Jeszcze raz życzę mojej ukochanej Młodszej siostrzyczce wszystkiego najlepszego, albowiem gdyż ponieważ-że w dniu publikacji tego rozdziału na ao3 (20.02) skończyła szesnaście lat, a to tłumaczenie jest prezentem urodzinowym. Poza tym, jest bardzo mądra i skończyła gimnazjum z milionami nagród, a ja jestem z niej bardzo dumna. You're the best, sisi!
ROZDZIAŁ 13
Betowała Panna Mi [u/2693969] oraz zxully [u/511080].
W zajęciach Obrony Przed Czarną Magią prowadzonych przez Moody'ego najbardziej podobało mu się to, że bardzo często były one aktywne: skupione na nauce poprzez praktykę. Nauczyciel nie wygłaszał wykładu przez całą lekcję ani nie kazał czytać podręczników. Prawie zawsze natomiast polecał im ćwiczyć zaklęcia.
Teraz, dobrani w pary i ustawieni w różnych częściach sali, trenowali rozbrajanie swojego przeciwnika. Rzecz w tym, że ich klasa miała nieparzystą liczbę uczniów, więc nigdy nie mogli się idealnie podzielić. Skoro więc Harry znał większość uroków z programu nauczania czwartego roku, stawał wtedy z tyłu i obserwował, a czasami nawet czytał.
Chociaż nauczyciel miewał niekiedy inne plany i wykorzystywał ten czas, by uczyć go na boku bardziej zaawansowanych zaklęć. Harry był mu za to niezmiernie wdzięczny, ale zastanawiało go, jakie dokładnie kryły się za tym pobudki. Przecież Moody cały rok próbował pomóc mu z Turniejem.
Harry zrozumiał w końcu, że nie został zgłoszony do niego po to, by w nim zginął. Voldemort potrzebował go do rytuału wskrzeszenia. Zabicie go zdecydowanie nie było zatem głównym celem. Po co więc zgłosili go do Turnieju? Nie wiedział. Ale miał zamiar się dowiedzieć.
Właściwie, to chciałby się dowiedzieć wielu rzeczy. Ostatecznie stwierdził, że tylko jedna osoba byłaby zdolna odpowiedzieć na wszystkie jego pytania — Voldemort.
Pozostali uczniowie z jego klasy, rozproszeni po całej sali, próbowali bezsilnie rozbroić swoich partnerów, osiągając przy tym marne rezultaty, a nawet ich brak. Żałosne. Harry'ego rozbawił widok ich żenujących prób i przewrócił oczami. Odepchnął się od ściany i podszedł swobodnie do Moody'ego, który poprawiał ruchy różdżki Seamusa.
— Profesorze — powiedział cicho. Moody odwrócił się i zmrużył swoje normalne oko.
— Tak, Potter? Potrzebujesz czegoś?
Harry rozejrzał się, by sprawdzić, czy któryś z uczniów zwrócił na nich uwagę. Kiedy był pewien, że nie, przysunął się nieco bliżej.
— Chciałbym porozmawiać z panem po zajęciach. Prywatnie. To ważne.
Moody wyglądał, jakby coś podejrzewał, ale w zasadzie, to on miał tak zawsze, więc nie stanowiło to żadnej różnicy. Ostatecznie kiwnął głową.
Harry uśmiechnął się lekko i oddalił o parę kroków, a nauczyciel ponownie skupił swoją uwagę na Gryfonie, po czym zaczął krzyczeć na niego za pokraczną wymowę inkantacji.
—
— Idziesz, stary? — zawołał Ron, przerzucając torbę przez ramię i kierując się w stronę wyjścia.
— Moody poprosił, żebym został chwilę po zajęciach — odpowiedział Harry, gdy skończył pakować notatki.
— Czego chce? — spytał zdezorientowany Ron. Hermiona podniosła głowę, wyraźnie zaciekawiona, ale nie odezwała się ani słowem.
Harry wzruszył ramionami.
— Nie dowiem się, dopóki z nim nie porozmawiam, co nie? Dołączę do was później. Mogę spóźnić się na kolację, jeśli rozmowa się przedłuży.
Ron wzruszył ramionami i wyszedł, ale po Hermionie widać było, że umierała z ciekawości i chciała zadać więcej pytań. Harry zignorował ją i skierował się ku przodowi sali, gdzie przy swoim biurku czekał Moody. Nauczyciel zmrużył na niego swoje normalne oko, obserwując go uważnie tym magicznym.
Harry poczekał, aż zarówno Ron, jak i Hermiona opuszczą salę, zostawiając go samego z profesorem Moodym; wtedy się odwrócił i uśmiechnął do szpakowatego staruszka.
— Poprosiłem, żebyś został po zajęciach, Potter?
— Przepraszam, profesorze, ale ich ciekawość stała się ostatnio dość uciążliwa. Zwłaszcza Hermiona jest wyjątkowo wścibska — powiedział Harry, rzucając pełne irytacji spojrzenie w stronę wyjścia. Zaraz potem skupił się ponownie na Moodym i uśmiechnął. — Czy możemy porozmawiać w gabinecie?
Podejrzliwość widoczna w oku Moody'ego wzrosła, ale pokiwał głową i wskazał Harry'emu drogę do drzwi na końcu klasy.
Gdy weszli do zagraconego pokoju, Moody usiadł na swoim krześle. Harry zauważył, że bawił się różdżką, trzymając ją luźno pomiędzy palcem wskazującym a kciukiem.
Po chwili wahania Harry zajął miejsce na krześle na wprost biurka i spojrzał na profesora.
— Czy ma pan coś przeciwko, żebym rzucił zaklęcie prywatności?
Kącik ust Moody'ego uniósł się w górę w wyraźnym zadowoleniu. Machnął różdżką.
— Proszę bardzo, Potter.
Harry schował różdżkę i wyciągnął przed siebie rękę z dłonią skierowaną ku przodowi gabinetu. Powoli wysyczał słowa, które zbudowały wokół pokoju dość potężną osłonę prywatności. Nie tylko zapewniło to wyciszenie pomieszczenia, dzięki któremu nikt nie mógł ich podsłuchać, ale też zamknięcie wszystkich zamków, by nikt im nie przerywał. Uruchamiało również alarm, gdyby ktoś zbliżył się do drzwi biura. Było bardziej przydatne i potężne od „normalnego" zaklęcia prywatności, a nie miał żadnych skrupułów odnośnie używania wężomagii w obecności Moody'ego.
Kiedy skończył i odwrócił się z powrotem do profesora, zauważył w jego oczach coś pomiędzy zaskoczeniem a zaciekawieniem.
— Interesujące zaklęcie, Potter. Muszę przyznać, że jestem niezmiernie ciekaw, gdzie się go nauczyłeś.
Harry uśmiechnął się i opadł niezgrabnie na krzesło naprzeciw Moody'ego.
— Z książki.
— Oszczędź sobie zbędne przechwałki, Potter. Nie powiesz mi nic więcej?
Harry zaśmiał się i wzruszył ramionami.
— To jedna z książek Salazara Slytherina. Wcześniej należała do Toma Riddle'a. Słyszał pan o nim?
— Slytherina! Gdzie, na Merlina, znalazłeś książkę, która należała do Slytherina?! — wykrzyknął Moody, ignorując zadane przez Harry'ego pytanie.
— W Komnacie Tajemnic. Nie odpowiedział pan na moje pytanie. Czy słyszał pan kiedyś o człowieku zwanym Tomem Riddle'em?
— Riddle'em? — Moody zawiesił głos. Blizny na jego twarzy znacząco utrudniały odczytanie, o czym myślał. — Nie przypominam sobie, bym kiedykolwiek słyszał to imię. W Komnacie Tajemnic, powiadasz?
— Tak, w Komnacie. Nie jestem też zbytnio zaskoczony, że nigdy nie słyszał pan tego imienia. — Harry przerwał na chwilę swoją wypowiedź i wyprostował się na krześle, taksując mężczyznę spojrzeniem. — Zanim przejdę do następnego tematu, chciałbym, by obiecał mi pan, że wysłucha mnie do końca, zanim zacznie rzucać klątwami.
Moody napiął się i widać było, jak zaciska mocniej dłoń na różdżce.
— Czego chcesz, Potter?
— Chcę, żeby mnie pan do niego zabrał. Pieprzyć koniec semestru, ostatnie zadanie czy kiedy tam planowaliście to zrobić. Zabierz mnie teraz.
— O czym ty, do diabła, wygadujesz, Potter?! — krzyknął Moody. Jego ton i postawa wskazywały na zmieszanie i niewiedzę, ale Harry dostrzegł w nich również nieufność.
— Mówię o Voldemorcie. Zabierz mnie do niego. Zgłaszam się na ochotnika, oferuję moją krew czy cokolwiek tam potrzebuje do swojego rytuału wskrzeszenia. Może mieć wszystko... — Harry przerwał i uśmiechnął się. — Cóż… Oczywiście, do pewnego stopnia. Zdecydowanie wolałbym wyjść z tego żywy. To jeden z powodów, dla których robię to z własnej woli.
Zanim Harry w ogóle skończył mówić, Moody wstał i wycelował w niego różdżką. Chłopak zostawił swoją w kieszeni, mając nadzieję, że to wystarczy, by pokazać jego dobre intencje. Był pewien zarówno skuteczności znanego mu wężomagicznego zaklęcia tarczy, jak i swoich uników.
Harry uniósł ręce w geście poddania.
— Prosiłem, żeby mnie pan wysłuchał — przypomniał głośno starszemu czarodziejowi.
— A dlaczego to właśnie do mnie przychodzisz z tą samobójczą prośbą? — parsknął Moody, wciąż udając niezrozumienie.
— Ponieważ wiem, że nie jesteś Alastorem Moodym — odpowiedział Harry, wciąż siedząc spokojnie na krześle z pustymi rękami na widoku. – Jesteś Bartym Crouchem Juniorem. Śmierciożercą, który rzekomo ponad dekadę temu zmarł w Azkabanie. Mogę tylko zgadywać, jakim cudem żyjesz i jak się tu znalazłeś. Domyśliłem się, że zapewne twój tata podmienił cię miejscami z mamą. Nie wiem dlaczego, ale to nie moja sprawa, nieprawdaż?
Moody wyszedł powolnym krokiem zza biurka, nieustannie wskazując różdżką w stronę Harry'ego.
— A jak dokładnie do tego doszedłeś, Potter?
— Poskładałem w całość całą masę informacji z różnych źródeł. Do części z nich tylko ja mam dostęp, więc naprawdę nie musisz się martwić, że ktoś inny dojdzie do tych samych wniosków.
— Doprawdy — prychnął Moody z niedowierzaniem.
— Słuchaj, Crouch. Od miesięcy wiem, że podszywasz się pod Moody'ego. Chociaż nie wiedziałem, że jesteś tym samym Bartym, który pracował dla Czarnego Pana. Zorientowałem się dopiero w zeszłym tygodniu, dlatego postanowiłem w końcu przyjść i uciąć sobie z tobą tę cudowną pogawędkę. Gdybym chciał wydać cię temu staremu capowi, zrobiłbym to dawno temu. Dumbledore nie ma o tym pojęcia i wolałbym, żeby tak zostało.
— I myślisz, że możesz tak po prostu zaoferować się Czarnemu Panu, a potem odejść bez szwanku? — zadrwił Moody, chichocząc ponuro. Harry wzruszył ramionami.
— Mam mu coś do zaoferowania. Wiem, że chce mnie zabić, ale żywy mogę mieć dla niego większą wartość. Tak się składa, że jego zmartwychwstanie byłoby bardziej wydajne, gdybym wziął w nim udział dobrowolnie.
Moody spojrzał na niego sceptycznie.
— Skąd ty w ogóle o tym wiesz? I dlaczego sądzisz, że twoja współpraca zrobi jakąkolwiek różnicę?
— Miewam wizje. Czasem widzę, co dzieje się w jego umyśle. To przypadkowe i, przyznaję, nie mam nad tym żadnej kontroli, ale byłem w jego głowie już kilkakrotnie tego roku.
— Ty? W głowie Czarnego Pana? — syknął niedowierzająco Moody.
Harry przewrócił oczami i popukał palcem w bliznę na swoim czole.
— To nie tylko ozdoba, wiesz? Jestem z nim połączony. Tamtej nocy, kiedy próbował mnie zabić, zostawił we mnie cząstkę siebie. Tego roku przestałem z nią walczyć i ją zaakceptowałem, a przez to zmieniłem swoje poglądy.
— Czyżby? — Moody posłał mu ostre spojrzenie. Harry jedynie wzruszył ramionami i uniósł brwi, po czym znów się odprężył.
— Więc, tak w zasadzie, po prostu chcę się z nim zobaczyć. Muszę mu o czymś powiedzieć i, szczerze mówiąc, chciałbym również zapytać go o kilka rzeczy. Trzeba też rozwiązać pewne kwestie związane z tym jego całym wskrzeszeniem. Kiedy mu powiem, że chcę posłać tego starego capa na drzewo, na sto procent zdecyduje się na pewne zmiany. Rytuał, który planował na koniec tego roku zadziałałby tylko w przypadku, gdyby mój rdzeń magiczny był jasny… a nie jest.
— Żartujesz sobie? Złoty Chłopiec Dumbledore'a maczał paluchy w czarnej magii?
Usta Harry'ego wykrzywił szyderski grymas.
— Nie jestem własnością Dumbledore'a. I zdecydowanie mam pewne doświadczenie, jeśli chodzi o czarną magię.
— A jak niby ją ćwiczyłeś? Bariery chroniące szkołę zawiadamiają starca o każdej czarnomagicznej aktywności.
— O to się nie martw — parsknął Harry. — Najlepsze w Komnacie jest to, że szkolne ograniczenia jej nie obejmują. Miałem ostatnio dzięki temu sporo zabawy. Dumbledore nie ma najmniejszego pojęcia, co tam robię. I wiesz, skoro już o tym rozmawiamy, niesamowicie mnie ciekawiło twoje małe przedstawienie na początku roku. To z Niewybaczalnymi w czasie zajęć. Dyrektorek musiał wiedzieć, co zrobiłeś i pewnie urządził z tego powodu niezłą aferę!
— Przeszło mu — prychnął Moody. Harry zachichotał.
— Super. Więc. Moje spotkanie z Czarnym Panem. Najbardziej będzie go interesowało to, czy będę potrafił utrzymać pozory, kiedy już wszystko ustalimy. Zatem, im mniej podejrzanie będą wyglądały te spotkania, tym lepiej.
Moody otaksował go spojrzeniem.
— Naprawdę to rozważasz, Potter? Równie dobrze mógłbyś skazać się na śmierć, wiesz o tym? Nie ma absolutnie żadnej pewności, że wrócisz stamtąd żywy.
Harry wzruszył lekceważąco ramionami.
— Jestem co do tego całkowicie przekonany.
— Zarozumiały bachor — prychnął z niedowierzaniem Moody.
— Masz więc jakiś sposób, by się do niego dostać? Świstoklik czy coś? I na skontaktowanie się z nim?
— Oczywiście, że mam. Ale musimy opuścić teren zamku, by użyć świstoklika.
— Znasz tajemne przejście na końcu korytarza? — spytał nagle Harry, a Moody spojrzał na niego z zaskoczeniem.
— Tajemne przejście?
— Tak, niedaleko tej sali stoi posąg jednookiej wiedźmy z garbem. Jeśli postukasz ją różdżką, mówiąc "Dissendium", garb się otworzy i ukaże wejście do tajemnego przejścia. Idąc nim, dojdziesz do tunelu, który prowadzi aż do Hogsmeade, do piwnic Miodowego Królestwa. Gdzieś w połowie drogi wychodzisz poza antyaportacyjne ziemie Hogwartu. Tam możemy użyć świstoklika. Masz taki, który działa w obie strony?
— Oczywiście, że tak. Wygląda na to, że naprawdę dobrze to przemyślałeś.
— Cóż, planowałem to już od jakiegoś czasu.
— Planowałeś pójście do Czarnego Pana? — powiedział zaskoczony Moody z odrobiną respektu w głosie. Harry zamyślił się, przekrzywiając lekko głowę.
— Nie... do końca… ale… Myślę, że jakaś część mnie rozważa to już od całkiem dawna. Dłużej, niż jestem tego świadom, w każdym razie. Czuję… pociąg do niego. Wcześniej tego nie rozumiałem, ale teraz już tak. — Roześmiał się, wzruszając ramionami. — Przypuszczam, że wszystko sprowadza się do tego — powiedział i znów postukał palcem bliznę na czole. — Jestem z nim związany. Zaprzeczanie temu tylko sprowadzało na mnie kłopoty. Odkąd zacząłem to akceptować, wszystko się lepiej układa. Przynajmniej dla mnie.
— Hm… — sapnął Moody. — W porządku. Skontaktuję się z Czarnym Panem tej nocy… Choć, przyznam szczerze, nie czuję się komfortowo ze świadomością, że o tym wszystkim wiesz.
— Wiem o tym od dawna. — Harry przewrócił oczami. — Skoro do tej pory nie powiedziałem nic staremu capowi, na pewno już tego nie zrobię.
— Skoro wiesz od dawna, dlaczego nie ujawniłeś się wcześniej?
— Mówiłem ci już. Wiedziałem, że wielosokujesz się w Moody'ego, ale nie przypuszczałem, że jesteś Bartym Crouchem Juniorem.
— A kim myślałeś, że jestem?
— Szczerze mówiąc? Swoim ojcem. Co tylko bardziej mnie zmyliło.
— Moim ojcem!
— Mam zaczarowaną mapę szkoły. Są na niej małe kropki z imieniem, reprezentują każdą osobę przebywającą w zamku. Tam, gdzie spodziewałem się ujrzeć „Alastor Moody", na przykład, gdy byłeś na posiłku albo uczyłeś, a ja patrzyłem prosto na ciebie, wskazywała „Bartemiusza Croucha". Pokazuje tylko pierwsze imię oraz nazwisko, bez dodatkowych przyimków, jak Jr. czy Sr.
— Naprawdę? To dosyć ciekawy artefakt magiczny… czy ktoś jeszcze ma do niej dostęp?
— Nie. Zawsze mam ją przy sobie, a to jedyny egzemplarz. Mój ojciec ją zrobił, kiedy się tutaj uczył.
Brwi Moody'ego uniosły się w górę. Chyba zrobiło to na nim wrażenie.
— W jaki więc sposób dotarłeś do tego, kim naprawdę jestem?
— Cóż, widziałem ciebie, jako Barty'ego, w moich wizjach od Voldemorta. Słyszałem, jak się tak do ciebie zwraca. Ale, wiedząc, jak wyglądasz, nie mogłem powiązać cię ze starcem, którego znałem pod imieniem „Bartemiusz Crouch". Dlatego nigdy nie przyszłoby mi do głowy, że osoba podszywająca się pod Moody'ego może być Bartym z szeregów Czarnego Pana. Dopiero w zeszły weekend, gdy z kimś rozmawiałem, dowiedziałem się kilku rzeczy z przeszłości twojego ojca. Ktoś opowiadał o tym, jak zostałeś ujęty jako śmierciożerca i skazany na odsiadkę w Azkabanie. Ten ktoś nazwał cię Bartym i żarówka się po prostu zapaliła.
— Żarówka się zapaliła?
— Przepraszam, to taka mugolska naleciałość. Nieważne. W każdym razie, moi, um… przyjaciele zaczną coś podejrzewać, jeśli wkrótce się nie pojawię — powiedział, sięgając do torby i grzebiąc w niej. Moody spiął się, obserwując go uważnie. Harry wyjął złożony kawałek pergaminu i położył go na biurku nauczyciela.
— Co to? — zapytał Moody, patrząc na niego sceptycznie.
— Magiczny pergamin. Cokolwiek zostanie na nim napisane, po chwili zniknie i pojawi się na jego odpowiedniku, który jest w moim posiadaniu — powiedział Harry, pokazując identyczny kawałek pergaminu. — Zaklęcie nie jest idealne, ale się śpieszyłem. Każdy może to przeczytać, więc nie zostawiaj tego nigdzie i nie pisz do mnie nic podejrzanego.
— Nie jestem idiotą, Potter — warknął Moody, a Harry się uśmiechnął.
— Oczywiście, że nie. Szczerze mówiąc, to uważam cię za całkiem błyskotliwego, nawet jeśli nie jesteś prawdziwym Alastorem Moodym. Jesteś moim drugim ulubionym nauczycielem obrony, zaraz po wilkołaku z zeszłego roku.
Mężczyzna prychnął, a Harry kontynuował:
— Dobra, będę sprawdzał swój pergamin, gdy tylko zajdzie ku temu sposobność. Daj mi znać, jeśli Czarny Pan powie ci, kiedy możemy do niego wpaść. Inni Gryfoni są zainteresowani moimi częstymi zniknięciami, ale już się raczej do nich przyzwyczaili. Zazwyczaj ulatniam się do Komnaty każdego cholernego dnia, więc nikt nie powinien zauważyć, jeśli nagle przepadnę gdzie indziej. Ale i tak nie mogę przekroczyć ciszy nocnej, bo jeszcze więcej osób zacznie wokół mnie węszyć.
— Wezmę to pod uwagę. Jak wygląda twój plan zajęć, Potter?
— W poniedziałki, czwartki i piątki mam wszystkie zajęcia. We wtorki nie mam ostatnich, ale za to w środy jestem wolny już od obiadu, bo siedzę tylko na zaklęciach. W ciągu ostatnich miesięcy schodziłem do Komnaty tuż po kolacji i nie wracałem przez jakieś półtorej godziny. Moi współlokatorzy się do tego przyzwyczaili i nie zwrócą uwagi, jeśli zniknę na godzinę po kolacji.
Moody pokiwał głową, przyjmując to do wiadomości.
— W porządku, Potter. A teraz się wynoś.
— Widzę, że nie jestem już dłużej mile widziany — parsknął Harry, wstając. — Będziemy w kontakcie.
—
— O co mu chodziło, Harry? — spytał Ron, gdy kilka minut później Harry usiadł przy stole Gryffindoru w Wielkiej Sali.
— Moody chciał zaproponować mi dodatkowe zajęcia zaawansowane. Zauważył, że nauczyłem się już wszystkich zaklęć obronnych z materiału czwartego roku. I skoro w Turnieju mierzę się z osobami o trzy lata ode mnie starszymi, to uznał, że coś takiego mogłoby mi się przydać — skłamał Harry bez wysiłku, nakładając sobie jedzenie na talerz.
— To fantastyczna wiadomość, Harry! — powiedziała miękko Hermiona, choć jej entuzjazm wydawał się wymuszony.
— Tak, brzmi wspaniale — powiedział Ron. — Moody to świetny nauczyciel… Stuknięty, ale wciąż genialny. Ale czy to oznacza jeszcze więcej prac domowych i tak dalej? Mam na myśli, przecież i tak jesteś zajęty większość czasu…
— Najprawdopodobniej będę miał te dodatkowe lekcje w środy, kiedy nie mam popołudniowych zajęć. Moje wieczory też będą teraz luźniejsze, więc część z nich mogę spędzać z Moodym.
— Twoje wieczory będą luźniejsze? — spytała Hermiona niewinnie i wyraźnie nie nawiązując z nim kontaktu wzrokowego. Oczy Harry'ego zwęziły się delikatnie, ale zachował przyjazny wyraz twarzy.
— Cóż, większość moich starych projektów skończyła się wraz z drugim zadaniem… Ale część z rzeczy, których się uczyłem, nie była na nie jeszcze gotowa, a okazały się na tyle interesujące, że mimo wszystko postanowiłem dalej się w nie wgłębiać. No i natknąłem się jeszcze na kilka nowych spraw.
Hermiona wyglądała na rozdartą pomiędzy radością, że w końcu coś im mówił, a frustracją spowodowaną tym, jak niejasno się wyrażał.
— Nowych spraw? — spytała, a Harry spojrzał na nią uważnie. Poprzednią noc spędził w towarzystwie… części duszy Voldemorta… czy czymś tam, próbując wymyślić, jak poradzić sobie ze swoimi tak zwanymi przyjaciółmi, a zwłaszcza z Hermioną.
Jeśli nie znalazłby jej czegoś do roboty, zrobiłaby się tylko coraz bardziej podejrzliwa. Jego towarzysz zasugerował, by uwzględnił ją w najnowszym projekcie. Konkretnie chodziło o próbę znalezienia większej ilości informacji o języku staroelfickim i przetłumaczenie księgi, którą Harry znalazł w biurku Slytherina. To miało sprawić, by pomyślała, że w końcu dzieli się z nią czymś ważnym i dała mu spokój. A przy okazji ktoś pomógłby mu w tłumaczeniu.
W pierwszej chwili Harry gwałtownie odmówił angażowania Hermiony w ten projekt, ale jego towarzysz nalegał. Tłumaczone przez nich informacje jedynie by ją oświeciły, nie stanowiąc żadnego zagrożenia dla Pottera i jego obecnych zajęć.
Zastanawiał się, co tak dokładnie to znaczyło, ale jeśli w jego życiu pozostał jeszcze ktoś, komu ufał, był to jego towarzysz.
Zrezygnowany Harry westchnął, sięgając do torby i wyciągając książkę o staroelfickim.
— To starożytny język, którym posługiwały się brytyjskie elfy przed opuszczeniem tej rzeczywistości. Znalazłem księgę napisaną w ich dialekcie i próbuję ją przetłumaczyć. To podręcznik na jego temat — powiedział, wskazując książkę.
Twarz Hermiony rozjaśniła się tym samym blaskiem, który pojawiał się u niej za każdym razem, gdy napotykała okazję do nauczenia się czegoś nowego.
— To niesamowite, Harry! — wykrzyknęła, zabierając mu książkę z rąk i przejeżdżając po niej z czcią palcami. — Elfy, powiadasz? Och, Harry! To nadzwyczajne! Historia nie wie o nich prawie nic, tylko mity i legendy! Naprawdę znalazłeś książkę napisaną w ich języku?
— Tak, ale jest tak stara, że już się rozpada. Nie sądzę, by rozsądnie było ją ruszać, więc po prostu zacząłem ją kopiować. Dzięki temu nie będę musiał dotykać tak często oryginału. Przyniosę ci jedną z kopii, kiedy już się z tym uporam.
— Och, Harry! — westchnęła, promieniejąc z zachwytu. — Gdzie w ogóle znalazłeś coś tak niesamowitego?!
— Wybacz, Hermiono, ale tego nie mogę ci powiedzieć. Zdradzam ci tyle i tylko tyle. Udowodnij, że nie popełniłem błędu, a może porozmawiamy o tym znowu — powiedział Harry poważnym tonem, a potem znów skupił się na swoim talerzu.
Podekscytowanie Hermiony prysło. Zmarszczyła brwi, pogrążając się na moment w myślach. Po chwili pokiwała z determinacją głową.
— W porządku, Harry. Udowodnię ci, że znów możesz mi zaufać. Pozwól mi pomóc.
Harry spojrzał na nią sceptycznie, ale skinął głową. Ron siedział zdezorientowany, przyglądając im się w czasie całej tej dyskusji.
— O czym wy, na Merlina, mówicie? — zapytał, gdy w końcu jego zdezorientowanie kazało mu się odezwać.
— Harry znalazł książkę napisaną przez elfy! — odpowiedziała Hermiona, a na jej twarz powrócił znajomy blask podekscytowania.
— Skrzaty domowe? — Wykrzywił twarz.
— Nie, Ron, nie skrzaty! Elfy! Wielkie Elfy, Elfy starej Brytanii!
— Przecież to stek bzdur. Elfy nie istniały — powiedział lekceważąco Ron.
— Istniały, Ron! A tu jest tego dowód! To książka o ich języku! — powiedziała, machając z przekorą rzeczoną księgą przed jego twarzą.
— To może być książka o jakimkolwiek starym języku. Gdzie masz realny dowód, że pochodzi od Wielkich Elfów? A jeśli Wielkie Elfy naprawdę istniały, to co się z nimi stało? Czemu nikt żadnego nie widział?
— Myślę, że… — Harry wykrzywił twarz. — Odeszły do innego wymiaru, czy coś takiego.
— Dlaczego miałyby to zrobić? To głupie.
— Jeszcze tego nie rozpracowałem. Ale myślę, że ta książka może o tym mówić… — powiedział z zawahaniem. Hermiona wciągnęła głośno powietrze i spojrzała na niego z jeszcze większym podekscytowaniem.
— Naprawdę tak sądzisz, Harry?!
— Tak, tak właśnie myślę. — Wzruszył ramionami. — Wydaje mi się, że to historia o genezie magii. Opowiada o tym, co stało się z elfami i jak pierwszy człowiek zyskał magiczną moc.
— Bajeczki — prychnął Ron. Hermiona posłała mu wściekły grymas, zanim odwróciła się z powrotem do Harry'ego.
— To absolutnie zdumiewające odkrycie, Harry. Bardzo chciałabym się dowiedzieć, jak do niego dotarłeś, ale powstrzymam na razie swoją ciekawość. W porządku?
— Doceniam to — powiedział Harry, uśmiechając się i kiwając głową.
— Czy mogę ją pożyczyć, by już zacząć czytać? — spytała Hermiona, patrząc na książkę o staroelfickim.
— W zasadzie mogę wyczarować ci kopię. Ta książka jest starsza niż uroki chroniące prawa autorskie, które są na woluminach w bibliotece, więc nic mnie przed tym nie powstrzymuje.
Hermiona znów wciągnęła głośno powietrze.
— Potrafisz wykonać urok kopiujący! To bardzo wysoki poziom transmutacji, Harry! Wyższy nawet od OWUTEMÓW. Trudne jest już samo wyczarowanie czegoś trwałego z niczego, ale żeby było to jeszcze coś tak szczegółowego i grubego, jak książka?!
— Cóż, nie będę udawać, że to proste. Kilka razy mi się nie udało, ale ostatnio trochę ćwiczyłem. Tym razem na pewno nie będę miał problemów.
Hermiona przyjrzała mu się uważnie.
— Ćwiczyłeś zaklęcie kopiujące książki? — spytała, lekko zmieszana. — Dlaczego?
— Kopiowałem kilka książek — odpowiedział z uśmiechem i znaczącym spojrzeniem, bez słowa przypominając jej o obietnicy nie zadawania zbyt wielu pytań. Hermiona prychnęła i wydęła wargi z irytacji, ale nie naciskała.
Harry się uśmiechnął — to miało szansę powodzenia. Hermiona miała w sobie desperackie pragnienie nowej wiedzy. Dlatego dopóki on będzie podsuwał jej pod nos te elfie sprawy, dopóty ona będzie z nim współpracowała.
— W każdym razie, po powrocie do pokoju wspólnego skopiuję ten podręcznik staroelfickiego i będziesz mogła zacząć go czytać. Niestety druga książka jest zbyt delikatna, by zaryzykować to zaklęcie. Będę musiał pracować nad każdą stroną z osobna… zajmie mi to wieki. Dziś wieczorem też zniknę, by nad tym posiedzieć.
— To nad tym pracowałeś wczoraj? — spytała cicho, a Harry sapnął.
— Tak.
— Więc dlaczego mi o tym po prostu nie powiedziałeś?
— Bo chciałaś wiedzieć, gdzie dokładnie idę, prawda? — Pokiwała z wahaniem głową. — I chcesz wiedzieć, gdzie znalazłem te książki? — Znów skinęła. — Cóż, nie mogę ci tego powiedzieć. I jak na razie nie mam zamiaru tego robić. Jeśli możesz pracować ze mną, nie znając wszystkich szczegółów, to świetnie. Jeśli nie, tego już nie przeskoczę.
— Będę z tobą pracować, Harry! — powiedziała z nutą desperacji w głosie. — Udowodnię, że możesz mi zaufać. Po prostu… Chcę mieć pewność, że nie wpakujesz się w żadne tarapaty. To znaczy… nie opuszczasz terenu szkoły, prawda? Słyszałeś, co mówił Syriusz, Harry! Wystawisz się, jeśli stąd wyjdziesz. Narazisz się na atak!
— Przysięgam, że nie opuszczam terenu szkoły. To, co robię z tymi książkami nie jest niebezpieczne i nikt nie może mnie zaatakować. W porządku? — powiedział Harry uspokajającym tonem. Hermiona posłała mu surowe spojrzenie, wyraźnie oceniając jego szczerość. W końcu pokiwała głową i się uśmiechnęła.
— W porządku, Harry. Ufam ci. I dziękuję, że wreszcie czymś się ze mną podzieliłeś.
Harry posłał jej miękki, uspokajający uśmiech i skinął głową. Ciągle nie był przekonany, czy to dobry pomysł, ale w ten sposób przynajmniej na chwilę da mu spokój. Poza tym musiał przyznać, że pomoc w tłumaczeniu tej książki naprawdę by mu się przydała.
—
Potter. Dasz radę wyjść dziś niezauważonym? — Harry usiadł przy biurku Slytherina, patrząc na pergamin i żując końcówkę pióra.
Tak, ale najlepiej, gdyby wszyscy moi współlokatorzy już spali. Najodpowiedniejsza byłaby pierwsza w nocy — odpisał, a jego słowa chwilę później zniknęły z pergaminu.
Jutro miał zajęcia przez cały dzień i niezbyt uśmiechało mu się zarywanie nocy, ale jeśli nie miał wyboru, był gotów to zrobić. W piątki zaczynał w końcu historią magii i ewentualnie mógłby wtedy odespać.
Czekając na odpowiedź Barty'ego, skupił się ponownie na staroelfickiej księdze i swoim żmudnym kopiowaniu każdej strony tradycyjną metodą. Zauważył, że całkiem nieźle przywykł już do dziwnego kształtu liter, a jego charakter pisma poprawiał się dramatycznie wraz z postępem w pracy. Hermiona nie powinna mieć problemów z rozczytaniem tego, co napisał.
W takim razie spotkaj się ze mną dziś o pierwszej w nocy przy posągu, o którym wspominałeś. — Harry patrzył, jak na zaczarowanym pergaminie pojawiało się pismo Barty'ego. Jęknął w myślach, z góry żałując straconego snu. Wiedział, że wizyta u Voldemorta na pewno nie będzie krótka. Nawet zastanawiał się przez chwilę, czy rano dałby radę wykraść ze Skrzydła Szpitalnego fiolkę eliksiru pieprzowego, by lepiej funkcjonować.
Jego piątki zawsze były najbardziej pracowite, nie mógł w nich znaleźć nawet chwili na odpoczynek. Jakby tego było mało, po południu miał podwójne eliksiry ze Snape'em… Jutro zapowiadał się naprawdę długi dzień.
Harry postukał w pergamin różdżką, usuwając poprzednią wiadomość, a potem odpisał: W porządku, będę tam. Potem posłał długie spojrzenie staroelfickiej książce i westchnął.
Wstał, wyciągając z kieszeni swój kufer. Następnie zapukał w jego wieko, przywracając go do oryginalnego rozmiaru, wysyczał hasło trzeciej przegrody i zaczął przeglądać znajdujące się tam księgi.
—
Wymknięcie się z dormitorium, kiedy jego współlokatorzy już spali, było równie proste, jak wtedy, gdy co tydzień zażywał swój eliksir. Tym razem jednak nie musiał mówić Ronowi, że planuje wcześniej wstać, bo miał nadzieję, że uda mu się wrócić przed obudzeniem któregokolwiek ze współdomowników.
Przemknął przez zamek wraz z aktywowaną Mapą Huncwotów, ukryty pod peleryną niewidką. Gdy doszedł do korytarza przed salą do obrony, zobaczył przy posągu jednookiej wiedźmy kropkę podpisaną „Bartemiusz Crouch". Kiedy jednak tam doszedł, nikogo nie zobaczył. Sięgnął więc swoją magią i wyczuł obecność drugiego czarodzieja, dlatego uznał, że ten musiał się ukrywać pod zaklęciem maskującym.
Harry ściągnął kaptur z głowy i uśmiechnął się w stronę miejsca, w którym wyczuwał magiczną sygnaturę Barty'ego. Sprawdził jeszcze raz mapę, upewniając się, że w najbliższym czasie nikt ich nie nakryje i stuknął różdżką w garb czarownicy.
— Dissendium — szepnął cicho, otwierając przejście. Skinął głową w jego kierunku. Wtedy pojawił się Moody, spoglądając na niego oceniająco.
— Skąd wiedziałeś, gdzie jestem?
— Wyczułem twoją magię — powiedział Harry, lekceważąco wzruszając ramionami. Moody wyglądał na nieprzekonanego, ale przeszedł szybko przez przejście. Potter podążył za nim, zamykając garb czarownicy. Rzuciwszy szybkie Lumos, podążyli w dół tunelu.
Około dziesięć minut później Harry poczuł, że przytłaczające bariery zamku przestają na niego naciskać. Zatrzymał się i westchnął z ulgą.
— Dobra, tutaj możemy użyć świstoklika — oznajmił, odwracając się w stronę starszego czarodzieja. Moody uniósł brwi zaskoczony.
— Potrafisz wyczuć zabezpieczenia zamku? — spytał sceptycznie. Harry zamrugał.
— Tak… A ty nie?
— Oczywiście, że potrafię wyczuwać magię, ty bezczelny bachorze. Jestem po prostu zaskoczony, że ty również.
— Nie wiem, dlaczego miałaby to być tak wielka niespodzianka. Znaczy, rozumiem, jasne, rok temu nie byłbym w stanie tego zrobić. Tylko że wtedy marnowałem zdecydowaną większość swojej mocy na powstrzymywanie cząstki duszy Czarnego Pana przed pochłonięciem mojej własnej. Od kiedy przestałem marnować swoją cholerną magię na coś tak bezsensownego, na wiele rzeczy spojrzałem inaczej. Myślałem, że każdy tak ma.
— Bynajmniej, Potter — prychnął Moody. — Niewielu czarodziejów zsynchronizowało się ze swoją magią na tyle, by wyczuwać osłony i aury. To zdecydowanie nie jest powszechny talent.
— Hm… — mruknął Harry, unosząc lekko brwi. Wzruszył lekceważąco ramionami, jakby to w ogóle nie miało znaczenia… bo, no cóż, tak właściwie nie miało.
Wyciągnął przed siebie dłoń, a Moody spojrzał na niego pytająco.
— Świstoklik — uściślił. Mężczyzna przewrócił oczami i sięgnął do kieszeni. Wyciągnął z niej zakrętkę od butelki, przez której środek przechodził cienki łańcuch.
— Morsmorde — powiedział Moody, kiedy obaj trzymali łańcuch w dłoniach. Świstoklik się aktywował.
Obezwładniło go uczucie, jakby haczyk na ryby złapał go od środka za pępek i ktoś pociągnął za żyłkę. Chwilę potem wylądował niepewnie na podłodze holu wejściowego bardzo znajomego dworu.
Ledwie udało mu się nie przewrócić, ale szybko się ogarnął. Jego serce biło jak szalone, jednak ze zdziwieniem stwierdził, że raczej był to wynik dużego podekscytowania niż napędzającego je strachu. Ciągle nieco się niepokoił, bo naprawdę nic nie gwarantowało mu bezpiecznego opuszczenia tego budynku. Mimo to czuł dziwną pewność, że właśnie tak będzie.
Przystanął, rozglądając po dużym, przestronnym korytarzu. Wniosek, że poprzedni, mugolscy właściciele tego domu byli całkiem bogaci, nasuwał się sam. Tak samo jak to, że przez długi czas nikt w nim nie mieszkał. Harry zdawał sobie sprawę, że Glizdogon miał za zadanie w nim posprzątać, ale na pokojówkę, to on się raczej nie nadawał.
Mimo tego wnętrze wciąż było wielkie i imponujące, a przy odrobinie zaklęć mogłoby nawet zyskać całkiem sporo uroku.
Przemyślenia Harry'ego przerwał chłodny dotyk drewna na jego szyi.
— Czy to konieczne, Barty? — powiedział ze znużeniem.
— Różdżka, Potter.
Harry westchnął i sięgnął do kieszeni, po czym mu ją podał.
— I tak nie mógłbym jej tu użyć. Jesteśmy zbyt daleko od Hogwartu, by Ministerstwo nie zostało o tym powiadomione — mruknął buńczucznie.
— Schodami do góry, Potter — oznajmił Moody, ignorując jego komentarz i wskazując głową na znajdującą się przed nimi klatkę schodową. Chłopak przewrócił oczami, ruszając szybko.
— Jest w gabinecie czy w bibliotece? — spytał niewzruszony przez ramię, w wyniku czego Moody przystanął. Harry mógł niemal wyczuć jego napięcie, gdy czujne oko wwiercało mu się w plecy.
— W bibliotece — odpowiedział po chwili.
Harry dotarł na pierwsze piętro i skręcił w prawo, kierując się prosto do wspomnianego miejsca. Moodypodążył za nim, wciąż łypiąc na niego podejrzliwie.
— Tak swoją drogą — zaczął spokojnym tonem Harry. — Planujesz odpuścić sobie kolejną dawkę eliksiru wielosokowego, skoro już tu jesteśmy? Jestem ciekaw, jak wygląda twoja prawdziwa twarz.
— Raczej nie, Potter. — Harry wzruszył ramionami, tylko trochę zawiedziony. Kiedy doszedł do szerokich, podwójnych drzwi prowadzących do biblioteki, zatrzymał się i zerknął na swojego towarzysza. — Po prostu je otwórz.
Uśmiechnął się i jednym ruchem pociągnął za oba skrzydła drzwi. Po zrobieniu kilku kroków w głąb, jego uwagę zwrócił tył znajomego mu już z wizji małego, lewitującego krzesła. Siedział na nim Voldemort, ale Harry widział zaledwie drobną dłoń o długich, kościstych palcach, spoczywającą na podłokietniku. Nie potrzebował jednak wizualnego potwierdzenia, ponieważ z łatwością wyczuwał docierające do niego z tego miejsca fale magicznej potęgi.
Dotyk tej magii był uderzająco znajomy, a intensywność jej ciemności dosłownie odurzająca. Harry wciągnął głęboko powietrze, usilnie walcząc z chęcią przymknięcia oczu. Czysta potęga mrocznej magii emanującej od Czarnego Pana była nie do opisania.
— Mój Panie — zaczął z wyczuwalną czcią w głosie Moody. — Przyprowadziłem ci Harry'ego Pottera.
— Ach, tak, widzę… dobrze się sprawiłeś, Barty. Jestem zadowolony.
Harry podszedł nieco bliżej. Krzesło zaczęło się powoli odwracać, odsłaniając siedzącego na nim niewielkiego homunkulusa, który służył Voldemortowi jako tymczasowe ciało. Wpatrywał się w Pottera podejrzliwie krwistoczerwonymi, zwężonymi oczami.
Gdy Harry zrobił w jego stronę dwa szybkie kroki, Moody napiął się i wycelował w niego różdżką. Chłopak zignorował go i płynnie uklęknął na jedno kolano, pochylając głowę.
— Mój Panie — westchnął wypełniony szaleńczą euforią Harry. Spojrzał na przeszywające go czerwone oczy poprzez swoje czarne, rozczochrane włosy. Wiedział, że jego własne, szmaragdowe, najpewniej błyszczały z podniecenia. Krew buzowała mu w żyłach, a otaczająca ich magia tańczyła maniakalnie. Nie potrafił racjonalnie wytłumaczyć tego podekscytowania, ale to właśnie je czuł — prawie kręciło mu się w głowie.
Naprawdę tutaj był! Przed największym czarnoksiężnikiem tych czasów! I patrzył on prosto na niego, a Harry mógł poczuć jego magię przeplatającą się z jego własną. Moce liżące się wzajemnie niczym płomienie, a potem niebezpiecznie ze sobą tańczące. Wybornie.
Ledwie powstrzymał dreszcz, kiedy Czarny Pan pochylił się w swoim lewitującym krześle.
— Twój Panie? — W wysokim głosie homunkulusa Voldemorta słyszalna była mieszanka niedowierzania i rozbawienia. — Nigdy nie spodziewałem się, że takie słowa zostaną dobrowolnie wypowiedziane przez Chłopca, Który Przeżył — powiedział, wymawiając ten tytuł szyderczo, z doskonale słyszalną pogardą. — Musisz mi wybaczyć moją sceptyczność.
Oko Harry'ego drgnęło i prychnął on cicho,
— Nienawidzę tego tytułu — wymruczał pod nosem.
— Hm? Coś mówiłeś, Potter? Mów głośno, bachorze!
— Nienawidzę tego tytułu — oznajmił Harry głośniej, podnosząc głowę i uśmiechając się do Czarnego Pana. — Chłopiec, Który Przeżył. Co za bzdura. Być znanym z czegoś, na co nie miało się wpływu i czego się nie pamięta. To idiotyczne.
— Hm… Tak, cóż, nie mogę powiedzieć, bym nie zgadzał się z tym stwierdzeniem — wyznał Voldemort, unosząc jedną z łysych brwi. — Mimo to wciąż jestem bardzo ciekaw tego całego „mój panie". Nie żebym nie wierzył, że zasługuję na twój szacunek i poważanie. Ale interesuje mnie, co do tego wniosku skłoniło ciebie.
— To jedynie fakt. Jesteś panem wszystkich mrocznych czarodziejów. Magia tak zdecydowała, czyż nie? A ja jestem jednym z nich. Zarówno z wyboru, jak i poprzez wytrenowany pociąg magiczny. A to sprawia, że jesteś moim panem. To proste. — Harry wzruszył ramionami, jakby powiedział coś oczywistego.
Wyraz twarzy Voldemorta jasno wskazywał, że nie takiej odpowiedzi się spodziewał. Wyciągnął swoją kościstą, małą dłoń i wykonał kilka obrotów oraz podgrygnięć różdżką.
Harry zamrugał, prostując się nieznacznie, ale nie wstając z kolan, gdy fala magii opuściła jej czubek i go otoczyła. Przez krótką, dezorientującą chwilę zastanawiał się, co to było za zaklęcie. Wszystkie myśli szybko odeszły jednak w niepamięć, kiedy poczuł przechodzącą przez niego moc.
To wszystko było Voldemortem i było niesamowite.
Jego magia smakowała nim, jeśli miało to jakikolwiek sens. Harry wiedział, że nie, ale emanowała mężczyzną w każdy z nieopisywalnych sposobów. Odczuwanie po raz pierwszy, jak sięga i go dotyka, było obezwładniające.
Nie miał wątpliwości, że zaklęcie nie powinno być odczuwalne. To nie ono wpływało na Harry'ego, lecz raczej formująca czar surowa magia Voldemorta.
Głowa Harry'ego opadła z powrotem na ramiona, a z jego gardła wydobył się cichy jęk, zanim poczuł, jak magia go opuszcza.
Zamrugał zaskoczony i odrobinę rozczarowany nagłym końcem zaklęcia — czymkolwiek ono było, na pewno nie klątwą. Po prawdzie nie było nawet mroczne, ale sama ciemna magia Voldemorta wystarczyła, by wywołać u niego taki efekt.
Nagle Harry zauważył otaczające go ostre, jasnoczerwone światło. Uniósł pytająco jedną brew, spoglądając w górę na Czarnego Pana. Zdziwienie na twarzy mężczyzny szybko przerodziło się w nikczemny uśmiech. Po chwili z ust Voldemorta wydostał się cudownie przerażający rechot, który wywołał u Pottera dreszcze.
Śmiech ucichł chwilę potem, ale zadowolenie nie zniknęło z twarzy Czarnego Pana.
— Och, to po prostu cudowne! Złotego Chłopca Dumbledore'a naprawdę ciągnie do czarnej magii!
Harry zamrugał, uświadamiając sobie, co za czar został na niego rzucony.
— To zaklęcie ujawnia magiczny potencjał danej osoby, tak?
— Oczywiście, ty durny bachorze. A co innego, do diabła, miałoby robić?
Harry wzruszył ramionami.
— Nie wątpię, że znasz o wiele więcej zaklęć niż ja. Nie miałem podstaw do stwierdzenia, co na mnie rzucasz. — Harry przerwał, zamyślając się na chwilę. — Czy istnieje jakiś sposób na powstrzymanie tego zaklęcia? Zablokowanie go albo coś w tym rodzaju? Nie byłoby zbyt dobrze, gdyby ktoś rzucił je na mnie w szkole.
Zadowolenie Voldemorta przekształciło się z powrotem w chłodną kalkulację.
— Istnieje. Być może później zdradzę ci, jak to zrobić. Teraz opowiedz mi, jak to się stało, bachorze. Na swoim pierwszym roku byłeś w każdym calu głupim, gryfońskim promieniem światła, niemal latarnią.
— Taaa — prychnął Harry, odwracając na chwilę wzrok. — Cóż, na pierwszym roku byłem naiwnym, głupim, jedenastoletnim dzieciakiem, który jeszcze kilka miesięcy wcześniej nie miał pojęcia o magii. Dumbledore umieścił mnie u mugoli, trzymając mnie z dala od magicznego świata. Byłem podatny na jego manipulacje. Potrzebował czystej karty, na której po moim przybyciu do Hogwartu mógłby zapisać tylko to, co samemu uznał za stosowne.
— Zachowywałem się tak, jak po mnie oczekiwano — kontynuował. Zależało mi jedynie na tym, by moje nowe otoczenie mnie zaakceptowało, bo przez całe dzieciństwo byłem pogardzany przez tych, których nazywają moją rodziną.
— Dumbledore zaplanował wszystko tak, by mieć pełną kontrolę nad dostępnymi dla mnie informacjami, a w ten sposób moją opinią na temat magii i czarodziejskiego świata. Dzięki temu mógł kształtować moje myśli i ideały na zgodne ze swoimi własnymi. To działało… przez jakiś czas. Jednak w tym roku doznałem pewnego olśnienia — zakończył Harry z przebiegłym uśmiechem.
— Kontynuuj. — Voldemort machnął dłonią i uśmiechnął się. Wyglądał na całkowicie zadowolonego z tyrady Harry'ego o tym starym głupcu, Dumbledorze, a nawet szczerze pod wrażeniem, że Potter zdołał zobaczyć prawdziwe oblicze jasnej strony.
Harry zawahał się, poprawiając nieco swoją pozycję.
— Czy mógłbym usiąść? To długa historia, a to całe klęczenie dosyć szybko stanie się niewygodne.
Voldemort wyglądał na mniej zadowolonego, ale westchnął rozdrażniony i machnięciem różdżki przywołał krzesło, ustawiając je obok Harry'ego.
— Bezczelny bachor — mruknął.
Z szelmowskim uśmiechem Harry szybko wstał i rzucił się na nie w niezbyt dostojny sposób. Voldemort prychnął, widząc jego nazbyt pewną postawę. Niezrozumiałą, biorąc pod uwagę okoliczności.
Jednak Harry, co dziwne, w bibliotece dworu czuł się jak w domu. Posiadał zarówno mgliste wspomnienia dotyczące relaksowania się i czytania w tym pomieszczeniu, jak i bardzo wyraźne kilku wizji, które miały tutaj miejsce.
Ale to nie komfort pokoju, w którym się znajdował, był mu najbardziej znajomy, tylko magiczna aura otaczająca Czarnego Pana. Różniła się od tej emanującej od jego towarzysza, ale wykazywała wystarczające podobieństwo. Miało to swój logiczny sens, ale wciąż czuł się dziwnie, kiedy zdał sobie sprawę ze swojej silnej potrzeby wyciągnięcia ręki do spoczywającegoo przed nim mężczyzny... em... małego stworzenia.
Jedynym pozytywnym dotykiem, jakiego Harry regularnie doświadczał, były objęcia jego towarzysza... Który tak naprawdę stanowił kawałek siedzącego naprzeciwko czarodzieja.
Zarówno dzięki temu, jak dziwnie znajomy wydawał się ten pokój, jak i ze względu na irracjonalny komfort płynący z bliskości magicznej sygnatury Czarnego Pana, czuł się tu niemal tak dobrze jak w komnatach Slytherina, z szepczącym do niego towarzyszem.
— Och! — sapnął Harry, przypominając sobie o czymś. — Prawie zapomniałem — powiedział, sięgając do swoich szat. Stojący niedaleko Moody, z różdżką wciąż wycelowana w Pottera, napiął mięśnie, obserwując uważnie każdy jego ruch.
Żaden z mężczyzn nie spodziewał się, że Potter wyciągnie z szaty coś wielkości pudełka od zapałek. Harry położył swój zmniejszony kufer przed Voldemortem i zwrócił się do Moody'ego.
— Możesz go zwiększyć? Zrobiłbym to samemu, ale zabrałeś mi różdżkę.
— Co w nim jest? — spytał Moody, obserwując mały kufer, jakby ten miał zawierać coś śmiertelnie niebezpiecznego. Harry przewrócił oczami.
— Same książki i nawet żadna z nich nie jest przeklęta.
Harry zauważył kątem oka, jak postawa Czarnego Pana zmienia się nieco, a odrobina ciekawości wkrada do jego oczu.
— Zrób to, Barty — powiedział Voldemort obojętnym tonem, który ani trochę nie zwiódł Harry'ego.
Moody podszedł więc i stuknął różdżką w wieko kufra. Ten natychmiast powrócił do swojego oryginalnego rozmiaru. Harry pochylił się nad nim, przesuwając zasuwę. Wysyczał hasło do trzeciej komory.
Oczy Voldemorta rozszerzyły się i zapłonęły z ciekawości.
— Notechus? — spytał Voldemort, tłumacząc jego hasło z wężomowy na angielski.
— Um, tak. Notechus Noir jest aliasem, jakiego używam, kiedy zamawiam coś ze Śmiertelnego Nokturnu i od innych wątpliwych sprzedawców. W końcu nazwisko Harry'ego Pottera jest zbyt znane. Notechus to łacińska nazwa tygrysiego węża. Noir to po francusku „czarny", jak nazwisko mojego ojca chrzestnego, Syriusza Blacka… — Harry przerwał, rozglądając się po pomieszczeniu. — Tak swoją drogą, gdzie jest Glizdogon? Szczerze liczyłem, że spotkam tu tego dupka.
— Glizdogon zajmuje się w tej chwili czymś innym… skąd wiedziałeś, że tu jest? — spytał Voldemort, zarówno zirytowany, jak i zaciekawiony.
— Ach, tak. Zamierzałem wkrótce do tego przejść, ale w takim razie od tego zacznijmy. Uznaj to za prezent na znak pokoju. Coś w stylu: „przepraszam, że byłem głupim bachorem na pierwszym roku i opóźniłem twój powrót o trzy lata". Nie przeproszę za to, co się stało, kiedy byłem dzieckiem, ponieważ naprawdę nie sądzę, bym miał z tym jakikolwiek związek. To znaczy… Przykro mi, że tak się stało, bo spędzenie całej dekady jako dryfujący byt musiało być do dupy. Ale nie sądzę, by to była moja wina — powiedział Harry, wyciągając książki z kufra i układając je w stosik.
— To te książki! — sapnął Voldemort, kiedy je rozpoznał.
— Przyniosłem ci oryginały. Sobie zatrzymałem kopie kilku z nich. Kiedy po raz pierwszy wpadłem na pomysł, by ci je przynieść, z miejsca go znienawidziłem. Oznaczało to rozstanie się z tymi książkami, a do części z nich się przywiązałem. Dlatego postanowiłem dowiedzieć się, jak je kopiować. Większość pochodzi z czasów sprzed nowoczesnych zaklęć anty-plagiatorskich, więc nie było to zbyt trudne, a na pewno warte zachodu. Wiedziałem, że docenisz je bardziej niż cokolwiek innego, co mógłbym ci dać.
Zanim jeszcze Harry skończył mówić i wyciągać książki, Voldemort już przylewitował bliżej swoje krzesło. Pochylał się teraz nad wspomnianymi woluminami, badając je z dzikim, podekscytowanym błyskiem w oczach.
— Znalazłeś gabinet Slytherina — stwierdził Voldemort, nie odrywając wzroku od książek. Harry się uśmiechnął.
— Aha. W tym roku tak naprawdę spędzam tam większość czasu. Komnata jest po prostu doskonała do ćwiczenia czarnej magii, bo nie docierają do niej żadne szkolne bariery, a jednocześnie jest chroniona przed wykryciem przez ministerstwo. Mogę rzucać tam różne paskudne klątwy i nikt nie ma o tym najmniejszego pojęcia. To absolutnie przezajebiste!
Jeszcze przez chwilę Voldemort kontynuował przeszukiwanie stosu książek ze starannie ukrytym podekscytowaniem. Potem jego oczy zwęziły się podejrzliwie i przesunął swoje spojrzenie na Harry'ego.
— Koniec owijania w bawełnę, bachorze. Należą mi się wyjaśnienia. Wiesz o rzeczach, o których nie powinieneś mieć pojęcia. Kryje się za tym więcej, niż zdradziłeś. Żądam odpowiedzi.
Harry pokiwał głową i uśmiechnął się słabo.
— W porządku. Zdajesz sobie sprawę, że tej nocy, kiedy próbowałeś mnie zabić, zostawiłeś kawałek siebie?
— Kawałek siebie? — powiedział niemal szyderczo Voldemort. — Co to ma niby znaczyć?
— Od twojej duszy oderwał się kawałek i przyczepił się do mojej.
Twarz Voldemorta wykrzywiło niedowierzanie, które szybko przekształciło się w szok, a potem olśnienie i zrozumienie. Harry uznał fascynującą możliwość obserwowania jak zmieniały się wyrazy twarzy tej miniaturowej wężowo-ludzkiej istoty. Nawet jeśli trwały zaledwie kilka sekund, zanim ten przybrał znów swoją maskę podejrzliwości.
— Wyjaśnij — rozkazał Voldemort surowym szeptem.
I Harry wyjaśnił.
Zaczął od opowiedzenia Czarnemu Panu o tym, jak zwykł uciekać w dzieciństwie do swojego umysłu. O tym, jak przerażała go znajdująca się w nim czarna plama, więc zbudował wokół niej mentalny mur. O tym, jak według jego teorii użył do tego przypadkowej dziecięcej magii i przez następne lata życia poświęcał ogromne ilości swojej mocy na utrzymanie tego muru, odseparowanie od siebie kryjącej się tam ciemności.
Opowiedział mu o uczcie z okazji Halloween, kiedy czara ognia wypluła jego nazwisko i wszyscy zwrócili się przeciwko niemu. O tym, jak rzekomo wielka i niezniszczalna przyjaźń między nim a Gryfonami została tak łatwo rzucona w kąt.
Opowiedział o nocy, kiedy po raz pierwszy od wielu lat wsunął się z powrotem w tę część umysłu i odkrył na nowo czarną plamę. O momencie, w którym uświadomił sobie, jak wiele magiii wkładał w to, aby ją ukryć. O decyzji, by rozebrać magiczny mur.
Przez cały ten czas Voldemort pozostawał zaskakująco cichy. Nawet nie prychnął na Harry'ego, by zganić go za idiotyczną sentymentalność. Zamiast tego patrzył na niego, jakby wykonywał w głowie jakieś skomplikowane obliczenia. Oczywistym było, że brał pod uwagę i analizował każdy szczegół jego wypowiedzi, szukając ukrytych znaczeń i wyjaśnień zdarzeń, których nawet Harry wciąż nie do końca potrafił zrozumieć.
— Patrząc wstecz, widzę, jak bardzo zmieniło to mój sposób myślenia… ale wtedy tego nie dostrzegałem. Nie dostrzegałem niczego. — Harry zadumał się na chwilę. — Zacząłem spoglądać na pewne sprawy w inny sposób. Kiedy przestałem angażować tak ogromną część mojej podświadomości na utrzymanie muru, mój umysł zaczął pracować szybciej i bardziej przejrzyście. Byłem wstanie dostrzec ukryte motywy i pobudki stojące za większością rzeczy... — Zachichotał, wzruszając ramionami. — Stałem się o wiele bardziej cyniczny, ale, szczerze mówiąc, osobiście lubię myśleć, że o wiele bardziej realistyczny. Mniej podatny. Mniej głupi.
— Zacząłem widzieć manipulacje Dumbledore'a takimi, jakimi były naprawdę. Zakładam, że od Glizdogona poznałeś przynajmniej część historii mojego chrzestnego? Syriusz Black miał być strażnikiem tajemnicy moich rodziców. Został wrobiony w zdradzenie ich, a potem morderstwo tych wszystkich mugoli, których ten szczur wysadził. Wysłali go do Azkabanu bez procesu. Nawet bez zeznań pod wpływem Veritaserum. Bez niczego. Prosto do więzienia.
— No i wtedy zacząłem się zastanawiać, dlaczego Dumbledore nie zrobił niczego, by sprawiedliwości stało się zadość. To w końcu coś z jego podwórka, prawda? Ta cała jego śmierdząca moralność. Jest w końcu Naczelnym Magiem Wizengamotu. Mógł nalegać przynajmniej na serum prawdy.
— Nie powinien tego chcieć? Dowiedzieć się więcej o tym, jak przetrwałem? Jeśli Syriusz naprawdę byłby twoim poplecznikiem i był zaangażowany w plan zamordowania nas, to przecież mógłby coś wiedzieć. Powinien zostać przesłuchany, ale Dumbledore na nic takiego nie nalegał, tylko pozwolił odesłać go wprost do więzienia.
— Zastanawiałem się, co za tym stało… jakie były tego powody. I wtedy odkryłem coś dużo bardziej interesującego. Okazało się, że Dumbledore zabrał mnie z ruin mojego domu wprost na ganek Dursleyów. Tej samej nocy! Znaleźli mnie na progu pierwszego listopada. Syriusz nie skonfrontował się jeszcze nawet z Glizdogonem, a już tym bardziej nie został oskarżony o zabicie tuzina mugoli. Kiedy zostawiono mnie pod opieką tych mugolskich śmieci, wciąż miałem legalnego, godnego zaufania opiekuna wyznaczonego przez moich rodziców.
— Miesiąc temu napisałem list do mojej ciotki. Zapytałem, co powiedział im Dumbledore, gdy mnie u nich zostawił. Wiedziałem, że nie chciałaby mi pomóc z własnej woli, więc zaczarowałem papier zaklęciem przymusu. Głupia dziwka odpisała od razu.
— Najwyraźniej Dumbledore zostawił im list. Tylko tyle — mnie i wiadomość. Zostawił mnie na cholernym progu na całą noc, z listem mówiącym, że muszą mnie wziąć. Nie zadał sobie nawet trudu, żeby z nimi porozmawiać, po prostu porzucił mnie na werandzie. W wiadomości przekazał, że nie mają wyboru i zostaję z nimi na stałe. Nigdy nie miał zamiaru pozwolić mi zamieszkać u mojego chrzestnego.
— To dlatego pozwolił odesłać Syriusza bez procesu. Nie chciał, żebym się u niego znalazł, chciał mnie u tych mugoli. Jego wymówka, że niby życie w świecie czarodziejskim sprawiłoby, że sodówka uderzyłaby mi do głowy, może i brzmi wiarygodnie, ale myślę, że miał bardziej podstępny powód. Chciał, bym wyrósł na ignoranta — zawarczał Harry. Nie zdawał sobie sprawy z tego, że wraz z jego wzrastającą złością, jego oczy zaczęły błyszczeć żywą zielenią.
Żywo przypominała ona błysk klątwy zabijającej, a Voldemort poczuł, jak z chłopca wydostawała się magia. Musiał przyznać, że Harry Potter wydawał się posiadać ogromne jej pokłady, zwłaszcza jak na osobę w takim wieku.
Kiedy Voldemort obserwował chłopca na jego pierwszym roku, czuł się zawiedziony. Harry Potter, przepowiedziany mu pogromca, był żałośnie praworządnym uczniem i mniej niż średniouzdolnionym czarodziejem.
Nie było w nim nic magicznie niezwykłego. W zasadzie wydawał się słaby. Ale teraz, w świetle tego, że chłopiec musiał poświęcić ogromną ilość swojej magii na utrzymanie horkruksa w ryzach, jego słabość w tamtym okresie nabrała zupełnie innego znaczenia.
Harry westchnął i przejechał dłonią po włosach, wyraźnie koncentrując się i tłumiąc część swojej wściekłości. Następnie wznowił opowieść, mówiąc o tym, jak jego towarzysz zaczął zyskiwać świadomość. Jak stał się obecnością w jego umyśle, jak zaczął przekazywać mu obrazy, myśli i uczucia, nawet gdy chłopiec zajmował się codziennymi czynnościami.
Opowiedział o zajęciach z eliksirów, kiedy to jego towarzysz po raz pierwszy się do niego odezwał, a potem jak stopniowo zyskiwał możliwość coraz częstszych rozmów z Harrym. Jak coraz dłużej pozostawał w jego umyśle.
Wyjaśnił, jak głos towarzysza miał tendencję do bycia szorstkim i pourywanem, częściej niż rzadziej raczej niejasnym. Ale mimo wszystko wciąż był w stanie przekazać wiadomość, gdy sytuacja tego wymagała.
Kontynuował, w końcu dochodząc do wizji i różnych rzeczy, które pojął w ciągu ostatnich miesięcy.
—
Voldemort uznał za absolutnie fascynujące, że jego horkruks zyskał wystarczająco dużo świadomości i siły, by móc komunikować się z chłopcem. Równocześnie był nieco zaniepokojony tym, że zdradził mu, czym był.
Gdy Harry kontynuował, opisując swoje interakcje z jego horkruksem, rzeczy, których ten go nauczył i jak wskazywał mu drogę do wiedzy, Voldemort robił się coraz bardziej zaintrygowany. Najwyraźniej odłamek dopiero niedawno powiedział mu, że był częścią jego duszy. Zataił fakt istnienia pozostałych i nie zdradził mu ich nazwy.
Potter ani razu nie użył słowa horkruks i wyglądało na to, że jego towarzysz — jak go nazywał — miał tendencję do wyrażania się dość niejasno, kiedy mu coś wyjaśniał. Mimo wszystko to, że ktoś wiedział o jego horkruksach, było niepokojące.
Fakt, że nieumyślnie zrobił horkruksa z Harry'ego Cholernego Pottera, pozostawiał go w stanie niepewności. Potrzebował czasu, by przemyśleć wszelkie tego konsekwencje. Musiał też całkowicie zmienić plan swojego rytuału wskrzeszenia.
Kiedy Barty powiedział mu, że Harry Potter zgłosił się na ochotnika do pomocy przy zmartwychwstaniu Voldemorta, natychmiast podejrzewał pułapkę. Zaczął zastanawiać się, jak do cholery, starzec rozgryzł, o co chodziło.
Wiedział, że gdyby okazało się to prawdą — a przecież nie mogło — musiałby nieco zmodyfikować rytuał. Byłby o wiele wydajniejszy z Harrym oferującym swoją krew w dobrowolnym akcie zdrady... A jeśli magia chłopca naprawdę stała się mroczna, jak sugerował Barty, wtedy... no cóż. Możliwości były cokolwiek intrygujące. Jego zmartwychwstanie mogłoby wyjść znacznie lepiej niż zakładał, jeśli cokolwiek z tego okazałoby się prawdą.
Ale teraz... teraz! Och, to zmieniało tak wiele... Chłopiec naprawdę był mroczny. Niewiarygodnie wręcz. Rzadko widywał tak prawdziwie ciemną aurę i nigdy u kogoś tak młodego. Oczywiście poza sobą samym, ale on należał raczej do wyjątków. To nawet miało sens, biorąc pod uwagę, że jego własna dusza tak doszczętnie splamiła chłopca.
Więc Potter był mroczny i naprawdę wyglądało na to, że nie miał skrupułów przed zdradzeniem wszystkich i przejściem na jego stronę. Szczerze chciał z własnej wolnej woli pomóc przy jego zmartwychwstaniu. Wszystkie te czynniki drastycznie zmieniały jego rytuał... Ale kiedy dodawał do tego fakt, że chłopiec był jego horkruksem, miał poważne problemy z opanowaniem swojej szalonej radości.
Już wcześniej chciał uwzględnić jeden ze swoich horkruksów w rytuale. Wszystko by to ułatwiło, a jego nowe ciało niemal natychmiast odzyskałoby pełnię sił. Nie musiałby przechodzić przez żmudny proces przyzwyczajania organizmu do swojej magii.
To dlatego, gdy napatoczyła mu się latem ta ministerialna dziwka, Bint, użył jej do zrobienia horkruksa z Nagini.
Niestety odkrył, że stworzenie jej po utracie ciała nie pozwalało na prawidłowe wykorzystanie jej w rytuale. Nie... To musiał być jeden z tych stworzonych przed katastrofą u Potterów. Ale czy horkruks stworzony w wyniku odniesionej wtedy porażki by zadziałał? Och tak. Był tego pewien.
W zasadzie, było to idealne rozwiązanie.
Kiedy zorientował się, że Nagini nie spełni swojego zadania, rozważał znalezienie jednego ze swoich starych horkruksów. W końcu jednak musiał z tego zrezygnować. Nie był wystarczająco silny, by przejść przez zabezpieczenia umieszczone wokół pierścienia i medalionu. Nie miał też możliwości udania się do Hogwartu po diadem, a nikomu nie ufał na tyle, by powierzyć mu to zadanie. Z zamkniętą w Azkabanie Bellatriks nie miał szans na samodzielne dostanie się do jej skrytki, w której ukrył puchar. I nie ufał Lucjuszowi oraz jego żądzy władzy, by polegać na nim w tak osłabionym stanie.
Więc musiał zadowolić się innym rozwiązaniem i zamiast tego planował oprzeć swój rytuał na krwi chłopca.
Ale teraz... teraz mógł nasycić wilka i wciąż mieć całą owcę. Wyglądało na to, że los w końcu się do niego uśmiechnął.
Jednak ta myśl jedynie przypomniała mu o innych problemach.
O tej cholernej przepowiedni. Co to wszystko znaczyło w jej kontekście? Nigdy nie usłyszał jej pełnej treści... Czy mogła mówić o przemianie chłopca? Czy nie zabijając go, narażał siebie na niebezpieczeństwo? Chłopiec nie mógłby go unicestwić, ponieważ tak długo jak żył, Voldemort był nieśmiertelny. Samo istnienie Pottera uniemożliwiało jego śmierć.
Za tym musiało kryć się coś więcej. Boleśnie oczywistym stało się, że musiał poznać całą treść przepowiedni. Może mógłby użyć do tego chłopca?
Chytry uśmieszek wdarł się z powrotem na twarz Voldemorta, gdy ten skoncentrował się ponownie na Harrym Potterze.
Po tym, jak chłopiec skończył mówić, Voldemort milczał przez kilka długich minut, a ten wykazywał się wyjątkową cierpliwością jak na kogoś w swoim wieku. Wydawał się czuć dziwnie... komfortowo. I było to niemal niepokojące, bo nikt nigdy nie sprawiał wrażenia rozluźnionego w jego obecności. Przerażonego, otępiałego, pełnego czci... ale nigdy rozluźnionego.
— Muszę na nowo przemyśleć rytuał — powiedział w końcu, a Harry uśmiechnął się i pokiwał głową.
— Tak myślałem.
Oczy Voldemorta zwęziły się,ale była to jego jedyna reakcja. Wielce zaniepokoiło go, gdy Potter opisał mu wizje, które przenosiły go we śnie do jego umysłu i dzięki którym widział, myślał i czuł jak on.
Znając naturę ich wyjątkowego połączenia, rozumiał, dlaczego mogło się tak dziać, ale to nie znaczyło, że nie był niezadowolony z tego naruszania bezpieczeństwa jego umysłu. Gdyby chłopiec nie stał się mroczny... Konsekwencje mogłoby okazać się dla niego katastrofalne.
Chociaż Potter brzmiał, jakby wszystkie wizje, których doświadczał, zanim połączył się z horkruksem, były niejasne, ciężkie do zapamiętania i tak bolesne, że trudno mu się po nich myślało. Dopiero, gdy zaczął zamieniać się w mrocznego czarodzieja i łączyć ze swoim towarzyszem, wizje stawały się jaśniejsze i bardziej spójne.
Voldemort przez dłuższą chwilę rozważał swój następny krok. Mocno skłaniał się ku temu, by po prostu trzymać go przy sobie do czasu, aż wszystko przygotuje. Gula stawała mu w gardle na myśl o tym, że przez wypuszczenie Harry'ego z powrotem do Hogwartu, ta okazja może prześlizgnąć mu się przez palce. Ale był to niezbędny test.
Jeśli miał uwzględnić dobrowolny udział chłopca w rytuale, naprawdę musiał być on dobrowolny. Harry miał z własnej woli tutaj wrócić, by wziąć w nim udział.
I Voldemort był dziwnie pewien, że tak właśnie się stanie.
— Barty zabierze cię z powrotem do Hogwartu. Skontaktuję się z nim, gdy będę gotowy do przeprowadzenia rytuału. Nie powinno zająć mi to dużo czasu. Wrócisz, kiedy powie ci, że nadszedł czas. To zrozumiałe? — powiedział Voldemort tonem, który nie pozostawiał miejsca na żadne dyskusje. Co dziwne, chłopiec się uśmiechnął.
— Brzmi jak dobry plan. I nie to, żeby moja opinia się liczyła, ale gdybyś mógł zaplanować to na środowe popołudnie albo na jakiś weekend, byłoby świetnie. A jeśli już naprawdę musi odbyć się to w środku nocy, wtorkowa byłaby wspaniała. W środy mam tylko zaklęcia, nic więcej, a na dodatek mogę je sobie odpuścić, jeśli zajdzie taka potrzeba.
— Wciąż jesteś pewien, że cię stąd po tym wypuszczę? — zauważył ozięble Voldemort, unosząc brew.
— Cóż, wypuszczasz mnie dzisiaj, prawda? Poza tym, nawet pomijając to, że moje istnienie czyni cię nieśmiertelnym, mogę być użyteczny, pozostając po dobrej stronie kozła.
Voldemort uśmiechnął się, nawet jeśli wiedział, że powinien spojrzeć na niego ze wściekłością. Bachor był uparty i bezczelny, a mimo to nie wyprowadził go z równowagi.
Chłopiec przypominał mu jego samego w jego wieku, tylko z większą ilością żałosnych zachowań i denerwująco zrozumiałą postawą. Ale nad tym mógł popracować. To porozumienie z Potterem mogło przynieść mu wiele korzyści, jeśli tylko wszystko dobrze rozegra.
Myślał, że Dumbledore chciał przygotować chłopca do przejęcia roli Jasnego Pana, ale im więcej faktów poznawał, tym bardziej utwierdzał się w przekonaniu, jakoby mężczyzna rozważał go jedynie jako broń. Nic więcej. Cóż, jeśli liczył, że ten pewnego dnia zajmie jego miejsce, czekała na niego niespodzianka.
Uśmiech Voldemorta poszerzył się.
Rzeczywiście, bardzo interesujące.
—
Już prawie świtało, gdy skończyli rozmowę, a Harry wraz z Moodym powrócili do holu wejściowego dworu. Mężczyzna cały ten czas popijał ze swojej manierki, utrzymując przykrywkę, zamiast przechodzić przez bolesną transformację do swojego prawdziwego wyglądu, a potem drugą do Moody'ego.
Harry był nieco zawiedziony, że nie zobaczył rzeczywistej twarzy Barty'ego. Nie miało to jednak w tej chwili żadnego znaczenia i dobrze o tym wiedział.
Aktywowali świstoklik i pojawili się dokładnie w tym samym miejscu tunelu, z którego wcześniej zniknęli. Harry był wykończony i kiedy każdy z nich poszedł swoją drogą, wsunął na siebie pelerynę niewidkę i ruszył do Skrzydła Szpitalnego.
Lądował tam tak wiele razy, że dokładnie wiedział, gdzie pani Pomfrey trzymała eliksir pieprzowy. Prosta Alohomora wystarczyła, by otworzyć szafkę. Biorąc pod uwagę, że to zaklęcie z materiału drugiego roku (choć Hermiona, oczywiście, znała je już na pierwszym), zastanawiał się, dlaczego ludzie w ogóle kłopotali się tak słabymi zabezpieczeniami.
Schował eliksir do kieszeni, planując wypić go od razu po śniadaniu i, niezauważony przez nikogo, wymknął się ze Skrzydła Szpitalnego. Gdy dotarł do dormitorium, zostało mu już tylko półtorej godziny do czasu, aż jego współlokatorzy zaczną się budzić.
Szybko przebrał się i położył do łóżka. Półtorej godziny snu zbyt wiele by mu nie dało, ale mógł przynajmniej wejść do swojego umysłu i omówić wydarzenia dzisiejszej nocy ze swoim towarzyszem.
Doświadczenie to było oszałamiająco radosne. Wciąż nie potrafił uwierzyć, że naprawdę to zrobił. Poszedł do Voldemorta! Spędził noc w towarzystwie najpotężniejszego mrocznego czarodzieja ostatnich kilku wieków i czerpał przyjemność z każdej tego sekundy.
Już samo znajdowanie się tak blisko niego działało niesamowicie na magiczne zmysły Harry'ego. Powietrze pulsowało potężną mocą czarodzieja i to nawet pomimo tego, że był w swojej bardzo ograniczonej formie.
Nie mógł się doczekać, aż mężczyzna odzyska pełnię sił. Jak szalone to było? Cholernie się ekscytował, aż wibrował w oczekiwaniu na uczestniczenie w rytuale wskrzeszenia.
Żałował, że nie odbędzie się on w ten weekend, ale wątpił, by był do tego czasu gotowy. Ale może w następną środę? Lub nawet inny dzień tygodnia, właściwie bez różnicy. Hermiona byłaby podejrzliwa, ale przy odrobinie szczęścia udałoby mu się to obejść. Może zmyśli coś o staroelfickiej książce? Albo coś podobnego. Coś wykombinuje.
Harry westchnął długo, próbując opanować nieco swoje podniecenie i wszedł do swojego umysłu.
