ROZDZIAŁ 10

Tłumaczyła Midnightesse [u/4071010]. Betowała Panna Mi [u/2693969].

— Harry! — zawołała następnego popołudnia Hermiona, kiedy Potter próbował wślizgnąć się do Pokoju Wspólnego tak, by pozostać niezauważonym. Najwyraźniej mu się to jednak nie udało.

Obrócił się, napotykając jej wzrok i uśmiechając się niewinnie.

— Tak, Hermiono?

— Dokąd idziesz?!

— Ee... na spacer?

— A co się stało z twoją obietnicą wyjaśnienia nam, co zrobiłeś podczas zadania? — zapytała ściszonym głosem, podchodząc do niego. — Transfigurowałeś się w końcu, czy nie? I o czym chciał wczoraj po zadaniu rozmawiać z tobą profesor Dumbledore?

Harry skrzywił się lekko, lecz szybko zamaskował swój wyraz twarzy niepewnym zmartwieniem. Wiedział, że nie będzie mógł wiecznie unikać tego tematu. Musiał jednak przyznać, że miał nadzieję, iż uda mu się zyskać nieco więcej czasu, zanim znowu zacznie być przesłuchiwany.

— W porządku — wymamrotał. — Ale jeśli mam to wyjaśniać, to w tym samym czasie tobie i Ronowi. Nie mam ochoty się powtarzać.

Oczy dziewczyny rozjaśniły się, a na jej twarzy pojawił się uśmiech.

— Pójdę po niego.

Harry przewrócił oczami i westchnął.

— Możemy pogadać w naszym dormitorium. Chłopaki są tutaj, więc będziemy mieli trochę prywatności.

Skinęła głową i przeszła przez Pokój Wspólny, kierując się w stronę stolika, przy którym Ron grał w szachy z jakimś drugoroczniakiem, który był na tyle naiwny, by zgodzić się z nim zagrać.

Ron był wyraźnie niezadowolony, że mu przeszkodzono, ale Hermiona nie zamierzała odpuścić. Harry stał w tym samym miejscu co wcześniej, próbując wymyślić, jak poradzić sobie z tą sytuacją. Tak naprawdę nie za bardzo obchodziło go to, że urazi ich uczucia, kiedy nie wyjawi im swoich sekretów, ale chciał uniknąć jakichkolwiek kłótni na tyle, na ile tylko było to możliwe.

W końcu Hermiona wróciła, ciągnąc za sobą Rona. Harry westchnął, zirytowany samym faktem, że musi się z tym męczyć.

W trójkę skierowali się schodami do dormitorium chłopców, po czym rozsiedli się wokół łóżka i biurka Harry'ego. Potter wyciągnął różdżkę i machnął nią parokrotnie w stronę drzwi, nakładając na nie zaklęcie blokujące i wyciszające.

Hermiona i Ron wpatrywali się w niego szerokimi oczami, jednocześnie zaciekawieni i zdezorientowani.

Harry pokręcił głową, pocierając tył swojego karku i siadając na łóżku.

— Ja, ee… nie chcę, żeby to wyszło poza ten pokój. Teoretycznie mógłbym wpaść w spore kłopoty — oznajmił, spoglądając na nich i uśmiechając się słabo.

— Wpaść w kłopoty? Za co?! — zawołała Hermiona, której oczy nagle rozszerzyły się ze zmartwienia.

— Cóż… No dobra, w sumie zadaliście mi dwa pytania. Zapytaliście, czy naprawdę się transfigurowałem i o czym dyrektor chciał porozmawiać ze mną po zadaniu?

— Dokładnie — przytaknęła Hermiona, podczas gdy Ron wyglądał na nieco zagubionego i przyglądał im się z ciekawością.

— Cóż, te pytania łączą się ze sobą. Dyrektor również chciał wiedzieć, co zrobiłem. Powiedziałem mu prawdę i on nie ma nic przeciwko, tak więc z nim nie mam kłopotów. Po prostu nie chcę ryzykować, że dowie się o tym ktoś z Ministerstwa.

— Harry, co zrobiłeś?! — nie wytrzymała Hermiona.

— Ee… zostałem animagiem — odparł Potter, uśmiechając się lekko i wzruszając ramionami.

Ron wyglądał na oszołomionego, zaś Hermiona wpatrywała się w Pottera z niedowierzeniem.

— Co?! Jak?! Kiedy?! To zajmuje lata! W jaki sposób…

— Zacząłem dość wcześnie w zeszłym roku — przerwał jej cicho Harry, wpatrując się w obracaną w swoich palcach różdżkę.

— Co?! Ale, zaczekaj… kiedy? I dlaczego niczego nam nie powiedziałeś? — zapytała dziewczyna, brzmiąc bardziej na zranioną niż zaskoczoną czy rozczarowaną. Ron zmarszczył brwi, wyglądając na podobnie urażonego.

— Ja… po prostu nie mogłem. W porządku, jak dużo właściwie wiecie o animagach?

Ron jedynie potrząsnął głową, jednak Hermiona, czego można było się spodziewać, natychmiast mu odpowiedziała.

— Najpierw trzeba uwarzyć dość skomplikowany eliksir, który pokazuje, czy dana osoba w ogóle posiada formę animagiczną i jaka ona jest. Potem są miesiące ćwiczeń medytacyjnych i kolejne miesiące stopniowego transformowania poszczególnych części ciała. Następnie…

— Właśnie — przerwał jej Harry. — Tak więc pierwszą rzeczą, jaką musiałem zrobić było sprawdzenie, czy w ogóle jestem w stanie to zrobić i jaka będzie moja forma.

Hermiona przytaknęła, zachęcając go, by kontynuował.

— I, cóż, ja po prostu… trochę spanikowałem, kiedy zobaczyłem, w co będę się zmieniał.

— I w co się zmieniasz? — zapytał w końcu Ron, odzywając się po raz pierwszy.

— Ee… w węża — wymamrotał Harry.

Ron zbladł, a jego oczy rozszerzyły się. Hermiona, która najwyraźniej sama już do tego doszła, nie wyglądała na zaskoczoną,.

— Więc, ee… tak czy inaczej, kiedy zorientowałem się, w co będę się zmieniał… po prostu nie chciałem wam o tym mówić. A nie powiedziałem wam niczego wcześniej, ponieważ nie chciałem robić sobie nadziei, że to wszystko zadziała tylko po to, żeby później dowiedzieć się, że w ogóle nie mam formy animagicznej… No a potem dowiedziałem się, że będę cholernym gigantycznym wężem i po prostu uznałem, że… nie będziecie dobrze się z tym czuli — wyjaśnił, patrząc prosto na Rona. Chłopak wyglądał, jakby chciał zaprotestować, ale Harry nie pozwolił mu na to, mówiąc dalej:

— Wszystkie medytacje i ćwiczenia oddechowe robiłem w nocy, zaraz przed snem, ja po prostu… sam nie wiem, na początku, przez pierwsze parę miesięcy, nawet tak bardzo się do tego nie przykładałem, robiłem to głównie po to, żeby się czymś zająć. Ale latem, kiedy znowu utknąłem u Dursleyów, zacząłem bardziej nam tym pracować, no bo nie miałem niczego innego do roboty. I tak zamknęli wszystkie moje rzeczy w komórce i przez większość czasu nie pozwalali mi wyjść z mojego pieprzonego pokoju. Więc po prostu leżałem na łóżku i ćwiczyłem transformację animagiczną.

Hermiona sapnęła.

— Ale Harry, nie wolno nam praktykować magii poza szkołą!

— To prawda, ale do tego nie jest potrzebna różdżka i nie sądzę, żeby normalny namiar wykrywał to tak, jak zwykłą magię. To nie jest w zasadzie rzucanie zaklęć. Tak czy inaczej, nie dostałem żadnego wyjca z Ministerstwa, więc najwyraźniej niczego nie wykryli. Nie ćwiczyłem aż tak często podczas pierwszego miesiąca roku szkolnego, ale po tym, jak zostałem wciągnięty w ten turniej i wasza dwójka się na mnie obraziła, miałem mnóstwo wolnego czasu i skupiłem się na treningu. Gdy otrzymałem wskazówkę do drugiego zadania i zdałem sobie sprawę, że będę musiał zejść na dno jeziora wymyśliłem, że moja forma animagiczna mogłaby mi w tym pomóc, tak więc zacząłem ćwiczyć naprawdę bardzo ciężko. Prawdę mówiąc, to udało mi się w pełni przemienić dopiero trzy tygodnie temu.

— Nie… nie mogę uwierzyć, że nie ufałeś nam na tyle, by nam o tym powiedzieć — powiedziała Hermiona, spoglądając na niego smutno. Harry potrząsnął głową.

— Tu nie chodzi o zaufanie. Po prostu… to znaczy, tak, byłem pewny, że ta cała sprawa z wężem was przerazi, ale wiedziałem też, że po jakimś czasie wam przejdzie. Ale głównie po prostu… sam nie wiem, chciałem zachować to dla siebie. To było… to było coś, co również zrobił mój tata. Jasne, wiem, że on zrobił to razem ze swoimi przyjaciółmi, ale… po prostu chciałem zrobić to sam. A po tym, jak odwróciliście się ode mnie po Halloween… nie chciałem tego z wami dzielić. Nawet po tym, jak się pogodziliśmy, bo wtedy trzymałem to w tajemnicy już tak długo, że po prostu nie wiedziałem, jak wam to powiedzieć.

— Och, Harry… — powiedziała Hermiona, posyłając mu wyrozumiałe spojrzenie, na widok którego Potter miał ochotę parsknąć i skrzywić się. Udało mu się przed tym powstrzymać, pochylając głowę i wyłamując sobie palce ze zdenerwowaniem. — Robienie tego samemu było strasznie lekkomyślne z twojej strony — oświadczyła dziewczyna po długim westchnięciu. — Coś takiego może być niebezpieczne, Harry! Mnóstwo rzeczy może pójść nie tak podczas transformacji animagicznej!

Harry jedynie wzruszył ramionami i uśmiechnął się przepraszająco. W pokoju zapadła niezręczna cisza.

— Więc… nie możesz… wybrać swojej formy animagicznej, ani nic takiego? — zapytał Ron, przerywając ciszę. Hermiona prychnęła, spoglądając na rudzielca z irytacją.

— Nie, Ron. Nie można wybrać formy animagicznej. Nie wszyscy nawet jakąś mają. Większość ludzi nie ma.

— Więc… w jaki sposób dobierana jest taka forma? — zapytał Weasley.

— Nie jest wybierana przez czarodzieja, a determinowana na podstawie indywidualnych cech jego osobowości. Forma animagiczna jest odzwierciedleniem wewnętrznej natury danego czarodzieja — odpowiedziała natychmiast Hermiona głosem, który wskazywał na to, że powtarza słowo w słowo coś, co przeczytała.

Oczy Rona rozszerzyły się, po czym zerknął niepewnie na Harry'ego, który podniósł wzrok, krzywiąc się lekko.

— Widzisz? Właśnie dlatego to przed wami zataiłem.

— Co?! — zawołał obronnie Weasley. — Nawet niczego nie powiedziałem!

— Być może nie, ale twój wyraz twarzy mówi sam za siebie. Zastanawiasz się, w jaki sposób moja wewnętrzna natura może być związana z wężem — burknął Harry, krzywiąc się w dziecinny sposób. Miał nadzieję, że zrobił to przekonująco.

— Nieprawda! — zawołał Ron, ale jego głos zadrżał nieco, co upewniło Harry'ego w tym, że miał rację. Nie, żeby choć przez chwilę w to wątpił. Dość dobrze rozumiał, jak działa umysł rudzielca.

— W porządku, Harry. Ale nie musisz ukrywać przed nami tego typu rzeczy. Jesteśmy twoimi przyjaciółmi — oznajmiła Hermiona, rzucając ostre spojrzenie Ronowi, który zaczerwienił się.

— Tak, Harry, to znaczy… to trochę dziwne, ale co z tego? To wciąż super, że możesz zamieniać się w zwierzę, nie?

Harry spojrzał na niego, pozwalając sobie na lekki uśmiech.

— Tak, to jest świetne. I wciąż mogę czarować za pomocą wężomagii, kiedy jestem wężem morskim. To genialne.

Hermiona sapnęła, zakrywając dłonią usta.

— Żartujesz! To niemożliwe!

— Nie żartuję. Normalny animag nie może czarować będąc w swojej zwierzęcej formie, ponieważ nie może trzymać różdżki ani mówić, ale żeby rzucać zaklęcia w wężomagii potrzebuję jedynie wężomowy, a kiedy jestem w swojej zwierzęcej formie, wciąż potrafię mówić w języku węży. Pamiętacie to zaklęcie lokalizujące, którego uczyłem się przed zadaniem, ale którego nie chciałem wam pokazać? To było zaklęcie w języku węży. Dlatego nie chciałem ćwiczyć go przy was. Wiedziałem, że zapytacie, do czego potrzebne mi zaklęcie w wężomowie, a wtedy będę musiał wyjaśnić wam całą tą sytuację z wężem morskim.

— Zaraz… dlaczego wąż morski? — zapytał zdezorientowany Ron.

— To gatunek węża, w którego się zamieniam.

— Och…

— To jedyny wąż wodny, które odziedziczył wystarczająco dużo cech od węży lądowych, by być w stanie żyć zarówno w wodzie, jak i na lądzie. Więc to naprawdę przydało mi się w czasie zadania. Będąc w tej formie potrafię naprawdę szybko pływać.

— Łał… — Ron przerwał na chwilę, wyglądając na zamyślonego. — Mogę… mogę zobaczyć?

Harry zamrugał, szczerze zaskoczony. Zerknął na Hermionę, w której oczach również błyszczało podekscytowane zaciekawienie.

— Ee… tak sądzę. To znaczy, jasne — odparł Harry, po czym wstał i przeszedł niepewnie na środek pomieszczenia.

Minęły ponad trzy tygodnie od kiedy po raz ostatni przemieniał się na lądzie, tak więc na początku czuł się nieco dziwnie. Podczas ćwiczeń w komnacie odkrył, że przemiana działała najlepiej, kiedy wykonywał ją klęcząc, więc i tym razem postanowił zrobić tak samo. Wziął głęboki oddech, zamknął oczy i skupił się na transformacji.

Poczuł magię niczym szpilki kłującą każdy centymetr jego skóry. Jego nogi zaczęły łączyć się w jedno, a ręce kurczyć, aż w końcu w ogóle zniknęły.

Usłyszał krzyk Hermiony i zszokowany odgłos, który wydał z siebie Ron, ale zignorował je, sunąc po podłodze. Otworzył oczy i wysunął szybko język, smakując otaczające go powietrze. Prześlizgnął się w stronę krzesła, na którym siedział Ron. Rudzielec wyglądał, jakby zaraz miał stracić przytomność. Gdy Harry podpełzł nieco bliżej, chłopiec podciągnął swoje stopy do góry i objął kolana ramionami.

Harry zaśmiał się, co zabrzmiało jak długi syk. Z łatwością podniósł głowę z ziemi, aż była na takiej samej wysokości co oczy Rona. Był ogromnym wężem, więc nie było to trudne zadanie.

— Kurczę — pisnął rudzielec komicznie wysokim głosem.

— Łał… — wyszeptała Hermiona oniemiałym głosem.

Harry zniżył się z powrotem do poziomu podłogi i podpełzł do dziewczyny, zwijając się przed nią. Znów uniósł głowę, tym razem na wysokość jej kolan. Niepewnie wyciągnęła rękę i pogłaskała go po głowie. Wysyczał kolejny chichot, na co jej oczy rozszerzyły się, lecz chwilę później na jej twarzy pojawił się uśmiech.

Pogłaskała go nieco pewniej, po chwili przenosząc opuszki palców na jego „szyję", uśmiechając się coraz szerzej z każdym kolejnym wydawanym przez niego sykiem.

— Jesteś taki gładki… Nigdy nie myślałam, że węże są tak miłe w dotyku — mruknęła.

Harry spojrzał na nią z zaskoczeniem, ale po chwili stwierdził, że nie było nic zaskakującego w tym, że Hermiona nigdy wcześniej nie dotykała węża.

— Chcesz spróbować, Ron? — zapytała, odwracając się do rudzielca, który wyglądał na całkowicie przerażonego.

— Co?! — pisnął. — Ee… nie, dzięki. To mogłoby być nieco… dziwne.

Hermiona przewróciła oczami, skupiając uwagę ponownie na Harrym.

— Cóż, Harry, muszę przyznać, że na początku było to trochę dziwaczne, ale teraz uważam, że jest genialne.

Spojrzenie Rona wyraźnie mówiło, iż fakt, że jego kumpel jest gigantycznym wężem uważa za jakikolwiek, tylko nie „genialny", ale nie odezwał się.

Harry uśmiechnął się wewnętrznie i wrócił na środek pokoju, gdzie szybko zamienił się z powrotem w człowieka.

— To było po prostu… po prostu niesamowite, Harry! — zawołała Hermiona, wstając i biegnąc w jego stronę. Ku jego zaskoczeniu, przyciągnęła go do uścisku. — Jestem z ciebie taka dumna!

Puściła go, a jej uśmiech był tak promienny i radosny, że przez moment Harry poczuł ukłucie winy za to, że ich okłamywał. Cóż… może nie ich. Tylko Hermionę.

— Ee, dzięki — powiedział, pochylając głowę i łapiąc się nerwowo za kark.

— Więc zamierzasz powiedzieć Syriuszowi? — zapytała podekscytowana Hermiona, powodując, że Harry zamrugał z zaskoczeniem.

— Och, ee… nie wiem. Właściwie, to jeszcze o tym nie myślałem.

— Nie myślałeś o tym! — powtórzyła z niedowierzaniem dziewczyna.

— Cóż, właściwie sądziłem, że jego reakcja może być podobna do reakcji, ee… Rona — odparł Harry, rzucając rudzielcowi przepraszające spojrzenie. Uszy Weasleya zaróżowiły się nieznacznie i chłopiec wyglądał na zawstydzonego.

— Nie bądź głupi, Harry! Syriusz nie zmieniłby zdania na twój temat tylko dlatego, że twoją animagiczną formą jest wąż. Jestem pewna, że będzie pod wrażeniem, kiedy dowie się, że opanowałeś tak skomplikowaną sztukę w wieku zaledwie czternastu lat! Mam na myśli, naprawdę, Harry, to niesamowite osiągnięcie! Wydaje mi się, że nie zdajesz sobie sprawy z tego, jakie to niespotykane! — zawołała Hermiona.

— Ee, tak… to znaczy myślę, że mu powiem… Jak tylko się z nim spotkam, oczywiście. Nie zamierzam ryzykować pisania czegoś takiego w liście.

— Dlaczego nie? — zapytał Ron.

— Nie chcę, żeby Ministerstwo się o tym dowiedziało — wyjaśnił Harry, spoglądając z powrotem na rudzielca.

— W porządku… dlaczego nie?

Hermiona westchnęła z irytacją.

— Ponieważ wtedy będzie musiał się zarejestrować, rzecz jasna — odparła, po czym spojrzała z zamyśleniem na Harry'ego. — Co właściwie profesor Dumbledore powiedział na ten temat?

— Szczerze mówiąc, niewiele. Od osób, które nie ukończyły siedemnastu lat nie jest wymagane, by się rejestrowały, tak więc do tego czasu nie mogą mnie za to ukarać. Jednak wolałbym pozostać niezarejestrowany tak długo, jak to będzie możliwe.

— Dlaczego nie chcesz się zarejestrować? — nie rozumiał Ron.

— Bo wtedy informacja ta będzie publiczna i każdy będzie wiedział, że moją formą animagiczną jest gigantyczny wąż.

— Ach… tak, sądzę, że to wystarczający powód, by zatrzymać to dla siebie — zdecydował Ron.

— Tak czy inaczej zgadzam się, że jeśli tylko będziesz mógł to zrobić, to najlepiej będzie, jeśli nie będziesz się rejestrował. Ale zdecydowanie powinieneś powiedzieć o tym Syriuszowi, jeśli rzeczywiście spotkamy się z nim w przyszły weekend — oświadczyła Hermiona apodyktycznym tonem, do którego Harry już dawno temu przywykł.

Potter przewrócił oczami, ale zdobył się na uśmiech.

— W porządku. Jakoś wymyślę, jak mu to powiedzieć. Tak czy siak… przydałby mi się mały spacer, by oczyścić myśli, więc wyjdę teraz na trochę.

— Potrzebujesz towarzystwa, stary? — zapytał z nadzieją Ron.

— Nie, dzięki, raczej trochę ciszy i spokoju. Wrócę za jakąś godzinę, w porządku?

Ron wyraźnie oklapł, ale wydał z siebie jedynie ciche westchnienie i wzruszył ramionami.

— Tak, jasne — wymamrotał.

Harry jednym machnięciem różdżki usunął zaklęcie zamykające i wyciszające, po czym chwycił swoją torbę i opuścił dormitorium.

Był z siebie całkiem zadowolony. Nie tylko wykonał kawał dobrego aktorstwa, ale również praktycznie nie czuł chęci przeklęcia któregokolwiek ze swoich przyjaciół. Co było sporym osiągnięciem biorąc pod uwagę fakt, że w pewnym sensie stali na jego drodze do praktykowania czarnej magii. Za każdym razem, gdy coś opóźniało jego codzienny trening, bardzo szybko stawał się nerwowy i opryskliwy. Teraz czuł, że ma nad tym większą kontrolę, mimo że jego magia była coraz potężniejsza. Nie wariował już i nie tracił kontroli tak jak na początku, choć wciąż uczucie związane z używaniem czarnej magii było dla niego absolutnie niesamowite. Ta moc była naprawdę uzależniająca i uwielbiał każdą minutę, w której mógł z niej korzystać. Bywały dni — w większości były to te, kiedy miał zajęcia z historii magii albo wróżbiarstwa — kiedy te parę godzin spędzonych w komnacie były jedynymi, na które desperacko czekał przez cały cholerny dzień.

Kiedy odszedł wystarczająco daleko, wślizgnął się pod pelerynę i wyciągnął Mapę Huncwotów, aby upewnić się, że nikt nie kręci się w pobliżu, po czym ruszył w stronę łazienki Jęczącej Matry na drugim piętrze.

Naprawdę dzisiaj tego potrzebował. To pragnienie niemal przyprawiało go o ból i czuł, że całe jego ciało trzęsie się z niecierpliwości. Z niebezpiecznym uśmiechem wszedł do komnaty, patrząc prosto na leżące na środku ciało bazyliszka.

§ Ach, Nagini. Tego właśnie było mi potrzeba. Cały ten czas, który spędziłem samotnie sprawił, że mój umysł miał zbyt wiele czasu na to, by się nad wszystkim zastanawiać. §

§ Co cię kłopocze, mój missstrzu? § — zapytała, prześlizgując się po oparciu fotela, na którym siedział, stojącego na tle wielkiego okna w gabinecie. Położyła głowę na podłokietniku, a jego dłoń zaczęła delikatnie głaskać jej gładkie, śliskie łuski.

§ Wiele rzeczy mnie kłopocze, kochana… Rzeczy, których długo nie miałem okazji naprawić. Teraz próbuję zaplanować, jak sobie z nimi poradzić. Wkrótce nadejdzie czas, kiedy będę mógł ponownie skupić się na swoich planach, ale obawiam się, że mogą one przerosnąć nawet mnie. Straciłem tak wiele czasu… I nawet zanim jeszcze wydarzył się ten niewyobrażalnie niefortunny wypadek, przez który zmuszony jestem tkwić w tym żałosnym pół — życiu od ponad dekady, straciłem tak wiele czasu, tak wiele możliwości… Naprawdę nie powinienem zajmować swojego umysłu takimi sprawami, ale podczas nocy takich jak ta nie jestem w stanie się powstrzymać. §

§ Nie jessstem pewna, czy rozumiem, mój missstrzu. Czy mógłbyś powiedzieć mi więcej? Chciałabym zrozumieć. Chciałabym pomóc. §

Spojrzał w dal pełnymi dystansu i pozbawionymi skupienia oczami, po czym westchnął, relaksując się nieco bardziej i nie przestając gładzić jednym palcem głowy węża.

§ Kiedy byłem młody, byłem naiwny § — zaczął cicho. — § Myślałem, że mogę ocalić świat przed samym światem § — zachichotał gorzko. — § Nie widziałem powodu, by czekać z tym, aby zapobiec nadchodzącej zagładzie do Końca Dni. Po co wstrzymywać się przed powstrzymywaniem mugoli, skoro to już się dzieje? Dlaczego nie zacząć już teraz? Wyplenić te małe, bezwartościowe potwory. Zniszczyć je, zanim będą one miały okazję zniszczyć nas. Ach… gdyby to tylko było takie proste. §

§ Już dawno dostrzegłem błąd w swoich działaniach. Pozwoliłem, by moje nieszczęśliwe dzieciństwo spędzone wśród żałosnych mugoli w sierocińcu przyćmiło mój osąd. Zboczyłem ze ścieżki, którą obrałem i byłem niedbały. Zmarnowałem tak wiele czasu do momentu, gdy zdałem sobie sprawę z tego, co zrobiłem… I wtedy usłyszałem tę przeklętą przepowiednię. Muszę przyznać, że spanikowałem. Perspektywa kogoś, kto byłby w stanie pokonać mnie zanim będę w stanie naprawić swoje błędy… Zanim naprawdę uda mi się dokonać tego, co i tak musi być zrobione… Nie mogłem na to pozwolić. Musiałem zlikwidować niebezpieczeństwo, zanim miało ono szansę w pełni się nim stać. Jeśli to oznaczało zabicie niemowlaka, niech tak będzie. Nie zwykłem działać w taki sposób, ale to po prostu musiało zostać zrobione. §

§ Ale, oczywiście, wszystkie moje starania poszły na marne, kiedy to wszystko wybuchło… raczej dosłownie § — skrzywił się gorzko. — § Stałem się niczym i pozostałem niczym przez ponad dekadę. Dekadę, podczas której nie byłem martwy, ale nie byłem też do końca żywy. Nie mogłem kontynuować swojej pracy, ale Magia nie mogła również wyznaczyć nowego Lorda, by mógł on przejąć moją rolę, ponieważ w pewnym sensie wciąż byłem żywy, wciąż posiadałem swoją moc i swój tytuł. §

§ Moc Jasnej Strony rozkwitła i równowaga została zachwiana jeszcze bardziej. Co gorsza, przez cały ten czas ten głupiec Dumbledore miał niemal absolutną władzę nad edukacją brytyjskich czarodziejów i wciskał swoje chore pomysły do umysłów całego nowego pokolenia magicznego. §

§ Obawiam się, że Koniec jest bliżej, niż kiedykolwiek sądziłem. Im więcej dowiadują się na temat wynalazków, które mugole stworzyli podczas mojej… nieobecności, tym bardziej rośnie moje zmartwienie. Ich nauka stała się potężna, kochanie. Zbyt potężna. Gdyby nas odkryli… gdyby odkryli magię sądzę, że posiadaliby narzędzia, które pozwoliłyby im nam ją wykraść. Nawet, jeśli jeszcze ich nie posiadają, to będą już niedługo. W ciągu mniej niż dekady lub dwóch, tak sądzę. §

Kiedyś poszukiwałem nieśmiertelności, by mieć pewność, że pozostanę w świecie żywych na tyle długo, by osobiście wziąć udział w nadchodzącej bitwie, a teraz zastanawiam się, czy to było w ogóle konieczne. Możliwe, że miałbym ku temu okazję nawet podczas swojego naturalnego życia. Ale z drugiej strony, jeśli nie podjąłbym tego typu kroków, nie przetrwałbym incydentu z Potterami § — dodał, ponownie się krzywiąc.

§ Podejrzewam, że jednym z moich największych lęków był strach, iż moje idiotyczne błędy mogą przyspieszyć nadejście Końca. Jednakże niemal cała wina wciąż leży po stronie tego głupca Dumbledore'a. Obawiam się, że nie pozostało wystarczająco czasu, bym mógł to wszystko naprawić. Że sprawy posunęły się już tak daleko, iż wymknęły się nawet spod mojej kontroli. §

§ Jesteś sssilny, missstrzu. Jeśli ktokolwiek jessst w ssstanie to zrobić… to ty. §

Zachichotał, przesuwając drobny, kościsty palec po czubku jej głowy. Wąż przysunął się w stronę dotyku, sycząc z przyjemności.

§ Moją jedyną pociechą jest fakt, że czarodziejski świat jest zamknięty i niewiele zmienił się od czasu mojego idiotycznego błędu związanego z bachorem Potterów. Czarodzieje są uparci i nie lubią zmian. Jednak teraz będzie to działać na moją niekorzyść. Muszę jak najszybciej przejąć kontrolę nad Ministerstwem, by móc wprowadzić konieczne zmiany. Władza musi być przejęta od razu, nie mam czasu, by podstawić swoich ludzi, rozpocząć powolną infiltrację i zrobić to subtelnie. Jeśli chcę, by moje metody zadziałały, muszą być one agresywne. Jednakże im więcej przemocy użyję, tym silniej Jasna Strona będzie mi się przeciwstawiać. §

§ Ale od tego, co zrobisz, zależy przecież również ich własssne przetrwanie, missstrzu! Będą głupcami, jeśli ssstaną ci na drodze. §

§ Tak, kochana, oni są głupcami. Ale większość z nich to naiwni ignoranci. Wierzą w to, co mówi im starzec, nie w moje słowa. §

§ Nie mógłbyś po prossstu im tego wytłumaczyć? §

Mężczyzna skrzywił się i prychnął.

§ Nigdy nie uwierzyliby słowom Czarnego Pana. Przeciętni czarodzieje dawno już zapomnieli o starych zwyczajach. Wszystkim zrobiono pranie mózgu i teraz wierzą, że mrok jest równy złu, a światło dobru. Jasna Strona zawsze czyni to, co słuszne i sprawiedliwe, co prowadzi do ogólnego szczęścia i łatwego życia. Ale życie nie jest proste, a przetrwanie czasem wymaga poświęceń. Zapominają, skąd pochodzi nasza magia. Zapominają o cenie, jaką będziemy musieli zapłacić, jeśli Jasna Strona osiągnie swoje cele. Ich umysły są ograniczone i muszą być kontrolowane, nawet siłą, jeśli będzie to konieczne. Nigdy nie zgodzą się ze mną z własnej woli, ponieważ nie rozumieją konsekwencji. §

§ Wszyssscy ci, którzy ci sssię przeciwssstawią, zginą, missstrzu. Nikt nie posssiadł mocy, która mogłaby cię pokonać. §

Mężczyzna uśmiechnął się.

§ Ach, kochana, pochlebiasz mi. Ale nawet ja nie jestem wszechmocny, niezależnie od tego, co pozwalam myśleć reszcie świata. Zdobycie kontroli nad magiczną Anglią, a następnie Europą będzie trudnym zadaniem. Ale niezależnie od tego, jak ważne byłoby Ministerstwo, prawdziwym sukcesem będzie tylko zdobycie władzy nad szkołami. W końcu… dzieci są naszą przyszłością. Tylko dzięki reedukacji czarodziejskiej młodzieży możemy mieć nadzieję, że magiczny gatunek przetrwa mugolski Koniec Dni § — powiedział, po czym westchnął ciężko, pocierając twarz dłonią.

§ Jestem taki zmęczony, Nagini… Ale nie mogę pozwolić na to, by ktokolwiek dostrzegł moją słabość. Jeśli będę postrzegany jako słaby, stracę ich, a na to nie mogę sobie pozwolić. §

§ Jesteś sssilny, missstrzu. Potrafisz nad tym zapanować. W końcu Magia sssama cię wybrała. Pokażesz światu ssswoją sssiłę i będziesz miał cały świat u ssswych ssstóp. §

§ Ach, Nagini… Zawsze wiesz, jak poprawić mi humor. Masz rację. Jestem zbyt sentymentalny i zamartwiam się rzeczami, na które nie mam wpływu. Ostatnio byłem zbyt oddalony od swojej magii. §

§ Czasss twojego powrotu nadchodzi… Teraz z każdym dniem twoja moc będzie coraz potężniejsza. §

§ Tak… Tak, to prawda § — odparł z szerokim uśmiechem. — § Kiedy w pełni powrócę, pokażę im wszystkim, czym jest prawdziwy strach i zmuszę ich, by dostrzegli, jak słabymi uczyniła ich przynależność do Jasnej Strony. Będziemy królować i przed zagładą, którą mugole sprowadzą na nas, i na samych siebie, ochronimy jedynie posiadającą magię krew. §

Harry obudził się bardzo… zdezorientowany.

To wszystko miało absolutny sens… zeszłej nocy. Kiedy był Voldemortem każde słowo, jakie wypowiedział czy pomyślał, miało sens i rozumiał głębsze znaczenie wszystkiego, co powiedział.

Teraz natomiast nie miało to żadnego sensu. Wspomnienia, które były potrzebne do zrozumienia rozmowy Voldemorta z Nagini nie towarzyszyły tej wizji. I teraz, kiedy Harry znów był jedynie Harrym, miał problemy z ułożeniem sobie w głowie wszystkiego, czego doświadczył poprzedniej nocy.

Równie dziwny, jak na Czarnego Pana, był ten zamyślony i refleksyjny nastrój. Mężczyzna był zaskakująco… ludzki.

Czuł, jakby ciężar świata spoczywał na jego ramionach. Trudne zadanie i ogromna odpowiedzialność, którą na siebie wziął. Niezależnie od tego, co było konieczne do wykonania zadania, było tego warte. To było zbyt ważne, by pozwolić komukolwiek stanąć mu na drodze…

Ale na czym polegało to zadanie?

To nie był pierwszy raz, kiedy Voldemort o tym wspomniał. Ale niezależnie od tego, ile wizji Harry doświadczył na ten temat, nigdy nie miał wystarczająco informacji, aby na ich podstawie móc stwierdzić, na czym to zadanie polega.

Harry usiadł na swoim łóżku, przez chwilę przygryzając z zamyśleniem wnętrze swojego policzka. Nagle rozsunął zasłony i skierował się do swojego biurka. Wyciągnął pióro i kawałek pergaminu, po czym usiadł na drewnianym krześle.

Zdecydował, że naprawdę powinien uporządkować te wizje, a najlepszym sposobem będzie spisanie tego, co już wie.

Gdzie:

Harry napisał to słowo na pergaminie, po czym przygryzł koniuszek pióra, przypominając sobie wszystkie swoje wizje.

Wielki dom, willa, na wzgórzu, blisko małego miasteczka.

Mugolskiego miasteczka.

Znów się zatrzymał, próbując przypomnieć sobie nazwę miejscowości. Pomyślał o niej parę razy… I Glizdogon przyniósł mu lokalną gazetę… To było… Little… Little coś tam… Little Hangleton!

Zapisał to.

Kto jest z nim/pomaga mu:

Peter Pettigrew — Glizdogon

Barty — ?

Nagini (wąż)

Harry znów przerwał, wpatrując się w pergamin. Zdecydował, że powinien spisać absolutnie wszystko, co wiedział na temat działalności Voldemorta. Zdecydowanie odrzucał pomysł, że pragnie on jedynie przejęcia władzy nad światem i sprowadzenia na mugoli zagłady.

Z całą pewnością nienawidził mugoli, kiedy był młodszy i być może wtedy rzeczywiście sądził, że całkowite pozbycie się ich mogłoby pomóc jego… zadaniu. Ale najwyraźniej porzucił już ten plan.

Jednakże zabijanie mugoli nigdy nie było jego głównym celem. Do czasu, aż nie zmienił taktyki, była to raczej droga do osiągnięcia celu.

Co więc jest jego celem?

Jego zadanie:

Mówił coś o „Końcu Dni"

Mugolska apokalipsa?

To brzmiało tak, jak gdyby chciał ją zatrzymać. Albo jej zapobiec?

Jeśli mu się nie uda, wszyscy zginą… jeśli mu się uda, czarodzieje przetrwają.

Mugole zginą tak czy inaczej. Nie ma możliwości, by ich ocalić.

Harry przerwał, z niedowierzaniem wpatrując się w pergamin. Nawet nie wiedział, skąd mu się to wzięło! Nie pamiętał, żeby Voldemort dokładnie o tym mówił Nagini, właściwie nawet o tym nie pomyślał… A jednak w jakiś sposób Harry wiedział, że to była prawda.

Ale jak to możliwe? Czy to dlatego, że tak dużo czasu spędzał w jego głowie i Voldemort jakimś cudem się o tym dowiedział?

Czy mugole naprawdę nie mają szans na przetrwanie? Co, do cholery, miałoby to spowodować i dlaczego, na Merlina, to Voldemort, ze wszystkich ludzi, miałby chcieć to powstrzymać?

Voldemort obwinia Dumbledore'a.

Harry napisał te słowa, po czym oparł się o stół i zaczął w nie wpatrywać. Nieświadomie przygryzł czubek pióra, przetrząsając swoje wspomnienia w poszukiwaniu wskazówki dlaczego to dyrektor miałby być temu winny. Nagle jakaś myśl mignęła w jego umyśle i natychmiast przyłożył pióro z powrotem do pergaminu.

Dumbledore chce ocalić mugoli. Nie zdaje sobie sprawy z tego, że nie może tego zrobić.

Jeśli będzie próbował, wszyscy zginiemy. Możemy ocalić tylko siebie.

Harry znów nie wiedział, skąd wzięła się ta informacja, był jednak całkowicie przekonany, że była ona prawdziwa. To również miało sens. Był w stanie wyobrazić sobie Dumbledore'a robiącego coś całkowicie idiotycznego tylko po to, by ocalić mugoli. Nawet, jeśli oznaczało to ryzykowanie życia ich wszystkich. Czy Dumbledore wiedział o wszystkim tym, o czym wiedział Voldemort?

Najwyraźniej nie o wszystkim… A przynajmniej nie o tym, że uratowanie mugoli jest niemożliwe. Chociaż może wiedział, ale wierzył, że jednak mu się to uda?

Ale przed czym miałby ich uratować?

Harry warknął z frustracji. Miał jedynie szczątkowe informacje, wyrwane z szerszego kontekstu.

Tak czy inaczej, teraz wydawało się Harry'emu oczywiste, że poprzednia wojna opierała się na czymś o wiele większym, niż tylko zabijaniu mugoli i walce o władzę w czarodziejskim świecie. Voldemort nie był zwyczajnym megalomanem. Za jego działaniami krył się jakiś głębszy motyw, o którym nikt nie wiedział i o którym nikt nie mówił.

Harry skupił się ponownie na kawałku pergaminu, decydując się przejść do następnego tematu rozważań.

Dlaczego chciał mnie zabić, kiedy byłem dzieckiem?

To był kolejny punkt, do którego najwyraźniej można było dopisać dłuższą historię. Voldemort kilkakrotnie nawiązał do „przepowiedni", ale nigdy nie rozwinął tego tematu. Ostatniej nocy wyjawił Nagini trochę więcej szczegółów. Czymkolwiek ta przepowiednia była, wyglądało na to, że mówiła o kimś, kto mógłby „pokonać" Voldemorta… a tym kimś był… Harry?

To było zbyt absurdalne, by chociażby o tym myśleć, a co dopiero o tym napisać.

To oczywiście tłumaczyłoby, dlaczego chciał go zabić, gdy był dzieckiem; dlaczego przyszedł sam, zamiast wysłać śmierciożerców, by zrobili to za niego. Voldemort teoretyzował, że mama Harry'ego użyła jakiejś starożytnej magii krwi, by chronić swoje dziecko przed klątwą zabijającą. Rodzice Harry'ego wiedzieli, że Voldemort na nich poluje. W końcu użyli zaklęcia Fideliusa właśnie po to, by się przed nim ukryć. A w dodatku jego mama wiedziała, że Voldemort pragnął konkretnie śmierci Harry'ego, skoro już wcześniej szukała sposobów, by go ochronić za pomocą magii krwi.

Harry westchnął, ponownie przykładając pióro do pergaminu.

Powstała przepowiednia, która mówi, że mogę go pokonać — ? (Ciężko w to uwierzyć, ale dobra…)

Chciał mnie zabić, gdy byłem dzieckiem — zanim stanę się dla niego niebezpieczny

Znów przerwał, marszcząc brwi.

Dlaczego nie umarłem?

Mroczna magia krwi mojej mamy?

Usiadł prościej, czytając od początku wszystko, co zanotował do tej pory.

Jego zadanie:

Mówił coś o „Końcu Dni"

Mugolska apokalipsa?

To brzmiało tak, jak gdyby chciał ją zatrzymać. Albo jej zapobiec?

Jeśli mu się nie uda, wszyscy zginą… jeśli mu się uda, czarodzieje przetrwają.

Mugole zginą tak czy inaczej. Nie ma możliwości, by ich ocalić.

Voldemort obwinia Dumbledore'a.

Dumbledore chce ocalić mugoli. Nie zdaje sobie sprawy z tego, że nie może tego zrobić.

Jeśli będzie próbował, wszyscy zginiemy. Możemy ocalić tylko siebie.

Znów przerwał, przeczesując dłonią włosy. Jego myśli były teraz bardziej uporządkowane i czuł, jakby miał większą kontrolę nad zdobytymi informacjami, ale przez to pojawiło się również mnóstwo nowych pytań i nie miał pojęcia, gdzie szukać na nie odpowiedzi.

Przez sekundę rozważał zapytanie Dumbledore'a, ale szybko odrzucił ten pomysł. Dumbledore nigdy by mu nie powiedział. Stwierdziłby, że Harry jest zbyt młody.

A nawet, gdyby nie był „zbyt młody" wątpił, by starzec kiedykolwiek był z nim szczery. Mężczyzna był przebiegłym manipulatorem i Potter w ogóle nie miał do niego zaufania.

Nagle zaczął zastanawiać się, jak wiele tego braku zaufania pochodziło wyłącznie od niego. Wiedział, że część była wywołana przez jego towarzysza, jednak miało to też związek z tym, że jego przyjaciel nie pochwalał sposobu, w jaki Dumbledore traktował Harry'ego. Gryfon miał jednak świadomość, że duża część negatywnych uczuć, jakie jego towarzysz czuł w stosunku do dyrektora, nie miała żadnego z związku z nim samym.

Czy te uczucia przeniknęły do niego poprzez wizje, w których był Voldemortem? Nie wydawało się możliwe, by parę wizji wystarczyło, aby uczucia i opinie Voldemorta przeszły na niego samego. Ale z drugiej strony musiał przyznać, że nie do końca rozumiał to dziwne połączenie, które łączyło go z Czarnym Panem.

Nie walczył również zbytnio ani z wizjami, ani z wpływem Voldemorta. Harry miał kilka teorii dotyczących tego, dlaczego wizje przestały być dla niego bolesne. Pierwsza teoria dotyczyła zmiany jego rdzenia magicznego. Nie był już jasnym czarodziejem. W zasadzie Harry już niemal całkowicie zaakceptował fakt, że jest na dobrej drodze do stania się mrocznym czarodziejem i niezależnie od tego, że wiedział, jak bardzo powinien się tym przejmować, po prostu nie był w stanie myśleć o tym jako o czymś złym. Sądził więc, że dla mrocznego czarodzieja przebywanie w głowie innego mrocznego czarodzieja mogło nie być aż tak bolesne.

Wciąż nie potrafił tego jednak w pełni wytłumaczyć. Jego rdzeń zaczął zmieniać dopiero niedawno, a wizje nie były w ogóle bolesne od czasu…

Od czasu, gdy uwolnił swojego towarzysza i w pełni go zaakceptował.

Ta myśl spowodowała, że Harry zmarszczył brwi.

Nie był pewny, czy czuje się komfortowo zgłębiając się w tę teorię, ale wiedział również, że unikał tego już zbyt długo. Wiedział, że to jego towarzysz jest źródłem jego umiejętności wężomowy. Wiedział również, że potrafił posługiwać się wężomową z powodu mocy, którą pozostawił mu Voldemort, gdy był małym dzieckiem. Tak samo jak wiedział, że jego towarzysz był indywidualną jednostką. Odseparowaną od niego osobowością. Inną osobą, wewnątrz niego.

Inną osobą, która pochodziła od Voldemorta.

A raczej… częścią Voldemorta.

Harry zacisnął mocno powiek, przez moment życząc sobie, by ta myśl nigdy nie zagościła w jego umyśle.

Och, przestań, Harry… Nie udawaj, że nie wiedziałeś o tym wcześniej — pomyślał, wzdychając i odrobinę relaksując się na krześle.

Zdecydował, że na razie nie będzie się na tym koncentrował. Będzie mógł przedyskutować to ze swoim towarzyszem następnej nocy, kiedy położy się spać. Teraz był już ranek, a jego współlokatorzy niedługo zaczną się budzić i oczekiwać, że pójdzie wraz z nimi na śniadanie.

Podniósł z biurka kawałek pergaminu i złożył go na pół. Podszedł do kufra i wysyczał hasło, które umożliwiało mu dostanie się do trzeciej przegrody. Sprawdził słoik z Ritą i potrząsnął nim brutalnie, budząc nieszczęsnego żuka i prawdopodobnie przyprawiając go o zawał serca.

Prychnął, kiedy żuk skulił się na dnie, po czym schował słoik z powrotem do kufra. Od zadania minęło półtora tygodnia i jak dotąd cały czas przetrzymywał ją w ciemności własnego kufra. Wyjął jedną z książek dotyczących wężomagii, które zabrał z Komnaty, umieścił w niej złożony pergamin i odłożył z powrotem do kufra.

Gdy upewnił się, że wszystko jest dokładnie zamknięte, zabrał swoje przybory toaletowe i skierował się do łazienki.

Tego dnia był piątek, a ostatnie półtora tygodnia, za wyjątkiem jego zeszłonocnej wizji, było ciche i nudne. Od czasu zadania Harry spędzał każdego popołudnia godzinę w Komnacie na ćwiczeniu Czarnej Magii, ale kiedy nie miał w perspektywie konieczności trenowania pływania lub robienia czegoś innego, co miało na celu przygotowanie go do turnieju odkrył, że nagle ma zaskakująco dużo wolnego czasu. Dzięki turniejowi i swojemu przeładowanemu terminarzowi wyćwiczył w sobie nawyk odrabiania prac domowych na tyle szybko i poprawnie, na ile tylko było to możliwe, i nawyku tego nie zmieniła nawet większa ilość wolnego czasu.

Oczywiście fakt, że Harry nie musiał spędzać całego czasu na przygotowywaniach do turnieju był doskonałą wymówką dla Rona i Hermiony, oboje oczekiwali więc, że będzie spędzał każdą wolną sekundę właśnie z nimi. Ich nadmierna uczuciowość sprawiła, że regularne wypady do Komnaty były nieco bardziej skomplikowane, ale dawał sobie radę. Niestety nie udało mu się jeszcze znaleźć na tyle długiej przerwy, by mógł pozwolić sobie pobawić się w jej czasie Ritą. Potrzebował do tego kilku godzin, ponieważ chciał cieszyć się tym nie martwiąc się o to, że zostanie uznany za zaginionego.

Miał na głowie również inną sprawę. Kolejnego dnia odbywała się wycieczka do Hogsmeade, o którą pytał Syriusz, jednak wciąż nie otrzymał odpowiedzi od swojego ojca chrzestnego.

Harry i Ron opuścili dormitorium i skierowali się do Pokoju Wspólnego, w którym zobaczyli czekającą na nich Hermionę. Następnie cała trójka udała się do Wielkiej Sali na śniadanie.

Kiedy tylko do pomieszczenia wleciała sowia poczta, w powietrzu pojawiła się mała, brązowa sowa, którą Harry rozpoznał jako sowę Syriusza, i zatrzymała się centralnie przed nim.

Potter przez chwilę wpatrywał się w ptaka z oszołomieniem, podekscytowaniem i przeważającym zmartwieniem. Odwiedziny Syriusza z pewnością mogły przysporzyć mu wiele potencjalnych problemów.

Harry odwiązał list od nóżki ptaka i rozwinął go.

Czekaj przy końcu drogi wylotowej z Hogsmeade (za Derwiszem i Bangesem) w niedzielę o drugiej po południu. Przynieś tyle jedzenia, ile zdołasz.

Harry zerknął na drugą stronę pergaminu, by mieć pewność, że niczego nie przeoczył. Była pusta. Tylko ta jedna linijka tekstu.

Westchnął z lekką irytacją i potrząsnął głową.

— Zwariował — jęknął cicho. — Mam tylko nadzieję, że wie, co robi. Odwiedzenie mnie nie jest warte ryzyka zostania schwytanym — warknął, zwijając list i dając sowie kawałek bekonu.

Harry wrócił do swojego posiłku, zastanawiając się, co przyniesie następny dzień. Jedną z rzeczy, które go martwiły był fakt, że Ron i Hermiona z całą pewnością będą oczekiwać tego, że udadzą się tam z nim. Właściwie to już rozpoczęli planowanie, szepcząc do siebie ściszonymi głosami, podczas gdy on sam jadł w ciszy.

Syriusz z pewnością rozpocznie temat sceny między Snape'em a Karkarowem, której Harry był świadkiem, a o której nie powiedział ani Ronowi, ani Hermionie. Podobnie jak o swoich podejrzeniach, że Snape może być byłym śmierciożercą. A może nawet nie „byłym".

Pozostawał również jego niepokój dotyczący Croucha. To, że pan Crouch był w Hogwarcie przez ten cały czas, i to w przebraniu Moody'ego, z całą pewnością było dziwne. Starszy mężczyzna wydawał się Harry'emu nieco nieswój podczas wieczoru, kiedy wybierani byli reprezentanci, ale… Harry potrząsnął głową. To było dziwne i niepokojące, i wiedział, że dzieje się coś podejrzanego. Będzie musiał tylko odkryć, co to takiego.

Nie był jednak pewny, czy chce dzielić się tym z Syriuszem, zanim sam dowie się więcej o całej sytuacji.

Była jednak jeszcze jedna rzecz, która ciążyła mu i wypełniała poczuciem winy, za nic nie chcąc opuścić jego myśli.

Harry wiedział, gdzie był Glizdogon.

Albo przynajmniej był w posiadaniu wystarczającej ilości informacji, by bez trudu wytropić zdrajcę. Wielki dom na wzgórzu pod Little Hangleton. Glizdogon spędzał tam niemal cały czas oprócz momentów, gdy Voldemort wysyłał go do miasta.

Gdyby złapali Glizdogona, Syriusz zostałby oczyszczony ze wszystkich zarzutów. Mógłby być wolnym człowiekiem, nie musiałby dłużej uciekać.

Jednak Harry nie mógł wyjawić położenia Glizdogona bez wyjawiania położenia Voldemorta…

Gryfon zmarszczył brwi, odkładając widelec na talerz. Dlaczego miałby nie wyjawić, gdzie znajduje się Voldemort? Ta myśl nawet nie przyszła mu do głowy. Nawet nie rozważał możliwości przekazania tej informacji Dumbledore'owi. A to byłby najlepszy moment na to, by to zrobić. Voldemort wciąż był słaby, a jego ciało nie nadawało się do toczenia pojedynków — chociaż Harry wiedział, że nawet w tym ciele mężczyzna wciąż był nadzwyczajnym czarodziejem.

Jednak… z jakiegoś powodu Potter nie chciał, żeby Voldemort został złapany.

Cholera! Nie chciał, żeby Voldemort został złapany! Kiedy, do diabła, to się stało? I co to w ogóle znaczyło? Rdzeń magiczny Harry'ego stawał się mroczny. Nawet nie próbował temu zaprzeczać. Właściwie raczej się z tego cieszył. Zdarzało się, że sporadycznie utożsamiał się w snach z pewnym Czarnym Panem. Jego rosnąca fascynacja nauką niebezpiecznej Czarnej Magii była niepokojąco podobna do tego, co sam Voldemort czuł w związku z tym tematem.

Czytał te same książki, które studiował Voldemort, gdy był w jego wieku i tak samo jak on spędzał mnóstwo czasu w ukrytym w Komnacie pokoju. To sprawiło, że czuł się dziwnie połączony z Czarnym Panem — nawet bardziej, niż sprawiała to oczywista więź łącząca ich poprzez bliznę. Cholera, jeśli już miał być szczery z samym sobą, to moc i wiedza na temat Czarnej Magii, jakie posiadał mężczyzna, robiły na nim wrażenie. Kiedy był Voldemortem podczas swoich wizji czuł moc, którą ten posiadał, i to uczucie było niesamowite.

No i były oczywiście te wszystkie „głębsze motywy", które dopiero zaczynał rozumieć.

Nawet kiedy rozmyślał o fakcie, że Voldemort przyszedł po niego, gdy był dzieckiem i zabił jego rodziców, Harry nie mógł wykrzesać z siebie tego potężnego gniewu, który niegdyś towarzyszył tej myśli. Teraz już wiedział, że Voldemort zrobił to właściwie w celu własnej obrony. Nie zamierzał po prostu wymordować jakiejś niewinnej rodziny, ot tak, dla zabawy. Próbował chronić samego siebie przed przepowiedzianym zabójcą.

Ale on zabił moich rodziców! To przez niego wylądowałem u Dursleyów!

Nie. Wylądowałem u Dursleyów, ponieważ Dumbledore mnie u nich umieścił. Voldemort odebrał mi rodziców, ale wciąż mogłem mieć szczęśliwe dzieciństwo, gdyby Dumbledore choć raz czy dwa sprawdził, czy jestem dobrze traktowany… Mógł zresztą umieścić mnie u jakiejś porządnej rodziny, ale tego nie zrobił.

Ale… nawet jeśli wiedział, w jaki sposób Dursleyowie traktowali mnie przez te wszystkie lata, Dumbledore nie pozwoliłby mi od nich odejść. Teraz już wie, jak mnie traktują, a wciąż każe mi do nich wracać. Nie obchodzi go to, co się ze mną dzieje tak długo, dopóki jego cenna broń jest bezpieczna przed śmierciożercami. Cholera… prawdopodobnie przez te wszystkie lata wiedział o tym, że mną gardzili. Mógł wiedzieć i tak czy inaczej mnie tam zostawić!

Harry poczuł ukłucie bólu w dłoni i zdał sobie sprawę, że zacisnął pięść tak mocno, że kształt widelca odbił mu się na skórze. Szybko odłożył sztuciec, wpatrując się w kroplę krwi wypływającej z małej rany.

Broń.

Tym właśnie był dla Dumbledore'a, czyż nie? Był przepowiedzianym mordercą Voldemorta — największego wroga Dumbledore'a. Harry był niczym więcej jak bronią, której starzec mógł użyć do pokonania swojego wroga.

Poczuł, jak gniew gotuje się w jego żyłach, kiedy kawałki układanki złożyły się w całość w jego głowie. Magia zaczęła niebezpiecznie wirować wokół niego powodując, że talerze i zastawa stołu zaczęły drżeć. Nawet te znajdujące się dalej, przy stole Hufflepuffu. Harry zamrugał, po czym jego oczy rozszerzyły się w przerażeniu, gdy zdał sobie sprawę z tego, co robi. Mógł wysadzić wszystko w powietrze, jeśli pozwoliłby furii przejąć nad sobą kontrolę będąc w miejscu publicznym. W Wielkiej Sali!

Zacisnął szczękę, biorąc kilka głębokich wdechów przez nos i próbując uspokoić zarówno siebie, jak i drgającą wokół niego magię.

— Kurczę! Co to było? — usłyszał głos Rona, jak gdyby dochodził on spod wody. Jego głowa wciąż była opuszczona, kiedy próbował odzyskać kontrolę nad ogarniającym go gniewem, który tak bardzo miał ochotę wysadzić coś w powietrze. Był wściekły. Chciał zrobić komuś krzywdę.

— Nie mam pojęcia… to było dziwne — wymamrotała Hermiona. Następnie dotarło do niego więcej szeptów, które ogarnęły całą Wielką Salę, ale był zbyt zajęty myśleniem o czymś mniej wkurzającym niż Dumbledore, by się nimi przejmować. Niezależnie od tego, jak bardzo próbował, jego myśli wciąż ostatecznie zaczynały krążyć wokół starca i jego manipulacji.

Traktował Harry'ego jak marionetkę! Dla Dumbledore'a świat był wielką szachownicą, a ludzie na niej pionkami. Voldemort działał podobnie, ale śmierciożercy przynajmniej wiedzieli, że są wykorzystywani. Wiedzieli, że są jedynie środkiem do osiągnięcia celu i świadomie w tym uczestniczyli.

Dumbledore podstępem zmuszał ludzi do tego, by grali w jego grze.

Zmusił do tego Harry'ego. Cały czas go oszukiwał. Wykorzystywał go. Manipulował nim. Przebiegły, kłamliwy staruch!

— Harry, wszystko w porządku? — dobiegł go zaniepokojony głos Hermiony, więc podniósł wzrok i zamrugał zdezorientowany.

— Hę?

— Nie… nie wyglądasz najlepiej. Wszystko w porządku?

— Ja… — Harry przerwał i wziął głęboki oddech. — Właściwie nie. Szczerze mówiąc nie czuję się zbyt dobrze… Chyba odpuszczę sobie historię magii. Myślę, że i tak bym zemdlał, gdybym poszedł na zajęcia. Potrzebuję więcej snu. Myślę, że stres dopiero zaczyna mnie łapać… Mogłabyś powiedzieć Binnsowi dlaczego mnie nie ma?

Hermiona spojrzała na niego ze zdziwieniem, ale po chwili na jej twarzy znów pojawiło się zaniepokojenie.

— Oczywiście! Jak myślisz, co jest nie tak? Może powinieneś pójść do skrzydła szpitalnego?

— Myślę, że po prostu potrzebuję odpoczynku. Niedługo mi przejdzie.

— Zamierzasz też urwać się z zaklęć? — zapytał Ron, pochylając się nad stołem.

— On się nie urywa, Ronaldzie! — fuknęła Hermiona.

— Ja… jeszcze nie wiem. Pójdę, jeśli poczuję się lepiej, ale jeśli nie, dacie znać profesorowi Flitwickowi, co się dzieje?

— Jasne — odparła Granger.

— Mam nadzieję, że dla twojego własnego dobra polepszy ci się przed lunchem — zauważył Ron, mówiąc z pełnymi ustami. — Jeśli nie przyjdziesz na eliksiry, Snape da ci szlaban — nie będzie go obchodziło to, że jesteś chory.

Harry przewrócił oczami, po czym uśmiechnął się do nich słabo.

— Tak, upewnię się, że wyśpię się do tego czasu. Mam nadzieję, że będę czuł się lepiej.

Wstał od stołu i chwycił swoją torbę.

— Dzięki, zobaczymy się później.

Hermiona wyglądała na bardzo zmartwioną, ale nie zatrzymywała go dłużej. Harry opuścił Wielką Salę i podążył w stronę głównych schodów. Złość wciąż go wypełniała, czuł, jakby znajdowała się zaraz pod jego skórą i dokładnie wiedział, co pomoże mu ją wyładować. Na sekundę na jego ustach pojawił się złowrogi uśmieszek, który niemal natychmiast zniknął.

Czas złożyć wizytę pewnemu żukowi.