„Tak, właśnie tak, profesorze."

Przez te wszystkie lata Severus mógł się szczycić tym, iż nie był nazbyt troskliwy. Oczywiście zdarzało się, że prawił monologi miejące na celu odstraszyć uczniów od robienia głupot, ale to nie troska przemawiała przez niego, lecz praktyczność. Po co miał nocami ciągle się natykać na dzieciaki i w kółko odsyłać je do dormitorium. Oczywiście pierwszoklasiści z jego domu musieli zostać kilkakrotnie przyłapani na nieposłuszeństwie i obdarowani szlabanem, aby zrozumieli swoje błędy. Po jakiś czasie przyswajali umiejętność wymigiwania się od kar, jak i otrzymywania ich łagodniejszych, jak ich starsi koledzy. Jednak monolog zawsze działał na młodszych uczniów i przynajmniej dopóki nie dowiedzieli się o pewnych słabościach nauczycieli oraz tajnych przejściach, byli posłuszni.

Może właśnie dlatego Snape wcale nie był zdziwiony, kiedy usłyszał od Minewry o tym, że Potter na pierwszej lekcji latania popisał się znakomitymi umiejętnościami i powinien to wykorzystać. W końcu ten dzieciak musiał być wyjątkiem, który potwierdzi regułę. Jednak do rodzaju innych spraw należał fakt, iż chłopak nie usłuchał się profesor Hooch i wzbił się w niebo wraz z bachorem Weasleyów, a następnie założyli się, który z nich da radę złapać przypominajkę Longbottom, notabene ten ostatni sam zaproponował, żeby jej użyć. W tym przypadku to nie był wyjątek od reguły, ale jawne pogwałcenie zasad. Mógł się jednak spodziewać, że Minewra i Albus tak bardzo zachwycą się umiejętnościami latania na miotle Pottera, iż o tym zapomną. W rezultacie to on musiał dać mu za to szlaban, a chłopak łaził przez cały dzień jak jakiś zbity pies. Prawdopodobnie złemu humorowi chłopaka, przysłużyła się informacja o zakazie gry w Qudditcha do trzeciej klasy, przez jego jawną ignorancję i wygłup. Oczywiście dyrekcja znowu musiała interweniować i jeszcze tego samego wieczoru został przekupiony, aby pozwolić nastolatkowi na latanie i uczestnictwo w treningach drużyny. Nie zamierzał się kłócić, wiedział, co jest ile warte, niewątpliwie pozwolenie miało mniejsza wartość niż kilka rzadkich składników do eliksirów, i jak wyjść z twarzą w takiej sytuacji, zawsze może powiedzieć, iż to Albus mu kazał się zgodzić i udać niezadowolenie.

Jakkolwiek gdyby Severus chciałby twierdzić, że mu to nie na rękę, skłamałby. Doskonale wiedział, iż w jego drużynie nie ma obecnie ścigającego, bo poprzedni postanowił skupić się na swoim ostatnim roku na nauce, a Potter niewątpliwie odziedziczył umiejętności po swoim ojcu i jest idealną osobą na to miejsce. Zresztą przekonał się do tego już po pierwszym treningu, kiedy zapytał się Flinta o dzieciaka, kapitan drużyny był zachwycony. To przeważyło szalę i teraz nie wiedział, czy się potajemnie cieszyć z tego, jak to wszystko się potoczyło, czy kląć na Minevrę i Albusa, że zignorowali jego decyzję.

Westchnął i przeniósł wzrok na Wielką Sale. Wystarczyło tylko zerknąć, aby wiedzieć, że dzisiaj było Halloween. Ilość nietoperzy w pomieszczeniu była przytłaczająca, nie mówią już o tym, iż większość z nich latało między uczniami i raz na jakiś czas starało się skraść jakieś jedzenie ze złotych półmisków. Zastawa, która była używana tylko podczas uroczystości, połyskiwała i jakby zachęcała do skonsumowania wszystkiego, co na niej leżało. Jakby tych ozdób było mało, w powietrzu zamiast świec, unosiły się dynie, które szczerzyły się do wszystkich szyderczo, a księżyc w pełni wyglądał tak, jakby ktoś się z nim umówił, że dziś będzie tak jasno świecił. Westchnął ponownie, nienawidził słoności Albusa i innych profesorów do przesadnego ozdabiania szkoły na wszelakie okazje.

– Severusie, może pieczonego ziemniaczka? – zapytał Flitwick, który usiadł po jego lewej stronie, tak jakby znowu wziął sobie za punkt honoru wywołanie na jego twarzy innej rekcji, niż zniesmaczenia czy rozdrażnienia.

– Nie, dziękuję – odpowiedział po chwili, widząc, że kpiące spojrzenie nie wystarczyło i wykładowca zaklęć, nadal trzyma półmisek i wygląda tak, jakby miał mu zaraz zwalić całą kopę ziemniaków na talerz.

Ponownie uniósł wzrok i przeniósł go na stół Slytherinu. Szukając ciemnowłosej i blondwłosej głowy, z każdą chwilą odczuwał coraz większą złość, że Pottera i Dracona nie ma. Od pierwszego dnia codziennie się szwendali po całym zamku i zawsze spóźniali na posiłki. Na szczęście mieli na tyle rozsądku w głowach, aby na lekcje przychodzić o czasie. Jak jednak na to nie patrzeć, znajomość dwóch chłopców wypłynęła dobrze na Wybrańca, bo początkowa niepewność powoli zamieniała w pewność siebie i ciekawość. Było to nadzwyczaj niepokojące, ponieważ to te cechy charakteru, mogły na niego i Malfoya sprowadzić nieszczęścia, No chyba, że ukierunkują je we właściwy sposób, o co sam zamierzał zadbać.

Nagle do Wielkiej Sali wpadł Quirrell. Biegiem dotarł do stołu prezydialnego i dopadł krzesła Albusa. Na jego twarzy malowało się przerażenie, a zwykle dokładnie zawiązany turban, był nieco przekrzywiony. W pomieszczeniu zapadła grobowa cisza, Severus napiął mięśnie, nie wiedząc czego się spodziewać, a profesor wysapał:

– Troll… w lochach… uznałem, że powinien pan wiedzieć.

Momentalnie ciszę zastąpił zamęt i hałas, przez zgiełk przebijały się krzyki pierwszoklasistów. Profesor Dumbledore rzucił na siebie zaklęcie Sonorus i starał się przekrzyczeć przez tłum, a kiedy to nic nie dało, wystrzelił kilka purpurowych rakiet ze swojej różdżki, aby uciszyć salę. Dopiero wtedy wszyscy zwrócili głowy w jego stronę i nieco się opanowali.

– Prefekci! – zagrzmiał. – Natychmiast zaprowadzić swoje domy do dormitorium!

Severus zauważył momentalną reakcję starszych uczniów i mimowolnie pogratulował im w myślach. Już miał dołączyć do grupy profesorów, która miała szukać Trolla, kiedy spostrzegł jak Quirrell przemyka ku bocznemu wyjściu z Wielkiej Sali. Zmarszczył lekko brwi, a następnie popędził za nim. Zachowanie wykładowcy obrony przed czarna magią nie pierwszy raz wydawało mu się podejrzane i tylko czekał, aż tamtemu podwinie się noga. Zawsze chciał uczyć tamtego przedmiotu, a nie eliksirów, jednak Albus twierdził, że ciężej jest znaleźć odpowiedniego profesora na jego stanowisko.

Skręcając w kolejny korytarz zmrużył lekko oczy, gdy zdał sobie sprawę, że kierują się w stronę trzeciego piętra. Zaklął szpetnie pod nosem. Doskonale wiedział, co jest celem Quirrella. Wielokrotnie ostrzegał Albusa przed profesorem obrony, było w nim coś takiego, iż nie mógł mu zaufać. Teraz tylko utwierdził się w przekonaniu, kiedy zauważył jak znika on za drzwiami na końcu korytarza. Obejrzał się za siebie, czy nikogo nie ma, i podążył za nim.

Mężczyzna z harfą w ręce, stał tuż za drzwiami i spoglądał na kalpę w podłodze, która mieściła się tuż koło wielkiej łapy trójgłowego psa. Ten leżał, śpiąc sobie jakby nigdy nic. Jego trzy pyski spoczywały na kończynach i z pyska ciekła mu obrzydliwa, cuchnąca ślina. Kiedy tylko klapa dźwięki harfy ucichły, bo Severus złapał profesora za rękę, oczy bestii się otworzyły. Zauważenie dwojga ludzi zajęło jej kilka sekund, przez które mężczyźni zdążyli podbiec do drzwi i znaleźć się prawie na zewnątrz. W ostatniej chwili pies zębami zahaczył o nogę Snape'a, który wypchnął przed sobą drugiego profesora.

– Szlag – jęknął przez zaciśnięte zęby, ściskając mocniej palce na ramieniu Quirrella, gdy poczuł, że ten chce się wyrwać. – Ty nigdzie nie idziesz – niemalże wysyczał przez zęby, wyjmując różdżkę najpierw rzucił zaklęcie tamujące krew na nogę, a następnie zasłonił ją peleryną. Dopiero wtedy wyszeptał – Wskaż mi – szepnął, myśląc o Albusie. – Idziemy – warknął na profesora obrony.

– S–S–Severusie o c–co chodzi? Ja t–t–tylko stara–ałem się z–zabezp–pieczyć k–k–klapę – wyjąkał Quirrell, patrząc przerażonym wzrokiem na Severusa, Ten nie przejął się w ogóle wyrazem twarzy wykładowcy, wiedział, że nie należy ufać mężczyźnie i tego się trzymał. Niezależnie od tego, jaki wyraz twarzy przyjmie jego kolega po fachu, był on tylko parszywym oszustem, czego chciał dowieść.

– Zostaw swoje kłamstwa dla dyrektora – powiedział przez zaciśnięte zęby, starając się ignorować ból nogi.

Droga między korytarzami trwała o wiele dłużej, niż chciał Snape. Dopiero w połowie przypomniał sobie o jednej rzeczy. A może raczej o dwóch osobach. Przeklął pod nosem szpetnie, dziwiąc tym Quirrella. Chwilę później ponownie wyszeptał zaklęcie, tym razem z myślą o Malfoyu i Potterze. Obiecał sobie, że gdy tylko ich znajdzie, to przetrzepie im skórę, z nadzieją, iż może wtedy zaprzestaną swoich wycieczek po korytarzach. Jednak te zapewnienia nie zmieniły jednej rzeczy. Niepokoił się o te dwa nieznośne bachory. Nie miał pojęcia, czy im się coś nie stało. Oczywiście podejrzewał, że prefekci już zgłosili ich brak do innych profesorów, ale to nie zmieniało faktu, iż może być już za późno. Jak on wytłumaczy się z tego Lucjuszowi? Albo te wyrzuty sumienia, związane z przysięgą daną Lily.

– Ueee… smarki trolla. – Usłyszał naglę i poczuł jak złość w nim kiełkuję.

– On jest obrzydliwy, Harry, chodźmy stąd zanim ktoś nas zna… – Draco zamarł w półsłowa, gdy zauważył Severusa i profesora Quirrella.

– Stójcie tutaj i się nie ruszajcie – rozkazał wściekłym tonem, a dwóch chłopców się wzdrygnęło i przełknęło ślinę, na ich twarzach zagościł strach. Drugi mężczyzna również zatrząsł się i spojrzał z przerażeniem na Mistrza Eliksirów.

Snape tym czasie zajrzał do łazienki, z której wychodzili chłopcy i na chwilę sam zamarł. Dorosły troll górski nie był łatwy do powalenia, większość osób tego nie próbowała, bo po prostu uciekała, gdy tylko poczuła jego odór. Tymczasem przed nim leżał przedstawiciel tego gatunku, całkowicie nieprzytomny. Jego maczuga znajdowała się kilka metrów dalej pod skorupami, które pozostały z umywalek. Tuż pod twarzą stwora była potężna kałuża jego gili. Severus sam się mimowolnie skrzywił, a następnie wrócił na korytarz i spojrzał na dwóch chłopców. Z daleka słyszał kroki reszty personelu.

– Który z was mi wyjaśni, co tu miało miejsce? – zapytał pozornie spokojnym głosem, jednak tak beznamiętnym, że obaj chłopcy się ponownie wzdrygnęli. Następnie zaczęli spoglądać na siebie, jakby z nadzieją, iż to ten drugi zacznie mówić. Snape'owi nie ciężko było odgadnąć, o czym myślą jedenastolatkowie. – No słucham.

– No bo… – zaczął niepewnie Potter, spoglądając na kolegę. Severus zgromił bachora spojrzeniem i po raz kolejny stwierdził, że wolał, kiedy chłopak nie był taki pewny siebie. – No bo… – powtórzył jeszcze bardziej drżącym głosem.

– Tak? – burknął Mistrz Eliksirów, zwracając swoja uwagę na mówiącego dzieciaka. W między czasie dotarła do nich grupa poszukiwawcza, która na widok trolla i chłopców wydali zdziwione okrzyki, po czym ze zmartwieniem zaczęli się przyglądać dwójce Ślizgonów, jednocześnie zaczęli cicho rozmawiać, nadstawiając uszu na to, jaką burę zbierają chłopcy.

– Właśnie szliśmy do Wielkiej Sali… na kolację, kiedy natknęliśmy się na to coś, profesorze – powiedział w końcu Malfoy, który chwilę wcześniej wyglądał na wyjątkowego skupionego i jakby korzystającego z tego, że Harry przyjął na siebie gniew opiekuna ich domu, sformułował w głowie odpowiednią odpowiedź.

– Tak, właśnie tak, profesorze – potwierdził Potter, a Severus ponownie posłał mu wściekłe spojrzenie, tak samo jak w stronę Draco. Obaj chłopcy nagle ponownie wyglądali tak, jakby żałowali, że się w ogóle odezwali.

– Czy wy zdajecie sobie sprawę na to, na co się naraziliście! Przecież musieliście czuć trolla z daleka, dlaczego nie zachowaliście się jak normalne bachory i nie zwialiście! Co powiedziałbym twojemu ojcu, panie Malfoy, jeśli coś stałoby się tobie. Nie wspominając już o pańskiej matce. A ty, panie Potter. Myślisz, że bezkarnie możesz sobie łamać szkolny regulamin i nikt nie będzie zwracał na to uwagi? Szlaban! W każdą sobotę o siedemnastej do odwołania. – Początkowa złość szybko opuściła Severusa, gdy mówił. Nie zamierzał teraz prowadzić z nimi dokładnej rozmowy na temat tego, ale chłopcy doskonale wiedzieli, że to ich nie minie. Spoglądali teraz z przerażeniem na opiekuna domem i jakby nieco błagalnie.

– Ale… – zaczął Potter, ale wystarczyło tylko, aby zerknął na Snape'a, a zamilkł.

– Nie ma żadnego „ale", panie Potter. W czasie uczy powinniście być na niej, a nie szlajać się po zamku. Już i tak kilkakrotnie uszło wam to na sucho. Myślicie, że o tym nie wiem? Biorąc to pod uwagę, można mieć wrażenie, iż specjalnie odłączyliście się od grupy, aby znaleźć trolla. Już nie wspominam o tym, że na waszą niekorzyść przemawia fakt, iż łazienka dziewczyn nie jest po drodze do Lochów – warknął Snape, a obaj chłopcy lekko poczerwienieli na twarzach. – Później wyjaśnicie, co tu robiliście. Póki co oczekuję od was na sobotę stu pięćdziesięciu linijek „Nie będę samopas chodził po korytarzach Hogwartu." – oświadczył, a chłopcy jęknęli. Dracon rzucił jedno ostrzegawcze spojrzenie koledze. – Tak, panie Potter, niech pan lepiej posłucha, pana Malfoya, bo tylko możecie pogorszyć swoją sytuację – stwierdził nieco ciszej i jakby bardziej złowieszczo.

– Severusie, może nie powinieneś ich tak karać. W końcu nie każdy jedenastolatek poradziłby sobie z dorosłym trollem górskim – powiedział na obronę chłopców Dumbledore, a Snape rzucił mu złe spojrzenie.

– Pozwolisz, dyrektorze, że w tym przypadku sam ocenie sytuację. Chyba nie chcemy, aby taka sytuacja się powtórzyła – stwierdził z niechęcią, nie spuszczając wzroku z dwójki podopiecznych.

– S–s–skoro już z–z–znaleźliśmy t–trolla, to m–m–może przen–niesiemy go z p–p–p–powrotem do l–l–lochów – wyjąkał Quirrell, odwracając uwagę od sprawy dzieciaków. Następnie wraz z McGonagall, Flitwickiem oraz Hooch ustawił się wokół ciała stwora i rzucili zaklęcie lewitujące. Powoli wyszli z nim z pomieszczenia, a reszta profesorów pożegnała się i również się oddaliła, doszło do tego, że pozostał tylko Dumbledore, Snape i dwóch chłopców.

– Nie bądź zbyt surowy dla nich, Severusie. To tylko dzieci – poprosił Albus, spoglądając na dwóch chłopców. Obaj wyglądali na skruszonych, jednak według Mistrza Eliksirów udawali. Niemalże czuł ich złość za to, że zostali ukarani.

– Oczywiście, dyrektorze. A teraz przepraszam, musze ich odprowadzić do dormitorium – odpowiedział spokojnym i opanowanym tonem.

Ruszył przed siebie, nie oglądając się na podopiecznych. Ci ledwo nadążając ruszyli za nim, żegnając się szybko z dyrektorem. Do wejścia do Pokoju Wspólnego Slytherinu doszli w ciszy. Ta dwójka zawsze się tak zachowywała, po tym jak dostała szlaban. Niektórzy mogliby to odebrać tak jak Albus, jako skruchę, ale nic bardziej mylnego. W ten sposób pokazywali oni swoje niezadowolenie z otrzymanej nagany, sposób był nadzwyczaj praktyczny, skoro nie musieli szczególnie udawać.

Przez te wszystkie lata Severus mógł się szczycić tym, iż nie był nazbyt troskliwy. Zwykle po prostu najpierw ostrzegał o karach za przewinienie, aby odpowiednio nastraszyć delikwentów, którzy chcieli coś przewinąć. Jednak sprawa z tą dwójką miała się całkiem inaczej. Obaj byli w pewien sposób uprzywilejowani w jego oczach. Za Draco ruszyłby murem jego ojciec, który nie dość, że jest członkiem rady szkoły, to należy do bardzo małego grona przyjaciół Snape'a. Tymczasem Potter miał po swojej stronie Albusa, McGonagall i połowę Świata Magii, nie wspominając o przysiędze jaką złożył jego matce. Nigdy nie zamierzał przez to wyróżniać, ani jednego, ani drugiego chłopaka, ale wiedział, iż prędzej, czy później się to na nim odbije. Właśnie dlatego postanowił być jak najbardziej sprawiedliwym w stosunku do nich i nigdy nie darować im kar, na które zasłużyli. Oczywiście mogli liczyć na jego wstawiennictwo u innych profesorów w sytuacjach kryzysowych i skrajnie niesłusznych potraktowaniach ich ze względu na to, że byli Ślizgonami, ale już teraz wiedział, iż to będzie nie potrzebne.

– Co tam robiliście? – zapytał, patrząc na dwójkę podopiecznych. Ci spojrzeli na niego z udawaną niewinnością,

– Nic, profesorze – odpowiedział Potter, a Malfoy potaknął. Potarł nasadę nosa i powstrzymał się przed wrzaskiem na chłopców.

– Nie jestem jakimś Gryfonem, nie zapominajcie o tym. Nie okłamujcie mnie, bo możecie na tym tylko stracić – powiedział w końcu.

– Słyszeliśmy, że jest tam tajemne przejście i poszliśmy go szukać. Kiedy wracaliśmy z łazienki zauważyliśmy profesora Quirrella, a potem pana – rzekł Malfoy i tym razem to Potter potaknął.

– Więc postanowiliście nas śledzić, Draco? – zapytał, a chłopak spojrzał na niego z obrazą.

– Nie nazwałbym tego śledzeniem, raczej po prostu byliśmy ciekawi, gdzie pan idzie. No i zwróciliśmy, kiedy skręcił pan w zakazany korytarz na trzecim piętrze. Chcieliśmy pójść do Wielkiej Sali, ale po drodze natrafiliśmy na trolla. To cała historia, profesorze – powiedział tym razem Potter, ale to potaknięcie drugiego chłopca go zirytowało. To nienaturalne tak się ze sobą zgadzać!

– To nadal nie tłumaczy, dlaczego nie uciekliście?

– Tam ktoś był. W łazience, ale nie wiemy kto. Zwiał zanim zrozumieliśmy, że troll został powalony, profesorze – odpowiedział Draco.

– To była jakaś dziewczyna. I to nie tak, że chcieliśmy ją ratować. Po prostu bylibyśmy trochę winni, gdybyśmy ją tam zostawili, ponieważ zamknęliśmy łazienkę na klucz, gdy wszedł tam troll – dodał Harry, spoglądając w podłogę. – Nie zdążylibyśmy zawołać nikogo starszego do pomocy, więc chcieliśmy sami coś z tym zrobić. Mieliśmy plan, kiedy zbliżyliśmy się do trolla. – Ostatnie zdanie powiedział chłopak, jakby dla obrony siebie i kolegi. Spojrzał na nich i lekko powstrzymał westchnięcie rozpaczy. Musiał się skupić na zachowaniu swojej maski bez uczuć, inaczej straci kontrolę nad sytuacją, gdy chłopcy zauważą, że udało im się coś zdziałać.

– Plan? Jakiś to plan mogli wymyśleć jedenastolatkowie po miesiącu szkoły? Oświećcie mnie – warknął sarkastycznie. Przez chwilę myślał, że dzieciak tylko żartował, ale zmienił momentalnie zdanie, gdy zobaczył jak usta Draco się otwierają.

– Jak czytałem jedną książkę, to tam było trochę o trollach. One są mało wrażliwe na magię, więc wykluczyliśmy zaklęcia bezpośrednio rzucane na przeciwnika. Tym bardziej, że zbyt wiele ich nie znaliśmy. Musieliśmy wymyśleć jak wykonać jakiś atak fizyczny, który zwali go z nóg i da nam czas na ucieczkę. Na początku chcieliśmy rozwalić sufit, ale w ten sposób moglibyśmy zrobić krzywdę tamtej dziewczynie. Dopiero potem przypomniało nam się zaklęcie lewitacji, uczyliśmy się go dzisiaj na zaklęciach! Musieliśmy znaleźć tylko odpowiedni przedmiot, który będziemy w stanie unieść zaklęciem i jednocześnie mocno uderzyć trolla. Padło na jego maczugę, co prawda musieliśmy oboje rzucić zaklęcie, ale się opłaciło. Widział, pan, nie tylko go powaliliśmy, ale również stracił przytomność – emocjonował się Draco. Harry patrzył na niego nieco nie pewnie, tak jakby nie był przekonany, czy mówienie wszystkiego opiekunowi domu, jest dobrym pomysłem. Zmienił jednak zdanie, gdy w końcu powstrzymywanie westchnienie, wyrwało się z ust Severusa i ten pokiwał głową z niedowierzaniem.

– To nie wystarczy, aby twój ojciec się nie wściekł – stwierdził nieco zmęczonym głosem, patrząc na Malfoya, któremu zrzedła nieco mina. W jakiś sposób mógł być dumny z chłopców, w końcu rzeczywiście wykazali się odwagą i sprytem, ale nadal groziło im niebezpieczeństwo. Nie wspominając o tym, iż nikt nie mówił potwierdzić, tego co mówili. Doskonale wiedział, że z Draco był pierwszorzędny łgarz. Pytanie tylko jak dobrze potrafił kłamać Potter. Jednak póki co wersja chłopców rzeczywiście miała prawo bytu i nie była zbytnio naciągana. – Nadal mogło wam się coś stać. Nie myślcie sobie, że ominie was kara i linijki do napisania – powiedział w końcu, ale w oczach jedenastolatków błysnęło samozadowolenie. Doskonale wiedział, iż zrobił błąd. Chłopcy nadal uważali się za niewinnych i kiedyś mogli powtórzyć tego typu wygłup. Snape obiecał sobie jednak, że na szlabanie im wszystko wyjaśni, nie mogąc się już zbytnio skupić na nastolatkach, bo coraz bardziej dokuczała mu noga. Był już u kresu swoich sił i nie potrafił już dłużej udawać, iż nic mu się nie stało, a nie chciał, aby bachory cokolwiek zauważyły. – Marsz do Pokoju Wspólnego i jeśli kto pytałby się, gdzie byliście, to macie odpowiedzieć, że ze mną. Zrozumiano? – rozkazał znowu beznamiętnym głosem. Chłopcy szybko potaknęli i chwilę później zniknęli za ścianą, życząc mu miłego wieczoru.

Severus potarł palcem nasadę nosa i ruszył w stronę własnych komnat, musiał się zająć swoją nogę. Doskonale wiedział, że ugryzienie trójgłowego pas jest wyjątkowo paskudną sprawą. Tym bardziej, iż jego ślina przenosiła pewną ilość trucizny, która uniemożliwiała zasklepienie rany za pomocą zaklęcia. Jedynie kilka eliksirów działo na tego typu obrażenia, ale żaden z nich nie miał natychmiastowego skutku. Związku z czym i tak czekało go rekonwalescencja, która w ogóle mu nie pasowała.

Otwierając szafkę z eliksirami, szukał zrobionej przez siebie maści. Znalazł jej resztkę w puszce i zaklął szpetnie. Wziął ją nieco zrezygnowany i usiadł na krześle. Podwinął szatę i rozdarł nogawkę spodni pod spodem. Jego oczą ukazała się paskudna podłużna rana. Miała prawie osiem cali, na samym dole cal nad kostką było najgorzej, bo kieł wbił się najgłębiej. To tam krew zaczęła płynąć najszybciej, gdy poruszył delikatny zakrzep, smarując skórę maścią. Doskonale wiedział, że bez tego rana goiłaby się znacznie dłużej, a na to nie mógł sobie pozwolić. Czym wcześniej przestanie go ona boleć, tym mniej osób zauważy, iż ją ma.

Usiadł nieco swobodniej, dopiero gdy rana zasklepiła się ponownie i obwiązał łydkę bandażem. Przez chwilę się nie ruszał, a następnie z jękiem, lekko kuśtykając, zaczął zdejmować z siebie szatę. Odrzuciwszy ją na oparcie kanapy, podszedł do barku i nalał sobie nieco Ognistej. Doskonale wiedział, że alkohol spowalnia leczenie się ran, ale wolał to od picia teraz paskudnego eliksiru przeciwbólowego. Siadając na sofie, spoglądał w ogień. Ze szklanką w jednej ręce, jego spojrzenie wydawało się nieco nieprzytomne.

Myślał nad zachowaniem Pottera i Malfoya. Czuł, że ich samozadowolenie z pokonania trolla, nie wróży nic dobrego i teraz będzie musiał podać tych dwoje szczególnej obserwacji. W każdym innym wypadku, prędzej czy później znowu wpakują się w kłopoty, tym bardziej, iż te wręcz kochają Harry'ego, a Draco nie może przecież ominąć bycia w centrum zdarzeń.

Westchnął. Nigdy nie podejrzewał, że ta dwójka tak się dobierze. Potomek Lucjusza jakby z dnia na dzień zaczął mniej marudzić, tym czasem syn Lily nabierał pewności siebie i typowej dla Ślizgonów ogłady. Tak, już jakiś czas temu przestał myśleć o Harrym jako dziecku Pottera, oczywiście chłopak miał sporo cech typowych dla jego ojca, ale równie wiele należało do jego matki. Niewątpliwie ciekawość świata i skłonność do przesiadywania w bibliotece, odziedziczył właśnie po rodzicielce. Pomijając już jego przyjaźń z Lily oraz to co do niej czuł, przecież złożył przysięgę, że będzie dbał o chłopca. W tym przypadku nawet fakt, iż nienawidził się z mężem ukochanej, nic nie zmieniał. Tymczasem Draco był jego chrześniakiem i synem przyjaciela. Jak w takim wypadku miał być w stosunku do nich sprawiedliwy?

Westchnął po raz kolejny. Na początku roku szkolnego przewidywał, że to będzie ciężki rok. Teraz już wiedział, iż nie mylił się ani trochę.