ROZDZIAŁ 4

Tłumaczyła Midnightesse [/u/4071010]. Betowała Panna Mi [/u/2693969/].

— Kurcze, Harry! Jak to zrobiłeś? — zapytał Ron, kiedy we trójkę opuszczali klasę Obrony, kierując się w stronę schodów. Był wtorek i wreszcie skończyli wszystkie zajęcia.

— Co zrobiłem? — zapytał Harry, nie będąc do końca pewnym, które „to" rudzielec miał na myśli. Sądził, że Ron nie był świadomy większości rzeczy, które jego przyjaciel robił przez ostatnią godzinę.

— To... to... to, co zrobiłeś! Co to było?

— Ron, naprawdę nie mam pojęcia, o czym mówisz — Potterowi z trudem przyszło zamaskowanie irytacji w swoim głosie.

— Harry, myślę, że Ronowi chodzi o niewerbalne zaklęcie, którego użyłeś i które sprawiło, że twój ćwiczebny manekin rozpadł się — wyjaśniła Hermiona, zerkając na niego podejrzliwie zmrużonymi oczami.

— Och... to? — odparł Harry. To z pewnością nie było najtrudniejsze zaklęcie, jakiego użył dzisiaj na lekcji, chociaż był całkowicie pewny, że nikt nie zwrócił uwagi na te bardziej interesujące.

Tym razem wszyscy zostali postawieni naprzeciw zaczarowanego manekina, który rzucał na nich przypadkowe zaklęcia. Moody kazał im unieszkodliwić go tak szybko i efektywnie, jak to tylko możliwe, nie zostając przy tym trafionym. Harry uważał, że poradził sobie całkiem nieźle. Jego zaklęcie już przy pierwszej próbie uderzyło w manekin, unieszkodliwiając go całkowicie. Zdecydowanie efektywnie.

Dopiero później zaczął być bardziej kreatywny i zdecydował się używać w klasie nieco bardziej... subtelnej magii.

Był znudzony, gdyż jako pierwszy poradził sobie z zadaniem. Opierał się o ścianę z tyłu sali, obserwując jak jego koledzy z klasy raz za razem próbują trafić w ledwo poruszający się obiekt, nie będąc w stanie przebić się przez słabe osłony swoich manekinów. To było naprawdę żałosne. Zaczął więc bawić się z nimi, wysyłając tu i tam pomniejsze klątwy i zaklęcia, ot tak, dla rozrywki. Były subtelne, skomplikowane i nikt nawet nie był świadomy ich istnienia, co sprawiało mu niesamowitą frajdę.

Ale Ron nie był podekscytowany subtelną magią Harry'ego. Nie zauważyłby żadnego z tych zaklęć nawet, gdyby Potter wykonał je trzymając różdżkę centralnie przed jego nosem. Nie. Ron nigdy nie potrafił docenić subtelności. Był podekscytowany tylko tym głupim zaklęciem, którego użył na samym początku lekcji. Harry ledwo powstrzymał się od przewrócenia oczami.

— Tak, to — powiedziała Hermiona niemal oskarżającym tonem. — Co to było, Harry? Gdzie u licha nauczyłeś się czegoś takiego?

— Ee... przeczytałem o tym w jakiejś książce. Nie pamiętam w jakiej — odparł, wzruszając lekceważąco ramionami. Prawda była taka, że jego towarzysz szepnął mu o nim tydzień wcześniej, kiedy szukał zaklęć i klątw, które mógłby przećwiczyć w ramach przygotowań do turnieju. Wciąż nie wiedział na czym będzie polegało następne zadanie, ale klątwy zawsze się przydawały.

— Nie słyszałem, żebyś cokolwiek powiedział rzucając je — zauważył Ron, a w jego głowie słychać było podziw. — Naprawdę rzuciłeś je nie wypowiadając ani jednego słowa!

Hermiona prychnęła, zniecierpliwiona.

— Na Merlina, Ron! Harry przez ostatni miesiąc prawie wszystkie zaklęcia rzuca niewerbalnie! Nie mów, że nie zauważyłeś!

— Naprawdę! — zawołał Weasley, gapiąc się na kolegę.

— Ee... Tak, Ron. — Nie dość, że głupi, to jeszcze mało spostrzegawczy — pomyślał Harry, przewracając oczami. Jego towarzysz wybuchnął śmiechem, przez co Potterowi bardzo trudno było zachować kamienną twarz.

— Jak się tego nauczyłeś! — wrzasnął rudzielec.

— Nauczyłem się tego, kiedy na własną rękę musiałem ćwiczyć zaklęcia, no wiesz... do pierwszego zadania — oznajmił raczej zirytowanym tonem. Uszy Rona zrobiły się różowe i przeniósł on wzrok na swoje stopy.

— Więc co to było za zaklęcie? — zapytała Hermiona, patrząc na niego wyczekująco. — To, którego użyłeś dzisiaj na Obronie.

Harry zacisnął szczękę ze złości, usiłując powstrzymać się przed powiedzeniem jej, że to nie jej cholerny interes. Zamiast tego wziął głęboki oddech, utrzymując na twarzy znudzoną maskę.

— Nazywa się distraxi — odparł, kiedy miał pewność, że jest w stanie utrzymać gniew z dala od swojego głosu. Hermiona zmarszczyła brwi.

— Nigdy o nim nie słyszałam.

Tym razem Harry nie był już w stanie powstrzymać się od przewrócenia oczami.

— Najwyraźniej — rzucił z sarkazmem.

Znajdowali się na pierwszym piętrze, kierując się powoli w stronę Sali Wejściowej.

— Więc co to dokładnie za zaklęcie? — dziewczyna nie dawała za wygraną. — To znaczy, co ono robi?

Wewnątrz kieszeni szaty dłoń Harry'ego zacisnęła się w pięść tak mocno, że aż jego knykcie pobielały, ale udało mu się zachować spokój.

— To zaklęcie rozpuszczające, Hermiono. Dosłownie oznacza „rozłożyć na kawałki". — Szczerze mówiąc to wcale nie było zaklęcie. To była klątwa. Ale wiedział, że dziewczyna robiłaby tylko więcej problemów, gdyby Harry to przyznał.

— No dobrze, ale jakie są jego ograniczenia? Z pewnością nie dałoby się użyć tego zaklęcia przeciwko... przeciwko człowiekowi, prawda? Mieliśmy ćwiczyć czary, które pomogą nam, gdy ktoś nas zaatakuje, Harry. Nie dałoby się rzucić tego zaklęcia na człowieka, prawda?

Potter zatrzymał się i spojrzał na nią. Jego twarz w większości była pozbawiona wyrazu, ale widać było na niej wyraźne ślady irytacji. Zmrużył oczy, a jego brwi nieco się obniżyły.

— Zadanie brzmiało: unieszkodliwić manekina, nie zostając trafionym jednym z jego zaklęć. Trudność polegała na tym, żeby przebić się przez bariery manekina i rozbroić go. Zrobiłem to. Koniec historii.

— Cóż, tak, ale czy nie powinieneś znaleźć sposobu, który mógłbyś użyć również w prawdziwej walce? Zaklęcie, które zastosowałeś może powstrzymać manekina, ale nie mógłbyś użyć go przeciw prawdziwej osobie... prawda? Co by się stało, gdyby rzucić to zaklęcie na osobę?

— Co dokładnie sugerujesz? — zapytał znudzony.

— Cóż, po prostu wydaje się ono nieco... destrukcyjne, to wszystko. Jesteś pewny, że to zaklęcie? Wygląda mi bardziej na klątwę, Harry. Zwłaszcza, że z taką łatwością pokonało osłony...

— A diffindo nie jest destrukcyjne? I bombarda? Albo confringo? — zadrwił.

— O co ci chodzi? — zapytała Hermiona, przybierając nieco obronną postawę.

Chodzi mi o to, że wszystkie te zaklęcia są neutralne i znajdują się w standardowym hogwarckim programie nauczania Obrony, a wszystkie są raczej destrukcyjne. Cholerna bombarda jest nauczana na zajęciach! Nie rozumiem dlaczego zaklęcie, którego użyłem miałoby być od nich gorsze!

— Bombardy uczy się dopiero na szóstym roku, Harry!

— Używałaś jej w zeszłym roku! — wypomniał.

— No tak, ale czytałam o niej! Zresztą, nie odpowiedziałeś na moje pytanie. Co by się stało, gdybyś rzucił to zaklęcie na żywą osobę?

Oczy Harry'ego zwęziły się, kiedy wpatrywał się zimno w brunetkę.

— Stałoby się dokładnie to samo, co stało się z manekinem — wyszeptał szorstko.

Oczy Hermiony rozszerzyły się z przerażenia, a Harry po prostu odwrócił się i zaczął samotnie przemierzać korytarz. Hermiona stała w miejscu, ogłuszona, a wzrok Rona przeskakiwał między jego przyjaciółmi, po czym chłopak otrząsnął się i pospieszył za Harrym.

— Żartujesz, stary, prawda? — zapytał, doganiając go. — To znaczy... to rozerwało manekina na kawałki i zamieniło w pył! W jakieś... pięć sekund! Nie mogłoby zrobić tego samego z człowiekiem... prawda?

Harry burknął sfrustrowany, zatrzymał się i odwrócił do „przyjaciela":

— Czy wiesz, dlaczego zaklęcie zabijające nazywa się właśnie zaklęciem zabijającym?

Ron zbladł, ale potrząsnął głową.

— Ponieważ to jest jedyna rzecz, jaką może robić. Zabić kogoś. Jest szybkie, bezbolesne, i to prawdopodobnie najbardziej humanitarny sposób w jaki można zabić człowieka. Czy wiesz jak wiele istnieje innych zaklęć, za pomocą których można zabić człowieka? Setki! Prawdopodobnie nawet tysiące, jeśli jest się wystarczająco kreatywnym. Można zabić człowieka podcinając mu gardło zaklęciem diffindo, albo za pomocą bombardy. Jeśli ktoś bardzo by się skupił i użył wystarczająco dużo mocy, prawdopodobnie byłby w stanie wysadzić człowieka w powietrze zaklęciem confringo! Cholera, można kogoś zabić nawet za pomocą ołówka, jeśli bardzo się tego chce! Tylko dlatego, że użyłem zaklęcia, które mogłoby również zostać użyte do zabicia kogoś nie oznacza, że to jedyny sposób jego użycia. Myślicie, że powinno się zakazać używania piór, bo można nimi dźgnąć kogoś w oko?

— Dobra, masz racje, po prostu to zaklęcie naprawdę wydaje się być mrocznym zaklęciem, Harry — wyszeptała Hermiona, kiedy również ich dogoniła i stanęła obok Rona. — To... po prostu czuć.

— Cóż, nie jest mroczne. Tak samo jak wszystkie inne jest neutralne, ponieważ można używać go w sposób, który nie ma nic wspólnego z żadną formą zabijania lub okaleczania — zaprotestował Harry. Oczywiście, tej klątwy nie można nazwać do końca neutralną... — przyznał w myślach. — Poza tym, uważasz, że byłbym tak głupi, aby używać czarnej magii w szkole? Podczas lekcji!

— A więc jednak jej używasz! — sapnęła Hermiona. Harry warknął ze złości.

— Nie! Oczywiście, że nie! — Cóż... może trochę... Ale z pewnością nie zamierzam tobie się do tego przyznać — poprawił się w myślach, a jego towarzysz słysząc to parsknął śmiechem.

— Cóż, mam taką nadzieję! To Obrona przez Czarną Magią, a nie lekcje Czarnej Magii!

— Na Merlina, ludzie! Nauczyłem się paru zaklęć spoza programu nauczania i nagle wszyscy zaczynają wariować, że staję się mrocznym czarodziejem!

— Po prostu nie potrafię zrozumieć, dlaczego miałbyś się uczyć czegoś takiego! — zawołała obronnie Hermiona.

— Hm... czy nazwa Turniej Trójmagiczny cokolwiek ci mówi, Hermiono? Wiesz, naprawdę wolałbym dożyć końca roku i zamierzam nauczyć się wszystkiego, co może mi w tym pomóc!

Hermiona otworzyła usta, ale po chwili zamknęła je, opuszczając wzrok na swoje stopy.

— Przepraszam, Harry. Masz rację.

— Dziękuję! — wysyczał gniewnie.

Hermiona westchnęła ciężko, po czym odwróciła się i cała trójka ponownie skierowała się w stronę Wielkiej Sali.

— Wiesz... ostatnio na zajęciach radzisz sobie naprawdę wspaniale — wyszeptała po chwili dziewczyna, przerywając niezręczną ciszę. Oczy Harry'ego zwęziły się, gdy zerknął na nią podejrzliwie, ale szybko zmienił wyraz twarzy na nieco bardziej zaskoczony.

— Ee... dzięki.

— Czy myślisz... myślisz, że mógłbyś nauczyć mnie paru niewerbalnych zaklęć? Albo pożyczyć mi książkę, z której się ich nauczyłeś?

Harry zamrugał zaskoczony.

— Eee... sam nie wiem, Hermiono. To nie tak, że nauczyłem się tego z książki, czy czegoś w tym stylu.

Hermiona zatrzymała się i zmarszczyła brwi, zdezorientowana.

— Więc jak się tego nauczyłeś?

— Po prostu... zacząłem to robić. To było coś w rodzaju... objawienia. Obudziłem się w pewien sobotni poranek i sporo nad tym myślałem, i... nie potrafię tego wytłumaczyć, ale w pewnym sensie zrozumiałem, jak pokierować swoją magią inaczej, niż zwykle to robiłem. To po prostu... samo przyszło. Chyba nie potrafiłbym wytłumaczyć tego komuś innemu.

— Och... w porządku — przytaknęła dziewczyna, chociaż wyglądała na nieco nachmurzoną.

Trio weszło do Wielkiej Sali, kierując się w stronę stołu Gryfonów. Harry przez większość posiłku starał się unikać jakichkolwiek rozmów. Ron i Seamus, którzy siedzieli naprzeciwko Harry'ego i Hermiony, zagłębili się w dyskusję o nadchodzącym meczu Quidditcha między Nietoperzami z Ballycastle a Armatami Chudleya. Hermiona wyjęła książkę i zaczęła czytać, a Harry był wdzięczny, że choć na chwilę zostawili go w spokoju. Wiedział, że nie potrwa to długo, ponieważ jego przyjaciele oczekiwali, że usiądzie wraz z nimi w Pokoju Wspólnym aby odrobić pracę domową.

Kończył właśnie posiłek, kiedy Ron zaczął się krztusić. Podniósł głowę i zobaczył, że szczęka rudzielca opadła tak nisko, że niemal dotykała stołu. Wyraz twarzy Seamusa był niemal identyczny.

Zamierzał właśnie zapytać, na co się tak gapią, kiedy poczuł jak ktoś kładzie dłoń na jego ramieniu. Obrócił się i ujrzał nikogo innego jak Fleur Delacour, stojącą tuż za nim.

Przez sekundę jego oczy rozszerzyły się, a usta uchyliły z zaskoczenia, po czym wziął się w garść, przywołując na twarz pewny siebie uśmiech i kiwając głową.

— Mademoiselle Delacour, cóż za przyjemność zobaczyć panią tego pięknego wieczoru — powiedział z udawaną powagą, kłaniając się zabawnie. Dziewczyna zachichotała i przewróciła oczami. Harry usłyszał jak Ron wydaje z siebie zduszony odgłos, ale zignorował go.

— Phoszę, 'arry. Mów mi Fleur — zaproponowała z uśmiechem.

— To będzie dla mnie zaszczyt — odparł, a na jego twarzy pojawił się uśmieszek. — Czemu więc zawdzięczam tę przyjemność? Czy podjęłaś już decyzję?

— Właściwie tak — oznajmiła, uśmiechając się jeszcze szerzej.

— Zamierzasz trzymać mnie w niepewności? Ponieważ powinnaś wiedzieć, że jestem absolutnie zdesperowany.

Roześmiała się.

— Jesteś naphawdę przeziabawny, 'arry. Mam nadzieję, że będziemy się 'ównie dobzie bawić na balu.

Harry uniósł pytająco brew.

— Czy to oznacza, że przyjmujesz moje zaproszenie?

Dziewczyna znów przewróciła oczami, chichocząc lekko.

— Tak, 'arry, pzijmuję.

— Doskonale — skwitował z promiennym uśmiechem.

— Dam ci znać, gdzie możesz po mnie pzijść, kiedy będzie nieco bliziej balu.

— Będę czekał z niecierpliwością

— Ja 'ównież — odparła z uśmieszkiem, odwracając się. — Do zobacienia, 'arry.

— Pa, Fleur.

Zwrócił się z powrotem w stronę stołu, chichocząc cicho, zadowolony z siebie. Kiedy uniósł głowę zobaczył, że cały stół Gryffindoru... i prawie wszyscy siedzący przy pozostałych stołach, gapią się na niego.

Twarz Rona była niemal tak czerwona jak jego włosy i wydawał z siebie dziwne, piskliwe odgłosy.

— Wszystko w porządku, Ron? — zapytał z udawanym zaniepokojeniem.

— Czy to było to, co wydaje mi się, że było? — zapytał z niedowierzaniem Seamus.

— A wydaje ci się, że co to było? — Harry uśmiechnął się.

— Ty... ty... zaprosiłeś Fleur Delacour na bal! — zawołał.

— Zgadza się — potwierdził Potter, wzruszając ramionami, jakby to nie było nic wielkiego.

— Kiedy!

— Eee... w zeszłym tygodniu. Zaraz po tym jak McGonagall go ogłosiła.

— Naprawdę!

— No... tak.

— I ona właśnie się zgodziła! — kontynuował z każdym słowem coraz głośniej Seamus. Harry roześmiał się i kiwnął głową.

— Tak, Seamus, zaprosiłem ją, a ona się zgodziła — powiedział powoli Potter, jakby mówił do małego dziecka.

Szczęka Rona w końcu wróciła na swoje miejsce, choć jego oczy wciąż były dziwnie rozszerzone. Harry pochylił się nad stołem i pomachał rudzielcowi ręką przed oczami.

— W porządku, stary?

— F... ff... fleu... — wybełkotał.

Harry przewrócił oczami i odwrócił się z powrotem do Seamusa.

— Więc, zaprosiłeś już kogoś?

— Och, tak. Zaprosiłem Lavender. Zgodziła się.

— Gratulacje, stary.

Seamus zaśmiał się nerwowo.

— Nie, Harry, jeśli komukolwiek powinno się pogratulować, to tobie. Nie mogę uwierzyć, że miałeś wystarczająco jaj, żeby zaprosić Fleur! Co więcej... nie mogę uwierzyć, że ona się zgodziła!

Harry roześmiał się.

— Czy naprawdę aż tak ciężko uwierzyć, że mógłbym umówić się na randkę?

— Nie o to chodzi, Harry. Po prostu to Fleur Delacour! A ty jesteś dopiero na czwartym roku!

— F... f... fl... fl... — mamrotał dalej Ron, głupkowato. Harry zachichotał.

— Tak, wiem. Myślę, że fakt, że jestem w stanie rozmawiać z nią bez jąkania się i ślinienia jak idiota znacznie zwiększył moje szanse.

Usta Rona zamknęły się natychmiast i rudzielec znów się zaczerwienił.

— Nie mam pojęcia jak to robisz, stary — powiedział przepełnionym podziwem głosem Seamus. — To znaczy... rozmawiałeś z nią z taką łatwością! Jak to możliwe, że potrafisz się przy niej normalnie zachowywać?

Harry wzruszył ramionami, po czym sięgnął po swoją torbę.

— Naprawdę, nie mam pojęcia. — Zerknął przelotnie na Hermionę, która szybko rzuciła mu wszechwiedzący uśmiech. Przewrócił oczami. — Lecę do Pokoju Wspólnego. Zobaczymy się później, dobra?

— Jasne. Do zobaczenia, Harry — odparła dziewczyna.

Podczas śniadania następnego ranka wraz z resztą poczty do Wielkiej Sali wleciała szara sowa, siadając na stole koło Harry'ego. Z rosnącym podekscytowaniem odwiązał pergamin od jej nóżki. Dał jej kawałek bekonu ze swojego talerza i szybko zagłębił się w treści listu.

— Od kogo to? — zapytał Ron z ustami pełnymi jedzenia. Harry musiał powstrzymywać się od skrzywienia, kiedy kawałek jajka wypadł z ust rudzielca i wylądował na stole.

Obrzydliwość...

Potrząsnął głową i skupił się ponownie na otrzymanym liście. To była odpowiedź z Apteki Pana Mulpeppera ze Śmiertelnego Nokturnu.

Przeczytał ją szybko, a na jego ustach pojawił się diabelski uśmieszek.

— Co to takiego, Harry? — zapytała Hermiona, zaglądając mu przez ramię. Skrzywił się, szybko zwijając pergamin, zanim dziewczynie udałoby się cokolwiek przeczytać. Zastąpił irytację niewinnym wyrazem twarzy.

— Zamówiłem parę rzeczy z apteki w Hogsmade, ale nie mieli wszystkich składników, więc poradzili mi napisać do innej, na Pokątnej. Mają wszystko, czego potrzebuję.

— Jakich składników? — drążyła zmieszana Hermiona, marszcząc brwi.

— Potrzebowałem trochę krwi Re'em.

— Po co, u licha! — zawołała dziewczyna, blednąc. Harry przewrócił oczami.

— Do eliksiru.

Dziewczyna skrzywił się lekko, zirytowana.

— Tak, Harry, domyśliłam się tego. Jaki eliksir próbujesz uwarzyć?

— Eliksir zwiększający siłę, do następnego zadania — skłamał gładko.

— W następnym zadaniu można stosować eliksiry? — zapytała z zaskoczeniem.

— Oczywiście. Po to dostaliśmy wskazówkę. Im szybciej odgadniemy, o co chodzi, tym więcej będziemy mieli czasu na przygotowanie.

— Och. To ma sens. Więc rozwiązałeś zagadkę?

— Mhmm — mruknął Harry raczej niezobowiązująco, nie przerywając jedzenia. — Kiedy tylko dojdą moje składniki, będę musiał spędzić trochę czasu w lochach.

— Pomożemy ci, stary — powiedział Ron. Potter niemal prychnął. Tak jakbym potrzebował twojejpomocy w eliksirach.

Nie, dzięki — rzucił lekko. — To do zadania, sam powinienem sobie z nim poradzić.

— Och... w porządku.

Harry uśmiechnął się z satysfakcją. To było zbyt proste.

Na dodatek miał teraz doskonałą wymówkę na to, aby spędzać czas w lochach na warzeniu eliksirów bez wzbudzania nadmiernych podejrzeń. Zawsze mógł też powiedzieć, że warzenie tych wywarów zajmuje mnóstwo czasu i dzięki temu zdobyć możliwość częstszego unikania przyjaciół.

Następnego dnia apteka z Hogsmeade dostarczyła mu małą paczuszkę niesioną przez dwie brązowe sowy. Dwa dni później ze Śmiertelnego Nokturnu przybyło pudełko zawierające jaja Widłowęża i krew Re'em. To był ostatni dzień semestru, podczas którego odbywał się egzamin z eliksirów.

Wiedział, że byłoby mu o wiele łatwiej, jeśli udałoby mu się zyskać pozwolenie na korzystanie z laboratorium w czasie przerwy świątecznej, niż gdyby miał się do niego przekradać lub pracować w jakimś gorzej do tego przystosowanym miejscu. Z tego też powodu zdecydował się poprosić o to Snape'a zaraz po zajęciach.

Egzamin był zaskakująco łatwy. Harry był pewny, że odpowiedział na większość pytań teoretycznych i biorąc pod uwagę, że w części praktycznej nie miał partnera, dzięki czemu sam mógł ją wykonać, był w stanie uwarzyć eliksir nie doprowadzając do jego wybuchu. Skończył swój test jako czwarty, zaraz po Malfoyu, Daphne Greengrass i Hermionie, ale jego eliksir wyglądał lepiej, niż ten uwarzony przez Ślizgonkę. Nigdy nie oczekiwałby, że mogłoby mu pójść na eliksirach lepiej niż Malfoyowi i Hermionie.

Niestety tego dnia na zajęciach był tylko egzamin, co oznaczało, że kiedy go skończył nie miał nic do roboty aż do momentu, w którym cała reszta klasy odda swoje testy. Wszyscy inni opuszczali salę natychmiast po wykonaniu wszystkich zadań, dlatego kiedy Potter usiadł z tyłu klasy po oddaniu próbki swojego eliksiru i pergaminu, Ron posłał mu raczej zdezorientowane spojrzenie.

Już po paru minutach Harry był całkowicie znudzony, sięgnął więc do swojej torby i wyciągnął z niej książkę do eliksirów z Działu Ksiąg Zakazanych.

Zamierzał uwarzyć dwa nie — zakazane wywary: eliksir wzmacniająco — odżywczy oraz odbudowujący mięśnie i kości.

Jednakże, oba te eliksiry wymagałyby przyjmowania ich codziennie przez lata, by osiągnąć taki efekt, jakiego oczekiwał Harry. Powoli i stopniowo naprawiałyby szkody, które wywołały w nim lata niedożywienia.

Trzeci eliksir — ten, który znalazł w jednej z zakazanych ksiąg — był eliksirem przyspieszającym, wynalezionym przez czarodzieja, który podobnie jak on uważał, że osiągnięcie zamierzonego efektu za pomocą dwóch pozostałych eliksirów i wielu innych do nich podobnych wywarów zajmuje zdecydowanie za dużo czasu. Miał przyspieszyć cały proces i zwiększyć jego efektywność.

Wciąż musiał jednak uwarzyć wystarczająco dużą ilość dwóch pierwszych eliksirów, aby mógł przyjmować je codziennie, chociaż na szczęście tylko przez dwa miesiące, zamiast przez kilka lat. Eliksiru przyspieszającego miał wypić osiem dawek, jedną na tydzień, a zaraz po przyjęciu ostatniej miał pozostać w łóżku przez dwanaście godzin, nie będąc przez nikogo niepokojonym, ponieważ proces czasem bywał bolesny, a poza tym i tak nie byłby w stanie się w tym czasie ruszać.

Musiał zrobić to w piątek albo w sobotę w nocy i wymyślić jakąś odpowiednią wymówkę, żeby utrzymać swoich przyjaciół z daleka. Oczywiście musiał też wymyślić, gdzie zamierza to wszystko przeczekać. Wciąż czekało go sporo pracy.

Harry zaczął przekartkowywać ostatnie rozdziały książki. Wywary i Rytuały Permanentnych Usprawnień, autorstwa Scaliei Vanity. Była fascynująca. Wszystko, co znajdowało się w tej książce było takie... cóż, permanentne. Rytuały wzmacniające pamięć, eliksiry dodające siły fizycznej, wywary poprawiające zdolności poznawcze.

Musiał przyznać, że wiele z nich było bardzo kuszących. Zwykle miewały jednak zbyt oczywiste efekty uboczne, by mógł zaryzykować zażycie ich w szkole. Być może pomyśli nad tym kiedy skończy edukację.

Oczywiście eliksiry, które planował wziąć również powodowały widoczne, zauważalne zmiany. Miał nadzieję, że uda mu się wytłumaczyć je pracowaniem nad kondycją do turnieju.

Spojrzał z powrotem na książkę. Było tam kilka rzeczy, których zdecydowanie chciał kiedyś spróbować. Pomyślał, że przydałaby mu się jej kopia, ale książka chroniona była zaklęciem prawa autorskiego. Zastanawiał się, czy po prostu jej nie zatrzymać. Właściwie nie „wypożyczył" jej, więc nikt nie wiedział, że była w jego posiadaniu. Podejrzewał jednak, że wszystkie książki z biblioteki były obłożone jakimś czarem, który nie pozwalał na wyniesienie ich poza teren szkoły.

Napisz do... wydawcy...

Harry zamrugał, po czym przewrócił oczami karcąc się w duchu, że sam na to nie wpadł. Otworzył na stronie tytułowej w poszukiwaniu jakichkolwiek informacji o wydawcy. Wyciągnął kawałek pergaminu, by zapisać nazwisko.

Jasper Beech; Wydawnictwo Crespus

Mógł napisać list z zapytaniem, czy jest możliwość kupienia książki bezpośrednio od nich, gdy tylko załatwi już sprawę ze Snapem.

O wilku mowa... Harry rozejrzał się po pomieszczeniu, dostrzegając, że w klasie pozostali tylko Goyle i Lavender Brown. Eliksir żadnego z nich nie wyglądał obiecująco i chłopak wątpił, żeby Snape miał na tyle cierpliwości, by czekać aż skończą.

Nie chcąc marnować swojego czasu, zabrał się za pisanie listu do wydawcy. To nie było trudne. Pytanie o konkretną książkę i o to, czy istnieje możliwość kupienia jej prosto od wydawnictwa, a jeżeli takiej nie było, to z kim zamiast tego powinien się skontaktować. Podpisał list tym samym pseudonimem, którego użył pisząc do apteki, Notechus Noir, zawinął go i umieścił pod okładką książki.

Uniósł wzrok z samą porę, by zobaczyć jak Snape zmierza wściekle w stronę Goyle'a i Lavender. Warknął do nich, żeby przelali do butelki tyle, ile udało im się zrobić i oddali testy. Harry wrzucił swoje rzeczy do torby i poczekał, aż dwoje uczniów opuści pomieszczenie.

Kiedy tylko drzwi do klasy eliksirów zamknęły się za Goylem, Snape natychmiast przeniósł wzrok na Harry'ego.

— Potter — wysyczał groźnie. — Co ty jeszcze tutaj robisz?

— Muszę uwarzyć kilka eliksirów do drugiego zadania. Planowałem zrobić to podczas przerwy świątecznej i pomyślałem, że mógłbym użyć jednego z laboratoriów — wyjaśnił szybko Harry, przechodząc od razu do sedna sprawy. Wiedział, że przeciąganie tego tylko jeszcze bardziej zirytuje Snape'a.

Oczy Mistrza Eliksirów zwęziły się, kiedy wpatrywał się podejrzliwie w Harry'ego.

— I koniecznie potrzebujesz do tego akurat jednej z moich klas? — prychnął, brzmiąc raczej sceptycznie.

— Cóż... przydałoby mi się miejsce, gdzie będzie cicho, będę mógł się skoncentrować i nikt nie będzie cały czas dyszał mi w kark. Wolałbym również zrobić to w odpowiednio wyposażonym laboratorium niż w przypadkowej, pustej klasie. Chciałbym jednak najpierw dostać od pana pozwolenie i upewnić się, że nie sprawi to panu kłopotu.

Usta Snape'a wykrzywiły się pogardliwie.

— Jakże to do ciebie niepodobne, Potter, branie pod uwagę potrzeb innych ludzi i zasad podczas dążenia do swoich własnych korzyści.

Wewnątrz Harry przewrócił oczami, jednak na zewnątrz zachował całkowicie pozbawioną emocji maskę.

— Zgadza się pan, w takim razie?

Oczy nauczyciela znów się zwęziły, kiedy wpatrywał się w ucznia krytycznie, po czym skinął lekko głową.

— Możesz użyć laboratorium B. Będzie puste przez całe święta.

— Dziękuję, sir — powiedział, unosząc lekko kącik ust. — Naprawdę to doceniam.

Snape wyglądał na zdegustowanego tym przedstawieniem i natychmiast kazał mu się wynosić.

Harry'emu nie trzeba było tego drugi raz powtarzać; szybko opuścił lochy, kierując swe kroki w stronę sowiarni. Jeśli będzie miał szczęście, uda mu się wysłać list, zanim złapią go Ron albo Hermiona i nie będzie musiał kłamać, do kogo i w jakiej sprawie pisze.

Następnego dnia była sobota i zaraz po lunchu Harry wymigał się od towarzysza Rona i Hermiony, tłumacząc, że zamierza zabrać się za warzenie eliksirów i do końca dnia będzie raczej nieosiągalny.

Wrzucił wszystkie składniki do jednego pudełka i wraz z potrzebnymi przyrządami zabrał je na dół do laboratorium B.

Uwarzenie pierwszego eliksiru zabrało mu całe popołudnie i część wieczoru. Kiedy skończył, wyczarował drewniane pudełko z przegródkami i cztery tuziny małych, szklanych fiolek. Ostrożnie odmierzył do każdej z nich po jednej dawce.

Odłożył na bok wszystkie przyrządy i pudełko pełne eliksiru, a następnie zaczął sprzątać swoje miejsce pracy. Rzucił szybkie, pomniejszające zaklęcie na pudło, po czym otoczył je ochronną barierą, wrzucił do torby i opuścił lochy.

Kiedy skończył był kompletnie wykończony i udał się prosto do łóżka.

Kolejny dzień przebiegł podobnie. Uwarzył eliksir odbudowujący mięśnie i kości, co zajęło mu równie wiele czasu, co przygotowanie poprzedniego. Wyczarował kolejne pudełko wraz z dużą ilością szklanych fiolek — tym razem nieco większych, ponieważ pojedyncza dawka tego wywaru była większa.

Nadszedł poniedziałek i Harry wziął pierwszą dawkę obu eliksirów. Żaden z nich nie smakował dobrze, ale nie były tak ohydne jak niektóre lekarstwa, które musiał przez lata przyjąć pod opieką pani Pomfrey.

Bal Bożonarodzeniowy miał się odbyć w piątek, więc Harry planował przyjąć pierwszą dawkę eliksiru przyspieszającego w sobotnią noc lub niedzielny poranek. Najpierw jednak musiał go uwarzyć. Wiedział, że zajmie mu więcej czasu niż poprzednim razem, więc odłączył się od Rona i Hermiony od razu po śniadaniu. W połowie posiłku podleciała do niego sowa z katalogiem wysyłkowym przywiązanym do nóżki. Harry uwolnił ptaka od ciężaru, częstując go kiełbaską.

Po bliższych oględzinach Harry odkrył, że został on wysłany przez Wydawnictwo Crespus, z którego pochodziła jego książka o eliksirach. Uśmiechnął się po przeczytaniu krótkiej notki od właściciela, pana Jaspera Beecha, dołączonej do przesyłki. Treść listu informowała, że książka, której kupnem jest zainteresowany, posiada nowe, dostępne wydanie oraz że może zamówić je bezpośrednio u nich za pośrednictwem usługi wysyłkowej. Wszystkie szczegóły znajdowały się w katalogu.

Harry wrzucił przesyłkę do torby, informując Rona i Hermionę, że dziś znowu będzie pracował nad wywarem. Ron pomarudził trochę o tym, że jego kumpel marnuje całe ferie na cholerne eliksiry, a Hermiona upewniła jedynie, że kiedy już skończy z warzeniem eliksirów, znajdzie również czas na odrobienie prac domowych.

Harry'emu ledwo udało się odejść nie rzucając jakiejś kąśliwej uwagi, po czym skierował się z powrotem do lochów.

Nie był w stanie opisać tego, jak wdzięczny był za towarzystwo, jakie zapewniał mu jego mroczny przyjaciel podczas warzenia. Była to niesamowicie subtelna i skomplikowana czynność, szczerze powiedziawszy grubo przekraczająca poziom umiejętności Harry'ego. Ale jego towarzysz miał do tego wystarczająco dużo cierpliwości i dawał Potterowi rady dokładnie wtedy, kiedy ten ich potrzebował.

Podczas przerw w dodawaniu składników i mieszaniu, Harry siadał na stole, przeglądając katalog.

Niemal natychmiast stało się dla niego oczywiste, że Wydawnictwo Crespus specjalizowało się w podejrzanych książkach, o podejrzanej tematyce. Jednak kilka z tych „podejrzanych" tematów sprawiało, że w oczach Gryfona pojawiło się podekscytowane i zaciekawione iskierki.

Przygryzł koniuszek pióra, tocząc ze sobą wewnętrzną walkę. Po chwili na jego ustach pojawił się niebezpieczny uśmieszek i zachichotał, przykładając pióro do pergaminu i zaznaczając pozycje, które chciał zamówić.

Było ich kilka.

Skończył krótko przed obiadem. Eliksir był pół — przezroczysty, ze srebrnawym osadem. Za pomocą chochli przelał go do ośmiu słoiczków. Wystarczyło mu patrzenie na niego, by być przekonanym, że w smaku będzie ohydny, ale, ku jego zaskoczeniu, pachniał całkiem przyjemnie. Trochę jak bez.

Uprzątnął laboratorium, spakował przyrządy i skierował się do Wieży Gryffindoru. Schował swoje rzeczy do kufra, po czym wyjął z torby swoje zamówienie i pobiegł w stronę sowiarni.

Reszta tygodnia minęła dość spokojnie. Każdego ranka przyjmował kolejną dawkę dwóch pierwszych eliksirów, a przez resztę dnia przebywał w Pokoju Wspólnym, czytając albo po prostu leżąc na łóżku i spędzając czas ze swoim towarzyszem.

Niemal cała przestrzeń jego umysłu została już zajęta przez szarą strefę. Również czarna mgła zajmowała prawie jedną czwartą jego powierzchni, dzięki czemu jego towarzysz miał zdecydowanie więcej miejsca. Harry odkrył, że może przekształcić rozmazany, ciemny kształt, na którym zwykł odpoczywać, w co tylko zechciał, zmienił go więc w wielką, czarną, skórzaną kanapę.

Wszystko działo się oczywiście w jego głowie i fakt, że miał tam kanapę, na której mógł leżeć, nie dawał mu żadnej prawdziwej przyjemności. Lubił ją jednak i uważał za swego rodzaju luksus, więc zachował ją.

Poza tym podobał mu się widok siebie i swojego towarzysza zwiniętych razem na wielkiej kanapie. Skóra była chłodna i przyjemna w dotyku — nawet jeśli miał świadomość, że była jedynie jego wyobrażeniem.

Najwyraźniej na początku tygodnia Ron w jakiś sposób uraził Hermionę, chociaż Harry nie był obecny przy całym incydencie i nie znał jego szczegółów. Wiedział tylko, że rudzielec nagle zdał sobie sprawę, że Hermiona jest dziewczyną i z całkowitą desperacją zaprosił ją na bal, insynuując zarazem, że nie brał nawet pod uwagę, by mogła mieć już innego partnera. Zachował się również jak nietaktowny idiota zauważając, że pójście na bal samemu jest dość żenujące dla chłopaka, ale o wiele gorsze w przypadku dziewczyny.

Po tym wszystkim Hermiona przestała się do niego odzywać.

Trochę później tego samego dnia Rona zaczęła tak przerażać perspektywa pojawienia się na balu bez partnerki, że po prostu spanikował i zaprosił pierwszą dziewczynę, na którą wpadł — czyli Parvati Patil.

We wtorek w nocy Harry siedział wraz ze swoim towarzyszem, próbując wymyślić jakieś ustronne miejsce, w którym mógłby przyjąć swój eliksir. Nie chciał, żeby ktokolwiek mu wtedy przeszkadzał. Mógł rzucić zaklęcia wyciszające, nie było więc potrzeby, by miejsce to było oddalone od reszty szkoły, choć z pewnością nie miałby nic przeciwko temu.

Był sfrustrowany kompletnym brakiem alternatyw i w końcu postanowił pójść spać, wciąż nie mając pojęcia, jak rozwiązać ten problem.

Następnego ranka obudził się ze znajomym poczuciem natchnienia. Przez chwilę był przekonany, że znalazł idealne miejsce, do którego tylko on sam miał dostęp. Rzeczywistość jednak ostudziła jego entuzjazm jak kubeł zimnej wody i nagle dostrzegł minusy tego planu.

Mógł prześlizgnąć się do Komnaty Tajemnic dzięki czemu miałby pewność, że nikt nie zakłóci jego spokoju. Pamiętał jednak, jak wyglądało to miejsce i jak całkowicie był nim swego czasu obrzydzony.

Nie mówiąc już o tym, że znajdował się tam martwy, gnijący bazyliszek. Już wcześniej śmierdziało tam okropnie, a rozkładające się przez dwa lata ciało gigantycznego węża z pewnością nie poprawiło tego zapachu.

Harry skrzywił się.

Wciąż miał jednak wrażenie, że ledwo wyczuwalna obecność jego towarzysza z tyłu głowy uważała ten pomysł za wart głębszego przemyślenia.

Po lunchu powiedział Ronowi i Hermionie, że musi zerknąć na jeden ze swoich długo warzonych eliksirów, i że nie wie, kiedy wróci. Zabrał z dormitorium swoją pelerynę — niewidką i Mapę Huncwotów, a po drodze zatrzymał się w pustej klasie, żeby nałożyć na siebie pelerynę i aktywować mapę. Kiedy upewnił się, że korytarze są puste i nikt nie powinien przyłapać go na przekradaniu się do łazienki Jęczącej Marty, skierował się na drugie piętro i wślizgnął do środka.

Na szczęście ducha nie było nigdzie w pobliżu, skierował się więc prosto do niedziałającej umywalki i wysyczał § otwórz §. Kran przesunął się, ukazując szeroki otwór i ciągnący się za nim głęboki, ciemny tunel.

Na jego widok Harry wydał z siebie zdegustowany dźwięk. Nie chciał ześlizgiwać się po nim w sposób, w jaki zrobił to na drugim roku. Zaczynał żałować, że nie wziął ze sobą miotły, kiedy obecność jego towarzysza w umyśle stała się nagle bardziej wyczuwalna.

Schody...

— Hę?

Wezwij schody.

Harry zmarszczył brwi, zmieszany, ale po chwili uklęknął na skraju otworu i wysyczał: § Schody §.

Gładka krawędź tunelu zaczęła się nagle zwężać i zmieniać kształt, a po chwili na jej miejscu pojawiły się wzywane schody. Kilka pierwszych było tak stromych, że niemal przypominały drabinę, ale nawet mimo tego, była to znacząca poprawa. Harry uśmiechnął się.

Zaczął schodzić i kiedy tylko cały znalazł się wewnątrz tunelu zasyczał, rozkazując wejściu zamknąć się i powodując tym samym że wszystko natychmiast pogrążyło się w mroku. Wyciągnął różdżkę i rzucił lumos. Zejście na dół nie zajęło mu dużo czasu, gdyż tunel szybko zaczął się poszerzać, stając się stopniowo w coraz mniej stromy.

Wylądował w większym korytarzu, wypełnionym kośćmi. Kiedy dotarł w miejsca, w którym przejście się zawaliło, wysyczał kilka zaklęć likwidujących, pozbywając się stosu kamieni. Przez chwilę rozkoszował się niesamowitym uczuciem wirującej wokół niego magii w sposób, który za każdym razem sprawiał, że jego żołądek skręcał się z przyjemności. Szkoda, że tak rzadko miał okazję korzystać z tak dużej ilości mocy.

Przez chwilę przez myśl przemknął mu pomysł, że nawet jeśli nie użyje Komnaty do wypicia eliksiru, wciąż mógłby przychodzić tutaj, aby ćwiczyć magię. Wywołał on w nim nagłą falę ekscytacji i nie mógł powstrzymać szerokiego uśmiechu, który pojawił się na jego twarzy.

Dotarł do wejścia do Komnaty, sycząc rozkazująco, by się otworzyło. Był przygotowany na falę wstrętnego odoru zgnilizny, ale ku swojemu zaskoczeniu nie poczuł niczego w tym rodzaju.

Wszedł do Komnaty, natychmiast dostrzegając ciało bazyliszka. Niemal zapomniał, jak ogromne były to cholerne stworzenie.

Naprawdę walczył z tym czymś jako dwunastolatek?

Potrząsnął głową, nagle rozgniewany, że został zmuszony zrobić coś takiego w tak młodym wieku. Dlaczego, do cholery, to właśnie on musiał sobie z tym poradzić? W początku, nauczyciele nie znali wężomowy, więc nie mogli wejść do komnaty, ale czy naprawdę nie było żadnej możliwości, by ją chociaż odnaleźć za pomocą magii?

Podejrzewał jednak, że Slytherin zrobił wszystko, co w jego mocy, aby to miejsce pozostało ukryte, więc zwykła magia raczej nie za wiele mogła tu zdziałać. Zwłaszcza, że nawet nie wiedzieli, czego mają szukać.

Jednak... czy nie istniały sposoby na wykrycie mrocznych artefaktów znajdujących się w obrębie szkoły? Zatem dlaczego dziennik nigdy nie został odkryty? Wszyscy zapewniali, że osłony Hogwartu są jednymi z najpotężniejszych na świecie i że szkoła jest najbezpieczniejszym miejscem w całej Wielkiej Brytanii.

Harry parsknął.

Taa, jasne.

To były tylko puste słowa. Osłony nie były w stanie niczego wykryć. A nawet jeśli potrafiły to zrobić, to Dumbledore nie był w stanie prawidłowo tego odczytać. Albo celowo je zignorował.

Cholera! Voldemort był obecny w szkole przez cały rok, kiedy opętał Quirrella! Po co były te osłony, skoro nie potrafiły wykryć nawet Voldemorta wystającego z tyłu głowy jednego z nauczycieli albo przedmiotu ziejącego czystą czarną magią, takiego jak dziennik? Najwyraźniej po nic.

Harry potrząsnął głową.

Zawsze musiał ze wszystkim radzić sobie sam. Nikt nigdy mu nie pomagał. Mógł liczyć tylko na siebie u Dursleyów i odkąd trafił fo magicznego świata to ani trochę się nie zmieniło. Jedyne, co się zmieniło to fakt, że teraz więcej osób próbowało go zabić.

I dlaczego? Nagle zdał sobie sprawę, że właściwie nie wie. Walczył z nimi jedynie w samoobronie. Po prostu desperacko próbował utrzymać się przy życiu. W większość afer wplątywał się dlatego, że próbował kogoś uratować, ale jaki sens miało bieganie wokół jak idiota, ratując innych, jeśli mogło to doprowadzić do jego własnej śmierci?

Westchnął ciężko, starając się pozbyć tych myśli. Ruszył w stronę ogromnego węża, zauważając z niedowierzaniem, że wydawał się zupełnie... nienaruszony.

Jakby jego ciało w ogóle się nie rozkładało!

Magiczna konserwacja... — wyjaśnił jego towarzysz zduszonym szeptem, wysyłającym dreszcz w dół kręgosłupa Harry'ego.

Chłopak skinął głową, z zaciekawieniem przyglądając się ogromnej bestii. Naprawdę szkoda, że musiał ją zabić. Chociaż, oczywiście, było to lepsze od zostania zjedzonym.

Idź do posągu...

Harry obrócił się, spoglądając na wielki posąg Salazara Slytherina, z którego dwa lata wcześniej wypełzł bazyliszek. Wciąż był otwarty, więc chłopiec poszedł do niego, mrużąc oczy i wbijając je w mrok. Uniósł rękę, wyczarowując kilka świetlistych kul, z których każda zatrzymała się pięć stóp dalej, niż poprzednia, oświetlając długi, szeroki tunel.

Harry śmiało ruszył przed siebie.

Po przejściu dwudziestu stóp miał wielką ochotę zawrócić. Czuł obecność swojego towarzysza, chociaż pozostawała ona jednak milcząca. Przeszedł jeszcze kilka kroków i rozejrzał się, czując pulsującą magię pochodzącą ze znajdującej się przed nim ściany. Uniósł dłoń, dotykając gładkiej, kamiennej powierzchni. Coś tam było.

Podniósł nieco wyżej różdżkę i ujrzał wyrzeźbionego w skale maleńkiego węża. Zaciekawiony, pochylił się i wysyczał § Otwórz §, by sprawdzić, czy coś się stanie.

Na gładkiej ścianie natychmiast pojawiła się rysa, która po chwili rozszerzyła się, przybierając kształt drzwi.

Coraz bardziej zaciekawiony Harry otworzył drzwiczki i widząc wnętrze aż przystanął oszołomiony.

To był gabinet, cały pokryty grubą warstwą kurzu. Pokój był podobnej wielkości co gabinet Dumbledore'a. Znajdowały się tam pluszowe szezlongi, szerokie, misternie rzeźbione, drewniane biurko i wielkie, wygodne krzesło, również ozdobione rzeźbionymi wężami, oplatającymi nogi i oparcie. Wzdłuż ścian, od podłogi do sufitu ciągnęły się półki, wszystkie wypełnione zakurzonymi tomami.

Harry wszedł do środka, z rosnącym podekscytowaniem rozglądając się po pokoju.

Rzucił lumos maxima, wysyłając jasne kule pod sufit, dzięki czemu przestrzeń stała się lepiej oświetlona. Wszystko co prawda było pokryte kurzem, ale zdecydowanie niewystarczająco jak na tysiąc lat nie używania. Riddle musiał również odnaleźć to miejsce, domyślił się Harry. Prawdopodobnie trochę je posprzątał, kiedy był w Hogwarcie.

Podszedł do kanapy, machając nad nią różdżką i nakierowując swoją magię, a po chwili cały kurz i brud zniknął.

Wyglądała jak zrobiona z aksamitu lub czegoś podobnego. Miała kolor głębokiej, szmaragdowej zieleni, z małymi, czarnymi, błyszczącymi guzikami w kształcie czaszek wszytymi w pluszową tkaninę co jakieś sześć cali.

Przebiegł po niej palcami odkrywając, że była gładka i miękka. Uśmiechnął się. Idealna.

Mógł przychodzić tu raz w tygodniu, żeby wziąć eliksir i być pewnym, że nikt nie będzie mu przeszkadzał. Mógł też ćwiczyć zaklęcia w komnacie bazyliszka. Wiedział, że szkolne osłony nie rejestrują niczego, co się tutaj dzieje, więc nie musiał się martwić...

Przerwał, czując, że jego podniecenie rośnie. Mógłby nawet spróbować niektórych... mrocznych zaklęć... Rzucanie ich było niebezpieczne, kiedy nie miał pewności, czy nikt tego nie wykryje, poza tym do tej pory nie miał żadnego miejsca, które by się do tego nadawało. Teraz to się zmieniło.

Miał bardzo małe opory, jeśli chodzi o praktykowanie czarnej magii. Jego opinia o tej gałęzi magii przez ostatnie dwa miesiące drastycznie się zmieniła, nawet jeśli nie do końca wiedział co było tego przyczyną.

To wszystko była ta sama magia. Mroczna, jasna, neutralna. Ta sama wiedza, a ograniczanie się do jednej lub dwóch z jej gałęzi tylko go ograniczało. Bezmyślne powstrzymywanie się od zdobycia tej potężnej wiedzy i mocy wydawało mu się idiotyczne. Poszedł do szkoły po to, by uczyć się magii i po raz pierwszy od swojego przybycia do Hogwartu czuł się spragniony wiedzy. Z każdym nowym zaklęciem, którego się nauczył, z każdą teorią, którą zrozumiał — był coraz bardziej podekscytowany. Dysponowanie taką mocą było niesamowite.

Dlaczego miałby nie studiować wszystkich gałęzi magii, które go interesują?

Spędził dwie godziny na przeszukiwaniu gabinetu i przeglądaniu książek, które się w nim znajdowały. Był niesamowicie szczęśliwy. Schował dwie księgi do swojej torby i opuścił gabinet. Przeszedł długim tunelem i znalazł się w potężnej komnacie, w której najwyraźniej mieszkał bazyliszek. Była ona bardzo brudna i wypełniona kośćmi, więc Harry szybko ją opuścił, kierując się do wejściowej komnaty, po czym zaczął z powrotem wspinać się po schodach.

Sprawdził Mapę, by mieć pewność, że nikt nie stanie mu na drodze, po czym rozkazał kranowi wrócić na swoje miejsce i skierował się do Pokoju Wspólnego. Zaczarował okładkę jednej z książek, by wyglądała jak podręcznik do transmutacji, po czym usiadł w jednym z miękkich foteli.

Ron próbował przekonać go, by zagrał z nim w szachy, ale Harry wymigał się od tego brakiem czasu. Hermiona uśmiechnęła się z aprobatą na jego nowe, poważniejsze niż wcześniej podejście do nauki. Uśmiechnął się wewnętrznie. Z pewnością nie byłaby tak zadowolona, gdyby wiedziała, że czytał właśnie o podstawach teorii Czarnej Magii.