ROZDZIAŁ 8
Tłumaczyła Midnightesse [u/4071010]. Betowała Panna Mi [u/2693969/].
Harry wszedł do Komnaty, wyjmując z kieszeni pomniejszony kufer i kładąc go na podłodze. Przyłożył do niego różdżkę, przywracając mu właściwy rozmiar.
Kufer miał z przodu trzy zatrzaski zaopatrzone w dwie dziurki od klucza i hasło; zależnie od tego, który zatrzask się otworzy, uzyska się dostęp do jednej z trzech przegród. Dwie przegrody z dodatkowymi zabezpieczeniami były przeznaczone właśnie na książki i sposób, w jaki działały był zdecydowanie fascynujący.
Kiedy otworzył jedną z przegród na książki, zastawał widok dwóch rzędów półek, które przesuwały się, cały czas ukazując kolejne. Przestrzeń była magicznie powiększona, więc nawet, jeśli książki wydawały się znikać w głębi kufra, tak naprawdę znikały w tej dodatkowej przestrzeni. Pułki można było przesuwać w nieskończoność i w ten sposób przeglądać wszystkie książki.
Harry nie miał pewności, jak to dokładnie działało, ale zdecydowanie zamierzał się tego dowiedzieć. Dodał „zaklęcia powiększające" do swojej listy „rzeczy wystarczająco bezpiecznych, by zapytać o nie nauczyciela" znajdującej się w oprawionym notatniku, którego używał do studiowania materiału pozaszkolnego.
Usiadł na podłodze przed kufrem i zaczął wyciągać wszystkie swoje książki. W ciągu ostatnich paru miesięcy zabrał całkiem pokaźną kolekcję, której połowa pochodziła z katalogu wysyłkowego Wydawnictwa Crespus. Szczerze mówiąc, to dla części zebranych przez niego książek nie wystarczyło już miejsca w jego starym kufrze, a to mogło być problematyczne, gdyż niektóre z nich były z całą pewnością wątpliwej natury i nie mógł tak po prostu zostawić ich na stoliku koło łóżka, wystawiając na widok swoich współlokatorów.
Początkowo zapakował je raczej chaotycznie do nowego kufra, ale potem stwierdził, że powinien je uporządkować, tak samo jak książki Salazara Slytherina, które zamierzał... pożyczyć.
Pierwszą rzeczą, jaką zrobił, było oddzielenie „bezpiecznych" książek od tych bardziej wątpliwych. Bezpieczne książki włożył do jednej z przegród, której hasłem był „Quidditch". Jeśli Ron lub Hermiona kiedykolwiek będą musieli przynieść mu jakąś książkę z kufra, będzie mógł po prostu powiedzieć im, że książki znajdują się w drugiej przegrodzie i podać im hasło. Miło, bezpiecznie i bez podejrzeń.
Wszystkie inne książki posegregował według tematyki i alfabetycznie w trzeciej przegrodzie, której przydzielił hasło w wężomowie. Wybrał § Notechus §, co było łacińską nazwą tygrysiego węża i pseudonimem, pod którym zamawiał książki z Wydawnictwa Crespus.
Podczas sortowania odłożył kilka z nich na bok, zamierzając poćwiczyć. Nie miał wiele czasu, by przeczytać książki, które zakupił u Crespusa, gdyż nie mógł ich tak po prostu wyciągnąć w Pokoju Wspólnym, a jeszcze mniej czasu miał na przećwiczenie znajdujących się w nich zaklęć, odkąd większość swoich pobytów w Komnacie spędził na ćwiczeniu transformacji. Teraz natomiast nastał dobry moment na to, by się tym zająć.
Wyprostował ramię nad głową, próbując pozbyć się spowodowanego zbyt długim siedzeniem na podłodze skurczu w plecach. Był zadowolony ze swojej pracy. Większość książek z biblioteki Slytherina, które dodał do swojej kolekcji należała prawdopodobnie do Riddle'a, jako że nie wyglądały na wystarczająco stare, by sam Salazar mógł je tu zostawić. Jakaś mała część niego była zaniepokojona tym, jak wiele książek Toma Riddle'a wzbudziło jego zainteresowanie i zaintrygowało go, ale szybko odpędził od siebie te wątpliwości.
Zabrał również dwie książki Slytherina dotyczące wężomagii.
Zerknął na dwie książki, z których zamierzał się uczyć i zmarszczył brwi. Toczył w sobie wewnętrzną walkę. Łatwo było się z tym zgodzić, kiedy tylko zamawiało się książki z listy, ale teraz, kiedy rzeczywiście planował przećwiczyć to, co zawierały, czuł, że jego wnętrzności zawiązują się na supeł, przyprawiając go o mdłości.
Te książki w całości dotyczyły czarnej magii.
Z pewnością nie były to najgorsze czarnomagiczne książki, jakie kupił, raczej coś w rodzaju wprowadzenia do lżejszych, mrocznych klątw. Przeczytał już parę książek dotyczących teorii czarnej magii, ale teraz po raz pierwszy zamierzał użyć prawdziwych zaklęć.
Na początku nie był pewny, jak właściwie zamierza to zrobić. Większość, co oczywiste, była raczej destrukcyjna, a nie chciał miotać klątwami w ściany. Ostatnią rzeczą, której by potrzebował, byłoby zawalenie się Komnaty i zostanie w niej uwięzionym.
Pewnego dnia spacerował wzdłuż Komnaty i jego wzrok padł na gigantyczne zwłoki bazyliszka. Nagle poczuł olśnienie.
Bestia była odporna na magię. Większość zaklęć powinna zostać wciągnięta przez ciało, więc nie było żadnego ryzyka, że trafią one w ściany lub sufit Komnaty.
Wziął głęboki oddech i podniósł książkę.
To była tylko magia. I to cholernie przydatna magia. To wszystko. Nie było żadnego sensu w ignorowaniu całej gałęzi magii tylko dlatego, że była przerażająca dla tych, którzy byli za słabi, by się nią posługiwać. Harry nie był słaby.
Podejmując decyzję, Harry wstał i skierował się do Komnaty Bazyliszka. W jednej ręce trzymał otwartą książkę, przeglądając kilka pierwszych zaklęć, podczas gdy w drugiej znajdował się jego notatnik.
Tytuł książki brzmiał: „Księga Mroku Sceadwiana, Tom I: Czarna Magia, która naprawdę boli, ale nie zabija". Miał już w notesie parę zdań dotyczących zaklęć, których chciał wypróbować i informacji na temat tego, na której stronie mógł je znaleźć.
Miał dwie listy. Pierwsza zawierała zaklęcia wpływające w jakiś sposób na otoczenie. Te zaklęcia mógł spokojnie przećwiczyć na bazyliszku. Druga lista dotyczyła zaklęć, które uznał za przydatne i które są przeznaczone tylko i wyłącznie do zaatakowania drugiego człowieka.
Wciąż mógł je przećwiczyć, ale nie będzie w stanie stwierdzić, czy rzucił je prawidłowo i obserwować efektów, dopóki nie rzuci ich na żywą osobę.
Otworzył notes na pierwszej liście, czytając swoje notatki.
Scateren glaesum — sprawia, że wszystkie gładkie powierzchnie pękają i rozbijają się niczym szkło. Patrz str. 98.
Khnwos — całkowicie niszczy materię danego przedmiotu. Patrz str. 142.
Dimoliri — burzy małe struktury w gruzy. Patrz str. 52.
Collabi — niszczy wszystko w obrębie danej przestrzeni. Patrz str. 151.
Quassare — tworzy czarny wir, który wsysa w siebie wszystko dookoła. Patrz str. 172
Screade — klątwa przecinająca, może przeciąć praktycznie wszystko. Patrz str. 208.
Harry przygryzł wewnętrzną stronę policzka zastanawiając się, którą wypróbować pierwszą. Czy Screade, która może przeciąć prawie wszystko, będzie w stanie przeciąć ciało bazyliszka?
Klątwy tnące zawsze są przydatne, a gdyby ta mroczna klątwa tnąca była w stanie przeciąć nawet coś takiego, jak skóra bazyliszka, z pewnością mogłaby być bardzo przydatna również w innych sytuacjach. A już na pewno bardziej przydatna niż diffindo... Postanowił zacząć od tego i otworzył książkę na stronie 208, ponownie czytając akapit dotyczący tej klątwy.
Parę minut później był już gotowy. Stanął przed wężem i wycelował w niego różdżką.
Uznał, że najpierw powinien parokrotnie przećwiczyć wymawianie inkantacji na głos, a dopiero potem spróbować rzucić je niewerbalnie, ponieważ nigdy wcześniej nie rzucał tego typu zaklęć. Wycelował w środek ciała bazyliszka, skupiając wokół siebie swoją magię i zawołał:
— Screade!
Poczuł nagłą, ogromną falę magii przechodzącą przez całe jego ciało do różdżki. Czarny promień z fioletowymi przebłyskami wystrzelił z jej końca, pomknął w stronę ciała węża i uderzył w nie z pełną mocą. Harry sapnął, czując jak jego kolana miękną i nagle znalazł się parę stóp niżej, mrugając w oszołomieniu.
Magia, która go wypełniła była tak surowa i intensywna. Po prostu... po prostu niesamowita!
Nie był przygotowany na coś takiego. Nie mógł tego w żadnym stopniu porównać do używania zwykłej, neutralnej magii. Jeśli już, bliżej było temu do jego wężomagii. Tylko... więcej.
Harry zebrał się w sobie i wstał. Jego oczy błyszczały dziwną ekstazą. Czuł, jakby całe jego ciało stanęło w ogniu. Nie potrafił tego inaczej opisać. Skierował różdżkę ponownie na bazyliszka i rzucił zaklęcie jeszcze raz.
Znów sapnął i zadrżał lekko z powodu intensywności zaklęcia, ale tym razem utrzymał się na nogach. Wypróbował zaklęcie jeszcze parę razy i nawet nie zorientował się, kiedy zaczął się szaleńczo śmiać, ledwo łapiąc powietrze. Im więcej razy skupiał w sobie magię i rzucał zaklęcie, tym lepiej się czuł. Po jakimś czasie czuł się już tak lekko, że zaczął się nieznacznie chwiać, a jego śmiech przemienił się w przytłumiony chichot. Opuścił różdżkę, mrugając z zaskoczenia.
Kilka jego pierwszych ataków nie uszkodziło bazyliszka w żaden sposób, ale po jakimś czasie jego zaklęcia zaczęły powodować rzeczywiste szkody. Część węża, na której skupił swój atak była teraz naznaczona płytkimi przecięciami.
Z gardła Harry'ego wydobył się kolejny chichot, tym razem zszokowany.
Moc. Tak wiele niesamowitej, surowej, wybornej mocy. To było oszałamiające. Wciąż mógł ją poczuć, krążyła w jego żyłach powodując, że jego umysł zachodził dziwną, euforyczną mgłą. Ale uwielbiał to. Och, Merlinie, jak bardzo to uwielbiał.
Więcej.
Harry spojrzał w dół na porzuconą na podłodze wraz z jego notatnikiem książkę. Podniósł z ziemi obie rzeczy, wpatrując się w nie szerokimi, głodnymi oczami. Najpierw otworzył notatnik, wybierając kolejne zaklęcie.
Quassare — tworzy czarny wir, który wsysa w siebie wszystko dookoła.
Brzmi ciekawie... — pomyślał, a na jego ustach pojawił się szeroki uśmiech.
Otworzył książkę na odpowiedniej stronie i szybko przejrzał pełny opis zaklęcia. Miał poczucie, że za bardzo się pospieszył, ale nie mógł się doczekać, by je wypróbować. By znowu to poczuć.
Odłożył książkę na ziemię i z powrotem skupił się na bazyliszku. Wycelował różdżką w ten sam obszar, który atakował wcześniej, teraz nieco poharatany. Znów wypełniła go odurzająca czarna magia. Skupił ją z łatwością, pozwalając jej krążyć po całym swoim ciele. Zrelaksował się, przymykając oczy, po czym zamrugał i ponownie zwrócił uwagę na bazyliszka. Celując różdżką, zawołał:
— Quassare!
Na początku wydawało mu się, że w ogóle nic się nie stało, ale po chwili poczuł kłębiącą się magię. Nie było to nic tak potężnego, jak klątwa tnąca, co spowodowało, że Harry skrzywił się. Skupił się po raz kolejny, tym razem używając większej ilości magii. Próbując kontrolować swój nierówny oddech, ponownie wycelował.
— Quassare!
W miejscu, które wskazywał pojawiła się w powietrzu maleńka, czarna kulka. Przez chwilę pulsowała, powiększając się, ale po chwili znowu zmalała, aż w końcu po paru sekundach zniknęła z głośnym trzaskiem.
Poczuł w sobie jeszcze więcej cudownych, mrowiących wibracji i uświadomił sobie, co najprawdopodobniej zrobił źle. Podniósł książkę i ponownie przeczytał akapit dotyczący tego zaklęcia, a następnie powrócił do węża.
Po raz kolejny uniósł różdżkę, skupiając wokół siebie czarną magię i wykrzyknął:
— Quassare!
Czarna kula znów się pojawiła, zawisając zaraz obok miejsca, w którym ciało bazyliszka poprzecinane było bliznami. Urosła do rozmiaru jakichś dwóch stóp średnicy i przez ten krótki moment Harry poczuł potężną euforię, połączoną z dumą i oszołomieniem. Następnie kula znów zaczęła się zmniejszać, aż w końcu zniknęła z cichym pyknięciem.
Tam, gdzie wcześniej znajdowała się kula, teraz nie było nic. Część bazyliszka w kształcie idealnego półkola po prostu zniknęła. Harry mógł zobaczyć warstwy skóry, mięśni i kości, które zostały obnażone przez czarną, magiczną kulę.
A to było ciało bazyliszka! — pomyślał Harry z niepohamowaną radością. Bazyliszki są niesamowicie potężne i powinny być „odporne na magię". — Najwyraźniej niewystarczająco na potężną, czarną magię — zachichotał mentalnie.
Zamknął oczy i zadrżał, wypuszczając powietrze w powolnym, nierównym oddechu. Całe jego ciało wydawało się niesamowicie lekkie. To było jakby najpotężniejsze endorfiny zalały cały jego system nerwowy, przyjemnym ogniem paląc każdy jego nerw.
Harry wziął jeszcze parę głębokich wdechów, po czym otworzył oczy, znów uśmiechając się szeroko. Ogarniająca radość powodowała, że czuł się nieco nienormalnie. W tym momencie był zbyt szalony, by racjonalnie analizować swoje myśli i działania. Wszystko skupiało się tylko na tym uczuciu euforii, nic innego nie miało znaczenia.
Zachęcony swoimi osiągnięciami, wyczarował kolejną czarną kulę, osiągając podobne rezultaty, jak za poprzednim razem. Jeszcze kilkakrotnie rzucił zaklęcie. Raz za razem kierował różdżkę w stronę bazyliszka, mrucząc „Quassare" i śmiejąc się lekko pod nosem, pozostawiając na skórze węża pełno okrągłych dziur różnej wielkości. Odkrył, że kiedy rzuca zaklęcie szybciej, stwarzane przez niego kule były mniejsze, ale nie mniej efektywne.
Zaczął ponownie ćwiczyć klątwę Screade, rzucając jąw różnych odstępach czasu, powtarzając swój sukces i tnąc ciało węża na kawałki. Czuł, że musi spróbować czegoś innego. Całe jego ciało pulsowało, a mięśnie napięły się potrzebą działania. Rzucał zaklęcia raz po raz, opanowując je do perfekcji.
Robił wszystko, co tylko mogło stworzyć mu wymówkę, by bez przerwy otaczać się tą niesamowitą magią.
Około trzeciej nad ranem Harry leżał na podłodze, jego szaleńczy chichot po jakimś czasie zesłabł i teraz był już ledwo słyszalny. Nie wiedział, jak długo tak leżał, ale w końcu zamrugał i poczuł, że jego umysł zaczyna się rozjaśniać.
Zmusił się, by usiąść i skrzyżował nogi na brudnej podłodze, dokładnie przed okaleczonym ciałem bazyliszka. Był on nieźle zmasakrowany i Harry'emu zajęło chwilę, by zrozumieć, że to on to zrobił. To nie wydawało się możliwe.
Miał raczej wrażenie, że to był jakiś absurdalny sen.
To po prostu nie było możliwe, żeby Harry był wystarczająco potężny, żeby móc spowodować takie szkody u tysiącletniego magicznego stworzenia. Tak samo, jak nie było możliwe, by cokolwiek było w stanie wywołać tak cudowne uczucie. Dlatego to musiał być sen. To nie mogło być prawdziwe.
Tyle, że było.
Naprawdę to zrobił. Całkowicie zatracił się w magii, w tej niemożliwej do opisania przyjemności, która go wypełniła. Kiedy jego umysł powoli zaczął znowu pracować i rozumieć, co się stało, coraz bardziej rosło również jego przerażenie.
Czy to naprawdę był on?
Tak.
Nie mógł obwinić o to swojego towarzysza. To, co się stało, zrobił tylko i wyłącznie Harry. Wiedział o tym. Czarna magia sprawiała, że czuł się tak dobrze, iż oddał jej się w całości. Chciał, żeby przejęła nad nim kontrolę.
I nadal chce.
Wypuścił drżący oddech, czując dreszcz przebiegający mu po kręgosłupie. Na wspomnienie tego, jak czuł się pod wpływem magii jego żołądek wypełniło cudowne, ciepłe uczucie.
Pochylił głowę, opierając czoło o kolana. Zacisnął pięści na włosach, zamykając oczy.
Co się z nim do diabła działo?
—
Przez następne parę dni Harry starał się trzymać z dala od Komnaty. Naprawdę się starał. Przestał nawet ćwiczyć swoją transformację. Wiedział, że kiedy zejdzie na dół, jego wzrok natychmiast skieruje się na ciało bazyliszka, a to przypomni mu, jak czuł się pod wpływem czarnej magii.
Czy to właśnie było to, co ona robi z ludźmi? Tak silnie na nich oddziałuje? W kilku książkach o czarnej magii czytał opisy sposobu, w jaki czarna magia uzależnia, ale nigdy nie oczekiwał, że to będzie tak silne, tak natychmiastowe. A stosowane przez niego zaklęcia nie były nawet wyjątkowo mroczne. W porównaniu do innych, o których czytał, można było uznać je za lekkie.
Pomimo wszystkich wysiłków silnej woli Harry'ego, chłopak nagle zdał sobie sprawę, że stoi pośrodku Komnaty, wpatrując się w zdewastowane ciało węża i pragnąc zrobić to jeszcze raz, jednocześnie będąc tym absolutnie przerażonym.
Musisz... zmierzyć się z tym... zamiast bać się... tego — wyszeptał głos jego towarzysza z tyłu głowy Harry'ego. Potter wzdrygnął się, zaskoczony jego nagłą obecnością.
Jego towarzysz nie dał o sobie znać podczas jego „sesji treningowej" parę dni temu. Kiedy zeszłej nocy Harry zagłębił się w swoim umyśle, pragnął oczyścić umysł z całego incydentu. Próbował się uspokoić i zrelaksować, zamiast bez przerwy się tym wszystkim martwić. Jego towarzysz uszanował jego wolę i nawet słowem nie wspomniał o całym wydarzeniu.
— Co masz na myśli? — zapytał Harry drżącym głosem.
Magia kontroluje cię... tylko dlatego... że jest nowa... jesteś nieprzystosowany... do niej. Będzie cię kontrolować... tak długo, dopóki... jej nie okiełznasz.
Harry przygryzł wargę, zerkając na kuszące ciało bazyliszka.
— Ale czułem się, jakbym był szalony... Co... co by się stało, gdybym kiedyś użył czarnej magii w trakcie bitwy i znów się w niej zatracił? Mógłbym kogoś zabić i sprawiłoby mi to przyjemność... A potem bym wrócił do siebie i już zawsze się za to nienawidził.
Dlatego... musisz ćwiczyć... żeby nauczyć się to kontrolować. Okiełznać mrok w tobie... i wykorzystać go... do swoich celów... inaczej będzie on kontrolował ciebie.
Musisz ćwiczyć tutaj... gdzie nie zrobisz nikomu krzywdy... tutaj możesz okiełznać mrok... rozwinąć go w sobie... sprawić, że będzie słuchał... twoich rozkazów.
Harry pokiwał powoli głową. Przedstawiony mu argument był racjonalny i jeśli prawdą było, że ćwiczenia pozwolą mu to kontrolować, warto było spróbować. Musiał też przyznać, że istniała pewna część niego, która po prostu cieszyła się z faktu, że ma wymówkę, by dalej używać czarnej magii. Dalej czuć ten dreszcz.
Harry próbować odpędzić falę szalonej radości, która go ogarnęła i zamknął oczy.
Mogę ci pomóc... — wyszeptał głos jego towarzysza, powodując u Pottera kolejny dreszcz.
Powoli otworzył oczy, ponownie kiwając głową. Kącik jego ust uniósł się, a w oczach zapłonął ogień. Podjął już decyzję. Zamierzał to zrobić.
I, do cholery, był podekscytowany.
—
Harry już automatycznie za każdym razem, kiedy używał mapy, sprawdzał na niej również lokalizację Moody'ego i Croucha. Nie zajęło mu długo dojście do wniosku, że dzieje się coś bardzo dziwnego.
Przede wszystkim, Moody nigdy nie opuszczał swojego gabinetu.
Dosłownie. Kropka opatrzona nazwiskiem "Alastor Moody" nigdy jeszcze nie przesunęła się choćby o cal. Za to kropka Bartemiusza Croucha przez cały czas znajdowała się na terenie szkoły, co nie miało sensu, biorąc pod uwagę, że mężczyzna był wysoko postawionym, pełnoetatowym pracownikiem Ministerstwa i nie miał żadnego powodu ku temu, by przebywać w szkole.
Bartemiusz Crouch spędzał również podejrzanie wiele czasu w gabinecie Moody'ego, a także w jego klasie.
Czy Crouch udawał, że jest Moodym? Jeśli tak, to z pewnością używał Eliksiru Wielosokowego, a to tłumaczyłoby, dlaczego myszkował po magazynie Snape'a. Ale dlaczego, do cholery, Crouch miałby robić coś takiego? Harry nie był w stanie tego zrozumieć. To nie miało sensu!
Tak czy inaczej, Harry był bardziej niż pewien, że mężczyzna, którego widuje co tydzień na lekcji nie jest Alastorem Moodym.
Pewnego razu na zajęciach Harry wyciągnął pod ławką mapę i aktywował ją Podniósł wzrok na wykładającą właśnie na przedzie sali osobę, która wyglądała jak Szalonooki Moody, jednak kropka znajdująca na mapie dokładnie w tym samym miejscu wyraźnie mówiła, że stoi tam Bartemiusz Crouch.
To było po prostu... dziwne! Co się do cholery działo? I czy ktokolwiek inny o tym wiedział?
—
Pozostały trzy tygodnie do drugiego zadania. W tym tygodniu miał wziąć ostatnią dawkę eliksiru przyspieszającego i Harry nie mógł się doczekać momentu, kiedy będzie miał to już za sobą.
Neville przeszkodził mu parę razy, kiedy przyjmował swoją poranną porcję eliksirów, ponieważ poranny harmonogram Longbottoma był podobny do Harry'ego, ale przynajmniej nie miał żadnego problemu z przebywaniem razem z Harrym w łazience. Dean i Seamus wciąż byli dość niepewni, zwłaszcza jeśli chodziło o kwestię łazienki, ale już nie okazywali tego tak, jak na początku.
Zwykle zachowywali się po prostu niezręcznie.
Harry zrobił znaczny postęp w swojej wężowej transformacji. Udało mu się przetransformować swoje obie nogi w jedną całość, a także zamienić kości bioder i nóg w przedłużony kręgosłup.
Było to zdecydowanie dziwne doświadczenie, ale robił to codziennie od czterech dni i zaczynał się do tego powoli przyzwyczajać.
Wciąż nie zaabsorbował jeszcze swoich rąk i ramion w podłużne ciało węża, choć były już one o wiele krótsze. Był pewien, że jest już bardzo blisko całkowitego zakończenia transformacji.
Ćwiczenia czarnej magii również szły świetnie. Od czasu, kiedy ćwiczył regularnie, zaczął kontrolować swoją irracjonalną potrzebę rzucania zaklęć. Poświęcał jej godzinę każdej nocy, ale nigdy więcej. Nawet zaczarował zegarek na swojej ręce tak, by po upływie godziny stawał się bardzo gorący. Zegarek parzył go aż do momentu, w którym przestał ćwiczyć.
Przez pierwsze parę tygodni ćwiczeń pozwoliło mu to wyrwać się z transu. Teraz już nie potrzebował tego i odzyskiwał kontrolę nad sobą, z własnej woli przerywając ćwiczenia, kiedy tylko usłyszał alarm.
Jego towarzysz był z nim przez większość sesji czarnej magii. Nie odzywał się przez większość czasu, ale okazjonalnie udzielał mu wskazówek i uspokajał go, kiedy Harry tracił nad sobą panowanie.
Potter wciąż uwielbiał sposób, w jaki magia wypełniała go, kiedy jej używał. Uczucie, jakie powodowała czarna magia było o wiele lepsze niż to pochodzące od neutralnej magii. Było także o wiele silniejsze.
Jego towarzysz miał rację mówiąc, że Harry musi po prostu ćwiczyć. Im silniejsza stawała się jego magia, tym większą Gryfon miał nad nią kontrolę.
Zauważył także, że w miarę ćwiczeń niegdyś szare wnętrze jego umysłu znów zaczęło zmieniać swój wygląd. Teraz przywodziło na myśl niebo w nocy, a przynajmniej tak to sobie wyobrażał. Podłoże wciąż było szare, ale ściany i nieistniejący sufit zaczęły zachodzić głęboką czernią.
Ciemność była kojąca.
Wydawało się, że również jego towarzysz jest zadowolony z tej zmiany. Był teraz w stanie spędzić w ciągu dnia dłuższy czas w głowie Harry'ego. Twierdził, że teraz o wiele łatwiej jest mu dopasować się do magii Pottera.
Harry nie był idiotą.
Wiedział, co to oznacza.
Jego rdzeń się zmieniał. Czy naprawdę był tak jasny, zanim to wszystko jeszcze się zaczęło? Teraz trudno było mu w to uwierzyć, ale pamiętał, jak wnętrze jego umysłu pokrywała czysta biel. Czy umysł był odwzorowaniem rdzenia?
To była tylko teoria, ale dla niego wydawało się to raczej oczywiste.
Jego rdzeń magiczny, wcześniej całkowicie jasny, podczas ostatnich czterech miesięcy w jakiś sposób stał się całkowicie mroczny.
A co najdziwniejsze, naprawdę nie potrafił się tym przejmować.
Zdecydowanie wolał go w tej odsłonie.
—
Harry skierował się na śniadanie, podążając za Ronem i Nevillem. Był piątek i jednocześnie nie mógł się doczekać, jak i bał się przyjęcia dzisiejszej nocy ostatniej dawki eliksiru. Jego umysł wypełniony był zaklęciami, które planował dzisiaj przećwiczyć, tak więc usiadł przy stole Gryfonów nie poświęcając niczemu zbyt wiele uwagi i odruchowo skupiając się od razu na swoim talerzu.
— Hermiona? Wszystko... wszystko w porządku? — usłyszał głos Ginny i podniósł wzrok, spoglądając ze zmieszaniem na dwie dziewczyny.
Hermiona prychnęła, próbując zamaskować wyraz swojej twarzy, unosząc wysoko głowę i zaciskając szczękę.
— W porządku — odparła lakonicznie.
Teraz Harry był naprawdę zdezorientowany. Spoglądał to na Ginny, to na Hermionę, próbując domyślić się, co było nie tak. W następnym momencie zauważył dwa magazyny „Czarownica", które leżały na stole zarówno przed Ginny, jak i przed Hermioną. Skrzywił się na ich widok. Przechylił głowę na tyle, by móc stwierdzić, iż artykuł opatrzony jest zrobionym podczas ostatniego zadania zdjęciem Wiktora Kruma, krzywiącego się i usiłującego schować za krawędzią. Notka o autorze pod artykułem wyraźnie informowała, że napisany został przez Ritę Skeeter.
— Co Skeeter znowu zrobiła? — zapytał, ledwo tłumiąc warknięcie.
Ginny zerknęła na Harry'ego, po czym niepewnie skierowała wzrok z powrotem na Hermionę, jakby bojąc się odpowiedzieć na to pytanie.
— Ona, ee... napisała raczej wredny artykuł o Hermionie i Krumie — wyjaśniła, patrząc przepraszająco na Grangerównę.
Głowa Rona podniosła się znad talerza i chłopak skierował na nich wzrok, krzywiąc się ze wściekłością.
— Co znowu o Krumie? — zapytał z ustami pełnymi jedzenia.
— Nawet nie zaczynaj, Ron — wysyczała Ginny. — Nie teraz.
Weasley rzucił swojej siostrze oburzone spojrzenie i zerknął zmrużonymi oczami na gazetę. Prychnął na widok zdjęcia Kruma, po czym skupił się z powrotem na swoim jedzeniu.
Harry usłyszał, jak Hermiona próbuje zagłuszyć kolejne pociągnięcie nosem i dostrzegł ból na jej twarzy, który dziewczyna próbowała zamaskować. Zerknął z powrotem na ten cholerny magazyn, czując, jak zaczyna się w nim gotować gniew. Właściwie to był zaskoczony intensywnością tych emocji, zwłaszcza, że ostatnio tak naprawdę niezbyt przepadał za swoimi niegdysiejszymi przyjaciółmi. Byli raczej środkiem do osiągnięcia celu, a celem było nie zwracanie na siebie uwagi i nie wzbudzanie podejrzeń. Dopóki wciąż okazjonalnie bywał miły i przyjazny, oraz częściej wydawał się szczęśliwy niż nieszczęśliwy, ludzie z pewnością nie wpadną na to, że w komnacie Salazara Slytherina w tajemnicy przed wszystkimi ćwiczy czarną magię.
Ale wciąż jednak nie stracił całej swojej opiekuńczości wobec nich. Poza tym, byli jego, a wszystko, co ta paskudna dziwka Skeeter robiła i co było związane z nim, wzbudzało w nim wściekłość. Harry bronił tego, co należało do niego.
Wyciągnął rękę, sięgając po leżący przed Ginny tygodnik, ale Hermiona zdążyła odepchnąć jego dłoń, przez co Harry skrzywił się. Szybko spróbował zamaskować swój wyraz twarzy, ale na szczęście Hermiona nie zamierzała nawiązać z nim kontaktu wzrokowego, tak więc nie zauważyła wściekłości na jego twarzy.
— Lepiej tego nie czytaj — zaprotestowała ostro, wciąż wpatrując się w stół.
Wściekły potwór wewnątrz Harry'ego rósł z każdą chwilą, warcząc wewnętrznie i sycząc, ale na zewnątrz pozostał spokojny.
— Co. Ona. Napisała? — zapytał powoli, ze wszystkich sił starając się kontrolować bestię wewnątrz niego.
— Nieważne — odparła, w końcu spoglądając mu w oczy.
Przez długą, niezręczną minutę Harry utrzymał kontakt wzrokowy. W końcu zmusił się do odepchnięcia od siebie złości. Dorwie gazetę później i sam przekona się, co ta krowa znowu wymyśliła. Hermiona z całą pewnością wyglądała na zdecydowanie zbyt zawstydzona.
— W porządku — poddał się, skupiając z powrotem na swoim talerzu.
—
— Harry? Możemy pogadać? — dobiegł go głos Hermiony, kiedy wieczorem przeszedł przez dziurę pod portretem. Harry wracał właśnie z treningu w Komnacie i był tak zmęczony, że modlił się o spokój. Zwykle po treningu jego temperament był nieco trudniejszy do opanowania i nie był w stanie tak jak zwykle utrzymywać swojej maski na twarzy.
W związku z tym zrozumiałe było, iż nie był zbyt chętny, by przychylić się do jej prośby. Jednak coś w głosie Hermiony sprawiło, że westchnął — w większości z frustracji — i ustąpił.
— Jasne, Miona. O co chodzi? — odparł, odwracając się do niej i przybierając najbardziej sympatyczny wyraz twarzy, na jaki mógł się zdobyć przy swoim obecnym stanie umysłu.
— Pamiętasz, jak nie mogłeś wykombinować, w jaki sposób Skeeter dowiedziała się o tym, że jesteś... gejem?
— Tak? — przytaknął Harry z odrobiną irytacji.
— Ty i Fleur rozmawialiście o tym po balu, ale nikogo w pobliżu nie było, prawda?
— Zgadza się — odparł krótko. Nie miał teraz ani chęci, ani cierpliwości, żeby się nad tym zastanawiać. Jeśli dziewczyna szybko nie dotrze do meritum, Harry naprawdę nie ręczył za siebie.
— Cóż, niektóre rzeczy, które napisała w tym... artykule o mnie... Nie ma szans, żeby się o nich dowiedziała. Nikogo tam nie było i pytałam o to Wiktora, on też nie ma pojęcia, skąd o tym wiedziała. Był naprawdę wściekły. Wiem, że on nikomu o tym nie powiedział.
— Więc sądzisz, że Skeeter zna jakiś tajemniczy sposób na to, żeby podsłuchiwać czyjeś rozmowy? — zapytał Harry niecierpliwie, chcąc mieć już tą konwersację za sobą.
— Dokładnie!
Harry odetchnął głęboko, wraz z wypuszczanym powietrzem starając się pozbyć irytacji. Wcześniej sam już o tym myślał, ale dziewczyna miała rację. Będzie musiał poświęcić temu więcej uwagi.
— Cóż, nie ma wstępu do zamku. Od czasu pierwszego zadania Dumbledore zakazał jej wchodzić na teren szkoły. Mogę poszukać jej nazwiska na mapie. Sprawdzę, czy nie kręci się po zamku pod peleryną — niewidką albo jakimś zaklęciem niewidzialności. Ale możliwe jest też, że ma kogoś, kto dla niej szpieguje.
— Sądzisz, że może używać obrazów lub duchów?
Harry potrząsnął głową.
— Obrazy by jej nie pomogły, są lojalne dyrektorowi. Duchy też, za wyjątkiem Irytka, ale zauważyłbym go, gdyby kręcił gdziekolwiek w pobliżu, kiedy rozmawiałem z Fleur.
— A podczas rozmowy, którą najwyraźniej podsłuchała Wiktor i ja nie byliśmy nawet w szkole.
— Gdzie byliście?
Hermiona zarumieniła się.
— Nad jeziorem. Siedzieliśmy pod wierzbą.
— Ach — Harry pokiwał ze zrozumieniem głową. To było najbardziej znane miejsce, do którego uczniowie chodzili się obściskiwać. — Cóż, mapa nie pokaże mi błoni, tylko wnętrze zamku, ale będę miał oczy otwarte.
— W porządku. Ja tak samo — zawahała się przez chwilę, po czym spojrzała przyjacielowi w oczy. — Dziękuję, Harry.
— Nie wspominaj o tym.
—
W niedzielne popołudnie Harry obudził się po przyjęciu ostatniej dawki eliksiru przyspieszającego. Stanął przed ogromnym, wiszącym na ścianie lustrem, podziwiając rezultaty swojej pracy i bólu, który musiał znosić.
W porównaniu do tego, jak wyglądał na początku roku szkolnego, był teraz o jakieś siedem cali wyższy. Jego ramiona były szersze i nieco bardziej umięśnione, tak samo jak przedramiona, które były solidniejsze i nie wystawały już z nich kości. Jego nogi również były o wiele mniej chuderlawe, niż kiedyś.
Jego klatka piersiowa, biodra i kręgosłup nie wystawały już spod skóry i zupełnie nie były widoczne. Zdecydowanie podobało mu się to, co widział.
Uśmiechnął się łobuzersko w stronę lustra, obracając się we wszystkie strony i wpatrując w swoje odbicie.
— Cóż, sam bym na siebie poleciał — zażartował, parskając śmiechem w stronę swojego odbicia. Wyglądał na starszego niż czternaście lat. Mógłby teraz spokojnie uchodzić za szesnastolatka.
Zachodzące w nim zmiany następowały stopniowo na przestrzeni ostatnich dwóch miesięcy i był raczej pewny, że nikt w szkole nie zwrócił na nie uwagi. Miał jednak świadomość, że osoby, które nie widują go codziennie, natychmiast zauważą tę drastyczną metamorfozę.
Cóż, nie obchodziło go to. Zawsze mógł się wytłumaczyć, że zmiany te nastąpiły naturalnie w długim czasie.
W końcu westchnął z zadowoleniem, zakładając koszulkę, a na nią szatę. W ramach nagrody zamierzał udać się na zasłużoną drzemkę prosto do Wieży Gryffindoru.
—
Uniósł różdżkę, celując w sam środek manekina, którego wyczarował. Z każdym dniem skupianie magii przychodziło mu coraz prościej, nawet w tym absurdalnie żałosnym ciele. Jego magia wciąż rosła i był coraz bardziej zniecierpliwiony oraz podekscytowany perspektywą ostatecznego odzyskania ciała.
Przywołał swoją magię, która natychmiast odpowiedziała na jego wezwanie. Wciąż było czuć, że z powodu jego aktualnego, żałosnego ciała robi to niechętnie, ale był potężny. Magia to wyczuwała i słuchała jego woli.
Wypowiedział w myślach zaklęcie, a jasny, pomarańczowy promień wystrzelił z jego różdżki i eksplodował, gdy dotarł do manekina.
Z jego ust wydobył się złowieszczy, ale zadowolony śmiech. Brakowało mu tego uczucia. Prawie tak bardzo, jak książek.
Rzucił kolejną klątwę, a potem kolejną. Magia otaczała go, wibrowała wokół niego, kiedy bez żadnego wysiłku podporządkowywał ją swojej woli.
Jego wytrzymałość wciąż pozostawiała wiele do życzenia, a ciało męczyło się znacznie szybciej, niż jego umysł, ale to i tak był pewien postęp.
Zawołał swoje lewitujące krzesło, wskoczył na nie i westchnął z zadowoleniem, w końcu pozwalając odpocząć swojemu ciału. Skierował krzesło w stronę gabinetu, ale zamiast usiąść przy biurku, podleciał do ogromnego okna i jednym machnięciem różdżki rozsunął ciężkie zasłony, wpuszczając do środka oślepiające promienie słoneczne. Poczuł przyjemne ciepło, kiedy zetknęły się z jego skórą. Przez większość czasu w jego posiadłości panował duży chłód.
Za oknem znajdował się wielki dziedziniec z niezadbanym, przerośniętym ogrodem. W tle mógł zobaczyć całe Little Hangleton, gdyż był teraz na drugim piętrze, a posiadłość znajdowała się na wzgórzu.
Syczący dźwięk za jego plecami sprawił, że na jego pozbawionej ust twarzy pojawił się uśmiech. Nagini wślizgnęła się do pokoju, owijając się wokół krzesła w taki sposób, by mógł wciągnąć drobną, kościstą dłoń i jej dotknąć. Zamruczał z zadowoleniem, czując pod palcami jej gładkie łuski. Zasyczała z przyjemności, szczęśliwa, że znajduje się o boku swojego pana. Powiedziała mu o tym, a także poinformowała, że jest głodna i chciałaby, aby pozwolił jej odwiedzić miejscowy park, żeby mogła zjeść jedno z bawiących się tam dzieci.
Zachichotał, odpowiadając, że musi ograniczyć swoją dietę do zwierząt żyjących w lesie. Nagini nadąsała się, ale nie drążyła tematu.
Ach, Kochana, wiem, że jesteś znudzona i sfrustrowana. Ja również. Ale niedługo będziemy mogli opuścić to miejsce, a ja będę mógł wreszcie kontynuować swoją pracę § — wysyczał do niej, czule głaszcząc ją po głowie palcem.
—
Pozostały trzy tygodnie do drugiego zadania i Harry biegł właśnie przez drugie piętro w dół wielkimi schodami, kierując się w stronę sali wejściowej. Na twarzy malował mu się triumfalny uśmiech.
Udało mu się.
W końcu udało mu się całkowicie zakończyć transformację. Zamieniał się w wielkiego, wodnego węża i był w stanie zrobić to z łatwością. Cała przemiana zajmowała mu mniej niż minutę i uważał, że wreszcie jest gotowy, by spróbować przemienić się pod wodą.
Miał trzy tygodnie na to, by poćwiczyć pływanie w cholernie zimnym jeziorze oraz używanie zaklęcia ocieplającego i bąblogłowy. Był całkowicie pewny, że ma wystarczająco dużo czasu, ale mimo tego nie mógł doczekać się początku ćwiczeń.
Opuścił zamek, biegnąc przez błonia w stronę jeziora. Zatrzymał się widząc Hagrida wychodzącego z Zakazanego Lasu, prowadzącego za sobą młode, złote źrebię jednorożca. Harry uśmiechnął się z ulgą na myśl, że na Opiece nad Magicznymi Stworzeniami wreszcie zaczną uczyć się o stworzeniach, które nie będą chciały ich bez przerwy pożreć. Nie wiedział, jak długo będzie jeszcze w stanie znieść sklątki tylnowybuchowe.
Hagrid odwzajemnił jego uśmiech i pomachał wesoło. Harry zachichotał, wciąż zmierzając w kierunku jeziora. Obszedł je dookoła, docierając do miejsca, w którym brzeg był najbardziej oddalony od zamku i pełen drzew, które z łatwością ukryją go przed każdym, kto mógłby go obserwować.
Skupił się, sprawdzając, czy w pobliżu nie ma żadnej innej aury, na przykład tej dziwki Skeeter, która włóczy się tu gdzieś pod peleryną — niewidką, czy czegoś w tym rodzaju, ale niczego nie wyczuł.
Rozebrał się do bokserek, co było dość przerażającym przeżyciem, ponieważ był pieprzony luty i było cholernie ZIMNO! Szybko rzucił na siebie zaklęcie ogrzewające i westchnął z ulgi, kiedy magiczna bariera przyjemnym ciepłem otoczyła całe jego ciało. Następnie przyłożył różdżkę do swojej twarzy, z dokładnością rzucając zaklęcie bąblogłowy na swoje usta i nos.
Odetchnął kilkakrotnie, by upewnić się, że zaklęcie działa poprawnie. Kiedy miał pewność, że wszystko jest w porządku, wyprostował się i wskoczył do wody.
Z zaklęciem ocieplającym czy bez, wciąż było cholernie zimno. Ale przynajmniej po prostu zimno, a nie lodowato, co z pewnością bez zaklęcia zamroziłoby go i niemal przyprawiło go o ból.
Pozwolił swojemu ciału opaść niemal na samo dno jeziora i zaczął skupiać się na transformacji.
Trzymał nogi razem i poczuł, że magicznie łączą się ze sobą. Jego ręce zamrowiły nieprzyjemnie, kurcząc się, aż w końcu zupełnie przestał je wyczuwać. Jego czaszka również się skurczyła i zmieniła kształt na bardziej podłużny, podobnie jak linia szczęki i poczuł, że wyrastają mu zaostrzone kły. Chwilę później był już wielkim wężem, podłużnym, z gładkim ciałem. Wciągnął powietrze, testując zaklęcie i mógł stwierdzić, że nadal działa ono poprawnie. Jego płuca wypełnione były wystarczającą ilością tlenu, by wystarczył on na jakieś dwadzieścia minut, co nie zmieniało jednak faktu, iż wciąż zamierzał oszczędzać powietrze, ponieważ przy małej twarzy węża bańka z tlenem również zmniejszyła się, a podczas zadania będzie musiał spędzić pod wodą aż godzinę.
Otworzył oczy, wciąż zamykając jednak dodatkową, chroniącą gałki oczne parę powiek. Widział pod wodą bardzo dobrze i gdyby tylko było to możliwe w tej formie, uśmiechnąłby się z zadowoleniem.
Poruszył swoim potężnym ciałem kilkakrotnie na próbę i zaczął ćwiczyć pływanie.
Po części wychodziło mu to instynktownie, ale wciąż było parę rzeczy, których musiał się nauczyć, a nie było na to lepszego sposobu niż ćwiczenia.
—
Godzinę czy dwie każdego dnia, które Harry wcześniej poświęcał na doskonalenie transformacji, teraz spędzał w jeziorze ćwicząc pływanie. Po kilku dniach zaczął też wypróbowywać rzucanie zaklęcia lokalizującego w przypadku, w którym był pod wodą w formie węża.
Ponieważ nie mógł sam schować rzeczy w jeziorze, pozostało mu wyszukiwanie za pomocą zaklęcia różnych stworzeń, które tam żyły.
Przez większość czasu po prostu skupiał się na znalezieniu Wielkiej Kałamarnicy, ale czasem szukał też wioski trytonów lub większych zbiorowisk druzgotków.
Żadne z tych stworzeń nigdy nie okazało mu choćby najmniejszej podejrzliwości, chociaż niektóre zachowywały wobec niego wyraźną ostrożność. Na tyle, na ile mogły one stwierdzić, był po prostu wielkim wodnym wężem.
Podczas gdy Harry sądził, że obecność w szkockim jeziorze gigantycznego węża jest raczej czymś nietypowym w środku zimy, to żadne z żyjących w nim stworzeń nie wydawało się podzielać jego zdania. Im więcej czasu spędzał na dnie jeziora, tym bardziej zdawał sobie sprawę, że jest ono wypełnione ogromną gamą najbardziej dziwacznych, zróżnicowanych i niespodziewanych istot.
Jego wycieczki na dno jeziora zdecydowanie przynosiły efekty i teraz był już w stanie bez żadnych utrudnień przepłynąć przez wiele nieprzyjemnych przeszkód. Nie był pewien, czy będzie to równie proste podczas zadania, ale przynajmniej miał poczucie, że dobrze radzi sobie w podwodnym środowisku.
Po tygodniu ćwiczeń zredukował swój czas treningu do jednej godziny trzy razy w tygodniu, chcąc utrzymać formę.
Prawie w ogóle nie odrabiał ostatnio prac domowych, poświęcając tyle czasu przygotowaniom do zadania i swoim prywatnym studiom nad czarną magią. Miał mnóstwo do nadrobienia i zamierzał poświęcić cały swój nowy, wolny czas na zwykłe zajęcia szkolne.
—
— Chciałbym dzisiaj spróbować czegoś nieco innego — oświadczył Moody, stając przed biurkiem i opierając się o jego róg, pozwalając odpocząć swojej sztucznej nodze. Rozejrzał się po twarzach studentów czwartego roku i uśmiechnął nieprzyjemnie. — Kto może mi powiedzieć, jaka jest główna różnica między doświadczonym mrocznym czarodziejem, a niedoświadczonym?
W sali słychać było ciche pomruki, a uczniowie niepewnie wymienili spojrzenia. Na początku nikt się nie zgłosił. W końcu Seamus z wahaniem podniósł rękę.
— Panie Finnigan? — Moody wskazał na chłopca podbródkiem.
— Ee... niedoświadczony czarodziej nie zna tylu zaklęć, co doświadczony?
— Cóż, to prawda, ale to nie najważniejsza różnica. Ktoś jeszcze?
— Niedoświadczony czarodziej będzie popełniał więcej błędów podczas bitwy? — zapytała Hermiona.
— Znowu prawda, ale to stwierdzenie będzie prawdziwe odnośnie każdego doświadczonego czarodzieja postawionego przeciw niedoświadczonemu. Chodzi mi konkretnie o mrocznych czarodziejów. Ktokolwiek?
Harry niepewnie uniósł dłoń.
— Panie Potter?
— Niedoświadczony mroczny czarodziej nie jest w stanie jeszcze kontrolować swojej magii. To magia będzie kontrolowała jego.
Moody uśmiechnął się, wyraźnie będąc pod wrażeniem.
— Dokładnie, panie Potter! — Mężczyzna odepchnął się od biurka i zaczął przechadzać się po klasie. — Ale czy daje mu to przewagę, czy wręcz przeciwnie?
— To zależy od tego, jak potężny jest dany czarodziej — odparł Harry.
— Och? — zapytał Moody, wpatrując się w ucznia z ciekawością i zaintrygowaniem.
— Cóż... jeśli czarodziej ma naprawdę mnóstwo magicznej mocy, z której może korzystać, kiedy zacznie używać klątw zatraci się w czarnej magii, prawdopodobnie oszaleje i zacznie niszczyć wszystko, co tylko się da. Taki czarodziej może być łatwiejszy do pokonania, bo nie myśli defensywnie i nie używa żadnej strategii, chociaż najpierw trzeba w jakiś sposób uniknąć albo odbić jego zaklęcia, a możemy nie mieć ku temu okazji. Doświadczony mroczny czarodziej, który ma kontrolę nad swoją magią, nie będzie jej marnował w taki sposób. Ale jednocześnie będzie myślał wystarczająco jasno, by działać według strategii i odeprzeć nasz atak. Więc... to zależy.
Pod koniec jego wypowiedzi Moody już uśmiechał się szeroko.
— Dokładnie, panie Potter! Dwadzieścia punktów dla Gryffindoru!
— Gdzie się tego nauczyłeś, Harry? Niczego z tego, co mówiłeś, nie było w naszym podręczniku — zapytała Hermiona sfrustrowanym tonem, kiedy zmierzali korytarzem w stronę głównych schodów.
— Ee... to było chyba w jednej z tych książek, które zamówiłem przez sowę, tak sądzę — odparł lekceważąco Harry.
— Naprawdę? Mogę ją pożyczyć? — zapytała Hermiona, wyglądając na podekscytowaną.
— Ee... poszukam, gdzie to było, bo nie pamiętam dokładnie — powiedział Harry mając nadzieję, że uda mu się to odkładać tak długo, dopóki dziewczyna o tym nie zapomni.
— Byłoby świetnie, Harry. Dzisiejszy wykład profesora Moody'ego był naprawdę fascynujący! Nigdy jeszcze nie słyszałam, żeby ktoś wyjaśniał psychologię działania mrocznych czarodziejów, albo to, jak magia oddziałuje na ich ciała pod względem biologicznym! — zawołała Hermiona.
— Tak, ale o co chodziło z tymi bzdurami o endelfinach, czy czymś w tym stylu? — zapytał Ron. — Kompletnie nic z tego nie zrozumiałem!
Zarówno Harry, jak i Hermiona spojrzeli na niego z niedowierzaniem.
— Nazywają się endorfiny, Ron, nie delfiny — oznajmiła Hermiona z irytacją.
— Cóż, tak czy siak nie wiem, co to jest — sarknął Weasley.
Hermiona odwróciła się do Harry'ego, najwyraźniej zamierzając udawać, że rudzielec nie powiedział czegoś kompletnie idiotycznego... znowu.
— Tak czy inaczej uważam, że to była niesamowicie fascynująca lekcja. Nigdy wcześniej nie wiedziałam, że czarna magia oddziałuje na system nerwowy, ale to naprawdę przydatna wiedza. Fakt, że dynorfiny i enkefaliny w rdzeniu kręgowym i obwodowym systemie nerwowym spowalniają i ostudzają ból spowodowany czarną magią... to niesamowite!
— Tak? Niesamowite? A co do cholery to wszystko znaczy? — wtrącił Ron.
— To znaczy, że używanie mnóstwa czarnej magii stwarza naturalny system odporności na ból. A toznaczy, że kiedy mroczny czarodziej zostanie uderzony jakąś paskudną klątwą, po chwili nie będzie już niczego czuł. Będzie w stanie dalej walczyć.
— Och... to... kiepsko — podsumował Ron wyglądając, jakby myślenie o tym sprawiało mu ból.
— Ale to, co według mnie jest najbardziej fascynujące to fakt, że ciągłe używanie czarnej magii powoduje przypływ endorfin w podwzgórzu mózgowym! Nic dziwnego, że tak wielu mrocznych czarodziejów ma sadystyczne zapędy. Oni dosłownie czują przyjemność, kiedy rzucają paskudne klątwy na ludzi. Magia sprawia, że czują wtedy prawdziwą euforię. To trochę chore, ale jednocześnie fascynujące.
Harry walczył, by powstrzymać parsknięcie, które w końcu udało mu się zamienić w grymas na twarzy.
— Ale co znaczą te delfiny na wzgórzu? — dopytał się Ron, teraz już naprawdę sfrustrowany.
— Ron, proszę, nawet... nawet nie próbuj tego wymawiać — ostrzegła Hermiona, kręcąc głową i przykładając sobie palce wskazujące do skroni.
— Cóż, ty wiesz, co to znaczy!
Hermiona prychnęła.
— Stymulują pewne obszary mózgu powodujące, że dana osoba odczuwa silną przyjemność i euforię.
— Och... i nie mogłaś powiedzieć mi tego od razu?
— Powiedziałam!
— Nie, mówiłaś, że...
Harry odwrócił się, nie słuchając dalej. Już wcześniej to wszystko wiedział. Od miesięcy czytał wszystko, co tylko znalazł na temat czarnej magii. To i tak nie miało znaczenia. Wymamrotał coś pod nosem, zirytowany, i podążył w stronę Wielkiej Sali. Może trochę jedzenia odwróci jego uwagę.
