ROZDZIAŁ 9
Tłumaczyła Midnightesse [u/4071010]. Betowała Panna Mi [u/2693969].
Do drugiego zadania pozostały trzy dni i Harry właściwie czuł podekscytowanie, co uważał za raczej dziwne. Nie mógł być już bardziej do niego przygotowany i szczerze mówiąc chciał mieć to już z głowy. Zastanawiał się również na czym będzie polegało trzecie zadanie i czy będzie wymagało tak wielu przygotowań, jak drugie.
Siedział właśnie na Transmutacji pisząc esej, który technicznie rzecz biorąc był pracą domową i powinien zająć się nim dopiero po zajęciach. Jednak reszta klasy ćwiczyła właśnie zaklęcie, które on z łatwością rzucił już za pierwszym podejściem. Nie widział raczej sensu w siedzeniu i transmutowaniu filiżanek do herbaty w poduszki lub robieniu podczas całej lekcji innych podobnych bzdur, skoro ćwiczenia nie były mu do niczego potrzebne, wykorzystywał więc ten czas, żeby odrabiać zaległe prace domowe.
Na początku McGonagall nie była zachwycona jego działaniami, ale teraz, po dwóch miesiącach, nie robiła już z tego powodu problemów. W każdym momencie był w stanie udowodnić, że potrafi rzucić zaklęcie, jeśli tylko poprosiłaby go o demonstrację, poza tym przynajmniej poświęcał ten czas na coś wartościowego, jak praca domowa. Nie mogła mieć do niego o to pretensji.
Harry skrobał po pergaminie w momencie, w którym poczuł obok siebie obecność McGonagall. Odłożył pióro spodziewając się, że zamierza poprosić go, by zademonstrował transmutację, a następnie sięgnął po swoją różdżkę i niewerbalnie przemienił siedzącą na jego biurku perliczkę w świnkę morską. Kiedy tylko skończył odłożył różdżkę, ponownie wziął do ręki pióro i bez słowa wrócił do pisania swojego eseju.
— Bardzo dobrze, panie Potter, ale właściwie zamierzałam poprosić, by został pan po zajęciach. Jest pewna ważna sprawa, którą muszę z panem przedyskutować — oświadczyła McGonagall.
Harry spojrzał na nią i zamrugał zmieszany. Po chwili niepewnie skinął głową. Kobieta odeszła, sprawdzając postępy uczniów i poprawiając popełniane przez nich błędy.
— Jak myślisz, czego może chcieć? — wyszeptała Hermiona, pochylając się w stronę Harry'ego. Potter wzruszył ramionami.
— Nie mam pojęcia.
Dwadzieścia minut później zajęcia dobiegły końca i uczniowie skierowali się do wyjścia. Harry był w trakcie pakowania swoich rzeczy, kiedy on i McGonagall pozostali sami w pomieszczeniu.
— Zapraszam do mojego gabinetu, panie Potter — powiedziała nauczycielka odwracając się i kierując w stronę drzwi. Harry zmarszczył brwi, ale szybko za nią podążył.
— Czy zrobiłem coś nie tak, pani profesor? — zapytał ostrożnie. Spojrzała na niego zdezorientowana, a po chwili jej twarz złagodniała.
— Och, nie. Absolutnie. Ale jest coś, co musimy omówić i znaleźć jakieś rozwiązanie.
Harry poczuł chwilową ulgę, po czym zaczął zastanawiać się, czego do cholery muszą „znaleźć rozwiązanie".
Weszli do gabinetu McGonagall i nauczycielka usiadła za biurkiem, wskazując Harry'emu stojące naprzeciw niej krzesło.
— Powiedz mi dokładnie, co udało ci się dowiedzieć odnośnie drugiego zadania — poprosiła, kładąc dłonie na biurku. Harry zamrugał.
— Och, cóż. Zadanie odbędzie się w Czarnym Jeziorze. Coś zostanie mi zabrane i będę miał godzinę na to, żeby to znaleźć.
— Zgadza się. W normalnym wypadku nie zdradzalibyśmy ci tego szczegółu, ale mamy mały problem i nie sądzę, żebyśmy mieli inne wyjście. To coś, co zostanie ci zabrane, będzie osobą. Kimś, kto jest dla ciebie bardzo bliski i ważny. Wczoraj wieczorem odbyła się ceremonia, podczas której czara ujawniła, kto zostanie odebrany każdemu z reprezentantów.
— Och? — odparł Harry, próbując ukryć przed nią swoje emocje, mieszankę podekscytowania, ciekawości, zmieszania i zaniepokojenia tym, dlaczego kobieta mówi mu o tym, skoro Bagman wyraźnie stwierdził, że tożsamość tych osób pozostanie tajemnicą aż do czasu zadania.
— Tak. I na tym właśnie polega nasz problem.
— To znaczy na czym?
— Pergamin, który wyrzuciła czara z imieniem twojej osoby był pusty.
Harry zamrugał.
— O... kej. Więc co to znaczy?
— Podejrzewamy, że prawdopodobnie zaklęcie Confundus, które użyte zostało w celu oszukania czary do tego, by przyjęła cię jako jednego z reprezentantów nie wystarczyło, żeby wybrała ona również osobę, którą masz uratować.
Albo może po prostu w tej głupiej szkole nie ma nikogo, kto obchodziłby mnie na tyle, bym skoczył za nim do jeziora. I czara o tym wie — pomyślał sarkastycznie Harry.
— Tak czy inaczej, w tej sytuacji sami musimy po prostu kogoś wybrać.
Harry wzruszył ramionami.
— W porządku. Jest mi to obojętne. Po prostu wybierzcie kogokolwiek.
— Panna Granger nie wchodzi w grę, ponieważ została już wybrana dla pana Kruma. W alternatywie myśleliśmy o panu Weasleyu — oświadczyła nauczycielka z lekką dozą niepewności. Harry zamyślił się na chwilę, po czym pokręcił głową.
— Nie możecie go użyć. Jeśli Hermiona jest osobą wybraną dla Kruma, to wszyscy będąc sądzić, że Ron jest moją dlatego, że mi się podoba, czy coś w tym stylu.
— To nas właśnie martwiło — potwierdziła McGonagall.
— Nie mam żadnych wątpliwości, że to skończyłoby na pierwszej stronie Proroka. Skeeter wymyśliłaby jakąś absurdalną historię miłosną. Wszyscy kpiliby bezlitośnie z Rona, a on prawdopodobnie zacząłby się dziwnie zachowywać zastanawiając się, czy naprawdę mnie kręci lub coś w tym rodzaju.
— Dokładnie — McGonagall pokiwała głową. — Kogo więc proponujesz?
— Zamierzacie pozwolić mi wybrać? — zapytał zaskoczony.
— Możesz kogoś zasugerować.
Przez chwilę Harry zastanawiał się, czy nie zaproponować Malfoya, ponieważ byłoby to niesamowicie komiczne. Wizja Draco pojawiającego się w rubryce plotkarskiej Proroka Codziennego sprawiła, że na jego twarzy pojawił się diabelski uśmieszek. Szydzony i prześladowany Malfoy byłby wart wszystkich dziwnych spojrzeń, jakie Harry z powodu tej sytuacji otrzymałby od swoich kolegów z Gryffindoru.
Ale wiedział, że McGonagall natychmiast przejrzałaby jego plan i nigdy na to nie pozwoliła.
Zaczął więc zastanawiać się nad kimś innym.
To nie mógł być facet. Każdy osobnik płci męskiej wyciągnięty przez Harry'ego z jeziora od razu wywołałby plotki. Koniec historii. Więc musiała to być dziewczyna, tyle, że Hermiona była już zajęta.
Harry uniósł brwi, uśmiechając się szeroko.
— Ginny.
— Panna Weasley?
Potter przytaknął.
— Tak. Ginny.
— W porządku, panie Potter. Dziękuję za poświęcenie swojego czasu. Możesz już iść.
—
Następnego ranka zaraz po śniadaniu pojawiła się przy nim znajoma, mała sowa. Przybycie poczty w jakimkolwiek innym momencie niż śniadanie nie było do końca normalne, ale kiedy Harry rozpoznał tą konkretną sowę, nie był już ani trochę zaskoczony.
— Czy to nie sowa Syr... ee, Wąchacza? — sapnął Ron widząc, jak Harry odwiązuje list od jej nóżki.
— Tak — przytaknął Potter. Zastanawiał się, czy odpowiedź Syriusza dotyczyła którejkolwiek z jego obserwacji odnośnie Snape'a, Karkarowa lub mrocznego znaku i nagle zdał sobie sprawę, że właściwie nigdy nie powiedział o tym Ronowi i Hermionie. Jego przyjaciele prawdopodobnie oczekują, że przeczyta im ten list na głos, a jeśli Syriusz wspomniałcoś na ten temat, będą mieli pretensje, że Harry nic im o tym nie powiedział.
Jednakże wszystkie jego obawy rozwiały się, kiedy otworzył kopertę i odnalazł w niej jedynie małą karteczkę z pojedynczą linijką tekstu.
„Wyślij mi datę następnego wyjścia do Hogsmeade".
Harry zamrugał, marszcząc brwi. Hermiona, która przeczytała list zaglądając mu przez ramię, wydała z siebie zaciekawiony odgłos.
— Jak myślisz, o co chodzi? — zapytał Ron ze zdziwieniem.
— Nie mam pojęcia — odparła pogrążona w myślach Hermiona.
— Według mnie brzmi to tak, jakby zamierzał złożyć nam wizytę — stwierdził Harry głosem pełnym wątpliwości, trzymając list w dłoniach. Hermiona sapnęła.
— Nie zrobiłby tego! To zbyt niebezpieczne!
Potter westchnął, potrząsając głową.
— Podejrzewam, że zrobiłby, jeśli tylko uważałby to za wystarczająco ważne. Tak czy inaczej myślę, że powinienem odpisać — oświadczył, zerkając na sowę Syriusza, która wciąż dość niecierpliwie czekała na odpowiedź.
— Następne wyjście do Hogsmeade jest w przyszły weekend — podpowiedziała szybko Hermiona, kiedy Harry zaczął szukać w swojej torbie pergaminu i pióra.
— Dzięki — rzucił, skrobiąc szybką odpowiedź i przywiązując ją do nóżki sowy.
—
Nadszedł poranek dnia drugiego zadania. Miało rozpocząć się ono o dziewiątej trzydzieści, a zajęcia z całego dnia zostały z tego powodu odwołane. Godzinę przed zadaniem Harry i Ron zeszli wspólnie na śniadanie. Rudzielec rozglądał się po sali z zaciekawieniem, aż w końcu odwrócił się w stronę Pottera.
— Hej, Harry?
— Tak, Ron? — zapytał brunet nie podnosząc wzroku znad książki, którą aktualnie czytał podczas wszystkich swoich posiłków.
— Gdzie jest Hermiona? I Ginny?
Harry zerknął beznamiętnie na Weasleya, wzruszając ramionami.
— Nie wiem — odparł, szybko wracając do książki.
— Czy to ma jakiś związek z zadaniem? — zapytał Ron po chwili ciszy.
— Hm?
— Książka. Przygotowujesz się z niej w ostatniej chwili?
— Nie. Po prostu czytam — mruknął rozkojarzony.
— Żartujesz?! — zawołał rudzielec.
Harry uniósł niechętnie wzrok, unosząc pytająco brew.
— Jak możesz tak po prostu czytać sobie książkę, kiedy za czterdzieści minut będziesz musiał przepłynąć jezioro?! Poza tym jesz! Przed meczami Quidditcha nigdy nic nie jadłeś! Zawsze mówiłeś, że jesteś zbyt zdenerwowany, żeby coś zjeść. A teraz tak po prostu sobie siedzisz, czytając cholerną książkę, jakby to był kolejny, zwyczajny dzień!
Podczas całej tej tyrady Harry wpatrywał się w kolegę obojętnie, może jedynie z odrobiną irytacji.
— Skończyłeś?
Ron skrzywił się.
— Poradzę sobie z zadaniem. Nie jestem zestresowany, ponieważ czuję się cholernie przygotowany. Miałem na to miesiące i myślę, że mam całkiem niezłą strategię. Właściwie to jestem bardziej zniecierpliwiony niż zestresowany. Chciałbym już mieć to z głowy. Czytanie mnie dekoncentruje i pozwala mi zapomnieć o tym, jak bardzo wkurza mnie fakt, że w ogóle muszę wskakiwać do tego cholernego jeziora.
Ron burknął coś pod nosem i nieco zawstydzony odwrócił wzrok.
Skończyli śniadanie i Harry pobiegł do Wieży Gryffindoru, by się przebrać. Transfigurował sobie parę kąpielówek, które założył pod szatę.
Była dziewiąta piętnaście, kiedy opuścił zamek i zaczął przemierzać błonia w stronę jeziora.
Trybuny, które podczas pierwszego zadania umiejscowione były wokół podestu ze smokami, teraz znajdowały się wzdłuż jednego z brzegów Czarnego Jeziora. Były wypełnione ludźmi.
Harry zastanawiał się, jakiego rodzaju show oczekuje ta publiczność, skoro wszyscy czterej reprezentanci będą przez godzinę znajdować się pod wodą.
Po raz kolejny zaczął martwić się o istnienie jakiegoś rodzaju zaklęcia monitorującego, które będzie pozwalało publiczności widzieć, co dzieje się pod powierzchnią jeziora, ale Bagman wyglądał na pewnego, kiedy oznajmiał mu, że nie będzie takiej możliwości i Harry mógł mieć tylko nadzieję, że mężczyzna miał rację.
Potter dołączył do trzech pozostałych reprezentantów, którzy zgromadzili się blisko stołu sędziowskiego, przy którym zasiadało trzech dyrektorów i zastępujący pana Croucha asystent, Percy Weasley. Harry zmarszczył brwi. Szybko rozejrzał się wokół siebie w poszukiwaniu „Moody'ego", ale również i jego nigdzie nie był w stanie dostrzec.
Dopiero teraz przypomniał sobie, że widział obu — Moody'ego i Croucha — razem podczas pierwszego zadania. Może więc Crouch dopiero później zaczął udawać, że jest Moodym?
Harry westchnął, potrząsając głową. Nie lubił nie wiedzieć, co się dzieje.
Ludo Bagman podszedł do nich, wyglądając na podekscytowanego.
— Wszyscy gotowi? — zapytał, szczerząc zęby.
Harry po raz pierwszy spojrzał na pozostałych reprezentantów. Fleur wyglądała na zdenerwowaną i kiedy ich oczy się spotkały, posłał jej uspokajający uśmiech. Natychmiast go odwzajemniła i wyglądało na to, że opuściła ją chociaż odrobina napięcia.
Cedrik wyglądał na zdeterminowanego, ale jego ręce trzęsły się lekko, tak więc chłopiec zacisnął je w pięści. Krum wpatrywał się w jezioro w sposób, który sugerował, że było jego wrogiem, któremu musi stawić czoła. Harry podejrzewał, że to ostatnie było prawdą. Z całą pewnością było wypełnione wrogami.
— W porządku, stańcie wszyscy na linii — polecił, prowadząc ich w stronę brzegu. Ustawił ich w odległości dziesięciu stóp od siebie i kazał zacząć się przygotowywać. Fleur ściągnęła szatę, ukazując jednoczęściowy kostium kąpielowy, co wywołało od strony widowni kilka nieprzyjemnych krzyków i gwizdów. Fleur odwróciła się, spoglądając ze złością w stronę, z której dochodziły odgłosy.
Krum stał już w wyznaczonym miejscu, ubrany jedynie w spodenki kąpielowe, wyglądając, jakby temperatura zupełnie mu nie przeszkadzała. Harry zastanowił się, czy chłopak zdążył rzucić już na siebie zaklęcie ogrzewające. Cedrik zdjął szatę wierzchnią, odsłaniając kąpielówki i podkoszulek bez rękawów. Wzdrygnął się wyraźnie i próbując się ogrzać objął ciało ramionami.
Harry westchnął, również ściągając szatę. Natychmiast uderzyło w niego zimno, ale był do tego już dość przyzwyczajony. Tego dnia było nieco cieplej niż przez ostatni tydzień, alemimo wszystkobyła dopiero dziewiąta dwadzieścia pięć, a on zwykł ćwiczyć pływanie po południu, kiedy temperatura była nieco wyższa.
Fleur ponownie spojrzała w jego kierunku, uśmiechając się delikatnie, ale po chwili jej oczy rozszerzyły się. Harry obserwował, jak jej wzrok śledzi jego sylwetkę z zaskakującą aprobatą. Potter miał ochotę się roześmiać, ale w zamian uniósł tylko pojedynczą brew, jednocześnie wyzywająco, jak i pytająco. Kiedy dziewczyna zdała sobie sprawę, że została przyłapana na gapieniu się, mocno się zarumieniła.
Tym razem Harry naprawdę się roześmiał, a pół — wila przewróciła oczami, chociaż uśmiech nie znikał z jej twarzy. Przynajmniej udało mu się w jakiś sposób sprawić, że przestała się denerwować.
Bagman powrócił na swoje miejsce przy stole sędziowskim, przykładając różdżkę do swojej szyi tak samo, jak podczas Mistrzostw Świata w Quidditchu, mamrocząc „Sonorus", dzięki czemu jego głos rozbrzmiał na całych błoniach.
— Wszyscy nasi reprezentanci są gotowi do stawienia czoła drugiemu zadaniu, które rozpocznie się na mój gwizdek. Mają dokładnie godzinę na to, by odzyskać to, co zostało im zabrane. Na trzy — raz... dwa...trzy!
Ostry dźwięk gwizdka zabrzmiał w uszach wszystkich, a całe trybuny wybuchły radością i aplauzem.
Harry natychmiast wyciągnął swoją różdżkę, jako pierwsze rzucając na siebie zaklęcie ocieplające. Poczuł natychmiastową ulgę, gdy zaczęło ono działać, a ogarniające go dreszcze zelżały. Następnie rzucił małe zaklęcie bąblogłowy na swoje usta i nos, po czym odłożył różdżkę na swoją złożoną szatę. I tak jej nie potrzebował, a po transformacji nie miałby nawet jak jej trzymać.
Porzucenie własnej różdżki najwyraźniej wywołało jednak niedowierzanie u większości obserwujących go osób, ponieważ usłyszał zbiorowe mamrotanie dobiegające od strony trybun.
Zignorował publiczność, wchodząc do wody. W przeciwieństwie do stromego brzegu, z którego wskakiwał, by poćwiczyć, w tym miejscu jezioro pogłębiało się stopniowo. Oznaczało to, że musi poczekać dłużej — a dokładniej do momentu, w którym będzie cały zanurzony w wodzie — aby przejść do transformacji.
Szedł najszybciej, jak mógł, aż w końcu zanurzony był aż po klatkę piersiową. Wreszcie zanurkował i zaczął płynąć. Kiedy był już daleko od brzegu, skierował się w dół, w stronę błotnistego mułu, aż w końcu poczuł się na tyle bezpiecznie, by rozpocząć transformację. Wykonywał ją już tak wiele razy, że wydawała mu się niemal naturalna i zajmowała jedynie parę sekund.
Jako wąż wodny miał ogon, który na samym czubku nieco przypominał płetwę, a jego ciało było nieco spłaszczone, chociaż nie za bardzo. To dawało mu wygląd nieco podobny do węgorza, oprócz tego, że był o wiele grubszy i miał jakieś dziewięć stóp długości.
Jego ciało było czarne z białymi prążkami, a głowa niemal cała czarna, za wyjątkiem małego, białego fragmentu z przodu.
Srebrno — białe pręgi nie dawały mu może najlepszego kamuflażu wśród mrocznej zieleni głębi jeziora, ale trzy tygodnie ćwiczeń upewniły go w tym, że większość istot będzie go unikać choćby ze względu na sam fakt, że był gigantycznym, liczącym sobie dziewięć stóp wężem.
Gdy tylko transformacja zakończyła się, Harry rzucił się do przodu, chcąc jak najszybciej odpłynąć jak najdalej od brzegu. Chwilę później skupił swoją wężomagię, rzucając zaklęcie lokalizujące. Uśmiechnął się mentalnie, wdzięczny za to, że dokładnie wie, kogo powinien szukać.
Rozkazał wielkiemu, wyczarowanemu przez siebie czarnemu wężowi odnaleźć Ginny i szybko podążył za nim w stronę miasta trytonów.
Kiedy przepływał nad długimi, zielonymi wodorostami, w których wiedział, że kryło się stado druzgotków, usłyszał rozbrzmiewające w wodzie echo dźwięków wydawanych przez małe, wodne demony. Zamierzał je zignorować i nie zatrzymywać się, wdzięczny, że to nie on jest celem ich ataku, kiedy dotarł do niego zagłuszony przez wodę krzyk Fleur.
Zawołał swojego lokalizującego węża, by się zatrzymał i zaczekał na niego, po czym sam zawrócił w kierunku, z którego dobiegł dźwięk.
Fleur siłowała się z długim wodorostem, w który się zaplątała, podczas gdy jeden z druzgotków trzymał ją za kostkę. Kolejny podpłynął, zaciskając swoje długie palce na jej nodze i wbijając w nią swoje zaostrzone kły.
Skierowała na nie różdżkę, prawdopodobnie próbując rzucić jakieś niewerbalne zaklęcie, ale najwyraźniej panika nie pozwalała jej wystarczająco mocno się skupić.
Kolejne dwa druzgotki wypłynęły z wodorostów, chwytając dziewczynę za ręce i włosy. Zaczęły gromadzić się wokół niej i ściągać ją w dół, podczas gdy dziewczyna szarpała się i wyrywała.
Harry błyskawicznie ruszył w ich stronę, rozwierając na małe stworzenia swoje imponujące szczęki. Kiedy zauważyły, że się zbliża, natychmiast zaczęły w panice uciekać na wszystkie strony. Kiedy Fleur poczuła, że jest wolna, wyglądała na zszokowaną, ale pełną ulgi... do czasu, kiedy zobaczyła Harry'ego.
Jej oczy rozszerzyły się, a usta otworzyły, jednak jej krzyk został zagłuszony przez zaklęcie bąblogłowy. Dwa pozostałe druzgotki, które wciąż trzymały Fleur za ręce, dostrzegły w końcu Harry'ego i zaczęły piszczeć ze strachu. Dziewczyna znów zaczęła wyrywać się stworzeniom, nie spuszczając przerażonego wzroku z ogromnego węża.
Harry podpłynął bliżej, kłapiąc szczęką na jednego z demonów. Stworzenie wrzasnęło przeraźliwie i wystrzeliło w jego kierunku. Harry jednym machnięciem głowy odrzucił je na bok i skierował wzrok na drugiego potwora, który poddał się i rzucił do ucieczki.
Różdżka Fleur była teraz skierowana na Harry'ego i dziewczyna wyglądała, jakby zaraz miała zemdleć.
Potter mrugnął do niej, po czym odwrócił się i odpłynął w stronę, którą wcześniej wskazywało mu zaklęcie lokalizujące.
Ponowił zaklęcie, ponownie podążając za czarnym wężem w stronę miasta trytonów.
Minął wielką skałę, na której znajdowało się coś w rodzaju malunku przedstawiającego trytona trzymającego włócznię i walczącego z Wielką Kałamarnicą. Harry parsknął, płynąc dalej w stronę wioski. Nagle zobaczył kilka wielkich, brudnych skał pokrytych glonami, służących trytonom za mieszkania, a także niepewne twarze wpatrujące się w niego zza okien.
Parę trytonów widywało go przez ostatnie trzy tygodnie podczas jego treningów, ale wątpił, by miały świadomość, że był jednym z zawodników.
Popłynął w stronę centrum miasta, wciąż śledząc czarnego węża, który wreszcie zatrzymał się i zwinął w kłębek obok wyrzeźbionego w skale pomnika trytona, do którego przywiązane były cztery osoby.
Ginny związana została między Hermioną a Cho Chang. Ostatnią osobą była mała dziewczynka z długimi blond włosami, mająca prawdopodobnie około ośmiu lub dziewięciu lat. Harry podejrzewał, że mogła być siostrą Fleur. Wszystkie cztery dziewczyny wydawały się spać głęboko, a z ich ust wydobywały się drobne bąbelki powietrza.
Wokół pomnika zgromadziła się już spora grupa trytonów trzymających w dłoniach włócznie.
Harry podpłynął prosto do pomnika i jeden z trytonów zmierzył go ostrzegawczym spojrzeniem. Reszta szeptała do siebie z ożywieniem, wyglądając na podekscytowaną i zaniepokojoną. Harry zbliżył się ostrożnie, na wpół oczekując, że te zaraz go zaatakują. Nic takiego się nie wydarzyło. Podpłynął prosto do Ginny, przyglądając się grubemu, ciężkiemu sznurowi, którym była przywiązana. Harry wymamrotał coś pod nosem. Nie, żeby było to coś, z czym nie mógłby sobie poradzić, ale chyba będzie musiał wrócić w tym celu do swojej ludzkiej formy.
Wzdychając wewnętrznie rozpoczął ponowną transformację. Zaledwie sekundę później znów był człowiekiem, a otaczające go trytony wyglądały na całkowicie oszołomione. Ostrożnie sprawdził zaklęcie bąblogłowy i odetchnął z ulgą, czując powietrze w płucach. Było go jednak niewiele, więc nie mógł pozostać w tej formie zbyt długo.
Skupił się na linie i wskazał na nią palcem, wzywając wężomagię i rzucając słabą klątwę tnącą. Więzy zostały przerwane i Ginny, której nic już teraz nie przytrzymywało, zaczęła swobodnie unosić się w wodzie.
Harry zawahał się przez chwilę, spoglądając na przywiązaną Hermionę. Nie miał pojęcia, gdzie znajdowała się reszta reprezentantów, ale był całkowicie pewien, że Krum po nią przybędzie. Nawet, jeśli pozostali nie zmieszczą się w limicie czasowym wiedział, że nie było opcji, by Dumbledore pozwolił im się tutaj potopić.
Odwrócił się więc z powrotem do Ginny, przywołując do siebie długi kawałek trzcinowatej trawy i transmutując ją za pomocą wężomagii w linę. Trytony wciąż wpatrywały się w niego z intensywną fascynacją, podczas gdy wiązał ją wokół talii Ginny. Przemienił się z powrotem w węża, złapał szczękami koniec liny i zaczął ciągnąć nieprzytomną dziewczynę.
Znał drogę z powrotem do brzegu, z którego wystartował, tak więc nie potrzebował kolejnego zaklęcia lokalizującego.
Harry wiedział, że im bliżej powierzchni znajdowało się podłoże, tym bliżej był brzegu, przemienił się więc z powrotem w człowieka i wraz z nieprzytomną Ginny zaczął płynąć z górę. Przebił się przez powierzchnię wody, biorąc wielki haust powietrza.
W momencie, w którym znaleźli się ponad powierzchnią jeziora zaklęcie, jakie zostało rzucone na Ginny najwyraźniej przestało działać, ponieważ dziewczyna natychmiast wypluła wodę, która wypełniała jej usta i zamrugała zdezorientowana.
— Hej, Gin, wszystko w porządku? — zapytał Harry.
— Ee... chyba tak — odparła słabo. Potter zachichotał i zaczął holować ją do brzegu.
Wspięli się na ląd, drżąc z zimna i ociekając wodą. Publiczność zaczęła wrzeszczeć na całe gardło i klaskać, a mały tłum już zmierzał w stronę dwójki uczniów. Pierwsza dotarła do nich pani Pomfrey, okrywając ich dwoma puszystymi ręcznikami. Percy Weasley wyglądał raczej blado i był nieco oszołomiony widokiem swojej małej siostrzyczki wychodzącej z lodowatego jeziora, dlatego natychmiast do niej przypędził.
Dumbledore uśmiechał się promiennie do Harry'ego, który patrząc dyrektorowi w oczy zmusił się, by odwzajemnić uśmiech. Wewnątrz niego tliła się potężna, głęboka odraza, jeszcze większa niż kiedykolwiek, ale Harry wiedział, że nie może pozwolić się jej ujawnić.
— Brawo, Harry, brawo! — zawołał Ludo Bagman, podchodząc do chłopca i klepiąc go po plecach. Potter uśmiechnął się słabo do mężczyzny, wymijając go i podchodząc do miejsca, w którym zostawił swoją szatę i różdżkę. Kiedy zbierał swoje rzeczy, pani Pomfrey wciąż wycierała ręcznikiem jego mokre włosy. Nie założył na siebie od razu szaty, zamiast tego rzucając na swoje ciało niewerbalne zaklęcie suszące i ponawiając zaklęcie ogrzewające. Kolejne machnięcie różdżką sprawiło, że również jego włosy stały się suche. Podniósł swoją szatę, spoglądając na ręcznik i po chwili zastanowienia podając go Ginny.
— Dzięki, Harry — uśmiechnęła się dziewczyna. — To było naprawdę świetne. Uratowałeś mnie, i to jako pierwszy! — zawołała. Potter wzruszył ramionami.
— Cóż, to nie tak, żeby Dumbledore pozwolił któremukolwiek z was tam zostać, więc nie jestem pewien, czy określenie „uratowałeś" tu pasuje... Przepraszam, że w ogóle cię w to wciągnąłem.
— Och, nie ma sprawy. Właściwie to było całkiem ekscytujące. Aczkolwiek muszę przyznać, że jest cholernie zimno — stwierdziła, chichocząc. Percy stał zaraz za nią, marszcząc brwi. Krzywił się za każdym razem, gdy spoglądał na Harry'ego.
Potter przewrócił oczami. Głupi dupek.
— Nie ruszaj się przez chwilę — poprosił, kierując na nią różdżkę. Wysuszył jej ubrania i włosy, po czym rzucił szybkie zaklęcie ogrzewające. Ginny zamrugała, spoglądając na siebie z zaskoczeniem.
— Kurcze, Harry! To było genialne! — uśmiechnęła się promiennie. — Nie miałam pojęcia, że potrafisz rzucać niewerbalne zaklęcia! Co to było?
— Tylko Foveo i Exaresco. Nic specjalnego. A niewerbalne zaklęcia ćwiczę już od jakiegoś czasu.
Percy zdawał się być pod wrażeniem, ale wyraźnie nie chciał, by Harry to zauważył, bo natychmiast przeniósł swoją uwagę z powrotem na Ginny i chyba po raz dwudziesty w ciągu ostatnich czterech minut zapytał, czy aby na pewno wszystko z nią z porządku.
Harry westchnął, kierując się w stronę małego namiotu, przed którym stały krzesła przygotowane dla reprezentantów. Usiadł czekając, aż reszta skończy i przez chwilę żałując, że nie przyniósł ze sobą żadnej książki.
Parę osób na trybunach dyskutowało z ożywieniem na temat powrotu Harry'ego, ale większość wyglądała na znudzoną i zniecierpliwioną. Harry prychnął. Bagman miał rację mówiąc, że to zadanie nie było dla widowni najlepszą rozrywką.
Poczuł ulgę upewniając się, że nie było żadnych magicznych urządzeń ani niczego podobnego, które pozwoliłyby śledzić to, co reprezentanci robią pod wodą. Oczywiście, zadanie było przez to nudne dla publiczności, ale dzięki temu nikt nie mógł również zobaczyć jego transformacji.
Minęło jakieś dziesięć minut zanim z jeziora wynurzył się Cedrik Diggory wraz z oszołomioną Cho Chang. Pięć minut po nich z wody wypłynęło coś, co wyglądało jak rekin. Po chwili okazało się, że dziwne stworzenie miało jedynie głowę rekina, a za to tułów Wiktora Kruma. Jego głowa zmieniła się z powrotem w ludzką, podczas gdy Hermiona zaczęła kierować się w stronę lądu, dygocąc i wyglądając jak przemoczony kot. Harry parsknął.
Zaczynał się nieco martwić, kiedy Fleur nie pojawiła się przez następne kilkanaście minut, ale w końcu francuska pół — wila również wynurzyła się z wody, trzymając w ramionach swoją młodszą siostrę.
Harry obserwował, jak Dumbledore podchodzi do brzegu, przy którym wynurzył się z wody jeden z trytonów. Był to mężczyzna o raczej srogim wyrazie twarzy. Nagle stary dyrektor zaczął wydawać podobne do niego, raniące uszy, skrzekliwe dźwięki. Wyglądało to tak, jakby ta dwójka rozmawiała. A z tego wynikało, jak wywnioskował Harry, że Dumbledore znał język trytonów.
Nagle jego serce zatrzymało się.
Dumbledore znał język trytonów.
Trytony widziały jego transformację. Kurwa!
W końcu dyrektor wyprostował się, spoglądając na pozostałych sędziów i mówiąc:
— Myślę, że przed wystawieniem not przyda nam się krótka narada.
Sędziowie zaczęli szeptać między sobą i Harry zorientował się, że gapi się na nich czując, jak jego wnętrzności skręcają mu się z przerażenia. Co ma im powiedzieć, gdy zapytają, co właściwie zrobił? Czy powinien przyznać się, że było to związane z wężomagią, czy raczej udawać, że jest animagiem i zamierzał zarejestrować się w Ministerstwie, gdy będzie miał skończone siedemnaście lat?
— ...to było niesamowite! Gigantyczny wąź uhatował mnie pzied dhuzgotkami! — dotarł do niego podekscytowany głos Fleur, która rozmawiała z jedną ze swoich koleżanek z Beauxbatons. Harry zbliżył się do nich, uśmiechając pod nosem. — Byłam pewna, zie juź po mnie! Te małe, whedne istoty ściągały mnie w dół i nie mogłam nic zhobić, zieby je powstzimać! Wtedy ten wielki wąź pojawił się znikąd i zaczął z nimi walczyć! Uciekły i bałam się, zie zaatakuje mnie, ale nie zhobił tego!
Harry przez chwilę miał ochotę się wtrącić, ale przeszkodził mu w tym proszący wszystkich o uwagę głos Bagmana.
— Panie i panowie, decyzja została podjęta. Wódz trytonów, Murcus, poinformował nas, co dokładnie zdarzyło się na dnie jeziora i zdecydowaliśmy, ile punktów przyznać poszczególnym reprezentantom. Maksymalnie można było zdobyć pięćdziesiąt punktów…
Harry czuł się, jakby jego krew zamieniła się w lód. „Poinformował nas, co dokładnie zdarzyło się na dnie jeziora".
Kurwa, kurwa, kurwa…
— Fleur Delacour zademonstrowała doskonałe użycie zaklęcia bąblogłowy i udało jej się uratować swojego zakładnika, lecz niestety zrobiła to jako ostatnia, po godzinie i siedemnastu minutach, czyli poza limitem czasu. Z tego powodu nagradzamy ją dwudziestoma pięcioma punktami.
Trybuny rozbrzmiały aplauzem.
— Wiktor Krum użył niekompletnej transfiguracji, która była jednak efektywna i jako trzeci wrócił ze swoim zakładnikiem. Otrzymuje trzydzieści pięć punktów.
Karkarow klaskał najgłośniej, a trybuny znów wybuchły radością.
— Cedrik Diggory, który również użył zaklęcia bąblogłowy, wrócił ze swoim zakładnikiem jako trzeci, minutę po zakończeniu limitu czasowego. Otrzymuje czterdzieści punktów.
Tłum znów wybuchł oklaskami, najlepiej słyszalnymi ze strony trybunów Hufflepuffu.
— I w końcu Harry Potter, który użył kombinacji różnych rodzajów magii, łącznie z zaklęciem bąblogłowy i niezwykłym użyciem transfiguracji z formy ludzkiej do zwierzęcej, zamieniając się w wodnego węża! Wrócił ze swoim zakładnikiem jako pierwszy, jako jedyny mieszcząc się w limicie czasowym. Z tego też powodu otrzymuje pięćdziesiąt punktów!
Trybuny oszalały, więc Harry uśmiechnął się lekko i pomachał w ich stronę, zastanawiając się w duchu, czy dyrektor rzeczywiście w to wierzy, czy po prostu go kryje.
Poczuł za sobą czyjąś obecność, więc obrócił się i zobaczył Hermionę, która wpatrywała się w niego z rozszerzonymi oczami i opadniętą szczęką.
— To prawda?! — zawołała.
— Czy co jest prawdą? Że skończyłem jako pierwszy i zmieściłem się w limicie czasu? — zapytał niewinnym tonem.
— Nie, Harry! O tym wiedziałam już wcześniej! Naprawdę się transfigurowałeś? Ludzka transfiguracja to poziom OWTM — ów, Harry! Poza tym nie wolno robić tego samemu sobie! To niesamowicie niebezpieczne! Jak w ogóle udało ci się wrócić do normalnej postaci?
— Hermiono! — zawołał Harry, przerywając jej tyradę. — Uspokój się. Nie transfigurowałem się.
Dziewczyna zamilkła natychmiast, marszcząc brwi.
— Co? Więc dlaczego tak powiedzieli?
— Jeśli sądzą, że się transfigurowałem, to pozwólmy im w to wierzyć. Ja nie zamierzam wyprowadzać ich z błędu, chyba że przyjdą do mnie i konkretnie o to zapytają.
— W takim razie co zrobiłeś?
— Ja.. — zaczął Harry, ale zamrugał i zawahał się, kiedy podszedł do nich Wiktor Krum, nie wyglądając na zadowolonego.
— Ty masz ziuka wodnego we włosach, Hermi — ona — ni — na — poinformował Krum i Harry miał wrażenie, że Bułgar próbuje z powrotem zwrócić na siebie uwagę dziewczyny, jako że to on był tym, który ją „uratował".
Harry uśmiechnął się, sięgając do jej włosów i dzięki refleksowi szukającego oraz kilku miesiącom poświęconym pojedynkowaniu się za pomocą czarnej magii z nieżywym wężem łapiąc w locie małego, czarnego żuka.
Właśnie zamierzał wypuścić owada, kiedy coś wstrząsnęło jego palcami. Żuk machał dziko nóżkami i skrzydełkami, próbując się uwolnić z jego ręki.
— Uch, Harry. Po prostu go wyrzuć — powiedziała Hermiona, wpatrując się w owada, którego wciąż trzymał.
Zamiast tego Harry zamknął go w dłoni, zaciskając pięść.
— Hermi — ona — ni — na? — zapytał ponownie Krum i Gryfonka odwróciła się, żeby sprawdzić, czego chce. Harry spuścił wzrok na swoją pięść, marszcząc brwi. Nie był pewien, co dokładnie poczuł, ale wiedział, że trzymany przez niego owad nie był zwykłym żukiem. Skupił wszystkie swoje zmysły i zamrugał zaskoczony, wyczuwając wokół niego słabą, magiczną aurę.
Odwrócił głowę od Hermiony i Kruma, a następnie zasyczał cicho, skupiając wężomagię na wyczarowaniu małej kulki, w której zamknięty został żuk. Kiedy skończył, czuł już w swojej dłoni tylko wirującą magię zamiast wyrywającego się desperacko owada. Schował kulkę do kieszeni szaty, odwracając się z powrotem dokładnie w momencie, w którym Hermiona ponownie skupiła na nim swoją uwagę.
— Więc? — zapytała.
— Co?
— Co zrobiłeś?! Skoro się nie transfigurowałeś, to dlaczego oni tak myślą?
— To... to długa historia.
— Harry, proszę! W tym semestrze mam już serdecznie dość tych wszystkich twoich sekretów! Już niczego nam nie mówisz! — powiedziała, brzmiąc jednocześnie na wytrąconą z równowagi, jak i nadąsaną. — Zadanie już się skończyło, dlaczego nie możesz teraz nam powiedzieć, co takiego robiłeś przez cały ten czas? Poświęcałeś swojemu treningowi mnóstwo czasu i wiem, że nie ma takiej opcji, żebyś przez te wszystkie tygodnie ćwiczył jedynie zaklęcie bąblogłowy! I co z tymi eliksirami, które warzyłeś w czasie ferii? Po co onebyły?
Harry powstrzymał chęć skrzywienia się i grzecznego wyjaśnienia jej, że to nie jej cholerny interes i żeby trzymała nos z dala od jego spraw.
— Słuchaj... — zaczął z irytacją. — Ja... pogadamy o tym później. Okej?
Harry zdecydował, że wstrzyma się z rozmową z Ronem i Hermioną do czasu, dopóki nie wymyśli, co im powiedzieć. A to prawdopodobnie nastąpi po jego konfrontacji z Dumbledorem — co do której wiedział, że prędzej czy później będzie miała miejsce — co pozwoli mu stworzyć pasujące do siebie wyjaśnienia.
Hermiona nie wyglądała na zadowoloną, ale zgodziła się, kiwając głową.
Ponownie rozległ się głos Bagmana i Harry skupił się na nim.
— Trzecie i finałowe zadanie będzie miało miejsce dwudziestego czwartego czerwca. Reprezentanci miesiąc wcześniej zostaną poinformowani, czego mają oczekiwać. Dziękuję za wasze przybycie.
Pani Pomfrey zagoniła reprezentantów i zakładników z powrotem do zamku chcąc sprawdzić, czy wszystko z nimi w porządku. Harry próbował przekonać ją, że czuje się dobrze, ale pielęgniarka nalegała, że ją to nie interesuje i że w Skrzydle Szpitalnym zamierza sama się o tym upewnić. Harry niechętnie podążył za resztą.
Było już po wszystkim.
Dwudziesty czwarty czerwca. Na czym polegać będzie zadanie nie dowie się nawet przed dwudziestym czwartym maja. A to oznaczało całe trzy miesiące wolne od Turnieju Trójmagicznego.
Harry skrzywił się. Wolałby wcześniej wiedzieć, co go czeka, by mieć czas na przygotowanie się do tego. A tak będzie musiał robić to się na ślepo. Po prostu będzie dalej uczył się tyle, ile tylko będzie w stanie z nadzieją, że to wystarczy.
Prawdopodobnie powinien nauczyć się jeszcze paru neutralnych zaklęć defensywnych. Opanował już mnóstwo mrocznych klątw, które mogłyby być użyteczne w wielu różnych sytuacjach, ale jakoś wątpił, żeby podczas turnieju mógł bezpiecznie użyć którejkolwiek z nich.
Zakładał, że będzie mógł bezpiecznie użyć wężowej transformacji z dala od wścibskich oczu, a Dumbledore i tak się o tym dowiedział.
Nie. Zdecydowanie nie mógł ryzykować używania jakiejkolwiek czarnej magii w turnieju.
Westchnął zrezygnowany. Widział w katalogu wydawnictwa Crespus książki dotyczące mroczno — neutralnej magii defensywnej, ale całkowicie zignorował je ostatnim razem. Będzie musiał zamówić kilka, kiedy wróci do dormitorium, i przez jakiś czas to na nich się skupić.
Kiedy tylko pani Pomfrey uwolniła ich spod swojej opieki, do Skrzydła Szpitalnego wkroczył Albus Dumbledore, który natychmiast skierował swój wzrok prosto na Harry'ego. Potter zamarł, czując jak wypełnia go mieszanka strachu i nienawiści, ale nie pozwolił tym emocjom pojawić się na swojej twarzy.
— Panie Potter, zastanawiałem się, czy mógłbym zamienić z panem słowo — powiedział Dumbledore z miłym uśmiechem i jak zawsze migoczącymi oczami.
Harry miał nadzieję, że na jego twarzy nie widnieje nic poza niewinną dezorientacją i szybko podążył za dyrektorem.
— Oczywiście, sir.
Skierowali się w stronę głównych schodów. Harry nawet nie pytał, dokąd idą. Było oczywiste, że kierują się w stronę gabinetu dyrektora.
Nie był więc zaskoczony, gdy dotarli na siódme piętro i podążyli korytarzem w stronę gargulca strzegącego wejścia do gabinetu.
— Lodowe myszy — powiedział Dumbledore do gargulca, który natychmiast odskoczył. Weszli na kręcone, przesuwające się schody i już chwilę później Harry siedział w miękkim fotelu, grzecznie odmawiając przyjęcia cytrynowego dropsa.
— Więc, Harry — zaczął wesoło starzec, kładąc dłonie na biurku. — Czy mógłbyś powiedzieć mi, co dokładnie zrobiłeś podczas zadania? Wódz trytonów przekazał mi raczej interesujące wieści.
— Ee... jakiego rodzaju wieści?
— Szczerze mówiąc, były one bardzo ciekawe. Murcus stwierdził, że w ich wiosce pojawił się ogromny wąż. Powiedział, że w ciągu ostatnich paru tygodni był już widziany w jeziorze kilkakrotnie, ale żaden z jego ludzi nie wydawał się nim przejmować, gdyż najwyraźniej nie był agresywny. Trytony widziały, jak wąż zbliża się do zakładników, i były nieco zaskoczone, kiedy nagle zmienił się w... ciebie. Po uwolnieniu panny Weasley najwyraźniej zamieniłeś się z powrotem w węża i odpłynąłeś. Muszę przyznać, Harry, że jestem naprawdę ciekaw, co dokładnie zrobiłeś, ponieważ wątpię, żebyś rzeczywiście się transfigurował... zwłaszcza biorąc pod uwagę, że zostawiłeś swoją różdżkę na brzegu jeziora, zanim do niego wszedłeś.
Umysł Harry'ego pracował z niesamowitą prędkością. Czy różdżka była potrzebna do przemiany w animaga? Cholera, powinien sprawdzić to wcześniej.
Jeśli powie prawdę — że to była wężowa transformacja — Dumbledore będzie chciał wiedzieć, gdzie się jej nauczył. I nawet jeśli Harry skłamie — co zrobiłby na pewno, ponieważ wiedział, że nie ma takiej opcji, aby komukolwiek powiedział o swoich wizytach w Komnacie Tajemnic — najlepszym, co mógłby zrobić, to zapewnianie, że w jakiś sposób odnalazł jakąś starą, rzadką księgę. Ale nawet wtedy Dumbledore będzie zastanawiał się, dlaczego Harry poświęcił tyle wysiłku, by dowiedzieć się więcej o „mrocznej i niebezpiecznej" umiejętności, którą odziedziczył po Czarnym Panu. Jeśli uświadomi sobie, że Harry był na tyle zainteresowany wężomagią, że zaczął się o niej uczyć i ćwiczyć transformację, prawdopodobnie zacznie martwić się, czy Harry nie sięga również do innych rodzajów czarnej magii... czyli dokładnie o to, co miało miejsce. Jednak jakoś nie za bardzo chciał, by Dumbledore się o tym dowiedział.
Nie było szans, by zaryzykował, że jakiś idealistyczny, stuknięty, stary dziwak powstrzyma go od studiowania czarnej magii, bez względu na to, jak „zła" mogła się ona wydawać.
Więc... bezpieczniejszą z tych dwóch opcji był... animag. Mógł powiedzieć, że pracował nad tym od zeszłego roku. Na przykład od momentu, kiedy dowiedział się, że jego ojciec był animagiem.
Fakt, że jego „formą animagiczną" był wąż mógł wzbudzić nieco kontrowersji, ale nie można samemu wybrać sobie swojej formy, tak więc nikt nie będzie mógł go o to obwiniać. I zawsze mógł uznać, że to jedna z rzeczy spowodowanych tym jego „dziwnym połączeniem z Voldemortem". Poza tym mógł również użyć tego, że jego formą był wąż jako wymówki dla faktu, że ukrywał to przed wszystkimi.
Ale wciąż pozostawał problem tego, czy do przemiany animagicznej potrzebna była różdżka.
To było raczej mało prawdopodobne. W końcu w jaki sposób animagowie wracaliby wtedy do swojej postaci? A potem przypomniał sobie — przecież Syriusz przemienił się będąc w Azkabanie! Na pewno nie miał w więzieniu z sobą różdżki! Czyli to było bezpieczne. Do przemiany animagicznej nie była konieczna różdżka.
Całe zastanowienie się nad tym zajęło Harry'emu może parę sekund. W końcu oczyścił swój umysł i wyraz twarzy, przybierając nerwową, pełną poczucia winy minę.
— Ee... nie sądziłem, że ktokolwiek się o tym dowie — zaczął cichym, niepewnym tonem, opuszczając głowę i spoglądając na swoje dłonie, których palce wykręcał nerwowo na kolanach.
— Nie masz kłopotów, Harry. Chciałbym tylko dowiedzieć się, jakiej techniki użyłeś — wyjaśnił Dumbledore uspokajającym tonem.
Wewnątrz Harry przewrócił oczami, uśmiechając się kpiąco. Na zewnątrz spojrzał na dyrektora przepraszającym, błagalnym wzrokiem.
— Ee... wiem, że nie jestem zarejestrowany, ale czytałem gdzieś, że przed ukończeniem siedemnastu lat nie ma się obowiązku rejestracji, tak więc pomyślałem, że to nie będzie nic złego... i nie oczekiwałem, że ktokolwiek będzie w stanie to zobaczyć... więc...
— Rejestracji? — dopytał się Dumbledore z ciekawością.
— Ee... tak... W zeszłym roku, właściwie w miarę wcześnie, zacząłem pracować nad transformacją animagiczną... — Harry przerwał, znów wpatrując się w swoje kolana, podczas gdy jego głos stawał się coraz cichszy i bardziej potulny.
Ogromne, białe, krzaczaste brwi Dumbledore'a z zaskoczeniem uniosły się do połowy czoła.
Harry odchrząknął i wyprostował nieco ramiona — tak, jakby chciał odnaleźć w sobie odwagę — które jednak natychmiast z powrotem się skuliły, kiedy zaczął tłumaczyć bardzo szybko:
— Ja nie wiedziałem nawet, czy uda mi się zakończyć transformację przed rozpoczęciem się drugiego zadanie. Udało mi się to dopiero trzy tygodnie temu. Miałem plan awaryjny, w razie, gdyby mi się nie udało, polegałbym po prostu tylko na zaklęciu bąblogłowy i...
— Harry, próbujesz mi powiedzieć, że opanowałeś transformację animagiczną w czasie krótszym niż rok? — przerwał mu Dumbledore, mrugając z niedowierzaniem. Harry podniósł wzrok i przez chwilę z zażenowaniem wpatrywał się w mężczyznę.
— Ee... tak, tak sądzę.
— Co dokładnie skłoniło cię, żeby w ogóle tego spróbować?
— Słyszałem, że mój tata i jego przyjaciele byli animagami. Pomyślałem, że to... sam nie wiem... sprawi, że będę trochę bliżej niego, kiedy zrobię to samo, co on.
Harry zerknął na dyrektora próbując ocenić sposób, w jaki przyjął to starszy mężczyzna. Chyba dobrze, ponieważ w jego oczach pojawił się smutek i zrozumienie, a usta wykrzywiły się w delikatnym uśmiechu.
— Muszę powiedzieć, Harry, że jestem zaskoczony... ale również bardzo mi zaimponowałeś. To naprawdę niesamowite osiągnięcie, zwłaszcza jak na kogoś w twoim wieku. Z tego co mi wiadomo twój ojciec i jego przyjaciele zaczęli swój trening dopiero na piątym roku i aż do siódmego nie udało im się osiągnąć pełnego rezultatu.
Harry miał nadzieję, że jego oczy są szerokie, pełne nadziei i ciekawości. Kiedyś szczegóły na temat Lily i Jamesa były dla niego cenniejsze niż złoto i to było właśnie reakcja, jakiej można byłoby oczekiwać od Harry'ego, kiedy pojawiała się możliwość dowiedzenia się czegoś nowego o swoich rodzicach.
— Więc! — zawołał Dumbledore, klaszcząc w dłonie i prostując się na krześle. — Jaka dokładnie jest twoja forma?
— Ee... wąż morski.
— Ach, wąż morski. Gatunek Laticuada, rodzina Hydrophiidae. Jedyny wąż wodny, który odziedziczył wystarczająco cech po swoich lądowych kuzynach, by być w stanie żyć zarówno w wodzie, jak i na lądzie. Fascynujące.
Szczęka Harry'ego opadła lekko z zaskoczenia. Cholera, facet był chodzącym słownikiem dla obu, zarówno magicznych, jak i niemagicznych informacji. Mógłby oczekiwać takiej odpowiedzi od Hermiony, ale z pewnością nie od swojego dyrektora.
— Ee... tak. Dokładnie ten sam — potwierdził niezbyt elokwentnie.
— To raczej ciekawa forma dla ciebie, nie sądzisz? — zapytał Dumbledore, mrugając denerwująco. Harry wzruszył ramionami, z powrotem przenosząc wzrok na swoje kolana.
— Tak, tak sądzę... myślę, że to dlatego nigdy nie powiedziałem o tym Ronowi i Hermionie. Ta cała... sprawa z wężami. Czasem im przez to... odbija.
— Pan Weasley i panna Granger nie wiedzą? — powtórzył Dumbledore z wyraźnym zaskoczeniem.
Harry ponownie wzruszył ramionami, wciąż z pochyloną głową.
— Tak jak powiedziałem... to mogłoby ich wystraszyć. Wie pan, jak Ron podchodzi do wszystkiego, co ma związek z wężami. Od razu uważa coś takiego za mroczne.
— Ach, tak. Mogę zrozumieć twoje obawy. Jestem jednak pewien, że panu Weasleyowi uda się pokonać uprzedzenia. Jest twoim przyjacielem i uważam, że najważniejsze jest, byśmy mieli wokół nas ludzi, na których możemy polegać.
Harry udał, że się nad tym zastanawia.
— Ma pan rację, sir.
— Teraz zmykaj. Podejrzewam, że czeka cię jeszcze świętowanie w Pokoju Wspólnym.
Chłopiec spojrzał na niego z zaskoczeniem. Wewnętrznie skrzywił się na myśl o tym, jak niezdecydowani są jego współdomownicy, jeśli to co mówił dyrektor było prawdą. Jeśli teraz nagle zaczną czcić ziemię, po której Harry chodzi tylko dlatego, że wyszedł na prowadzenie w cholernym turnieju, to tylko udowodnią, jak wielkimi są idiotami.
— Naprawdę tak pan sądzi, sir? — zapytał Harry wypełnionym nadzieją głosem.
— Naprawdę, Harry.
W końcu Potter opuścił gabinet, wcześniej żegnając się grzecznie. Prześlizgnął się obok gargulca i ruszył korytarzem z zadowolonym uśmieszkiem na twarzy. Naprawdę stawał się całkiem niezłym aktorem. Nawet on sam uwierzyłby w swoje przedstawienie.
Cóż... może jednak nie. Ostatnio stał się raczej niezbyt ufną osobą, natomiast Dumbledore zawsze widział w ludziach to, co najlepsze, co tak naprawdę czyniło go idiotycznie naiwnym.
Dłoń Harry'ego wślizgnęła się do kieszeni i wyczuł palcami małą magiczną kulkę otaczającą dziwnego żuka, którego wyciągnął z włosów Hermiony. Zżerała go ciekawość, ale jeśli Dumbledore miał rację i Gryfoni postanowili urządzić jakieś głupie przyjęcie w Pokoju Wspólnym, prawdopodobnie w najbliższym czasie nie będzie miał okazji, by zbadać tę sprawę.
To było irytujące, ale musiał być cierpliwy i grzecznie bawić się ze swoimi gryfońskimi kolegami.
Skierował się w stronę portretu Grubej Damy i otworzył go po wcześniejszym podaniu hasła. Kiedy tylko przeszedł przez dziurę, do jego uszu dobiegł ryk radości i aplauzu, po czym natychmiast został powitany przez Rona, Hermionę i Ginny, którzy z szerokimi uśmiechami na ustach zaczęli składać mu gratulacje.
Harry uśmiechał się, śmiał, czerwienił i zachowywał tak nieśmiało i wstydliwie, jak było to od niego w takim momencie wymagane. Przez cały czas obracał niecierpliwie w kieszeni magiczną kulę, modląc się w duchu, by ta cała cholerna impreza już się skończyła i mógł udać się gdzieś, gdzie będzie wystarczająco prywatnie, by mógł bliżej przyjrzeć się tajemniczemu owadowi.
Przyjęcie zdawało się jednak ciągnąć w nieskończoność. Było dopiero wczesne popołudnie i mieli jeszcze masę czasu na świętowanie.
Harry'emu udało się uciec tłumacząc, że bardzo chciałby wziął prysznic i doprowadzić się do porządku przed obiadem, tak więc samotnie opuścił Pokój Wspólny, kierując się w stronę dormitorium. Kiedy znalazł się w środku machnął krótko różdżką, blokując drzwi.
Wyciągnął kulkę z kieszeni i zmierzył ją oceniającym spojrzeniem. W środku fruwał mały, czarny żuk, histerycznie próbując się wydostać. Magiczna bariera otaczająca kulkę nie pozwalała mu wyczuć magii, która otaczała żuka, tak jak wtedy, gdy złapał go zaraz po zadaniu, tak więc rozejrzał się wokół w poszukiwaniu zastępczego pojemnika.
Na biurku obok łóżka Harry'ego znajdował się spory szklany słoik, którego używał do przetrzymywania piór i ołówków. Podszedł do niego i opróżnił z zawartości. Był to stary, wyszczerbiony słoik, do którego nie miał nawet zakrętki. To jednak nie był żaden problem.
Wrzucił magiczną kulkę do słoika, po czym machnął nad nim różdżką transmutując go tak, że w ogóle nie był otwarty, tylko w całości składający się z grubego szkła. Zasyczał cicho, poruszając palcami i magiczna kula zniknęła powodując, że uwięziony w niej wcześniej żuk zaczął latać wściekle obijając się o ścianki słoika i szukając z niego drogi ucieczki. Bez skutku.
Teraz, kiedy wężomagiczna bariera zniknęła i zastąpiona została całkowicie niemagicznym pojemnikiem, nic nie blokowało magii otaczającej żuka.
Postawił słoik na biurku, usiadł na krześle i zaczął wpatrywać się w niego intensywnie. Zdecydowaniebył w stanie wyczuć magiczną aurę.
— A więc jesteś czarodziejem? — zapytał Harry małego żuka, który nagle zamarł. Uśmiechnął się, unosząc brew. — Nie jesteś zbyt subtelny, co? — zachichotał. — Pomyślmy... mógłbyś być kimś, kto został przemieniony w żuka, ale wtedy nie rozumiałbyś języka angielskiego. Więc prawdopodobnie jesteś... animagiem?
Żuk wciąż się nie ruszał i Harry mógł przysiąc, że wpatruje się prosto w niego. Nagle ponownie zaczął szaleć w panice.
— Cóż, jeśli jesteś animagiem znam szybki sposób, żeby się o tym przekonać — poinformował go Harry, po czym wstał, sięgnął do torby i wyciągnął z niej Mapę Huncwotów. Przyłożył do niej różdżkę i wymruczał aktywującą inkantację. Na pergaminie zaczęły pojawiać się atramentowe linie i Harry szybko odnalazł na mapie Wieżę Gryffindoru. To, co zobaczył sprawiło, że wytrzeszczył oczy.
W dormitorium czwartego roku Gryffindoru znajdowały się tylko dwie kropki. Jedna należała do Harry'ego Pottera. Druga do Rity Skeeter.
Harry zmrużył oczy, przenosząc wzrok z powrotem na znajdującego się w słoiku żuka. Warknął, składając mapę, dezaktywując ją i odkładając do torby, po czym usiadł z powrotem na krześle, pochylając głowę tak, że jego oczy znajdowały się na poziomie naczynia. Wpatrywał się morderczym wzrokiem prosto w owada.
— Witaj, Rito — powiedział, a na jego twarzy pojawił się niebezpieczny, szalony uśmiech. Żuk znów na chwilę się zamarł, po czym zaczął jeszcze szybciej latać po ograniczającej go przestrzeni.
Harry szybko wyciągnął różdżkę i rzucił na słoik nietłukące zaklęcie, chcąc mieć pewność, że żuk nie rozbije go przemieniając się z powrotem.
— Podejrzewam, że to doskonale wyjaśnia, w jaki sposób byłaś w stanie mnie szpiegować — wymruczał, znów przybliżając twarz do słoika, niemal dotykając nosem szkła. — Hm... co teraz powinienem z tobą zrobić... pomyślmy... — na jego twarzy pojawił się złowieszczy, sadystyczny uśmieszek, a całą jego postać zaczęły otaczać potężne fale magii — czarnej magii — które przeraziłyby nawet najbardziej doświadczonych czarodziei.
Wyglądało na to, że Rita zemdlała.
Harry zachichotał cicho, po czym otworzył jedną z przegród w swoim kufrze, tę zabezpieczoną hasłem w wężomowie. Wsunął słoik między dwie książki i bez wahania zatrzasnął kufer. Och, tak, to będzie ciekawe... Musi tylko znaleźć odrobinę wolnego czasu i będzie mógł się w końcu zabawić.
