Dziękuję, za wasz pozytywny odzew. To wiele dla mnie znaczy, zwłaszcza, że to moje pierwsze opowiadanie. Mam nadzieję, że kolejny Chapter was nie zawiedzie. I ponownie inspiracją były utwory zespołu Placebo. A teraz miłej lektury ^ ^

Uwaga: Rozdział zbetowany przez moją kochaną - Asukę13

I

-Chłopcze pośpiesz się!- z kuchni dobiegał piskliwy głos ciotki Petunii. Szczupła kobieta o końskiej twarzy i nienaturalnie długiej szyi była wyraźnie podirytowana. Nie trzeba było nawet na nią patrzeć by to wiedzieć. W jej głosie było tyle jadu, że nawet dziecko bez wątpienia doszłoby do takich wniosków. Dla jeszcze piętnastoletniego Harrego nie było to żadną nowością. Zdążył przywyknąć do złego humoru swej ciotki, szczególnie wtedy, gdy był on kierowany w jego kierunku. Czym prędzej zszedł na dół i od razu została wciśnięta mu w dłonie lista zadań na dziś. Kolejny stały punkt dnia. Tutaj na Privet Drive 4 zawsze tak było. Co rano zielonooki chłopak zostawał zasypywany masą obowiązków, które przerosłyby nawet skrzata domowego. I jemu w przeciwieństwie do tych małych stworzeń, wykonywanie prac domowych nie dawało żadnej satysfakcji.

Bez słowa sprzeciwu zabrał się za pierwszy punkt listy. Choć nie dochodziła jeszcze godzina ósma, kuchnia zalśniła wręcz sterylną czystością, w każdym najmniejszym nawet zakamarku. Chyba nawet Malfoyowie, ze swoją bandą skrzatów, nie mogli mieć tak wysprzątanych pomieszczeń. Nie zmieniało to jednak faktu, że jego wujostwo zawsze znajdowało coś, do czego mogli się przyczepić. Jeżeli nie była to mikroskopijna plamka na kuble na śmieci, to obiektem ich niezadowolenia zostawała krzywko położona łyżeczka na stole. Przecież jak można w ogóle ośmielić się nie zachować idealnej symetrii przy ekspresowym tempie nakrywania do posiłku!

Dursleyowie weszli do kuchni dokładnie w chwili, gdy Harry odstawiał ostatnią porcję na okrągłym stole. Trzy talerze były wypełnione po brzegi bekonem i jajecznicą. Do tego cała sterta idealnie przypieczonych grzanek, herbata, kawa i sok pomarańczowy. Kwiaty w wazonie pachniały cudownie rozsiewając wszędzie powiew świeżości. Mimo to Harry czekał jak na ścięcie. Oczekiwał, że zaraz dostanie burę za coś absurdalnego. No i nie przeliczył się.

-Chłopczę, co to ma znaczyć?- baryton Dursleya przeciął powietrze niczym bicz. Chłopak mimowolnie skulił się w sobie zatrzymując wzrok na czubkach swoich rozpadających się butów. W napięciu czekał na nadchodzącą tyradę swojego opiekuna, nie wiedząc co tym razem zrobił źle.

-Pytam po raz ostatni ty durny bachorze, co to ma znaczyć!- warknął Vernon wyraźnie będąc na granicy swojej cierpliwości. Przy nim nawet Snape był oazą spokoju i miłosierdzia. Chyba nawet Neville nie potrafił tak szybko wyprowadzić z równowagi Mistrza Eliksirów, jak robił to Potter względem swojego wujka. Ale przecież tym razem nic nie zrobił! Wszystko było idealne, tak jak tego oczekiwali. Nawet udało mu się wykonać kilka malutkich czynności ponadprogramowych. Więc czemu? To prawda, ostatnio wuj był w fatalnym nastroju. W jego firmie nie układało się najlepiej, przechodzili jakiś kryzys i to na Dursley'u spoczywała odpowiedzialność poprawienia sytuacji. Jak łatwo się domyślić, nie radził sobie z presją, często wracał do domu pijany, a Harry był osobą, na której wyładowywał swoje napięcie.

-Przepraszam wujku, nie chciałem Cię zdenerwować. Zaraz się poprawię obiecuję- chłopak wyrzucił to z siebie szybko, w bezsilności zaciskając nieduże pięści.

-Taaak?- Veron specjalnie przeciągał samogłoskę patrząc z nienawiścią na „dziwoląga". –Bardzo dobrze, więc powiedz mi co takiego poprawisz. Co tym razem bachorze zrobiłeś źle?- na pulchnej twarzy mężczyzny pojawił się triumfalny uśmiech. Wiedział, że dzieciak nie ma pojęcia, gdzie leży jego wina i torturowanie go w ten sposób było niezmiernie zabawne.

Dudley przeskakiwał wzrokiem ze swojego ojca na kuzyna i z powrotem. To była jego ulubiona rozrywka od rana. Obserwowanie poniżania Harrego było wspaniałe i po prostu nie mógł sobie odpuścić tego punktu programu. Sam bardzo chętnie to robił, kiedy tylko jego rodzic nie był w nastroju na zwracanie uwagi na dziwoląga. Petunia zaś zdawała się nie zauważać zachowania męża jakby było to naturalną i najbardziej oczywistą rzeczą na świecie.

-Ja… Ja nie wiem wujku, przepraszam- wyjąkał nastolatek z narastającą paniką. W odpowiedzi usłyszał tylko zimny, nienawistny śmiech. W takich chwilach nienawidził Verona najbardziej na świecie. Nawet Voldemort byłby teraz lepszy niż to. Gdyby miał wybierać, wolałby spotkać się z całą armią Śmierciożerców, niż przebywać w kuchni ze swoim opiekunem. Żałosne.

-Tak myślałem ty głupi smarkaczu. Skoro nie dostrzegasz swoich błędów nie dostaniesz nic do jedzenia do jutra! I tak jestem łaskawy! Powinienem cię zamknąć w komórce i czekać, aż zaczniesz błagać o litość, ty nic nie warty śmieciu. Jesteś nikim Potter, nikim rozumiesz? Nikogo nie obchodzisz nawet tych swoich pseudo przyjaciół. I wiesz czemu? Bo jesteś dziwolągiem jakich mało, powinieneś już dawno zdechnąć jak pies i nawet nikt by nie zapłakał po tobie. A teraz znikaj mi z oczu pókim dobry i bierz się do roboty!- ryknął co sił w płucach. Jego twarz była czerwona ze złości, a ręce trzęsły mu się od powstrzymywanych emocji. Mimo to był z siebie dumny. Dziś przeszedł samego siebie w wyzywaniu chłopaka. I to za co? Za to, że Potter nie zniknął z kuchni w chwili, gdy oni przekroczyli jej próg. Tak błędem Pottera było samo to, że istniał i ośmielił się im pokazać na oczy.

-Nadal tu jesteś?- warknął Vernon ostatecznie otrząsając chłopaka z szoku. Ten, czym prędzej opuścił pomieszczenie wywołując tym samym uśmiech na twarzy swojego wujka.

To bolało. To tak cholernie bolało. Wiedział, ze Dursley mówił to specjalnie żeby tylko go zranić, ale mimo to powiedział dokładnie to samo o czym myślał Harry. Nieświadomie potwierdził jego przypuszczenia. Tak Potter uważał, że jest nikim. Nikim ważnym, ani wyjątkowym. Gdzie tylko się nie pojawiał niósł ze sobą kłopoty i nieszczęścia. Czemu to musiał być zawsze on? Co takiego zrobił w poprzednim życiu, że teraz musi cierpieć. Vernon miał racje, nikogo nie obchodził. Jego przyjaciele mieli ważniejsze sprawy niż choćby napisanie do niego krótkiej notatki. Dumbledore był zbyt zajęty by przejmować się swoim Złotym Chłopcem, Lupin mu pewnie jeszcze nie wybaczył śmierci Syriusza. Właśnie, Syriusz. Na samo wspomnienie swojego ojca chrzestnego, łzy napłynęły mu do oczu. To była jego wina, tylko wyłącznie jego wina. Gdy posłuchał dyrektora i przyłożył się do oklumencji nic by się nie stało. A tak uwierzył w fałszywą wizję i doprowadził do straty Łapy. Nienawidził się za to. Jak on mógł być taki głupi!

Takie myśli towarzyszyły mu cały dzień, kiedy to w palącym słońcu kosił trawnik, pielił grządki, malował szopę i płot oraz przycinał gałęzie pobliskiego drzewa. Był odwodniony, cały mokry od potu, skóra na karku była poparzona, a żołądek boleśnie krzyczał o choćby odrobinę pożywienia. Ile to już nie jadał? Dzień? Dwa? A może tydzień. Nie był pewny. Powoli zapominał jak to jest mieć pełny brzuch. Dursley'owie skutecznie utrudniali mu dostęp do wszelkich „przywilejów" takich jakby choćby kromka chleba. Ile tak jeszcze wytrzyma? Czy ktoś byłby zawiedzony, gdyby Chłopiec- Który- Przeżył umarłby z głodu u swoich opiekunów? Nie, pewnie nie.

Było już sporo po zachodzi słońca, gdy wreszcie skończył swoje obowiązku w ogrodzie. Był wykończony, brudny i przygnębiony. Miał dość wszystkiego fizycznie jak i psychicznie. Ale nie dane mu było jeszcze zaznać upragnionego wytchnienia. Jego praca się jeszcze nie skończyła. Szybko umył ręce i przygotował kolacje dla Dursleyów. Zapachy posiłku wcale mu nie pomagały zagłuszyć ssącego wołania żołądka. Po raz kolejny miał ochotę zasnąć i się nie obudzić. Czemu nie miał na tyle odwagi by samemu ze sobą skończyć? Naprawdę był żałosnym, nic nie wartym dzieciakiem.

oOo

W tym samym czasie, Czarny Pan siedział na swoim tronie w Sali Audiencyjnej Czarnego Dworu. To tu odbywały się wszelkie spotkania ze Śmierciożercami, to tu torturowano przeciwników Tego Którego Nie Wolno wymawiać. Tu też był dom Lorda. Nikt nie wiedział gdzie się on naprawdę znajduje. Na okolicę były nałożone silne zaklęcia antydeportacyjne i zwodzące. Poplecznicy czarnoksiężnika mogli się tu pojawić jedynie wtedy, gdy dostawali wezwanie. To wszystko gwarantowało bezpieczeństwo kryjówki najniebezpieczniejszego czarodzieja świata.

Ten właśnie obracał różdżkę w swoich smukłych palcach i z odrazą przyglądał się Śmierciożercy składającemu mu raport z kolejnej zawalonej misji. Doprawdy, czy tak trudno jest wybić niewielką wioskę z mugoli? Czy prosi o tak dużo? Wysłał tam naprawdę pokaźny odział, a Ci głupcy ośmielili się nie wykonać rozkazu.

Czerwone oczy Lorda zwęziły się niebezpiecznie, a twarz przybrała wyraz wściekłości. Zdecydowanie nie był dziś w dobrym humorze.

-Milcz! Jesteście bandą nieudaczników! Nie potraficie nawet pokonać Aurorów i wy ośmielacie się stawać teraz przede mną i błagać o litość! Czarny Pan nie wybacza. Crucio- krzyki śmierciożercy zdawały się wypełniać każdą możliwą, wolną przestrzeń Sali. Mężczyzna zwijał się na kamiennej podłodze, paznokciami ryjąc gładką posadzkę. Krew płynęła nieprzerywanie z jego nosa, zostawiając nieciekawe ślady u stóp Lorda. Ten tym bardziej się skrzywił i cofnął zaklęcie.

-Zabrać go stąd i lepiej żeby nie zawiódł mnie ponownie. Rozejść się!- wysyczał złowrogo. Nikomu nie trzeba były powtarzać tego dwa razy. Dwóch śmierciożerców stojących najbliżej torturowanego, zabrało go i po chwili sala była pusta. Lord opadł na tron i z cichym westchnieniem zdawał się rozkoszować echem niedawnego krzyku.

oOo

Na Privet Drive 4, czarnowłosy chłopak wyrwał się ze swojego koszmaru. Suche gardło i łzy na policzkach powiedziały mu, że znowu krzyczał i łkał przez sen. Czemu Tom musi zsyłać mu wizje co noc? Czy choć raz nie może dać mu spokoju? Nagle ogarnęła go jeszcze większa panika. Skoro krzyczał przez sen znaczy, że obudził wujostwo. Nie, nie, nie! Błagam tylko nie to! Powtarzał szybko w myślach, lecz wtedy drzwi do jego pokoju otworzyły się z trzaskiem. W progu stał nie kto inny jak Vernon ze skurzanym pasem w ręku.

-Mówiłem ci już niewdzięczny bachorze co się stanie, jeżeli jeszcze raz nas obudzisz!- pucołowata twarz zawisła nad łóżkiem Harry'ego.

Pierwsze uderzenie spadło niespodziewanie. Piskliwy krzyk wydarł się z gardła chłopca, gdy tylko poczuł palący ból płynący od jego ręki. Zaraz potem padło następne i kolejne smagnięcie pasa. Harry zwinął się w kłębek chowając głowę w ramionach. Ciosy co raz znajdowały swoje miejsce na wąskich plecach nastolatka, który już nawet nie krzyczał. Łkał tylko cicho w poduszkę modląc się o szybki koniec.

Tom, czy choć raz nie możesz się okazać człowiekiem i po prostu spełnić mojego życzenia? Wolę zginąć z Twojej ręki niż z wujka.

Kolejnego uderzenia już nie poczuł osuwając się w błogą ciemność…