Przed wami kolejny rozdział, mojego debiutanckiego opowiadania. Muszę przyznać, że powstawał on w bólach i kilku wersjach. Ciężko było mi ułożyć w jakiś sensowny sposób myśli, by wyszło coś co nadawałoby do pokazania opinii publicznej. No ale w końcu jest!
Chcę ten rozdział zadedykować Shizuo. Gdyby nie ty, pewnie poddałabym się już po drugiej nieowocnej probie. Dziękuję, za to, że dałeś mi po łbie i przedyskutowałeś ze mną pomysły. Tak wiec całość jest specjalnie dla Ciebie!
Beta: Asuka13
II
Księżyc już dawno wisiał wysoko na niebie, gdy Czarny Pan powrócił do swojego gabinetu. To spotkanie ze Śmierciożercami miało wyglądać zupełnie inaczej. Miał się dowiedzieć, że misja przebiegła bez najmniejszych problemów, że wioska została oczyszczona z tego robactwa zwanego mugolami, oraz że zniknęło kilku zdrajców krwi. Ale nie, oczywiście nic nie mogło pójść tak jak to sobie zaplanował. Jak zwykle Stary Głupiec i jego Zakon musieli pokrzyżować jego zamiary. Czy choć raz nie mogli sobie odpuścić i pójść zająć się czymś innym, niż poczynaniami Lorda Voldemorta? Czy pragnie tak wiele? No właśnie, jeden dzień wolny od ratowania świata i ciemna strona byłaby zadowolona. No i Aurorzy mieli by o kilkanaście istnień mniej do pilnowania.
No, a teraz po krótkiej rozkoszy płynącej z okazywania swego niezadowolenia, musiał wrócić do nudnego użerania się z dokumentami. Praca biurowa, jakkolwiek komicznie nie brzmi to w odniesieniu do Postrachu Czarodziejów. Dla większości ludzi mogłoby być nie lada zaskoczeniem, że ktoś tak jak on, może mieć stosy papierkowej roboty, którą musiał się zająć. Zwykle odkładał to na później, na czas, gdy będzie w lepszym nastroju, ale nie da się w wieczność unikać obowiązków. Zwłaszcza tych. Voldemort musiał się zająć swoimi planami przejęcia i prawdopodobnie zniszczenia Ministerstwa. Powinien przejrzeć raporty swoich sojuszników, a wszystko po to, by być gotowym na każdą ewentualność. Nikt nie mówił, że zdobycie władzy w Wielkiej Brytanii może być aż tak czasochłonne. Wcześniej zawsze mu się wydawało, że po prostu dzięki swojej mocy i kilku szeroko zakrojonym akcjom uda mu się pokonać jasną stronę w przeciągu maksymalnie paru miesięcy. Teraz jednak, po swoich licznych niepowodzeniach musiał przyznać, że dokładny, skrupulatny plan był podstawą. A jak każdy wie, takie działania wymagają ogromnych nakładów cierpliwości, których to Czarny Pan nie miał.
Siedział przy biurku, przerzucając pergaminy, gdy z pomiędzy licznej korespondencji wypadła nieduża, niepozorna koperta. Nie wyróżniała się niczym szczególnym, a mimo to przyciągnęła uwagę Największego Bydlaka Anglii. Powoli podniósł ją i chyba tylko dzięki wieloletniej praktyce w panowaniu nad własnymi emocjami, jego twarz nie wykrzywiła się w szczerym zaskoczeniu. Na odwrocie koperty, czarnym atramentem wypisane były dane nadawcy:
„Harry Potter
Privet Drive 4
Little Whinging
Surrey"
Czemu Złoty Chłopiec miałby pisać do niego list? I do tego podawać dokładne miejsce swojego pobytu? Nie to, żeby wcześniej było ono dla niego zagadką, miał przecież Severusa który siłą rzeczy musiał znać adres zamieszkania dzieciaka. Ba, od dawna był obserwowany przez ludzi swojego największego wroga. Więc po co do niego napisał? Jest aż tak pewny siebie czy po prostu głupi? Osobiście obstawiał tą drugą opcję. Nagle wszelkie inne dokumenty przestały mieć znaczenie. Musiał się przekonać, czego chce ten szczeniak. Co też było tak ważnego, by w ogóle próbować kontaktować się z Tym Którego Imienia Nie Wolno Wymawiać?
Otworzył list i jego szkarłatne oczy skupiły się na tekście. Blada twarz nie wyrażała niczego. Zimny wyraz obojętności z typową dla niego domieszką nienawiści do całego świata. Nawet najlepszy legilimenta bez wahania postawiłby cały stos galeonów na to, że Czarny Pan nie jest w żadnym stopniu zainteresowany treścią czytanego pergaminu. Nic bowiem nie wskazywało na to, by było inaczej. Ale przecież nie od dziś wiadomo, że Sami- Wiecie- Kto był jednym z największych oklumentów w dziejach. Oh, jak dobrze się ukrywał z rosnącą ciekawością i podnieceniem wynikającym z tego nieoczekiwanego listu.
Voldemort nie dowierzał w to, co miał przed oczami. Ten stary głupiec znowu próbował go przechytrzyć i to w jaki sposób! Zmanipulował aż tak dobrze chłopaka, że ten zamierza się poświęcić i pójść na pewną śmierć? Ba, nawet sam się o nią prosi! Bezczelny gówniarz! Nikomu nie może ujść na sucho tak śmiały przejaw głupoty czy, jak to inni nazywają, gryfońskiej odwagi. Tak, w tym liście widział tylko podstęp Trzmiela, Potter był zbyt dużym idiotą by wpaść na to wszystko, co było zawarte w tej treści, a wątpił by Dumbledore po raz pierwszy był szczery z chłopakiem. I to w aż tak ważnych sprawach. Ale nawet, jeżeli Jego- Największe- Utrapienie wykazało się, aż taką inteligencją i domyśliło się niektórych rzeczy to co takiego skłoniło go do tak sentymentalnej bzdury jaką był ten list? Bez przesady, zabicie tego kundla to jeszcze nie powód, by błagać o śmierć. Ludzie umierają codziennie, a Potter tylko histeryzuje po utracie jednej osoby. Żałosne.
-Glizdogonie- jego głos był tak lodowaty, że mógłby wywołać taki sam efekt jak pojawienie się Dementorów. Nie mówił głośno, jednak po chwili w jego gabinecie pojawiła się skulona postać tuląca do siebie srebrzysty cień imitujący dłoń.
-P..Panie?- wyjąkał padając do stóp czarnoksiężnika. Cały dygotał ze strachu pocąc się przy tym niemiłosiernie. U Lorda Voldemorta wzbudzał tylko obrzydzenie. Gdyby nie był przydatny już dawno poczęstowałby go Avadą. Co jak co, ale nienawidził słabości, a ten szczur nie był niczym innym jak tylko jej ucieleśnieniem.
-Przyprowadź tu Severusa i Lucjusza. Szybko- mały człowiek wzdrygnął się na dźwięk głosu swojego Pana. Bał się go, jednak zawsze czuł pociąg do ludzi obdarzonych mocą. Zachwycał się nią, pławiąc się w jej blasku. Nawet jeżeli była ona koloru śmiercionośnego zaklęcia.
Glizdogon pospiesznie opuścił gabinet, by wykonać rozkaz. Owszem, Czarny Pan mógł ich wezwać za pomocą mrocznego znaku, ale skoro i tak ta dwójka Śmierciożerców pozostała jeszcze w jego dworze to niech ta namiastka człowieka na coś się przyda i po nich pójdzie. Zresztą potrzebował chwilę czasu, by przemyśleć to co przeczytał. Choć jego twarz była nie wzruszona, przez jego umysł przelatywały miliony myśli. Co ten stary głupiec chce osiągnąć? A może to naprawdę pomysł Pottera, a jeżeli tak to czy to pułapka, czy dzieciak rzeczywiście chce się wystawić? No i najważniejsze, skąd ten bachor wie o horkruksach. To, że Drops się domyśli było tylko kwestią czasu, chociaż i tak zajęło mu to nad wyraz długo. Ale przecież i tak nie powiedziałby o tym Nadziei Czarodziejskiego Świata. Co do tego był absolutnie pewien. Z tego co mówił Snape, dyrektor trzymał chłopaka z dala od wszelkich istotnych informacji traktując go jedynie jak mięso armatnie, które im mniej wie, tym jest skuteczniejsze.
Ciche pukanie przerwało przemyślenia postrachu czarodziejów. Skinieniem dłoni otworzył drzwi i w pomieszczeniu stanęła dwójka jego gości.
-Severusie, Lucjuszu, wykonacie dla mnie pewną bardzo ważną misję i lepiej dla was, by się ona powiodła – przerażający uśmiech pojawił się na twarzy Czarnego Pana wywołując dreszcz obrzydzenia u dwójki śmierciożerców.
oOo
Ranek nastał zdecydowanie zbyt wcześnie. Rany, po nocnej wizycie Dursleya wciąż piekły niemiłosiernie przy najmniejszym ruchu. Z głębszych nacięć ciągle sączyła się krew przyklejając koszulę do pleców chłopca powodując ból przy każdej próbie poprawienia ubioru. Niestety nie był to pierwszy raz w przeciągu tych wakacji i teraz ledwo zaleczone obrażenia postanowiły przypomnieć o sobie. Fioletowe sińce pokrywały ciało Harry'ego podkreślając czerwone pręgi po pasku. Wolał nawet nie myśleć, jak teraz wyglądały jego plecy. Bał się spojrzeć na nie w lustrze. Czy blizny układały się już w jakiś misterny wzór? A może przypadkiem powstały tam nacięcia w kształcie run, z których Hermiona mogłaby wyczytać jego przyszłość. Nie zapomnij o tym, nigdy nie powie przyjaciołom o tym co się dzieje na Privet Drive. Nie uwierzą mu, przecież w ich mniemaniu Dumblodore nie pozwoliłby mu wracać do domu, gdzie codziennie jest niszczony fizycznie i psychicznie. Tak, był sam i znowu boleśnie o tym przekonywał. Ciekawe czy kiedyś ta myśl przestanie boleć?
Deszcz za oknem przyjął z niemal nabożną czcią. Fakt, ulewa nie znaczyła jeszcze, że Dursley'owie okażą miłosierdzie i pozwolą mu pracować w domu, ale bębniące krople dawały choć minimalny cień nadziei.
Pomimo piekącego bólu towarzyszącemu mu od pierwszej nocy spędzonej tego lata w hrabstwie Surrey, pospiesznie zszedł na dół by powtórzyć swoje rutynowe obowiązki. Tym razem Vernon, nie mógł go ukarać za to samo przewinienie co poprzedniego dnia. Gdy tylko wszedł do kuchni, posiłek był już nałożony, a po Potterze nie było śladu. Chociaż raz zachował się tak jak powinien.
Wujostwo gryfona miało dzisiaj przyjmować jakiś ważnych gości. Nie chcąc powtórki z czasów wakacji Pottera po pierwszym roku, wysłano go na poddasze, by zajął się sprzątaniem strychu. Dla pewności, zamknęli go na klucz, by nawet nie myślał o jakichkolwiek pomysłach z lewitującym tortem, czy nadmuchaniem którejś z przybyłych osób. Harry'emu było to na rękę. Mógł być sam w ciemnym pomieszczeniu, gdzie krople uderzające o dach tworzyły przyjemną dla ucha melodię. Chyba po raz pierwszy od dłuższego czasu poczuł się spokojny. To zabawne, czuł się lepiej będąc zamkniętym na dusznym poddaszu niż będąc na otwartej przestrzeni ogrodu wujostwa. Naprawdę oszalał.
Bez pośpiechu, nie chcąc narobić zbędnego hałasu i przy okazji by nie podrażnić pleców, zabrał się za ustawianie zgromadzonych tu gratów. Nie mógł się nadziwić, że mimo pedantycznej natury ciotki Petunii, ta była w stanie zgromadzić aż tyle niepotrzebnych rupieci. Stare, popsute zabawki Dudleya, niedziałające sprzęty, czy też rzeczy, które już nie były pierwszej świeżości zajmowały ¾ pomieszczenia. Naprawdę nie rozumiał, po co to trzymać. Przecież rozbitej konsoli, czy połamanego krzesła nie da się już naprawić. Zresztą Dursley'ów było stać na nowe rzeczy, nie musieli tego trzymać. Pochłonięty tego typu rozważaniami, powoli porządkował strych.
Z parteru dobiegały go ciche odgłosy przyjęcia. Nie, nie żałował, że go na nim nie ma. Nie przeszkadzało mu nawet to, że z powodu zamknięcia tutaj nie miał w ustach posiłku od rana. Ba nawet dłużej. Przyzwyczaił się już do tego. Nawet nie zauważał, jak w przeciągu tych dwóch tygodni wychudł, zdawał się nie widzieć coraz bardziej wystających kości, podkrążonych oczu i zszarzałej cery. To nie było ważne. Traktował to, jako zasłużona karę, za swoje grzechy. Jedno mógł jednak stwierdzić z całą pewnością. Po tym, co przeszedł w tym roku i czego się dowiedział (w sposób nie koniecznie legalny), zmienił się. Był świadomy tego, że z dawnego Harry'ego niewiele zostało. Wraz ze śmiercią Syriusza, umarła w nim jakaś ważna część. Nie był już tym samym chłopakiem co kiedyś. Dojrzał, spoważniał, zamknął się w sobie i zdawał się rozumieć konsekwencję swoich czynów. Gdyby wtedy pomyślał, wszystko byłoby inaczej. Niechciane obrazy napłynęły przed jego oczy i tylko dzięki zagryzionej wardze i szybkiemu wyciszeniu się, udało mu się nie rozpłakać. Merlinie, jak pragnął o tym zapomnieć! Albo chociaż nauczyć się odcinać się od własnych emocji do czasu, aż Tom z nim skończy.
Został mu do sprzątnięcia ostatni róg strychu. Było tu najwięcej kurzu i starych pudeł. Bez wątpienia nikt tu nie zaglądał od dawna. Pewnie to tu trafiały te wszystkie rzeczy, o których chciano zapomnieć, ale nie można ich było od tak wyrzucić. Na chwilę zatliła się w nim przemożna potrzeba, by odkryć co też tam takiego jest. Poczuł ten dobrze sobie znany dreszczy przygody, choć wiedział, że nic ciekawego tutaj nie znajdzie. Mimo to lubił węszyć i wreszcie przyjął to do wiadomości. Zresztą, kiedy znowu będzie mieć okazje zajrzeć do tych rzeczy? To może być tylko ten jeden raz w życiu. Nim jednak sięgnął do najbliższego pudła zdążył się opanować. Nie, zaraz, to nie jego sprawa. Wujostwo musiało mieć jakiś powód, by to tu zostawić i to znaczy, że Harry nie powinien tam zaglądać. To rzeczy dotyczące ich życia, nie jego. Papiery w środku nie uratują nikogo, ani nie pokażą niczego w nowym świetle. Nie dadzą mu informacji, których potrzebował. To zwykłe mugolskie dokumenty, nic poza tym. Bez słowa zabrał się za zmywanie kurzu i pajęczyn.
Po jakiejś godzinie, większość pudeł była już poukładana w równych stosach. Kosztowało go to wiele wysiłku, ale efekt był warty wszelkich trudów. Oczywiście, nikt tego nie doceni, ale to nie ważne. Może jednak uda mu się uniknąć dziś kary?
Kładł właśnie ostatni karton, na samym szczycie stosu, gdy kilka rzeczy zdarzyło się jednocześnie. Z dołu dobiegł go głośny wybuch śmiechu przerywając tym samym panującą ciszę, blizna zapiekła go niemiłosiernie, poślizgnął się na wilgotnej ścierce lądując tym samym z dużym łoskotem na podłodze zrzucając na siebie odkładane pudło. Jego zawartość rozsypała się wokół niego, gdy ten walczył o utrzymanie świadomości. Ból blizny był dotkliwy, jednak zniknął tak szybko jak się pojawił. Za to kostka dobitnie przypominała mu o swoim istnieniu.
Świetnie, pewnie ją skręciłem, a już na pewno porządnie zwichnąłem jęknął w myślach podnosząc się do pozycji siedzącej. Kolejne, tym razem głośniejsze jęknięcie wydobyło się z jego gardła, gdy zobaczył bałagan. Cudownie, a już liczył na to, że odpocznie. Widać los ponownie postanowił splatać mu figla. Świetnie, po prostu zajebiście.
Zbierał porozrzucane dokumenty. Nie przejmował się ich treścią, nie spodziewając się niczego specjalne. Do czasu. Właśnie podnosił dość grubą książkę, wyglądającą na pamiętnik, kiedy wypadł z niej pożółkły kawałek pergaminu.
Pergamin? Zaraz, co w mugolskich dokumentach robił pergamin?
Tym razem ciekawość była silniejsza. Przeczytał nagłówek, a jego twarz przybrała śnieżnobiały kolor.
-Nie, to nie możliwe…- wyszeptał szeroko otwierając oczy. O bólu kostki zapomniał od razu.
oOo
Severus Snape, postrach Hogwartu, znienawidzony nauczyciel, nietoperz czy jak kto woli tłustowłosy dupek, szybkim krokiem kierował się w kierunku swojego laboratorium w twierdzy Czarnego Pana. To co usłyszał chwilę temu zdecydowanie mu się nie podobało. Musiał, po prostu musiał skontaktować się z Dumbledorem i to szybko. Tylko jak? Fiuu tutaj nie działa, nie mógł się też aportować. Miał wyraźny nakaz pozostania w zamku. Sowa też odpadała. Co robić? Co on miał do cholery zrobić? Jednego był pewien, od jego decyzji będą zależeć dalsze losy tej wojny. I jakkolwiek by nie postanowił, będzie musiał się liczyć z końcem kariery szpiega. Albo zabije go Czarny Pan, albo straci zaufanie Dumbledora. Przeklęty Potter! Zawsze musi sprawiać kłopoty!
Wszedł do pomieszczenia i od razu nalał sobie podwójną porcje Ognistej Whisky. Wypił wszystko jednym haustem, by chwile później roztrzaskać kryształową szklankę o jedną ze ścian laboratorium.
W tym samym czasie, Lucjusz Malfoy szedł do swoich kwater z pewnym siebie uśmieszkiem wymalowanym na twarzy. Oj tak, teraz się wykaże, nie zawiedzie Mistrza, a jego rodzina wróci do łask Lorda Voldemorta. Już nie mógł się doczekać, by móc ruszyć spełnić rozkazy.
