?
Nie. Nigdy.
— Oczywiście — zapewnił lekko z delikatnym, pocieszającym uśmiechem. — Wszystko w porządku. Między nami też, Hermiono.
— Naprawdę? — zapytała z nadzieją, uśmiechając się do niego z większą radością, niż się tego spodziewał. Kiedy przytaknął, dziewczyna objęła go, przygarniając do uścisku.
Harry natychmiast zesztywniał, walcząc z chęcią ucieczki. To, co czuł, kiedy go przytulała wcale nie było przyjemne Ani trochę. Było zupełnie inaczej, niż wtedy, kiedy przytulał go jego towarzysz. W jej objęciu nie było żadnego uczucia, które powodowałoby, że czułby się jak w domu. Jedynie nieprzyjemny dyskomfort. Ale wiedział, że musi wytrzymać, jeśli chce naprawić swoje publiczne relacje z nią i Ronem. Ludzie staną się mniej podejrzliwi, jeśli znowu zacznie się z nimi pokazywać. A jemu znacznie ułatwiłoby to życie.
Teraz zbyt uważnie był przez wszystkich obserwowany, co było denerwujące. Słyszał ich szepty; to, że oddalił się od swoich dawnych przyjaciół tylko podsycało falę spekulacji o tym, że staje się „mroczny".
W końcu Hermiona uwolniła go i cofnęła się, czerwieniąc się lekko. Posłała mu uśmiech, a jej twarz wręcz promieniała od ulgi i radości.
— Dziękuję, Harry — powiedziała miękko.
— Za co?
— Za to, że dałeś mi kolejną szansę.
— No jasne. W końcu jesteśmy przyjaciółmi, nie? Nie mógłbym się wiecznie na was gniewać.
Uśmiechnęła się jeszcze szerzej, opuszczając lekko głowę. Wydała z siebie ciche westchnienie ulgi.
Proste. Co prawda teraz znów będzie musiał zacząć z nimi regularnie rozmawiać, a z całą pewnością nie było to coś, na co czekał z utęsknieniem. Harry'emu tylko częściowo udało się powstrzymać od warknięcia ze złości.
