Niektóre fragmenty tego rozdziału zostały dosłownie zacytowane z Czary Ognia, inne nieco zmodyfikowane.

ROZDZIAŁ 12

Tłumaczyła Midnightesse [u/4071010]. Betowała Panna Mi [u/2693969].

Następnego ranka po śniadaniu Harry w towarzystwie Rona i Hermiony skierował się w stronę kuchni. Był nieco zaskoczony, że żadne z nich nie wiedziało, gdzie znajduje się kuchnia w Hogwarcie i jak się do niej dostać, zwłaszcza biorąc pod uwagę obsesję, którą od początku tego roku miała Hermiona na punkcie skrzatów domowych. Nie, żeby Harry'ego w ogóle ta kwestia obchodziła.

Wahał się nieco, czy ją tam zabierać, ponieważ był pewny, że pomieszczenie pełne będzie kłaniających się im do stóp skrzatów, czego skutkiem będzie prawdopodobnie denerwujący wykład dotyczący praw człowieka i okrutnego niewolnictwa w magicznym świecie, nie miał jednak dużego wyboru. Syriusz w swoim liście poprosił go, by przyniósł ze sobą dużo jedzenia, a kuchnia była najlepszym miejscem, żeby je zdobyć.

Włożył sporo wysiłku w ignorowanie kampanii Hermiony na rzecz uwolnienia wszystkich skrzatów domowych, a co za tym idzie, ignorował również same skrzaty. Był więc zdumiony, kiedy w rogu pomieszczenia zobaczył Mrużkę, skrzata pana Croucha, trzymającą butelkę piwa kremowego i najwyraźniej będącą w stanie upojenia alkoholowego.

Pozostałe skrzaty natychmiast rozproszyły się, by zebrać jedzenie dla trójki Gryfonów, zaś Zgredek paplał coś z podekscytowaniem, Harry jednak nie był w stanie oderwać wzroku od wyglądającego na chorego i pogrążonego w depresji skrzata.

Po raz pierwszy zobaczył ją w loży honorowej podczas Mistrzostw Świata w Quidditchu. Pilnowała miejsca dla pana Croucha, ale ten nigdy się nie pojawił. Potem zaczął się cały ten chaos związany ze śmierciożercami i mrocznym znakiem na niebie, a skrzatka została odnaleziona z różdżką Harry'ego i oskarżona o to, że sama wyczarowała znak.

Pan Crouch zwolnił ją, wyglądając na przeraźliwie wściekłego. Cała sytuacja wydawała się niesamowicie zagmatwana.

A teraz skrzatka pracowała w Hogwarcie? Cóż, być może nie pracowała, a z całą pewnością tutaj była.

Harry'ego ciekawiło, czy może skrzatka wie cokolwiek o tym, że Crouch podszywa się pod Moody'ego.

— Jesteś gotowy, stary?

Harry zamrugał i odwrócił się do swoich przyjaciół, którzy patrzyli na niego z wyczekiwaniem. Ron trzymał zapakowane w torbę jedzenie, które przygotowały dla nich skrzaty.

— Tak, jasne — odparł automatycznie, przywołując na twarz beztroską, podekscytowaną minę, po czym odebrał od rudzielca jedzenie, zmniejszając je i chowając do swojej torby.

Trio opuściło zamek i zaczęło kierować się wąską ścieżką w stronę Hogsmeade.

Poranek spędzili głównie robiąc zakupy. Harry spędził sporo czasu w księgarni, ale nie był usatysfakcjonowany wyborem, jaki miała ona do zaoferowania. W całym sklepie nie było ani jednej „wątpliwej" pozycji.

Zauważył podejrzanie wyglądający sklep, do którego wchodzili i z którego wychodzili głównie Ślizgoni, jednak nie był w stanie pozbyć się Rona i Hermiony na wystarczająco długi czas, by móc do niego zajrzeć.

W miasteczku znajdował się mały sklep spożywczy, którego Harry nigdy wcześniej nie odwiedzał. Znalazł w nim spory wybór magicznie zakonserwowanej żywności, która nie psuła się przez przynajmniej kilka tygodni. Jedzenie z kuchni mogło pomóc Syriuszowi w najbliższym czasie, ale biorąc pod uwagę desperację wyczuwalną w prośbie jego ojca chrzestnego, Harry zakładał, że regularne zdobywanie pożywienia stanowiło dla mężczyzny problem. Jedzenie, które zabrał dla niego z Hogwartu nie wytrzymałoby dłużej niż dwa, trzy dni, ale to ze sklepu powinno już wystarczyć na dłużej.

Hermiona pochwaliła jego przezorność, ale Harry tylko wzruszył ramionami. Uważał to raczej za zdrowy rozsądek.

Zmniejszył wszystkie pakunki i schował je do torby.

O wpół do drugiej trio minęło sklep Derwisza i Bangesa, kierując się w stronę miejsca, które Syriusz opisał w liście. Kiedy się zbliżyli, Harry dostrzegł bardzo znajomo wyglądającego wielkiego czarnego psa. Na jego twarzy pojawił się autentyczny uśmiech, gdy przyspieszył kroku.

— Cześć, Wąchaczu — powiedział, gdy znaleźli się obok jego ojca chrzestnego, po czym pochylił się, by pogłaskać jego kudłatą, splątaną sierść.

Syriusz, który trzymał w pysku kilka gazet, szczeknął z rozbawieniem, po czym ruszył ścieżką w górę.

Trio podążyło za nim, opuszczając miasto i kierując się w stronę otaczających je gór.

Teren stawał się coraz bardziej skalisty, a droga trudniejsza do pokonania, jednak Syriusz nie zmniejszał tempa. Gdy prawie pół godziny później znaleźli się na miejscu, Ron i Hermiona ledwie łapali oddech. Nawet Harry czuł, że zbliża się do granicy swojej wytrzymałości, ulżyło mu więc, gdy zobaczył Syriusza znikającego w wejściu do jaskini.

Pierwszą rzeczą, którą zobaczyli po wejściu do środka był hipogryf Hardodziob, przywiązany do wielkiego głazu. Skłonili się przed nim czekając, aż pół — orzeł, pół — koń zrobi to samo, zgadzając się, by do niego podeszli.

Ron i Hermiona ruszyli, by go pogłaskać, zaś uwaga Harry'ego skupiła się na Syriuszu, który właśnie skończył przemieniać się z powrotem w człowieka.

Miał na sobie te same szare, postrzępione szaty, w które ubrany był podczas ich ostatniego spotkania prawie rok wcześniej. Jego włosy były o wiele dłuższe, jednak wciąż brudne i potargane. Był wychudzony i wyglądał na przemęczonego.

— Czyś ty zwariował? — zapytał Harry.

— Słucham? — odparł z zaskoczeniem Syriusz.

— Co ty tutaj robisz?

— Wypełniam swoje obowiązki ojca chrzestnego.

— Chcesz, żeby cię złapali?! — zawołał Harry.

— Tylko wasza trójka i Dumbledore zna moją formę animagiczną. Mieszkańcy wioski mają mnie za uroczą przybłędę. Nie mogę jednak kraść zbyt dużo jedzenia, bo zwróciłbym na siebie uwagę

Harry prychnął i potrząsnął głową z irytacją. Zrzucił z ramienia torbę, zaczynając wyciągać z niej jedzenie i przywracać je do pierwotnego rozmiaru.

Brwi Syriusza uniosły się w zdumieniu, gdy zobaczył, że jego chrześniak używa zaklęcia z zakresu materiału piątego roku — dlaczego, Harry nie miał pojęcia. Naprawdę nie rozumiał, dlaczego powiększanie i pomniejszanie nie było przerabiane w Hogwarcie wcześniej. To nie było trudne zaklęcie, a w poprzednich latach bardzo by mu się przydało, bo dzięki niemu mógłby zmniejszyć swój kufer i ukryć go przed swoim wujem.

Gdy Syriuszowi udało się opanować zaskoczenie umiejętnościami Harry'ego, dostrzegł górę jedzenia, na którego widok jego żołądek zaburczał głośno.

— Kurczaki! — zawołał ochryple, a w jego głosie słychać było ogromną ulgę.

— Jest też trochę zakonserwowanego jedzenia na następne parę tygodni. Mam nadzieję, że wytrzyma. Kupiłem je w lokalnym sklepie — poinformował go Harry, wskazując na słoiki i pudełka pełne różnego rodzaju pożywienia. — Planujesz kręcić się w okolicy Hogsmeade?

Syriusz skinął głową, odrywając nogę kurczaka z taką samą agresją, z jaką zrobiłby to będąc w formie psa.

— Chciałem być na miejscu. Twój ostatni list… i wszystkie inne rzeczy… To wszystko zaczyna być coraz bardziej podejrzane. Wolę być blisko.

Harry zmrużył oczy.

— Jakie dokładnie inne rzeczy?

Syriusz wskazał na kilka pożółkłych gazet leżących na ziemi. Gdy Harry sięgnął po nie, pierwsza z brzegu zwróciła jego uwagę.

Tajemnicza choroba Bartemiusza Croucha.

Drugi nagłówek głosił: Czarownica z Ministerstwa nadal nie odnaleziona — Minister Magii angażuje się osobiście.

Harry wybrał artykuł o Crouchu i zaczął czytać.

— O co chodzi z Crouchem? — zapytał Ron, stając za Harrym i zerkając mu przez ramię.

— Wygląda na to, że od listopada nie pokazał się w pracy — odparł Syriusz, odgryzając kolejny kęs kurczaka.

— Tak…nie sędziował również podczas ostatniego zadania — zauważył Ron, wyglądając na zamyślonego. — Mój brat jest jego osobistym asystentem, musiał go zastąpić.

Harry kontynuował przeglądanie artykułu, przeskakując wzrokiem co kilka linijek. Nie był widziany publicznie od listopada… dom wygląda na opuszczony… Klinika Magicznych Chorób i Urazów Szpitala Św. Munga odmawia komentarzy... Ministerstwo nie potwierdza pogłosek o jego krytycznym stanie…

— Mój brat twierdzi, że Crouch cierpi z powodu przepracowania — dodał Ron.

— Naprawdę wyglądał na chorego, kiedy ostatni raz go widziałem. Tego wieczoru, kiedy czara wyrzuciła moje nazwisko… — zauważył Harry nieobecnym tonem. Doszedł do wniosku, że Crouch musiał używać choroby jako wymówki dla swojej nieobecności, kiedy podszywał się pod Moody'ego. Wciąż nie miał jednak pojęcia, dlaczego miałby to robić.

— Hej, Syriuszu?

— Tak, mały?

— Jak dużo o nim wiesz? To znaczy, o Crouchu? Po której stał stronie podczas ostatniej wojny?

— Och, wiem o nim całkiem sporo. Zdecydowanie był po Jasnej Stronie. Zawsze walczył przeciwko Voldemortowi i jego zwolennikom. To właśnie on zesłał mnie do Azkabanu — bez procesu.

— Co?! — zawołali jednocześnie Ron i Hermiona.

— Bez procesu? — wykrzyknął Harry. — Chyba żartujesz!

— Nie, nie żartuję — odparł Syriusz, wciąż skubiąc kurczaka. — Crouch był dyrektorem Departamentu Przestrzegania Prawa, nie wiedzieliście o tym?

Harry, Ron i Hermiona pokręcili głowami.

— Typowano go na przyszłego Ministra Magii — wyjaśnił im Syriusz. — To potężny czarodziej, ten Barty Crouch, bardzo potężny i bardzo żądny władzy. Nigdy jednak nie popierał Voldemorta. Zawsze wypowiadał się bardzo zdecydowanie przeciw Ciemnej Stronie. Być może na samym początku Crouch chciał dobrze, tego nie wiem. Zrobił szybką karierę w ministerstwie, był zwolennikiem bardzo ostrych metod w walce z poplecznikami Voldemorta. To on udzielił nowych pełnomocnictw aurorom, pozwolił im zabijać, bo przedtem musieli przeciwnika brać żywcem. Crouch odpowiadał przemocą na przemoc, zezwolił na użycie wobec podejrzanych Zaklęć Niewybaczalnych. Powiedziałbym, że stał się równie bezlitosny i okrutny jak ci, co opowiedzieli się po stronie ciemności. A miał też swoich zwolenników, ludzie uważali, że dopiero on zabrał się poważnie do walki z Ciemną Stroną, wielu czarodziejów i czarownic było zdania, że to on powinien zostać Ministrem Magii. Kiedy Voldemort zniknął, wydawało sią, że wybór Croucha na najwyższe stanowisko to tylko kwestia czasu. Ale wtedy wydarzyło się coś nieprzewidzianego — Syriusz uśmiechnął się ponuro. — Jego własnego syna ujęto razem z grupą śmierciożerców, którym udało się jakoś uniknąć Azkabanu. Wszystko wskazywało na to, że próbowali odnaleźć Voldemorta, by przywrócić go do władzy.

— Złapano syna Croucha? — zapytała Hermiona, otwierając szeroko oczy ze zdumienia.

— Tak — odpowiedział Syriusz, rzucając Hardodziobowi ogryzioną kostkę kurczaka, po czym sięgnął po bochenek chleba. — To musiał być bardzo nieprzyjemny wstrząs dla starego Croucha, odkrycie, że jego mały Barty był śmierciożercą.

Harry niemal się zadławił.

— Co?

Syriusz zamrugał, zdezorientowany.

— Co, co?

— Jak syn Croucha miał na imię? — zapytał Harry, otrząsając się z szoku.

— Bartemiusz Crouch Junior, ale z tego, co wiem, wszyscy nazywali go Barty.

— Barty… — wydyszał Harry.

— Coś ci to mówi, mały? — zapytał Syriusz, prostując się.

— Ee… — zająknął się Harry. — Nie jestem pewien… Tak czy inaczej, co stało się z synem Croucha? Naprawdę był śmierciożercą?

— Nie wiem tego na pewno, ale został złapany razem z ludźmi, którzy na sto procent byli śmierciożercami. Co do tego, co się z nim stało… Crouch zesłał go do Azkabanu.

Hermiona sapnęła.

— Swojego własnego syna?!

Syriusz znów przytaknął, teraz już z powagą.

— Widziałem, jak go wprowadzali, obserwowałem to przez kraty mojej celi. Nie mógł mieć więcej niż dziewiętnaście lat. Wsadzili go do celi niedaleko mojej. Po zmroku głośno wzywał matkę. Uspokoił się jednak po paru dniach. W końcu wszyscy się uspokajają... wrzeszczą tylko przez sen…

Przez chwilę z jego oczu wyjrzała pustka, jakby zatrzasnęły się w nich czarne okiennice.

— Więc on wciąż jest w Azkabanie? — zapytał Harry, podczas gdy jego umysł pracował nad rozwiązaniem zagadki.

— Nie — odparł Syriusz bezbarwnym tonem. — Nie, już go tam nie ma. Umarł jakiś rok po tym, jak go przyprowadzili.

Myśli Harry'ego zatrzymały się gwałtownie.

Umarł? Jesteś pewny?

Syriusz spojrzał zmieszany na swojego chrześniaka.

— Absolutnie. Nie był jedynym, który umarł w Azkabanie. Większość popadała w obłęd, wielu głodziło się na śmierć. Tracili chęć życia. Łatwo było poznać, że ktoś ma umrzeć, bo wtedy dementorzy byli bardzo podnieceni. A ten chłopiec wyglądał już bardzo źle, jak go przyprowadzili. Crouch był ważnym urzędnikiem ministerstwa, więc jemu i jego żonie pozwolono na ostatnie odwiedziny. Wtedy po raz ostatni widziałem Barty'ego Croucha. Prowadził żonę koło mojej celi, a właściwie prawie ją niósł… Wkrótce potem sama umarła. Z żalu. Zagłodziła się na śmierć, jak jej syn. Crouch nie stawił się po jego ciało. Dementorzy pochowali go poza twierdzą, sam widziałem, jak to zrobili.

Syriusz odrzucił kawałek chleba, który już podnosił do ust, a chwycił butelkę soku dyniowego i wypił aż do dna.

— Tak więc stary Crouch stracił wszystko i to akurat wtedy, gdy myślał, że wszystko osiągnął — ciągnął, ocierając sobie usta wierzchem dłoni. — W jednej chwili bohater, kandydat na Ministra Magii, w następnej umiera mu syn, umiera żona, honor rodziny splamiony, olbrzymi spadek popularności. Tak przynajmniej słyszałem, kiedy już uciekłem. Bo jak tylko ten chłopiec umarł, ludzie zaczęli mówić o nim z sympatią, zaczęli się pytać, jak do tego doszło, że taki miły chłopak z dobrej rodziny zszedł na manowce. No i Ministrem Magii został Korneliusz Knot, a Crouch wylądował w Departamencie Międzynarodowej Współpracy Czarodziejów.

W jaskini zapadła cisza, podczas gdy troje uczniów zastanawiało się nad słowami Syriusza, a mężczyzna kontynuował jedzenie.

Teorie i potencjalne scenariusze przelatywały przez głowę Harry'ego, kiedy siedzieli w ciszy. Mężczyzna o imieniu Barty pomagał Voldemortowi. Jego zadaniem było zorganizowanie porwania Harry'ego.

To dzięki inicjatywie Bartemiusza Croucha Turniej Trójmagiczny został wznowiony. Był jednym z organizatorów całego wydarzenia i miał mnóstwo okazji, by wrzucić nazwisko Harry'ego do czary.

A jednak Barty Crouch Sr aktywnie walczył przeciw Voldemortowi i jego zwolennikom, poza tym z całą pewnością nie był on mężczyzną, którego Harry widział razem z Voldemortem w swoich wizjach. Co oznaczało, że Barty Crouch Jr wcale nie umarł.

Zatem Crouch Sr wraz z żoną udał się do Azkabanu, by odwiedzić swojego umierającego syna. Gdy opuszczali więzienie, Crouch Sr „prawie ją niósł". Barty umarł, a dementorzy go pochowali. Musiało więc być jakieś ciało, a żona Croucha podobno zmarła krótko po śmierci jej syna.

Czy to możliwe, żeby Crouch Sr zostawił swoją żonę w Azkabanie, by móc wyciągnąć stamtąd syna? Mógł dać Barty'emu eliksir wielosokowy, by udało im się stamtąd wymknąć, ale eliksir działał tylko przez godzinę. Nie było możliwości, by jego żona przez dłuższy czas wyglądała jak Barty.

…Chyba, że zabił swoją żonę zaraz po podaniu jej eliksiru. Po śmierci ciało nie zmieniłoby się.

Jasna cholera…

Ale co po tym wszystkim zrobił z Bartym? Ukrywał go gdzieś? Czy Crouch Sr naprawdę pomógłby swojemu synowi wiedząc, że ten pomaga Voldemortowi? Być może Crouch był pod wpływem Imperiusa, kiedy wrzucał nazwisko Harry'ego do Czary. A teraz jest zaginiony, ponieważ… nie żyje? Czy może jest gdzieś przetrzymywany?

Harry nie miał pojęcia. Istniało mnóstwo potencjalnych wyjaśnień.

Jedno jednak było pewne. Bartemiusz Crouch, którego Harry wielokrotnie widywał na mapie w miejscach, gdzie powinien znajdować się Moody, zdecydowanie nie był mężczyzną, którym Harry myślał, że był. To nie był Crouch Sr, to był Barty!

— Wszystko w porządku, Harry? — Harry zamrugał, gdy głos Syriusz przerwał jego rozmyślania.

— Co? Ach, tak… po prostu myślę.

— Cóż, mały, powinniśmy przedyskutować konfrontację Snape'a i Karkarowa, której byłeś świadkiem — powiedział Syriusz z poważnym wyrazem twarzy.

Ron i Hermiona spojrzeli na Harry'ego zdezorientowani.

— O czym on mówi, Harry? — zapytała dziewczyna.

— Och! Kompletnie zapomniałem wam powiedzieć! — zawołał Harry udając, że rzeczywiście zapomniał, a nie umyślnie zachował to dla siebie. — Ja, cóż… jakiś czas temu byłem świadkiem raczej… gorliwej rozmowy między nimi dwoma. Byłem ukryty pod peleryną — niewidką, więc żaden z nich mnie nie widział. Zobaczyłem ich na mapie, więc zrobiłem się podejrzliwy i poszedłem do lochów, żeby ich szpiegować.

Hermiona westchnęła z irytacją.

— Harry, czy kiedykolwiek przestaniesz być podejrzliwy w stosunku do Snape'a? Naprawdę myślisz, że Dumbledore mógłby…

— On jest śmierciożercą — przerwał jej Harry.

Oczy Rona zrobiły się szerokie, zaś Hermiona zastygła z wyrazem niedowierzania na twarzy.

— To nieprawda, Harry! To jakiś absurd!

— To prawda, Hermiono. Albo przynajmniej był. Ma Mroczny Znak na lewym przedramieniu. Tak samo jak Karkarow. Dlatego właśnie rozmawiali, wygląda na to, że przez ostatnich parę miesięcy znak robił się coraz wyraźniejszy i Karkarow spanikował. Był przerażony. Z tego, co podsłuchałem wynika, iż Karkarow jest przekonany, że Voldemort nie będzie z niego zbyt zadowolony. Powiedział coś o tym, że Snape ma przynajmniej Dumbledore'a, który go chroni, a on nie ma nikogo.

Szczęka Hermiony opadła, kiedy wpatrywała się w Harry'ego z szokiem wypisanym na twarzy.

Widziałeś to? — sapnęła. — Jesteś pewien?!

— Cóż… widziałem znak na ramieniu Karkarowa. Unosił rękaw i pokazywał go Snape'owi. Ale z tego, co Snape powiedział, wyraźnie wynikało, że on ma na ręce to samo.

— Ale nie widziałeś dokładnie znaku na ręce Snape'a, prawda? — naciskała Hermiona.

— Kurczę, Hermiono! — warknął Ron. — Daj już spokój! Czemu ciągle go bronisz?!

— Po prostu nie rozumiem, dlaczego profesor Snape miałby ratować życie Harry'ego na pierwszym roku, jeśli naprawdę byłby śmierciożercą. Gdyby był lojalny w stosunku do Sam — Wiesz — Kogo, po prostu pozwoliłby Harry'emu umrzeć!

— Cóż, tak jak powiedział Harry, Dumbledore chronił Snape'a, prawda? Jeśli Snape pozwoliłby Harry'emu umrzeć, Dumbledore prawdopodobnie przestałby mu pomagać, nie? — oświadczył wyzywająco Ron, zakładając ręce na piersi.

— Być może, ale przecież Dumbledore nie ufałby Snape'owi, gdyby ten rzeczywiście był śmierciożercą. Czyż nie?

— Dumbledore nie wie wszystkiego! Nie wiedział o tym, że Sami — Wiecie — Kto tkwił z tyłu głowy Quirrella przez cały nasz pierwszy rok! Prawda?

Sam nie wiem… prawda? — pomyślał sarkastycznie Harry, krzywiąc się wewnętrznie. Czasami naprawdę się zastanawiał…

— Co ty o tym sądzisz, Syriuszu? — zapytał Harry, chcąc przerwać ich bezsensowną sprzeczkę.

— Myślę, że oboje macie trochę racji — powiedział Syriusz, patrząc na Rona i Hermionę. — Jak tylko się dowiedziałem, że Snape tu uczy, zacząłem się zastanawiać, dlaczego Dumbledore go zaangażował. Snape'a zawsze fascynowała czarna magia, słynął z tego w szkole. To był taki chłopak z ziemistą cerą i zawsze tłustymi włosami — dodał, a Harry i Ron wymienili spojrzenia i uśmiechy. — Kiedy przybył do szkoły, znał więcej złowrogich zaklęć niż połowa uczniów siódmej klasy. Związał się z bandą Ślizgonów, później się okazało, że prawie wszyscy zostali śmierciożercami. — Zaczął wyliczać na palcach ich nazwiska. — Rosier i Wilkes — obaj zostali zabici przez aurorów rok przed klęską Voldemorta. Małżeństwo Lestrange'ów — są w Azkabanie. Avery — z tego, co słyszałem, jakoś się wymigał, twierdząc, że rzucono na niego zaklęcie Imperius, i nadal jest na wolności. Ale nie słyszałem, żeby kiedykolwiek oskarżono Snape'a, chociaż, oczywiście, to jeszcze niczego nie dowodzi. Wielu z nich dotąd nie złapano. A Snape jest na tyle sprytny i przebiegły, że potrafi unikać kłopotów.

Hermiona zmarszczyła brwi.

— W porządku, przyjmijmy na chwilę, że profesor Snape był śmierciożercą… Musiał zrobić coś, dzięki czemu zdobył sobie zaufanie Dumbledore'a, inaczej ten nie zatrudniłby go jako nauczyciela. Dumbledore nigdy nie pozwoliłby, by ktoś lojalny wobec Voldemorta uczył w Hogwarcie!

Syriusz wzruszył ramionami, biorąc kolejny łyk soku dyniowego. Zamilkł, wpatrując się w ścianę jaskini. Hardodziob rozglądał się w poszukiwaniu kości, które mógł przeoczyć. W końcu Syriusz przeniósł wzrok na Harry'ego.

— Cóż… masz jeszcze jakieś interesujące wieści, którymi chciałbyś się podzielić? Słyszałem, że jak dotąd turniejowe zadania idą ci rewelacyjnie.

— Och… cóż, tak sądzę. — Harry wzruszył ramionami, spuszczając głowę.

— Och! Och, Harry, musisz mu powiedzieć! — zawołała nagle Hermiona. Potter spojrzał na nią zdezorientowany.

— O czym mu powiedzieć?

— Właśnie, o czym mi powiedzieć? — powtórzył Syriusz.

— O twojej przemianie, Harry! — wyjaśniła zirytowanym tonem.

— Och! No tak…

— Przemianie? — zapytał Syriusz marszcząc brwi i przenosząc spojrzenie z Harry'ego na Hermionę.

Harry przeczesał włosy dłonią, wzdychając.

— Cóż, więc… tak jakby trzymałem to w tajemnicy przed wszystkimi.

— Co trzymałeś w tajemnicy?

— Niecały rok temu zacząłem w tajemnicy uczyć się tego, jak zostać… animagiem — przyznał Harry, uśmiechając się nieśmiało.

— Co takiego?! — zawołał Syriusz.

— Tak, i, jakby to powiedzieć… udało mi się.

— Co ci się udało? — zapytał jego ojciec chrzestny zdezorientowany.

— Przemiana. Udało mi się przemienić.

— Co? To niemożliwe! W niecały rok? Masz dopiero czternaście lat!

— Tak, cóż, wygląda na to, że jeśli się do czegoś przyłożę, jestem w stanie nauczyć się tego w krótkim czasie. Poza tym pod koniec miałem dodatkową zachętę, ponieważ zdałem sobie sprawę, że może mi się to przydać podczas drugiego zadania.

— Jesteś animagiem? — zapytał Syriusz, jakby po to, by upewnić się, że wszystko dobrze zrozumiał. Harry wyszczerzył zęby i wzruszył ramionami.

— Na to wygląda.

— Jasna cholera! I powiedziałeś, że twoja forma animagiczna pomogła ci podczas zadania? Co to takiego?

— Ee, cóż… to właściwie główny powód, dla którego trzymałem to w tajemnicy. To znaczy… nie powiedziałem nawet Ronowi i Hermionie o tym, co robię, ponieważ obawiałem się ich reakcji na moją formę animagiczną.

Syriusz zmarszczył brwi, spoglądając na Rona i Hermionę. Dziewczyna posłała jego chrześniakowi pokrzepiający uśmiech, jednak chłopak wyglądał na nieco obrzydzonego.

— Cóż, po prostu powiedz, mały. To niczego nie zmieni. Wyrzuć to z siebie.

Harry westchnął ciężko. Naprawdę był nieco podenerwowany perspektywą powiedzenia Syriuszowi o tym, że jego formą jest wąż. Tak naprawdę to wcale nie była jego forma animagiczna, ale taką wymówkę wymyślił i musiał się jej trzymać. Pomimo wszystkich zmian, jakie zaszły w Harrym, Syriusz wciąż był dla niego ważny.

— W porządku. Cóż… jestem wężem — powiedział szybko. Syriusz zamrugał.

— Wężem?

— Tak… konkretnie wężem morskim.

— Zamieniasz się w węża? — upewnił się Syriusz. Harry przewrócił oczami.

— Tak, w węża.

— W gigantycznego węża — dodał Ron, wciąż wyglądając nieco blado.

— Czy to prawda? — zapytał Syriusz, szukając u Harry'ego potwierdzenia. Chłopak wzruszył ramionami.

— Tak sądzę.

— Mogę zobaczyć?

Harry obawiał się tego pytania. Wciąż nie był pewien, czy prawdziwy animag będzie w stanie zauważyć różnicę i stwierdzić, że przemiana Harry'ego nie była przemianą animagiczną, ale czymś zupełnie innym.

Wziął głęboki oddech, przytakując. Uklęknął na środku jaskini, skupiając się na wykonaniu transformacji. Chwilę później leżał już na zimnej ziemi, spoglądając na oszołomioną twarz Syriusza Blacka.

— Mówiłem, że jest gigantyczny — oświadczył Ron.

— Rzeczywiście, jest — wymamrotał Syriusz, po czym zamrugał, a uśmiech na jego twarzy zaczął się poszerzać. — Merlinie, Harry… to jest… to po prostu… niesamowite! — Mężczyzna zaśmiał się głośno, po chwili znów zwracając wzrok na Harry'ego. Wąż prześlizgnął się po ziemi, zwijając się i unosząc głowę tak, by jego oczy były na tym samym poziomie, co oczy Syriusza.

Harry zaśmiał się, co zabrzmiało jak syk, a Syriusz jedynie wpatrywał się w niego z zainteresowaniem. Ron zbladł jeszcze bardziej.

— Czyż to nie jest niesamowite? — zapytała radośnie Hermiona, a Syriusz pokiwał głową, wciąż oszołomiony.

— Zdecydowanie. Harry, to naprawdę niezwykłe osiągnięcie. Nie obchodzi mnie, jaką formę przybierasz, bycie w stanie wykonać transformację animagiczną po mniej niż roku ćwiczeń i w wieku czternastu lat jest po prostu niespotykane.

Harry pokiwał głową, zmieniając się z powrotem w człowieka.

— Naprawdę tak uważasz? — zapytał z fałszywą skromnością, szczerząc zęby.

— Naprawdę. — Syriusz uśmiechnął się z dumą. — Teraz musimy wymyślić dla ciebie huncwocki pseudonim!

Harry zamrugał. Nie przyszło mu to wcześniej do głowy i w ogóle się nad tym nie zastanawiał.

— To brzmi nieźle — powiedział Ron. — Twoja forma to pies i jesteś Łapą. Profesor Lupin jest wilkołakiem i mówicie na niego Lunatyk. A tata Harry'ego był jeleniem i miał pseudonim Rogacz, prawda?

Wszyscy zauważyli, że Glizdogon został zupełnie pominięty, jednak nikt tego nie skomentował.

— Dokładnie — odparł Syriusz.

— Więc… musi być to coś związanego z wężem… — powiedział powoli Ron, marszcząc brwi z zastanowieniem. — Łuska? Rozwidlony język…

— Węże są jaszczurkami bez nóg, więc może Beznóg? — zasugerowała Hermiona, wzruszając ramionami. — Albo Kieł… Jad?

— Jesteś jadowity?! — Ron znów zbladł. Harry zachichotał.

— Właściwie to tak — odparł z uśmieszkiem. — Hm, Kieł i Jad mają potencjał, ale pies Hagrida nazywa się Kieł, więc to imię jest już tak jakby zajęte. Sam nie wiem, co sądzić o Beznóg…

— Może Prążek? Masz czarno — białe prążki na całym ciele — zaproponował Ron.

— Ok, więc mamy Łuska, Beznóg, Jad i… Prążek? Jak sądzisz, mały? Pasuje ci ten pseudonim?

Przez chwilę Harry zastanowił się nad swoimi opcjami.

— Ee… myślę, że Prążek jest w porządku — odparł, wzruszając ramionami. To przynajmniej nie krzyczało od razu „wąż" i nie będzie brzmiało podejrzanie, jeśli ktoś spoza ich grupy usłyszy ten pseudonim.

— W porządku, mały. Od dziś jesteś Prążkiem — oznajmił Syriusz z dumnym uśmiechem. — Najnowszym Huncwotem. Na Merlina, wciąż nie wierzę, że naprawdę ci się to udało, dzieciaku. I to zupełnie samemu… Niesamowite.

Harry spuścił głowę. Poczuł delikatne ukłucie winy z powodu okłamywania Syriusza, jednak nie mógł w żaden sposób tego zmienić, więc szybko odepchnął od siebie tę myśl.

— Dzięki — wymamrotał z udawaną nieśmiałością.

— Tak czy siak — rzucił Syriusz, przenosząc uwagę z Harry'ego na Rona. — Zanim skończymy: powiedziałeś, że twój brat jest osobistym asystentem Croucha? Jest szansa, by zapytać go, czy widział ostatnio swojego szefa?

— Mogę spróbować — odparł z powątpieniem Ron. — Będę tylko musiał uważać, żeby nie zabrzmiało to tak, jakbym o cokolwiek oskarżał Croucha. Percy go uwielbia.

Syriusz westchnął, przymykając oczy.

— Która jest godzina?

Harry szybko wyciągnął różdżkę, rzucając zaklęcie Tempus.

— Wpół do czwartej.

— Lepiej wracajcie już do szkoły — rzekł Syriusz, podnosząc się z ziemi. — A teraz posłuchajcie — tu spojrzał szczególnie surowo na Harry'ego — nie chcę, żebyście po kryjomu uciekali ze szkoły, żeby się ze mną spotkać, rozumiecie? Przysyłajcie mi tylko wiadomości. Chcę nadal wiedzieć o wszystkim, co wyda wam się dziwne. Harry, pod żadnym pozorem nie opuszczaj Hogwartu bez pozwolenia, bo to najlepsza okazja dla kogoś, kto chciałby cię zaatakować.

Harry miał ochotę prychnąć, ale w zamian posłusznie pokiwał głową.

Biorąc pod uwagę, że Barty Crouch obecnie udawał jego nauczyciela Obrony, prawdopodobnie był w większym niebezpieczeństwie przebywając w szkole niż poza nią. Nie miał jednak zamiaru mówić Syriuszowi czy komukolwiek innemu o swoich podejrzeniach dotyczących Croucha.

— W porządku, Syriuszu — odparł ze słabym uśmiechem.

— Dobrze. Odetchnę spokojnie dopiero, kiedy ten cholerny turniej się skończy. I nie zapomnijcie nazywać mnie Wąchaczem, kiedy rozmawiacie o mnie między sobą, w porządku?

Wręczył Harry'emu pustą butelkę i podszedł do Hardodzioba, żeby się z nim pożegnać.

— Pójdę z wami do skraju wioski — powiedział. — Zobaczę, może uda mi się zwinąć gazetę.

Zanim opuścili jaskinię, Syriusz przemienił się z powrotem w czarnego psa. Zeszli z nim po zboczu góry i wrócili do głównej drogi. Tam pozwolił każdemu z nich poklepać się po głowie i pognał skrajem wioski. Harry, Ron i Hermiona wrócili do Hogsmeade, a potem skierowali się w stronę Hogwartu.

Harry był niezwykle zirytowany faktem, że tego wieczoru nie udało mu się zejść do Komnaty Tajemnic, jednak kiedy tylko wrócili, Ron i Hermiona zaczęli męczyć go i dopytywać, dlaczego nie powiedział im niczego o Snapie i Karkarowie. Nie było to proste, ale Harry kontynuował udawanie, że po prostu wyleciało mu to z głowy. Nie wyglądali na zbytnio przekonanych, ale szczerze mówiąc niezbyt go to obchodziło. Będą musieli się z tym pogodzić.

W niedzielę udało mu się pozbyć ich na chwilę i udać się do komnaty, a stamtąd do gabinetu Slytherina. Jego towarzysz dołączył do niego w jego umyśle i skierował go w stronę biurka. Poinstruował go, by dotknął dłońmi blatu i wysyczał wężomagiczne zaklęcie uwalniające. Kiedy to zrobił, na podłogę spadła cienka książeczka, która najwyraźniej umocowana była pod biurkiem.

Wyglądała niesamowicie delikatnie i Harry obawiał się, że antyczny pergamin złamie się pod naciskiem jego dłoni. Położył ją ostrożnie na biurku, gładząc opuszkami palców.

Otworzył ją na pierwszej stronie i natychmiast zdał sobie sprawę, że cholerna książka nie była napisana po angielsku.

Ok… więc co to za język? — zapytał swojego towarzysza, nieco sfrustrowany faktem, że pismo nawet nie wyglądało znajomo.

To… staro… elficki…

Harry zamrugał.

Niestety, nic mi to nie mówi.

Staroelficki był językiem… brytyjskich elfów… zanim wybuchła Wojna Tartesyjska… a Celtowie przejęli władzę nad Brytanią…

Harry spojrzał na książkę z o wiele większym zainteresowaniem. Elfy!

Zakładam, że nie masz na myśli skrzatów domowych.

Skrzaty domowe… zostały ukarane. Są potomkami tych… którzy bronili… wysokiej rady elfów…

Tak naprawdę niczego nie wyjaśniło to Harry'emu, jeśli już, to przyniosło tylko więcej pytań, ale nie oczekiwał niczego innego od swojego towarzysza, więc nie drążył tematu. Zastanawiał się, czy może nie powinien zachowywać przytomności na większej ilości lekcji historii magii na wypadek, gdyby profesor Binns wspomniał o tym w przerwie między niekończącymi się opowieściami o rebeliach goblinów. Zdecydowanie nie kojarzył niczego, co nazywałoby się Wojną Tartesyjską, tak samo jak nic nie mówiła mu wzmianka o antycznej rasie elfów pochodzącej z Brytanii.

W porządku… więc to antyczny język elficki. Czy jest jakikolwiek sposób, żeby to przetłumaczyć? Być może skrzaty domowe będą go znały?

On jest… utracony… dla ukaranych. Jest książka… o tym języku… w rogu… koło lustra…

Harry poszedł we wskazanym kierunku i znalazł przerażająco wielką księgę dotyczącą języka staroelfickiego. Ledwo uniósł gigantyczny tom, wpatrując się w niego szerokimi oczami.

Cała pierwsza część dotyczyła fonologii. Opisywała spółgłoski, samogłoski i coś, co nazywało się „harmonią samogłoski". Następne były fonotaktyka, akcenty i odnośniki.

Następna część, „Morfologia", zawierała źródła, przyrostki, formowanie oraz łączenie słów zależnie od ich pochodzenia i dopiero potemksiążka przechodziła do rzeczowników i przymiotników, przysłówków, zaimków, czasowników, czasów i koniugacji…

Harry poczuł się zdecydowanie przytłoczony. Czy naprawdę zamierzał nauczyć się całego cholernego języka tylko po to, żeby przetłumaczyć jedną książkę?

Westchnął, pozwalając opaść swojej głowie na biurko. Wcale nie czekał na to z niecierpliwością.

W końcu uniósł olbrzymią książkę o języku staroelfickim i zaczął czytać pierwszy rozdział. Po godzinie opuścił komnatę z bólem głowy i księgą ciążącą w torbie. Nie zamierzał zabierać ze sobą tej drugiej, ponieważ wydawała się zbyt stara i krucha. Tłumaczenie jej kontynuować zamierzał tylko w Komnacie, ale wciąż mógł uczyć się języka w Pokoju Wspólnym.

Reszta tygodnia dłużyła mu się. Harry z niecierpliwością wyczekiwał lekcji Obrony i szansy na kontynuowanie swojego śledztwa dotyczącego Moody'ego, i jeśli miał być szczery, miał ogromną ochotę na zrobienie czegoś niebezpiecznego i lekkomyślnego. Wciąż jednak próbował odwieść się od tego pomysłu. Pomimo tego, co chciał zrobić i co wiedział, że powinien zrobić, wciąż musiał czekać, ponieważ Obronę miał dopiero w czwartek, a nie potrafił wymyślić dobrej wymówki, dla której mógłby pójść do Moody'ego wcześniej.

W poniedziałek miał Zielarstwo, które było nudne, ale znośne. Następnie Opiekę nad Magicznymi Stworzeniami, która zdecydowanie nie była nudna i tylko chwilami znośna. Po lunchu niestety przyszedł czas na Wróżbiarstwo, które nigdy nie było znośne. Pracowali obecnie nad wróżeniem z muszli, co Harry uważał za całkowicie idiotyczne. Cała idea polegała na trzymaniu muszli przy uchu, a „głos oceanu", który słyszał, z czasem miał zmienić się w głosy duchów morskich lub czegoś równie nonsensownego, co miało wyszeptać mu do ucha jego przeznaczenie.

Całe doświadczenie jedynie działało Harry'emu na nerwy, przez co chłopiec zaczął zastanawiać się głębiej nad tajemniczą przepowiednią, która podobno nastawiła Czarnego Pana przeciw niemu, całkowicie spieprzając mu przy tym całe życie.

We wtorek miał Historię Magii — nuda — a następnie Eliksiry po lunchu. Jego oceny z Eliksirów znacznie poprawiły się w tym semestrze. Wiedział już, jak dane składniki reagują ze sobą i jak je odpowiednio przygotować — lub też przynajmniej wiedział, jakie są ich właściwości, czyli coś, czego Snape nigdy im właściwie nie wyjaśnił oczekując, że po prostu sami powinni to wiedzieć.

Dzięki tej poprawie i niedawno nabytej tendencji do posiadania odpowiedzi na każde pytanie, jakie Snape mu zadał — głównie dzięki pomocy jego towarzysza, który na wszelki wypadek pozostał w umyśle Harry'ego podczas każdych Eliksirów — Snape przestał tak często wywoływać go do odpowiedzi. Harry'emu w zupełności to odpowiadało.

W środy miał tylko jedne zajęcia — Zaklęcia — a resztę dnia spędził w Komnacie, pracując powoli nad tłumaczeniem książki. Świadomość, że antyczna, krucha książka była przynajmniej cienka sprawiała, że czuł ulgę. Miała jedynie jakieś pięćdziesiąt stron, nie musiał więc spędzać wieczności na tłumaczeniu kilkusetstronicowego tomiszcza, by zdobyć odpowiedzi na swoje pytania. Mógł poradzić sobie z przetłumaczeniem pięćdziesięciu stron. A przynajmniej taką miał nadzieję.

Praca była powolna i nużąca. Nabył nowy, skórzany notes przeznaczony specjalnie do tego tłumaczenia i stopniowo przebijał się przez pierwsze strony. Z tego, co mógł stwierdzić na ten moment, wyglądało to jak dziennik opisujący jakieś historyczne wydarzenia z czasów antycznych elfów. Nie wydawało się mieć to jakiegokolwiek związku z „zadaniem" Voldemorta.

Późnym wieczorem żołądek Harry'ego przypomniał mu, że spędził w komnacie bardzo długi czas, w końcu więc oderwał się od pracy i zajrzał do kuchni w drodze do Wieży Gryffindoru.

Ciekawość Hermiony z każdym dniem stawała się coraz bardziej irytująca, ale tego wieczoru osiągnęła szczyt. W momencie, w którym wszedł do Pokoju Wspólnego, dziewczyna rzuciła się na niego, wypytując gdzie był i co robił przez cały dzień. Wygoniła go przez dziurę w portrecie i zaciągnęła do pustej klasy, w której według niej mogli porozmawiać prywatnie. Założenie Hermiony, że Harry wszystko jej powie, jednak jedynie jeszcze bardziej go rozzłościło.

Harry używał wymówki, że biega wokół jeziora, by poprawić kondycję, a potem ćwiczy zaklęcia celując w drzewa i w wodę. Dzisiaj dziewczyna najwyraźniej poszła nad jezioro, by go sprawdzić i odkryła, że go tam nie ma.

— Harry, po prostu chcę wiedzieć, gdzie byłeś! — zajęczała z frustracji po kilku minutach denerwującej sprzeczki. — Dlaczego po prostu mi nie powiesz? Co przed nami ukrywasz, Harry? Jesteśmy przyjaciółmi! Wiesz, że możesz nam zaufać!

— Naprawdę? Naprawdę myślisz, że mogę? — odparował Harry, w końcu nie wytrzymując ciągłego utrzymywania na twarzy przyjaznej maski i wymyślania wymówek.

— Co masz na myśli? — zapytała Hermiona, wzdrygając się, jak gdyby właśnie ją uderzył.

— Powiedz mi, Hermiono, czy mam jakikolwiek powód, żeby ufać tobie lub Ronowi?

— Harry! Wiesz, że możesz nam ufać! Jesteśmy twoimi przyjaciółmi!

— Czy byliście moimi przyjaciółmi w listopadzie, kiedy mojej nazwisko wypadło z cholernej Czary?

— Ile razy mam za to przepraszać, Harry?! Przepraszam! Byłam idiotką! Przysięgam, że nigdy już w taki sposób w ciebie nie zwątpię!

— I po prostu powinien w to uwierzyć, tak?

— Tak!

— Ja widzę to w ten sposób: mogę zaufać, że będziecie ze mną; oprzeć wszystkie swoje plany na tym, że mam waszą dwójkę do pomocy i że mogę na was polegać, po czym skończyć kompletnie udupiony, kiedy wy znowu zmienicie zdanie i odwrócicie się ode mnie. Lub mogę po prostu planować wszystko samemu i być przygotowany na to, by samemu poradzić sobie z każdą sytuacją. Osobiście wolę mieć pewność, że jestem w stanie poradzić sobie bez niczyjej pomocy, ponieważ istnieje możliwość, że ostatecznie, kiedy sytuacja stanie się naprawdę beznadziejna, nie będę miał żadnego wsparcia.

— Harry… — wyszeptała cicho Hermiona, a jej usta zaczęły drżeć. — Ale my możemy ci pomóc. Nie musisz sam dźwigać całego świata.

— Nie możesz mi pomóc w trzecim zadaniu, Hermiono. Nikt nie może. Przygotuję się więc samodzielnie do wszystkiego, co może nadejść.

— Ale Harry…

— Nie, Hermiono. Mam dosyć tej rozmowy. To, co robię i gdzie chodzę to tylko i wyłącznie moja sprawa, więc odczep się!

Harry ominął ją i wybiegł z sali, wracając do Pokoju Wspólnego i wpadając jak burza do swojego dormitorium.

Miał ich dość. Miał dość ich wszystkich. Merlinie, tak bardzo chciał na jakiś czas wynieść się ze szkoły.