ROZDZIAŁ 16
Betowała zxully [u/511080].
Harry wsunął głowę przez drzwi, zerkając do środka gabinetu. Voldemort zajmował swoje krzesło, ale nie jak zwykle za biurkiem. Zamiast tego siedział obok niego, pogrążony w pracy nad dużym kawałkiem pergaminu. Pochylał się nad nim, skrobiąc po nim piórem. Wyglądał na skupionego.
— Och… wybacz. Przepraszam — powiedział cicho. Czarny Pan minimalnie zwrócił głowę w jego stronę, by widzieć go kątem oka.
— Tak, Potter?
— Przyniosłem rzeczy z Pokoju Życzeń.
— Połóż je pod ścianą obok drzwi — odpowiedział Voldemort, nie unosząc wzroku znad pergaminu.
Harry pokiwał głową i wszedł do pokoju. Wtedy dopiero udało mu się dojrzeć, nad czym pracował Voldemort i z tego, co udało mu się dostrzec, wnioskował, że była to mapa topograficzna posiadłości i przyległych do niej terenów. Szybko skupił się na swoim zadaniu. Kucnął, wyciągnął kufer z kieszeni i go powiększył. Zaczął wyciągać z niego rzeczy i układać je w stosik.
Wyjęcie wszystkich dziwnych przedmiotów, drobiazgów i książek zajęło mu około dziesięć minut. Westchnął, zamknął kufer, pomniejszył go i schował z powrotem do kieszeni. Podniósł się z podłogi.
— To już wszystkie. Wrócę do Hogwartu, nie chcę ci przeszkadzać.
— Poczekaj. — Głos Voldemorta przeciął ciszę, a Harry zamarł. — Niedługo skończę, a jest jeszcze kilka rzeczy dotyczących ciebie, którymi chcę się dzisiaj zająć.
Harry zamrugał.
— W porządku. Gdzie mam poczekać?
Voldemort gestem jednej dłoni nakazał Harry'emu, by ten podszedł, co chłopak uczynił.
— Usiądź. Pracuję nad nowymi zabezpieczeniami dworu i będę mógł przerwać za około dwadzieścia minut. Ty w międzyczasie będziesz w tym czasie czytać to. — Wyciągnął książkę z szuflady.
Harry szybko odebrał zaoferowaną książkę, a potem rozejrzał się, szukając miejsca, w którym mógłby usiąść. Teraz w pokoju nie znajdowało się żadne inne krzesło. Przez chwilę zastanawiał się, gdzie podziało się to, które zajmował ostatnio, ale nie chciał przeszkadzać Voldemortowi, który znów skupił się na pracy. Uznał, że podłoga będzie najlepszym miejscem i jakkolwiek nie miał problemu z tym pomysłem, pozostał mu problem, gdzie powinien usiąść.Przyjrzał się przestrzeni między biurkiem a drzwiami, ale jego ciało ciągnęło go bliżej Voldemorta. Bliżej magii mężczyzny, bliżej jej niewidzialnych fal. Jego oczy przymknęły się nieco, gdy zatracił się w uczuciu mocy i zorientował się, że usiadł płynnie blisko krzesła Czarnego Pana. Uchylił powieki i zerknął na niego, szukając dezaprobaty wobec jego wyboru. Nie znalazł jej — Lord pracował.
Usiadł po turecku i pochylił się nad książką. Dotyczyła tworzenia fałszywych aur i sygnatur magicznych. Oszukiwanie Szóstych Zmysłów i innych zaklęć wykrywających autorstwa Barata Facena.
Chciał otworzyć książkę, ale zauważył zakładkę mniej więcej w połowie. Zaznaczony rozdział dotyczył przeciwdziałaniu zaklęciu affinitatem revelo, więc było raczej oczywiste, że od tego właśnie miał zacząć.
Minęło całkiem sporo czasu, zanim ucichło skrobanie pióra i szeleszczenie pergaminu. Potem Voldemort westchnął cicho i poruszył się na krześle. Harry nie miał pojęcia kiedy, ale w pewnym momencie zmienił swoją pozycję. Już nie siedział trzydzieści centymetrów dalej, pochylając się nad książką. Teraz opierał się plecami bezpośrednio o krzesło, uginając jedną nogę, a drugą trzymając wyprostowaną.
Pomimo, że siedział na podłodze, było mu bardzo dobrze tu w gabinecie, kiedy on czytał w ciszy, a Voldemort pracował. Poczuł rozczarowanie na myśl o tym, że niedługo będzie musiał sobie pójść. Potem, gdy się nad tym na spokojnie zastanowi, zrozumie, jak bardzo było to absurdalne. Ale teraz, kiedy siedział w obecności Czarnego Pana, czuł się spokojnie i komfortowo i nie chciał tego przerywać. Do tego ciche mieszanie ich magii nadawało powietrzu cudownego smaku. Przynajmniej wedle Harry'ego. Wciąż nie był pewien czy inni ludzie wyczuwali podobne rzeczy i musiał przyznać, że go to intrygowało.
Voldemort odchylił się do tyłu, zatapiając odrobinkę w krześle. Harry zastanawiał się, jak długo pracował nad zabezpieczeniami i co będą one robiły. Zapytałby, ale nie był pewien, czy było to na miejscu.
Voldemort oparł przedramię o podłokietnik, pozwalając swojej dłoni zsunąć się z jego krawędzi. Jego palce zawisnęły luźno i musnęły czubek głowy Harry'ego. Ten zaskoczony wciągnął gwałtownie powietrze w reakcji na intensywne wrażenie, które rozlało się w nim na skutek tego krótkotrwałego, bezpośredniego kontaktu fizycznego.
Ręka Czarnego Pana znieruchomiała natychmiast po dotknięciu Harry'ego, ale ten nie wiedział, czy to przez jego reakcję, czy może mężczyzna również coś poczuł.
Zdezorientowany Harry nie mógł pozbierać myśli. Nie potrafił ubrać w słowa tego, co poczuł. Wszystko wydarzyło się zbyt szybko i trwało zbyt krótko. Wiedział jedynie, że było to zdecydowanie dobre i chciałby doświadczyć tego ponownie. Zamknął oczy i oczyścił umysł. Czego on pragnął, nie miało znaczenia. Poproszenie Czarnego Lorda Voldemort mężczyzny o to, żeby go dotknął, nie wchodziło w grę. Mało tego — zakrawało o skrajny idiotyzm.
W końcu Voldemort poruszył się ponownie, a Harry szybko zmienił swoją pozycję tak, by już nie opierać się o krzesło. Zrobił to w odpowiednim momencie, bo mężczyzna odsunął mebel i wstał. Chłopak podniósł się szybko, zaznaczając zakładką miejsce, w którym skończył czytać i zamknął książkę.
— Zostawisz książkę tutaj. Możesz wracać i kontynuować czytanie tutaj, ale nie zabierzesz jej ze sobą — powiedział Voldemort, wygładzając dłońmi pergaminy na biurku.
— Och… — wyrwało się zaskoczonemu Harry'emu. Po chwili Voldermort najwyraźniej skończył układać papiery, więc odwrócił się w stronę chłopaka. Coś przemknęło przez jego czerwone oczy, ale zniknęło, nim zdążył się temu przyjrzeć.
— Chodź za mną — powiedział mężczyzna, szybko wychodząc z pokoju, przez co Harry musiał się pospieszyć, by za nim nadążyć.
Poszedł za nim wzdłuż korytarza, gdzie tym razem Voldemort poprowadził go w górę schodów. Żadna z wizji Harry'ego nie dotyczyła trzeciego piętra, dlatego nie miał pojęcia, co się tam znajdowało. U szczytu skręcili w lewo i przeszli przez pierwsze drzwi po prawej.
Kiedy weszli do środka, światła od razu się zapaliły. Harry doszedł do wniosku, że to schowek na różne przedmioty. Podejrzewał, że wiele z rzeczy przyniesionych przez niego z Pokoju Życzeń właśnie tutaj się znajdzie. Pospiesznie rozejrzał się po pomieszczeniu, ale nic nie wyglądało tu znajomo.
Voldemort podszedł bezpośrednio do sięgającego sufitu regału i wyciągnął średniej wielkości pudełko z otwieranym wieczkiem. Postawił je na pustym stole na środku pokoju. Spojrzał wymownie na Harry'ego, a ten niezwłocznie do niego podszedł.
Gdy to zrobił, Voldemort otworzył pudełko, a Harry zobaczył wypełniające je… różdżki. Zamrugał zdezorientowany.
— Potrzebujesz drugiej różdżki — zaczął Voldemort. — Wszystkie różdżki Ollivandera zakupione z myślą o dzieciach mają na sobie ministerialne zaklęcie śledzące. Unieszkodliwia się ono automatycznie w siedemnaste urodziny właściciela, tak samo jak to na jego ciele. Druga różdżka nie będzie go na sobie miała. Ponadto będziesz bezwzględnie musiał używać tylko niej do czarnej magii. Jeśli kiedykolwiek zostaniesz oskarżony o jakieś wykroczenie lub przestępstwo, najpierw sprawdzą twoją różdżkę. Znasz zaklęcie priori incantum?
Harry pokręcił głową.
— Ujawnia ono ostatnie rzucone różdżką zaklęcie. Poprzez powtarzanie go można ujawnić nawet do pięćdziesięciu ostatnich zaklęć. Istnieje też zaklęcie deletrius, które usuwa dowody z różdżki, ale nie zawsze będziesz miał czas i okazję na jego zastosowanie, jeśli znajdziesz się w trudnej sytuacji. Nie wspominając o tym, jak podejrzana jest taka czysta historia. Jeśli użyjesz czarnej magii niedawno, to zaklęcie ujawni się poprzez priori incantum. Jeśli pierwszej różdżki będziesz używał tylko do prac domowych i szkoły, a drugiej na treningi czarnomagiczne, nic ci nie grozi.
Harry kiwał głową, zgadzając się ze słowami Voldemorta. Nigdy nie wpadłby na to, że coś takiego mogłoby się wydarzyć, chociaż powinien. Teraz sobie przypominał, że Crouch Sr. rzucił priori incantum na jego różdżkę w czasie mistrzostw świata w Qudditcha. Pokazało, że jego różdżki użyto do stworzenia mrocznego znaku. Teraz, kiedy w pełni rozumiał, co się z tym wiązało, zdecydowanie zgadzał się z potrzebą posiadania przez niego drugiej różdżki.
— Posiadałem magazyn, który służył mi jako przechowalnia i który na szczęście nie został odkryty w czasie mojej nieobecności. W trakcie wojny starałem się zebrać tak wiele różdżek, jak to tylko było możliwe, właśnie na wypadek takiej sytuacji. Przejrzyj je i znajdź taką, która będzie akceptowalna — powiedział Voldemort, wskazując dłonią pudełko i odsuwając się o krok.
Harry natychmiast podszedł i podniósł pierwszą różdżkę. Kompletnie nie leżała mu w dłoni, dlatego nawet nią nie poruszył, tylko od razu odłożył na stół. Sprawdzał różdżkę za różdżką — jedne wydawały się zimne, inne po prostu drętwe. Niektóre były letnie i trochę go łaskotały, dlatego odłożył je na bok, jako „mające potencjał", do późniejszego przejrzenia.
Westchnął zirytowany, gdy po przejrzeniu niemal wszystkich różdżek wciąż nie znalazł odpowiedniej albo chociaż prawie odpowiedniej. Voldemort zachichotał, czerpiąc radość z jego niecierpliwości, a Harry spojrzał na niego i odpowiedział uśmieszkiem.
— Spędziłem u Ollivandera wieki, zanim wyciągnął moją różdżkę z ostrokrzewu i rdzeniem z pióra feniksa — powiedział Harry, kontynuując sprawnie sprawdzanie różdżek i ich odrzucanie. Voldemort burknął i zapatrzył się w przestrzeń. Chłopak przestał na moment i spoważniał. — Ciągle masz swoją pierwszą różdżkę od Ollivandera czy ją straciłeś?
— Ciągle ją mam.
— Pióro feniksa? Cis, jak sądzę?
Voldemort zwęził oczy i uniósł jedną brew pytająco.
— Ollivander mi powiedział, bo najwyraźniej twoja i moja różdżka są jedynymi, do których stworzenia użyto piór z ogona Fawkesa. Powiedział, że nasze różdżki mają bliźniacze rdzenie czy coś w ten deseń. Powiedział, że to „ciekawe" w ten swój irytujący sposób i że moja różdżka jest przeznaczona do wielkich rzeczy.
Voldemort prychnął z rozbawieniem.
— Faktycznie, to w jego stylu, niemal słyszę, jak to mówi. Ale to o bliźniaczych rdzeniach naszych różdżek jest dosyć ciekawe. Mogę zobaczyć twoją?
Harry prędko wyciągnął swoją różdżkę z ostrokrzewu i mu ją podał, a Voldemort wyciągnął swoją cisową. Trzymał je obok siebie, dłoń obok dłoni. Potem przełożył tę z ostrokrzewu do swojej dominującej ręki i spróbował ją wyczuć.
— Hm. Ta różdżka również mogłaby działać dla mnie. Są całkiem podobne. Chociaż ostrokrzew nie przewodzi tak dobrze mojej magii. Ale zdecydowanie mogę powiedzieć, że rdzenie są niemal identyczne.
Nie mogąc się powstrzymać, Harry przyjrzał się różdżce Voldemorta zaciekawiony. Podejrzewał jednak, że poproszenie o potrzymanie różdżki Czarnego Pana nie byłoby dobrym pomysłem, więc trzymał język za zębami.
Voldemort zdawał się wiedzieć, co chodziło mu po głowie i posłał mu rozbawiony uśmieszek. Oddał Harry'emu jego różdżkę, a ten schował ją szybko do kieszeni i wrócił do poszukiwań.
Na dnie pudełka znajdowało się już tylko sześć różdżek, kiedy Harry w końcu poczuł, jak opuszki jego palców musnęły coś właściwego. Zatrzymał się i cofnął rękę na różdżkę, którą przed chwilą trącił. Chwycił ją, wyciągnął i przytrzymał w zdecydowanym uścisku. Jego magia przepływała przez nią swobodnie, bez problemu. Różdżka wydawała się wibrować w tej samej częstotliwości, co jego własna moc. Ta synchronizacja powodowała, że pasowała mu perfekcyjnie. Ze zdziwieniem uświadomił sobie, że, nawet lepiej niż ta z ostrokrzewu.
— Znalazłeś pasującą? — Zaciekawiony głos Voldemorta przedostał się przez osłupienie Harry'ego, a ten szybko pokiwał głową.
— Um… tak. Tę. Zdecydowanie tę.
— Zobaczmy — powiedział Voldemort, wyciągając dłoń. Kiedy Harry podał mu tę różdżkę, Czarny Pan stuknął w nią swoją, a ponad pojawił się świecący tekst widoczny tylko dla rzucającego zaklęcie. — Hm. Interesujące. — Uśmiechnął się rozbawiony Voldemort.
— Co takiego? — zapytał nagle bardzo zaciekawiony Harry.
— Drewno jest z cyprysu, a rdzeń to włókno smoczego serca. Najwyraźniej chińskiego ogniomiota. Czy to nie z tym gatunkiem walczyłeś w czasie pierwszego zadania?
Harry zamrugał.
— Och. Tak… hm. Cóż, to interesujące, tak myślę. Nie słyszałem nigdy o różdżce zrobionej z cyprysu.
— Nie sądzę, by Ollivander często stosował takie drewno. Po typie drewna i rdzenia zgaduję, że to zagraniczna różdżka. — Voldemort przytrzymał swoją i cyprysową różdżkę obok siebie. — Taka sama długość. Co oznacza trzynaście i pół cala. — Oddał ją Harry'emu. — Jak dobrze jest dopasowana?
— Perfekcyjnie — odpowiedział Harry, patrząc na różdżkę w swojej dłoni. — Szczerze mówiąc, to lepiej niż ta z ostrokrzewu. A do tej pory myślałem, że tamta jest idealna.
— Według mnie w ciągu ostatniego roku twój rdzeń magiczny zmienił się i rozrósł. Nic dziwnego, że twoja różdżka mniej do ciebie teraz pasuje. Niektóre rodzaje różdżek przewodzą czarną magię lepiej od innych. Wyobrażam sobie, że kiedy Ollivander otrzymał dwa pióra od udomowionego kurczaka Dumbledore'a, to do stworzenia z nich różdżek specjalnie użył zupełnie kontrastujących ze sobą rodzajów drewna — jedną z „jasnym" i drugą z „ciemnym". Cis jest częściej utożsamiany z czarną magią i używanie jej jest łatwiejsze przy jego użyciu. Symbolizuje śmierć i nadzieję na wieczne życie, a ostrokrzew natomiast świętość, poświęcenie, zysk materialny, zemstę fizyczną, piękno i nieśmiertelność.
Harry zamrugał.
— Masz pamięć ejdetyczną?
Voldemort się roześmiał. Dosłownie roześmiał. Szybko przestał, ale uśmiechnął się do Harry'ego rozbawiony.
— Prawdę mówiąc, to tak, mam. Chociaż nie naturalnie, a wskutek rytuału, który odprawiłem na swoim czwartym roku w Hogwarcie.
— Naprawdę? — zapytał Harry z oczywistym zainteresowaniem w głosie. — Będę musiał się nim zainteresować… W każdym razie, jaka jest symbolika drzewa cyprysowego?
— Cyprys jest symbolem śmierci. Raz ścięte drzewo nie odrasta z korzeni. Jest kojarzony z greckim bogiem podziemia, Hadesem. Podobnie jak cis jest stosunkowo często uważany jako odpowiedni materiał dla mrocznej różdżki.
— Ach… rozumiem — powiedział Harry, patrząc na swoją nową różdżkę z zainteresowaniem.
Harry zmienił chwyt na różdżce parę razy, testując jak leżała mu w ręce. Była trochę dłuższa od tej pierwszej , choć zastanawiał się, czy te kilka dodatkowych cali nie utrudni mu czarowania. Była dobrze wyważona, a drewno gładkie i wypolerowane. Zorientował się, że chciałby móc korzystać z niej na lekcjach i całkowicie zrezygnować z tej z ostrokrzewu, ale wiedział, że wtedy jej posiadanie straciłoby sens.
Odwrócił się w stronę drzwi i rzucił kilka prostych zaklęć. Lumos, zaklęcie lekkiej bryzy oraz miejscowe zaklęcie rozgrzewające, tylko po to, by ją wyczuć. Odwrócił się z powrotem do Voldemorta, który schował do pudełka różdżki i odłożył je na półkę.
— Dziękuję ci za to… bardzo dziękuję. Naprawdę. Jest fantastyczna. Nigdy nie sądziłem, że znajdę różdżkę, z którą będę czuł się jeszcze bardziej komfortowo niż z tą z ostrokrzewu — powiedział szczerze Harry, patrząc na różdżkę z niekłamaną radością w oczach.
Na te słowa i wyraz prawdziwego uznania oraz wdzięczności w oczach Harry'ego, Voldemort poczuł się niemal niekomfortowo. To nie była reakcja, którą często wywoływał. To nie tak, że kiedykolwiek zrobił coś bezinteresownie. Jeśli zrobił coś dla kogoś innego, to tylko dlatego, że przyniosło to też jakąś korzyść jemu. Gdyby Harry został złapany, pokrzyżowałoby to jego plany, więc przedsięwzięcie środków ostrożności było rozważne.
— Tak, oczywiście. — Machnął na Harry'ego ręką. — Tylko pamiętaj, by ukrywać ją w szkole. Poza tym, to tylko część środków ostrożności, które musimy wprowadzić, zanim pozwolę ci używać poważnej magii we dworze.
Harry wyprostował się, słuchając uważniej.
— Jako nieletni czarodziej masz na sobie ministerialne zaklęcie namierzające. Zabezpieczenia nałożone na dwór zapobiegają wykryciu używanej w nim magii i tylko dzięki temu Namiar jeszcze się na tobie nie uaktywnił. Jednak nie możemy polegać tylko na tym, jeśli masz uprawiać tutaj poważną magię.
W trakcie wypowiedzi Voldemorta Harry coraz wyżej unosił brew.
— Jak działa to zaklęcie namierzające?
— Namiar należy do bardzo prymitywnej magii wykrywająco-lokalizującej. Nie wykrywa czy to konkretnie ty użyłeś magii, tylko że magia została użyta. Jeśli została wykryta, po pierwsze sprawdza czy znajdujesz się w Hogwarcie lub w jego pobliżu. Jeśli tak — wyłącza się. Jeśli nie, sprawdza czy w pobliżu znajduje się dorosły czarodziej. Jeśli tak — wyłącza się, zakładając że to on użył zaklęcia. Jeśli w pobliżu nie ma dorosłych czarodziejów, zakłada, że to ty go użyłeś. W Ministerstwie uruchamia się alarm, a zaklęcie sprawdza czy w twoim najbliższym otoczeniu znajdują się mugole. Jeśli tak, zostaje powiadomiony Amnezjator ministerstwa.
Oczy Harry'ego rozszerzyły się, gdy przyjmował to do wiadomości.
— Czyli… za każdym razem, kiedy używam magii, ministerstwo może dowiedzieć się, gdzie jestem?
— Nie. Zaklęcie nie może poinformować Ministerstwa o twojej konkretnej lokalizacji, tyko czy jesteś Hogwarcie, czy nie. Wykorzystuje do tego zabezpieczenia zamku.
— Och… cóż, to chociaż trochę lepiej…
— Tak… tak czy owak, chcemy się go pozbyć. Jest dosyć prosty rytuał, który je unieszkodliwi. Jutrzejszej nocy tu wrócisz i wtedy go przeprowadzimy.
Harry poczuł delikatne mdłości na myśl o kolejnym rytuale tak szybko. Ostatni nie był dla niego zbyt przyjemny, chociaż mogło być o wiele gorzej. Voldemort najwyraźniej wyczytał to z jego twarzy, bo uśmiechnął się i zachichotał.
— Nie martw się, Potter. Nie uwzględnia on krwi ani noży. Nie zaboli dłużej niż minutę, a ból będzie niewielki.
— Przeszedłeś przez niego?
— Tak, w wieku piętnastu lat. Absolutnie nie zamierzałem wracać do mojego letniego miejsca zamieszkania bez wolnego dostępu do magii, ale nie chciałem też ryzykować wydalenia ze szkoły.
— Doskonale cię rozumiem — mruknął gorzko Harry, pamiętając jak wiele razy w czasie poprzednich wakacji chciał użyć magii bez lęku, że zostanie złapany. Nagle uświadomił sobie, że dokładnie z tym wiązało się przeprowadzenie rytuału. — Czekaj… czy to znaczy… że to na zawsze? Namiar będzie ze mnie zdjęty, więc nawet latem będę mógł używać magii i nie wywalą mnie ze szkoły?
Zirytowany Voldemort przewrócił oczami.
— Tak, Potter, to właśnie to oznacza. Chociaż podejrzewam, że w bariery wokół tej mugolskiej dziury, do której stary dziad wysyła cię co lato, wbudowano dodatkowe zaklęcia wykrywające.
Harry spochmurniał, a Voldemort widział, jak jego kłykcie robią się białe od mocnego zaciskania pięści.
— Dlaczego do cholery w ogóle powinienem tam wracać? — burknął zezłoszczony chłopak.
— Nie powinieneś musieć tam wracać. I szczerze, nie musisz — powiedział Voldemort, opierając się nonszalancko o stół. Harry nie mógł powstrzymać myśli, że mężczyzna wyglądał iście po królewsku i bardzo ponętnie, kiedy opierał się o stół jedną ręką w tak pewnej i zrelaksowanej pozie. Potrząsnął głową, próbując pozbyć się tych myśli.
— Co z tego, Dumbledore i tak nalega, bym wracał tam co lato. Nie pozwoli mi odejść, dopóki nie stwierdzi, że to w…
— A jakie on ma prawo, do tego, żeby decydować, gdzie spędzasz wakacje? — prychnął zdegustowany Voldemort. — Jest dyrektorem twojej szkoły, nie prawnym opiekunem w wakacje. Oddał to prawo mugolom, gdy podrzucił cię na ich próg. Jego jurysdykcja kończy się, gdy opuszczasz szkołę, to mugole decydują, gdzie spędzisz wakacje, więc jeśli przekonasz ich do zaaprobowania twojej nieobecności, to wystarczy. Odziedziczyłeś przecież fortunę Potterów, prawda? Weź pieniądze, zniknij na kilka miesięcy i przypraw starca o zawał serca.
Voldemort powiedział to tak nonszalancko i lekceważąco, że Harry aż się roześmiał.
— Wiesz co… naprawdę powinienem — powiedział, ciągle chichocząc. — Problem w tym, że znajdzie mnie, gdziekolwiek się udam.
— Wyjedź z kraju. Zrób sobie wakacje. Bądź w ruchu. Nigdzie nie zatrzymuj się na dłużej niż dzień lub dwa, a nie da rady cię namierzyć — powiedział Voldemort. Machnął ręką, po czym się wyprostował. — Zobaczy w tobie zbuntowanego, zezłoszczonego nastolatka. Oczywiście, zamiast tego możesz zostać tutaj i asystować mi. Absolutnie nie miałbym nic przeciwko pomocy ze strony kogoś bardziej kompetentnego od Glizdogona. Do tej pory przyzwę do siebie śmierciożerców, ale oni wszyscy mają swoje życia, kariery, wizerunki do utrzymania, więc nie będą mogli zostawać tutaj przez dłuższy czas. Ponadto, gdy dokończę zabezpieczenia, Dumbledore nie będzie miał szans na znalezienie cię w ich granicach.
Harry przez dłuższą chwilę patrzył na mężczyznę z kompletnie zaskoczonym niedowierzaniem. Czy Voldemort właśnie zaprosił go, żeby spędził z nim lato?
— W każdym razie, to twój wybór — kontynuował lekceważąco Voldemort. — Jest już późno, a ja potrzebuję odpoczynku. Tobie z pewnością również się przyda, zwłaszcza, że rano masz zajęcia. Wróć jutro o dziewiątej wieczorem.
Harry wyprostował się, rozumiejąc, że został odprawiony, ale nie był swojej dostępności czasowej na jutrzejszy wieczór.
— Mogę mieć problem z dziewiątą. Chyba, że zajmie to mniej niż pół godziny. Cisza nocna zaczyna się o dziesiątej… łatwiej wymknąć mi się niezauważonym, kiedy moi współlokatorzy śpią.
— To musi być dziewiąta, nie spóźnij się. Powrót nie będzie stanowił problemu, już o to zadbałem — powiedział prosto Voldemort, zbierając się do wyjścia z pokoju.
Harry był nieco niepewny, ale skoro mężczyzna o wszystko zadbał, mógł mu tylko zaufać. Pospieszył za Czarnym Panem, który odprowadził go do holu wejściowego. Tam użył swojego świstoklika w bransolecie, żeby wrócić do szkoły
—
Następny dzień wydawał się po prostu surrealistyczny. Był to poniedziałek. Po prostu zwykły, normalny poniedziałek. Było to uderzające przypomnienie, że reszta świata trwała w zupełnej nieświadomości. Nie wiedzieli, jak wiele się zmieniło. Poniedziałkowy poranek upłynął mu na zielarstwie z Puchonami, a potem na opiece nad magicznymi stworzeniami. Większość obiadu Harry spędził analizując w swoim umyśle różne sposoby podejścia do kwestii Trelawney. Wciąż był kompletnie oniemiały, że to właśnie ona wygłosiła przepowiednię, która praktycznie zawładnęła jego życiem.
Z jednej strony Harry czuł, że powinien dowiedzieć się znacznie więcej o tym całym bzdurnym wróżbiarstwie, skoro stało ono u podstaw jego życia, a on był kompletnym ignorantem w tej dziedzinie. Z drugiej strony, chciał wejść do umysłu Trelawney, znaleźć przepowiednię i nigdy więcej nie postawić stopy w obecności tej kobiety. I być może znaleźć sposób na bezkarne pozbawienie jej głowy.
Hermiona mówiła coś o eseju z numerologii na jej następne zajęcia — te w czasie jego wróżbiarstwa. Zastanowił się przez chwilę.
— Hermiono?
Hermiona przerwała w pół wypowiedzi, której i tak nikt nie słuchał, i zamrugała.
— Tak, Harry?
— Wiesz może, czy jest możliwe wzięcie dodatkowego przedmiotu po trzecim roku?
— Nie… nie sądzę — powiedziała powoli, marszcząc czoło w zamyśleniu. — To znaczy, ktoś nie byłby w stanie dołączyć do mojej klasy numerologii czy starożytnych run, bo przegapił ten i poprzedni rok i nie dałby rady nadrobić materiału.
— Nie, nie dołączyć do twojej klasy… gdybym wziął teraz któryś z tych przedmiotów, chodziłbym na niego z trzecim rokiem. Absolutnie mi to nie przeszkadza.
Hermiona wyglądała na zszokowaną, a potem na podekscytowaną i zaciekawioną.
— Mówisz poważnie, Harry?
— Tak. To znaczy, jeśli zacząłbym w przyszłym roku, miałbym dostatecznie dużo zajęć, żeby móc podejść z nich do SUMów. Nie zdążyłbym przerobić materiału do owutemów, ale nawet trzy lata tych przedmiotów będą o wiele bardziej użyteczne od tego durnego wróżbiarstwa.
W oczach Hermiony widoczne były duma i ekscytacja, natomiast Ron wyglądał na przerażonego.
— Zwariowałeś, stary? Masz pojęcie, jak trudne są te przedmioty?
Harry przewrócił oczami.
— A czy ty masz pojęcie, jak bardzo są one wartościowe? Serio, Ron — to może się wydawać genialne, wziąć lekkie zajęcia, dostać „łatwe W" i móc obijać się w szkole. Ale przez to będziesz musiał pracować ciężej, kiedy już tę szkołę skończysz
— Ech, zamieniłeś się w cholerną Hermionę! — stęknął teatralnie Ron. . Hermiona przez chwilę spoglądała na niego spode łba, a potem spojrzała na Harry'ego z ogromną dumą.
— Och, Harry! Jestem taka szczęśliwa, że zacząłeś to sobie uświadamiać! Zdecydowanie sądzę, że powinieneś iść do profesor McGonagall i powiedzieć jej o swoim pomyśle. Który przedmiot chcesz wziąć? Czy może myślisz o obu? Bo to bardzo wymagające przedmioty, dużo wiedzy do przyswojenia…
Harry zwalczył chęć warknięcia na nią. Nieważne, jakie robił postępy i jak dobrze mu szkło na lekcjach, ona zawsze uważała go za gorszego od siebie pod względem intelektu. Poważnie wątpił, by była w stanie rzucić nawet połowę zaklęć, które opanował w Komnacie. Chociaż głównie przez brak właściwej magicznej przynależności oraz słabe nerwy.
— Tak, myślę, że wezmę oba. Jeśli McGonagall będzie zaniepokojona ilością pracy, po prostu zrezygnuję z opieki nad magicznymi stworzeniami. To znaczy… Wiem, Hagrid będzie zawiedziony, ale jestem przekonany, że uda mi się go przekonać, że to dla wyższego dobra.
— Zrezygnujesz z opieki! — wykrzyknął przerażony Ron. — Nie możesz tego zrobić! To znaczy… co z Hagridem?! Co ze mną?! Będę sam na obu zajęciach.
— Hagrid przeżyje. I to nie tak, że będziesz sam. Na obu zajęciach możesz pracować z Seamusem lub Neville'em — powiedział Harry, ledwo powstrzymując przewrócenie oczami.
— Ale czy to nie będzie dziwne? Chodzić na lekcje z bandą trzeciorocznych?
Harry wzruszył ramionami i wziął kolejny kęs dużej kanapki z indykiem. Przełknął i dopiero wtedy odpowiedział.
— Szczerze, to mnie to nie obchodzi. Te zajęcia są zbyt ważne, by je olać.
— Ale dlaczego? Żadne z nich nie są wymagane, by zostać aurorem! Więc po co? — zapytał wyraźnie zdezorientowany Ron.
Tym razem Harry przewrócił oczami.
— Nie chcę być cholernym aurorem. Ciągle nie wiem, co chcę robić, ale na pewno nie to.
— Co?! — wykrzyknęli równocześnie Ron i Hermiona.
— Ale Harry… ja… myślałem, że… — zaczął Ron, ale zawiesił głos, zdziwiony i zdezorientowany.
— Kiedy to się stało? Wydawało mi się, że w zeszłym roku postanowiłeś zostać aurorem? — zapytałą Hermiona.
— Szczerze mówiąc, to nie wiedziałem, jakie są moje opcje. Praktycznie wiedziałem tylko, że mój tata był aurorem, aurorzy łapią mrocznych czarodziei, a cały magiczny świat oczekuje ode mnie walki z takimi. Wiedziałem, że tego się po mnie spodziewają, więc najłatwiej było to wybrać. Ale nie interesowałem się dokładnie moimi możliwościami i nie próbowałem znaleźć czegoś, co naprawdę chciałbym robić.
— Więc zorientowałeś się już w różnych opcjach? — zapytała Hermiona. Harry zmarszczył brwi i się zamyślił.
— Cóż, jestem dopiero na czwartym roku, więc to nie tak, że muszę już się na coś zdecydować. Mam mnóstwo czasu na zmianę zdania… Myślę, że wolałbym uniknąć Ministerstwa, ale gdybym miał tam pracować, to interesowałoby mnie tylko zostanie niewymownym.
Ron zbladł, a Hermiona rozchyliła usta w szoku.
— Chcesz być niewymownym?! — szepnął szorstko Ron.
— To jedna z rzeczy, które rozważam. Ale potrzebowałbym owutemu z numerologii, więc po ukończeniu Hogwartu musiałbym zatrudnić prywatnego nauczyciela i podejść do testu w Ministerstwie na własną rękę.
— Dużo nad tym myślałeś, prawda? — powiedziała Hermiona z dumą w oczach. A on jej nie poprawił.
Prawda była taka, że w ogóle o tym nie myślał. To wszystko pochodziło z różnych źródeł, które dopiero teraz złożył w całość. Wcześniej nie przyszło mu do głowy, by spróbować uczęszczać na numerologię lub starożytne runy w Hogwarcie. I chociaż fascynowali go niewymowni, gdy czytał o nich w jednej z książek Toma Riddle'a, to do tej pory nie rozważał tego jako potencjalnej kariery. Teraz, kiedy na to wpadł, wydawało mu się to oczywiste i żałował, że nie pomyślał o tym wcześniej. Mógł sobie tylko wyobrazić, jakie rzeczy mógłby odkryć dla Mrocznego Lorda, gdyby tam pracował. Chociaż idealnie byłoby, gdyby Voldemort przejął kontrolę nad Ministerstwem zanim Harry będzie mógł podjąć tam pracę. W takiej sytuacji cały jego plan byłby zbędny.
— Tak myślę. — Wzruszył ramionami. — Myślę teraz nad większą ilością rzeczy niż kiedyś.
— Cóż, to dobrze! — Hermiona kiwnęła głową i uśmiechnęła się. Ron skrzywił się i przewrócił oczami.
— Chodź, kumplu. Musimy iść na wróżbiarstwo — burknął Ron, chwytając torbę i wstając.
Harry pokiwał głową i również wstał, biorąc swoje rzeczy. Pożegnali się z Hermioną i rozpoczęli długą drogę do wieży Trelawney.
Kiedy tam dotarli, okazało się, że krzesła zostały ułożone w okrąg wokół środka pokoju, gdzie znajdowało się duże, okrągłe palenisko. Trelawney stała nad nim, lewitując i układając kamienie w kształt piramidy, a potem układając wokół nich białe drewno.
Harry przewrócił oczami, nawet nie próbując zrozumieć, co wyprawiała tym razem. Zajął jedno z krzeseł, a obok niego usiadł Ron.
Kilka minut później większość klasy już dotarła, a Trelawney użyła incendio, by rozpalić ognisko. Kiedy już wszyscy byli obecni, rozpoczęła wykład o wróżeniu z dymu. Najwyraźniej przez pierwszą połowę lekcji mieli próbować zobaczyć… um, coś w dymie z ogniska. Potem poleje ogień wodą. Ta w kontakcie z gorącymi kamieniami wytworzy parę, a oni będą próbowali wyczytać coś z niej.
Harry coś ścisnęło w brzuchu i przyszło mu na myśl, czy Trelawney przypadkiem nie zrobiła czegoś takiego, zanim wygłosiła przepowiednię, która zniszczyła pierwszych trzynaście lat jego życia. I czy wtedy nie dodała do ognia jakichś ziół wątpliwego pochodzenia.
— Nie podążajcie wzrokiem za dymem, ale raczej pozwólcie mu utworzyć formy przed waszym duchowym spojrzeniem. W końcu zobaczycie obrazy wydarzeń z dalekiej przeszłości — powiedziała w pewnym momencie Trelawney. Harry westchnął ciężko, wpatrując się w falujący dym.
Zobaczył… Nic nie zobaczył. Wyobraził sobie, że widzi siebie duszącego Trelawney, ale poważnie wątpił w proroczość tej wizji. To było raczej coś, co bardzo, bardzo, bardzo chciał zrobić.
Kilkukrotnie próbował złapać z nauczycielką dłuższy kontakt wzrokowy, ale większość czasu gapiła się w przestrzeń, więc było to utrudnione. W pewnym momencie zaczęła pytać ich kolejno o to, co zobaczyli. Szybko coś wymyślił i kiedy w końcu doszła do niego, spojrzała mu prosto w oczy.
Wypluwając z siebie wymyślony nonsens, podzielił swoją uwagę i wślizgnął się do jej umysłu. Zaczął przegrzebywać niezorganizowane góry wspomnień, desperacko szukając czegokolwiek przydatnego w tak krótkim czasie. Próbował skupić się na słowach przepowiedni, które już znał, ale nic nie znajdywał. Absolutnie nic.
A potem został wyciągnięty z jej umysłu, gdy znów skupiła się na ognisku. Zaczęła mówić o tym, jak ogromne poczynił postępy. Najwyraźniej jego wewnętrzne oko rozwinęło się pięknie od kiedy stał się lepszym kłamcą i aktorem.
Siedział i kisił się we własnej irytacji. Wiedział, że nie będzie łatwo tego znaleźć, ale wciąż miał nadzieję, że po prostu się uda.
Sfrustrowany oparł się z powrotem o krzesło, czekając na kolejną okazję lub koniec lekcji i możliwość wyjścia z zadymionego, dusznego pokoju wieży.
Skleroza i chroniczny brak czasu to tylko niektóre z moich problemów. W każdym razie o tym rozdziale, chociaż był przetłumaczony już dawno temu, przypomniałam sobie dopiero po otrzymaniu komentarza tydzień temu. A potem przypomniałam betom. Jak widać wyrobiłyśmy się z Olą na dzisiaj i... i prawie znowu zapomniałam, ale przyszło mi powiadomienie o kudosie (na ao3). Ufff.
Jak widzicie - komentarze naprawdę wpływają na tempo publikowania rozdziałów, haha :)
Przepraszam Was bardzo. Równocześnie informuję, że rozdział 17 będzie gdzieś pod koniec listopada. Może się nawet okazać, że na początku grudnia. (Ale może też być na początku listopada. Kto wie, na pewno nie ja. Wszystko zależy od tego, jak bardzo skomplikuje mi się jeszcze życie.
Życzcie mi powodzenia, skarby, karmcie kudosami na ao3 i przypominajcie mi co jakiś czas komentarzem na temat fika ;)
+ Jeżeli chodzi o sequel, to raczej się za niego nie zabiorę. Autorka oryginału go porzuciła, dlatego wolę przetłumaczyć tylko Zejście w Mrok i zamknąć historię w odpowiednim momencie.
