ROZDZIAŁ 7

Tłumaczyła Midnightesse [u/4071010]. Betowała Panna Mi [u/2693969/].

— Fleur, możemy pogadać? — zapytał Harry, zbliżając się do przemierzającej dziedziniec grupki francuskich dziewcząt. Nawet z odległości dziesięciu stóp mógł dostrzec smutek w oczach połwili, gdy spojrzała na niego. Wyszeptała swoim koleżankom kilka słów i te natychmiast odeszły.

— 'arry, pzisięgam, nikomu nie powiedziałam ani słowa! — zaczęła natychmiast, gdy tylko zostali sami.

Harry uśmiechnął się uspokajająco, ale nie marnując ani chwili wślizgnął się do jej umysłu. Przeglądając wspomnienia natknął się na urywek z dzisiejszego poranka, przedstawiający to, jak czytała artykuł Rity Skeeter. Była wściekła, zwłaszcza z powodu oskarżenia Harry'ego o „złamanie delikatnego serduszka biednej, francuskiej dziewczynki".

Nie miała pojęcia, jak Skeeter dotarła do tej informacji. Z całą pewnością to nie Fleur była osobą, która jej ją przekazała.

Harry wycofał się, wciąż się uśmiechając; tym razem bardziej szczerze.

— Wierzę ci — oświadczył prosto, wzruszając ramionami.

— Och, 'arry! Ta kobieta to podła baba! Pisie same kłamstwa i bzduhy! We Fhancji zostałaby pociągnięta do odpowiedzialności za takie ościehstwa!

Na twarzy Pottera pojawił się uśmieszek. Wzruszył ramionami.

— Tak... Wiesz co, masz rację. Zastanawiam się, czy może sam nie powinienem poszukać sobie prawnika i pozwać Proroka.

— Powinieneś! — zawołała, wyniośle krzyżując ramiona na piersi. Harry zachichotał.

— Aczkolwiek w tym konkretnym przypadku to, co napisała, nie było ani kłamstwem, ani wyolbrzymieniem, podobnie jak jej poprzednie artykuły na mój temat...

— Cóź, skłamała w stosunku do mnie! Insinuując, że osiukałeś mnie i złamałeś mi sehce! Głupia baba.

— Cóż, w pewnym sensie cię oszukałem... nie powiedziałem ci, że jestem gejem.

— Nie musiałeś. Juź to wiedziałam — oświadczyła lekceważąco. — Wiedziałam nawet zanim się zgodziłam. Nie jestem jakąś głupią, małą, naiwną dziewcinką, któha pozwala 'łopcom łamać sobie sehce. Jej insinuacje są dla mnie obhaźliwe.

— Cóż, w takim razie może ty powinnaś pozwać ją za zniesławienie — zasugerował Harry z cichym chichotem. Fleur westchnęła, a gniew w jej oczach nieco przygasł.

— Nie hozumiem, jak to moźliwe, zie jesteś taki spokojny, 'arry. Gdyby o mnie napisała takie bzduhy jak o tobie, byłabym wściekła!

Gryfon wzruszył ramionami.

— Chyba zaczynam się do tego przyzwyczajać. Opinia publiczna jest nieprzewidywalna. Dzisiaj mnie kochają, jutro nienawidzą, a za tydzień będą oczekiwać, że ich wszystkich uratuję. To jak przejażdżka kolejką górską i w końcu zdałem sobie sprawę, że tak naprawdę wcale nie muszę nią jechać. Więc postanowiłem po prostu... odpuścić. Mam gdzieś to, co wszyscy myślą. Mogę spróbować jakoś naprawić szkody, ale przejmowanie się tym niczego mi dobrego nie przyniesie.

Przez dłuższą chwilę Fleur wpatrywała się w niego krytycznie, po czym ze słabym uśmiechem na ustach potrząsnęła głową.

— Jesteś niezwykle dojziały jak na kogoś, kto ma tylko ćternaście lat, 'arry.

— Dzięki... tak sądzę — roześmiał się.

Uśmiechnęła się szeroko, robiąc krok naprzód, i objęła go ramionami w przyjacielskim uścisku. Harry zamrugał niepewnie z zaskoczenia. Przez chwilę stał bez ruchu, ale w końcu zmusił się, by owinąć ramiona wokół jej talii i odwzajemnić uścisk.

W końcu puściła go i cofnęła się.

— Jeśli ktokolwiek będzie ci dokuciał z tego powodu, będę cię b'onić, 'arry. Byłeś fantastycznym pahtnerem i ciesię się, zie pośłam z tobą na ten bal.

— Dzięki — odparł z uśmiechem.

Pożegnali się i poszli w swoją stronę. Rzucił szybkie zaklęcie tempus, dzięki któremu dowiedział się, że lunch prawie dobiegł końca. Skrzywił się. Zaraz po nim miał wróżbiarstwo. Och, jak nienawidził wróżbiarstwa.

— Hej, Cioter! Biegniesz spotkać się ze swoim chłopakiem, Weasleyem? — dobiegł go irytujący głos, kiedy później tego samego dnia przemierzał po Zaklęciach jeden ze szkolnych korytarzy. Odwrócił się i zobaczył opierającego się o ścianę parę stóp dalej Dracona Malfoya. Rozejrzał się błyskawicznie, by upewnić się, że są sami. W pobliżu nie było nawet goryli blondyna. Na ustach Pottera pojawił się złośliwy uśmieszek.

— Ja i Ron? Zupełnie cię pogięło? Wiesz, Draco, mam jakieś standardy, naprawdę — odparł, przewracając dramatycznie oczami i wykonując przesadnie zniewieściały gest dłonią.

Draco gapił się na niego przez chwilę z przezabawnym zmieszaniem. Harry parsknął śmiechem, zbliżając się do blondyna, który wyraźnie zesztywniał na tę niespodziewaną reakcję swojego rywala.

— I naprawdę — „Cioter"? Czy to miała być gra słowna do „Potter"? Nic lepszego nie mogłeś wymyślić? Sądziłem, że jesteś mądrzejszy, Draco.

— Zamknij się, Potter — prychnął Malfoy, cofając się o krok, gdy Harry wciąż się do niego zbliżał. Gryfon zacmokał.

— Ależ Draco, gdzie się podziały te cięte riposty, z których jesteś tak znany? — zapytał, zaczynając skupiać w sobie magię i wyciągać ją na powierzchnię. Uśmiechnął się szerzej, gdy zawładnęło nim znajome uczucie.

Uniósł lekko dłoń, a wzrok drugiego chłopca natychmiast się na nią skierował, podczas gdy całe jego ciało stężało. Sięgnął po różdżkę i zaczął ją unosić.

§ Nie ruszaj się § — wysyczał Harry, a magia zatańczyła wokół blondyna na jego rozkaz. Draco znieruchomiał, a jego oczy rozszerzyły się z przerażenia.

— Więc — zaczął Harry, opierając jedną dłoń na ścianie koło głowy Malfoya i pochylając się, przez co zupełnie przygwoździł go do ściany. W oczach blondyna błysnęła panika, kiedy ten zdał sobie sprawę, że nie ma możliwości poruszenia się. — Czego chciałeś? — zapytał szeptem brunet z twarzą oddaloną o parę cali od twarzy Malfoya.

— C-co? — wyjąkał Ślizgon.

— Zawołałeś mnie. Więc pytam, czego chciałeś — wyjaśnił z uśmieszkiem Potter, jeszcze bardziej się przybliżając.

Malfoy wydał z siebie zaskoczone sapnięcie, kiedy został przyciśnięty do ściany mocniej, niż by kiedykolwiek oczekiwał.

— Co ty do cholery robisz, Potter?! — zawołał, ale jego głos był wyraźnie słaby i wypełniony paniką.

— Cóż, to ty zawołałeś mnie, Draco. I zapytałeś, czy biegnę do swojego chłopaka, czy coś w tym stylu. Pomyślałem, że może jesteś zazdrosny. Masz ochotę trochę się zabawić, Draco?

— Jesteś nienormalny! Co ty mi robisz?! Dlaczego nie mogę się ruszać?!

— Nie możesz się ruszać, ponieważ ci na to nie pozwalam — odpowiedział Harry z szerokim uśmiechem, przywołując więcej magii i zatrzymując ją na czubkach swoich palców. Uniósł dłoń i delikatnie dotknął nią policzka Malfoya. Blondyn sapnął, a jego ciało odruchowo szarpnęło się w stronę drugiego chłopca.

— Co to jest? — wydyszał.

— To magia — wyszeptał brunet tuż przy jego uchu. Wypuścił powietrze przy karku Malfoya i pchnął w jego stronę kolejną falę mocy, która kusząco wokół niego zawirowała.

Oddech Malfoya stał się urywany, a jego gałki oczne przekręciły się w oczodołach.

— To nie jest zwykła magia — wydyszał, kiedy jego ciało zaczęło trząść się wbrew jego woli. Potter był zaskoczony intensywnością reakcji blondyna na przecież tak małe natężenie magii. To było wspaniałe i proste, i Merlinie, takie zabawne!

— Och? Nie zwykła magia? — prowokował z udawanym zaciekawieniem.

— To... to czarna magia! — zawołał Malfoy, a po chwili z głębi jego gardła wydobył się cichy jęk.

Harry przerwał i zmarszczył brwi, wycofując się. Część jego magii odsunęła się wraz z nim i blondyn wydał z siebie cichy dźwięk straty, ale najwyraźniej to mu wystarczyło, żeby choć po części odzyskać swoją zdolność myślenia. Jego oczy otworzyły się, wypełnione szokiem i przerażeniem.

— Odsuń się ode mnie! — warknął wściekle.

Harry skierował wzrok z powrotem na Malfoya, zakładając na twarzy lekceważącą maskę. Westchnął ciężko i przewrócił oczami.

— W porządku. Nie umiesz się bawić — powiedział, odsuwając się całkowicie i machając ręką, by uwolnić drugiego chłopaka od fali przytrzymującej go w miejscu wężomagii.

W chwili, kiedy jego ciało było wolne, Malfoy natychmiast cofnął się o kilka stóp od Harry'ego i zatrzymał, przybierając obronną pozycję i ściskając mocno różdżkę.

— Potter, w co ty grasz, na Merlina? — wyrzucił z siebie wściekle, ale w jego oczach wciąż był widoczny błysk strachu.

— Po prostu się bawię, Draco. Nie musisz być taki nerwowy — odpadł beztrosko Gryfon.

— Co... co to było? Co... jak to zrobiłeś?

— To tylko trochę magii, Draco. I jak? Po prostu to zrobiłem. To proste — odparł z uśmieszkiem.

— Od kiedy Złoty Chłopiec Dumbledore'a bawi się czarną magią?

Harry warknął i ruszył do przodu, na co Malfoy wzdrygnął się natychmiast podniósł różdżkę.

— Nie jestem niczyim Złotym Chłopcem! — wysyczał. — A już na pewno nie Dumbledore'a.

Ślizgon zamrugał. Na jego twarzy pojawiło się zaskoczenie, które powoli zmieniło się w dezorientację, a na końcu przeszło w coś w rodzaju zaintrygowania. Skinął głową, unosząc lekko kącik ust.

— W porządku, Potter. Skoro tak twierdzisz.

Harry prychnął, jednocześnie przewracając oczami.

— Skończyłem już z tobą — oświadczył, machając na Dracona ręką i odwracając się. Podążył korytarzem, zanim ktokolwiek mógłby mu w tym przeszkodzić. Słyszał, że Malfoy jeszcze coś za nim zawołał, ale nie zatrzymał się.

Stanął zaraz za zakrętem, przylegając plecami do ściany i zaciskając oczy.

Co to do cholery było? — pomyślał niemal z paniką. Skąd wziął się ten... ten gniew? Martwił go nieco fakt, z jaką łatwością był w stanie bawić się Malfoyem, ale to było nic w porównaniu z furią, która wypełniła go na wspomnienie o Dumbledorze.

Dlaczego?

Nigdy wcześniej nie czuł takiej nienawiści w stosunku do tego mężczyzny i za nic nie był w stanie stwierdzić, skąd ta nienawiść się wzięła.

I co to był za komentarz Malfoya odnośnie czarnej magii? Nie wykorzystał przecież żadnego rodzaju magii, użył swojej własnej. Świadomie nią sterował, ale bez użycia żadnych konkretnych zaklęć czy inkantacji. Czy magia może być ukierunkowana nawet, jeśli nie pośredniczy jej konkretne zaklęcie? To była surowa magia, jak to możliwe, by była czarna?

Harry westchnął, siadając na podłodze. Musiał pomyśleć. Musiał lepiej zrozumieć kwestię magicznych rdzeni. Jego wiedza teoretyczna dotycząca różnych typów magii była zdecydowanie niewystarczająca. Kiedy się na tym głębiej zastanowił, to właściwie uznał za dziwne fakt, że tego tematu nie poruszano zbyt często na zajęciach.

To była przecież podstawa teorii magii, a nawet nie byli o tym porządnie uczeni w szkole.

Potrząsnął głową, wracając to ważniejszych spraw. Nienawiści, którą czuł.

Ostatnio właściwie prawie w ogóle nie myślał o Dumbledorze. Nie od czasu ostatniego zadania. Teraz, kiedy pozwolił sobie przez chwilę na skupienie na postaci dyrektora, jego wspomnienie spowodowało grymas na twarzy Pottera i niemal nieprzyjemny smak w ustach. Pomysł, że ktokolwiek mógłby postrzegać go jako Złotego Chłopca Dumbledore'a naprawdę go wkurzał.

Dlaczego?

Wcześniej go to tak bardzo nie denerwowało. Cała ta sprawa ze Złotym Chłopcem zawsze była raczej irytująca, ale nawet sam Harry musiał przyznać, że dyrektor otwarcie go faworyzował, co było oczywiste dla całej reszty szkoły. Mógł zrozumieć, skąd ludzie wzięli ten pomysł.

Ale jego działania obejmowały o wiele więcej niż tylko zwykłe faworyzowanie — pomyślał gorzko. Każdy rok wydawał się kolejnym testem, kolejnym wyzwaniem, z którym Harry musiał sobie poradzić. Zmuszeniem go, by pokonywał wszelkie ograniczenia, popchnięciem go w określonym kierunku. I to wszystko zawsze było w jakiś sposób związane z Albusem Dumbledore'em.

Ale to nie wystarczyło, by wywołać u niego taką wściekłość, jaka wypełniała go teraz na samo wspomnienie o dyrektorze. Cały ten gniew nie pochodził wyłącznie od niego. To było niemożliwe.

Dlaczego? — wyszeptał w myślach głos jego towarzysza. Wyczuwając znajomą obecność, Harry odetchnął z ulgą. Poczuł, jak ogarniające go napięcie znika i zrelaksował się nieco, wciąż siedząc pod ścianą.

Co masz na myśli?

Dlaczego... uważasz, że ten... gniew... nie może być całkowicie... twój?

— On... nie zrobił nic na tyle złego, żeby go wywołać — pomyślał niepewnie Harry.

Zrobił wystarczająco dużo złego. A teraz... porzucił cię.

— Hę?

Mógł... to zatrzymać. Ten turniej. Jesteś młody... Harry. Za młody.

— Ale pan Crouch powiedział, że muszę wziąć udział. Że zasady tego wymagają, czy coś w tym stylu.

Dumbledore mógł się nie zgodzić. Jesteś... nieletni.

— Crouch powiedział, że Czara Ognia jest jak magicznie wiążący kontrakt — odparł Harry, krzywiąc się na wspomnienie nocy Halloween, podczas której jego świat po raz kolejny przewrócił się do góry nogami. — Skoro jest magicznie wiążący, to czy złamanie go nie spowodowałoby, że straciłbym swoją magię?

Jesteś za młody, żeby zawierać... magicznie wiążący... kontrakt. Twój opiekun... magiczny... mógł interweniować. Nie możesz zostać związany kontraktem... nie bez zgody... opiekuna.

— Opiekun magiczny?

Dumbledore.

— Jak to możliwe, żeby on był moim opiekunem? — zapytał sceptycznie Harry.

Jest twoim... dyrektorem. Nie masz... czarodziejskich opiekunów... więc on ma nad tobą opiekę... kiedy jesteś w szkole. Tak... to działa.

Harry zamrugał, analizując zasłyszaną informację.

Skąd o tym wiesz?

Po prostu wiem.

Potter przewrócił oczami, ale nie wypytywał dalej.

W porządku, ale... przecież nie wiedziałem o tym wcześniej, więc jak to mogło mnie rozzłościć?

Być może... ponieważ... mnie to denerwowało. Wiedziałem. Wiedziałem, że... mógł temu zapobiec. Ale nie zrobił tego. Znowu... znowu cię sprawdza. Zawsze cię sprawdza. Stary manipulator... podstępny... drań.

Harry zamrugał z zaskoczenia, słysząc gniew w głosie swojego towarzysza. Nigdy wcześniej tak naprawdę nie wyczuwał pochodzących od niego prawdziwych emocji.

Wrócił myślami do tego, czego się właśnie dowiedział i skrzywił się. Jeśli to była prawda, to znaczyło, że jego udział w turnieju był kolejnym absurdalnym testem Dumbledore'a. Cholera, a może to Dumbledorewrzucił jego nazwisko do czary! Chociaż nie... Voldemort wyraźnie miał jakieś plany związane z Harrym i turniejem. Dodatkowo ten facet, „Barty", wydawał się zaangażowany w całą sprawę. Jakby jego zadaniem było dorwanie Harry'ego i przyprowadzenie do go Voldemorta.

Harry warknął sfrustrowany i potrząsnął głową. W porządku, czuł, że ma pełne prawo nie lubić dyrektora i nie pokładać w nim zaufania, a na dodatek jego towarzysz z całą pewnością nienawidził mężczyzny, co tłumaczyło pojawienie się nagłych, negatywnych uczuć w stosunku do dyrektora. Wciąż jednak czuł się dziwnie na myśl o tym, z jaką łatwością przejął emocje od swojego towarzysza, traktując je niczym swoje własne... Ale ufał mu, więc nie przejmował się tym za bardzo.

W końcu westchnął i podniósł się na nogi. Wyciągnął z torby pelerynę i mapę, którą studiował przez chwilę, po czym skierował się na drugie piętro.

Nieco później tego wieczora Harry przeszedł przez portret, wykończony i pragnący jedynie odrobiny odpoczynku we własnym łóżku. Nie mógł uwierzyć, że jest dopiero wtorkowy wieczór. Jak to możliwe, by minęły dopiero dwa dni semestru, skoro on czuł, że minęło znacznie więcej czasu? Oczywiście, miał sporo roboty, zwłaszcza biorąc pod uwagę, że wszystkie jego zajęcia szkolne przeplatane były z regularnym indywidualnym treningiem w Komnacie Tajemnic. Pracował tak ciężko, że ledwo miał czas na spanie i odrabianie prac domowych.

Kiedy wszedł do Pokoju Wspólnego usłyszał głosy Deana i Seamusa, którzy znikali właśnie u szczytu schodów. Nie widział nigdzie Neville'a, zaś Ron zajął jeden ze stolików, siedząc z otwartym podręcznikiem do transmutacji i kawałkiem pergaminu. Naprzeciwko niego znajdowała się Hermiona, tłumacząc mu coś. Wydawała się zirytowana faktem, że chłopak zupełnie nie rozumiał, co do niego mówiła. Dla Harry'ego była to raczej dość często spotykana sytuacja.

Głowa Rona uniosła się i kiedy rudzielec zauważył Pottera, wyszczerzył się z ulgą.

— Harry!

Potter uniósł pytająco brew i z zaciekawieniem zbliżył się do nich.

— Co tam, Ron?

— Napisałeś już ten esej z transmutacji?

— Ronaldzie Weasley! — zawołała z dezaprobatą Hermiona.

— No co? — zapytał obronnie rudzielec.

— Powinieneś sam to napisać!

— Nawet o nic go jeszcze nie poprosiłem! Zapytałem tylko, czy już to zrobił!

— Nie jestem głupia, Ron. Nie bez powodu nie zgodziłam się na to, żebyś odpisał to ode mnie. Musisz się tego nauczyć, Ron, to ważne!

Harry obserwował przez chwilę ich sprzeczkę, po czym zachichotał. Ron skrzywił się, ale jego wyraz twarzy stał się pełen nadziei, gdy znów zwrócił się do Pottera:

— Więc?

— Hm? — zapytał nieobecnie Harry.

— Napisałeś już? — powtórzył Weasley.

— Och. Tak, wczoraj wieczorem — odparł, wzruszając ramionami.

— Mogę...?

— RON! — warknęła Hermiona. Harry zaśmiał się, potrząsając głową.

— Nie, Ron. Powinieneś sam to zrobić.

Z twarzy Rona natychmiast zniknęła nadzieja i chłopak zapadł się w fotelu, nadąsany. Potter odwrócił się i zaczął wspinać po schodach.

— Gdzie idziesz? — zapytał rudzielec rozczarowanym głosem, prostując się w fotelu.

— Do łóżka. Chcę trochę poczytać, poza tym jestem wykończony — zawołał przez ramię, nie zatrzymując się.

— Tak... ja też. To znaczy, też jestem wykończony. Chyba też pójdę spać.

Hermiona skrzywiła się, zatrzaskując podręcznik. Harry nie czekając na niego wszedł do dormitorium chłopców z czwartego roku i skierował się do swojego łóżka.

Neville leżał już na swoim posłaniu, ale jego zasłony nie były jeszcze zaciągnięte. Opierał się na poduszce i czytał książkę. Dean siedział na podłodze, grzebiąc w kufrze, a Seamus wyglądał, jakby przeszukiwał swoją szkolną torbę. Kiedy Harry wszedł do pomieszczenia, zarówno Dean jak i Seamus przerwali wykonywane czynności i zaczęli się w niego wpatrywać.

Mógł wyczuć utkwione w nim spojrzenia i grymasy na ich twarzach, ale dopóki któryś z nich nie odważy się odezwać, postanowił nie zwracać na nie uwagi.

Otworzył szafę, wyciągając z niej bawełniane spodnie od piżamy i luźny podkoszulek. Rozebrał się do bokserek i założył na siebie piżamę. Reszta chłopców milczała, a on wciąż czuł na sobie ich spojrzenia.

Położył się na łóżku, opierając na poduszkach. Przyjął tę samą pozycję, co Neville, i wyciągnął książkę — „Na palcach przez umysł" autorstwa Clair Videre. Ostatnio w ogóle nie miał czasu na czytanie i miał nadzieję, że przed snem uda mu się nadrobić nieco zaległości.

— Ee... Harry? — odezwał się Seamus z drugiego końca pokoju. Potter spojrzał na niego, unosząc brew.

— Tak?

— Może... potrzebujesz skorzystać z łazienki, albo...?

Harry zamrugał.

— Co? — zapytał, nie rozumiejąc.

— Albo mógłbyś po prostu zasunąć zasłony — wtrącił szybko Dean.

Przez chwilę przenosił spojrzenie z jednego współlokatora na drugiego, próbując zrozumieć, o co im, do cholery, chodziło. Obaj stali przy swoich łóżkach i trzymali w dłoniach piżamy, najwyraźniej gotowi na to, aby się przebrać. Jednak z jakiegoś powodu jeszcze tego nie zrobili.

Podejrzenie zaczęło kiełkować w umyśle Harry'ego, a jego oczy zmrużyły się.

W tym momencie do sypialni wpadł Ron, mamrocząc coś o „głupich, apodyktycznych wiem — to — wszystko" i kierując się prosto do swojego łóżka, znajdującego się zaraz obok Harry'ego. Nie marnując czasu rozebrał się i założył swoją brązową, flanelową piżamę. Jednak Dean i Seamus wciąż stali w pełni ubrani, wiercąc się niezręcznie.

— Chodzi o to, że nie chcecie rozebrać się w mojej obecności? — zapytał w końcu Harry, spoglądając z powrotem na książkę.

Chłopcy przez chwilę wyglądali na zmieszanych. Ron podniósł głowę, najwyraźniej zaskoczony tym nagłym oświadczeniem. Spojrzał na Harry'ego, a potem na wciąż stojących przy łóżkach dwóch współlokatorów.

— Co? — zapytał niezbyt elokwentnie.

— Dean i Seamus — wyjaśnił Harry, wskazując Gryfonów podbródkiem, po czym z powrotem skupił się na książce leżącej na jego kolanach. — Czują się nieswojo, rozbierając się przy mnie.

— Co? Dlaczego? — dopytywał się Ron, wyraźnie zdezorientowany.

Dean odwrócił się, zażenowany, przeczesując dłonią swoje krótkie, brązowe włosy. Seamus warknął, krzyżując ręce na piersi.

— Cóż, ponieważ on jest... no wiesz! — powiedział, wskazując na Harry'ego palcem.

Ron, cholerny idiota, wciąż wyglądał na zdezorientowanego. Harry jednak doskonale wiedział, o co chodziło i właśnie zaczynał chichotać.

— Nie, nie wiem. On co? — zawołał Ron, zaczynając denerwować się zarówno przez to, że nie wiedziało co im chodzi, jak i przez sugestię, że coś jest nie tak z Harrym.

— Nie chcą się przy mnie rozebrać, ponieważ jestem pedałem, Ron — wyjaśnił Harry płaskim, niedbałym tonem, przewracając stronę swojej książki.

Usłyszał zduszony odgłos dobiegający od strony łóżka Neville'a i uniósł głowę. Seamus zrobił się cały czerwony i Ron ze wściekłością zwrócił twarz w jego stronę.

— To prawda?! — wrzasnął.

— Och, daj spokój, Ron! — zawołał obronnie Finnigan.

— Nie! Jak możecie... to znaczy... to nadal Harry! Jak... Errrgh! — warknął Ron, a Harry roześmiał się. Pozostała czwórka spojrzała na niego z niedowierzaniem. Przewrócił oczami, zamykając książkę.

— Słuchajcie, chłopaki — zaczął zirytowanym głosem. — Tak, podobają mi się faceci. Wielka rzecz. Nie podoba mi się jednak żaden z was, więc dajcie sobie spokój. Przez ostatnie trzy i pół roku dziesiątki razy widziałem was nagich pod prysznicem; nie zrobiłem niczego dziwnego przez cały ten czas i nie zamierzam zrobić tego teraz tylko dlatego, że moja orientacja seksualna została ogłoszona w Proroku. Do cholery, Seamus — sądzisz, że teraz zacznę fantazjować o tobie w czarno — czerwonych kolorach Nietoperzy z Ballycastle? — zapytał, ledwo powstrzymując się od śmiechu. — Nie kręci mnie to. Odpuść sobie.

Z tymi słowami machnął ręką i wysyczał ciche „zamknij" powodując, że zasłony wokół jego łóżka zasunęły się. Otworzył z powrotem książkę i wrócił do czytania.

Cała reszta tygodnia Harry'ego była podobnie zapełniona. Miał więcej zajęć, jego sterta prac domowych rosła z każdym dniem i ledwo mógł znaleźć czas na to, by schodzić na dół do Komnaty i ćwiczyć swoją transformację.

Jak dotąd jedyne, co udało mu się osiągnąć, to zwężone oczy i kilka rozproszonych na skórze łusek. Zaczynał czuć dziwne łaskotanie w całym ciele, ale nic się poza tym nie wydarzyło. Wiedział, że następnym dużym krokiem będzie całkowite pozbycie się rąk. Szczerze mówiąc, myśl o tym nieco go stresowała.

Zastanawiał się, czy stres może opóźnić wykonanie pełnej transformacji.

W sobotę Ron i Hermiona pomagali mu z zaklęciami lokalizującymi. Pierwsze, które zamierzał wypróbować wymagało od niego wiedzy na temat tego, czego właściwie szuka. Jego przyjaciele zabrali fałszoskop, który dostał od Rona na urodziny parę lat temu, i opuścili Pokój Wspólny z zamiarem schowania go gdzieś w szkole. Biorąc pod uwagę, jak ogromne było jezioro, Harry doszedł do wniosku, że jeśli nie będzie w stanie odnaleźć fałszoskopu w szkole, zaklęcie to będzie dla niego bezużyteczne podczas zadania.

Harry siedział w Pokoju Wspólnym czekając na powrót swoich przyjaciół i czytając notatki o zaklęciach lokalizujących, które zrobił z książki o wężomagii. Nie chciał ryzykować, że ktoś zobaczy książkę, więc w ogóle nie wynosił jej z Komnaty.

Większość z nich wymagała włożenia pewnego wysiłku intelektualnego. Inkantacje były niesamowicie proste, wystarczyło powiedzieć w wężomowie „znajdź" i dodać do tego poszukiwany obiekt. Trudną częścią było skupienie się oraz kontrolowanie i odpowiednie skierowanie swojej magicznej energii.

Rozważył wszystkie pomysły i zrobił kilka prostych prób zlokalizowania leżącego przed nim na stole pióra, a następnie kilku książek znajdujących się na stoliku przed kominkiem.

Za każdym razem wypychał swoją magię w określonym kierunku i czuł, że wszystko działa prawidłowo.

W końcu w dziurze pod portretem pojawili się nieco zarumienieni Ron i Hermiona, sprawiając wrażenie, jakby biegli z miejsca, w którym schowali przedmiot, z powrotem do Pokoju Wspólnego.

— W porządku, stary, zrobione! — zawołał z szerokim uśmiechem Ron.

Harry zachichotał widząc jego entuzjazm i podziękował im za pomoc, wstając i kierując się w stronę wyjścia.

— Nie możemy iść z tobą? — zapytał Weasley z rozczarowaniem.

— Nie sądzę, żeby był to dobry pomysł... mam na myśli, wasza dwójka wie już, gdzie to jest. Mogłoby to w jakiś sposób wpłynąć na zaklęcie. W jeziorze będę szukał sam. Najlepiej będzie, jak poćwiczę w takich samych okolicznościach — wyjaśnił Harry z łatwością. Ron nadąsał się nieco, ale przytaknął.

— Tak, pewnie masz rację.

— Wrócę tu po was, jeśli w ciągu godziny nie uda mi się znaleźć fałszoskopu.

— W porządku, stary.

— Jeszcze raz dzięki — powiedział Harry, wysyłając im przekonywujący, promienny uśmiech, po czym wybiegł przez dziurę pod portretem. Rzucił szybkie tempus i zapamiętał czas. Godzina. Jeśli nie zdoła przez ten czas znaleźć przedmiotu, będzie musiał wykombinować coś innego.

I, oczywiście, będzie później musiał wypróbować zaklęcie pozwalające znaleźć schowany obiekt w przypadku, kiedy nie wie, czym on jest.

To może być o wiele trudniejsze.

Harry wziął głęboki wdech, uspokajając się nieco. Skupił się na mentalnym obrazie wielkiego, czarnego węża, zwijającego się i pełznącego. Poczuł odrobinę wężomagii i przywołał ją do siebie, pozwalając jej owinąć się wokół niego niczym wąż w jego wyobraźni. Następnie skupił się na obrazie fałszoskopu.

Kiedy tylko upewnił się, że jest on prawidłowy, wysyczał znajdź fałszoskop.

Otwierając oczy zauważył, że mglisty, zniekształcony obraz wielkiego, czarnego węża wypełnił jego wizję. Był niczym dym, chociaż posiadający formę. Pełznął w powietrzu zaraz przed nim, poruszając głową z jednej strony na drugą, jakby czegoś szukając.

Nagle wąż wystrzelił w powietrze jak pocisk. Harry pobiegł za nim, rozkazując mu zwolnić, aby nie stracić go z oczu.

Napinał mięśnie za każdym razem, gdy mijał innych uczniów, chociaż wiedział, że żaden z nich nie może zobaczyć węża. Tylko on go widział, co nie zmieniało faktu, że wciąż czuł się nieswojo, robiąc to w obecności innych.

Wąż skierował się w dół potężnych schodów, a następnie wzdłuż korytarza na czwartym piętrze. W końcu zatrzymał się przy jednym z ogromnych, wiszących na ścianie luster i zniknął, przechodząc przez nie.

Harry zamrugał z zaskoczenia, zanim sobie przypomniał. To lustro zakrywało sekretne wejście do jednego z korytarzy prowadzących poza granicę szkoły. Fred i George powiedzieli mu, że zawaliło się podczas jego drugiego roku, tak więc nigdy nie fatygował się, by do niego zajrzeć.

Harry uśmiechnął się szeroko. Musiał przyznać, że Ron miał naprawdę świetny pomysł. Wątpił, by stała za tym Hermiona, nie sądził, by nawet wiedziała o tym przejściu. Bliźniacy prawdopodobnie powiedzieli o nim Ronowi.

Dotknął palcami krawędzi lustra próbując wymyślić, jak je otworzyć. Czuł magię pulsującą za lustrem i zastanawiał się, czy potrzebne jest mu hasło, tak jak w przypadku posągu jednookiej czarownicy na drugim piętrze, który ukrywał przejdzie do Miodowego Królestwa.

Aby ujawnić wejście do tamtego tunelu należało powiedzieć „dissendium", ale Harry wątpił, by to samo zadziałało w tym przypadku. Lustro było bardziej jak drzwi, a nie zejście w dół.

Cofnął się o krok i wyciągnął różdżkę. Wycelował nią w lustro i pomyślał: Cantio Revelio.

Magiczna energia pochodząca zza lustra odpowiedziała na jego nacisk, więc kontynuował swoje poczynania. Wyobraził sobie magiczną sygnaturę, którą wyczuł za pomocą zaklęcia i popchnął ją z powrotem w stronę lustra.

Usłyszał delikatne klik, po czym lustro niczym drzwi stanęło przed nim otworem.

Wślizgnął się do środka, widząc czekającego na niego w małym pomieszczeniu czarnego węża. Tym razem znajdował się on na ziemi, zwinięty w kłębek wokół fałszoskopu położonego się na samym środku pokoju.

Harry uśmiechnął się, zrobił parę kroków i podniósł go.

Rzucił po raz kolejny tempus, dowiadując się, że wszystko zajęło mu jedynie osiemnaście minut.

Zdecydowanie mógł nazwać to sukcesem. Teraz musi tylko sprawdzić, jak pójdzie mu bez wiedzy na temat tego, co musi znaleźć.

Tego wieczora Harry rzucił się na łóżko, zmęczony i w złym humorze. Oprócz pierwszego sukcesu z zaklęciem lokalizującym, wszystkie pozostałe próby wyszły bardzo marnie. Wyglądało na to, że nie istnieje żaden sposób na znalezienie czegoś, kiedy nie ma się pojęcia, co to ma być.

Ale z pewnością nie każą mu po prostu wskoczyć do jeziora i znaleźć coś, co do niego należy, prawda?

Miał nadzieję, że nie.

Jednak nawet pomimo jego kiepskiego popołudnia, jego aktualny wyjątkowo zły humor spowodowany był tym, że została mu tylko godzina go zejścia do Komnaty i przyjęcia kolejnej dawki eliksiru przyspieszającego. To, że był w stanie uciec przed potwornym bólem do swojego umysłu nie zmieniało faktu, że nie będzie mógł zasnąć i jutro będzie kompletnie wyczerpany.

Leżał na łóżku, przez godzinę walcząc z sennością do czasu aż w końcu był całkowicie pewny, że wszyscy jego współlokatorzy zasnęli. Jego torba, mapa i peleryna były już naszykowane i po rzuceniu na siebie szybkiego zaklęcia wyciszającego wyślizgnął się z pokoju, zszedł na dół i wyszedł przez dziurę pod portretem.

Zmierzał właśnie w stronę głównych schodów, zerkając na wszelki wypadek na mapę, upewniając się, że w pobliżu nie kręci się Filch albo Irytek, kiedy nagle coś dziwnego przyciągnęło jego uwagę.

Bartemiusz Crouch.

Co pan Crouch robił w Hogwarcie po północy? Jeszcze ciekawszy był fakt, że Bartemiusz Crouch aktualnie kręcił się po magazynie eliksirów Snape'a. Mała kropka oznaczona imieniem Croucha poruszała się po małym pomieszczeniu, zatrzymując się na chwilę to tu, to tam.

Ciekawość Harry'ego wzrosła. Pospieszył schodami w dół, w stronę wejścia do lochów. Prześlizgnął się korytarzem i zatrzymał za rogiem, parę kroków od magazynu z eliksirami. Drzwi były zamknięte, ale w środku paliło się światło. Harry przyłożył różdżkę do mapy, dezaktywując ją i wsunął do kieszeni. Właśnie zamierzał zbliżyć się jeszcze o parę kroków, kiedy drzwi nagle otworzyły się.

Natychmiast przyległ z powrotem do ściany, skrywając się w cieniu, chociaż był już przecież niewidzialny.

To, co zobaczył sprawiło, że opadła mu szczęka.

Szalonooki Moody szybkim krokiem przemierzył hol, niosąc coś w dłoniach. Rozejrzał się podejrzliwie i Harry poczuł, że jego krew zamarza. Wiedział, że oko Moody'ego może widzieć przez peleryny — niewidki. Jedyne, co mógł zrobić w tym momencie to mieć nadzieję, że nie spojrzy w jego stronę.

Magiczne oko nauczyciela Obrony zwróciło się w głąb holu, w stronę Pokoju Wspólnego Slytherinu i gabinetu Snape'a, po czym mężczyzna szybko odwrócił się i podążył w stronę wyjścia z lochów.

Harry stał tam, przyciśnięty do zimnej, kamiennej ściany, wstrzymując oddech jeszcze przez kilkanaście minut od zniknięciu mężczyzny. Kiedy w końcu poczuł, że jest bezpiecznie, odetchnął głęboko z ulgą i wybiegł z lochów kierując się w stronę głównych schodów.

Ponownie aktywował mapę, zmierzając prosto do łazienki Jęczącej Marty. Pięć minut później wchodził już do gabinetu Slytherina. Usiadł ciężko na kanapie, pochylając się i opierając głowę na dłoni.

Co to, do cholery, miało znaczyć?

Nie było żadnej kropki, która świadczyłaby o tym, że Alastor Moody przebywał gdziekolwiek w pobliżu lochów. Właściwie, kiedy ponownie aktywował mapę, to zobaczył nazwisko Moody'ego w jego własnym gabinecie, podczas gdy Bartemiusz Crouch jeszcze przez parę minut przemierzał korytarze.

Ale widział Moody'ego. Nie Croucha.

Postanowił od tego momentu zwracać większą uwagę na umiejscowienie Alastora Moody'ego na mapie, a także mieć oko na Bartemiusza Croucha.

Harry ledwo trzymał się na nogach. Powiedzenie, że bolało go całe ciało byłoby eufemizmem. W końcu znalazł określenie doskonale opisujące to, jak się czuł pod wpływem eliksiru przyspieszającego. Jakby palące, gorące igły wbijały się w każdy cal jego ciała.

Jak ktokolwiek mógł przeżyć przyjęcie tego eliksiru bez ucieczki, jaką zapewnioną miał Harry? Z pewnością każdy, kto tego próbował w samotności, oszalał z powodu bólu.

Potrząsnął głową, natychmiast tego żałując, czując jakby jego czaszka miała rozpaść się na pół. Chwilę później zebrał się w sobie i skierował w stronę ogromnego lustra wiszącego w gabinecie.

Jego skóra znowu pokryta była szybko blednącymi siniakami, ale oprócz tego musiał przyznać, że raczej podoba mu się to, co widzi.

Wyglądał całkiem nieźle. Jego ramiona były nieco szersze, zyskał też kolejne dwa cale wzrostu, a jego skóra wyglądała zdrowiej niż kiedykolwiek. Był też nieco bardziej umięśniony.

Jego kości nie były już widoczne pod skórą. Był pełniejszy i wyglądał bardziej solidnie, nie tak krucho jak zawsze.

To była czwarta dawka eliksiru, tak więc połowę miał już za sobą, a jednak już teraz był zachwycony efektami.

Uniósł rękę i przeczesał dłonią swoje czarne włosy. Nawet one wyglądały zdrowiej, były bardziej lśniące i bardziej miękkie niż kiedykolwiek. Wydawały się też mniej niemożliwe do okiełznania niż zawsze i zaczął zastanawiać się, czy nie powinien zacząć ich każdego ranka układać.

Otrząsnął się z zamyślenia, zerknął jeszcze raz na swoje odbicie i zebrał swoje rzeczy. Załapał się na końcówkę lunchu, a następnie skierował się prosto do łóżka. Miał nadzieję, że nie robiąc to nie wzbudził zbyt dużych podejrzeń u Rona i Hermiony. Potrzebował snu, do cholery, i jeśli spróbowaliby mu w tym przeszkodzić, nie zamierzał być dla nich miły.

Ostatnio coraz lepiej szło mu granie przed przyjaciółmi dobrego chłopca i nie chciał spieprzyć tego po tych wszystkich wysiłkach, które włożył w pogodzenie się z nimi. Dzięki zmianie zachowania członkowie Gryffindoru przestali oskarżać go o to, że staje się mroczny, a odkąd wszyscy dowiedzieli się, że jest gejem, nawet Puchoni nieco mu odpuścili. Nie do końca potrafił pojąć, co było tego powodem, lecz mimo to był wdzięczny.

Ślizgoni oczywiście nie przestali wulgarnie żartować z jego orientacji, ale Draco Malfoy od czasu ich konfrontacji po lekcji zaklęć nie powiedział już ani jednego słowa na ten temat.

Malfoy za to rzucał Harry'emu subtelne, zaciekawione spojrzenia. Parę razy blondyn właściwie rzecz biorąc nawet go obronił, kiedy inni Ślizgoni otwarcie drwili z Pottera w jego obecności. Zwykle szturchał tę osobę w ramię i wpatrywał się w nią mocno, albo po prostu odciągał Ślizgonów od Harry'ego.

Harry nie był pewien, dlaczego to robił, ale nie zamierzał zaglądać darowanemu koniowi w zęby. Przyjmował to, co było mu dane.

W tym momencie jednak tym, czego potrzebował był sen.

Po mękach spowodowanych eliksirem przyśpieszającym Harry w końcu poczuł się lepiej dopiero w poniedziałek rano. Słabość w jego mięśniach całkowicie zniknęła, czuł się również silniejszy i był bardziej pełny energii niż kiedykolwiek wcześniej. Czuł się po prostu dobrze. Nigdy nie zdawał sobie sprawy, jak wiele jego ciało posiadało niedoskonałości, dopóki się ich nie pozbył.

Nie doceniał wcześniej rozmiaru zniszczeń będących skutkiem dziesięciu lat niedożywiania. Sprawiło ono, że jego kości były słabe i kruche, mięśnie obolałe, a on sam niemal zawsze zmęczony. Był zachwycony perspektywą pozbycia się tych niechcianych efektów.

Podążył wraz z Ronem na śniadanie, gdzie zostali przywitani przez siedzącą między Nevillem a Ginny Hermionę. Harry nie angażował się zbytnio w trwającą przy stole rozmowę, a jedynie przytakiwał w odpowiednich momentach i chichotał, kiedy tego od niego wymagano, nawet pomimo tego, że uważał tę konwersację za kompletnie bezcelową.

Gdzieś w połowie posiłku przybyła sowia poczta i w stronę Harry'ego skierowały się dwie niosące średniej wielkości paczkę brązowe sowy. Harry szybko uwolnił je od jej ciężaru i poczęstował każdą kawałkiem bekonu.

— Co to? — zapytała z zaciekawieniem Ginny.

— Pewnie książki — burknął Ron, z wyraźnym obrzydzeniem przewracając oczami.

Weasleyówna spojrzała wyczekująco na Harry'ego, najwyraźniej czekając na jego potwierdzenie. Potter tylko skinął głową.

— Książki — oświadczył z szerokim uśmiechem.

— Jakie książki? — zapytał Neville, przełykając kęs kiełbaski.

— Różne. Niedawno zacząłem je zamawiać z katalogu wysyłkowego wydawnictwa. Najpierw chciałem książki o eliksirach, ale kiedy wysłali mi katalog odkryłem, że mają mnóstwo niesamowitych pozycji o zróżnicowanej tematyce. Wziąłem po prostu wszystko, co mnie zainteresowało.

— Ostatnio ciągle czyta. Jest z nim prawie tak źle, jak z Hermioną — marudził Ron, krzywiąc się.

— Harry zgromadził już całkiem niezłą kolekcję książek — dodała Hermiona z dumą w głosie, postanawiając zignorować komentarz rudzielca. Harry prychnął.

— Tak, ale problem tkwi w tym, że nie mam pojęcia, jak zabrać je ze sobą wszystkie na Privet Drive. Już teraz rzeczy nie mieszczą mi się w kufrze — przerwał, spoglądając z ciekawością na Hermionę. — Jak ty to robisz?

— Hm?

— Masz masę książek. O wiele więcej niż ja. Gdzie je wszystkie trzymasz?

— Och! Mam specjalny kufer z wbudowaną na nie dodatkową przegrodą!

Harry zamrugał.

— Hę?

— Cóż, podczas wakacji przed pierwszym rokiem, kiedy rodzice po raz pierwszy zabrali mnie na ulicę Pokątną, oczywiście spędziliśmy wieki w Esach i Floresach i znalazłam mnóstwo książek, których potrzebowałam, żeby lepiej zrozumieć magię. Więc kiedy poszliśmy kupić kufer, sprzedawca zauważył torby pełne książek, które niósł mój tata i polecił nam specjalny „kufer — bibliotekę". Ma dwie przegrody, normalną, która otwiera się, kiedy obróci się kluczyk zgodnie z ruchem wskazówek zegara, i drugą, która otwiera się, gdy obróci się w przeciwną. Druga przegroda jest specjalnie magicznie przystosowana do trzymania w niej książek. Nie wiem, co zrobiłabym bez niej przez te wszystkie lata.

— Ha. Brzmi genialnie — oświadczył Harry, brzmiąc na zamyślonego. — Chętnie kupiłbym taki sam... Hej, kiedy jest najbliższa wycieczka do Hogsmeade?

— W ten weekend — poinformowała Ginny.

Potter znów pogrążył się w myślach, po czym zwrócił się do Hermiony:

— Czy w Hogsmeade jest jakiś sklep z kuframi?

— Sądzę, że tak.

— Cóż, w takim razie myślę, że ich odwiedzę — postanowił z delikatnym uśmiechem, skupiając się z powrotem na posiłku.

Przechowalnia Lafole'a i Pokeby'a była sklepem, który z zewnątrz wyglądał na wyjątkowo mały, jednak w środku okazywał się zaskakująco wielki. Właściciele najwyraźniej specjalizowali się w zaklęciach zmniejszająco — zwiększających, które pozwalały na przechowywanie wielu rzeczy na bardzo małej przestrzeni.

Podczas sobotniej wycieczki Harry'ego do Hogsmeade był to jego pierwszy przystanek, natomiast Ron skierował się do Miodowego Królestwa, a Hermiona postanowiła odwiedzić sklep Scrivenshafta. Skierował się od razu do działu z kuframi i zaczął go przeglądać. Natychmiast podszedł do niego sporych rozmiarów mężczyzna, który, jak Harry się dowiedział, był panem Lafole.

Harry od razu przeszedł do rzeczy nie będąc pewnym, ile czasu pozostało mu do tego, jak Ron i Hermiona go znajdą i będąc ciekawym, jakiego rodzaju czary zostały użyte przy produkcji kufrów.

Jak się dowiedział, mnóstwo czynników było potrzebnych do stworzenia jednego kufra. Harry dostał listę zawierającą wszelkie możliwe dodatki z adnotacją, które zaklęcia nie są ze sobą kompatybilne lub się neutralizują, przez co nie mogą ze sobą współdziałać.

Przejrzał listę zaznaczając wszystko, czego potrzebował, nie przejmując się ostateczną ceną. Jeśli ten kufer będzie mu służył tak dobrze, jak miał nadzieję, prawdopodobnie będzie korzystał z niego jeszcze wiele lat po skończeniu Hogwartu.

Kiedy oddał listę, pan Lafole poprosił go o wybranie jednego z wielu projektów. Harry zdecydował się na prosty, skromny, brązowy kufer, nie chcąc brać niczego ekstrawaganckiego, co zwracałoby powszechną uwagę. Im mniej będzie się on rzucał w oczy, tym lepiej.

Pan Lafole poinformował go, że wszystkie zaklęcia zostaną nałożone na kufer w ciągu trzech godzin i Harry z wielkim entuzjazmem przyjął to, że będzie go miał jeszcze tego samego dnia. Zapłacił z góry połowę ceny, resztę pozostawiając do momentu, kiedy odbierze zakup.

Opuścił sklep w samą porę, by dostrzec Hermionę wychodzącą ze Scrivenshafta z torbą pełną pergaminów i przyborów do pisania. Wspólnie poszli poszukać Rona, a następnie całą trójką skierowali się do Trzech Mioteł.

Kiedy już się w nich znaleźli, oczy Harry'ego spostrzegły podejrzanie wyglądającą scenę. W tylnim rogu pubu siedziała grupa raczej wrogo nastawionych goblinów otaczających Ludona Bagmana. Ron i Hermiona wydawali się niesamowicie zaciekawieni, dlaczego Bagman spędza czas z globlinami, ale Harry doskonale znał tego powód.

Wiedział już, że Bagman miał mały problem z hazardem. Właśnie fakt, że mężczyzna miał dług wobec goblinów był powodem, dla którego w listopadzie podzielił się z Harrym informacją, w jaki sposób smoki będą przydzielane reprezentantom.

W tym momencie pomysł zaświtał w głowie Harry'ego, a szeroki uśmiech pojawił się na jego twarzy. Jedynym problemem było pozbycie się Rona i Hermiony — i odciągniecie globlinów od Bagmana — żeby Harry mógł z nim porozmawiać.

Wraz z przyjaciółmi skierował się do jednego ze stolików, natomiast Ludo odwrócił się, zauważając Harry'ego. Jego oczy rozjaśniły się z ulgi i mężczyzna wymamrotał coś do swoich towarzyszy, po zaczął zmierzać w stronę trio.

— Witam, panie Potter! — zawołał, zerkając nerwowo na gobliny.

— Dzień dobry, panie Bagman — odparł grzecznie Harry. Ron i Hermiona spoglądali na nich podejrzliwie.

— Zastanawiałem się, czy mógłbym zamienić z tobą słówko… — zaczął, niepewnie kierując wzrok na dwoje towarzyszy Harry'ego — ...na osobności.

Harry starał się wyglądać na zmieszanego i nieco zaniepokojonego, choć w środku podskakiwał z radości. Spojrzał na przyjaciół przekazując im bez słów, że wszystko jest w porządku. Oboje wzruszyli ramionami i odeszli, wciąż wyglądając na zdumionych.

— Przejdźmy tam, co ty na to? — zaproponował Bagman, kierując Pottera w stronę odosobnionej części pubu. — Chciałem pogratulować ci niesamowitego pokazu podczas pierwszego zadania, Harry.

— Dziękuję, panie Bagman. Właściwie bardzo pomogła mi pańska podpowiedź w sprawie tego, w jaki sposób smoki będą przydzielane — odparł Harry, uśmiechając się do mężczyzny.

— Och? Naprawdę? — zdziwił się Bagman. — Cóż, cieszę się. Skoro jesteśmy już przy tym temacie, Harry, to zastanawiałem się, jak ci idzie rozwiązywanie wskazówki do drugiego zadania.

— Właściwie mam już ją rozpracowaną. Pracuję aktualnie nad kilkoma... taktykami.

Przez chwilę na twarzy mężczyzny pojawił się wyraz ulgi i nadziei, ale szybko udało mu się ją zamaskować.

— Ach, cóż, dobrze... dobrze to słyszeć, mój chłopcze. Jeśli jest coś, w czym mógłbym pomóc, cokolwiek...

— Właściwie teraz, kiedy pan o tym wspomniał zastanawiam się, czy mógłby mi pan odpowiedzieć na jedno pytanie.

— Och? To znaczy?

— Wskazówka mówi, że coś zostanie mi zabrane i ukryte gdzieś w Czarnym Jeziorze. Zastanawiałem się, czy może wie pan, co to będzie? I czy poinformują mnie o tym przed rozpoczęciem zadania, czy będę musiał szukać czegoś, nie wiedząc nawet, co to jest?

— Och! Och, to proste.

Harry uniósł oczekująco brew, zachęcając dawną gwiazdę quidditcha, żeby odpowiedziała na to cholerne pytanie.

— To znaczy?

Bagman rozejrzał się podejrzliwie, a następnie pochylił się, zniżając głos:

— Nie zabiorą ci czegoś, ale kogoś.

— Kogoś? — Harry zmarszczył brwi, zdezorientowany.

— Zgadza się. Kogoś, kto jest dla ciebie wyjątkowo ważny. On albo ona zostanie wprowadzona w magiczną śpiączkę i umiejscowiona gdzieś na dnie jeziora. W mieście syren, czy coś takiego, z tego, co zrozumiałem.

Harry wpatrywał się w mężczyznę z niedowierzaniem. To będzie osoba!

— W jaki sposób wybiorą tego kogoś? — zapytał ściszonym głosem.

— Czara podejmie decyzję. Imiona wybranych osób wypadną z czary parę dni przed drugim zadaniem.

Harry skinął powoli głową, zastanawiając się nad nowym odkryciem. Będzie musiał przetestować swoje zaklęcia lokalizujące w odniesieniu do znajdywania ludzi, a nie tylko obiektów.

— Och! A czy powiedzą mi, kogo zabrali? — zapytał nagle.

— Nie, nie sądzę — odparł Bagman, kręcąc powoli głową.

Świetnie — pomyślał ponuro Harry.

Skrzywił się lekko w irytacji, po czym zamaskował to wyrazem wdzięczności.

— Och, jeszcze jedna rzecz.

— Tak, panie Potter?

— Czy ludzie będą w stanie zobaczyć, co dzieje się pod powierzchnią jeziora? Mam na myśli, czy będzie nad nami jakiś nadzór, dzięki czemu widzowie będą mogli nas oglądać?

— Nie... nie sądzę. Nie będziemy w stanie zobaczyć zbyt wiele, podczas gdy będziecie pod wodą. To nie będzie jakieś wyjątkowe widowisko. Z tego powodu nawet kłóciłem się o zmianę zadania na coś, co ludzie mogliby rzeczywiście oglądać, ale nikt się ze mną nie zgodził.

Harry uśmiechnął się z ulgą i przytaknął.

— Ach, cóż, szkoda. Bardzo panu dziękuję, panie Bagman.

— Och, niech pan o tym nikomu nie wspomina, panie Potter — odparł z szerokim uśmiechem, lecz po chwili zawahał się, a jego twarz przybrała bardzo zaniepokojony wyraz. — Ee... mam na myśli... naprawdęlepiej, żeby pan o tym nie wspominał.

Harry zachichotał, uśmiechając się nieco złośliwie.

— Och, proszę się nie martwić. Ta rozmowa pozostanie między nami. Przy okazji, powodzenia z goblinami.

Bagman skrzywił się, spoglądając z powrotem na wciąż siedzące po drugiej stronie pomieszczenia istoty, które wpatrywały się w niego z obrzydzeniem.

Pożegnali się i Harry wrócił do stolika zajętego przez Rona i Hermionę, którzy aktualnie zamawiali lunch u Madam Rosmerty.

— O co chodziło? — zapytała natychmiast dziewczyna. Harry prychnął.

— Bagman ma dług wobec goblinów. Nie ma złota, więc założył się o to, kto wygra turniej. A właściwie konkretniej, postawił na mnie. Zaoferował mi, że podpowie mi, jak poradzić sobie z jajem na wypadek, gdybym jeszcze tego nie zrobił.

Hermiona sapnęła, wyglądając na strasznie oburzoną.

— Przecież to oszustwo!

Harry spojrzał na nią ostro i kazał ściszyć głos, na co ta z zażenowaniem opuściła głowę.

— Wiem o tym, Hermiono. To nie tak, że z tego skorzystałem. Rozwiązałem już tą zagadkę wieki temu, więc i tak nie potrzebowałbym z tym pomocy.

Dziewczyna wciąż marszczyła brwi, ale kiedy przybyły zamówione posiłki, ostatecznie dała sobie spokój.

Kiedy zjedli, Harry zajął się oglądaniem kilku sklepowych wystaw, a następnie wszedł do butiku zwanego „Codzienne stroje Schotta". Nigdy wcześniej nie był w tym sklepie, ale nigdy wcześniej nie przywiązywał też dużej wagi do jakości ubrań, które nosił pod szatą przez te wszystkie lata.

Sklep zaopatrzony był nie tylko w szaty i różnego rodzaju czarodziejskie stroje, ale także zapewniał niewielki wybór mugolskich ubrań. Tak samo jak w sklepie z kuframi, tak i tutaj za darmo oferowali zaklęcia nałożone na ubrania. Samoczyszczące, ocieplające, ochładzające, odporne na brud i wodę były tylko kilkoma przykładowymi.

Harry kazał nałożył zaklęcia dopasowujące rozmiar na każdą parę spodni, którą zakupił zakładając, że urośnie jeszcze kilka cali zanim eliksir przyspieszający przestanie działać. Nie czuł się zbyt dobrze z myślą, że jego kostki będą wystawać zza nogawek.

Zakupił pięć par dżinsów i dziesięć koszulek w różnych kolorach. Nie potrzebował niczego ekstrawaganckiego. Wystarczyła mu garderoba, którą będzie pasowała i nie będzie pełna dziur.

Kiedy wyszedł ze sklepu zorientował się, że jego kufer powinien być już gotowy, tak więc skierował się do sklepu Lafole'a i Pokeby'a.

Wśród czarów nałożonych na kufer znalazła się możliwość automatycznego zmniejszenia go poprzez dotknięcie różdżką konkretnego punktu znajdującego się na wieku. Funkcja ta była wyjątkowo przydatna, ponieważ nie miał możliwości zmniejszania i zwiększania kufra, kiedy znajdował się poza szkołą. Mógł wrzucić go do kieszeni będąc w pociągu i nie będzie musiał martwić się, że wuj Vernon zabierze mu go i zamknie z powrotem w komórce.

Schował swoje ubrania do kufra i dotknął różdżką zmniejszającego punktu. Kufer natychmiast zredukował się do rozmiaru pudełka od zapałek. Harry uśmiechnął się.

Zapłacił panu Lafole resztę sumy i skierował się w stronę szkoły. Kiedy tylko minął główne wejście do zamku, pospieszył w stronę pustej klasy. Skupił się ponownie na zaklęciu lokalizującym, wyczarowując wielkiego, czarnego węża i tym razem rozkazał mu znaleźć Hermionę.

Poczuł, że magia zaczyna działać i zobaczył, że wąż pełznie w powietrzu, kierując się ku głównym schodom.

Brak świadomości, kto został mu odebrany wciąż może stanowić problem, ale być może uda mu się rozpracować kto to będzie, zanim zadanie się rozpocznie. To będzie ktoś, kto nie będzie obecny na widowni podczas drugiego zadania. Będzie musiał po prostu znaleźć tę osobę. Miał nadzieję, że to zadziała.

Podążył za wielkim wężem poprzez zamek na siódme piętro, w stronę dziury pod portretem. Po wejściu do Pokoju Wspólnego zobaczył, że wąż zwinął się w kłębek wokół niczego nieświadomej Hermiony. Wyglądało to dziwnie, ale upewniło go, że jest jedyną osobą, która jest w stanie go zobaczyć. Mógł tylko wyobrazić sobie natychmiastową panikę, jaka wybuchłaby wśród Gyfonów, gdyby reszta uczniów była w stanie go zobaczyć. Prychnął na tę myśl i zakończył zaklęcie sprawiając, że wąż zniknął z jego pola widzenia.