Uwaga! Rozdział zawiera scenę tortur. Jeśli nie lubicie takich klimatów, omińcie pierwszy fragment i zacznijcie czytać dopiero od punktu widzenia Hermiony.
ROZDZIAŁ 11
Tłumaczyła Midnightesse [u/4071010]. Betowała Panna Mi [u/2693969].
Harry położył torbę na kamiennej podłodze, po czym schylił się, by wyjąć z niej swój skórzany notatnik i książkę o magicznych osłonach, którą zabrał ze swojego kufra. Upewnił się, że na dnie jego torby wciąż tkwi owinięty w czarną szatę szklany słoik.
Otworzył notes i przerzucił kilka stron, odnajdując fragment zawierający jego notatki dotyczące zaklęć, które zamierzał przetestować. Pierwszym było zaklęcie Homorphus, które zmusi kochaną Ritę do powrotu do jej ludzkiej postaci, a jednocześnie nie pozwoli jej przez następną godzinę przemienić się z powrotem w żuka.
Położył wciąż otwarty notes na podłodze, po czym sięgnął po książkę. Już wcześniej zaznaczył sobie stronę zawierającą zaklęcie, które planował użyć. Miało ono stworzyć solidną magiczną kopułę wokół wyznaczonego przez niego obszaru, przez którą nikt nie będzie mógł się przedostać aż do czasu, kiedy zaklęcie zostanie cofnięte. Nie sądził, by prawdopodobne było, iż Rita ucieknie, ale uznał, że przyda się dodatkowe zabezpieczenie, zwłaszcza, że zaklęcie nie wymagało ani dużej ilości mocy, ani czasu na jego rzucenie.
Przeczytał szybko akapit, po czym zaczął chodzić wokół komnaty, rysując końcem różdżki odpowiednie runy i mamrocząc pod nosem śpiewną inkantację.
Kiedy tylko wyznaczył granice działania zaklęcia — co nie zajęło dużo czasu, jako że jego przestrzeń była niewielka — wrócił na środek komnaty i skupił swoją magię, by sfinalizować czar.
Mógł teraz poczuć otaczające go, pulsujące magią mury. Nie miał pojęcia, na ile Rita obeznana była z wykrywaniem magicznych aur i sygnatur, nie wiedział więc, czy będzie w stanie wyczuć bariery. Uznał, że prawdopodobnie dowie się, jeśli kobieta będzie próbowała przez nie przejść.
Harry parsknął śmiechem.
Usatysfakcjonowany, odłożył książkę o osłonach i ponownie sięgnął po notes.
Przeczytał listę zaklęć, które zamierzał wypróbować. Chciał przekonać się, jak naprawdę będą wyglądały ich efekty. Jak będzie się czuł, rzucając je. Jego serce biło szybko z niecierpliwości, a na myśl o tym, że wreszcie będzie miał żywy obiekt do ćwiczeń, na jego twarzy pojawił się sadystyczny uśmiech.
Gigantyczne ciało węża nie było złym celem, ale z całą pewnością nie było wystarczająco satysfakcjonujące, a do tego wiele zaklęć po prostu nie działało na nie.
Pogładził palcami skórzaną powierzchnię notatnika, mając dziwną ochotę, by zachichotać, i czując motylki w brzuchu. Zaczynał był podekscytowany. Bardzo podekscytowany.
Cichy głosik z tyłu jego głowy zaprotestował słabo. Czym innym było ćwiczenie na zwłokach węża, a czym innym używanie tych zaklęć na prawdziwym, żywym człowieku. Na osobie.
Osobie, która nie opuści żywa tego pomieszczenia.
Zanim zacznie, musi pogodzić się z tą kwestią, ponieważ po rzuceniu pierwszego zaklęcia nie będzie już drogi powrotnej. Nie będzie możliwości, by zmienić zdanie. Z prostego powodu nie zamierzał od razu zacząć od śmiertelnie niebezpiecznych zaklęć: chciał przećwiczyć na kobiecie jak najwięcej czarów, których nie mógł użyć w żadnej innej sytuacji. Jednak wiedział, że w końcu będzie musiał ją zabić.
To nawet nie było nic osobistego. Była po prostu wygodna. Jasne, nienawidził jej. Ale nie zamierzał jej zabić dlatego, że napisała o nim te wszystkie artykuły. Zamierzał ją zabić, ponieważ była pod ręką, i ponieważ nikt nie będzie miał szans powiązać go z jej zniknięciem.
Spojrzał po raz kolejny na listę, czując, jak jego magia wiruje z niecierpliwości.
To było postanowione. Teraz już nie mógł się wycofać. Chciał tego. Potrzebował tego. Skóra świerzbiła go od zupełnie pierwotnej potrzeby poczucia, jak jej życie przemyka pomiędzy jego palcami. Chciał sprawdzić, czy naprawdę uda mu się tego dokonać. Pragnienie śmierci i bólu, jakie pozostawiła w nim czarna magia, konsumowało go. To było niczym głód.
Bycie tak blisko popełnienia morderstwa było jak stanie na środku pustyni i wpatrywanie się w oazę przez człowieka, który nigdy w życiu nie napił się wody. Nie był w stanie się powstrzymać. Za bardzo tego pragnął.
Odrzucił na bok książkę i sięgnął po słoik, który wciąż owinięty był czarną peleryną.
Przeszedł na środek pokoju, stając niedaleko ciała bazyliszka, po czym położył słoik na podłodze, jednocześnie go odwijając.
Żuk natychmiast zaczął latać wewnątrz słoika w szalonej desperacji.
Harry wyciągnął różdżkę, wskazując na słoik. Machnął nią, wymawiając w myślach inkantację i sprawiając, że szkło zniknęło, pozostawiając po sobie smugę dymu. Żuk natychmiast zamarł, wyraźnie zdezorientowany, prawdopodobnie zastanawiając się, którędy najlepiej uciec.
Harry wymierzył w ruchomego owada, rzucając zaklęcie Homorphus i trafiając za pierwszym razem. Pod wpływem zaklęcia żuk zaczął powiększać się i przybierać ludzką postać, która następnie opadła z hukiem na ziemię.
Kobieta sapnęła i rozejrzała się z paniką w oczach, po czym obróciła się na brudnym kamieniu, w końcu spoglądając na jego twarz.
Przez moment jej oczy były szerokie i wypełnione desperacją, po czym spróbowała się uśmiechnąć, przybierając niewinny wyraz twarzy.
— Harry — wykrztusiła, zmuszając się do uśmiechu i próbując podnieść się na nogi. Potter jedynie uniósł leniwie różdżkę, sycząc:
— Adstringo.
Jej oczy ponownie się rozszerzyły, kiedy jej ramiona i nogi przylgnęły do ciała, przytrzymywane niewidzialną siłą. Harry ponownie machnął różdżką, mamrocząc: „Ponere", jednak to zaklęcie wydawało się nie mieć żadnego widzialnego efektu.
— Wiesz, co to było? — zapytał z uśmieszkiem, powoli się do niej zbliżając. — Zaklęcie Ponere jest czarnomagicznym zaklęciem, które pozwala mi ustawić cię w takiej pozycji, w jakiej chcę, a ty nie będziesz w stanie się poruszyć. Adstringo jest połączeniem zaklęcia wiążącego i paraliżującego. To lepsze niż zwykłe zaklęcia wiążące, ponieważ zamiast tworzyć realne więzy, których z łatwością można się pozbyć, unieruchamiają daną osobę wraz z jej magią. Oczywiście pewną komplikacją jest to, że muszę cały czas skupiać się, by podtrzymywać zaklęcie, ale… właściwie wcale już nie muszę tego robić.
Machnął różdżką, uwalniając Ritę spod działania pierwszego zaklęcia. Nagle na jej twarzy pojawiło się zaskoczenie, panika i strach.
— Harry… Harry, proszę. Pomyśl nad tym, co robisz. Oboje jesteśmy dorosłymi, racjonalnymi ludźmi. Moje działa przeciwko tobie nigdy nie były spowodowane niczym osobistym, po prostu wykonywałam swoją…
— Silencio — wycedził leniwie Harry, machając różdżką. Jej usta wciąż się poruszały, ale nie wydobywał się z nich żaden dźwięk. Przez chwilę na jej twarzy pojawił się gniew, zanim znów zaczęła wyglądać na przerażoną i ostrożną.
Harry zaczął spacerować wokół niej, a jej oczy śledziły każdy jego ruch. Podszedł do niej, kucając obok i wpatrując się w nią przenikliwie.
— Widzisz, Rito… tutaj się mylisz. Być może jestem dorosły, ale nie sądzę, bym był wyjątkowo racjonalny. Mógłbym także kłócić się na temat tego, czy to było osobiste, czy nie, jednakże nasze małe spotkanie nie ma nic wspólnego z twoimi idiotycznymi gryzmołami w gazecie.
Harry pochylił się, łapiąc ją za brodę i obracając jej twarz tak, by móc spojrzeć jej prosto w oczy.
— A teraz, zanim przejdziemy dalej, chciałbym zadać ci kilka pytań. A ty odpowiesz na nie. Myślę, że przydałoby się nieco… posłuszeństwa. — Na jego twarzy pojawił się uśmieszek, kiedy przyłożył różdżkę do jej skroni. — Pareo!
Jej oczy zamgliły się, a Harry poczuł uśmiech rozlewający się na jego twarzy. Udało mu się, i to było takie proste!
Charakterystyczne dla czarnej magii, pełne euforii mrowienie zaczęło rozchodzić się po jego ciele i na moment przymknął oczy, rozkoszując się tym doznaniem. Chwilę później otrząsnął się, skupiając ponownie na Ricie i zdejmując z niej zaklęcie uciszające.
— Teraz, Rito, chciałbym, żebyś powiedziała mi, czy ktokolwiek wie o twojej formie animagicznej?
Kobieta zamrugała, po czym powoli pokręciła głową.
— N — nie — odparła zmęczonym głosem. Harry uśmiechnął się.
— A czy ktokolwiek wie o tym, że zakradałaś się do Hogwartu?
— N — nie…
— Więc… nikt nie ma pojęcia, że tu jesteś?
— Nie — odpowiedziała słabym głosem, po czym zamknęła oczy, jęcząc cicho.
Harry przestał podtrzymywać jej brodę dłonią, przez co jej głowa przechyliła się, uderzając głucho o kamień.
— Świetnie — stwierdził z uśmiechem, wstając i cofając zaklęcie posłuszeństwa.
Kobieta zamrugała zdezorientowana, po czym w jej oczach ponownie pojawił się strach.
— Co to było? — wydyszała. Ze sposobu, w jaki poruszała się jej szyja i głowa — jedyne części ciała, nad którymi miała jakąkolwiek kontrolę — mógł stwierdzić, że próbowała ze wszystkich sił znaleźć się jak najdalej od niego. To, jak wielką miał nad nią teraz kontrolę, sprawiało mu ogromną przyjemność.
— To było zaklęcie posłuszeństwa. Niezły kawałek magii. Nie byłem pewny, czy sobie z nim poradzę, nigdy go na nikogo nie rzucałem. No, ale… w końcu właśnie po to jesteś tu, na dole — dodał z sadystycznym uśmieszkiem.
Jej oczy rozszerzyły się, kiedy znów zaczęła dziko rozglądać się po pomieszczeniu. Harry wyłapał moment, w którym kobieta zdała sobie sprawę, że nie ma zielonego pojęcia, gdzie się znajduje. Chwila, w której dostrzegła bazyliszka była tak zabawna, że Harry niemal wybuchnął śmiechem.
Kobieta zaczęła krzyczeć. Oczywiście, że zaczęła krzyczeć. Ale tym, co naprawdę zaskoczyło Harry'ego, był dreszcz, który przeszedł przez jego ciało na dźwięk jej krzyku. Czyste przerażenie, jakie pobrzmiewało w jej głosie, był niczym miód dla jego uszu.
— C — co?! Co to jest?! Czy to… Gdzie ja jestem?!
Harry zachichotał cicho, po czym obrócił się w stronę wielkiego węża.
— To bazyliszek, jak widać… Naprawdę, Rito, jak sądzisz, jak wiele magicznych węży jest w stanie osiągnąć sześćdziesiąt stóp długości? Niewiele, uwierz mi.
— J — jak… Skąd to…?
— Zabiłem go. Na swoim drugim roku. Niesamowicie dobrze się zakonserwował, prawda? Wyglądał jeszcze lepiej, zanim zacząłem na nim ćwiczyć… Ostatnio stał się celem, na którym wyładowuję swoją złość. Przyznaję, że to bardzo wygodne, ale rzucanie klątw na coś, co już od dawna jest martwe stało się dla mnie niewystarczające.
Odwrócił się, by spojrzeć jej w oczy i zobaczyć w nich obezwładniający strach.
— Z — zabiłeś to… coś? — wyjąkała cicho.
— O, tak. Właśnie znajdujemy się w Komnacie Tajemnic, tak w razie, gdybyś jeszcze tego nie rozgryzła.
Jej wzrok spoczął na ogromnym, kamiennym pomniku przedstawiającym Salazara Slytherina.
— W Komnacie… — wyszeptała, ale jej głos załamał się.
— To dla mnie naprawdę idealne miejsce, wiesz? Znajduje się poza osłonami otaczającymi szkołę, jest całkowicie niewykrywalne. Dyrektor nie ma pojęcia, co się tutaj dzieje. Nikt inny nie jest w stanie tu wejść, ponieważ tylko osoba wężousta może otworzyć drzwi — przerwał, uśmiechając się szeroko do kobiety. — To działa właściwie w obie strony. Wejście jest zamknięte i takie pozostanie, dopóki ja go nie otworzę. Tak czy inaczej, nie masz szans na ucieczkę.
— Harry, p — proszę… Możemy jakoś się dogadać… Rozumiem, że nie byłam miła… Byłam… obchodził mnie tylko artykuł i nawet nie pomyślałam, jak to może wpłynąć na ciebie… Ale teraz widzę… widzę swoje błędy… Już nigdy niczego o tobie nie napiszę, przysięgam! Możemy… możemy po prostu zapomnieć o tym, możemy…
Harry westchnął znudzony i przewrócił oczami, machając różdżką i rzucając kolejne zaklęcie uciszające.
— Masz naprawdę denerwujący głos — poinformował ją, podchodząc bliżej i znów kucając obok niej ze złowrogim, szerokim uśmiechem na twarzy. — Zapomniałaś o pewnym ważnym szczególe, Rito. Widzisz… nie robię tego, ponieważ obsmarowałaś mnie w Proroku. Robię to, ponieważ po prostu umieram z niecierpliwości, by wypróbować kilka nowych, naprawdę fascynujących zaklęć, które znalazłem, a ciało bazyliszka po prostu już mi nie wystarczy do przetestowania ich. Potrzebuję do tego żywej, świadomej osoby. Bazyliszek był przydatny, ale nie jestem w stanie stwierdzić, czy zaklęcie działa prawidłowo, dopóki mój cel nie ma właściwych organów do roztopienia ani możliwości odczuwania bólu. Także widzisz… to, że się spotkaliśmy, stworzyło mi okazję, której nie mogłem sobie odmówić — powiedział uspokajającym tonem, jakby tłumaczył coś małemu dziecku. Z każdym słowem twarz Rity stawała się coraz bardziej biała, a jej usta poruszały się w cichym proteście.
Harry zachichotał cicho, dotykając palcami jej policzka.
— Naprawdę, Rito, to nic osobistego.
Wstał, sięgając po swój notatnik, który wciąż leżał otwarty na podłodze.
— Zobaczmy… które wypróbować jako pierwsze… Oo… to brzmi zabawnie. I nie zostawia żadnych fizycznych szkód. Najlepiej zacząć delikatnie. Nie chcemy przecież już pierwszym zaklęciem zrobić ci krzywdy. Nazywa się Formidilio, słyszałaś kiedyś o nim? Nie? Szkoda… Osoba, która zostanie nim potraktowana doświadcza przerażających wizji, dopóki zaklęcie nie zostanie cofnięte. Ma wypełnić twój umysł największym strachem, jakiego doświadczyłaś… Ciekawe, czego możesz bać się najbardziej, Rito? Sprawdzimy? — uśmiechnął się, unosząc różdżkę.
Jej usta poruszały się, a łzy płynęły po policzkach, ale nie była w stanie wydobyć z siebie żadnego dźwięku.
Harry machnął leniwie różdżką, mówiąc wyraźnie: „Formidilio", po czym odsunął się, by podziwiać efekty.
Na początku oczy kobiety rozszerzyły się w panice, a po chwili jej usta otworzyły się w przerażającym wrzasku. Kobieta ze łzami w oczach zaczęła wić się po podłodze, krzycząc bezgłośnie.
Uśmiech Harry'ego robił się coraz szerszy, a jego oczy zaczęły niemal płonąć z chorej przyjemności. Podskoczył kilka razy czując, jak rozpiera go energia, po czym ponownie wyciągnął różdżkę, mamrocząc:
— Och, po prostu muszę to usłyszeć!
Cofnął zaklęcie uciszające, a pomieszczenie natychmiast wypełniły wrzaski Rity, teraz słabnące i zamieniające się w jęki.
Mamrotała nonsensy i zawodziła cicho. Im dłużej Harry utrzymywał klątwę, tym bardziej czarna magia wypełniała go, była jak błysk, z każdą chwilą coraz bardziej oślepiający. Harry zaczął chichotać dziko, jego śmiech mieszał się z jej jękami.
W końcu jej zawodzenie ucichło i Harry szybko cofnął klątwę, gdy zdał sobie sprawę, że kobieta zemdlała.
— O nie, nie możesz mnie tak szybko opuścić — nadąsał się, próbując odzyskać nad sobą panowanie. — Mam jeszcze względem ciebie tyle planów… Zobaczmy… następne na mojej liście jest… Ach. Tussio Praefoco. Zaklęcie wywołujące duszący kaszel. Dobre do zajęcia czymś wroga, jeśli nie chce się rozpoczynać prawdziwej walki, zrobić mu poważniejszej krzywdy ani go zabić. Całkiem łagodna klątwa, szczerze mówiąc, ale może być przydatna… — kontynuował skupionym głosem, jednak kiedy tylko skierował swoją różdżkę na kobietę, na jego twarzy znów pojawił się maniakalny uśmiech.
Po pięciu minutach przerażającego kaszlu, gdy kobieta zaczęła pluć krwią, po czym zemdlała z braku tlenu, Harry cofnął zaklęcie i rzucił szybkie Rennervate, by przywrócić jej przytomność.
— To nie było złe… — mruknął, obchodząc ją dookoła i pochylając się. Śledziła zmęczonymi i wypełnionymi strachem oczami każdy jego ruch.
— Następne jest szybkie i proste — oznajmił, celując w nią różdżką. Kobieta zesztywniała, jej jednostajny jęk był zachrypnięty od kasłania.
— Eructo Cruor! — zawołał z oczami błyszczącymi od chorej przyjemności. Niemal upadł, kiedy przez jego ciało i różdżkę przeszła fala niesamowitej, mrocznej magii, zmieniając się w ciemnoczerwony promień i uderzając prosto w Ritę.
Dokładnie w sekundzie, kiedy klątwa ją uderzyła, kobieta zaczęła drżeć i wić się, po czym obficie zwymiotowała krwią. Trwało to jedynie moment, ale dla Harry'ego odczucie było tak silne, że poważnie zastanawiał się, czy nie użyć go jeszcze raz.
Zamknął oczy, biorąc uspokajający oddech i próbując się opanować. Jeśli chciał wypróbować więcej zaklęć, zanim ją zabije, musiał odnaleźć w sobie odrobinę kontroli. Jeśli zakończy to w wybuchu szaleństwa, nie będzie miał żadnej zabawy.
Poza tym było jeszcze tyle zaklęć, których nie mógł się doczekać, aż wypróbuje…
Przez następną godzinę rzucał głównie słabsze klątwy, których był ciekawy, a których nie miał okazji wcześniej przetestować. Z trudem utrzymywał nad sobą kontrolę, ale magia słuchała go, co wprawiało go niemal w euforię. Każdy nerw w jego ciele płonął z przyjemności. Czuł się całkowicie oczyszczony.
Rzucił zaklęcie Viscus Expello, które sprawiło, że kobieta natychmiast zaczęła wyrzucać z siebie zawartość swojego żołądka. Szybkim zaklęciem umył ją, bardziej ze względu na swój własny zmysł estetyczny niż jej komfort. Następne było Vormica Morsus, które sprawiło, że na całym jej ciele pojawiły się bolesne bąble. Jej krzyki zdawały się tylko zwiększać przyjemność, jaką wywoływało w Harrym obserwowanie jej agonii. Część niego wiedziała, że to co robił było chore, ale w ogóle go to nie obchodziło. Był zbyt odurzony magią, która go wypełniała. To było zbyt niesamowite, zbyt euforyczne, by przestać.
Następnym zaklęciem, które rzucił, było Exustio Morsus, które nie powodowało żadnych fizycznych szkód, ale sprawiało, że ofiara czuła, jakby płonęła żywcem. Ból był na tyle duży, by kobieta zemdlała zaledwie po minucie, a jemu zajęło prawie trzy minuty, by przywrócić ją do świadomości.
Teraz kobieta była mieszanką łez, potu i krwi, trzęsącą się jak galareta na podłodze, ale Harry albo tego nie zauważał, albo go to nie obchodziło. Zbliżał się do najgorszych klątw i jego entuzjazm zdawał się ciągle rosnąć.
Jako następne rzucił zaklęcie, które nie pozwalało kobiecie stracić świadomości. Podobno był to bardzo często używany podczas tortur czar. Kiedy mają być one karą, nie ma nic dobrego w tym, że ofiara zemdleje i ominie ją cały ból.
Poza tym ciągłe rzucanie Rennervate z czasem robiło się po prostu nudne.
Zaklęcie wyssało nieco jego magii, jako że miało być z nim połączone do czasu, aż pozwoli kobiecie stracić przytomność… lub umrzeć. Jednak było to niemal nieodczuwalne, a do tego, jako że była to czarna magia, wysysanie magii przez zaklęcie było dla Harry'ego przyjemnym uczuciem. Odkrył, że nawet je lubi, poza tym przypominało mu o jej cierpieniu.
Wiedział, że nie powinno mu to sprawiać przyjemności. W pewnym sensie wciąż posiadał zdolność rozróżniania, co według „normalnych" ludzi jest moralne, a co nie… po prostu nie potrafił dłużej się z tym zgadzać. Nie potrafił stwierdzić, dlaczego to, co robił, miałoby być złe.
Harry zmarszczył na chwilę brwi na tę myśl, jednak zaraz otrząsnął się i wrócił do przerwanej czynności.
Następne zaklęcie było o wiele bardziej efektowne niż poprzednie. Nazywało się Skyrdda Excorio i odrywało kawałki skóry. Krzyki kobiety raniły uszy, a jednocześnie były jednym z najpiękniejszych dźwięków, jakie Harry kiedykolwiek słyszał.
Harry był tak oszołomiony, że dopiero po chwili zdał sobie sprawę, iż jeśli szybko nie przerwie zaklęcia, kobieta prawdopodobnie się wykrwawi, machnął więc różdżką, rzucając kilka czarów uzdrawiających.
Fervefacio było zaklęciem, które dosłownie roztapiało ciało, zaczął więc rzucanie go od jej palców i dłoni. Obserwował z perwersyjną fascynacją, jak skóra i mięśnie rozpuszczając się, odsłaniając gołe kości. Przez chwilę przeszło mu nawet przez myśl, że to mógłby być dobry sposób na naukę ludzkiej anatomii.
Rita wciąż krzyczała, choć jej głos był już bardzo zachrypnięty.
Następnie tylko po to, żeby tego spróbować, zdecydował się rzucić na nią Crucio. To była w końcu podstawa czarnej magii i żenujące byłoby, gdyby Harry miał jakikolwiek problem z tym zaklęciem.
Już w momencie, kiedy po raz pierwszy wypowiedział inkantację wiedział dokładnie, dlaczego było ono tak cholernie popularne.
Z pewnością nie było to łatwe zaklęcie, ale sposób, w jaki czarna magia go konsumowała, płynąc w jego żyłach i całkowicie go sobie zawłaszczając sprawił, że upadł na podłogę, dysząc i nie mogąc złapać oddechu. Zrozumiał, że im większy był ból jego ofiary, tym on sam był szczęśliwszy.
To, jak doskonale działał ten mechanizm było całkowicie oszałamiające. Minęły tygodnie, odkąd jakiekolwiek zaklęcie posłało go na kolana. Rita wciąż krzyczała, aż w końcu Harry zdał sobie sprawę, że zaklęcie nadal jest aktywne. Jego umysł w dalszym ciągu był ciężki od obezwładniającej przyjemności, która była zbyt złożona, by był w stanie ją w tym momencie zrozumieć. Jego oddech wciąż był ciężki i urywany, a plecy wygięte, kiedy leżał na zimnej posadzce. Zmusił się, by cofnąć zaklęcie, aż w końcu i on, i Rita opadli bez sił na ziemię.
Rita płakała, jej ciało zwinięte było w kłębek, a jej mięśnie drgały. Harry czuł, jakby został przykryty ciepłym kocem, szczęśliwy, zrelaksowany i powoli odzyskujący zdrowe zmysły. To było… niesamowite. Cholernie niesamowite. Jak ktokolwiek mógł chcieć uprawiać inny rodzaj magii? Przypuszczał, że to dlatego nie uczyli tego w szkołach. Gdyby ludzie to odkryli, nigdy już nie przestaliby używać czarnej magii.
Zamiast tego zakazali jej uczyć, a Ministerstwo nawet zakazało jej praktykować! Odmawianie ludziom takiej przyjemności powinno być karalne!
Gdy odzyskał siły, spojrzał przez ramię na trzęsącą się, jęcząca kobietę, która leżała parę stóp od niego w kałuży własnej krwi.
Ze wszystkich sił próbował zachować poważny wyraz twarzy, jednak chichot sam wymknął się z jego ust.
Merlinie, była tak słaba. Tak żałosna. Nawet nie próbowała się bronić. Nie miała z nim żadnych szans. Była dla niego niczym. Zupełnie niczym.
Harry wstał, przez chwilę się w nią wpatrując. Obserwował bladą skórę i krew zmieszaną na jej twarzy ze łzami.
Tak żałosna.
Tak proste.
Uniósł różdżkę. Kobieta chyba bardziej wyczuła ten ruch niż zauważyła. Znów zapłakała, obejmując kolana ramionami.
— Och, biedna Rita. Nie martw się, skarbie. Myślę, że już skończyliśmy. Chciałabyś już skończyć? Chciałabyś, żebym zakończył twoje cierpienia?
Kobieta nie odpowiedziała, wciąż zawodząc cicho z zamkniętymi oczami.
— Zastanawiam się, czy w ogóle potrafię to zrobić… Mówią, że to niesamowicie trudne zaklęcie. W końcu nie da się go zablokować. Mówią, że bardzo niewielu czarodziejów potrafi rzucić je za pierwszym razem. A nawet za drugim czy za trzecim. Jeśli nie zadziała, to podejrzewam, że będę po prostu próbował, dobrze? W końcu i tak nigdzie się nie wybierasz. Mówią, że nawet, jeśli zaklęcie nie działa, ale intencja jest dobra, czasem bywa dość bolesne… Cóż, dowiemy się dopiero, jak spróbuję, co?
Jego oczy zaczęły błyszczeć, a magia wirować wokół niego. Wezwał ją do siebie, sięgając po wszystkie zapasy mocy, jakie tylko miał. Wypełniło go niesamowite uczucie, miał wrażenie, że zaczyna drżeć… Uniósł różdżkę, celując nią prosto w jej głowę i…
— Avada Kedavra.
—
Hermiona Jean Granger nie była głupia ani ślepa. Właściwie uważała się za bardzo inteligentną i spostrzegawczą młodą kobietę.
Jej siłą zawsze była wiedza książkowa i była pierwszą osobą, która przyznałaby, że jej kontakty z innymi ludźmi wciąż nie były najlepsze. Nadal często nie rozumiała innych i motywów, które nimi kierowały, choć poprawiło się to na przestrzeni lat. W końcu bardzo szybko się uczyła, a kiedy już znalazła przyjaciół robiła wszystko, by zrozumieć ich postępowanie i być dla nich jak najlepszą przyjaciółką.
Przyjaźń była dla niej bardzo ważna, ponieważ przed pójściem do Hogwartu nie miała żadnych przyjaciół.
Była też pierwszą osobą, która przyznałaby, że na początku tego roku szkolnego popełniła ogromny błąd dotyczący jej najlepszego przyjaciela, Harry'ego Pottera.
Tak jak wszyscy inni uwierzyła, że Harry zrobił coś głupiego i nieodpowiedzialnego, by umieścić swoje nazwisko w Czarze Ognia i zostać reprezentantem Turnieju Trójmagicznego. Nie uwierzyła Harry'emu, gdy zaprzeczał.
Harry nigdy za bardzo nie zawracał sobie głowy regułami oraz miał bardzo mały szacunek do autorytetów, zwłaszcza, gdy próbowały one zmusić go do zrobienia czegoś, czego Harry nie chciał robić. Wszyscy chłopcy z Gryffindoru dostali absolutnej obsesji na punkcie tego głupiego turnieju. Każdy z nich desperacko chciał się zakwalifikować. Wszyscy pragnęli sławy i wiecznej chwały. Wszyscy chcieli także pieniędzy, wyzwania i możliwości, by udowodnić, jak bardzo są odważni i potężni.
Założyła więc błędnie, że Harry był taki sam, jak inni chłopcy z jego dormitorium i pragnął tego samego. Tyle, że Harry był Harrym, i jeśli ktokolwiek byłby w stanie znaleźć sposób na ominięcie reguł, byłby to właśnie on.
Wiedziała jednak, jak głupie było to założenie. Kiedy już opanowała wściekłość, jaką czuła do Harry'ego z powodu zrobienia przez niego kolejnej nierozsądnej rzeczy, która naraziła jego życie na niebezpieczeństwo, zdała sobie sprawę, że Harry nigdy nie naraziłby się na niebezpieczeństwo dla czegoś tak mało znaczącego jak sława czy pieniądze. Harry już miał obie te rzeczy i nie znosił ich. To była ta skromna, bezpretensjonalna strona Harry'ego, która zawsze najbardziej jej imponowała.
Harry był prosty. Był znany w całym magicznym świecie, ale nigdy nie zachowywał się zarozumiale. Jeśli już, to właśnie ta sława sprawiła, że stał się jeszcze bardziej nieśmiały i wycofany.
Nie… kiedy Harry narażał swój kark, to zawsze dla czegoś, co rzeczywiście było tego warte. Zawsze ryzykował życiem, by kogoś uratować, nawet kiedy wiedział, że nie ma większych szans. Nie przeszkadzało mu to, ponieważ wiedział, że czyjeś życie jest tego warte.
Ale sława i chwała? Nie, Harry nie uważałby ich za warte ryzyka.
Jak mogła być tak ślepa? Jak mogła porzucić swojego pierwszego prawdziwego przyjaciela z tak głupiego powodu, i to na dodatek wtedy, kiedy najbardziej jej potrzebował?
Zdała sobie sprawę ze swojego błędu po paru tygodniach, kiedy Harry już nawet nie chciał na nią patrzeć. Kilkakrotnie próbowała z nim porozmawiać, ale ani razu nie udało jej się dotrzeć do niego tak, jak kiedyś.
Próbowała również przemówić do rozumu Ronowi, ale ten był uparty jak osioł. Nie był tak jak ona zły na Harry'ego za to, że złamał zasady i naraził się na niebezpieczeństwo. Nie, Ron był wściekły, ponieważ Harry nie podzielił się z nim tą sztuczką czy zaklęciem, którego użył, by dostać się do turnieju. Nieważne, co Hermiona mówiła, nie była w stanie przekonać Rona, że może Harry tak naprawdę niczego nie zrobił, ponieważ to ktoś inny zmusił go do uczestniczenia w turnieju.
Hermiona odwracała swoją uwagę od Harry'ego, skupiając się na swojej ostatniej wielkiej pasji — walce o prawa dla skrzatów domowych, ale to działało tylko na krótką metę, a Ron bez przerwy wyśmiewał jej inicjatywę. Brakowało jej Harry'ego.
Przez cały czas pomiędzy Halloween a pierwszym zadaniem Harry trzymał się na dystans. Wydawał się za wszelką cenę unikać kontaktu z kimkolwiek. Chodził na zajęcia i posiłki w Wielkiej Sali, a potem natychmiast znikał w swoim dormitorium lub w bibliotece. Unikał ludzi niczym plagi i niezależnie od tego, co Hermiona by zrobiła, nie była w stanie wymyślić sposobu, by go przeprosić.
To, co wydarzyło się podczas pierwszego zadania było ogromnym szokiem. Nie wiedziała, co myśleć o tym, że ze wszystkich rzeczy Harry użył właśnie wężomowy, żeby przetrwać. Nie miała nawet pojęcia, że smoki znają mowę węży. Przetrząsnęła parę książek, ale nigdzie nie znalazła niczego na ten temat. Zastanawiała się, skąd Harry się o tym dowiedział.
To zadanie ze smokami w końcu sprawiło, że Ron przestał uważać turniej jedynie za szansę na zyskanie sławy. Zdał sobie sprawę, że był on niebezpieczny i wymagał wiedzy znacznie wykraczającej poza to, czego uczyli się na lekcjach.
Jednak mimo tego, że przyjął do wiadomości fakt, iż być może Harry nie zgłosił się sam, wciąż nie był zachwycony tym, że Harry użył właśnie wężomowy, tak więc nadal trzymał się na dystans.
Hermiona była zaskoczona, kiedy Ron przyszedł do niej i zapytał, co sądzi o tym, by wziąć Harry'ego na stronę i przeprosić. Harry nie zaakceptował tego. Był tak wściekły i czuł się tak zdradzony, że przez jeden przerażający moment Hermiona była pewna, że zupełnie wszystko spieprzyła. Że straciła swojego pierwszego, najlepszego przyjaciela na zawsze.
Wiele razy płakała przed snem, nie mogąc pozbyć się z myśli tych wszystkich „co by było, gdyby".
Kiedy Harry w końcu powiedział jej, że wszystko jest w porządku, była niesamowicie szczęśliwa, że wszystko zostało jej wybaczone, i że wszystko znów będzie tak, jak zawsze.
Ale nie było.
Niezupełnie. Harry był… inny. Przez ten czas, kiedy nie odzywali się do siebie, zauważyła parę zmian, które głównie skupiały się wokół tego, że Harry spędzał mnóstwo czasu samotnie, lepiej się uczył i sam odrabiał swoje prace domowe. Zaczęło mu również iść o wiele lepiej na zajęciach.
I jak do tej pory to się nie zmieniło. Było tak, jakby Harry nagle otrzymał dodatkowy zastrzyk magii. Wcześniej tak trudno było mu się skupić, musiał ćwiczyć zaklęcia wielokrotnie, by w końcu wykonać je poprawnie. Teraz udawało mu się to już po kilku próbach. Odpowiadał bez trudu na zadawane mu pytania i wydawał się rzeczywiście zainteresowany tematem zajęć.
Na początku była tym raczej podekscytowana. W końcu znalazła kogoś, z kim mogła dyskutować o teorii magii, a na dodatek tym kimś był Harry! Była zachwycona, że odnalazła kolejną rzecz, którą mogła dzielić ze swoim przyjacielem.
Jednak mimo, że Harry dalej był jej i Rona przyjacielem, i utrzymywał, że nic się nie zmieniło, to wciąż trzymał się na dystans. Był cichy i zamyślony. Dołączał do rozmów przy posiłkach lub w Pokoju Wspólnym, ale wydawało się, że robi to wbrew sobie.
Zachowywał się, jakby zwracał na nich uwagę, ale Hermiona podejrzewała, że było to dla niego coś w rodzaju zabawy. Wątpiła, żeby Harry miał chociaż świadomość tego, jak wiele pracy włożyła w walkę o prawa dla skrzatów domowych! Kiedy mu o tym mówiła, miała wrażenie, że nawet jej nie słuchał. Kiedy odpowiadał, co nie zdarzało się często, każda oznaka entuzjazmu z jego strony wydawała się całkowicie udawana.
Ron przynajmniej nie zgadzał się z nią, i to było szczere. Udawane zainteresowanie i zamaskowane znudzenie Harry'ego były oburzające! Jak mogło go to nie obchodzić?
A do tego spędzał tak wiele czasu sam, przygotowując się do kolejnego zadania. To, że nie chciał im o tym powiedzieć, było niesamowicie dziwne. Teraz, gdy znowu byli przyjaciółmi, była przekonana, że poprosi ich o pomoc, a on zamiast tego upierał się, by zrobić wszystko sam.
Na początku zlekceważyła to, uznając, że skoro samodzielnie przygotowywał się do pierwszego zadania, prawdopodobnie czuł się bardziej komfortowo, robiąc to samo przed drugim. Jednak teraz mogli mu pomóc! Dlaczego o to nie poprosił, dlaczego nawet nie powiedział im, co planuje?
Po prostu nie mogła tego zrozumieć.
Jako że wszyscy zostawali w zamku na święta, sądziła, że da jej to okazję, by spędzić z Harrym więcej czasu, jednak w rzeczywistości było wprost przeciwnie. Harry'ego nie było prawie przez całą przerwę świąteczną. A ona nie miała zielonego pojęcia, o co chodziło.
Wciąż powtarzał, że chodzi do lochów, by warzyć eliksir, ale gdy kilka razy zeszła do niego, by zaproponować swoją pomoc, laboratorium było puste.
Martwił ją fakt, jak wiele rzeczy Harry przed nimi ukrywał, poczuła więc ogromną ulgę, gdy postanowił zaufać jej i wyjawić prawdopodobnie jeden ze swoich większych sekretów. Właściwie całkowicie szokujący sekret.
Harry… jej Harry… był gejem.
Naprawdę się tego nie spodziewała i musiała przyznać, że część niej była nieco rozczarowana. Kiedy Harry po raz pierwszy uratował ją przed trollem na pierwszym roku, mogła nieco zadurzyć się w czarnowłosym chłopcu z zielonymi oczami. Bardzo szybko jej przeszło, ale nigdy całkowicie. Wiedziała, że to bezsensowne, zwłaszcza teraz, kiedy planowała związać się z Wiktorem.
Nigdy nie spodziewała się czegoś takiego, ale… stało się. Bułgarska gwiazda quidditcha wielokrotnie odwiedzała w tym roku bibliotekę, a ona nigdy nie do końca nie rozumiała, dlaczego chłopak to robił. To było zarówno szokujące, jak i pochlebiające. Wiktor dobrze wyglądał i nawet, jeśli nie był najlepszym rozmówcą, jego angielski powoli się poprawiał.
Za to Harry… kochany Harry. Gejem. Choć była zszokowana, nie miała absolutnie nic przeciwko. Zaskakiwało ją, z jaką łatwością o tym mówił, imponowało jej, jak poradził sobie z artykułem w gazecie dotyczącym jego orientacji.
Jednak podczas przerwy świątecznej, kiedy Hermiona miała nadzieję, że uda jej się spędzić więcej czasu ze swoim przyjacielem, Harry wciąż zachowywał wobec niej dystans. Hermiona spędziła więc święta pracując nad organizacją W.E.S.Z. i zmuszając Rona, by odrobił wcześniej zadane prace domowe.
Nadeszły święta. Bal był absolutnie uroczy, nie mówiąc już o tym, jak bardzo Hermiona była zszokowana widokiem Harry'ego i Fleur.
Gdzie podział się ten mały, nieśmiały chłopiec? Kiedy na jego miejscu pojawił się młody mężczyzna wręcz emanujący pewnością siebie, z łobuzerskim uśmieszkiem kwitnącym na jego twarzy przez cały wieczór?
I sposób, w jaki się ruszał! Gdzie Harry nauczył się tak tańczyć? Była pod wrażeniem obserwując go podczas lekcji tańca, ale to był tylko tradycyjny walc. Harry radził sobie z nowoczesnym tańcem z równą łatwością i zaskakującym wdziękiem, którego nigdy wcześniej u niego nie widziała. Sposób, w jaki razem z Fleur poruszali się na parkiecie sprawiał, że nie mogła oderwać od nich wzroku, a parę razy nawet się zarumieniła.
Gdyby nie to, że widziała, iż Harry jest gejem, nie miałaby wątpliwości co do natury ich tańca.
Fleur wyraźnie doskonale się bawiła i przez krótką chwilę Hermiona chciała być na jej miejscu. Szybko odepchnęła od siebie tę myśl, ponieważ Wiktor również był bardzo zajmującym towarzyszem.
Ten wieczór byłby idealny, gdyby nie Ron zachowujący się jak… cóż, Ron. Zrezygnował z balu, by zgrywać upartego idiotę, który jest zbyt zażenowany, by samemu dobrze się bawić, a jednocześnie wściekły, że jego przyjaciele nie mają podobnego problemu. Wyraźnie widać było, iż był zazdrosny, że Hermiona poszła na imprezę z Wiktorem, nie miała jedynie pewności, co to znaczyło.
Jeśli mu się podobała, to najwyraźniej był zbyt gruboskórny, by zdać sobie z tego sprawę, oraz zbyt uparty, by zrobić cokolwiek w tym kierunku. Hermiona z całą pewnością nie zamierzała stać w miejscu i czekać, aż jej emocjonalnie opóźniony przyjaciel zda sobie sprawę ze swoich uczuć.
Po przerwie świątecznej Harry stał się jeszcze dziwniejszy. Nadal często znikał i nikt nie był w stanie go odnaleźć. Był nawet jeszcze bardziej wycofany niż wcześniej, a ona coraz częściej widziała, jak krzywił się i rzucał wściekłe spojrzenia, kiedy myślał, że nikt nie patrzy.
Często parskał śmiechem i chichotał pod nosem z powodu rzeczy, które wcześniej nigdy by go nie rozbawiły. Zachichotał nawet wtedy, kiedy Malfoy wrzucił coś do kociołka Seamusa na eliksirach, a ten eksplodował.
Hermiona po prostu nie widziała, co spowodowało te zmiany. Z jednej strony Harry'emu szło lepiej na zajęcia i bardziej poświęcał się nauce. Jednak również jego osobowość wydawała się całkowicie zmienić.
Ron zdecydowanie nie wyglądał na zadowolonego z przemiany przyjaciela. Wydawało się, że Harry'ego nie obchodzi już latanie ani quidditch tak, jak wcześniej. Niemal nigdy nie grał z chłopakami z dormitorium w Eksplodującego Durnia, a jeszcze rzadziej zgadzał się na grę w szachy. Dla Rona każda taka sytuacja była niczym ponowna utrata najlepszego przyjaciela.
Jednak były rzeczy, które martwiły Hermionę o wiele bardziej niż nagła utrata zainteresowania quidditchem. W ostatnich miesiącach wychwyciła kilka bardzo niepokojących rzeczy.
Kiedy zbliżało się popołudnie, Harry wydawał się bardziej entuzjastyczny i podekscytowany. Podczas ostatniej lekcji zwykle niemal podskakiwał na krześle, ze zdenerwowania wyłamując sobie palce. Co chwilę zmieniał pozycje, nie będąc w stanie usiedzieć na miejscu.
Czasem krzywił się na nauczycieli. Krzywił się na kolegów z klasy, kiedy głośno się zachowywali. Krzywił się na zegar wiszący na ścianie. Ale gdy ktoś już się do niego odezwał, na jego twarzy pojawiała się spokojna, uprzejma maska. Czasem uśmiechał się i żartował, zupełnie jakby wszystko było w porządku.
Obiad jadł zawsze w błyskawicznym tempie, po czym znikał. Jeśli cokolwiek przeszkodziło mu w udaniu się tam, gdzie zamierzał się udać, jego usta stawały się zaciśnięte, twarz ściągnięta, a w oczach pojawiał się dziwny, ostry wyraz.
Tylko kilka razy była świadkiem tego, jak stracił nad sobą panowanie i za każdym razem działo się to, gdy sądził, że nikogo nie ma w pobliżu. Kiedy ktoś — zwykle jakiś Ślizgon, ale czasem bywała to osoba z innego domu — powiedział coś, co wyjątkowo zdenerwowało Harry'ego, stawał się… agresywny. Hermiona widziała coś takiego zaledwie trzy razy, ale każde kolejne takie wydarzenie było intensywniejsze od poprzedniego i sprawiało, że jej żołądek zaciskał się w supeł, gdy widziała swojego kochanego, miłego Harry'ego, reagującego z taką wściekłością.
Mogła jedynie domyślać się, że tego typu incydentów było więcej. Była pewna, że coś musiało wydarzyć się między Harrym a Draco Malfoyem, ponieważ egoistyczny, czystokrwisty blondyn już od kilku miesięcy unikał Harry'ego jak plagi.
Hermiona powtarzała sobie, że musiał być to wynik stresu związanego z turniejem. Że presja i strach przed niebezpieczeństwem wywoływały w Harrym takie reakcje. Fakt, że ktoś chce się go pozbyć. Że ktoś umieścił jego nazwisko w Czarze Ognia z jakiegoś powodu, a tym powodem było prawdopodobnie doprowadzenie do jego śmierci.
Miała nadzieję, że wraz z drugim zadaniem znikną te wszystkie sekrety. Wierzyła, że tak się stało, kiedy Harry dzień po drugim zadaniu w końcu powiedział jej i Ronowi, iż stał się animagiem.
Bolało ją, że wcześniej to przed nimi ukrywał. Była zszokowana, że przez ponad rok udawało mu się utrzymywać coś takiego w tajemnicy! Ale sądziła również, że w końcu zrozumiała, dlaczego Harry bez przerwy znikał i uciekał. Trenował przemianę animagiczną. Wszystko w końcu nabrało sensu.
Tyle, że tak naprawdę nie nabrało. Najbardziej dezorientujące było to, że Harry wciąż każdego wieczoru znikał Merlin wie gdzie, mimo że od drugiego zadania minęło już półtora tygodnia. Trzecie zadanie czekało go dopiero za ponad dwa miesiące i nie miał pojęcia, na czym będzie ono polegać, nie mógł więc już się do niego przygotowywać. Opanował przemianę animagiczną, więc to wytłumaczenie również odpadało.
Nie ćwiczył transformacji animagicznej ani nie trenował do kolejnego zadania. Tak więc co robił?
Jaki jeszcze wielki sekret skrywał? Zostanie animagiem w tym wieku wydawało się dla Hermiony czymś wielkim, co tylko sprawiało, że zaczynała zastanawiać się nad czym jeszcze pracował? Czy to będzie tak samo szokujące jak tajemnica, którą już im ujawnił? Bardziej?
I dlaczego wciąż odmawiał podzielenia się czymkolwiek z nią i z Ronem? Dlaczego kłamał i wymyślał kiepskie wymówki, zamiast po prostu powiedzieć prawdę?
A tak w ogóle… co się tutaj, do cholery, działo?!
Przez ostatnie parę miesięcy próbowała go kilkakrotnie śledzić, ale za każdym razem udawało mu się ją zgubić. Oczywiste było, że do zakradania się używa swojej peleryny — niewidki, przez co cała sprawa stawała się jeszcze bardziej podejrzana.
Hermiona bała się, że straci swojego pierwszego i najlepszego przyjaciela przez głupi błąd, który popełniła w Halloween. Miała nadzieję, że Harry jej wybaczy, a kiedy to zrobił, optymistycznie zakładała, że wszystko wróci do normy. Ale teraz nie była już tego taka pewna. Nie wiedziała, czy kiedykolwiek coś jeszcze wróci do normy.
Podejrzewała, że Harry już nigdy tak naprawdę jej nie zaufa. Czy kiedykolwiek znowu zacznie otwarcie dzielić się z nią swoimi sekretami? Czy kiedykolwiek odzyska jego zaufanie, czy może już wszystko stracone?
Takie myśli chodziły Hermionie po głowie, kiedy obserwowała, jak w porze lunchu Harry wkracza do Wielkiej Sali. Potter nigdy nie opuszczał zajęć, więc fakt, że rano nie było go na Historii Magii wydawał się zdecydowanie dziwny.
Obserwowała oceniająco, jak Harry przemierza Wielką Salę z dziwną gracją, zmierzając w stronę stołu. Jego głowa była opuszczona, jednak udało jej się dostrzec fragment jego twarzy. Jego oczy wydawały się bardzo jasne i… dzikie.
Miała wrażenie, że zmagał się z niemal szalonym uśmiechem, któremu nie pozwalał ujawnić się na swojej twarzy, i na tę myśl całe jej ciało przeszedł dreszcz. Kiedy usiadł przy stole i uniósł głowę, ten dziwny wyraz twarzy zniknął, zastąpiony przez typową obojętność i zmęczenie.
Czy sobie to wyobraziła?
Nigdy wcześniej nie sądziła, by Harry mógł być dobrym aktorem. Zawsze nosił serce na dłoni. Czasem próbował ukrywać swoje uczucia, ale Hermiona nauczyła się całkiem nieźle je rozpoznawać. Ale w tym roku to się zmieniło. Nie była już pewna, czy w ogóle go znała.
— Czujesz się lepiej, Harry? — zapytała niepewnie.
Spojrzał na nią, uśmiechając się lekko i kiwając głową.
— Tak… o wiele. Drzemka naprawdę dobrze mi zrobiła.
Odwzajemniła uśmiech, ale nie objął on jej oczu. Naprawdę się martwiła, a na dodatek po raz pierwszy w życiu nie miała żadnych odpowiedzi. Nie wiedziała, jak to naprawić. Jedyne, co mogła robić, to obserwować go i próbować wymyślić, co się z nim dzieje. Co go męczyło… i co ukrywał.
—
Kiedy tego wieczora Harry kładł się spać, wciąż czuł oszołomienie spowodowane swoimi wcześniejszymi działaniami. Niemal wychodził z siebie i naprawdę wątpił, że uda mu się w najbliższym czasie usnąć. Musiał się uspokoić i wyciszyć. Wiedział, że najlepszym na to sposobem jest udanie się do swojego umysłu i zrelaksowanie się w ramionach swojego towarzysza, jednak miał pewne opory. Wiedział, że kiedy to zrobi, będzie prawdopodobnie musiał zmierzyć się ze swoim wcześniejszym odkryciem, że jego towarzysz kryje w sobie prawdopodobnie o wiele więcej niż tylko część mocy Voldemorta.
W końcu postanawiając, że nie może dłużej uciekać przed prawdą, Harry zaciągnął zasłony, położył się na pościeli i wślizgnął do swojego umysłu.
Teraz było w nim bardzo ciemno, wszystko otaczała mgła. Nie była to całkowita czerń, bardziej jak powoli zapadający zmrok. Niebo, a raczej sufit, stopniowo pogrążał się w mroku. Róg, w którym zwykle znajdował się jego towarzysz również był pogrążony w ciemności, jednak Harry nie widział w tym niczego przerażającego czy niepokojącego. Jeśli już, to miejsce wydawało mu się uspokajające.
Skierował się w stronę stojącej, zamglonej sylwetki swojego towarzysza. Kiedy się zbliżył, postać odwróciła się.
Witaj… Harry — usłyszał dyszący głos, który wywołał dreszcz na jego kręgosłupie. Jego towarzysz wyciągnął ramiona, na co Harry zbliżył się do niego bez wahania. Solidne ręce objęły go w pasie, przyciągając do swojej klatki piersiowej.
Gest był tak intymny i uspokajający, że natychmiast zrelaksował skołatane nerwy Harry'ego.
Niezależnie od tego, jak skończy się ta rozmowa, to niczego nie zmieni. Harry wiedział, że za nic by tego nie oddał.
Jesteś… zaniepokojony…
Harry westchnął, kiwając głową.
— Ja… czym tak właściwie jesteś? — zapytał po chwili ciszy.
Czy naprawdę… nie wiesz?
Harry przygryzł wargę, wpatrując się w ciemność.
— Nie wiem… być może. Mógłbyś po prostu odpowiedzieć na pytanie?
Tak sądzę. Jestem… fragmentem… duszy… Voldemorta.
Harry zamrugał. Jego duszy? Zmarszczył brwi.
— W jaki sposób się tu znalazłeś? — zapytał.
Kiedy… próbował… cię zabić. Jego dusza rozpadła się. Taki może być… skutek morderstwa… jeśli się tego chce. Można wtedy wziąć… fragment… i związać go z przedmiotem… lub z osobą.
— Ale dlaczego miałby zrobić coś takiego? — zapytał z niedowierzeniem Harry.
Tak długo… jak jakiś fragment duszy… znajduje się na świecie… dusza nie może odejść. Nawet jeśli ciało… umrze.
Harry oparł się, próbując przetrawić tą rewelację. Szczerze mówiąc, był dość oszołomiony.
— Dlatego nie umarł. Ponieważ ty pozostałeś we mnie.
Tak… ale nie sądzę… by zdawał sobie z tego sprawę. To, co zrobił, było… niezamierzone.
Harry przemyślał wszystkie pytania, jakie chodziły mu po głowie. Był zaskoczony tym, jak bardzo nie przejął się faktem, że utkwił w nim kawałek duszy Voldemorta. Wiedział, że wedle wszystkich racjonalnych przesłanek powinno go to zszokować, ale… nie zszokowało.
— Czy masz jego wspomnienia? Jego wiedzę?
Posiadam… fragmenty. Ale tylko sprzed czasu, kiedy zostałem… oddzielony od niego.
— Naprawdę jesteś inną osobą? Mówisz „on", jakby nie był tobą, ale przecież jesteś częścią jego duszy.
On i ja… jesteśmy jednością… w pewnym sensie… i jesteśmy oddzieleni… w innym. Reprezentuję pewne… fragmenty tego… kim jest. Fragmenty, które uważał za… słabe. Chciał się ich pozbyć… by stać się silniejszy. Spędziłem ostatnie trzynaście lat… z tobą. Widziałem twoimi oczami… nawet kiedy znajdowałem się za… murami. Wciąż byłem z tobą. Jestem od niego oddzielony… od wielu lat. Nie jestem całkowicie… nim.
— To ma sens… — wymruczał Harry. — Więc… wiesz, na czym polega jego zadanie? Co to jest, to, co musi zrobić?
Jest Czarnym Panem… Mrocznym Lordem…
Harry czekał, spodziewając się rozwinięcia, jednak gdy stało się jasne, że ono nie nadejdzie, dopytywał dalej:
— Czy to powinno mi coś mówić?
Magia wyznaczyła go. Musi wykonać zadanie… Zadanie ciążące na każdym Lordzie Mrocznej Magii.
Tego się Harry nie spodziewał. Nigdy nie sądził, że nazwa „Czarny Pan" czy nawet „Lord Voldemort" oznacza cokolwiek więcej niż fakt, że jest bardzo potężnym, a jednocześnie zarozumiałym i egoistycznym czarodziejem. Zawsze uważał, że Voldemort po prostu sam nadał sobie tytuł Lorda, ponieważ uważał, że na niego zasługiwał z powodu posiadanej mocy i władzy. Harry nigdy nie wpadł na to, że ten tytuł może rzeczywiście coś znaczyć.
— A na czym dokładnie polega to zadanie? — zapytał z ciekawością.
Utrzymywanie… równowagi… kontrola… powstrzymywanie… Światła. Utrzymywanie magii… z dala od rąk tych… którzy nie są warci… ukradną naszą magię… kiedy… Koniec nadejdzie…
— Ee… chyba nie chwytam — odparł powoli Harry, zmieszany.
To… stara historia. Stara… stara magia. Stare prawa… prawa, o których czarodzieje zapomnieli. O których Światło zapomniało… Zgubili drogę… Nie wiedzą… skąd nasza magia pochodzi. Nasi przodkowie zgodzili się… a ich ignorancja… będzie nas kosztować naszą magię… by się ocalić. Przyniosą nasz Koniec…
Harry pokiwał powoli głową, choć szczerze mówiąc nadal niewiele z tego rozumiał. Był nieco zdezorientowany i miał wrażenie, że omija go coś bardzo ważnego, koniecznego, by zrozumieć sens całości. Wątpił jednak, by jego towarzysz był w stanie mu to jasno wytłumaczyć. Był dobrym towarzyszem, ale nie najlepszym rozmówcą.
— W porządku. Ee… dziękuję. A co z przepowiednią?
Niestety… nie znam… kompletnej treści.
— Ale była przepowiednia, prawda? I mówiła o mnie?
Tak…
— I mówiła o tym, że pokonam Voldemorta? — dodał z niedowierzeniem.
Mówiła… że będziesz miał moc… by to zrobić…
— Ale nie mówiła, że rzeczywiście to zrobię?
Nie… wiem. Cała przepowiednia… została przed nami ukryta. Voldemort nigdy… nie usłyszał… całości.
Harry skrzywił się lekko.
— Cóż, kto usłyszał całość?
Dumbledore…
Lekki grymas na twarzy Harry'ego zmienił się w wyraz czystej nienawiści. Oczywiście, że to musiał być ten starzec. Harry zastanawiał się, czy Dumbledore był jedyną osobą, która znała treść przepowiedni. Jeśli tak, Harry'emu będzie cholernie trudno dotrzeć do jej szczegółów.
Potter westchnął, kładąc głowę na ramieniu swojego towarzysza.
W komnacie… jest książka…
Harry natychmiast uniósł głowę.
— Jaka książka?
Pokażę ci jak… ją znaleźć.
Harry poczuł zaciekawienie i podekscytowanie. Zaczął już planować spędzenie soboty w Komnacie na czytaniu tej nowej, ukrytej książki, kiedy nagle przypomniał sobie, że miał spotkać się w Syriuszem w Hogsmeade. Ledwo powstrzymał zirytowane warknięcie.
Nie widział Syriusza od czasu, gdy rozmawiali przez kominek tydzień po Halloween, a osobiście od ostatniej wiosny, kiedy pomogli mu uciec na Hardodziobie. Powinien być podekscytowany spotkaniem z nim. I był… naprawdę. Po prostu miał również wiele innych rzeczy na głowie.
Westchnął, przytulając się do swojego towarzysza i relaksując odrobinę. Powinien pójść spać. Wciąż był zmęczony po porannej sesji z Ritą, a jeśli nie zacznie się uspokajać i oczyszczać umysłu, nie uda mu się zasnąć jeszcze przez parę godzin.
Merlinie, to był szalony dzień… Miał wizję, w której Voldemort rozmawiał z Nagini, a Harry zaczął odkrywać i rozumieć motywy kierujące czarnoksiężnikiem bardziej niż kiedykolwiek wcześniej.
Następnego dnia Syriusz zamierzał jakimś sposobem wymknąć się do Hogsmeade. Zaczął rozumieć swoje życie nieco bardziej, głównie to, jak bardzo Dumbledore sobie z nim pogrywał, a potem nastąpił moment ślepej wściekłości na starego głupca. A później… do cholery… zabił Ritę.
Dzisiaj kogoś zamordował.
Dziwne było to, jak obojętnie brzmiało to nawet w jego myślach. Jak mało znaczyły dla niego te słowa.
Coś naprawdę musiało być z nim nie tak… prawda?
— Czy to przez ciebie? Ponieważ cię… sam nie wiem… zaakceptowałem?
Co… przeze… mnie?
— To, jak się zmieniłem. To, co zrobiłem dzisiaj w ogóle na mnie nie wpłynęło. Nie mam nawet odrobiny poczucia winy. Bez wahania zrobiłbym to jeszcze raz. To było proste.
To może być… wpływ Voldemort… i mój.
Harry pokiwał głową, czując się zaskakująco spokojny i bez problemu to akceptując.
— W porządku.
Czy to cię… nie martwi?
— Może to dziwne, ale nie.
