ROZDZIAŁ 6

Tłumaczyła Midnightesse [u/4071010]. Betowała Panna Mi [u/2693969/].

Następnego dnia Harry spędził trochę czasu w bibliotece szukając wszystkiego, co mogłoby pomóc mu zmierzyć się z drugim zadaniem. Ciężko było poprosić o pomoc Hermionę, ponieważ wcześniej dał jej do zrozumienia, że to właśnie do turnieju były mu potrzebne eliksiry, które warzył i że już dawno temu rozwikłał zagadkę.

Gdyby przyznał, że nieco minął się z prawdą, dziewczyna z pewnością chciałaby wiedzieć, do czego były mu potrzebne eliksiry, a on nie zamierzał dzielić się z nią akurat tą informacją.

Szybko zmęczyło go przesiadywanie w bibliotece — zwłaszcza, że kręciło się po niej mnóstwo innych uczniów. Wciąż trwała przerwa świąteczna, na Merlina! Po co ci wszyscy ludzie siedzieli teraz w bibliotece? Cholerny bal. Harry naprawdę tęsknił za ciszą, która zawsze panowała w zamku podczas świąt. Z powodu balu prawie wszyscy uczniowie od czwartego roku wzwyż zostali w szkole, zamiast wrócić do domu.

W tym momencie przypomniał sobie te wszystkie książki, jakie znajdowały się w Komnacie, w gabinecie Slytherina. Cóż, przynajmniej przy przeszukiwaniu tamtych książek nie będzie musiał znosić niczyjej obecności.

Wspiął się po schodach do Wieży Gryffindoru, złapał pelerynę, mapę i swoją torbę, po czym wrócił do Pokoju Wspólnego. Ron ponownie zaproponował mu grę w eksplodującego durnia, ale Harry odmówił, tłumacząc się pracą nad drugim zadaniem, i szybko wyszedł.

Dziesięć minut później wślizgnął się do gabinetu, ściągając z ramienia torbę.

Usiadł na kanapie, rozglądając się po wypełnionym woluminami pokoju. Większość z nich była naprawdę stara. Niektórych nawet bał się dotknąć, bo wyglądały, jakby miały rozpaść mu się w rękach. Cóż, w końcu miały jakieś tysiąc lat.

Inne były jednak w znacznie lepszym stanie. Mógł wyczuć delikatne fale magii rozchodzące się po pokoju i zdał sobie sprawę, że są to resztki jakiegoś zaklęcia ochronnego. Było już ono jednak słabe i nie obejmowało wszystkich ksiąg, które znajdowały się w gabinecie.

Pod jedną ze ścian zauważył również o wiele czystszą stertę, wyglądających na o wiele nowsze niż reszta. Również chroniąca je magia była świeższa i mocniejsza niż w przypadku pozostałych tomów.

Harry podejrzewał, że były to książki, które Riddle naprawił i odrestaurował podczas swojego pobytu w Hogwarcie. Kiedy przyjrzał im się bliżej, rozumiał już dlaczego — większość z tych książek wyglądała na niesamowicie interesującą.

Harry westchnął ciężko, zastanawiając się, czy któraś z nich będzie w stanie pomóc mu w zadaniu. Na pewno w tak bezcennej świątyni wiedzy znajdzie dla siebie coś użytecznego.

Wstał i podszedł do stosu ksiąg, które uratował Riddle. Ukucnął obok nich, czytając tytuły.

Zaklęcie wyszukujące... — wyszeptał w umyśle głos jego towarzysza powodując, że Harry zamarł.

Co?

Jest zaklęcie... dzięki którego można wyszukać... dany temat w książce. Dużo... szybciej.

— Poważnie? Dlaczego nie wspomniałeś o tym wcześniej w bibliotece?

...

Harry przewrócił oczami i westchnął.

W porządku, co to za zaklęcie?

Invenio... ruch różdżką... w kształcie „S". Inkantacja... Invenio... i słowo... albo fraza... której szukasz.

Harry przytaknął, uśmiechając się szeroko. Postanowił najpierw przetestować zaklęcie, tak więc wybrał pierwszą lepszą książkę, spoglądając na jej tytuł. „Na palcach przez umysł" autorstwa Clair Videre. Jego brwi uniosły się w nagłym zainteresowaniu.

Położył książkę na podłodze koło siebie, wyciągając różdżkę. Przywołał magię, rozkoszując się przez moment tym, jak wiruje wokół niego. Skierował koniec różdżki na książkę i wykonując nią ruch przypominający „S" wyszeptał: Invenio Umysł.

Delikatna wiązka żółtego światła zatańczyła wokół książki. Słowo „umysł" na okładce przez chwilę zaświeciło się na żółto, po czym światło zaczęło wydobywać się z całej książki. Nagle księga otworzyła się, a strony zaczęły same się przewracać, od pierwszej aż do ostatniej. Kiedy książka znieruchomiała zauważył, że z wielu kartek wydobywa się żółty blask, najwyraźniej zaznaczając te, na których zaklęcie wykryło słowo „umysł". Skoro książka była o magii umysłu nie było nic dziwnego w tym, że słowo to pojawiało się w niej wielokrotnie.

Szybkie opanowanie zaklęcia wywołało na jego twarzy szeroki uśmiech. Rzucił pośpiesznie finite i blask zniknął. Miał właśnie odłożyć książkę z powrotem na miejsce, kiedy nagle zatrzymał się wpół ruchu i po krótkim zastanowieniu wsunął ją do torby.

Jego umiejętność przeszukiwania umysłów była całkowicie instynktowna. Zastanawiał się, co książka mogłaby powiedzieć mu na ten temat. Nie wiedział nawet, czy istnieje jakakolwiek konkretna nazwa tego, co robił i chciał dowiedzieć się o tym czegoś więcej. Sam mógł wysuwać tylko ślepe teorie.

Odwrócił się z powrotem do stosu książek zastanawiając się, jakiego słowa lub frazy użyć. Uznał, że woda będzie na początek najbardziej efektywna. Pływanie, wzrok i oddychanie.

Zmarszczył brwi.

Hej, czy to musi być dokładny cytat z książki, czy mogę wyszukać kilka słów i zaklęcie wskaże mi najbliższe znaczenia?

Wskaże ci... najbardziej pasujące trafienia... jeśli będziesz tego chciał.

Harry uśmiechnął się, dziękując w myślach. Uniósł różdżkę, wykonując ten sam ruch, co poprzednio i mówiąc: Invenio pływanie, oddychanie, woda.

Żółte światło ponownie rozbłysło na czubku różdżki, kierując się w stronę książek. Przez chwilę wirowało, przeszukując wszystkie woluminy. Harry usiadł, czekając i wykorzystując chwilę, by rozejrzeć się po zagraconym gabinecie. Naprawdę powinien nieco tu posprzątać...

W końcu poczuł, że magia opadła i przeniósł wzrok z powrotem na księgi. Kilka z nich jarzyło się na żółto, zebrał więc je i zaniósł do małego stolika. Wziął pierwszą z nich, rozkładając się na kanapie.

„Wężomagiczne transformacje" autorstwa Apali Denisonii.

Jedna z brwi Harry'ego uniosła się z zaciekawieniem. Książka była wyraźnie zadbana. Nie wyglądała na tak starą, by móc należeć do Slytherina. Zerknął na stronę tytułową i dowiedział się, że została wydana zaledwie sto lat temu.

Riddle musiał ją tu zostawić — pomyślał.

Otworzył książkę na rozdziale, który został przez zaklęcie wyszukujące oznaczony najmocniejszym żółtym światłem i zaczął czytać. Opisywał on formę wodnego węża i jego doskonałą umiejętność pływania. Oddychanie wciąż było potrzebne, ponieważ gady nie miały skrzeli, ale ten gatunek mógł wstrzymywać oddech nawet przez dwadzieścia minut. Książka mówiła, że jeśli pojawi się konieczność dłuższego przebywania pod wodą, należy użyć zaklęcia bąblogłowy. Harry przestał czytać, spoglądając na książkę z nieznacznym zdezorientowaniem. Miał wrażenie, że ominęło go coś ważnego i postanowił powrócić do jej wstępu.

W normalnych okolicznościach transfiguracja człowieka w zwierzę jest bardzo niebezpieczna. Podczas transfiguracji człowiek nabiera zwierzęcych cech psychicznych i umysłowych, przez co traci zdolność panowania nad swoją magią. Czarodziej, który w całości przemieni się w zwierzę traci więc możliwość powrotu do ludzkiej formy. Jedynie drugi czarodziej może transfigurować go z powrotem, a bez tego wsparcia pozostałby uwięziony w ciele zwierzęcia na zawsze.

Animag to czarodziej, który posiadł wrodzoną zdolność do przemieniania się w konkretny gatunek zwierzęcia, w głównej mierze zdeterminowany przez osobowość czarodzieja.

Podczas animagicznej transformacji zachowane zostają zdolności umysłowe, tak samo jak możliwość korzystania z magii koniecznej do powrotu do ludzkiej formy. Przemiana animaga jest zatem transformacją, a nie transfiguracją.

Transformacja animagiczna ma jednak kilka negatywnych cech. Przede wszystkim przeciętnemu czarodziejowi opanowanie tej sztuki zajmuje nie mniej niż dwa lata — zakładając, że w ogóle jest do tego zdolny. Drugim problemem jest fakt, że czarodziej nie ma możliwości zdecydowania, w jakie zwierzę chce się przemieniać. Po trzecie, animagowie przez całe życie mają tylko jedną formę. Nie istnieje możliwość zmiany formy animagicznej, jeśli więc okaże się ona nieodpowiednia lub niezgodna z oczekiwaniami, czarodziej zmarnował jedynie dwa lata na ćwiczenia.

Jest znanym powszechnie faktem, że czarodzieje, którzy posiedli umiejętność władania wężomową są potomkami czarodziejów skrzyżowanych z jedną z ras wężowych humanoidów — zwykle z Nagami z Indii, a w niektórych przypadkach z Yuan — ti ze wschodniej Azji. Zarówno Nagowie jak i Yuan — ti posiadają naturalną zdolność do przyjmowania ludzkiej formy, której używają do uwodzenia i wykorzystywania łatwowiernych ludzi.

Niektóre z nich jednak dobrowolnie wiązały się z ludźmi i potomkami tych związków są właśnie osoby zdolne do używania starożytnej wężomagii.

Z powodu dziedzictwa krwi tych magicznych stworzeń wielu czarodziejów, którzy odziedziczyli umiejętność posługiwania się wężomową i używania wężomagii, posiadło również zdolność transformacji w różne formy węży.

Nie jest to transfiguracja, ale transformacja, podobna do przemiany animagicznej. Jednak w przeciwieństwie do niej, nie ogranicza się jedynie do jednej formy. Dzięki ćwiczeniom można opanować transformację zawierającą wiele różnych wariantów.

Dodatkową przewagą nad transformacją animagiczną jest to, że jeśli posiada się do tego wrodzoną zdolność, opanowanie umiejętności zajmuje nie dłużej niż dwa, trzy miesiące ćwiczeń w przypadku pierwszej formy. Każda kolejna będzie trudniejsza do opanowania i zajmie więcej czasu.

Większość wężomagów posiada jedną lub dwie wężowe formy, chociaż byliby oni w stanie opanować kolejne, gdyby pojawiła się taka potrzeba.

Kolejne rozdziały opisują najbardziej popularne formy używane przez wężomagów i najlepsze sposoby ich opanowania zawierające ćwiczenia i medytacje."

Harry przerwał, wpatrując się w książkę. Czy on mógłby opanować którąś z tych transformacji? Jakoś w to wątpił, w końcu biologicznie nie był potomkiem żadnego z „wężomagów". Przejął tą zdolność od Voldemorta. Jeśli możliwość transformacji była ściśle związana z byciem potomkiem tych... ee, Nagów, czy czegoś takiego, wątpliwym było, by posiadał tą zdolność. Ale z drugiej strony była to magiczna transformacja, więc kto wie?

Tak czy inaczej było to warte bliższego zbadania. Nie bardzo rozumiał całej tej kwestii z przemianą w wodnego węża. Czy to znaczyło, że zmieniałby się w małego wężyka? To mogłoby być użyteczne... Prawdopodobnie jako mały wąż mógłby pływać naprawdę szybko, ale czy takie małe ciałko wytrzymałoby w zimnym jeziorze przez godzinę? I co z oddychaniem? Będzie musiał zerknąć na to zaklęcie bąblogłowy, o którym wspominała książka. Zresztą, gdyby zrobił to podczas turnieju, to czy Ministerstwo nie uznałoby, że jest animagiem i kazało mu się zarejestrować? Czy zostałby ukarany za to, że nie zarejestrował się od razu? Z tego co wiedział, przed ukończeniem siedemnastu lat nie miał obowiązku rejestrowania się jako animag, więc może udałoby mu się z tego wywinąć. Niemniej jednak najlepiej byłoby, gdyby nikt nie zorientował się, co właściwie zrobił.

Otworzył książkę z powrotem na rozdziale o wężach wodnych i zaczął czytać charakterystyki poszczególnych gatunków, sprawdzając, czy któryś z nich w ogóle odpowiada jego potrzebom. Wciąż miał sporo innych ksiąg do przejrzenia, więc jeśli to by nie wypaliło, zawsze będzie mógł skupić się na reszcie.

Trzydzieści minut później skończył czytać rozdział, który odpowiedział przynajmniej na kilka jego pytań.

Gdyby udało mi się to zrobić, z pewnością nie byłby „wężykiem". Właściwie najprawdopodobniej byłby gigantycznym wężem. Masa jego ciała zostałaby przeniesiona na masę ciała węża, więc wciąż ważyłby tyle samo, z czego wynika, że jego waga nie zostałaby zmieniona, a jedynie przeniesiona do podłużnej, wężowej formy.

Według książki pływałby w tej formie bardzo szybko. Węże wodne pod powierzchnią poruszały się bardzo zwinnie, a ich ciała były umięśnione, co czyniło je bardzo niebezpiecznymi. Miały również podwójne powieki, w tym jedne przezroczyste, dzięki czemu mógłby bez problemu widzieć pod wodą. Najwyraźniej również i w nocy ich wzrok był bardzo dobry. Na dodatek, do tego wszystkiego dochodził jeszcze trujący jad. Byłby wielkim, zabójczym wężem!

Z drugiej strony byłby z pewnością zmiennocieplny, przez co temperatura czarnego jeziora nie byłaby dla niego zbyt przyjemna, ale ten problem mogłoby rozwiązać ocieplające zaklęcie rzucone przed zadaniem.

Biorąc pod uwagę, że nie mógłby mówić ani choćby podnieść różdżki, w wężowej formie nie mógłby rzucać tradycyjnych zaklęć, chociaż wciąż byłby zdolny do wykonywania wężomagii.

Najlepszą strategią, by wytrzymać pod wodą było, kiedy będzie jeszcze w ludzkiej formie, rzucenie zaklęcia bąblogłowy na nos i usta oraz zaklęcia ocieplającego na całe ciało, a następnie wskoczenie do wody i przemienienie się, kiedy będzie już wystarczająco głęboko, by nikt tego nie widział. Oczywiście brał to rozwiązanie pod uwagę jedynie, jeśli nie będzie żadnego nadzoru pozwalającego publiczności obserwować to, co reprezentanci robią pod powierzchnią.

Wręcz oczekiwał, że Dumbledore wymyśli jakiś sposób, by ich nadzorować — jak inaczej będą wiedzieć, czy ktoś nie wpadł w kłopoty i nie potrzebuje pomocy?

Wciąż jednak transformacja wydawała się sensowną opcją. Nawet, jeśli skończy zmuszony do zarejestrowania się jako animag. A jeśli wpadłby w kłopoty przez brak zarejestrowania, to zawsze mógł powiedzieć, że w zasadzie nie była to do końca przemiana animagiczna i mieć nadzieję, że ta mała formalność pozwoli mu się wykręcić.

Tak... oczywiście biorąc pod uwagę, że udałoby mu się to opanować przed połową lutego, kiedy miało odbyć się zadanie. Och, i zakładając, że w ogóle ma do tego predyspozycje... w co tak naprawdę poważnie wątpił.

Wrócił do pierwszego rozdziału i zaczął go czytać. Opisywał raczej skomplikowaną wężomagiczną inkantację, która pozwalała sięgnąć do wężomagicznego rdzenia i sprawdzić, czy jest się zdolnym do wykonania transformacji.

Przeczytał ten fragment kilkakrotnie, a jego towarzysz wyjaśnił mu szczegóły, których nie do końca zrozumiał. W końcu wstał i przeszedł na środek pomieszczenia. Zamknął oczy, skupiając się w swoim umyśle na wizerunku węża. Zaczął cicho syczeć i poczuł, jak wężomagia zaczyna wirować wokół niego. Wyciągnął jej na powierzchnię więcej, niż kiedykolwiek wcześniej potrzebował.

Była jak pole elektryczne, całkowicie odurzająca. Przywoływanie normalnej magii, a przywoływanie wężomagii było czymś zupełnie innym, ale nie potrafił wyjaśnić, na czym polegała ta różnica. Wężomagia była po prostu w jakiś sposób... upajająca. Doprowadzała go niemal do zawrotów głowy.

Im więcej magii zbierało się wokół niego, tym lżejszy i bardziej zrelaksowany się czuł. Jego powieki robiły się ciężkie, a usta rozszerzyły w lekkim uśmiechu. Wydał z siebie dziwny, syczący chichot, który po chwili przeszedł w głośny śmiech. Czuł, że natężenie magii osiąga szczyt, chwilę później eksplodując potężną falą mrocznej energii. Harry sapnął zszokowany, kiedy siła wybuchu powaliła go na kolana. Podparł się dłońmi, by uchronić się od upadku na zimną posadzkę. Tkwił tak przez chwilę bez ruchu, dysząc ciężko i trzęsąc się, zszokowany tym, czego właśnie doświadczył.

Z trudem otworzył oczy, zerkając na siebie i zauważając, że otacza go delikatna, pulsująca, zielonkawa poświata, która już zaczynała blednąć. Uśmiechnął się szeroko.

Był zdolny do opanowania transformacji.

Nie ruszał się przez parę minut, aż w końcu poczuł, że jego siły wróciły na tyle, by z powrotem stanąć na nogi. Jego ciało wciąż było niepokojąco rozdygotane, ale był w stanie przejść kilka kroków i usiąść na kanapie. Drżącą dłonią sięgnął po książkę i ponownie zaczął czytać. Chciał, by to zadziałało. Sprawi, że to zadziała. Nawet jeśli nie uda mu się opanować tego przed długim zadaniem... to i tak brzmiało na tyle fascynująco, by warto było tego spróbować.

Minął tydzień odkąd Harry dowiedział się o istnieniu wężowej transformacji. Każdego dnia sporo czasu spędzał w Komnacie Tajemnic ćwicząc, medytując i przeglądając książki o wężomagii w poszukiwaniu przydatnych zaklęć.

— Dokąd cały czas wychodzisz, Harry? — zamarudził Ron, kiedy Potter skierował się w stronę portretu Grubej Damy. — Przerwa świąteczna prawie się skończyła, a my ledwo cię widujemy!

Dziś znowu była sobota, godzina pierwsza po południu. Poprzedniej nocy Harry wziął drugą dawkę eliksiru przyspieszającego, co spowodowało, że był obolały i wykończony. Zdecydowanie nie miał teraz ochoty na towarzystwo Rona Weasleya. Zwłaszcza marudnego Rona Weasleya.

Zacisnął zęby i zamknął oczy, desperacko próbując nie stracić nad sobą panowania. Wściekanie się na Rona w niczym by nie pomogło, a jedynie wywołało więcej pytań i podejrzeń. Nie potrzebował tego, żeby jeszcze więcej osób obserwowało go i zastanawiało się nad jego zachowaniem. Ostatnio wszystko się nieco wyciszyło i zamierzał cieszyć się tym spokojem.

Wziął kilka głębokich oddechów, po czym otworzył oczy. Ron wpatrywał się w niego dziwnie.

— Słuchaj, byłem zajęty. Wciąż pracuję nad strategią do drugiego zadania i to pochłania naprawdę wiele roboty. To wszystko.

— Chyba nie zamierzasz powiedzieć, że wciąż warzysz eliksiry? — zawołał z niedowierzaniem rudzielec.

— Nie, właściwie już skończyłem.

Ron zamrugał, a po chwili jego twarz nieco się rozjaśniła.

— Więc masz to już załatwione!

Harry westchnął, opierając czoło na dłoni.

— Skończyłem z eliksirami, to prawda, ale to był tylko pierwszy krok, Ron. Wciąż muszę nauczyć się kilku zaklęć, a ćwiczenia zajmują sporo czasu.

— Och. — Uśmiech zniknął z twarzy rudzielca.

— Potrzebujesz pomocy? — zza pleców dobiegł go głos Hermiony i Harry odwrócił się. Dziewczyna siedziała w jednym z foteli przy kominku.

— Nie, Hermiono. Mam wszystko pod kontrolą.

— Jesteś pewien? Moglibyśmy przecież pomóc ci w ćwiczeniach — zaoferowała z nadzieją.

Harry zastanowił się, w czym mogliby mu pomóc. Opanował już do perfekcji zaklęcie ocieplające i bąblogłowy. Były banalnie proste. Wszystko, co pozostało mu do zrobienia, wiązało się z wężomagią.

Chociaż... wciąż zostały mu jeszcze zaklęcia lokalizujące.

Wcześniej po raz kolejny rzucił zaklęcie wyszukujące w gabinecie Slytherina, jako haseł używając „zaklęcia lokalizujące" i „wężomagia", dzięki czemu udało mu się znaleźć kilka ksiąg z zaklęciami — w tym z dwoma różnymi zaklęciami lokalizującymi. Zrobił to dopiero wczoraj, więc nie przetestował jeszcze żadnego z nich.

— Cóż... — zaczął powoli. — Muszę przećwiczyć kilka zaklęć lokalizujących.

— Lokalizujących? — powtórzyła Hermiona, spoglądając na niego z zainteresowaniem. — Więc... zamierzasz nam powiedzieć, na czym dokładnie będzie polegało drugie zadanie? Czy może ci nie wolno? Muszę przyznać, że naprawdę umieram z ciekawości!

— Ee, cóż... myślę, że mogę wam powiedzieć. Nikt nie wspominał o żadnym zakazie. W skrócie zadanie będzie polegało na znalezieniu czegoś. Wciąż jednak nie wiem, co to dokładnie ma być. Najwyraźniej zamierzają mi coś ukraść i ukryć na dnie jeziora. Będę miał godzinę, żeby to odnaleźć. Jeśli mi się nie uda, nigdy tego nie odzyskam.

Oboje, Ron i Hermiona, wyglądali na przerażonych. Chłopak odezwał się pierwszy:

— Ale w jeziorze są przecież różne... rzeczy! Co z Wielką Kałamarnicą?

Harry parsknął śmiechem, w którym nie było ani odrobimy rozbawienia.

— Tak, Ron, wiem o tym.

— Ale to jezioro jest wielkie! I niewiarygodnie głębokie! Jak na Merlina ma ci wystarczyć powietrza, żeby je całe przeszukać? Potrzebujesz jakiegoś zaklęcia pozwalającego oddychać pod wodą, lub czegoś w tym stylu... Och, co zamierzasz zrobić, Harry? — zapytała Hermiona z przerażeniem.

— Pracuję nad kilkoma rzeczami... Właściwie kwestię oddychania pod wodą mam już załatwioną. A co to kałamarnicy, druzgotków i trytonów mam już pewien plan, a także plan awaryjny, gdyby ten pierwszy nie wypalił. Tak czy inaczej muszę jeszcze rozpracować parę zaklęć lokalizujących i myślę, że moglibyście mi w tym pomóc.

— W jaki sposób — zapytała Hermiona z poważnym wyrazem twarzy.

— Cóż... moglibyście... zabrać mi coś, tak bym mógł spróbować to znaleźć. Z tego co wiem nie zamierzają nawet mi powiedzieć co to będzie, więc będę kompletnie nieprzygotowany. Muszę poćwiczyć.

— Chcesz to zrobić teraz? — zapytał chętnie Ron. Harry skrzywił się.

— Ee... chyba nie. Wybaczcie, ale jestem zmęczony. Właściwie to planowałem się zdrzemnąć.

— Co? — zawołał Ron. — Przecież jest dopiero pierwsza po południu!

— Wstałem naprawdę bardzo wcześnie, Ron, i ciężko pracowałem. Naprawdę jestem wykończony.

— Och... w porządku — odparł z rozczarowaniem rudzielec.

— Cóż... w takim razie idź odpocząć — stwierdziła Hermiona, decydując się zostawić na później pytania, które najwyraźniej cisnęły jej się na język.

Wyglądała na wręcz zdesperowaną, by dowiedzieć się, co go tak wyczerpało. Fakt, że w końcu podzielił się z nim jakimikolwiek szczegółami dotyczącymi turnieju — wcześniej odmawiał zdradzenia im czegokolwiek — tylko zaostrzył jej ciekawość. Wyraźnie chciała dowiedzieć się więcej. Harry był zaskoczony, że powstrzymała się od natychmiastowego zadręczania go pytaniami.

— Dzięki — odparł, uśmiechając się z ulgą.

— Możemy popracować nad tymi zaklęciami lokalizującymi jutro — dodał Ron, kiedy Potter odwrócił się.

— Tak, jasne — zgodził się, wzruszając ramionami i kierując się w stronę schodów.

Podejdź, Glizdogonie — rzekł, wykonując przywołujący gest drobną dłonią. Niski, tłusty mężczyzna chował się w kącie pomieszczenia. Wydał niepewny, przerażony odgłos i natychmiast się zbliżył.

— Tak, mój Panie? — uklęknął, kłaniając się.

— Twoje ramię, Glizdogonie — rozkazał.

Mężczyzna uniósł lekko głowę, spoglądając spod długich, rzadkich włosów i zadygotał. Powoli podniósł lewe ramię, podciągając rękaw szaty.

Sięgnął do niskiego stolika obok fotelu, w którym siedział i podniósł swoją różdżkę. Przez chwilę rozkoszował się ciepłą falą magii, która przeniknęła jego dłoń. Jego połączenie ze swoją mocą z każdym dniem było coraz silniejsze. To przypominało mu, że wszystko jest tylko kwestią czasu... tylko kwestią czasu...

Mocno przycisnął różdżkę do ramienia swojego sługi. Uśmiechnął się zauważając, że wstrętny, mały szczur wzdrygnął się z bólu.

Wezwał swoją magię, co od bardzo dawna nie przychodziło mu z taką łatwością. Czuł się wspaniale i wyczekiwał niecierpliwie na to, co nadejdzie.

Skupił się, przenosząc magię poprzez różdżkę do znaku. Blady kształt zaczął robić się czarny i zafalował pod wpływem magii. Glizdogon zaskomlał cicho z bólu, co sprawiło, że jego uśmiech jeszcze bardziej się poszerzył.

Robił to już po raz trzeci, ale po raz pierwszy w sposób zauważalny dla swoich zwolenników. Tym razem poczują różnicę.

Wcześniej tylko nawiązywał połączenie. Teraz wszyscy dowiedzą się, bez cienia wątpliwości, że ich Pan powrócił. Za każdym razem znak stawał się coraz wyraźniejszy.

Idealnie, teraz, kiedy w końcu wezwie swoich zwolenników, będą na to przygotowani. Nie chciał dawać im żadnych możliwych wymówek na nie pojawienie się. Nie będą się tłumaczyć, że nie byli gotowi na wezwanie, ponieważ minęło tyle lat od jego upadku. To były ostrzeżenia, a kara za zignorowanie wezwania będzie potworna.

Z zadowolonym uśmieszkiem na twarzy schował różdżkę. Glizdogon zaskomlał, natychmiast zakrywając obnażone ramię.

— Bardzo dobrze, Glizdogonie — wysyczał cicho. — Przynieś mi krzesło.

— Tak, mój Panie — odparł mężczyzna, po raz kolejny kłaniając się nisko i przemierzając pokój. Wrócił minutę później, a za nim w powietrzu unosiło się pozbawione nóg, rzeźbione, mahoniowe krzesło. Było małych rozmiarów, jakby przeznaczone dla dziecka. Podłokietniki były wyrzeźbione na kształt węży, oplatających je dookoła oparcia.

Wykonał ruch ręką, wpatrując się wyczekująco w Glizdogona. Czarodziej, wciąż kuląc się, podniósł go i umieścił na krześle.

— Czy książki zostały zaniesione do biblioteki?

— Tak, mój Panie. Tak jak rozkazałeś wyciągnąłem je z pudeł dziś rano.

Dobrze. Możesz iść.

— T — tak, mój Panie.

Glizdogon skłonił się i szybko opuścił pomieszczenie, podświadomie przyciskając lewe ramię do klatki piersiowej; wyraźnie wdzięczny, że został odprawiony. Przesunął się na twardym, drewnianym krześle. Naprawdę powinien postarać się o jakieś poduszki. Nieważne. Zajmie się tym później.

Machnął ręką i krzesło zaczęło przesuwać się do przodu. Skierował je w stronę wyjścia z pokoju, a następnie poprzez hol do biblioteki. Pod ścianą znajdowało się kilka pudeł. Wiedział, że zawierają stare, poszarpane mugolskie książki, które zwykle zajmowały miejsce na półkach. Ich miejsce zajął zbiór ksiąg, które udało mu się odzyskać z jednego ze swoich starych, chronionych magazynów. Był zachwycony, kiedy odkrył, że przetrwały jego nieobecność. Denerwowało go tylko, że musiał wysłać po nie akurat Glizdogona, chociaż nawet on nie był tak niekompetentny, by to spieprzyć.

Zbliżył krzesło do półek, studiując tytuły starożytnych tomów.

Westchnął z zadowoleniem. Odzyskanie tych ksiąg sprawiło mu ogromną ulgę. Jego książki były niczym przedłużenie jego samego. Nienawidził być zmuszany do odseparowania się od wiedzy. Zawsze tęsknił za księgami, które musiał zostawić w Hogwarcie. Ale któregoś dnia — miejmy nadzieję, że niedługo — przejmie kontrolę nad szkołą i będzie mógł zabrać ze z Komnaty. Co nie zmieniało jednak faktu, że te książki były fantastycznym znaleziskiem, nawet jeśli nie dorównywały wartości tym znajdującym się w szkole.

Wyciągnął rękę, przesuwając palcem po starej skórze i biorąc głęboki oddech. Tak, tęsknił za tym...

Harry otworzył oczy, westchnął i uśmiechnął się. Czuł dziwne zadowolenie. To było jak odzyskanie czegoś, co się dawno straciło.

Albo raczej... on odzyskał coś, co dawno stracił — poprawił się.

Ale to uczucie wciąż było...

Harry potrząsnął głowę. Od dwudziestu minut leżał na łóżku z zamkniętymi oczami mimo tego, że był całkowicie rozbudzony. Wciąż przypominał sobie nocną wizję. To było dziwne, widzieć tę stronę Voldemorta. Mężczyzna naprawdę szanował wiedzę. Potwierdziły się też podejrzenia Harry'ego odnośnie Toma Riddle'a i Komnaty Tajemnic. Teraz był już pewny, że Riddle tam był. Prawdopodobnie nawet spędzał tam sporo czasu.

Lata temu czytał te same książki, które Potter przeglądał teraz. Sam nawet zostawił kilka z nich. Ciekawe było to, że... Harry czuł się tak samo przywiązany do tych ksiąg jako Voldemort, jak i jako on sam. Mężczyzna nie dzielił tego, czego się nauczył na ważniejsze i mniej ważne. Wiedza była potęgą i zawsze zasługiwała na uwagę pod każdą postacią.

Jednak największą rewelacją nocnej wizji było to, co stało się pod jej koniec. Był wczesny ranek i Glizdogon właśnie wrócił z wyprawy do lokalnego, mugolskiego sklepu. Najwyraźniej, gdziekolwiek znajdował się ten dom, w którym obecnie mieszkał Voldemort, był on położony w pobliżu jakiegoś mugolskiego miasta. Na rozkaz swojego pana Glizdogon przyniósł kilka mugolskich książek i gazet. Najwyraźniej nie robił tego po raz pierwszy, ponieważ Voldemort natychmiast porzucił to, co robił i zajął się czytaniem mugolskiej gazety. Powiedział też Glizdogonowi, żeby następnym razem spróbował załatwić więcej międzynarodowych publikacji.

Czarny Pan nie znosił przez tak długi czas być niedoinformowany. Podczas jego nieobecności czarodziejski świat właściwie niewiele się zmienił, za to mugolski i owszem, zmieniał się bardzo szybko. Zwłaszcza przez ostatnie piętnaście lat. Voldemort czuł, że musi zapoznać się z najnowszymi technologiami i wynalazkami mugolskimi. Chciał być przygotowany.

To, co najbardziej zaskoczyło Harry'ego, to zupełny brak myśli o niższości mugoli w stosunku do czarodziejów. Czy nie tak Czarny Pan powinien właśnie myśleć? Wierzyć, że mugole nie są niczym ponad głupimi zwierzętami? Głupi, brudni, słabi mugole?

Ale nie myślał tak. Harry był zszokowany odkrywając, że mężczyzna ma naprawdę spory szacunek do ich osiągnięć. Chociaż uważał też, że zagrażają czarodziejskiemu światu. Uważał, że są niebezpieczni. Cały czas myślał o pewnej rzeczy, którą ma do zrobienia. Swoim zadaniu. To sprawiało, że Harry czuł się zdezorientowany i miał wrażenie, że ominęło go coś, bez czego nie jest stanie dostrzec całego obrazu zaistniałej sytuacji.

Westchnął i potrząsnął głową. To było tak, jakby wszystko, w co wierzył, czego dowiedział się przez ostatnie trzy lata, bazowało na kłamstwie i nieporozumieniu. Odwiedzanie myśli Voldemorta pokazało Harry'emu coś, czego nigdy by się nie spodziewał.

Voldemort był po prostu... człowiekiem.

Oczywiście niesamowicie potężnym człowiekiem, z ogromną potrzebą kontroli i zdobywania wiedzy. Ale wciąż tylko człowiekiem. Zawsze wyobrażał sobie Voldemorta jako coś w rodzaju krwiożerczego potwora, niezdolnego do racjonalnego myślenia, który spędza czas na torturowaniu ludzi i wymyślaniu coraz nowszych i bardziej kreatywnych sposobów mordowania mugoli. Ale czy taka była prawda?

A jego moc... Harry poczuł, jak przeniknęła przez niego, kiedy dotknął różdżką Mrocznego Znaku Glizdogona, i była wręcz upajająca. Taka mroczna i wyborna... A to była tylko mała część całej jego magii!

Harry zamknął oczy na wspomnienie tak bezpośredniego doświadczenia tej potęgi. Wypuścił powietrze z płuc długim, drżącym wydechem i uśmiechnął się. Wspomnienie to powodowało przyjemne łaskotanie w żołądku i nie chciał pozwolić mu odejść.

Chwilę później znowu westchnął, otrząsając się z ogarniającego go zamroczenia. Skupianie się na takich rzeczach z pewnością nie było najlepszym wyjściem. To nie było... zdrowe.

Większość poranka spędził w Komnacie, skupiając się, medytując i ćwicząc oddychanie. Powoli zaczynał czuć gotującą się w nim magię. Przesuwała się ona pod jego skórą, łaskocząc, ale poza tym nic konkretnego jeszcze się nie wydarzyło. Był jednak pozytywnie nastawiony. Dziś był trzeci lutego, a zadanie miało odbyć się dopiero dwudziestego czwartego. Miał plan i miał czas.

Opuścił komnatę i wrócił na górę, zmierzając na lunch. Ron zapytał go, czy chce teraz popracować nad zaklęciami lokalizującymi, ale Harry odmówił tłumacząc, że jest właśnie w trakcie innych przygotowań i natychmiast po lunchu musi do nich wrócić.

Ron skrzywił się, wyraźnie rozczarowany, ale więcej nie protestował.

Potter opuścił Wielką Salę, przyczajając się za pomnikiem w ukrytym korytarzu i wyciągając z torby mapę i pelerynę. Aktywował pergamin, upewniając się, że korytarz na drugim piętrze jest pusty i będzie mógł bez problemów wrócić do Komnaty. Już miał to zrobić, kiedy dostrzegł nazwisko Karkarowa, zmierzające korytarzem w lochach w stronę gabinetu Snape'a.

Harry zmarszczył brwi, przypominając sobie ostrzeżenie, jakie dał mu Syriusz w poprzednim semestrze. Karkarow był byłym śmierciożercą i Gryfon był bardzo ciekawy, o czym mógłby chcieć rozmawiać ze Snape'em.

Błyskawicznie podjął decyzję i pośpieszył schodami w dół, w stronę lochów. Kiedy zbliżył się, wyciągnął różdżkę i rzucił na siebie zaklęcie wyciszające. Zerknął ponownie na mapę. Obaj, Karkarow i Snape, byli już razem w biurze tego drugiego. Dotknął różdżką mapy, wymazując ją i schował do kieszeni. Pospieszył korytarzem w dół, zatrzymując się za zamkniętymi drzwiami. Przyłożył do nich ucho, wytężając słuch.

Głosy były zbyt ciche, by mógł cokolwiek zrozumieć i Harry warknął, sfrustrowany. Zastanowił się nad jakimś zaklęciem pomagającym podsłuchiwać pod drzwiami albo wzmacniającym słuch. Żadne nie przyszło mu do głowy.

Głosy powoli stawały się głośniejsze i nagle drzwi otworzyły się z hukiem. Harry w ostatniej chwili zdołał uskoczyć i przylgnąć do znajdującej się za nimi ściany.

— Wynoś się! — warknął Snape.

— Ale Severusie, musisz mnie wysłuchać...

Niczego nie muszę! — wysyczał złowieszczo Mistrz Eliksirów.

Harry wyjrzał ukradkiem za drzwi i zobaczył, że Karkarow podciąga lewy rękaw szaty, pokazując Snape'owi coś na swoim ramieniu.

— Wiesz co to znaczy, Severusie! Sam też to czujesz!

— Oczywiście, że czuję! I wiem doskonale, co to znaczy! Nie jestem idiotą, Igorze!

— Ciebie chroni Dumbledore! Ja nie jestem w tak dobrej sytuacji! Kiedy nasz Pan powróci, zniszczy mnie!

— To twój problem, nie mój!

— Ale Severusie, musisz...

NIE! Wynoś się stąd!

Karkarow wyprostował się i pozwolił swojemu ramieniu opaść. Skrzywił się, ale skinął głową.

— Jak sobie życzysz. Ale to jeszcze nie koniec — oznajmiło sucho, po czym odwrócił się i jak burza wypadł z gabinetu.

Snape przez chwilę stał w wejściu, po czym warknął ze złością, wrócił do środka i zatrzasnął za sobą drzwi.

Harry stał tam jeszcze przez minutę, próbując zrozumieć sytuację, której właśnie był świadkiem.

Karkarow był śmierciożercą. Już wcześniej o tym wiedział. Najwyraźniej jednak nie sądził, że Voldemort będzie czekać na niego z otwartymi ramionami, tak więc prawdopodobnie w czasie ostatniej dekady zrobił coś, co wywołało wściekłość u jego Pana.

To sprawiało jednak, że Karkarow stał się mało prawdopodobnym kandydatem na przebywającego w szkole szpiega śmierciożerców, który wrzucił nazwisko Harry'ego do Czary Ognia.

Ale najbardziej wartą zastanowienia sprawą był to, że Karkarow udał się do Snape'a. Pokazał Snape'owiswój znak. To musiało mieć związek z tym, co Voldemort zrobił poprzedniej nocy ze znakiem Glizdogona. Za pomocą swojej magii aktywował wszystkie znaki. Karkarow poczuł to i spanikował. Ale Snape powiedział, że też to poczuł. On też wiedział. I Karkarow przyszedł właśnie do Snape'a.

Czy Snape był śmierciożercą?

Czy to znaczyło, że to Snape był tym, który wplątał go w turniej?

Harry szybko odepchnął się od ściany i skierował z powrotem w stronę drugiego piętra. Wszedł do łazienki Jęczącej Marty, podszedł prosto do zepsutego zlewu i rozkazał mu, aby się otworzył. Kiedy parę minut później wchodził do gabinetu Slytherina, jego umysł wciąż pracował nad rozwiązaniem zagadki.

Zamiast jak zwykle skierować się w stronę kanapy, podszedł do wielkiego biurka i położył na nim swoją torbę. Wyciągnął z niej pergamin, pióro i atrament, a następnie usiadł na krześle.

Przez kilka długich minut wpatrywał się w pustą kartkę, próbując uporządkować swoje myśli.

W końcu przyłożył pióro do pergaminu i zaczął układać list do Syriusza. Minął prawie miesiąc, odkąd po raz ostatni kontaktował się ze swoim ojcem chrzestnym i ponad dwa miesiące od czasu, kiedy na początku listopada rozmawiał z nim przez kominek.

Syriusz wiedział, że Karkarow był śmierciożercą. Może będzie wiedział też coś o Snapie. Tak czy inaczej warto było podzielić się swoją teorią.

Powtórzył wszystko, co zapamiętał z krótkiej rozmowy między Karkarowem a Snapem, opisując również jak Karkarow pokazał swój Mroczny Znak.

Nie powiedział Syriuszowi o wizjach nawet wtedy, kiedy na początku semestru jego ojciec chrzestny sam zapytał, czy wciąż je ma. Nie chciał się nimi z nikim dzielić. Uważał je za raczej... prywatne. W dodatku wątpił, żeby potrafił wyjaśnić komukolwiek innemu sposób, w jaki je odczuwał. To, że podczas nich naprawdę był Voldemortem. Mógł sobie tylko wyobrażać, jak coś takiego mogłoby zostać przyjęte.

Nie. Nie mógł powiedzieć nikomu o tych wizjach. Ale wciąż potrzebował opinii Syriusza na temat konfrontacji Karkarowa i Snape'a. Miał nadzieję, że nie będzie musiał kolejny miesiąc czekać na odpowiedź.

Następnego dnia rozpoczynał się nowy semestr. Harry czytał do późna, a potem spędził kolejną godzinę ze swoim towarzyszem. Spał dłużej niż zwykle i był zmuszony szybciej wykonać wszystkie poranne czynności. Połknął swoją porcję eliksirów i popędził na śniadanie.

W momencie, w którym stanął w drzwiach Wielkiej Sali, wszystkie rozmowy w nagle ucichły. Z zaciekawieniem rozejrzał się wokół siebie. Wszystkie oczy były wpatrzone prosto w niego. Ze stołu Ślizgonów zaczęły docierać do niego pojedyncze śmiechy.

Och, co tym razem? — skrzywił się, kierując kroki w stronę swojego stołu. Odnalazł wzrokiem Rona oraz Hermionę i podszedł do nich. Dziewczyna trzymała w dłoniach Proroka Codziennego i wyglądała na załamaną. Ron patrzył prosto na Harry'ego z mieszaniną szoku i niedowierzania.

Potter szybko przeleciał wzrokiem po sali, odkrywając, że naprawdę sporo osób czyta Proroka.

To nie wróży nic dobrego...

Usiadł obok Hermiony, wzdychając z rezygnacją i wyciągając dłoń, bez słowa prosząc, by podała mu gazetę.

— Harry... — zaprotestowała słabo, ale dostrzegła jego spojrzenie, nie pozostawiające miejsce na żadne sprzeciwy, po czym z westchnieniem skinęła głową.

Gryfon rozwinął gazetę, kładąc ją przed sobą na stole. Wielkie, drukowane litery zajmujące całą stronę z pewnością nie były tym, czego się spodziewał.

CHŁOPIEC, KTÓRY PRZEŻYŁ BY BYĆ GEJEM?

Autorstwa Rity Skeeter

Harry zamknął oczy i pochylił głowę, łapiąc się za na nasadę nosa.

— Harry? — zapytała Hermiona cichym, ostrożnym głosem. Pochyliła się w jego stronę, kiedy nie otrzymała żadnej odpowiedzi. — Harry? Nie jest... nie jest tak źle.

Przerwała, kiedy zdawało jej się, że coś usłyszała. Ramiona jej przyjaciela zatrzęsły się i przez moment obawiała się, że ten ma zamiar wybuchnąć płaczem. Przysunęła się jeszcze bliżej, usiłując spojrzeć mu w twarz.

Jej brwi zmarszczyły się, gdy usłyszała coś, co zabrzmiało jak... chichot?

Harry przez chwilę parskał cicho, ale w końcu nie wytrzymał. Zaczął chichotać coraz głośniej, po czym nagle odchylił głowę do tyłu i wybuchnął pełnym śmiechem. Całe jego ciało trzęsło się przez kilka minut od wysiłku, zanim w końcu uspokoił się, wydając z siebie jedynie jednorazowe, ciche parsknięcia.

— Ee... stary? Wszystko w porządku? — zapytał ostrożnie Ron, najwyraźniej zmartwiony, że jego kumpel całkowicie oszalał. Harry skinął głowę, wydając z siebie często występujące po wybuchu śmiechem ciche westchnienie,

— Cóż... przyjąłeś to o wiele lepiej, niż się spodziewałem — zauważył rudzielec. — Więc to bzdury, tak? Ta cholerna Skeeter wydrukowałaby wszystko!

Harry potrząsnął głową, wciąż próbując się uspokoić.

— Nie, Ron. To prawda — oświadczył, unosząc głowę i uśmiechając się wesoło.

Twarz Rona stała się całkowicie biała. Parę osób przysłuchujących się ich rozmowie sapnęło z niedowierzaniem. Harry przewrócił oczami.

— Aczkolwiek zastanawiam się, jak się dowiedziała — dodał, prostując się i wpatrując ponownie w artykuł. Przeniósł szybko wzrok na Hermionę, mrużąc podejrzliwie oczy. — Nie powiedziałaś nikomu, prawda?

— Oczywiście, że nie, Harry! Nigdy bym ci tego nie zrobiła! — zawołała oburzona.

— Tak, wiem. Musiałem się upewnić — skinął z uśmiechem głową.

— Łał... poczekaj. Poczekaj, Harry... co... — wymamrotał Ron, przenosząc raz za razem dziki wzrok z Pottera na Granger. — Ty...? Ale co z Fleur...? I ty! Wiedziałaś o tym? — zawołał, patrząc oskarżycielsko na Hermionę.

— Ron, czy ty w ogóle przeczytałeś artykuł? — zapytała dziewczyna z irytacją.

— Przejrzałem go! — odparł obronnie. — Założyłem, że to stek bzdur!

— Fleur wiedziała. Albo przynajmniej podejrzewała wcześniej, a pod koniec balu była już pewna — wtrącił Harry, wzruszając ramionami, po czym zaczął jakby nigdy nic nakładać jajka na talerz. Całkowicie zignorował wciąż utkwione w nim dziesiątki spojrzeń i narastające szepty.

Niech się gapią. To nic nie warci idioci.

Wiedziała? — wysapała Hermiona. — Nie sądzisz, że...

— Skoro to nie ty, to musiała być ona. Ale muszę przyznać, że nie spodziewałem się tego.

— Nie uważasz, że mogła się poczuć urażona? Że zaprosiłeś ją mimo tego, że nie byłeś tak naprawdę zainteresowany? — zapytała dziewczyna.

— To raczej nie pasuje... To znaczy, nie wydawała się niezadowolona, kiedy po balu o tym rozmawialiśmy. Wydawała się raczej... wdzięczna. Jakby naprawdę dobrze się bawiła. W końcu gdyby poszła z jakimkolwiek heteroseksualnym facetem, jej aura wpływałaby na niego przez całą noc i jedyne, co by robił, to ślinił się i próbował ją obmacywać. Wydawała się zadowolona, że jest z kimś, kto jest w stanie z nią zatańczyć i porozmawiać. Nie sądzę, żeby mogła pójść do Skeeter i wszystko jej wygadać.

Hermiona wyglądała na zamyśloną.

— Harry... — wychrypiał słabo Ron i Harry przeniósł wzrok z powrotem na siedzącego naprzeciw niego rudzielca. — Naprawdę... naprawdę jesteś gejem?

Potter przewrócił oczami.

— Tak, Ron. Jestem gejem.

Usłyszał kolejną falę szeptów rozchodzącą się po Wielkiej Sali niczym Szatańska Pożoga. Harry pokręcił głową, chichocząc pod nosem i skupił się z powrotem na swoim talerzu.

Przez chwilę twarz Rona zastygła w wyrazie szoku i niedowierzania, aż w końcu zwrócił spojrzenie na Hermionę.

— A ty wiedziałaś! — zawołał oskarżycielsko. Dziewczyna westchnęła.

— Tak, Ron, wiedziałam.

— Jak? Skąd?

— Harry mi powiedział — wyjaśniła cicho, rozglądając się ukradkiem po sali pełnej intensywnie śledzących każdy ich ruch oczu.

— Kiedy? — dopytywał się Ron, jego głos brzmiał na zachrypnięty.

— Ee... to był... ostatni tydzień listopada, jak sądzę. To naprawdę bez znaczenia.

— Oczywiście, że to ma znaczenie!

— Ron, nie rób scen! — upomniała go przyciszonym głosem.

— Dlaczego mi nie powiedziałeś? — głos rudzielca znów brzmiał oskarżycielsko, zwracając się do Harry'ego.

Potter westchnął, odkładając widelec na talerz.

— Po prostu nie było okazji. I też nie uważam, żeby to miało większe znaczenie.

— Więc czemu zaprosiłeś Fleur na bal, skoro ci się nie podobała?

Harry zamrugał.

— A co to ma do rzeczy, że ją zaprosiłem?

— Cóż, ktoś inny mógł ją zaprosić!

— Kto? Ty? — odparł Harry, przechylając się do tyłu i rzucając rudzielcowi znaczące spojrzenie.

— Być może! — zawołał obronnie Ron, prostując się na krześle.

— Zdajesz sobie sprawę, że głównym powodem, dla którego przyjęła moje zaproszenie był właśnie fakt, że jestem gejem?

— Jaki to ma sens? — zawołał Weasley.

Harry oparł czoło na dłoni, warcząc z frustracją. Pozwolił ręce opaść, żałując, że w ogóle dał się wplątać w tą rozmowę.

— Skoro nie podobają mi się dziewczyny, jestem odporny na działanie jej aury. Właśnie dlatego. Spróbuj wczuć się na chwilę w sytuację Fleur. Nieważne gdzie się pojawi, faceci zawsze za nią łażą. Walczą ze sobą nawzajem, żeby być blisko niej. Praktycznie czczą ziemię, po której ona chodzi, a za każdym razem, kiedy otwierają usta w jej obecności, brzmią jak bełkoczący idioci, ponieważ ich zdolność do racjonalnego myślenia jest ograniczona przez hormony, wzmacniane pod wpływem jej aury wili. Jeśli już jakikolwiek facet nie zachowuje się przy niej jak bezmózgi kretyn, to próbuje ją obmacywać albo ją znieważa. Idąc ze mną, nie musiała radzić sobie z żadną z tych rzeczy. Taki właśnie to ma sens.

Ron wykrzywił się ze wściekłością, zakładając ramiona na piersi i zaczynając dąsać się jak małe dziecko. Harry miał ochotę się roześmiać, ale wiedział, że to jeszcze bardziej wkurzy rudzielca, dlatego podniósł widelec i spokojnie wrócił do jedzenia, w międzyczasie zerkając na leżącą przed nim gazetę i czytając artykuł.

Zmarszczył brwi, kiedy dotarł do akapitu opisującego rozmowę tocząca się między nim, Fleur, Hermioną i Krumem przy jednym ze stolików podczas balu. Odwrócił się, wskazując Hermionie fragment.

— Jak myślisz, jak do tego dotarła?

Dziewczyna pochyliła się, czytając akapit.

— Może Fleur jej powiedziała? W końcu tam była.

Harry zmarszczył brwi.

— Coś mi tu nie pasuje... — wrócił do czytania i dotarł do fragmentu opisującego to, jak Fleur skonfrontowała z nim kwestię jego orientacji seksualnej pod koniec balu. Zostało to oczywiście ujęte zupełnie inaczej, ukazując go jako kogoś, kto bawi się uczuciami biednej dziewczyny. Tylko Skeeter potrafiłaby to tak barwnie opisać.

— I jesteś pewien, że Fleur nie była zła? — zapytała ponownie Hermiona. Harry potrząsnął głową.

— Byłem pewien... Muszę się z nią zobaczyć. Pogadać z nią.

— Może cię po prostu okłamać — zauważyła dziewczyna.

Kącik ust Pottera uniósł się w tajemniczym uśmieszku, kiedy szybko wstawał od stołu.

— Właściwie myślę, że potrafię ją całkiem nieźle przejrzeć. Będę wiedział, czy kłamie.

Hermiona spojrzała na niego sceptycznie, unosząc pytająco brwi, Harry jednak nie zamierzał rozwijać tematu.