ROZDZIAŁ 5

Tłumaczyła Midnightesse [/u/4071010]. Betowała Panna Mi [/u/2693969/].

Nadszedł świąteczny poranek i Harry spędził ponad pół godziny w swoim umyśle, poświęcając swojemu towarzyszowi tyle czasu, ile tylko mógł. Przeszkodził mu w tym jednak Ron, potrząsając nim i krzycząc coś o prezentach i śniadaniu.

Z powodu jego wcześniejszego przedstawienia, Hermiona wciąż traktowała rudzielca raczej ozięble, a ten tylko jeszcze bardziej pogorszył sytuację upierając się, że Hermiona z pewnością kłamie w sprawie tego, że ktoś już zaprosił ją na bal.

Większość gryfońskich dziewczyn w celu przygotowania się do balu zniknęło w swoich dormitoriach około szesnastej. Harry uważał za absurdalne, że komukolwiek ubranie się i wykąpanie mogłoby zająć cztery godziny — zwłaszcza, że za pomocą magii mogli wszystko przyspieszyć — ale nie był takim idiotą, by wyrazić swoje niedowierzanie na głos.

Natomiast Ron nie był na tyle mądry, co skończyło się tym, że ilekroć pojawiał się w zasięgu wzroku dziewcząt, te krzywiły się z niesmakiem.

Około dziewiętnastej Harry skierował się do dormitorium, aby się przebrać. „Szata wyjściowa", którą pani Weasley wysłała Ronowi była absolutnie straszna i Potter musiał wytężyć każdą cząstkę swojej silnej woli, by nie wybuchnąć śmiechem na to, jak idiotycznie rudzielec w niej wyglądał.

Harry wyszedł z dormitorium wcześnie, ponieważ z jednej stron robił wszystko, co w jego mocy, aby nie śmiać się z Rona, a z drugiej dlatego, że musiał poczekać na Fleur.

Skierował się w stronę Sali Wejściowej, przystając w miejscu, w którym się umówili. Nie kazała mu na siebie długo czekać, za co był jej wdzięczny.

Skomplementował jej sukienkę i fryzurę, po czym pogrążyli się w luźnej rozmowie. Głównie przekomarzali się i wyglądało na to, że dziewczyna dobrze się bawiła. McGonagall zwołała wszystkich reprezentantów i zaprowadziła ich do osobnego pokoju znajdującego się zaraz za Wielką Salą, tego samego, w którym pierwszoroczni zawsze czekali na przydział.

Kiedy Wiktor Krum wkroczył do pomieszczenia z Hermioną u boku, Harry uśmiechnął się do niej szeroko. Wyglądała na rozradowaną. Kiedy zauważyła, że się jej przygląda, zarumieniła się lekko i opuściła głowę. Cedrik przyszedł z szukającą Ravenclawu, Cho Chang, uwieszoną na jego ramieniu.

Wreszcie McGonagall wróciła i zaprowadziła ich do Wielkiej Sali. Tłum rozstąpił się przed nimi, kiedy zmierzali na parkiet ustawiony na środku sali. Harry kątem oka dostrzegł Rona, wpatrującego się ze wściekłością w Hermionę i Kruma. Skrzywił się, czując w żołądku lekkie ukłucie strachu. Znał to spojrzenie. Oznaczało, że nim wieczór się skończy, Ron zrobi coś niesamowicie głupiego.

Westchnął, mając jedynie nadzieję, że nie będzie musiał być świadkiem czegokolwiek, co rudzielec planował.

Razem z Fleur wszedł na parkiet, swobodnie kładąc jedną rękę na jej talii, drugą chwytając jej dłoń i zaczynając prowadzić w tradycyjnym walcu, który miał otwierać bal.

Po minucie dołączyła do nich reszta uczniów i nauczycieli, a bal oficjalnie się rozpoczął.

— Cały czas mnie zaskakujesz, 'arry — oznajmiła Fleur z małym uśmieszkiem.

— Och?

— Tak. Naphawdę dobzie tańczysz.

— Dziękuję, ale to tylko dlatego, że twoja obecność motywuje mnie, bym dał z siebie wszystko.

— Wątpię — roześmiała się.

Harry spojrzał na nią z zaciekawieniem, przekrzywiając głowę, nieco zdezorientowany. Rzuciła mu mały, wszystkowiedzący uśmieszek, po czym szybko zmieniła temat. Przetańczyli jeszcze dwie piosenki, po czym Harry postanowił w końcu wślizgnąć się do jej umysłu. Wiedział, że byłoby mu łatwiej odnaleźć w jej wspomnieniach informacje dotyczące zadania, gdyby właśnie o tym aktualnie myślała, ale nie chciał sam rozpoczynać tematu turnieju.

Nie mógł zapytać ani nawet wspomnieć o drugim zadaniu, by nie pomyślała, że chce wyciągnąć z niej informacje, więc w zamian próbował odwrócić jej uwagę bezcelowym narzekaniem na ograniczoną ilość przedmiotów dodatkowych w Hogwarcie. Dziewczyna chętnie podjęła temat, chełpiąc się dumnie mnogością fakultatywnych zajęć, które oferowało Beauxbatons.

Kiedy mówiła, Harry poszukiwał w jej umyśle czegokolwiek związanego z jajem lub zadaniem. Zajęło to dłużej, niż podejrzewał, a do tego uczestniczenie w konwersacji i jednoczesne przeszukiwanie jej umysłu wcale nie było proste.

Właśnie miał zamiar odpuścić i spróbować ponownie trochę później, kiedy mignęło mu przez oczami wspomnienie raczej... ee, nagiej Fleur, wchodzącej do wanny razem z jajem. Włożyła je pod wodę, po czym zanurzyła pod nią również głowę.

Otworzyła je i zamiast raniącego uszy skrzeczącego głosu, usłyszała śpiew.

Harry miał ochotę uderzyć się w twarz.

Ale — jak niby miał wpaść na to, by otworzyć to cholerstwo pod wodą?

Wysłuchał kawałka wskazówki, łącząc ją z mentalnymi obrazami czarnego jeziora w jej głowie. To mu wystarczyło. Teraz już wiedział, jak zdobyć wskazówkę i mógł później zająć się tym tematem. Teraz musisz skupić się na swojej partnerce.

Na scenie pojawił się popularny czarodziejski zespół — Fatalne Jędze. Pierwszy taniec był dla Harry'ego nieco krępujący, nigdy jeszcze nie tańczył w taki sposób, ale załapał to wystarczająco szybko. Ostatecznie wszystko, co było tutaj potrzebne to odrobina pewności siebie i swobody oraz nie martwienie się o to, co pomyślą inni. Biorąc pod uwagę, że miał gdzieś opinię innych ludzi, bez problemu był w stanie po prostu się wyluzować i cieszyć muzyką.

Przy czwartej piosence Harry już całkowicie zatracił się w tańcu, bawiąc się w najlepsze. Fleur śmiała się, wirując wokół niego i Potter mógł z zadowoleniem stwierdzić, że dziewczyna również wyglądała, jakby bawiła się znakomicie.

Przetańczyli jeszcze parę utworów, po czym usiedli przy jednym ze stolików, rozchichotani i zaczerwienieni od tańca i zmęczenia. Chwilę później dołączyli do nich Hermiona i Krum. Jego przyjaciółka była zarumieniona i uśmiechała się promiennie, najwyraźniej również fantastycznie się bawiąc. Harry i Krum wstali od stolika i wspólnie udali się po poncz dla swoich partnerek. Kiedy wracali, Harry dostrzegł Rona siedzącego samotnieprzy stole pod ścianą, krzywiącego się wściekle na wszystko dookoła, w szczególności Kruma. Potter nie wiedział nigdzie w pobliżu Parvati, co prawdopodobnie oznaczało, że Ronowi już udało się zrobić lub powiedzieć coś okropnie głupiego.

Przewrócił oczami, wracając do Fleur, postanawiając przez resztę wieczoru nie przejmować się swoim współlokatorem.

Siedzieli we czwórkę, prowadząc przez chwilę lekką rozmowę. W pewnym momencie Krum wydawał się szarpnąć, ale Harry zauważył, że próbował tylko złapać żuka fruwającego wokół stołu.

Podniósł ukradkiem dłoń, skupiając swoją magię na chęci odpędzenia owada. Odwrócił się, zakrywając usta drugą dłonią, jakby maskował kichnięcie i wpatrując się w żuka wysyczał § Idź stąd! §, poruszając delikatnie palcami. Mały, czarny owad natychmiast odleciał i Potter uśmiechnął się. To był bardzo prosty kawałek magii, ale świadomość, że zrobił to całkowicie bez pomocy różdżki i tak sprawiała mu frajdę.

Przegadali kolejną piosenkę, po czym Harry'ego znów ogarnęła ochota na taniec i zapytał Fleur, czy chciałaby wrócić na parkiet. Dziewczyna uśmiechnęła się szeroko, przytakując i pozwalając się poprowadzić.

Harry zdecydował, że jego partnerka była rewelacyjną tancerką. Niektóre jej ruchy wydawały się co prawda nieco ryzykowne, ale Harry tylko śmiał się i tańczył dalej. Oboje rozbawieni byli mnóstwem obserwujących ich przez cały wieczór par oczu.

Tłum w końcu zaczął się rozchodzić i Harry uświadomił sobie, że zostało jeszcze nieco ponad pół godziny do końca balu. Wraz z Fleur zszedł z parkietu, chichocząc, kiedy zauważył jak profesor Vector parsknęła z oburzenia spowodowanego kilkoma z ich raczej śmiałych ruchów.

Ich wygłupy spowodowały również, że kilku tańczących w pobliżu chłopców zgubiło rytm i poprzewracało się, ciągnąc za sobą swoje partnerki.

W końcu zdecydowali, że spowodowali wystarczająco zamieszania i zrobili wystarczające przedstawienie, więc opuścili parkiet w poszukiwaniu ponczu.

Harry złapał dwie szklaneczki, po czym wrócił do Fleur. Wciąż była zarumieniona i dochodziła do siebie, oddychając głęboko.

— Och, 'arry, jesteś zdecydowanie zbyt zabawny — oznajmiła, zakrywając usta dłonią, w końcu uspokajając się i przestając chichotać.

— Cóż, staram się — odparł, kłaniając się i podając jej drinka.

Właśnie otwierał usta, aby się odezwać, kiedy jego uwagę przykuł nagle znajomy, rozgniewany głos. Obrócił się w stronę, z której nadchodził ten dźwięk w samą porę, by zobaczyć zdenerwowaną Hermionę stojącą naprzeciw oburzonego Rona. Jej dłonie zaciśnięte były w pięści, a oczy ciskały błyskawice.

Dziewczyna warknęła coś wściekle, ale Harry nie zrozumiał słów. Zanim zdążył się zorientować, Hermiona chwyciła szklankę ponczu i cisnęła napój Ronowi prosto w twarz, po czym wściekła skierowała się do wyjścia.

Harry zamrugał, powoli odwracając się z powrotem do Fleur, nawet nie walcząc z rozbawieniem malującym się na jego twarzy.

— Jak myślisz, o co poszło? — zapytała Fleur z szerokimi z zaciekawienia oczami, wciąż obserwując ponad ramieniem Harry'ego mokrego i zarumienionego ze wściekłości Weasleya.

Harry potrząsnął głową, wzdychając.

— Ron jest idiotą. Prawdopodobnie powiedział coś absolutnie głupiego.

— Czy to nie jest przypadkiem jeden z twoich pzijaciół?

Harry parsknął, ale szybko zapanował nad wyrazem swojej twarzy.

— Ee... tak sądzę. Albo raczej kiedyś był, bo ostatnio... trochę nam nie po drodze. Problem tkwi w tym, że ja nieco dorosłem w ciągu ostatniego roku, a on... cóż, nie.

— Ach. Nie powinieneś sphawdzić co z twoją pzijaciółką, 'ermioną?

— Pewnie musi teraz trochę popłakać. Nawet gdybym ją znalazł, prawdopodobnie i tak nie mógłbym jej pomóc.

Harry poprowadził Fleur z powrotem na parkiet, na ostatnią piosenkę. W końcu zespół spakował się i zniknął, a uczniowie zaczęli się rozchodzić. Potter odprowadził swoją partnerkę do skrzydła, w którym uczniowie Beauxbatons mieszkali podczas swojego pobytu w zamku.

— Naphawdę świetnie się dzisiaj bawiłam, 'arry. Dziękuję, że mnie zaphosiłeś — powiedziała Fleur z uśmiechem i wesołymi ognikami w oczach, kiedy zatrzymali się w połowie drogi. Harry odwzajemnił uśmiech, wzruszając ramionami.

— Ja też dobrze się bawiłem. Dzięki za przyjęcie zaproszenia.

Fleur uśmiechnęła się jeszcze szerzej, przez moment patrząc na niego raczej przeszywająco. Harry przez chwilę poczuł dziwne mrowienie, pochodzące od zupełnie mu nieznanej, potężnej fali magii. Zmrużył oczy, patrząc na nią podejrzliwie.

— Co robisz? — Jego ciekawość była zbyt silna, by mógł ją zignorować. Fleur pochyliła głowę, ale jej uśmiech był doskonale widoczny.

— Tylko sphawdzam swoją teohię. Powiedz mi, 'arry — jesteś gejem, phawda?

Oczy Harry'ego rozszerzyły się i chłopak zamrugał z zaskoczenia.

— Ee... — zaczął, ale po chwili namysłu zamknął usta. Przez moment przyglądał się jej krytycznie, po czym zachichotał, wzruszając ramionami. — Tak. Skąd o tym wiesz?

Zachichotała i przewróciła oczami.

— Jestem wilą, 'arry.

— A czy to cokolwiek wyjaśnia?

— Udeziyłam w ciebie bahdzo potężną falą mojej auhy, a tobie nie dhgnęła nawet powieka. To oznacza, zie albo w ogóle nie intehesują cię kobiety, albo nie wszedłeś jeszcze w okhes dojziewania, a zdecydowanie jestem w stanie stwiehdzić, że ta dhuga opcja odpada.

Harry ponownie zachichotał, wzruszając ramionami.

— Czy to ci nie przeszkadza? Że zaprosiłem cię na bal, nawet jeśli...

— Oczywiście, że nie. Podejziewałam to już wcześniej, nawet pzied dzisiejszym wieczohem.

Harry uniósł pytająco brwi.

— To, że byłeś w stanie podejść do mnie bez skhępowania. Zarówno przed piehwszym zadaniem jak i wtedy, kiedy zaphaszałeś mnie na bal. To nie były typowe 'eakcje na moją auhę.

— Rozumiem — przytaknął Harry. — Na pewno ci to nie przeszkadza?

Roześmiała się.

— Pzieszkadza? Oczywiście, że nie! Byłeś zabawny, dowcipny i dało się z tobą pohozmawiać. To było zdecydowanie lepsze niź to, czego spodziewałam się, kiedy powiedzieli nam o balu.

Harry pochylił głowę, uśmiechając się szeroko.

— Cóż, cieszę się, że ci się podobało.

Fleur wyszczerzyła zęby i skinęła krótko głową. Potem pochyliła się, a oczy Harry'ego rozszerzyły się w zaskoczeniu, kiedy dotknęła ustami jego policzka. Odsunęła się, a w jej oczach migotały wesołe ogniki.

— Dobhanoc, 'arry. Powodzenia w dhugim zadaniu.

Harry uśmiechnął się, walcząc z czerwienią pojawiającą się na jego policzkach.

— Tobie również — odparł, kiedy już się opanował. — Dobranoc.

Fleur odwróciła się, skierowała do altanki i chwilę później zniknęła za drzwiami.

Harry obserwował ją dopóki nie zniknęła i westchnął. Był wykończony, ale naprawdę dobrze się bawił. Zdecydowanie lepiej, niż się tego spodziewał.

Odepchnął się od ściany, zmierzając z powrotem w kierunku, z którego przyszedł. Odpędził małego żuka, który bzyczał nad jego głową, po czym pobiegł w stronę schodów prowadzących do Wieży Gryffindoru.

Obracał kieliszek brandy w swoich smukłych palcach. To były jego pierwsze Święta od ponad dekady spędzone w materialnej postaci.

Zachichotał. Taki sentymentalizm był zupełnie absurdalny. Poza tym to, czym teraz był, ledwo kwalifikowało się jako ciało, chociaż jego zdolność do kontrolowania swojej magii stopniowo się polepszała.

Spędził ten dzień jedynie w towarzystwie Nagini. Była jednak wyjątkowo dobrym przyjacielem, więc nie był niezadowolony z tego powodu. Z całą pewnością wolał spędzić ten dzień z nią niż z Glizdogonem. To byłaby dopiero żałosna perspektywa. Spędzić święta z Glizdogonem. Robiło mu się niedobrze, kiedy o tym myślał.

Westchnął, stawiając kieliszek na stoliku obok fotela, w którym aktualnie siedział. Obok niego leżała stara książka, którą czytał, jedna z tych, które Barty'emu udało się dla niego znaleźć. Dotyczyła teorii antycznej magii krwi. Podejrzewał, że słodka Lily Potter zabawiała się mroczniejszą magią, niż ktokolwiek mógłby ją o to podejrzewać.

W końcu zaczął tworzyć teorię dotyczącą tego, jak bachorowi Potterów udało się przeżyć tej nocy i dlaczego jego ciało zostało całkowicie zniszczone. Nienawidził niewiedzy. Każda wiedza, której nie był w stanie posiąść frustrowała go i wypełniała intensywnym pragnieniem odkrycia jej sekretów.

Poza wściekłością, czuł się także ograbiony z czasu, który powinien poświęcić na wypełnienie swojego zadania, a który zamiast tego spędzał uwięziony w tym strasznym pół — życiu, znudzony i odrętwiały. Całkowicie niezdolny do zrobienia czegokolwiek, zwłaszcza do studiowania natury magii i polepszania swoich umiejętności. Jego poczucie czasu było wtedy spaczone. Lata mijały niczym mglista plama, nie nudził się więc przez aż tyle czasu, ile rzeczywiście minęło.

Ale w tym samym czasie teraz tak długo zajęło odzyskanie choć odrobiny dawnej mocy i świadomości otaczającego go świata. Trzynaście lat minęło, odkąd utracił wszystko. Trzynaście lat. Miał tyle do zrobienia. Tyle do odnowienia.

Tyle pracy, a on siedział tutaj, niezdolny do zrobienia czegokolwiek.

Nie próbował nawet ukryć swojej frustracji.

Podciągnął się do pozycji siedzącej, przesuwając swoje niewymiarowe ciało na skraj krzesła, po czym zeskoczył z niego i wyprostował się. W tym ciele czuł się jak pieprzony skrzat domowy.

Obrzydliwe. Przypomniał sobie piękną muskulaturę swojego dawnego ciała, zastanawiając się, czy kiedykolwiek uda mu się ją przywrócić. Istniały spore szanse, że znowu zostanie fizycznie zniekształcony przez potężną magię, której użyje do przywrócenia ciała. To było niefortunne, ale spodziewał się tego. O wiele ważniejsze od jego próżności i zmysłu estetycznego było dla niego to, by po prostu odzyskał całkowicie sprawne ciało i mógł zacząć pracować nad wyznaczonym mu zadaniem. Nie mógł pozwolić sobie na to, aby czekać na jakąkolwiek lepszą opcję, będzie więc musiał poradzić sobie z tym, co miał.

Miał kilka pomysłów na to, w jaki sposób wzmocnić swój powrotny rytuał, aby osiągnął on bardziej satysfakcjonujące rezultaty, ale szansa, że pojawi się jakakolwiek z koniecznych do tego okoliczności praktycznie nie istniała, nie było więc nawet sensu ich rozważać.

Przeszedł przez gabinet, mijając zwiniętą i śpiącą przed kominkiem Nagini, kierując się w stronę jednej z półek z książkami. Wyciągnął jedno z dzieł Shakespeare'a i wrócił na swoje miejsce. Przez chwilę mamrotał oburzony na to, że musi wstawać i iść po książkę, zamiast po prostu ją do siebie przywołać. Musiał jednak oszczędzać siły magiczne na czas, gdy będą mu naprawdę potrzebne.

Wrócił na fotel z denerwującym poczuciem dyskomfortu i otworzył książkę na „Królu Learze". Zawsze uważał, że to i „Juliusz Cezar" niemal idealnie pasują do jego sytuacji. Parsknął śmiechem wyobrażając sobie, jak jego zwolennicy zareagowaliby widząc, że czyta literaturę mugoli. Takich bezmózgich, ślepych owiec.

Oczywiście nie wiedział, czy ma to w ogóle jeszcze jakieś znaczenie. Jak wielu jego zwolenników pozostało mu wiernych po tych wszystkich latach? Czy będzie musiał zaczynać od początku? Ta myśl była zdecydowanie niepokojąca.

I frustrująca. Nawet bardzo frustrująca.

Westchnął, próbując o tym nie myśleć... na razie. Musiał tylko trochę poczekać, i będzie mógł zacząć działać. Oparł się wygodnie w fotelu i zaczął czytać.

KRÓL LEAR

Błaznem mnie nazywasz, rybeńko?

Błazen

Wszystkie inne tytuły swoje porozdawałeś; ten jest od ciebie nieodłączny.*

Harry zamrugał przy otwieraniu oczu, zdezorientowany. Usiadł i potrząsnął głową, walcząc z jej zawrotami. Rozejrzał się wokół łóżka, szukając książki. Musiał zasnąć podczas czytania...

Zatrzymał się nagle i zmarszczył brwi. Nie czytał żadnej książki. Wrócił z balu i praktycznie padł na łóżko, całkowicie wykończony. Ale przecież czytał... Shakespeare'a. Tak właściwie Harry nigdy wcześniej nie czytał Shakespeare'a. Zawsze był dla niego zbyt pogmatwany i skomplikowany. Kiedyś tak było, ale tej nocy nie miał żadnego problemu ze zrozumieniem opisywanych treści. W zasadzie był nimi całkiem zaabsorbowany.

Ale nie skończył czytania. Nie skończył, bo...

To nie on czytał książkę, tylko Voldemort. Miał kolejną wizję... czy cokolwiek to było. Znowu znajdował się w umyśle Czarnego Pana.

Brwi Harry'ego zmarszczyły się jeszcze bardziej i chłopak westchnął. Uniósł rękę, przeczesując palcami jak zwykle rano rozczochrane włosy. Jego dłoń dotknęła blizny, a oczy odruchowo przymknęły się, kiedy przeszedł go dreszcz. Usta chłopca rozchyliły się i wydobył się z nich drżący oddech. Przez chwilę pozwolił swoim palcom niepewnie wędrować po bliźnie. Tylko przez chwilę, góra dwie. Potarł delikatnie błyskawicę wskazującym palcem, i jeszcze raz, nieco mocniej. Przeszła przez niego ciepła fala energii, zatracił się całkowicie w tym uczuciu i nie przerywał przez następne parę minut, działając zupełnie instynktownie, po czym wreszcie zdał sobie sprawę z tego, co właściwie robi.

Jego oczy rozszerzyły się i szybko zabrał rękę, wpatrując się w nią z rosnącym przerażeniem.

Co do cholery było z nim nie tak?

Przez resztę dnia Harry był cichy i trzymał się z daleka od swoich przyjaciół. Hermiona wciąż była wyraźnie wściekła na Rona, który odwzajemniał jej się tym samym. Od kiedy nie odzywali się do siebie, Harry nie miał problemu z unikaniem jakichkolwiek rozmów.

Był rozproszony i... zdezorientowany.

Godzinę po lunchu znalazł się w szkolnej bibliotece, rozglądając się wokół siebie z zagubionym wyrazem twarzy.

— Czy mogę panu w czymś pomóc, panie Potter? — zapytała pani Pince, podchodząc do niego.

— Właściwie... tak... Czy szkoła ma może kopie jakichś sztuk Shakespeare'a?

Bibliotekarka wyglądała na zmieszaną, ale po chwili wyraz jej twarzy zmienił się na zdumiony.

— Przykro mi, panie Potter, ale obawiam się, że nie mamy.

Harry zmarszczył brwi, czując się całkowicie rozczarowany i natychmiast zaczął zastanawiać się, czy istnieje jakaś szansa na to, żeby udało mu się gdziekolwiek zamówić przez sowę mugolskie książki, czy może będzie musiał poczekać z tym do wakacji.

— Och, cóż... tak czy inaczej dziękuję — odparł, wzdychając, po czym odwrócił się i wyszedł z biblioteki.

Jego towarzysz nie odzywał się przez większość dnia, choć Harry wciąż czuł jego obecność z tyłu głowy. Przypominało mu to, że nie jest sam i było cichym pocieszeniem. Przez jakiś czas przemierzał korytarze zamku, próbując oczyścić myśli. W końcu zmusił się do skupienia na ważniejszych sprawach i wrócił do Wieży Gryffindoru w celu przygotowania wszystkiego do zażycia pierwszej dawki eliksiru przyspieszającego.

Zabrał pelerynę — niewidką, Mapę Huncwotów oraz torbę ze wspomnianym eliksirem i pozostałymi dwoma, które miał przyjąć następnego ranka. Wziął również ubrania na zmianę.

Zajęło mu to sporo czasu i wychodząc westchnął z frustracji i zniecierpliwienia.

Skierował się do Pokoju Wspólnego, w którym przy jednym ze stolików Ron wraz z Deanem i Seamusem grali w eksplodującego durnia, będąc przy tym okropnie głośno. Harry parsknął pogardliwie na to małe zbiorowisko.

— Harry? — Potter obrócił się, szybko maskując wyraz swojej twarzy i stając przed Hermioną. — Wszystko w porządku?

— Hę? Och, tak, w porządku.

— Na pewno? Wydajesz się dzisiaj trochę... oderwany od rzeczywistości.

— Tak, Miona. Na pewno.

Dziewczyna uśmiechnęła się i skinęła głową. Zaczęła się już wycofywać, kiedy Potter nagle wpadł na pewien pomysł.

— Hej, Hermiono?

— Tak, Harry?

— Wiem, że to raczej mało prawdopodobne, ale... czy masz może jakieś mugolskie książki w swojej kolekcji?

— Oczywiście.

Harry zamrugał, zdumiony potężną falą nadziei, która rozlała się w jego klatce piersiowej. Dlaczego było dla niego tak cholernie istotne to, żeby zdobyć tą książkę? Odłożył tę myśl na bok i kontynuował:

— A masz może coś Shakespeare'a?

Dziewczyna uśmiechnęła się szeroko, a jej oczy rozbłysły.

— Och, tak! Mam wszystkie jego dzieła!

— Serio? Mogę je pożyczyć? — zapytał Harry, podekscytowany. Stwierdzenie, że Hermiona była zszokowana, byłoby eufemizmem.

— O — oczywiście! Ale dlaczego?

— Po prostu... chciałem przeczytać kilka z jego sztuk.

— Które dokładnie?

— Ee... „Król Lear" i „Juliusz Cezar"?

Dziewczyna przytaknęła z zamyśleniem, wydając z siebie mamroczący dźwięk.

— Te dwie są naprawdę dobre. To tragedie.

— Tak. Ee... myślisz... Myślisz, że mógłbym je pożyczyć teraz?

— Och! Oczywiście. Zaraz wrócę — powiedziała z uśmiechem, odwracając się w stronę schodów prowadzących do dormitorium dziewczyn. Nie było jej przez pięć minut i Harry zaczął wiercić się z niecierpliwości. W końcu wróciła, uśmiechając się i taszcząc ze sobą dwie książki. Podała je Harry'emu, który patrzył na nie z głodem w oczach. Wziął od niej tomy, natychmiast otwierając je i przeglądając niemal z czcią. To nie do takiego wyrazu twarzy swojego przyjaciela podczas patrzenia na książki przywykła Hermiona. Na miotły, być może — ale na książki?

— W tym roku naprawdę bardzo się zmieniłeś, Harry — oznajmiła z zamyśleniem. Chłopak zerknął na nią, marszcząc brwi.

— Co masz na myśli? — zapytał obronnym tonem.

— Cóż... praktycznie nie widuję cię już grającego w szachy albo z eksplodującego durnia razem z resztą. Nie chodzisz z Ronem polatać i nie ekscytujesz się ich debatami o quidditchu, a do tego wszystkiego wygląda na to, że dużo więcej czytasz.

Harry wzruszył lekceważąco ramionami, odwracając się i zmierzając w stronę jednego z krzeseł.

— Nie sądzę, żeby to było coś złego.

— Nie... — odparła powoli. — Właściwie nie jest. Powiedziałabym, że raczej dorosłeś. Myślę, że jesteś bardziej pewny siebie i to naprawdę imponujące, jak poważnie zacząłeś traktować naukę.

— Moje priorytety się zmieniły. I myślę, że zacząłem też traktować Hogwart tak... tak jak powinienem go traktować.

Hermiona czekała, aż rozwinie swoją wypowiedź, a kiedy tego nie zrobił, przycisnęła go.

— Co masz na myśli?

— Hm... zwykle myślałem o nim, jako o... cóż, przede wszystkim ucieczce od Dursleyów. Ale poza tym, to była tylko szkoła. Przychodzisz tutaj, odrabiasz zadania, rozwiązujesz testy... No wiesz — tylko szkoła.

— A teraz... nie widzisz już tego w ten sposób? — zapytała, wyraźnie zmieszana,

— Nie. Tu nie chodzi o oceny, czy testy, czy prace domowe. Chodzi o naukę. Zdobywanie wiedzy. To okazja, żeby stać się lepszym. Silniejszym. A nie branie tego na poważnie jest po prostu zmarnowaniem nadarzającej się okazji.

Uniósł głowę i zobaczył, jak Hermiona wpatruje się w niego z mieszaniną szoku i radości.

— Och, Harry! Jestem z ciebie taka dumna!

Harry z powrotem opuścił głowę, powstrzymując swoją twarz od skrzywienia się. Zamiast tego zmarszczył lekko brwi.

— Tak, cóż... Po prostu... po prostu zdałem sobie sprawę, że byłem idiotą. Robiłem to samo co Ron, bo tak było prościej, ale też dlatego, bo uważałem, że ważniejsze jest zachowanie przyjaźni niż dostawanie Wybitnych. Wiedziałem, że gdybym naprawdę zaczął się uczyć, odciąłbym się od niego. Wiesz? Gdybyśmy oboje radzili sobie naprawdę dobrze, Ron byłby wkurzony.

Hermiona skrzywiła się, unosząc głowę.

— Tak, cóż, Ron jest idiotą — oznajmiła suchym tonem, a Harry roześmiał się. Naprawdę się roześmiał. Dziewczyna drgnęła, zaskoczona i spojrzała na niego dziwnie. Po chwili udało mu się uspokoić.

— Przepraszam, Miona. Cóż... tak. Ron jest idiotą. Ale dzięki temu zdałem sobie sprawę, że ja też byłem idiotą, w końcu uważałem go za coś w rodzaju wzoru do naśladowania. Robiłem dokładnie to, co on, i to z beznadziejnych powodów. Dlatego przestałem.

— Naprawdę jestem z ciebie dumna, Harry — powtórzyła, uśmiechając się szeroko.

— Ee... tak. Dzięki.

Kiedy w końcu udało mu się od niej uciec, usiadł z książką na jednym z foteli. Całkowicie się w niej zatracił i dopiero Hermiona oderwała go od niej, potrząsając nim i oznajmiając, że zaraz zacznie się obiad.

Zabrał książkę ze sobą i czytał ją również podczas posiłku, nie zwracając uwagi na niedowierzające spojrzenie Rona. To samo robił przez resztę wieczoru i był już w połowie „Juliusza Cezara", kiedy Weasley oznajmił, że idzie wcześniej do łóżka.

— Hej! Ron? — zawołał, kiedy rudzielec zaczął wspinać się po schodach. Zatrzymał się i odwrócił, spoglądając na niego pytająco. — Muszę jutro popracować nad eliksirem i prawdopodobnie wyjdę bardzo wcześnie. Kiedy wstaniesz już pewnie mnie nie będzie i aż do lunchu przez cały czas będę siedział w lochach.

— Ugh, naprawdę? Kurcze, stary! Za ciężko pracujesz! To całe czytanie i warzenie eliksirów. Powinieneś trochę wyluzować. Na przykład pograć z nami jutro po południu w eksplodującego durnia.

— Tak... pomyślę nad tym, Ron — obiecał Harry ze sztucznym uśmiechem.

— Idziesz do łóżka?

— Tak, powinienem — zgodził się, wzdychając z rezygnacją i zamykając książkę.

Podążył za Ronem po schodach. Sądząc po chrapaniu, reszta jego współlokatorów już spała. Ron wspiął się na łóżko, zaciągając za sobą zasłony. Harry zrobił to samo, po czym posiedział na nim około dwudziestu minut, do czasu aż był pewny, że rudzielec zasnął.

Zaciągnął zasłony, rzucając na nie niewerbalne zaklęcie zaklejające. Wyciągnął pelerynę — niewidką, złapał swoją torbę i mapę, a następnie wyślizgnął się z sypialni.

Dziesięć minut później Harry wszedł do gabinetu Slytherina w Komnacie Tajemnic. Odłożył swoje rzeczy na mały stolik znajdujący się obok kanapy i zdjął szatę, pozostając jedynie w wygodnych, bawełnianych spodniach od piżamy i podkoszulku.

Zmierzył gęsty, srebrzysty eliksir oceniającym spojrzeniem. Wiedział, że to nie będzie przyjemne. Wiedział też, że nie może nic na to poradzić. Naprawdę długo się nad tym zastanawiał i nie zamierzał teraz rezygnować.

Usiadł na kanapie, wpatrując się w buteleczkę z eliksirem. Przełykając rosnącą gulę w gardle, odkręcił fiolkę. Wypił zawartość tak szybko, jak było to możliwe i przełknął, zanim mógłby poczuć smak.

Smakowało... zimno. Niemal miętowo. Był zaskoczony, że eliksir nie był tak obrzydliwy, jak się tego spodziewał, ale zanim zdążyłby się nad tym zastanowić, zaczął płonąć.

Jego plecy wygięły się, a całe ciało zwinęło się w pozycji embrionalnej, kiedy zaczęły trząść nim fale bólu. Wrzasnął, zszokowany jego intensywnością i szybkością, z jaką w niego uderzył. Przez moment zastanawiał się, czy nie popełnił jakiegoś straszliwego błędu, ale z tego, co wyczytał z książki, powinien czuć się właśnie tak. Został ostrzeżony, nie powinien teraz narzekać.

Zacisnął zęby, wydając z siebie skomlące dźwięki, a jego dłonie przeniosły się na włosy, zaciskając się na nich i ciągnąc, jakby chciały je wyrwać.

Merlinie, był takim idiotą! Jak miałby wytrzymać coś takiego przez dwanaście godzin? A potem powtarzać to raz w tygodniu przez dwa cholerne miesiące!

Poczuł, że po policzkach spłynęły mu łzy, a całe jego ciało drży w konwulsjach. Bał się, że jeśli przez cały czas ból będzie tak silny, to jeszcze przed rankiem doprowadzi go on do szaleństwa...

Harry...

Chłopiec wciąż zwijał się z bólu i jęczał.

Harry... chodź do mnie. Ucieknij... w swój umysł...

Ucieknij od bólu... tutaj... ze mną...

Harry'emu ledwo udało się odnaleźć jakiś sens w tych słowach. Próbował uspokoić oddech, lecz szybko zdał sobie sprawę, że nic z tego nie wyjdzie i odpuścił. Zamiast tego pozwolił swoim instynktom przejąć nad sobą kontrolę i zaprowadzić się w głąb swojego umysłu.

Westchnął z ulgi, kiedy cały ból nagle zniknął i zorientował się, że stoi na środku szarego wnętrza swojego umysłu. Czarna sylwetka jego towarzysza stała na wprost niego, wyglądając na nieco napiętą.

Wszystko w porządku, Harry?

Potter westchnął i skinął głową, robiąc kilka szybkich kroków do przodu. Kiedy się zbliżał, jego towarzysz rozłożył szeroko ramiona w zapraszającym geście, a kiedy młody czarodziej w końcu do niego dotarł, owinął je wokół niego.

Kiedy Harry również przyciągnął go siebie w mocnym uścisku, wypełniło go uczucie całkowitej jedności i westchnął z ulgą.

Kiedy Potter „obudził się" następnego ranka, czuł się obolały i strasznie zmęczony. Pozostał „świadomy" w swoim umyśle przez całe dwanaście godzin. Zaśnięcie niosło za sobą ryzyko powrotu świadomości do ciała i zostania natychmiast obudzonym przez potworny ból. Pozostał więc bezpiecznie zamknięty w swoim umyśle. Chroniony przed bólem.

Wstał z kanapy, czując, że jego nogi są słabe i trzęsą się jak galareta. Gardło miał suche i obolałe, co pewnie było skutkiem wczorajszych wrzasków. Drżąc nieco, przeszedł przez gabinet w stronę wielkiego lustra zawieszonego na jednej ze ścian. Wysyczał zaklęcie czyszczące, dodatkowo przecierając jeszcze dłonią szkło, na którym przez pięćdziesiąt lat zbierał się kurz i pajęczyny, a następnie się w nim przejrzał.

Na pierwszy rzut oka nie zobaczył dużej różnicy. Powolnym, niepewnym ruchem uniósł do góry swoją koszulkę.

Na jego skórze widniały wyblakłe, żółto — zielone siniaki. Wyglądały, jakby miały parę tygodni, ale nie była to prawda. Według książki powinny zniknąć pod koniec dnia, więc miał prawie pewność, że nikt ich nie zobaczy.

Oprócz tego były szczegóły, Harry już teraz był w stanie dostrzec znaczną zmianę w masie swojego ciała, co sprawiło, że uśmiechnął się szeroko. Nie było już widać żeber, choć wciąż wyglądał raczej mizernie. Obrócił się, próbując obejrzeć swoje plecy. Jego kręgi zawsze wyraźnie odznaczały się na skórze, a teraz niemal nie było ich widać. Również ramiona nie wydawały się tak szczupłe, jak jeszcze dzień wcześniej.

Jeśli nie liczyć siniaków, jego skóra wyglądała lepiej. Zdrowiej, nie był już blady i nie wyglądał wiecznie na chorego. Twarz również była bardziej pełna — kości policzkowe nie były już tak zapadnięte. Harry miał nadzieję, że zmiana ta była na tyle subtelna, że nikt nie zwróci na nią uwagi.

Ogólnie zmiany były delikatne, ale mimo wszystko występowały. Wiedział zresztą, że lepiej dla niego, by następowały powoli, inaczej zbyt wiele ludzi mogłoby zadawać pytania.

Wrócił do kanapy i podniósł ze stolika swoją różdżkę. Rzucił na siebie kilka zaklęć czyszczących, ale wiedział, że potrzebuje prawdziwego prysznica, i to jak najszybciej. Podczas działania eliksiru spocił się niesamowicie i teraz czuł, że się klei.

Skrzywił się. To zdecydowanie nie był efekt, jaki chciał osiągnąć.

Fuj.

Przebrał się w czyste szaty, które ze sobą przyniósł, po czym wziął swoją dzienną dawkę eliksiru odżywczego i odbudowującego mięśnie. Spakował swoje rzeczy i opuścił komnatę.

Tego dnia po południu Harry zapytał Hermionę, czy wie może, gdzie mógłby wziąć kąpiel. Spojrzała na niego zabawnie, pytając, dlaczego potrzebuje akurat wanny i dlaczego prysznic nie jest satysfakcjonujący.

Harry wyjaśnił, że musi otworzyć jajo pod wodą, by poznać dalszą część zagadki, a dziewczyna przyjęła to wyjaśnienie nie zadając więcej żadnych pytań. Poinformowała go, że z tego, co wie, w łazienkach prefektów są wanny i zawsze może poprosić o pozwolenie na użycie jednej z nich.

Skorzystał z jej rady i zaraz po obiedzie postanowił poszukać profesor McGonagall. Najwyraźniej znała szczegóły zadania, bo nie była ani trochę zaskoczona jego prośbą i podała mu hasło do łazienki prefektów Gryffindoru.

Wyciągnął jajo z kufra, złapał kilka kosmetyków i ubrań na zmianę, a następnie udał się we wskazane miejsce.

Dziesięć minut później Harry stał nagi nad gigantyczną, wypełnioną pianą wanną ze złotym jajkiem w ręce. Wślizgnął się do środka, rozkoszując się cudownie ciepłą, perfumowaną wodą otoczoną magicznymi bańkami. Pozwolił sobie przez parę długich chwil pogrążyć w przyjemności, po czym w końcu westchnął i usiadł. Odłożył na bok okulary, wziął głęboki wdech i zanurkował pod wodę.

Zlokalizował jajo i otworzył je. Natychmiast rozbrzmiały śpiewające głosy:

Szukaj nas tam tylko, gdzie słyszysz nasz głos,

Nad wodą nie śpiewamy, taki już nasz los,

A kiedy będziesz szukał, zaśpiewamy tak:

To my mamy to, czego tobie tak brak.

Aby to odzyskać, masz tylko godzinę,

Której nie przedłużymy choćby i o krztynę.

Po godzinie nadzieję przyjdzie ci porzucić,

A to, czego tak szukasz, nigdy już nie wróci.

Harry wyprostował się, wynurzając ponad powierzchnię i biorąc głęboki oddech. Zmarszczył brwi, zastanawiając się nad słowami piosenki. Wziął kolejny wdech i chcąc wysłuchać jej jeszcze raz, ponownie zanurkował.

Po kilku razach udało mu się zapamiętać cały wierszyk. Odłożył zamknięte jajo na podłogę koło wanny i zrelaksował się w ciepłej wodzie.

Szukaj nas tam tylko, gdzie słyszysz nasz głos, nad wodą nie śpiewamy, taki już nasz los.

Czyli pod wodą. Trytony nie są w stanie śpiewać na lądzie. Tak naprawdę teraz, kiedy tak o tym pomyślał, to w jakiejś książce o magicznych stworzeniach czytał, że ich język nad wodą brzmi dla ludzi jak okropne skrzeczenie. Westchnął i potrząsnął głową, żałując, że nie przypomniał sobie o tym wcześniej. W jeziorze żyły trytony, prawda?

Aby to odzyskać, masz tylko godzinę.

To prawdopodobnie był największy problem. Więc będzie musiał pozostać pod wodą przez całą godzinę i odnaleźć coś, co przed nim ukryły. Będzie musiał nie tylko być w stanie oddychać w jeziorze przez godzinę, ale także pływać. Najlepiej by było, aby miał także dobry wzrok, dzięki niemu miałby szansę znaleźć to coś, cokolwiek to było... I jezioro nie było nazywane czarnym jeziorem bez przyczyny. Było głębokie i mroczne.

A więc — oddychanie pod wodą. Coś, co pozwoliłoby mu pływać. Coś, co poprawiłoby jego wzrok...

I zamierzały coś mu zabrać.

To my mamy to, czego tobie tak brak.

Co to mogłoby być? Jego peleryna — niewidka? To z pewnością byłoby trudne do znalezienia. Zwłaszcza pod wodą. Miał cholerną nadzieję, że nie o tym mówiły. Nie było wielu rzeczy, które mogliby mu zabrać i których byłoby mu bardzo brak. Peleryna, mapa i różdżka. Wszystko inne mógł z łatwością zastąpić.

Poza rzeczami, na które musi rzucić okiem, prawdopodobnie przydałyby mu się również jakieś inne zaklęcia nawigacyjne, których mógłby użyć pod wodą.

Z tym postanowieniem Harry zdecydował się skorzystać z pozostałego mu czasu i leżał z wannie aż do chwili, gdy zniknęły wszystkie bańki.