ROZDZIAŁ 14
Betowały Panna Mi [u/2693969] oraz zxully [u/511080].
Rytuał nie odbył się ani w ten weekend, ani w następną środę. W czwartkowe popołudnie Harry kilkukrotnie próbował zwrócić uwagę Moody'ego, ale profesor praktycznie go ignorował.
Tydzień wlókł się niemiłosiernie, a cierpliwość Harry'ego powoli się kończyła. Usiłował każdego wieczora znaleźć sobie jakieś zajęcie. Popołudniami przez pół godziny trenował w Komnacie różnego rodzaju magię — głównie mroczną — a następnie przez godzinę lub dwie kopiował staroelficką księgę. Wieczory dalej spędzał w pokoju wspólnym z Ronem i Hermioną, gdzie pracowali nad swoimi zadaniami domowymi, ale nawet oni dostrzegali, że był rozkojarzony.
Nim nadszedł piątek, skopiował dwadzieścia stron księgi do pergaminowego notesu i dał go Hermionie, by rozpoczęła tłumaczenie. Nie mogła się tego doczekać. Przez cały tydzień ekscytowała się podręcznikiem staroelfickiego i wielokrotnie w czasie posiłków bredziła, jak niesamowicie fascynujący był to język.
Harry regularnie sprawdzał zaczarowany pergamin, połączony z tym posiadanym przez Moody'ego. Nic się na nim nie pojawiło. Stwierdzenie, że zaczynał się frustrować, byłoby sporym niedopowiedzeniem.
W piątkowe popołudnie siedział na lekcji eliksirów, mieszając leniwie znajdujący się w jego kociołku eliksir wyostrzający umysł*. Obecnie miał on mlecznobiały kolor i pływały w nim małe nieregularne grudki, ale wkrótce powinien stać się żółty i przezroczysty. Według Harry'ego była to wyjątkowo kiepska mikstura. Jej efekty trwały tylko przez jakieś półtorej godziny, a następną dawkę wolno było zażyć dopiero po upłynięciu doby. Kompletnie bezużyteczne.
Znalazł kilka innych eliksirów, zaklęć i rytuałów, które wywierały znacznie korzystniejsze wpływy na czyjś rozum i spryt. Sęk w tym, że większość z nich albo była mroczna i sama w sobie nielegalna, albo wymagała wykorzystania zakazanych składników. Zatem przygotowywana dziś przez niego mikstura stanowiła najlepszą opcję dla osób stojących po właściwej stronie prawa. Co prawda miał wrażenie, że znalazłby się inny legalny eliksir chwilowo poprawiający czyjąś inteligencję, ale znacznie przewyższał on poziomem Owutemy i tylko nieliczni potrafili go uwarzyć.
W każdym razie Harry nie czuł się zbytnio zainteresowany warzoną przez siebie miksturą. Robił ją tylko ze względu na zajęcia, a nie z potrzeby posiadania wiedzy, która mogłaby mu się kiedyś przydać.
Co gorsza, cholerny eliksir znajdował się obecnie w wyjątkowo nudnej fazie przygotowywania. Po prostu nad nim siedział, mieszał raz w kierunku przeciwnym do wskazówek zegara i po trzydziestu sekundach szybko pięciokrotnie w przeciwną stronę. A potem czekał trzy minuty i czynność powtarzał. Wielokrotnie. Bardzo się nudził.
Dotarł właśnie do trzyminutowej przerwy, więc odchylił się na krześle i przeciągnął. Westchnął ciężko i rozejrzał się dookoła, obserwując innych uczniów. Z tego, co zauważył, Hermiona była, oprócz niego, jedynym Gryfonem, który dotarł już do fazy „mieszaj i nudź się". Jej eliksir miał taki sam kolor i konsystencję jak jego. Rzut oka w drugą stronę klasy pozwolił mu stwierdzić, że przynajmniej Malfoy, Zabini i Greengrass znajdowali się na tym samym etapie. Aczkolwiek nie był w stanie zajrzeć do ich kociołków i zobaczyć stanu ich eliksirów.
Środkiem sali sunął Snape. Zatrzymał się, by spojrzeć z pogardą na Harry'ego. Ten uniósł w górę brew i posłał mu pytające, ale niezainteresowane spojrzenie.
Nauczyciel zwęził oczy i usta, ale zanim zdążył się odezwać, by wypluć coś, co zdecydowanie zaowocowałoby utratą przez Gryffindor punktów, ktoś zapukał do drzwi.
Głowa Snape'a odwróciła się i spiorunował on drzwi spojrzeniem.
— Wejść — wycedził.
W tym momencie już wszyscy odwrócili się na stołkach, by spojrzeć z zaciekawieniem na wejście w tyle sali. Gdy drzwi się otworzyły, a osoba odpowiedzialna za zamieszanie weszła do środka, wszyscy byli co najmniej w szoku.
Z głową w górze, ale zdecydowanie wyglądając na zdenerwowanego — jeśli jego drżące oko było jakąkolwiek sugestią — przez salę przeszedł Igor Karkarow. Harry zmrużył oczy, obserwując, jak ten podchodzi do Snape'a i zaczyna szeptać jakby w amoku.
Snape uciszył go gestem i rozejrzał się po sali pełnej wpatrujących się w nich z zaciekawieniem uczniów.
— Wracać do pracy! — warknął, a wszyscy szybko zaczęli grzebać w swoich składnikach, by sprawiać wrażenie zajętych.
Snape wyglądał na niezmiernie niezadowolonego obecnością drugiego mężczyzny, ale wskazał mu głową tył sali, gdzie po chwili przeszli. Różdżka Harry'ego w jednej chwili znalazła się pod biurkiem w jego ręku. Udał, że strąca przez przypadek jakiś składnik. Kiedy się po niego schylił i nie było go widać, wskazał różdżką na swoje ucho, w myślach rzucając Declamo. Potem trzymał ją pod biurkiem, cały czas kierując na dwóch mężczyzn, używając jej jak długodystansowego mikrofonu.
— Czyś ty do reszty oszalał? Coś sobie, do diabła, myślał, przerywając moje zajęcia?!
— Teraz nie możesz mnie uniknąć, Severusie!
— Nie unikam cię — warknął Snape. — Byłem zajęty!
— Coś się wydarzy, Severusie! To jeszcze nigdy nie było tak jasne! Nie, od kiedy…
— Doskonale zdaję sobie z tego sprawę, idioto. A teraz się zamknij i wynocha z mojej klasy!
— Co jeśli nas przyzwie? — syknął spanikowany Karkarow.
— Co zrobisz, jest całkowicie twoją sprawą — odparł drwiąco Snape. — A co ja zrobię jest tylko i wyłącznie moją!
— Nie mogę wrócić! On mnie zabije!
— Nie. Obchodzi. Mnie. To! — wysyczał Snape. — A teraz: wyjdź!
Igor wyprostował się i przeszył Snape'a pełnym odrazy spojrzeniem. Odwrócił się na pięcie i wymaszerował z sali szybkim krokiem. Harry schował prędko różdżkę i spojrzał na eliksir. Akurat, by zorientować się, że przegapił moment, w którym powinien go pomieszać, bo zmienił kolor na brązowy.
— Cholera — mruknął do siebie, a potem westchnął i machnięciem różdżki usunął całą zawartość kociołka.
— — —
— Jak myślisz, o co w tym wszystkim chodziło? — zapytał Ron głośnym szeptem, gdy dwadzieścia minut później całą trójką wychodzili z lochów.
— W czym, Ron? — zapytał niezainteresowany Harry.
— Żartujesz sobie?! W tej rozmowie Snape'a z Karkarowem!
— Ach… tak, w tym.
— Ach, tak. W TYM! — powiedział Ron z przesadą w głosie.
— Myślicie, że coś się wydarzy? — spytała zaniepokojona Hermiona, patrząc na pozostałą dwójkę. Pełna wahania, nie spuszczała wzroku z Harry'ego, przygryzając dolną wargę. — Harry?
— Tak? — Zmierzył ją spojrzeniem, ukrywając swoją lekką podejrzliwość.
— Pamiętasz, jak opowiadałeś nam o śnie, który miałeś pod koniec lata? O… o Sam-Wiesz-Kim, Glizdogonie i tym drugim mężczyźnie?
Harry zwolnił kroku, ale zachował kamienną twarz.
— Tak? No i co?
— Czy… czy miałeś może więcej takich snów?
Na to pytanie oczy Rona również wypełniła ciekawość i spojrzał wyczekująco na Harry'ego. Ten jednak po prostu wzruszył ramionami i pokręcił głową.
— Nie. W ogóle. Blizna ani razu mnie nie zabolała. Ron może potwierdzić, że przez cały semestr ani razu nie obudziły mnie koszmary. Prawda, Ron?
Ron zmarszczył brwi, wyglądając na zamyślonego — czyli tak, jakby miał zaparcie.
— Hm… Jak tak teraz o tym pomyślę, to… nie, nie miałeś. Przynajmniej nie od czasu Halloween. Nie zdarzyły ci się przypadkiem ze dwa we wrześniu?
Tym razem to Harry zmarszczył twarz, ale potem zbył to wzruszeniem ramion.
— Nawet jeśli, to ich nie pamiętam.
Hermiona odwróciła się od nich i ruszyli znów ku Wielkiej Sali. Wyglądała na głęboko zamyśloną, a nigdy dobrze nie wróżyło, gdy próbowała odkryć coś, co ukrywał Harry. Ale nie wydawało się, żeby do tej pory rozgryzła, co się z nim w tym semestrze działo. Poza tym, na wszelki wypadek regularnie sprawdzał jej powierzchowne myśli, by upewnić się, że nie doszła do żadnych niebezpiecznych wniosków.
I nie doszła. Była podejrzliwa, ale nie miała pojęcia, co się z nim działo. Miała kilka trochę niepokojących teorii, ale żadna nawet nie zbliżała się do prawdy.
Trio dotarło do Wielkiej Sali, znalazło swoje miejsca, a Ron naładował na swój talerz całą górę jedzenia. Hermiona wciąż wyglądała na głęboko zamyśloną, a Harry musiał utrzymać swoje nerwy na wodzy. Skupił się na posiłku, decydując, że lepiej upora się z tym problemem z pełnym żołądkiem.
Jakieś piętnaście minut później do Wielkiej Sali wkroczył Moody, od razu kierując się do stołu prezydialnego i zajmując swoje miejsce. Kiedy Harry na niego spojrzał, mężczyzna, zamiast zignorować go jak zwykle w ciągu ostatniego tygodnia, wpatrywał się prosto w niego. Z wrażenia chłopak prawie zleciał z krzesła, ale zdołał opanować swoją reakcję. Jedynie się wzdrygnął.
Ich spojrzenia się spotkały i Moody skinął lekko głową. Wysunął z przedniej kieszeni szaty kawałek złożonego pergaminu, pokazując jego skrawek i niemal od razu chowając go z powrotem.
Oczy Harry'ego zapłonęły z podekscytowania i chłopak ledwo powstrzymał wielki, ochoczy wyszczerz. Zamiast tego uśmiechnął się lekko do Moody'ego i odpowiedział mu skinieniem. A potem, jak gdyby nigdy nic, wrócił do posiłku.
Kiedy skończył jeść, a Ron zdecydowanie jeszcze nie, Harry sięgnął do torby w poszukiwaniu książki. Była to „Mroczna obrona" Temernity Winickus, której okładkę zaczarował tak, by wyglądała na „Teorię obrony magicznej" Wilberta Slinkharda.
Pomiędzy ostatnimi dwiema stronami ukrył coś, co na pierwszy rzut oka mogłoby wydawać się najnormalniejszym na świecie kawałkiem pergaminu. Harry wyciągnął go i rozłożył, ukrywając tuż pod krawędzią stołu. Opuścił wzrok i ucieszył się, gdy w miejscu zwyczajowej pustki ujrzał pismo Moody'ego.
Dziś w nocy.
O północy przy posągu.
Na twarzy Harry'ego wykwitł szeroki, nikczemny uśmiech. Szybko opanował swój entuzjazm i wyczyścił pergamin stuknięciem różdżki. Złożył go i z powrotem schował między kartki książki.
Dziś w nocy! Dziś w nocy, dziś w nocy, dziś w nocy! — skandował w myślach. Utrzymywał neutralny wyraz twarzy, ale wewnątrz skakał z radości.
— Ej, Harry! Co z tobą? — Głos Rona przedarł się przez wewnętrzny chór Harry'ego, powodując gwałtowne uniesienie przez niego głowy.
— Co?
— Wyglądasz, jakbyś był w naprawdę dobrym humorze. Dlaczego?
— Och, um… nic takiego. Jest piątek i wiesz… nie mogę się doczekać weekendu.
— Ta, ja też. — Ron uśmiechnął się szeroko. — Nienawidzę, kiedy kończymy Snape'em, ale cieszę się, że mamy to już za sobą.
— Ta… — odparł Harry z szerokim uśmiechem. — Ja też…
— — —
Harry przez cały wieczór był niespokojny, nerwowy i podekscytowany. Ledwo mógł skupić się na swoich pracach domowych. W końcu oznajmił, że idzie zaczerpnąć świeżego powietrza. Hermiona i Ron wiedzieli, że to tylko wymówka, a tak naprawdę zniknie tam, gdzie zwykle. Oboje nauczyli się już jednak, że nie warto o to pytać — i tak by im nie odpowiedział.
Zszedł do Komnaty i udał się prosto do bazyliszka. Harry był wdzięczny, że jego cielsko miało ponad pięćdziesiąt stóp**, bo inaczej szybko całe by je zniszczył podczas ćwiczenia zaklęć.
Szybko zatracił się w swoim brutalnym, czarnomagicznym ataku na bestię. Jego umysł wypełniła euforia i pozwolił sobie na pogrążenie się w tym, co robił. Niezmiernie mu dzięki temu ulżyło, a czas wydawał się płynąć szybciej. Zanim się zorientował, "zegarek" na jego ręce zaczął się nagrzewać, sygnalizując, że minęła godzina i powinien opanować swoją magię.
Dyszał z wycieńczenia, a jego oczy wypełniał płomień szaleńczej, wyzwolonej przez mroczną magię euforii. Kiedy wziął się w garść, musiał powstrzymać chichot, który często wymykał mu się po wyjątkowo brutalnej sesji.
Niedługo będzie musiał przejść do kolejnej części węża. W tej, nad którą pracował podczas ostatnich tygodni, przedarł się już przez skórę, mięśnie, a nawet część kości. A mówiono, że kości bazyliszka są ponoć niemal niezniszczalne. Z drugiej strony — ich skóra miała cechować się odpornością na magię, a wcale tak nie było.
Dawno już stało się dla Harry'ego oczywiste, że kiedy ludzie mówili o „odporności na magię", mieli na myśli „normalną" magię. Neutralną, ewentualnie tę jasną. Chociaż znalazł bardzo mało magii o typowo „jasnej" naturze. Na przykład Patronus był jasnym zaklęciem. W zasadzie spróbował go kilka tygodni temu nawet rzucić, by sprawdzić, czy nadal to potrafił. Potrafił.
Nie wydawało się to trudne, ale wywoływało w nim teraz dziwne uczucie. Takie… niewłaściwe. Nie podobał mu się kwaśny posmak jego magii.
Rozważał przeszukanie szkolnej biblioteki pod kątem zaklęć typowo jasnych, ale ciekawiło go to tylko odrobinę, więc jeszcze tego nie zrobił. W ogóle nie dziwiło go też, że nie znalazł książek na ten temat w gabinecie Slytherina.
W każdym razie szczerze wątpił, by zaawansowane zaklęcia jasnej magii były w stanie przedrzeć się przez coś takiego jak ciało bazyliszka. Z tego, co zrozumiał, białe zaklęcia po prostu nie zostały stworzone z myślą o takiej destrukcji. To niszczycielska natura czarnej magii czyniła ją tak potężną.
Nawet po swoim „treningu" Harry nie był wciąż dostatecznie opanowany, by wrócić do pokoju wspólnego. Wiedział, że jego zachowanie wyglądałoby naprawdę niecodziennie i gdyby poszedł spędzić trochę czasu z Gryfonami, ci zwróciliby na to uwagę. Zamiast tego usiadł na szezlongu i otworzył jeden z rozdziałów „Na paluszkach przez nieświadomy umysł" autorstwa Clair Videre.
Kilkukrotnie przekartkował już tę książkę i przeczytał kilka z jej rozdziałów od deski do deski. To zniej dowiedział się, że jego mała sztuczka z czytaniem w myślach była nazywana Leglimencją. Ale najbardziej zaciekawiła go siostrzana magia zwana Oklumencją. Gdzie Leglimencja pozwalała poznać czyjś umysł, Oklumencja uczyła zakładania barier, by ochronić umysł przed taką ingerencją.
„Na paluszkach przez nieświadomy umysł" była jednak książką o Leglimencji, a nie Oklumencji. Miała tylko jeden rozdział na ten temat i to właśnie na nim skupił się teraz Harry.
Brzmiało to całkiem skomplikowanie i miało kilka poziomów zaawansowania. Pierwszy — jedyny dokładniej opisany w książce — opierał się na prostym wyczyszczeniu umysłu, gdy wyczuło się niechcianą obecność. Po prostu wyczyść umysł i pozostaw intruza w wielkiej pustce. Mimo tego, że znajduje się w twoim umyśle, nie będzie miał czego przeczytać.
I chociaż ta metoda zdawała się całkiem w porządku, Harry'ego bardziej interesowało powstrzymanie kogoś przed samą w sobie ingerencją w jego umysł. A żeby to zgłębić, musiał znaleźć inną pozycję poświęconą Oklumencji.
Westchnął, odłożył książkę na stoliczek obok szezlongu i pomasował sobie skronie. Zamknął oczy i pozwolił swojemu umysłowi powędrować w stronę tego, co miało wydarzyć się tej nocy. Voldemort — Czarny Pan — zamierzał wykonać rytuał odbudowy swojego ciała, a Harry dobrowolnie miał mu w tym pomóc.
Na logikę Harry wiedział, że nie zachowywał się… logicznie. A może właśnie zachowywał się zbyt logicznie. Nie miał pojęcia. Zwykł nie myśleć o tym, co tak w zasadzie robił. Czuł się trochę obezwładniony towarzyszącymi temu emocjami. Na pewnym poziomie czuł się z tym po prostu dobrze. Jego magia ciągnęła go w tę stronę i był szaleńczo podekscytowany perspektywą powrotu Czarnego Pana. Racjonalnie, gdzieś w głębi umysłu wiedział, że powinien uciekać z krzykiem i z całych sił próbować to powstrzymać.
Ale wtedy pytał siebie… dlaczego? Dlaczego powinien tego nie chcieć? Harry otworzył oczy i rozejrzał się po pokoju. To wydawało się wartym przemyślenia. Dlaczego powinien, a dlaczego nie powinien tego chcieć. Niemądrze było opierać się wyłącznie na własnym przeczuciu. Musiał poprzeć to jakimiś konkretnymi argumentami.
Po pierwsze… powody do radości. Dlaczego miałby tego chcieć.
Voldemort był Czarnym Panem, a Harry stał się mrocznym czarodziejem. I podobało mu się to. Nie zamierzał tego żałować nawet w najmniejszym stopniu i pogodził się z tym faktem. A jako mroczny czarodziej czuł pociąg do Czarnego Pana. Wiedział o tym. Ale równocześnie dałby sobie rękę uciąć, że chodziło coś więcej.
Czuł się połączony z mężczyzną we wręcz nieopisywalny, intymny sposób. To przez to, że część jego duszy spoczywała w Harrym od bardzo dawna — nawet jeśli sam dowiedział się o tym dopiero niedawno.
Więc… dlaczego powinien chcieć to powstrzymać?
Voldemort był brutalny… cóż, to prawda. Ale Harry również stał się całkiem brutalny i w jego oczach nie stanowiło to aż takiego problemu, jak jeszcze kilka miesięcy temu.
Voldemort znów rozpocznie wojnę. Zginie cała masa ludzi. To była całkiem słuszna uwaga, ale jednocześnie Harry czuł, że to potrzebne. Nie rozumiał dlaczego tak myślał i to był jedyny powód, dla którego nie mógł się z tym całkowicie zgodzić. Ale równocześnie odmawiał uznania wojny za powód, by nie wskrzesić Voldemorta. Po prostu nie znał wystarczająco dużo stojących za nią motywów, a bez tej wiedzy nie mógł użyć tego argumentu.
Voldemort zabił jego rodziców.
Harry przewrócił oczami. Cóż, to był idiotyczny powód. Rodzice Harry'ego stanowili dla niego jedynie ideę, mrzonkę. Nieuchwytne, wyidealizowane pojęcia bez realnego oparcia w materii czy znaczeniu.
Nigdy ich nie poznał, więc ich strata nic dla niego nie znaczyła. Realne były natomiast te okropne mugolskie dupki, które go wychowały i mężczyzna, który go u nich porzucił. To było uchwytne. A Voldemort prowadził swoją wojnę przeciwko właśnie temu mężczyźnie.
Przynajmniej po części.
Zatem jeśli o niego chodziło, nie miał zbyt wielu powodów, by mu nie pomóc. A jeśli okaże się pomocny, Voldemort przestanie na niego polować i próbować go zabić. Był tego niemal pewien. Nawet przy tej całej „cząstce jego duszy" i „uczynieniu go nieśmiertelnym", Harry wiedział, że jeśli wciąż stanowiłby dla Voldemorta zagrożenie, ten na pewno by się go pozbył.
Natomiast jeśli Harry dołączyłby do Czarnego Pana… cóż, instynkt samozachowawczy był całkiem silną motywacją. A w tym wypadku stanowił dobrą wymówkę dla tego, że głęboko wewnątrz siebie naprawdę, naprawdę, naprawdę chciał do niego dołączyć.
Zatem! Przeczucie plus pragnienie przeżycia równa się dobrowolny udział we wskrzeszeniu Czarnego Pana.
Harry zachichotał i przewrócił oczami. Wiedział, że był śmieszny, ale w ogóle go to nie obchodziło.
Rzucił Tempus i jęknął, rozdrażniony na godzinę. Była dopiero ósma trzydzieści. Z drugiej strony, cisza nocna zaczynała się o dziesiątej, więc tak czy siak nie mógłby zostać w Komnacie szczególnie długo.
Wstał z szezlongu i podszedł do biurka, na którym zostawił staroelficką książkę. Otworzył kopię, nad którą pracował oraz znalazł stronę, którą ostatnio powielał.
Kopia jego i kopia Hermiony zostały ze sobą połączone zaklęciem, dzięki czemu to, co dodał do swojej, pojawiało się również u niej. Wydawało się to najprostszą metodą, by mogła zacząć tłumaczenie, mimo że on wciąż był w trakcie kopiowania.
Powrócił do pracy po ustawieniu alarmu na dziewiątą. Powinien spędzić chociaż trochę czasu w pokoju wspólnym, bo inaczej przyjaciele nie daliby mu spokoju przez calutki weekend.
— — —
Dwie i pół godziny później Harry siedział w pokoju wspólnym, próbując powstrzymać swoją niechęć na zamieszanie powstałe przy jednym ze stolików. Zajmowali go bliźniacy, Lee Jordan, Seamus, Ron i kilku innych Gryfonów, których nie znał tak dobrze.
Grali w grę, która zdołała być nawet bardziej irytująca od eksplodującego durnia — a Harry nie sądził, że to w ogóle możliwe. Najwyraźniej to bliźniacy ją wymyślili.
Jeśli ktokolwiek mógł wymyślić tak nieznośną grę, to tylko oni — pomyślał gorzko, gdy od strony stolika dobiegł go kolejny raniący uszy hałas, a zaraz po nim nastąpił gromki śmiech.
Zbliżała się jedenasta, co oznaczało, że została mu godzina do spotkania z Moodym, ale żaden z jego współlokatorów nie poszedł jeszcze do łóżka, a pokój wspólny wypełniali ludzie. Ponieważ był piątek, nikt nie uważał za stosowne iść spać o przyzwoitej godzinie i wszyscy z radością zostali oglądać lub grać w nową grę bliźniaków i Jordana.
Harry musiał pogodzić się z faktem, że nie pójdą spać przed nim. Będzie więc musiał udać, że sam idzie do łóżka, ogarnąć je tak, by wyglądało na zajęte i prawdopodobnie rzucić zaklęcie przylepca na kotary. A potem znaleźć sposób na wymknięcie się z pokoju wspólnego, kiedy ten wciąż był pełen ludzi.
Peleryna-niewidka pozwoliłaby mu na przemknięcie obok wszystkich niepostrzeżenie, ale wciąż musiałby jakoś otworzyć dziurę za portretem. A to z pewnością zostałoby zauważone. Przynajmniej Hermiona zwróciłaby uwagę, gdyby przejście się otworzyło i zamknęło, a nikogo nie byłoby widać. Wiedziałaby, że to Harry się wymyka.
Może mógłby otworzyć okno w dormitorium i wylecieć przez nie na miotle? To było całkiem wykonalne. Harry nie dotykał swojej Błyskawicy od miesięcy i niemal o niej zapomniał.
Rozejrzał się po pokoju, zapamiętując, gdzie znajdowali się jego współlokatorzy. Dean stał obok stołu i oglądał grę, a Seamus i Ron sami w nią grali… ale co z Neville'em…
Rozejrzał się, próbując namierzyć najbardziej nieśmiałego ze swoich współlokatorów. Skrzywił się lekko, gdy go nie znalazł. Czy Neville poszedł do łóżka? To skomplikowałoby sprawę… Był pewien, że widział go w pokoju wspólnym jeszcze chwilę temu.
Jeśli Neville dopiero co poszedł na górę, Harry wciąż mógł mieć szansę. Chłopak zawsze brał prysznic przed snem, bo nie znosił robić tego o poranku i chodzić na śniadanie z mokrą głową.
Harry szybko zaczął pakować swoje zadania domowe do torby. Hermiona zauważyła to i spojrzała na niego pytająco.
— Jestem już zmęczony… chyba się położę. Poza tym, jutro najpewniej wcześnie wstaję.
— Och, a dlaczego? — zapytała zaciekawiona. Harry uniósł w górę brew i posłał jej znaczące spojrzenie. Hermiona spochmurniała, przewróciła oczami i westchnęła.
— Niech ci będzie, nie mów mi — burknęła, patrząc na niego spod zmrużonych powiek.
— Dzięki, Hermiono. — Harry uśmiechnął się, a jej spojrzenie złagodniało. Westchnęła, zrezygnowana.
— W porządku… dobranoc, Harry.
— Branoc — odpowiedział, po czym przerzucił torbę przez ramię i pobiegł na górę.
Gdy wszedł do sypialni, Neville znikał właśnie w łazience. Harry wypuścił z siebie ciężkie westchnienie ulgi. Nie miał jednak czasu do stracenia, bo chłopak nie praktykował długich pryszniców.
Podbiegł do swojego łóżka i złapał jedną z poduszek. Przetransmutował ją w atrapę ciała o czarnych włosach. Przypominała wątpliwy manekin ze sklepu, ale to powinno wystarczyć. O ile nikt nie będzie się jej jakoś bliżej przyglądał.
Przykrył manekin kołdrą, a potem zaciągnął kotary wokół łóżka i rzucił zaklęcie przylepca.
Wyciągnął Błyskawicę, pelerynę i mapę, a potem zmniejszył kufer zaklęciem i schował go do kieszeni na piersi. W ciągu ostatniego tygodnia skopiował jeszcze kilka książek z Komnaty i postanowił wziąć je ze sobą.
Zarzucił na siebie pelerynę-niewidkę, a potem z miotłą w ręce podszedł do największego okna. Odsunął zasuwę, otworzył je i wyleciał na zewnątrz. Unosząc się tuż obok, różdżką zamknął je i na powrót zasunął zasuwę.
Peleryna nie zasłaniała miotły i nie chroniła go przed spojrzeniem kogoś, kto stanąłby tuż pod nim, dlatego szybko wylądował na ziemi. Gdy stanął na pewnym gruncie, zmniejszył Błyskawicę zaklęciem i schował ją do kieszeni. Wciąż zostało mu jakieś czterdzieści pięć minut do spotkania z Moodym, ale uznał, że może już udać się na miejsce.
Uruchomił mapę i poszedł w stronę najbliższego wejścia do szkoły.
Trzydzieści minut później opierał się o ścianę niedaleko posągu jednookiej wiedźmy. Musiał unikać Filcha, Pani Norris, Irytka oraz kilku patrolujących korytarze prefektów, dlatego dojście tutaj zajęło mu trochę więcej czasu. Dobrze, że wyszedł wcześniej.
Pięć minut przed północą Harry poczuł zakłócenie w otaczającej go magii. Sięgnął tam swoimi magicznymi zmysłami. Przekonany, że wyczuwa sygnaturę Moody'ego, niemal zdjął pelerynę przed spojrzeniem na mapę. Na szczęście tego nie zrobił.
Bo kiedy spojrzał na mapę, by porównać ją ze swoim odczuciem, niemal się zakrztusił, widząc kropkę z podpisem „Severus Snape".
Jego oczy rozszerzyły się i wyciągnął dla bezpieczeństwa różdżkę. Spojrzał ponownie na mapę, szukając na niej Bartemiusza Croucha. Zobaczył, że ten byłkilka zakrętów stąd. Harry rzucił czar wyciszający na swoje stopy i ruszył korytarzem, jak najdalej od miejsca, gdzie Snape stał pod ścianą naprzeciwko statuy.
Gdy dotarł do zakrętu, ruszył biegiem, pędząc do Barty'ego. Dopadł do kropki mężczyzny i zdziwił się, że ten po prostu szedł sobie korytarzem bez żadnego kamuflażu.
— Moody! — szepnął ostro Harry, gdy znalazł się kilka stóp od niego. Moody zamarł i odwrócił się, wyciągając różdżkę.
— Potter?
— Mamy problem — warknął Harry, zsuwając pelerynę na tyle, by mężczyzna widział jego oczy.
— Jaki problem? — zapytał Moody, unosząc jedną brew.
— Przy statui stoi zamaskowany iluzją Snape. Mówiłeś mu? To znaczy… jest zaproszony czy co?
— Co? Snape? Oczywiście, że nie. Co on, do cholery, tutaj robi?
— A żebym to ja wiedział. Ale czy on nie był przypadkiem Śmierciożercą?
— Snape jest szpiegiem. Czy szpiegiem Dumbledore'a, czy Czarnego Pana, to wciąż pozostaje kwestią sporną. Nie odwróciłbym się do niego plecami.
Harry wykrzywił twarz, próbując zrozumieć ostatnią wypowiedź.
Nie ufać Snape'owi. Prościzna. I tak mu nie ufałem.
— Szpiegiem, co? Interesujące… to nie może być przypadek, że się tu dzisiaj pojawił.
— Nie, nie może — warknął Moody, krzywiąc się. Spojrzał na Harry'ego normalnym okiem i je zmrużył. — Nie wygadałeś się nikomu, prawda?
— Nie. I wyczyściłem pergamin tuż po odczytaniu wiadomości. Zresztą i tak nikt by nie wiedział, o którą statuę chodzi. W tym zamku są ich tysiące.
Moody kiwnął głową i spojrzał groźnie na korytarz.
— Będę musiał znowu przeszukać swój gabinet pod kątem pluskiew — burknął. — Zastanawiam się, co jeszcze mogło zostać podsłuchane.
— Zrób to. W każdym razie dobrze, że zorientowałem się, kim jest. Na początku myślałem, że to ty pod iluzją. Na szczęścieprzed zdjęciem peleryny spojrzałem na mapę.
— Mapę? Tę, która pokazuje wszystkie znajdujące się w szkole osoby?
— Tak, tę.
— Ciągle tam stoi?
Harry wyciągnął mapę w taki sposób, że teraz unosiła się przed Moodym wraz z jego rękami. Wskazał palcem Snape'a.
— Ciągle.
Moody zawarczał, wyciągnąłkieszonkowy zegarek i skrzywił się.
— Nie możemy siedzieć na tyłkach i czekać, aż sobie pójdzie. Musimy wymyślić inną drogę. Nie znasz przypadkiem innych sekretnych przejść?
Harry zamyślił się na chwilę.
— Cóż, jest jedno prowadzące z Wierzby Bijącej do Wrzeszczącej Chaty. Ale musielibyśmy pójść do Wierzby Bijącej, by się do niego dostać. Jest jeszcze jeden za statuą Grzegorza Przymilnego, ale nigdy go nie używałem. Bliźniacy mówili, że Filch obłożył go pułapkami.
Moody prychnął.
— Spróbujemy tego za statuą Przymilnego. Filch to tylko durny charłak, jego „pułapki" nie stanowią problemu. — Harry pokiwał głową i schował ręce z mapą z powrotem pod peleryną-niewidką. — Ja idę pierwszy — zaczął Moody. — A ty za mną pod swoim płaszczem.
— Jasne — odrzekł Harry.
Po kolejnych pięciu minutach obaj stali pod statuą Grzegorza Przymilnego. Moody potrzebował zaledwie chwili, by rozgryźć otwarcie przejścia. Harry'emu ulżyło, bo sam nie miał najmniejszego pojęcia, jak to zrobić.
Piętnaście minut szli tunelem, co jakiś czas rzucając zaklęcia zamrażające i stopujące na założone przez Filcha prymitywne alarmy, aż poczuli, że opuścili bariery szkoły. Moody wyciągnął świstoklik, obaj go złapali i sekundę później zostali wciągnięci z cichym pyknięciem i nieprzyjemnym uczuciem w pępku.
Pojawili się w tym samym holu wejściowym, co ostatnio. Tym razem Harry miał tylko niewielki kłopot z utrzymaniem się na nogach, a kiedy stanął pewniej, sięgnął do kieszeni i wyciągnął różdżkę.
Moody natychmiast stężał. Był tylko trochę zaskoczony, gdy Harry odwrócił ją czubkiem w swoją stronę i mu podał.
— Domyślam się, że wciąż nie będzie mi wolno zachować różdżki. Nie będziesz musiał mnie prosić o jej oddanie — stwierdził Harry z uśmieszkiem.
Moody mruknął i wyrwał mu różdżkę. Następnie odwrócił się z gracją, na jaką mógł sobie pozwolić człowiek o drewnianej nodze, i skierował się w stronę korytarza. Harry przez chwilę popatrzył za nim z zaciekawieniem, a potem za nim podążył.
Moody prowadził go korytarzami z drewnianą boazerią i ozdobnymi, wypolerowanymi żyrandolami. Ich żarówki zastąpiono stworzonymi magicznie kulkami światła.
Gdy przemieszczali się w głąb domu, łaskoczące uczucie w bliźnie Harry'ego przybierało na sile, a na jego ustach pojawiał się coraz szerszy uśmiech. Uwolnił swoją magię i pozwolił jej się wokół siebie rozciągnąć, smakując otaczającej ich magii. Choć oczywista była mugolska geneza tego domu, równie oczywisty był szereg zastosowanych w nim magicznych modyfikacji. Chłopak bez wątpienia zza kilku zamkniętych drzwi wyczuwał zaklęcia rozszerzające przestrzeń.
Posłał swoją magię jeszcze dalej i od razu wiedział, dokąd zmierzali. W pokoju na końcu korytarza wyczuwał dużą magiczną moc. Było to też miejsce, w którym wedle jego blizny urzędował Voldemort.
Moody znajdował się jakieś dziesięć stóp od wejścia, gdy nagle zgiął się wpół i zaczął skręcać oraz kurczyć. Harry zamarł, zaskoczony nagłą zmianą w postawie mężczyzny. Przez chwilę ogarniało go kompletne zdezorientowanie, aż zobaczył, że skóra czarodzieja bulgocze i się rozciąga.
Moody zaczął szarpać za swoją sztuczną nogę, rozpinając trzymające ją w miejscu paski i zaczepy. Osunął się po ścianie na podłogę, a potem uniósł rękę w odpowiednim momencie, by złapać magiczne oko, które wypadło z oczodołu.
Harry skrzywił się, obserwując, jak eliksir wielosokowy Moody'ego przestaje działać, a mężczyzna odzyskuje swoją prawdziwą postać.
Zajęło to tylko moment, ale bez wątpienia nie było przyjemne. Barty Crouch wstał niepewnie i kopnął pod ścianę leżącą obecnie na podłodze sztuczną nogę. Schował magiczne oko do kieszeni i spojrzał na Harry'ego.
Mężczyzna wyglądał na około trzydzieści lat i miał bladą twarz oraz rozczochrane włosy w kolorze słomy. Jasne piegi znaczyły jego skórę, a zapadnięte, ciemne oczy skrywały w sobie dzikie szaleństwo. Patrząc na Harry'ego, wyszczerzył zęby w trochę obłąkanym uśmiechu.
— Cóż, Potter… teraz idziemy do naszego Pana. Jesteś gotowy?
— Jestem. — Harry odpowiedział własnym szerokim uśmiechem i entuzjastycznym kiwnięciem głową.
Barty zarechotał cicho i odwrócił się w stronę widniejących na końcu korytarza drzwi. Były podwójne, ale otworzył tylko jedno skrzydło i cicho wsunął się do środka. Harry pośpieszył za nim i jak tylko wszedł, zobaczył, że mężczyzna klęczy kilka stóp przed nim.
— Mój Panie, przyprowadziłem Harry'ego Pottera — oznajmił Barty z pełną szacunku radością, utrzymując głowę w pokornym ukłonie.
Harry stał tak przez chwilę, chłonąc swoje otoczenie. Z tego, co wywnioskował, weszli tylnym wejściem do czegoś, co przypominało salę balową. Wszystkie stojące w niej kiedyś meble zostały usunięte, a na środku znajdował się największy kociołek, jaki kiedykolwiek widział. Unosił się nad magicznym ogniem, a jego zawartość już się gotowała.
Wokół kociołka znajdowały się wyryte w podłodze koncentryczne okręgi, którym towarzyszyły wyryte na nich w strategicznych miejscach runy i dziwne symbole. Skulony, ciągle w trakcie wypisywania niektórych z nich, był nie kto inny, a Glizdogon. Z boku, w swoim lewitującym fotelu, siedział sam Czarny Pan.
Odwrócił się, a Harry zobaczył, jak wężowaty mężczyzna uśmiecha się do Barty'ego.
— Bardzo dobrze, Barty. Witam was obu na moim wskrzeszeniu — powiedział z pretensjonalnym machnięciem ręki i nikczemnym chichotem. Barty uniósł głowę, na jego twarzy pojawił się wyraz dzikiego zachwytu, a oczy zaświeciły się z triumfem.
Harry zorientował się, że na jego twarzy widniała podobna mina, a gotujące się w piersi oczekiwanie dochodziło do niebotycznego poziomu.
Voldemort wskazał ręką na jedyny mebel, jaki został w pomieszczeniu, mały stolik bufetowy stojący przy ścianie obok drzwi, przez które weszli Harry z Bartym.
— Tam są instrukcje, z którymi powinieneś się zapoznać, Potter — powiedział Voldemort, zbywając go machnięciem ręki. Harry szybko skłonił głowę.
— Tak, mój Panie — powiedział, odwracając się. W kilku szybkich krokach podszedł do stolika i podniósł pergamin.
Zapoznał się naprędce z treścią pergaminu, a jego oczy rozszerzały się w szoku z każdą kolejną przeczytaną linijką. Spojrzał nagle z powrotem na stół, gdzie na kawałku czarnego aksamitu leżał rytualny sztylet.
Spojrzał na uśmiechającego się nikczemnie Voldemorta. Ten uniósł pytająco jedną brew, jakby wyzywając Harry'ego do kłótni. Chłopak przewrócił oczami i zaczął się rozbierać.
— W porządku. Mam samemu je na sobie wyciąć czy zrobi to Barty? Naprawdę wolałbym, żeby nie był to Glizdogon, ale rozumiem, że nie mam zbyt wiele do gadania — oznajmił Harry, składając swoją szkolną szatę i zaczynając rozpinać guziki koszuli.
Przez sekundę na twarzy Voldemorta widoczne było zaskoczenie, zanim zastąpił je poprzedni uśmieszek.
— Nie przeszkadza ci to? To nie będzie dla ciebie bezbolesne doświadczenie.
— Nie spodziewałem się takiego. Tutaj jest napisane, że nie pozostaną po tym blizny, a to jedyne, na czym mi zależy. Moi współlokatorzy prawdopodobnie zauważyliby na moim ciele dziwne blizny w kształcie starożytnych run, zwłaszcza, że wcześniej ich nie było. Wątpię, aby ból okazał się gorszy niż ten, którego już doświadczyłem, szczególnie zadany przez samego siebie. Myślę, że postawiłem poprzeczkę dosyć wysoko.
— Czyżby? Muszę przyznać, że wzbudziłeś moją ciekawość. Wyjaśnij.
— Słyszałeś o eliksirze przyspieszającym Drajiou? — zapytał Harry, ściągając i składając koszulę. Oczy Voldemorta rozszerzyły się i zachichotał.
— Przeszedłeś cały proces? Wszystkie osiem dawek?
— Tak — odpowiedział Harry ze zbolałym spojrzeniem, zanim położył złożoną koszulę obok szaty.
— I przetrwałeś to bez utraty zmysłów? — zapytał Voldemort z lekkim niedowierzaniem w głosie. Harry się roześmiał. Mocno. A potem wzruszył ramionami, wyglądając na zakłopotanego.
— Cóż, to raczej kwestia dyskusyjna. Ale powiedziałbym, że tak. W zasadzie przez większość czasu uciekałem do swojego umysłu, ale nie dało się uniknąć całego bólu. Nieważne, jak szybko po zażyciu dawki chowałem się w głąb swojej głowy.
— Mówią, że ból jest gorszy sześciu Cruciatusów, rozciągniętych w dziesięciogodzinną torturę — zadumał się Voldemort z lekkim respektem w głosie. — Dlaczego sobie to zrobiłeś, jeśli mogę spytać?
— Cóż… Sądzę, że na początku szczerze nie spodziewałem się, że będzie aż tak źle. Ale głównie chciałem naprawić swoje ciało. Miałem dosyć życia ze skutkami dziesięcioletniego traktowania jak skrzata domowego. To znaczy… — Zamilknął na chwilę i wskazał różdżką swój nagi tors. — Szczerze mówiąc, jestem całkiem zadowolony z efektów. To, jak wyglądałem wcześniej, nawet się do tego nie umywa.
Voldemort zmrużył oczy, wyglądając na raczej niezadowolonego. Harry poczuł przeszywający go strach na myśl o tym, że zdołał zdenerwować Czarnego Pana, nie wiedząc nawet na dodatek, w jaki sposób.
— Co dokładnie zrobili ci mugole? — wysyczał Voldemort, zaskakując go swoim pytaniem.
— Och… no cóż. Umieścili mnie w schowku pod schodami. Był moją sypialnią do czasu, aż skończyłem jedenaście lat i dostałem listu z Hogwartu. Musiałem sprzątać dom, gotować dla nich, pracować w ogrodzie, robić pranie, a jeśli nie spełniałem ich wysokich standardów perfekcyjnej normalności, w ramach kary odmawiali mi posiłków. Och, a jeśli przez przypadek użyłem swojej dziecięcej magii, na wiele dni zamykali mnie w schowku bez jedzenia. Spędziłem więc przesadną ilość czasu w malutkim, ciemnym pomieszczeniu bez pożywienia i w konsekwencji skończyłem niedożywiony, niski i chorowity. Nawet regularne posiłki w Hogwarcie nie wystarczyły, by przeciwdziałać szkodzie wyrządzonej przez poprzednie dziesięć lat. Dlatego byłem wychudzony i wyglądałem naprawdę żałośnie. Wolę to — zakończył Harry, raz jeszcze wskazując na swój tors.
— Jakie eliksiry przyśpieszyłeś? — zapytał Voldemort, odwracając wzrok i starając się wyglądać na niezainteresowanego. Jednak Harry czuł pieczenie w swojej bliźnie i zobaczył błysk wściekłości w jego rubinowych oczach. Uniósł brew, zastanawiając się, o co w tym wszystkim chodziło. Szybko jednak uświadomił sobie, że Czarny Pan zadał mu pytanie i niemądrze byłoby kazać mu czekać na odpowiedź.
— Tylko dwa. Zaawansowany eliksir wzmacniająco-odżywczy oraz odbudowujący mięśnie i kości. Więc katalizator, za każdym razem, gdy je brałem, rozdzierał moje kości, mięśnie i ścięgna, a potem odbudowywał. Wystarczyło osiem dawek.
— Nie użyłeś przy tym żadnego zaklęcia postarzającego? Jak dla mnie nie wyglądasz na czternaście lat.
Harry zamrugał, zaskoczony tym komentarzem, ale szybko opanował emocje.
— Um… dzięki? Um… panie?
Voldemort zachichotał, ale brzmiało to bardzo podobnie do prychnięcia.
— Kiedy to zrobiłeś? Jeśli niedawno i w twoim organizmie pozostał ślad eliksiru, może zakłócić to rytuał.
— Och. Ostatnią dawkę wziąłem prawie dwa miesiące temu. Nie powinno być problemu.
— Dobrze. Odpowiadając na twoje wcześniejsze pytanie, musisz samemu wyryć runy na swoim ciele. Poza plecami, tam wyryję je ja.
— Och — powiedział Harry, mrugając i przyswajając sobie tę informację. — W porządku — dodał z małym westchnieniem, a potem skinął głową z determinacją.
Ponownie skupił się na pergaminie i jeszcze raz przeczytał, skupiając się na każdym symbolu i jego planowanym umiejscowieniu na swoim ciele. Na szczęście nie było ich tak wiele — mogło być o wiele gorzej.
Z tego, co wywnioskował, całe to „wyrycie run na własnym ciele" było alternatywą prostszego rytuału, w którym całe ciało Harry'ego zostałoby poświęcone i pozbawione krwi. Ból nie będzie przyjemny, ale wciąż był lepszy od śmierci.
— Doceniam, że wybrałeś tę wersję zamiast złożenia mnie w ofierze — oświadczył Harry, kontynuując czytanie.
— Tak, cóż. Wymagało to niewiele wysiłku z mojej strony, a potencjalny pożytek, jaki będę miał z ciebie w przyszłości, przechylił szalę na korzyść tego rozwiązania.
— Jak mówiłem: bardzo doceniam — powiedział Harry, uśmiechając się. Voldemort przewrócił oczami i prychnął.
— Zaczniemy, kiedy będziesz gotowy — stwierdził Voldemort lekceważącym tonem, lewitując kilka leżących na ziemi przedmiotów, po czym zaczął się przemieszczać w stronę kociołka na środku pomieszczenia.
Harry znowu skoncentrował się na ściskanym w dłoniach pergaminie i podniósł sztylet. Przez chwilę balansował go w swojej dłoni, zanim złapał ostrzem do siebie i wypróbował kilka różnych chwytów.
Wziął głęboki oddech, zbierając się w sobie i ruszył w stronę kręgu.
Minął Barty'ego, który stanął obok najbardziej zewnętrznego okręgu. Glizdogon, ukończywszy swoje zadanie, czaił się w cieniu. Crouch wydawał się pod wrażeniem Harry'ego i obserwował, zaintrygowany
— Będziesz stał tutaj. — Voldemort wskazał miejsce, gdzie runy i kręgi wyryte na podłodze tworzyły określony wzór. — Masz dziesięć minut na dokończenie run, potem przejdziemy do kolejnego etapu. Jeśli nie zrobisz tego w tym czasie, będziemy musieli wyleczyć twoje rany i zacząć od nowa. Rozumiesz?
Harry pokiwał głową, ale widząc wzrok czerwonych oczu, dodał:
— Tak, mój Panie.
Voldemort uśmiechnął się i pokiwał głową z aprobatą.
— Kiedy skończysz runy z przodu ciała, podaj sztylet mnie, a ja dokończę te dwa na twoich plecach. Zacznij, gdy będziesz gotowy.
Harry znów potrząsnął głową, wziął kolejny uspokajający oddech i przez kilka minut trenował ruchy potrzebne do stworzenia odpowiednich kształtów w odpowiednich miejscach. Kiedy zmienić uchwyt na sztylecie, gdy będzie przesuwał się w inne lokalizacje, a potem jak trzymać go lewą ręką, gdy będzie rzeźbił w prawym bicepsie.
Kiedy czuł się w końcu komfortowo z tym, co i w jakiej kolejności miał zrobić — zaczął.
Przepraszam za zwłokę, aczkolwiek życie. Następny rozdział postaram się opublikować 27 sierpnia 2017, jestem na dobrej drodze, by mi się to udało :)
