ROZDZIAŁ 15
Betowały Panna Mi [u/2693969], zxully [u/511080] oraz AcrimoniaH [/u/6235307].
Uwaga, rozdział czeka jeszcze na ostatnie poprawki Acrimonii, co oznacza, że w tej wersji mogą znajdować się literówki i błędy. Na dniach zostanie podmieniony na wersję ostateczną.
Drżącą ręką Harry zaoferował zakrwawiony sztylet Czarnemu Panu.
— Na kolana, Potter — rozkazał Voldemort zimnym, surowym tonem.
Harry natychmiast wykonał polecenie. Musiał przygryźć wargę, by powstrzymać spowodowany przez to jęk bólu, choć nie był on nawet odrobinę porównywalny do tego wywołanego przez eliksir przyśpieszający. Poza tym, gdy Voldemort obserwował, jak chłopak rzeźbił na własnym ciele, ekscytacja Czarnego Pana rosła, a wraz z nią wzbierała się jego magia. Gryfon chętnie czerpał z tej energii, czując, jak wynikająca z niej euforia wypełniała jego umysł i przyćmiewała ból.
Jednak mimo wszystko nagłe osunięcie się na kolana otrzeźwiło go na tyle, by przypomniał sobie, że krwawił — i to bardzo. A świeże, otwarte rany nie były niczym przyjemnym.
Kolejna fala magii Voldemorta niosła ze sobą zapał i podekscytowanie. Zachwycony tym uczuciem Harry chwycił je i otulił się nim jak kocem. Magia Czarnego Pana była znajoma i przyjemna, już nie wspominając o mrocznym oszołomieniu, jakie wywoływała. Zastanowił się, dlaczego Barty i Glizdogon wydawali się zupełnie niewzruszeni. Czyżby oni tego nie odczuwali? Może nie byli w stanie?
Gdy ostrze po raz pierwszy dotknęło jego pleców pomiędzy łopatkami, z ust Harry'ego wymsknął się cichy jęk zaskoczenia. Zdołał jednak zapanować nad swoimi kolejnymi reakcjami. Bolało, ale nie zamierzał upokorzyć się krzykiem.
Cięcia były płytkie, a symbole niezbyt skomplikowane. Z jego wiedzy na temat czarnej magii wynikało, że to wszystko powinno być o wiele bardziej zawiłe i złożone. Względna prostota rytuału była prawdziwym potwierdzeniem magicznego geniuszu Czarnego Pana.
Same kalkulacje i rozplanowanie niezbędne do takiej optymalizacji i wzrostu efektywności rytuału wydawały się nieprawdopodobne. Sam fakt, że Czarny Pan dokonał tego w mniej niż tydzień budził podziw. Harry był nieco zaskoczony trudem zadanym sobie przez Voldemorta, by zminimalizować cierpienie, jakiego miał doznać.
Odrobinę mniej wysiłku oznaczałoby większą ilość bardziej skomplikowanych run, ale ostatecznie rezultat rytuału pozostałby ten sam. Ciało Voldemorta zostałoby wskrzeszone w ten sam sposób, niezależnie od ich działań. Harry miał świadomość, że wszelkie dodatkowe starania zostały podjęte jedynie na jego korzyść.
Oczywiście nie był na tyle głupi, by poruszyć ten temat w obecności innych. Może, jeśli będzie miał możliwość porozmawiania z Czarnym Panem w cztery oczy, to wtedy mu podziękuje.
Harry odetchnął cicho z ulgą, gdy poczuł, że ostatnia runa była kompletna, a ostrze ostatecznie opuściło jego skórę.
Klęczał na podłodze ubrudzonej jego własną krwią. Nie tworzyła wprawdzie kałuży, ale wciąż było jej całkiem sporo.
Zauważył również, że wydawała się być w magiczny sposób przyciągana jakieś pół metra do kryształowej miski stojącej na jednej z wyrytych na podłodze run. Prawdopodobnie dlatego właśnie nie siedział w jej kałuży — za pomocą magii przemieszczała się do misy. Najwyżej po powrocie do szkoły wślizgnie się do Skrzydła Szpitalnego i gwizdnie eliksir uzupełniający krew. Przy odrobinie szczęścia pani Pomfrey miała go trochę w zapasie.
Umysł Harry'ego był zamglony przez kombinację utraty krwi, zawrotów głowy i bólu, a na to wszystko nakładał się jego własny chwyt na unoszącej się w powietrzu magii Czarnego Pana. Jej obecność tłumiła ból, ale również go otępiała. Chwiał się niepewnie, cały czas klęcząc przed kotłem.
Jak przez mgłę słyszał, że ktoś wypowiadał inkantacje i widział Glizdogona, który wrzucał do kotła składniki, w tym miskę z krwią Harry'ego. Następnym, co pamiętał, było nagłe wycofanie się magii Czarnego Pana — jej brak go otrzeźwił. Wyprostował się i uniósł głowę, otwierając szeroko oczy.
Obserwował, jak Glizdogon odciął własną rękę i dodał ją do eliksiru, skamląc cicho, a potem jak Barty wniósł malutkie ciało Czarnego Pana do kręgu, nad kociołek i… wrzucił go do środka.
Nagła i intensywna fala magicznej energii niemal powaliła Harry'ego. Utrzymanie się na kolanach wymagało praktycznie całej jego siły i koncentracji.
Kociołek spienił się i zabulgotał agresywnie, a po chwili wystrzeliły z niego wirujące kłęby pary i kolorowego dymu.
Potem sam kociołek zaczął się topić, jakby był zrobiony z czekolady, aż stał się ciemnym, wrzącym płynem, który ostatecznie wsiąkł w podłogę. Z tego miejsca wyrastała przedziwna, blada postać. Wraz ze wzrostem, któremu towarzyszyło szaleńcze drżenie, stawała się coraz bardziej humanoidalna.
Harry wyczuwał magię Voldemorta krążącą wokół nowego ciała, kiedy się ono kształtowało. Powoli zaczynało wyglądać coraz bardziej ludzko. Wypełniało się i formowało, kończyny osiągnęły swoją odpowiednią długość, a kości zakończyły wzrost i wskoczyły na swoje miejsca. Grupy mięśni i ścięgien układały się prawidłowo, a całość pokryła gładka, perfekcyjna skóra.
Jej barwa, początkowo blada i biaława, jak u homunkulusa, wraz z kształtowaniem ciała z chwili na chwilę stawała się coraz bardziej cielista. Twarz urosła do odpowiedniego rozmiaru czaszki człowieka, powoli tracąc żmije przymioty swojej mniejszej wersji. Kości policzkowe wyostrzyły się, a z miejsca, gdzie wcześniej znajdowały się dwa płaskie nozdrza, wyrósł nos. Oczy pozostały zamknięte, a nad nimi bezwłosa skóra ustąpiła miejsca czarnym, kształtnym brwiom. Włosy tego samego odcieniu wyrosły powoli z jego skalpu, podczas gdy reszta ciała kończyła swoje formowanie.
Kiedy cały dym, para i roztopiony kociołek osiadły, tuż przed Harrym stanął bardzo nagi i bardzo imponujący mężczyzna. Chłopakowi odebrało dech w piersiach, gdy chłonął znajdujący się przed nim widok. Szybko jednak odwrócił wzrok.
Barty pośpiesznie przyniósł elegancką czarną szatę ze srebrnym, haftowanym wykończeniem. Mężczyzna — Voldemort — wyciągnął najpierw jedną, a potem drugą rękę, pozwalając Barty'emu wsunąć szatę na swoje ramiona. Czarny Pan dokończył ubieranie się, owijając się luźno materiałem. A następnie zrobił kilka kroków do przodu, strzepując z siebie pozostałości kociołka.
Barty szybko cofnął się o kilka kroków i uklęknął na jedno kolano, pochylając z szacunkiem głowę. Harry zauważył jego szaleńczy uśmiech i z zaskoczeniem uświadomił sobie, że pomimo bólu i zawrotów głowy, jego twarz zdobiła podobna mina.
Powrócił spojrzeniem w stronę Czarnego Pana, którego właśnie pomógł wskrzesić. Nie tego się spodziewał po żmijowatym wyglądzie homunkulusa. Teraz wyglądał… jak mężczyzna. Człowiek. Szczupłe, smukłe ciało, lekko umięśnione, o długich, kształtnych kończynach, smukłej szyi i efektownej twarzy… Harry zorientował się, że wszystkie te cechy widział już na swoim drugim roku, we wspomnieniu szesnastoletniego Toma Riddle'a. Teraz wyglądał po prostu dojrzalej.
Stał przed nim wysoki, potężny i, jeśli Harry miał być ze sobą szczery, niewiarygodnie atrakcyjny mężczyzna. Nie wyglądał na starszego niż trzydzieści lat. Chociaż prawdopodobnie mógłby uchodzić za trochę młodszego, co również zaskoczyło chłopaka.
Jego usta były wąskie, nos długi, delikatny, dystyngowany, ale zaokrąglony na końcu. Oczy pozostały tymi samymi czerwonymi szczelinami, do których Harry się przyzwyczaił. Był zadowolony, że nie zmieniły się w coś bardziej ludzkiego, tak jak reszta ciała.
Włosy mężczyzny były w nieładzie, wyglądały, jakby nie rosły w tym samym tempie i przez to w różnych miejscach miały różną długość. Najdłuższe lekko falowały i sięgały ramion. Harry przypuszczał, że mężczyzna szybko je przystrzyże i się uporządkuje.
Jak sparaliżowany obserwował, jak długie, smukłe palce przeczesały włosy i odgarnęły je za ucho. Mężczyzna wyszczerzył zęby w uśmiechu. Voldemort wyszczerzył zęby w uśmiechu. Harry znowu się uśmiechnął.
Ten mężczyzna był jego nowym Panem. Ten piękny, potężny mężczyzna…
— Glizdogonie, moja różdżka — powiedział, a jego głos zaskoczył Harry'ego. Był głębszy niż się tego spodziewał. Płynny i szepczący jak ciepła, roztopiona czekolada.
Glizdogon wciąż przyciskał do siebie swoją pozbawioną dłoni rękę. Zaskomlał, skulił się i szybko przesunął do przodu, wyciągając różdżkę Voldemorta i mu ją przekazując.
Voldemort posłał mu łagodny uśmiech, po czym odwrócił się i w dwóch krokach znalazł dokładnie przed Harrym. Spojrzał na niego z góry. Chłopak wstrzymał oddech, obserwując mężczyznę. Czuł bijące od niego potężne, obezwładniające fale oszałamiającej magii. Trochę chciałby zamknąć oczy, położyć się na podłodze i zasnąć, otulony magicznymi falami. Ale zebrał się w garść, utrzymując otwarte oczy.
Voldemort opuścił różdżkę, celując nią w niego. Harry nie czuł lęku, po prostu czekał. Jakiegokolwiek zaklęcia użył Czarny Pan, było ono niewerbalne, więc chłopak go nie usłyszał. Poczuł za to magię, skupioną na końcu różdżki, a potem atakującą go w potężnej fali, która wydawała się przebiegać przez całe jego ciało i tańczyć na powierzchni skóry.
Sapnął w wyniku tego intensywnego doznania. Na moment stracił równowagę, ale udało mu się ją odzyskać, nim ostatecznie się przewrócił na bok.
Krótki, przejmujący jęk wyrwał się z jego gardła, ale poza tym nie wydał z siebie żadnego innego dźwięku, gdy zaklęcie robiło, co powinno. Kiedy w końcu go opuściła, nagle zauważył, że zniknęło całe to pieczenie, szczypanie i ból ukryte na granicy jego świadomości. Opuścił wzrok na swój nagi tors, i zobaczył nienaruszoną skórę. Na prawym bicepsie też nie znalazł śladów po runie, którą wcześniej wyrżnął. Był nawet czysty — krew została usunięta zarówno z jego ciała, jak i ze spodni.
— Dziękuję, mój Panie — powiedział cicho Harry, patrząc na niego z uśmiechem. Voldemort uniósł lekko kącik ust i skinął odrobinę głową. Potem przeniósł swoją uwagę na Glizdogona, prosząc go podanie ręki. Chwilę później jego dłoń została zastąpiona chromowaną repliką, która najwyraźniej działała tak dobrze, jak oryginał. Mężczyzna skulił się i ukłonił, pociągając nosem, gdy wylewnie dziękował swojemu mistrzowi.
Barty wydawał się zdegustowany biadoleniem Glizdogona, ale jego twarz od razu wypełniły zachwyt i adoracja, gdy spojrzał na Voldemorta.
— Czy wezwiesz pozostałych, mój Panie? — spytał, pochylając głowę.
— Nie dzisiaj, Barty. W świetle ostatnich wydarzeń zdecydowałem się zmienić niektóre z moich planów oraz dokończyć kilka zadań, nim przyzwę do siebie moich popleczników — powiedział spokojnie Voldemort, wychodząc z rytualnego kręgu i kierując się ku drzwiom, którymi wszedł Harry. — Zwróć Potterowi jego różdżkę, Barty.
— Tak, mój Panie — odpowiedział Barty, szybko sięgając do kieszeni, w której ją wcześniej schował.
— Zabierz swoje rzeczy i chodź ze mną, Potter — polecił Voldemort, nie odwracając się w ich stronę.
Harry zamrugał z zaskoczenia i szybko podniósł się na nogi. Zatoczył się jednak trochę i poczuł przypływ nudności. Potrząsnął głową, próbując się ogarnąć, ale mimo że został uleczony, wciąż stracił całkiem dużo krwi.
— Ach, tak. Glizdogonie, wydaje mi się, że kazałem ci przygotować eliksir uzupełniający krew? — zapytał Voldemort, zabierając ze stolika plik pergaminów.
Glizdogon pisnął i wygrzebał z kieszeni fiolkę, po czym skierował się do Harry'ego, który wciąż chwiał się na miękkich nogach. Za chłopakiem stał teraz Barty, oferując mu różdżkę. Gryfon chwycił oba przedmioty. Różdżkę schował do tylnej kieszeni spodni, a buteleczkę odkorkował i wypił jej zawartość jednym duszkiem. Oddał pusty pojemnik, starając się za bardzo na niego nie gapić.
Kiwnął głową Barty'emu, oferując mu szeroki uśmiech, który ten odwzajemnił. Z mężczyzną uchodzącym przez cały rok za jego nauczyciela łączyło go teraz dziwne poczucie koleżeństwa. Intensywna podejrzliwość, jaka zawsze wypełniała oczy Barty'ego, a raczej Moody'ego, wydawała się powoli zanikać, a jej w miejsce pojawiał się szacunek.
— Dziękuję — powiedział Harry szybko do Barty'ego, po czym odwrócił się i podbiegł do miejsca, w którym zostawił złożone ubrania. Voldemort zebrał już swoje rzeczy i niecierpliwie czekał przy drzwiach. Gdy tylko chłopak podniósł swoje zwinięte ciuchy, Czarny Pan odwrócił się i wyszedł z sali.
Widząc, że nie miał czasu na założenie ubrań, Harry wcisnął je pod pachę, po czym popędził za Voldemortem. Błyskawicznie go dogonił, ale musiał ruszyć szybkim krokiem, żeby nadążyć za pewnymi, długimi krokami mężczyzny.
Harry podążał za nim w ciszy, gdy Voldemort przeszedł korytarzami z powrotem do holu wejściowego, schodami na drugie piętro, a potem prosto do gabinetu, który doskonale pamiętał ze swoich wizji.
Po wejściu do pokoju, Voldemort podszedł do dużego, drewnianego biurka i wyciągnął różdżkę. Przywołał nią ozdobnie rzeźbione, drewniane krzesło z piękną, skórzaną tapicerką, które dotychczas wciśnięte było w róg pod ścianą. Ustawił je bezpośrednio przy biurku i uśmiechnął się, patrząc z triumfem na mebel. Harry sądził, że napawał się tym, że teraz będzie mógł skorzystać z fotela, zamiast tego małego, lewitującego siedzenia sprzed wskrzeszenia.
— Siadaj — powiedział Voldemort lekceważąco, gdy kolejnym machnięciem różdżki przywoływał krzesło z kąta sali. Teraz stało naprzeciwko biurka, dokładnie na wprost siedzącego Czarnego Pana.
Harry szybko podszedł do zaoferowanego krzesła i usiadł na nim, kładąc zawiniątko z ubrań na kolanach. Zanim cokolwiek powiedział, rozwinął szatę, znajdując kieszeń, do której schował zmniejszony kufer. Wyjął go.
— Przyniosłem więcej książek — oznajmił i zerknął na mężczyznę akurat, by zobaczyć błysk zainteresowania w jego oczach. Uśmiechnął się i schylił, kładąc przed sobą kufer na podłodze. Sięgnął do tylnej kieszeni i wyciągnął swoją różdżkę. Stuknął nią w kufer, a ten natychmiast się powiększył.
Harry spojrzał wtedy do góry, cicho prosząc o pozwolenie. Voldemort uśmiechnął się i kiwnął głową, machając lekko palcami w geście zezwolenia.
Chwilę później Harry wysyczał hasło, otworzył trzecią skrytkę i zaczął wyciągać z niej książki. W tym czasie Voldemort gładził długimi palcami zdobienia na drewnianych podłokietnikach i pokrywający je miękki materiał. Kolejny wyraz triumfu ozdobił jego twarz.
Harry uniósł wzrok i uśmiechnął się.
— Nawet nie potrafię sobie wyobrazić, jaką ulgą musi być posiadanie z powrotem normalnego ciała.
Voldemort zmrużył lekko oczy i uniósł jedną brew. Harry zwątpił; może powinien był jednak trzymać gębę na kłódkę. W końcu mężczyzna miał pełne prawo obwiniać go za utratę swojego starego ciała.
Po części chciał za to przeprosić, ale sobie na to nie pozwolił . To byłoby niczym przyznanie się do winy, a Harry wciąż był przekonany, że cokolwiek spowodowało ostatni upadek Czarnego Pana, nie było szansy, by to on w wieku piętnastu miesięcy się do tego przyczynił. Co najwyżej jego mama, ale jeśli o niego chodziło, nie potrafił znaleźć dostatecznie logicznego wytłumaczenia, jak on mógłby tego dokonać.
Chyba że urodził się z jakąś niewytłumaczalną odpornością na klątwę zabijającą. Co byłoby niebywale przydatne. Ale Harry nie miał zamiaru testować tej teorii tylko po to, by ją obalić… i skończyć martwym.
— Przyniosłeś mi całkiem sporo książek — zadumał się Voldemort, obserwując, jak Harry wyjmował kolejne tomy.
— Miałem zajęcie. — Harry uśmiechnął się. — W zasadzie stałem się całkiem niezły w kopiowaniu książek. Na początku szło mi bardzo opornie, ale myślę, że teraz mam to w małym palcu. Idzie mi naprawdę szybko. Spośród książek z gabinetu Slytherina próbowałem skopiować te, które wydawały się móc przetrwać zaklęcie. Te delikatniejsze i bardziej kruche wymagałyby więcej wysiłku i obawiam się, że mógłbym je przy okazji zniszczyć.
— Mogę ci pokazać modyfikację tego zaklęcia. Używałem go, żeby odnowić książki, nad którymi pracowałem.
— Naprawdę? — Oczy Harry'ego się zaświeciły. — Byłoby świetnie. Widziałem stos, który wyglądał, jakby ktoś nad nim pracował. Przypuszczałem, że to twoja robota sprzed pięćdziesięciu lat, ale nie wiedziałem, w jaki sposób to zrobiłeś. Próbowałem znaleźć odpowiednie zaklęcia, ale książki wyglądały na zbyt delikatne i nie chciałem tego spieprzyć.
— To proste zaklęcie, na pewno sobie poradzisz. Przypuszczam, że chcesz się też nauczyć, jak powstrzymać kogoś przed użyciem na tobie affinitatem reveleo?
Harry zamrugał zdezorientowany, zanim jego umysł przeanalizował nazwę zaklęcia. Wtedy stało się raczej oczywiste, do czego służyło.
— Zaklęcie, które zdradziłoby, że moja magia jest mroczna? — zapytał Harry, a Voldemort pokiwał głową. — Tak, to zdecydowanie coś, czego powinienem się nauczyć.
— Tak, prawdopodobnie. Przeciwzaklęcie ma dwa poziomy zaawansowania. Pierwszy po prostu unieszkodliwia zaklęcie, ale nie daje w ogóle żadnej odpowiedzi. Jednak ćwicząc, możesz nauczyć się zmuszać je do zwracania takiej informacji, jaką chcesz. To bardziej skomplikowane, ale raczej niezbędne. Brak odpowiedzi na zaklęcie wzbudziłoby u rzucającego podejrzenia. — Harry pokiwał głową. — Możemy zająć się tym i kilkoma innymi rzeczami przy okazji twojej następnej wizyty. Tymczasem mam dla ciebie zadanie.
Harry wyprostował się, a jego oczy zabłysły.
— Tak? — zapytał zarówno podekscytowany, jak i zaniepokojony.
— Wszystkie książki, jakie dotychczas mi przyniosłeś, straciłem na szóstym roku. Wówczas Dumbledore zdołał porozmawiać z duchem pewnej osoby i zaczął podejrzewać, że to, co planowałem, było powiązane z łazienką dziewcząt na drugim piętrze. Od tamtego momentu miałem niewiele okazji, by tam zejść. A pod koniec każdego roku szkolnego Dumbledore wymyślał jakże subtelny powód, by przeszukać moje rzeczy — kontynuował Voldemort z drwiącą miną. — W konsekwencji musiałem znaleźć inne miejsce, by je schować. Nawet pod koniec siódmego roku byłem bacznie obserwowany, co zmusiło mnie do pozostawienia za sobą wielu rzeczy. Chciałbym, byś je dla mnie odzyskał.
— Dobrze — odpowiedział gorliwie Harry.
— Większość z nich to faktycznie rzeczy. Ale część stanowią książki. Nie wolno ci ich dla siebie skopiować.
Voldemort widział zapewne, jak cień rozczarowania przemyka przez twarz Harry'ego, ale chłopak szybko skinął głową.
— W porządku. Gdzie znajdę te rzeczy?
— Z siódmego piętra możesz dostać się do magicznego pokoju, który pojawia się tylko, jeżeli został odpowiednio przyzwany. Znajduje się tam gobelin przedstawiający czarodzieja, który próbuje nauczyć baletu grupę trolli w spódniczkach. — Voldemort przewrócił oczami i zmarszczył twarz, zdegustowany, zanim kontynuował: — Przejdź wzdłuż ściany na wprost gobelinu trzy razy, powtarzając w myślach: „potrzebne mi jest miejsce, w którym wszystko jest ukryte". Po trzecim razie pojawią się drzwi.
— To genialne! — Oczy Harry'ego się rozszerzyły, a na jego twarzy pojawił się szeroki uśmiech. — Jak odkryłeś takie miejsce?
— Muszę przyznać, że był to łut szczęścia. Wiedza o pokoju wydaje się stracona. Udało mi się znaleźć tylko jeden wspominający o nim dokument. Pomieszczenie to uznano za legendarne, a przez to również za nieistniejące. — Uśmiechnął się drwiąco i prychnął. — Nazwano go Pokojem Życzeń. W każdym razie, kiedy wejdziesz do środka, będzie wyglądał jak jedna wielka kupa śmieci. Jest dosyć rozległy i wydawałoby się, że łatwo się w nim zgubić. Moje rzeczy znajdują się w zamkniętym pudełku z nałożonym czarem powiększającym. Moja magiczna sygnatura najpewniej wciąż się na nim znajduje, więc jeśli ją usuniesz, najpewniej wykryją to szkolne bariery. Będziesz musiał przełożyć przedmioty do swojego kufra. Hasło jest w wężomowie, wystarczy zwykłe otwórz się. By namierzyć pojemnik, zaraz po wejściu skieruj się w lewo i idź aż do końca wzdłuż ściany. Szukaj dużego, zniszczonego, marmurowego posągu. Pudełko jest ciemnozielone, może będziesz musiał za nim trochę pogrzebać.
Harry pokiwał głową.
— Zwykłe „Accio pudełko Toma Riddle'a" ma może szansę zadziałać, czy naprawdę będę musiał przeszukać cały ten bajzel?
Voldemort zesztywniał, a wypełniająca pomieszczenie magia zamarła, chłodniejąc. Harry natychmiast zrozumiał, że zrobił coś nie tak.
— Skąd znasz… to imię? — wysyczał mężczyzna, patrząc na niego spod zmrużonych powiek. Harry przełknął gulę w gardle. — Czy ten staruch rozpowiada ludziom to imię? — ostatnie dwa słowa Voldemort niemal wypluł.
Przez chwilę Harry zamarł z otwartymi ustami, po czym wziął głęboki oddech, próbując zebrać się na odwagę.
— W zasadzie… to tak jakby znam je od ciebie.
Voldemort wyprostował się i zmierzył Harry'ego spojrzeniem.
— Odkryłeś je, gdy zdarzyło ci się być w mojej głowie? Szczerze w to wątpię, bo od dawna nawet w myślach nie wypowiedziałam tego imienia.
— Um, nie. Nie do końca. Na swoim drugim roku tak jakby rozmawiałem z, um… szesnastoletnim tobą. Dwukrotnie. W szkole znalazł się stary magiczny artefakt, opętał dziewczynę, a ona otworzyła Komnatę Tajemnic i wypuściła bazyliszka. To tego roku odkryłem komnatę i…
— JAK?!
— Hm?
— W jaki sposób dziennik znalazł się w szkole?! — wrzasnął Voldemort, a potężna, wściekła magia okrążyła ich niczym huragan. Aczkolwiek ewidentnie było to niewidoczne dla wszystkich poza Harrym, który wydawał się być do niej w niewytłumaczalny sposób nastrojonym. Zadrżał, ale był to dobry rodzaj dreszczy, gdy ta potężna mroczna złość przeszyła jego ciało. Odetchnął głęboko, zbierając się w garść.
— Um… Malfoy. Przez Lucjusza Malfoya. Próbował zniszczyć Artura Weasleya i powstrzymać forsowaną przez niego ustawę. Jakieś prawo chroniące mugoli, które zyskiwało poparcie Wizengamotu. Lucjusz domyślił się, że jeśli w Hogwarcie wydarzy się coś strasznego i będzie to powiązane z nazwiskiem Weasleyów, zatrzyma to ustawę. Dlatego włożył dziennik do kociołka Ginny Weasley, gdy w wakacje kupowała książki w Esach i Floresach. Zaczęła w nim pisać i została opętana. W pewnym momencie przestraszyła się i zaczęła podejrzewać, że to ona stała za petryfikacją uczniów, więc wrzuciła go do ubikacji. Znalazłem go…
Wściekłość Voldemorta nieco opadła. Oparł się na krześle, posyłając Harry'emu zaciekawione spojrzenie.
— Ach tak? I co było dalej?
— Napisałem w nim. Tylko raz. Ty… albo… twoja młodsza wersja? W każdym razie odpisał mi. Powiedział, że nazywa się Tom Riddle, ale wtedy nie miałem pojęcia, że to ty. Wciągnął mnie do dziennika niczym myślodsiewnia. We wspomnieniu obejrzałem, jak znalazłeś Hagrida z jego akromantulą i oskarżyłeś o przypadkowe wypuszczenie potwora na uczniów. Oczywiście tylko po to, by naprowadzić mnie na błędny trop. W każdym razie schowałem go do kufra, ale potem Ginny podsłuchała, jak rozmawiam o nim z moimi, um… przyjaciółmi. Spanikowała, uświadamiając sobie, że go mam i możesz zdradzić mi jej sekret. Lub że najwyraźniej była mną zauroczona i ciągle o tym pisała. Um… krótko mówiąc, włamała się do mojego dormitorium, przetrząsnęła moje rzeczy i wykradła go z powrotem. Pod koniec roku szkolnego była już wystarczająco opętana przez twój cień, by mógł zwabić ją do komnaty, spróbować wyssać całą jej magię i odzyskać cielesną formę.
— I co się stało potem? — spytał Voldemort, a jego twarz stężała. Harry odetchnął, a potem westchnął.
— Ugh… nic dobrego. To znaczy… miałem dwanaście lat! — wykrzyknął nagle obronnym tonem. — Ciągle stanowiłem chodzącą definicję Gryfona. Wiesz… kompleks bohatera i te sprawy. Ginny była siostrą mojego najlepszego kumpla. Wykombinowałem, gdzie znajduje się wejście do Komnaty i że jako wężousty byłem tak naprawdę jedyną osobą, która mogła ją uratować. Więc to zrobiłem. Nie zorientowałem się, że stał za tym Tom Riddle ani że Tom Riddle to ty do momentu, gdy zszedłem na dół i zobaczyłem, jak ta jego niecielesna wersja po prostu stała nad ciałem nieprzytomnej Ginny. Chwilę się przekomarzaliśmy i pokazał mi, jak jego, um, twoje pełne imię to naprawdę anagram I am Lord Voldemort. A potem musiałem zabić bazyliszka, uratować Ginny i uciec.
— Naprawdę zabiłeś bazyliszka w wieku dwunastu lat! Jak?! — wysyczał Voldemort. Było w nim teraz o wiele więcej zaciekawienia i zdumienia niż jeszcze chwilę temu złości.
— Mieczem. Tak w zasadzie... bazyliszek ugryzł mnie w ramię, kiedy trzymałem w ręce miecz. Ostrze przeszyło przez podniebienie jego mózg. Ale jeden z jego kłów wbił się w moje ciało i złamał.
— Bazyliszek cię ugryzł?
— Taa... Cień szesnastoletniego ciebie był już wtedy prawie materialny i praktycznie stał tam, wyśmiewając się ze mnie, gdy powoli umierałem. Pomyślałem, że wezmę go ze sobą. Wyciągnąłem kieł z mojego ramienia i przebiłem nim dziennik.
Oczy i usta Voldemorta zwęziły się w gniewie.
— Jad bazyliszka. Co za ironia…
— Co?
— Mało co jest w stanie zniszczyć taki artefakt.
Harry zwiesił głowę.
— Ja… przepraszam. Jestem pewien, że to było dla ciebie ważne. To znaczy… Nie przepraszam za to, że przeżyłem. Ale z perspektywy czasu, gdybym był w stanie wyjść z tego żywy, nie niszcząc artefaktu, zrobiłbym to. Wtedy byłem dość zdesperowany. Szkole groziło zamknięcie, gdyby ataki nie ustały. Gdyby Hogwart zamknięto… musiałbym wrócić do tych mugoli na stałe… więc… byłem zdesperowany. Przepraszam.
Przez dłuższą chwilę panowała martwa cisza. Lodowata złość magii Voldemorta unosiła się w powietrzu niczym mordercza mgła. Nagle jednak zaczęła się rozrzedzać, a Czarny Pan westchnął. Harry uniósł wzrok i zamrugał, zaskoczony.
— Nie złoszczę się na ciebie. Byłeś młodym, naiwnym dzieckiem i nie miałeś pojęcia, co robisz. Jednakże Lucjusz doskonale wiedział, jak ważny był to dla mnie przedmiot. Zdecydowane odczuje, jak poważny popełnił błąd — wysyczał ze wściekłością Voldemort. Jego czerwone oczy błyszczały w złości. — Więc… Jak to się stało, że nie jesteś martwy? — zapytał po chwili beznamiętnym głosem.
— Hm?
— Bazyliszek. Ugryzł cię. Dlaczego nie jesteś martwy.
— Ach! To! — Voldemort przewrócił oczami, gestem nakazując Harry'emu kontynuację. — Tak… cóż. Feniks Dumbledore'a. Przyfrunął do mnie, zapłakał na moją ranę i ją uleczył.
— Ptak Dumbledore'a? To ciekawe…
— Dlaczego?
— Dlaczego nagle pojawił się w komnacie? Skąd wiedział, że tam będziesz? I w ogóle, jak właściwie się tam dostał?
— Kiedy schodziłem do komnaty, nie zamknąłem za sobą drzwi. Szczerze mówiąc, nawet o tym nie pomyślałem. Potem Dumbledore powiedział, że musiałem wykazać się niezwykłą lojalnością wobec niego, by przyzwać do siebie Fawkesa — wymamrotał Harry. Czuł się jak totalny idiota. Jak mógł kiedykolwiek być lojalny wobec tak manipulacyjnego, starego cepa?
— Wątpię. O wiele bardziej prawdopodobne jest, że ten stary głupiec posłał za tobą ptaka. Od dawna przypuszczałem, że Dumbledore wiedział nie tylko, gdzie znajduje się wejście do komnaty, ale też, że potworem Slytherina jest bazyliszek. Oczywiście nie miał dowodów, a nie mógł zejść na dół bez wężoustego, który otworzyłby mu przejście.
Harry wyprostował się, czując jak od nowa wypełnia go złość.
— Więc mówisz, że wiedział, że tam jestem. Pozwolił mi tam zejść i walczyć z pięćdziesięciostopowym bazyliszkiem, a jedynym wsparciem, jakie mi zaoferował, było jego śmierdzące ptaszysko? Nie zamknąłem przejścia, więc jeśli naprawdę wiedział, że jestem na dole, sam mógł za mną pójść…
— Powiódł cię do mnie na twoim pierwszym roku, czyż nie? Pozwolił, byś wziął udział w tym idiotycznym turnieju, doskonale wiedząc, że to najpewniej intryga, by cię zabić. Szczerze mówiąc, często zastanawiam się, czy może to on nie próbuje cię zabić, ale to nie miałoby żadnego sensu…
Harry zacisnął zęby i pięści, czując jak gotuje się w nim wściekłość.
— Musimy się dowiedzieć, co mówi ta cholerna przepowiednia — wywarczał.
Voldemort spojrzał na Harry'ego najpierw z zaskoczeniem, a potem z zaciekawieniem.
— Wiesz o przepowiedni?
— Tylko, że istnieje, ale nie wiem, o czym mówi. Mój, um, towarzysz powiedział, że nawet ty nie znasz całości.
— Powiedział ci o przepowiedni? — zapytał Voldemort, krzywiąc się nieco z nieznanych Harry'emu przyczyn.
— Dopiero kiedy go o to zapytałem. Pamiętałem, że myślałeś o niej w czasie kilku moich wizji. Zapytałem, czy wie, o czym jest, ale on odpowiedział, że zachowywał jedynie część twojej wiedzy, często pozbawioną konkretów. Wiedział o przepowiedni, ale nie znał jej treści. Wiedział też, że nawet ty nie znasz całości.
Przez dłuższy czas Voldemort wyglądał na zamyślonego i zirytowanego.
— Nigdy nie powiesz nikomu o istnieniu przepowiedni — powiedział w końcu szybko.
— Oczywiście — odparł natychmiast Harry. — Chociaż to nie tak, że mógłbym komukolwiek cokolwiek powiedzieć, skoro nie znam nawet jej treści — burknął sfrustrowany pod nosem, przesuwając dłonią po rozczochranych włosach. — Posłuchaj — zaczął po dłuższej chwili. — Jeśli nie chcesz zdradzić mi, co mówi , nie jestem przecież w stanie cię do tego zmusić. Ale muszę zapytać, chociaż raz. Czy mógłbyś coś mi o niej powiedzieć? Bo wiesz… To tak naprawdę powód, dla którego moje życie to jeden wielki bajzel. Jakaś przepowiednia, wygłoszona przez jakiegoś anonimowego jasnowidza praktycznie nasłała na mnie najpotężniejszego Czarnego Pana tej połowy tysiąclecia, a potem sprawiła, że stary, popierdolony, manipulacyjny cep zmienił moje życie w piekło na Ziemi. Naprawdę bardzo chciałbym wiedzieć, co, do cholery, sprowadziło to na moją głowę.
Voldemort zmierzył Harry'ego zimnym, oceniającym spojrzeniem. Minęła długa, niekomfortowa chwila, aż w końcu kącik jego ust uniósł się w minimalnym wyrazie uciechy.
— W porządku, Potter. Przepowiednia nie została wygłoszona przez jakiegoś jasnowidza, a przez nikogo innego jak tę patetyczną imitację nauczyciela wróżbiarstwa, obejmującą obecnie stanowisko w twojej szkole.
— Trelawney! — wykrzyknął Harry, niemal krztusząc się z szoku. — Ta stara lunatyczka! Przecież to totalna oszustka! Chyba sobie żartujesz, że to ona jest odpowiedzialna za moje popierdolone życie!
W tym momencie Voldemort zarechotał i, wyglądając na zadowolonego, oparł lewy łokieć na podłokietniku, a głowę na swoich wywiniętych palcach.
— Tak, o nią chodzi. Ale najwyraźniej to jedna z jej nadzwyczaj rzadkich prawdziwych przepowiedni.
— Jesteś pewien? Bo wiesz, ta kobieta przepowiada mój niechybny koniec na wszystkich zajęciach. Jak w zegarku, co tydzień ma nowy, pomysłowy sposób na moją okropną i brutalną śmierć. A co jeśli to wszystko kpina? Jeśli tak naprawdę nie było żadnej przepowiedni?
— Widziałem wspomnienie mojego szpiega, który był świadkiem jej wygłoszenia. Jestem pewien jego autentyczności, Potter. Nie szukałbym jej i nie poświęcał swojej uwagi, gdybym nie był całkowicie pewny, że jest prawdziwa.
Harry wypuścił z siebie powietrze, przetwarzając druzgocącą informację, że to ta cholerna Trelawney wygłosiła przepowiednię. I wtedy coś mu się przypomniało.
— Jej druga prawdziwa przepowiednia… — szepnął Harry, a Voldemort spojrzał na niego z zaciekawieniem.
— Słucham?
— Dumbledore powiedział mi raz… — Harry zawahał się, spoglądając w oczy Czarnego Pana. — Pod koniec mojego trzeciego roku, niedługo przed tym, jak dowiedziałem się o Glizdogonie i moim ojcu chrzestnym, byłem na zajęciach z wróżbiarstwa. Tuż po lekcji Trelawney wpadła w jakiś trans. Powiedziała: „sługa rozerwie łańcuchy i wyruszy w drogę, by połączyć się ze swoim panem. Czarny Pan powstanie z jego pomocą, jeszcze bardziej potężny i straszny niż przedtem". Nie wiedziałem, co o tym myśleć. Ale potem, tej samej nocy, przykrywka Glizdogona została ujawniona i uciekł. Powiedziałem Dumbledore'owi o jej słowach, a on odparł, że to prawdopodobnie jej druga prawdziwa przepowiednia. Cholera jasna! Dlaczego nie zapytałem, o czym była pierwsza? Miałem doskonałą okazję… — przerwał i się skrzywił. — Nie żeby mi powiedział, oczywiście.
Voldemort prychnął.
— Oczywiście, że nie. Ten stary głupiec pilnuje swoich sekretów z pełną zawziętością — zamilkł na chwilę, przyglądając się chłopakowi z uśmieszkiem. — A więc, chcesz usłyszeć, co wiem o niej ja?
Harry poderwał głowę, a jego oczy wypełniła nadzieja i podekscytowanie.
— Tak! Proszę, mój panie.
Uśmiech Voldemorta się poszerzył.
— W porządku. Odbywała się właśnie rozmowa kwalifikacyjna na stanowisko nauczyciela wróżbiarstwa. Śmierciożerca, który podsłuchał przepowiednię, był tam przez większość spotkania. Mniej więcej w połowie Trelawney wpadła w trans i powiedziała: „Oto nadchodzi ten, który ma moc pokonania Czarnego Pana… Zrodzony z tych, którzy trzykrotnie mu się oparli, a narodzi się, gdy siódmy miesiąc dobiegnie końca…" W tym momencie mojemu szpiegowi przeszkodził dozorca Hogsmeade, więc nie usłyszał nic więcej.
— Czy mógłbyś powtórzyć? — poprosił bardzo skupiony Harry, nie patrząc mu w oczy.
— „Oto nadchodzi ten, który ma moc pokonania Czarnego Pana… Zrodzony z tych, którzy trzykrotnie mu się oparli, a narodzi się, gdy siódmy miesiąc dobiegnie końca…" — powtórzył Voldemort beznamiętnym głosem, wyraźnie znudzony.
Harry pokiwał powoli głową, w końcu ją unosząc i nawiązując kontakt wzrokowy.
— Czyli na razie wiemy tylko, że nie muszę być tym, który cię „pokona", tylko teoretycznie mam taką moc… co tak naprawdę nie ma sensu. W rzeczywistości to bardziej jakbym miał moc powstrzymania innych przed „pokonaniem" cię… A może już unieważniłeś przepowiednię, kiedy mnie zaatakowałeś? Może w dalekiej przyszłości wyrósłbym na kogoś wystarczająco potężnego, by cię „pokonać", ale przez twoją ingerencję w moje dzieciństwo i część twojej duszy we mnie, przepowiednia straciła znaczenie. A może przepowiednie nie działają w ten sposób… Naprawdę nie rozumiem tego cholernego jasnowidzenia. Nienawidzę wróżbiarstwa — burknął Harry marudnie. — W tej przepowiedni musi być coś bardziej znaczącego. Na pewno wiedzielibyśmy więcej, gdybyśmy znali całość. Na razie to wszystko nie ma sensu… czy naprawdę byłem jedynym dzieckiem urodzonym z końcem lipca, którego rodzice, er… trzykrotnie ci się sprzeciwili?
— Było jeszcze jedno.
Harry wyprostował się, zaciekawiony.
— Naprawdę?
— Tak. Longbottomowie sprzeciwili mi się trzykrotnie, a ich syn urodził się z końcem lipca. On trzydziestego, ty trzydziestego pierwszego.
— Neville! — wykrztusił Harry. — Jasna cholera! — sapnął i roześmiał się. — Łał… no trudno mi to sobie wyobrazić. Jakoś nie widzę Neville'a pokonującego kogokolwiek, a co dopiero ciebie. — Pokręcił głową, chichocząc.
— Tak… — przeciągnął samogłoskę Voldemort. Harry westchnął, znów głęboko się zamyślając.
— Czyli jedynymi ludźmi, którzy wiedzą o przepowiedni, jesteśmy my dwaj, Dumbledore, twój szpieg i Trelawney, ale jedynymi znającymi jej całość są Dumbledore i Trelawney?
— Nie jest raczej zbyt prawdopodobne, by Trelawney ją znała. Wedle mojej wiedzy jest kompletnie nieświadoma swoich proroczych wizji.
— Ach, no tak. Tak samo miała po przepowiedni o Glizdogonie… kiedy wyszła z transu, nie miała pojęcia, że powiedziała coś dziwnego. — Harry zamilkł na chwilę, ale po chwili kontynuował: — Jak myślisz, czy wiedza o niej mogłaby się znajdować w jej podświadomości, nawet jeśli nie jest jej świadoma?
Voldemort uniósł brwi i pochylił się do przodu.
— To możliwe.
— A myślisz, że Trelawney zna oklumencję? Jest straszną idiotką, nie sądzę, by miała ku niej skłonności…
— Sugerujesz, by ktoś użył na niej legilimencji? Mam tylko kilku zdolnych do tego zwolenników, a żaden z nich nie jest obecnie świadom mojego powrotu. Żaden też nie ma odpowiedniej pozycji, by to zrobić. Teoretycznie jest jeden, jednakże na ten moment nie jestem pewien jego wierności i nie mam zamiaru na razie się ujawniać.
— Ja mógłbym to zrobić — powiedział z zapałem Harry. — To znaczy, mógłbym użyć legilimencji na Trelawney. Mam z nią lekcje co tydzień, a przez to mnóstwo okazji. Zawsze się na mnie skupia i często patrzy wprost na mnie, próbując dodać grozy swojemu proroctwu.
— Ty? Ty znasz legilimencję? — zapytał rozbawiony Voldemort z niedowierzaniem.
— Yhm. To znaczy, kiedy zacząłem jej w jesień używać, nie miałem pojęcia, że tak się właśnie nazywa. Po prostu tak jakby jej użyłem.
— Tak jakby po prostu użyłeś jednej z najbardziej zaawansowanych i skomplikowanych form magii umysłu? — powtórzył po nim z niedowierzaniem Voldemort. Harry zamrugał.
— Um, tak? To jedna z tych rzeczy, które po prostu potrafiłem, gdy się któregoś ranka obudziłem. Tak samo jak pewnego razu obudziłem się i po prostu wiedziałem, że pewne gatunki smoków rozumieją wężomowę. Miałem problem, stresowałem się, szukając rozwiązania i… chyba spędziłem noc narzekając o tym mojemu towarzyszowi i… uch. Po zastanowieniu myślę, że to prawdopodobnie on dał mi tę umiejętność jako rozwiązanie.
— Dał ci tę wiedzę? — powtórzy Voldemort z niedowierzaniem. — Część mojej duszy po prostu dała ci umiejętność używania legilimencji?
— To była bardziej solidna podstawa i rozumienie w sensie teoretycznym. Ciągle potrzebowałem kilku prób, by załapać co i jak robić.
— Czy dał ci w taki sposób jakieś inne fragmenty wiedzy? — zapytał Voldemort, wciąż niedowierzając. Harry wykrzywił twarz, zastanawiając się nad tym. Czy rzeczywiście tak było? Nie miał pewności…
— Myślę, że podrzucił mi do głowy pomysł powrotu do Komnaty, gdy myślałem nad znalezieniem prywatnego miejsca, gdzie nikt by mi nie przeszkadzał. Pewnego dnia po prostu obudziłem się, wiedząc, że to miejsce perfekcyjnie nada się do tego, żebym przetrwał tam działanie eliksiru przyspieszającego. Jestem całkiem pewien, że to również on „zainspirował" mnie do dalszej eksploracji Komnaty i sprawdzenia, czy było w niej coś poza pomieszczeniem z ciałem bazyliszka. Ale równocześnie nie sądzę, by powiedział mi, gdzie znajdowało się wejście do gabinetu Slytherina. Znalazłem je sam.
— To nie do końca to samo, co otrzymanie zdolności używania wyjątkowo skomplikowanej magii — zauważył Voldemort. Harry wzruszył ramionami.
— Nie, ale to jedyna sytuacja, którą sobie przypominam, kiedy po prostu wiedziałem coś, czego nie powinienem. Chociaż zastanawiam się, czy to, jak łatwo mi poszło z legilimencją, nie jest przypadkiem kolejną częścią mocy, którą zyskałem poprzez więź z tobą. Wiesz, tak jak potrafię używać wężomowy, chociaż żaden z Potterów nie potrafił.
— To możliwe… jak dobry w tym jesteś?
— W wężomowie?
— Nie, imbecylu. W legilimencji.
— Ach, no tak. Cóż… myślę, że całkiem dobry. Użyłem jej na kilku studentach i trochę na profesor McGonagall.
— Użyłeś legilimencji na McGonagall? — zapytał Voldemort, zarazem rozbawiony, jak i zaskoczony.
— Yhm, chciałem to przetestować. Przeskanowałem tylko powierzchowne myśli, bo nie wiedziałem, czy będzie w stanie mnie wykryć. Kiedy używałem legilimencji na Wiktorze Krumie, ten wydawał się wyczuwać, że coś jest nie tak, ale nie do końca wiedział co.
— Krumie? Reprezentancie Durmstrangu?
— Dokładnie.
— Hm… to nie jest aż tak zaskakujące, że w przeciwieństwie do innych coś zauważył. W Durmstrangu nie stronią od nauki czarnej magii, więc prawdopodobnie w czasie swojej edukacji miał do czynienia z magią umysłu. — Voldemort wydawał się przez chwilę coś rozważać; kilka sekund później jednak znów skupił się nad Harrym. — Wątpię, by, kto jak kto, ale akurat Trelawney była zdolna opanować oklumencję, nawet gdyby spróbowała. Jednakże, pomimo braku oporu z jej strony, może nie być to takie proste. Sporo czasu może ci zająć znalezienie tak głęboko ukrytej informacji.
Harry pokiwał głową, zadumany.
— Cóż… poszukam okazji, by dyskretnie pogrzebać w jej umyśle. Zobaczę, czy do czegoś dojdę. Jeśli będę miał taką możliwość, trochę się po nim rozejrzę, a jeśli nie… coś wymyślę. Przynajmniej jestem w jej klasie, więc nikt nie zakwestionuje, po co ją odwiedzam.
— Dobrze, Potter, zrób to. Zanim pójdziesz, mam dla ciebie jeszcze jedną rzecz — powiedział Voldemort, otwierając szufladę. Harry wyprostował się, czekając i zastanawiając, o co mogło chodzić.
Chwilę później Voldemort wyciągnął coś w zaciśniętej pięści. Wstał, a Harry instynktownie zrobił to samo. Przez to jego zwinięta w kulkę koszula z szatą spadły, przypominając mu, że wciąż się nie ubrał. Nagle zrobiło mu się głupio i poczuł się strasznie obnażony.
Jego zawstydzenie zostało jednak zepchnięte na dalszy plan, gdy Voldemort przed nim stanął. Wyciągnął do niego dłoń i pokazał mu skórzaną bransoletę z luźnymi skórzanymi sznurkami służącymi do jej związywania.
Harry zamrugał, nieco zdezorientowany.
— Nie możesz zostać oznaczony. Przynajmniej nie teraz. Istnieje zbyt duże ryzyko wykrycia, a utrzymanie w tajemnicy twojej lojalności jest dla mnie bardzo ważne — zaczął Voldemort, odpowiadając na zdezorientowany wyraz twarzy Harry'ego. Wyciągnął różdżkę i stuknął nią w bransoletę, mówiąc „morsmorde". Mała wersja mrocznego znaku, czyli czaszki z wężem w ustach, pojawiła się na niej, jakby zawsze tam była. — Noś ją. Rozgrzeje się za każdym razem, gdy będę wzywać swoich śmierciożerców. Może też posłużyć do wezwania ciebie. Jest również świstoklikiem, który przeniesie cię bezpośrednio do mojego holu wejściowego.
Podekscytowany Harry sięgnął po bransoletę.
— Genialne — szepnął z szacunkiem. — Jak aktywuję świstoklik?
— Wężomową — odparł lekceważąco Voldemort. — Po prostu syknij §morsmordre§, trzymając ją w dłoniach. Powiedzenie tego słowa po angielsku sprawi, że znak się pojawi lub zniknie. Oczywiście w szkole powinieneś go ukrywać.
Harry pokiwał głową na znak, że zrozumiał. Dziwnie było słyszeć, jak ktoś inny z taką łatwością wplata w wypowiedź wężomowę. Teraz dotarło do niego, że słyszał różnicę. Nawet jeśli była ona niewielka. Ciągle brzmiała dla niego jak zwykły angielski, ale miała też w sobie coś dodatkowego… brzmiącego jak syk.
Szybko umieścił bransoletę na lewej ręce. Kiedy chciał związać skórzane sznurki, te same zawiązały się na tyle mocno, by nie spaść i na tyle luźno, by go nie uciskać. . Uśmiechnął się i spojrzał na Voldemorta.
— Dziękuję, mój Panie.
Kąciki ust Voldemorta uniosły się w górę. W jego oczach widać było aprobatę i zadowolenie
— Możesz się ubrać — powiedział zbywająco, a Harry się zarumienił. Szybko założył koszulę. — Masz natychmiast poinformować mnie, jeśli znów będziesz miał jedną z tych swoich wizji. Chcę wiedzieć, czy potrafię rozpoznać, kiedy znajdujesz się w moim umyśle.
— Tak, oczywiście — powiedział Harry, kończąc zapinać guziki i wciągając na siebie szatę.
— Możesz udać się teraz do biblioteki. Chcę porozmawiać z Bartym, a ty potrzebujesz jego świstoklika, żeby wrócić do zamku. Poślę go po ciebie, gdy skończymy.
Harry pokiwał głową i schylił się, by stuknięciem różdżki znów zmniejszyć kufer. Schował go do kieszeni i szybko się ukłonił.
— Dobrze. Poczekam tak długo, jak będziesz sobie tego życzył. Um… mam jeszcze jedno pytanie.
— Tak? — przeciągnął samogłoski Voldemort, unosząc brew.
— Um… kiedy mogę do ciebie przychodzić, a kiedy nie? Ja… nie chciałbym cię zezłościć, jeśli pojawię się nieproszony i w czymś ci przeszkodzę…
— Możesz przychodzić, kiedy tylko będzie to dla ciebie dogodne. Nie zezłościsz mnie, o ile nie będziesz mi przeszkadzał. Jeśli będę zajęty, czekaj w bibliotece lub w holu wejściowym. Dołączę do ciebie, gdy będzie to możliwe.
— W porządku. Dziękuję, mój panie. Jeśli jutro dam radę, pójdę do Pokoju Życzeń i zlokalizuję pudełko. A jeśli wieczorem uda mi się wymknąć jeszcze raz, to wtedy je przyniosę.
— Dobrze. Możesz odejść.
Harry skłonił się szybko i wyszedł z pokoju. Zamykając drzwi, zauważył wchodzącego po schodach Barty'ego. Skinęli sobie głowami, mijając się.
Wszedł do dziwnie znajomego i komfortowego pomieszczenia, nie mogąc powstrzymać uśmiechu. Usiadł w jednym z pikowanych foteli, powiększył swój kufer, wyciągnął książkę, którą wcześniej zaczął czytać i powrócił do lektury. Jakieś dwadzieścia minut później drzwi biblioteki się otworzyły, a głowa Moody'ego wsunęła do środka. Zaskoczony Harry aż podskoczył, widząc pełną blizn twarz aurora zamiast Barty'ego, ale szybko się ogarnął i spakował swoje rzeczy.
We dwóch przeszli prędko do holu wejściowego, a potem użyli świstoklika Barty'ego, by przenieść się z powrotem do sekretnego korytarza.
Kwadrans później Harry wślizgnął się przez dziurę pod portretem do pokoju wspólnego Gryffindoru. Był kompletnie wykończony i chciał jak najszybciej znaleźć się w łóżku. Pomimo wypicia eliksiru uzupełniającego krew, wciąż czuł się otumaniony i słaby. Porządny sen dobrze mu zrobi.
Poza tym wciąż był nieco przytłoczony tym, co zaszło w nocy. Ale nie negatywnie. Po prostu czuł, jakby wydarzyło się tak wiele, a jednak stał teraz w wieży Gryffindoru, jakby nigdy nic, a dla wszystkich innych nic się nie zmieniło. Dziwnie jutro będzie udawać, że świat jest taki sam, jaki był wczoraj.
Inni jeszcze nie wiedzieli, ale tej nocy świat się zmienił.
A Harry w tym pomógł.
Następnego dnia Harry przespał śniadanie. Obudził się dopiero pół godziny przed obiadem. Po posiłku pracował z Hermioną nad tłumaczeniem książki w pokoju wspólnym, podczas gdy Ron grał w szachy z jakimś trzeciorocznym. Po kilkukrotnym pokonaniu go, dołączył do nich, a dziewczyna zarządziła odrabianie lekcji.
Wcześniej, choć rozpraszały go myśli o wczorajszej nocy, Harry zdołał utrzymać swoją koncentrację w ryzach, wciągnięty w tłumaczenie skomplikowanego tekstu. Teraz, mając przed sobą esej z transmutacji, nie potrafił się skupić.
Jego umysł ciągle wędrował do zadań, z którymi będzie musiał niedługo się uporać. Najpierw musiał odnaleźć ukryty pokój, potem odzyskać rzeczy Czarnego Pana, a następnie użyć na Trelawney legilimencji i sprawdzić, czy zdoła odzyskać z jej umysłu treść przepowiedni. Wróżbiarstwo miał w poniedziałki, więc przynajmniej nie będzie musiał czekać na to cały tydzień.
Zakręciło mu się w głowie na wspomnienie tego, co wydarzyło się poprzedniej nocy. Skupiał się na swoich zadaniach, żeby powstrzymać swój umysł przed kompletnym zafiksowaniem się. Był niesamowicie zadowolony z faktu, że wczoraj wszystko poszło tak łatwo i naprawdę zadziałało.
Wkrótce wszystko się zmieni, ale na razie jedynie w tle. Nikt nie będzie wiedział. Dziwnie było stanowić część tak ogromnej tajemnicy. Tak druzgocącej, wspaniałej, wielkiej rzeczy. I nikt inny o niej nie wiedział…
— Harry?
— Hm? — Rozkojarzony spojrzał na Hermionę z zaskoczeniem.
— Wszystko w porządku? Wydajesz się rozproszony.
— Och, tak… w porządku. Tylko trochę mnie nosi. Niedługo będę musiał skoczyć do biblioteki, mam parę książek do oddania.
— Mogę pójść z tobą — zaproponowała od razu z nadzieją w oczach.
— Poradzę sobie, Hermiono. Później pewnie pospaceruję po zamku — odparł, próbując posłać jej niewinny, przepraszający uśmiech.
Oczy Hermiony zwęziły się na chwilę, po czym dziewczyna posmutniała.
— Jasne, Harry. — Westchnęła ciężko. — W porządku.
Półtorej godziny później Harry stał na siódmym piętrze, tyłem do gobelinu z trollami w baletowych paczkach. Posłał pustej ścianie pełne zwątpienia spojrzenie. W końcu wzruszył ramionami i zamknął oczy. Zaczął powtarzać w myślach „potrzebne mi jest miejsce, w którym wszystko jest ukryte", chodząc w tę i z powrotem.
Po trzecim razie otworzył oczy, akurat w momencie, w którym znikąd pojawiły się ogromne drzwi.
Wytrzeszczył oczy, a na jego twarzy pojawił się szeroki uśmiech. Szybko wszedł do środka. Pokój był olbrzymi i rzeczywiście wyglądał jak cmentarzysko zbędnych przedmiotów. Sufit znajdował się niesamowicie wysoko, a samo pomieszczenie wydawało nie mieć końca. Z tego miejsca Harry nie widział nawet tylnej ściany.
Pokój wypełniały góry połamanych i zniszczonych mebli, tysiące książek — w tym wiele zakazanych — ukruszone butelki zaschniętych eliksirów, kilka zardzewiałych mieczy, a nawet zakrwawiona siekiera.
Harry powoli ruszył w głąb, chłonąc wszystko zaciekawionym spojrzeniem. Poświęcił więcej uwagi niektórym książkom. Będzie musiał wrócić tutaj potem jeszcze raz ze swoim kufrem i przewertować skarby skryte w pomieszczeniu. Na razie jednak gonił go czas, więc musiał skoncentrować się na swoim zadaniu.
Wrócił do ściany i przeszedł wzdłuż niej aż do rogu pomieszczenia. Poszukał dużego, zniszczonego posągu. Spróbował przyzwać pudełko zaklęciem Accio, ale to nie podziałało. Zamiast tego spędził paręnaście minut na przekopywaniu się przez kupę śmieci, zanim odkrył pasujące do opisu Voldemorta zielone pudełko.
Otworzyło się bez problemu po wypowiedzeniu przez niego hasła w wężomowie, więc miał pewność, że to o nie chodziło
Przygotował sobie nieco miejsca do pracy, powiększył swój kufer i zaczął przekładać do niego rzeczy z pudełka. Musiał użyć pierwszej skrytki, jako że miała na sobie zaklęcie powiększające, konieczne do pomieszczenia różnych dziwnych i nieznanych mu magicznych przedmiotów. Wiele z nich nie zmieściłoby się do części z książkami, więc była to jego jedyna opcja.
W środku niepozornego pudełka znajdowało się sporo rzeczy i przełożenie wszystkiego zajęło mu dłuższą chwilę.
W końcu z powrotem zmniejszył kufer, schował go do kieszeni i wyszedł.
Pomimo swoich najlepszych chęci i starań, Harry nie zdołał tego wieczoru udać się do Voldemorta. Ron i Hermiona cały czas deptali mu po piętach, a kiedy zapadła noc, był wykończony.
Niedziela minęła mu podobnie do soboty, cały czas był roztargniony. Skończył wszystkie zaległe prace domowe, a potem spędził kolejną godzinę na tłumaczeniu książki z Hermioną. Tuż po dwudziestej drugiej wymówił się zmęczeniem i udał do dormitorium. Tam przetransmutował poduszkę w kukłę, schował się pod peleryną niewidką i, upewniwszy się uprzednio, że ma kufer w kieszeni, wyleciał przez okno na Błyskawicy.
Trzymał się nisko, by nikt nie dostrzegł go pod płaszczem. Tym razem jednak, zamiast udać się do szkoły i użyć jednego z tuneli, po prostu poleciał w stronę Hogsmeade, aż poczuł, że minął bariery.
To będzie jego pierwsza wizyta w posiadłości Voldemorta bez towarzystwa Moody'ego. Był zarówno podekscytowany, jak i ostrożny. Żałował, że nie miał możliwości zapytać Czarnego Pana, czy może go odwiedzić. Ale Voldemort powiedział wyraźnie, że może się zjawiać, kiedy tylko będzie miał taką ochotę. I Harry mógł tylko mieć nadzieję, że to prawda.
Wylądował, pomniejszył miotłę i schował ją do kieszeni. Podciągnął szatę i odsłonił skórzaną bransoletę. Odkrył, że miała na sobie czar wodoodporności, gdy rano nie chciał ściągnąć jej pod prysznicem. Nie zamierzał stracić jej z oczu nawet na minutę. Nie mówiąc już o tym, że zwyczajnie nie chciał jej ściągać.
Lubił ją mieć. Nosić ją. Była fizycznym przypomnieniem tego, co się wydarzyło. Fizycznym symbolem jego więzi z Czarnym Panem.
Stuknął w nią różdżką, szepcząc „morsmorde", dzięki czemu pojawił się znak, a przez jego ciało przebiegł dreszcz. Niemal zachichotał na myśl o tym, jak bardzo był szalony, że tak go to ekscytowało. Ten znak symbolizował wszystko, przeciwko czemu walczyli jego rodzice i ich sojusznicy, czego pokonaniu poświęcili swoje życia. Ale dla niego nic to nie znaczyło. Nie miał obowiązku poświęcać życia temu samemu, co ludzie, których nawet nie znał. To jego życie i planował podążyć własną drogą.
A to była jego droga. Wybrał ją, poświęcił się jej, cieszyła go i był zadowolony, że jak na razie odnosił na niej powodzenie.
Westchnął i użył Finite, by usunąć znak. Następnie wymówił hasło po raz drugi w wężomowie, co aktywowało świstoklik. Ciche pyknięcie, pociągnięcie za pępek i wylądował chwiejnie w holu wejściowym posiadłości.
Rozdział 16 pojawi się 24 września 2017 roku
