Ten rozdział dedykuje w całości mojej kochanej becie - Asuka13 jesteś wspaniała, nie wiem co bym bez ciebie zrobiła. Dziękuję Ci strasznie za to, że chce ci się męczyć z moim tragicznym pisaniem, z tymi wszystkimi literówkami i niezrozumiałymi myślami. Kocham Cię za to ;*
Uwagi:
Poprzednie rozdziały są również w czasie betowania. Dziękuję wszystkim tym, którzy pomimo tamtych głupot postanowili trwać dalej, przy moim opowiadaniu. Postanowiłam się też zapytać was o jedną rzecz. Taka mała ankieta. Z kim Harry powinien rozpocząć "związek"? Z Voldemortem, Draco, Snapem, a może macie własne propozycje?
III
Krew głośno dudniła mu w uszach, jego ręce stały się nieprzyjemnie lepkie, a serce próbowało wyrwać się z jego piersi.
To niemożliwe, nie… Po prostu nie możliwe. To zdecydowanie jakaś pomyłka!
Tak, to musiała być pomyłka. No bo niby czemu w nagłówku widniałoby inne nazwisko niż Evans? Jego mama była Evansówną, nikt nigdy nie poddawał tego w wątpliwość. Więc czemu, do jasnej cholery, czemu tu jest inaczej?
Im dłużej wpatrywał się w pożółkły pergamin, tym jego treść stawała się coraz bardziej realna. Dlaczego? Dlaczego na Merlina nikt mu o tym nie powiedział? Jak ktoś śmiał zataić taką informację? Fakt, na dłuższą metę to wiele nie zmieniało, ale… Nie zaraz, to zmieniało wszystko! Czemu to zawsze przytrafia się jemu? Czemu? Chyba ktoś musiał go przekląć, gdy tylko został poczęty, bo pech towarzysz mu od dnia narodzin. Nic, co się z nim wiązało nie mogło być normalne. Po prostu świetnie.
Drżącą dłonią potarł skronie próbując się uspokoić. Byłoby źle, gdyby teraz jego magia wymknęła się z pod kontroli. Problemy z ministerstwem zdecydowanie nie były na szczycie jego listy priorytetów, zwłaszcza teraz. Wziął głębszy oddech i powrócił do mniejszego pergaminu dołączonego do dokumentu. Był to list do jego matki.
„Lily,
Tak jak prosiłaś, zrobiłem dla Ciebie kopię naszego drzewa genealogicznego. Niestety, wykonane jest pode mnie, więc swoje dzieci, jak i ich ojca musisz nałożyć samodzielnie. Sama rozumiesz, dlaczego. Nie będą bezpośrednio dotyczyły mnie, więc tę kwestię zostawiam Tobie. Wystarczy, że umieścisz trochę swojej krwi na pergaminie, a wtedy pojawią się na nim odpowiednie rozgałęzienia.
Jesteśmy z mamą dumni, że zdecydowałaś się postępować zgodnie z naszymi planami. Co prawda nieco zmodyfikowanymi, ale i tak dzięki podjętym przez Ciebie krokom staniesz się bardzo istotną figurą w tej wojnie. Ten pergamin tylko dowiedzie Twojej lojalności. Najwyższy czas, by nie tylko ten starzec znał naszą tajemnicę.
Co do Petunii, cóż. Wyrzekła się nas zupełnie. Wyprowadziła się do innego miasteczka i tam prowadzi życie mugola. Owszem, znasz sytuację ale sama chyba musisz stwierdzić, że jej reakcje są mocno przesadzone. Przecież to dla niej, zaczęliśmy udawać kogoś, kim nie jesteśmy. Może kiedyś zrozumie.
Mam nadzieję, że wszystko idzie zgodnie z planem i już niedługo dowiemy się, że stałaś się jedną z nas. Czekamy na to z niecierpliwością. Bądź tylko ostrożna. Pamiętaj, że nikt nie może się dowiedzieć prawdy. To by postawiło cały nasz plan w bardzo niekorzystnym położeniu.
Jest jeszcze sprawa Pottera. Wiesz, że jako „mugolka" nie możesz wprost zawrzeć kontraktu. Musisz zacząć naszą subtelną grę, by sam zechciał za Ciebie wyjść. Połączenie naszych rodów, byłoby idealnym rozwiązaniem nie sądzisz?
Serpens Breinford
Ps. Będziemy z mamą pod eliksirem w czasie twojej najbliższej wizyty w Hogsmende. Wtedy omówimy resztę. Ah i Twoja matka kazała Ci przekazać, że jest zachwycona twoimi rezultatami z zaklęć i eliksirów. W końcu jesteśmy znani z naszych zdolności w tych dziedzinach. Jesteśmy z Ciebie dumni Lily. "
Nie przestawał w kółko czytać tych samych akapitów, dopóki nie był przekonany, że dosyć głęboko zapadły w jego pamięć. Zabawne, gdyby wiedza z książek wchodziła mu do głowy tak łatwo jak to, pewnie prześcignąłby na testach nawet Hermionę. Ale dobrze, przeanalizujmy to na spokojnie, bez zbędnych uniesień. Nie ma sensu jeszcze panikować. Z listu jasno wynika, że tak naprawdę Lily Evans, jest Breinford. Nazwisko, pod którym ją znano jest wytworem wyobraźni jego dziadków. Dalej. Jeżeli dobrze zrozumiał, jego matka jak i cała rodzina – poza Petunią - posiada magiczny rdzeń, są czarodziejami. Może nawet czystej krwi. W sumie to prawdopodobne. Będzie musiał znaleźć coś na ich temat. W bibliotece Hogwartu na pewno będzie sporo wiadomości o rodach czarodziejów. Że też wcześniej po to nie sięgnął!
Potrząsnął głową, nie miał teraz czasu na wytykanie sobie błędów. Chłodne przeanalizowanie listu było teraz najważniejsze. Kolejna rzecz, jaka z niego wynikała, to to, że Dumbledore wiedział o prawdziwej tożsamości Lily Evans. Ukrywał to przed wszystkimi i chyba to się nie bardzo podobało jego dziadkom. Zabawne, jeszcze przed chwilą był niczego nie świadomym sierotą, a teraz trzyma korespondencję swojej matki wraz z drzewem genealogicznym zrobionym przez Serpensa Breinforda, swojego dziadka. Los jednak lubi płatać mu figle.
Tylko o co chodziło z tym planem? Co też jego rodzina wymyśliła? W co się wpakowała Lily, by musiało to być utrzymywane w tajemnicy przed wszystkimi. Tylko ich trójka mogła znać szczegóły. Czy dlatego musieli się ukrywać pod eliksirem wielosokowym, by przez przypadek, ktoś nie domyślił się prawdy lub by nie zaczął czegoś podejrzewać? Coś mu musiało umykać. Był tego bardzo pewien.
To, że Petunia się ich wyrzekła nie zaskoczyło go tak, jak mógłby się tego spodziewać. W końcu nienawidzi magii, nie chce mieć z nią nic wspólnego. Nic więc dziwnego, że wolała się odciąć od nich. Tylko skąd u niej ta niechęć, choć "niechęć" to raczej eufemizm. Jaka była tego przyczyna? Niespodziewanie, przed oczami stanął mu obraz Filcha. Ale czy to możliwe? Nie, chociaż nie widział, żadnego innego, sensownego rozwiązania.
Sprawa Pottera, wydała mu się jasna. Jego ojciec był przecież z rodziny o korzeniach głęboko zakopanych w historii czarodziejskiego świata. Musiał więc, a przynajmniej powinien wyjść za kobietę z podobnego rodu. Lily udawała mugolkę. Nic więc dziwnego, że musiała się postarać, jeżeli chciała lub też kazano jej, by coś z tego wyszło. Eh, ponownie musiał zmienić zdanie na temat swoich rodziców. Z każdym rokiem, wyidealizowany obraz tych ludzi zachodził coraz bardziej ciemnymi chmurami.
Westchnął cicho, czując jak jego skronie pulsują tępym bólem. Za dużo informacji, a pewnie na tym się nie skończy. Szok powoli ustępował miejsca niedowierzeniu. Miał problemy z przyjęciem do świadomości nowo nabytej wiedzy, lecz nie miał żadnych podstaw by nie wierzyć w to co właśnie przeczytał. Była tylko jedna osoba, która mogła potwierdzić lub obalić jego wnioski. Teraz jednak siedziała na dole i póki to idiotyczne przyjęcie się nie skończy, nie będzie mógł przyszpilić jej do muru i wyciągnąć z niej słów prawdy.
Sięgnął po dokument, postanawiając zapoznać się z jego treścią. Wolał być przygotowany na każdą ewentualność, by wiedzieć, jak rozegrać zbliżającą się konfrontację. No proszę, zamienił się w prawdziwego stratega. Że też musiało to nastąpić dopiero po tym, jak stracił całą chęć do życia i poprosił swego największego wroga o śmierć. Nie, nie zmienił zdania. Nadal miał wszystkiego dość i marzył o Avadzie prosto w serce. Pragnienie rodzinnego ciepła i normalnego życia porzucił w chwili, gdy Syriusz wpadł za zasłonę. Wraz z nim umarło to, co było jeszcze zdolne do kochania i cieszenia się chwilą.
Na pożółkłym pergaminie znajdowało się wspaniałe, pięknie wyrysowane drzewo genealogiczne. Nie było wątpliwości, że ten, kto je stworzył, poświęcił mu wiele czasu. Z drugiej strony, mogła to być też zasługa jedynie magii. Gruby czarny konar ciągnął się po całym pergaminie, by móc rozwidlić się na wiele odnóg. Już na pierwszy rzut oka, było widać, że zawiera jakieś dziesięć pokoleń wstecz. Koronę „Drzewa" zdobiła wstęga z nazwiskiem rodowym oraz herbem. Harry przyglądał mu się przez dłuższą chwilę. Na ciemnej tarczy widniał kociołek, wokół którego oplatał się wąż. Kłęby dymu unoszące się znad naczynia układały się w zdobny wzór wieńczący całość. Od razu było widać, z czego słynęli Breinfordowie. Czemu nie odziedziczył tych genów! Oczywiście o ile założymy, że to nie żart.
Na samym dole odnalazł swoją matkę. Z niewielkiego portretu, rudowłosa kobieta pomachała do niego. Uśmiechała się delikatnie, jakby cieszyła się z ich spotkania. Czy to w ogóle możliwe, że osoby na fotografiach czy malowidłach widziały tych, którzy je oglądali? Nie, nie było takiej możliwości. Może wyczuwają, że ktoś je obserwuje? Bardziej prawdopodobne.
Od Lily odbiegała cieniutka linia, łącząca ją z jej siostrą. Petunia Breinford, obecnie Dursley, marszczyła nos z niezadowoleniem. Było widać, że nie podobało jej się to, że musiała tkwić, w tym portrecie, zamiast zajmować się czymś innym.
Drobny napis pod kobietą przyciągnął jego uwagę. Musiał mocno wytężyć wzrok, by go odczytać, lecz gdy tylko mu się to udało, wszystko stało się jasne.
Ha! Miałem racje. Charłak. Moja ciotka jest charłakiem!
Przynajmniej teraz dowiedział się, czemu Petunia tak bardzo nienawidziła wszystkiego, co magiczne. Urodziła się bez mocy w rodzinie, która od wieków posiada magiczny rdzeń. Przemawiała przez nią zwykła zazdrość i zamiast to zaakceptować, wolała odciąć się od tego. Cóż, pewnie na jej miejscu zrobiłby to samo. Bycie odmieńcem jest straszne. Chyba nawet zaczął jej żałować, szybko jednak zmienił zdanie, gdy przypomniały mu się te wszystkie lata na Privet Drive, kiedy to wszystkie swoje rozżalenia wyładowywała na nim. Uznał, że nie może tego jednak tak łatwo wybaczyć.
Wrócił do przeglądania dokumentu. Szybko przesunął wzrok, na kolejne osoby. Jego dziadkowie. Serpens Breinford. Z portretu opatrzonego jego nazwiskiem, spoglądał stogi mężczyzna. Już po pierwszym spojrzeniu Harry wiedział, że nigdy nie chciałby podpaść temu człowiekowi. Było widać, że dyscyplina i surowe wychowanie, było dla niego podstawą. Obok niego uśmiechała się miło wyglądająca, rudowłosa kobieta o pulchnej twarzy. Cordelia Breinford z domu Romanov. Była Rosjanką? Na to wychodziło. Nigdy nie sądził, że ma wschodnie korzenie.
W pewnym momencie zaczął się histerycznie śmiać. Jeszcze dziś rano nie wiedział nic o sobie, o swojej rodzinie, a teraz? Właśnie siedzi na strychu z drzewem genealogicznym i listem, które powiedziały mu więcej niż ktokolwiek inny w jego życiu! Co z tego, że jego „odzyskana" rodzina pewnie już nie żyje i on jest ostatnim z ich linii. To nie ważne. Grunt, że odkrył coś o sobie, rozwiał choć trochę aury tajemniczości, która otaczała go od urodzenia. Cudownie!
Ten chwilowy wybuch radości, nawet jeżeli „obłąkańczej" szybko przerodził się w rozpacz. Przez chwilę cieszył się z tego, że miał rodzinę i to jaką, ale teraz dotarło do niego, że oto stracił jeszcze więcej osób. Co z tego, że nigdy ich nie poznał? Nie będzie mieć nawet okazji by ich spotkać. Ta strata boleśnie uderzyła w niego powodując tylko łzy napływające do oczu.
Potter, jesteś żałosny, płaczesz po rodzinie, o której istnieniu jeszcze godzinę temu nie miałeś pojęcia. Aż tak bardzo zależy ci na cieple i domu rodzinnym, że czepiasz się myślami wszystkiego, co mogłoby dać ci złudzenie normalności?
Cichy głos w jego głowie, wyraźnie dobrze się bawił drwiąc z burzy uczuć kłębiących się w nim. Tak, chłopak, był rozkoszny w takich chwilach, taki bezbronny, dziecinny, słodki.
Harry zagryzł wargi cicho łkając. Nie, musi się uspokoić. Nie może sobie pozwolić na utratę tej szczątkowej kontroli nad sobą. Wiedział, co się stanie, jeżeli się nie opanuje. Nie chciał, by ten, kto ciągle szepce w jego głowie przejął nad nim kontrolę. Wiedział, że to się stanie, jeśli tylko za bardzo da się ponieść emocjom. Znał doskonale barwę tego głosu i bez wahania mógł stwierdzić, do kogo on należy. Po walce w ministerstwie i podsłuchaniu dyrektora, „mieszkaniec jego myśli" stał się zdecydowanie zbyt pewny siebie i ciągle mu o sobie przypominał. Świadomość, że jego „gospodarz" wreszcie dowiedział się o nim spowodowała, że postanowił powtrącać się trochę w nie swoje sprawy i w najmniej odpowiednich momentach wrzucać swoje trzy Knuty. Potter powinien być mu wdzięczny za tak szczodrą „pomoc" i dzielenie się swoją mądrością życiową. Chciał mu udowodnić, że nie ma sensu z tym walczyć. Im szybciej zaakceptuje swojego „towarzysza" tym lepiej dla niego. I tak już stanowili jedność, czy to się gryfonowi podoba czy nie.
oOo
Przyjęcie skończyło się kila godzin później. Harry w tym czasie zdążył przyswoić sobie znaczną część swojego „dziedzictwa". Odkrył na przykład, że jest spokrewniony z Malfoyami przez rodzinę swojej babki, cztery pokolenia wstecz. Było to dość odległe więzy krwi, ale jednak. W sumie nie mógł się doczekać, aż oznajmi to temu nadętemu Ślizgonowi. A nie zaraz, przecież brunet pewnie nie dożyje ich spotkania. Eh, los znowu gra mu na nosie i tyle.
Wreszcie, gdy goście opuścili dom wujostwa, chłopak został wypuszczony ze swojego więzienia na strychu. Szybko przemknął do starego pokoju Dudleya, gdzie teraz znajdowała się jego sypialnia. Miał plan, dość ryzykowny, ale jeżeli wszystko dobrze pójdzie, to już nigdy nie będzie musiał tutaj wracać. Ciekawe, co zrobi Drops, gdy już odkryje prawdę. Może wtedy zrozumie, że pozostawienie go przy Privet Drive 4 bez nadzoru było ogromnym błędem.
Pospiesznie zaczął się pakować. Wolał być przygotowany na wszystko. Kto by pomyślał, że włamanie się do komórki pod schodami kilka dni temu i zabranie z niej wszystkich swoich rzeczy okaże się, aż tak przydatne. Gdyby nie to, musiałby zostawić tutaj wszystko, a tego nie chciał, nawet w obliczu bardzo krótkiej egzystencji, jeżeli plan potoczy się tak, jak zakładał.
Otworzył kufer i niedbale wrzucał to, co nawinęło mu się pod rękę. Piętnaście minut później, po tym jak ogołocił pokój ze wszystkiego, z zaciętą miną zszedł na dół. W ręku trzymał znaleziony pergamin. Książka, w której się on wcześniej znajdował, leżała teraz bezpiecznie w kufrze. Jeszcze do niej nie zajrzał w całości skupiając się na dokumencie i planowaniu swojej, hmm, zemsty. Tak to było dobre określenie. Zemsta, za to, że był oszukiwany przez całe życie, za to, że wszystkiego musiał się dowiadywać na własną rękę i to tylko wtedy, gdy prawda sama ugryzła go w nos. To irytujące nieprawdaż?
Dursleyowie siedzieli w salonie, rozmawiając jeszcze o swoich wrażeniach z przyjęcia. Nawet nie zauważyli Harry'ego dopóki ten nie odezwał się tuż za nimi.
-Ciociu, chyba najwyższy czas, byśmy sobie wyjaśnili kilka rzeczy nie sądzisz? Na przykład pewną przykrą dla ciebie prawdę, do której nie chciałaś się przyznać. Jesteś Charłakiem prawda?- nie pytał, oznajmił. Nie było sensu bawić się w jakieś subtelne podchody. Za dobrze znał tę rodzinę, by wiedzieć, że to się nie uda.
Tak jak się spodziewał, w pierwszej chwili na twarzy kobiety malowała się mieszanka szoku i przerażenia. Najlepszy dowód, że miał rację. Skoro zgadzała się ta kwestia, reszta również nie powinna okazać się kłamstwem. No proszę, tym razem nie było tu nikogo, kto by go powstrzymał, przed rozwianiem chmur okrywających tajemnicę jego przeszłości.
Petunia dość szybko otrząsnęła się z nowych informacji, niedowierzanie zamieniło się w dziką furię. Ten dzieciak grzebał w sprawach, które go nie powinny obchodzić. A ona nie zamierzała tego tolerować, nie teraz gdy tajemnica mogła zostać tak łatwo odkryta.
-Jak śmiesz mnie tak nazywać głupi bękarcie!
-Po co te nerwy cioteczko. Przecież nie powiedziałem niczego, czego byśmy oboje nie wiedzieli prawda? A może zapomniałaś się przyznać swojemu mężowi o swoim pochodzeniu. Nie, nie mówię tutaj o Evansach, oni nigdy nie istnieli, prawda? Wymyśliliście ich, nie mam racji? Tylko po co? Czemu udawaliście, że nie jesteś Breinfordami? - w głosie Pottera nie było choćby cienia złości. Był opanowany, spokojny, choć od razu można było wyczuć negatywną aurę kłębiącą się wokół niego. Chciał poznać szczegóły i nic go przed tym nie powstrzyma, nawet jeżeli będzie musiał użyć metod Czarnego Pana. Na samą myśl o torturowaniu skrzywił się nieznacznie, lecz zaraz przywołał się do porządku, nie miał czasu na rozmyślania. Przynajmniej o tym.
-Nie musimy ci się tłumaczyć! To nie twoja sprawa, a teraz zjeżdżaj ty durny bachorze, albo inaczej pogadamy!- Vernon otrząsnął się z szoku i z purpurową twarzą wstał z kanapy.
Harry był jednak niewzruszony. Wyciągnął różdżkę i wymierzył ją w wujostwo.
-Nie zmuszaj mnie, żebym jej użył. Nie obchodzi mnie, że wyrzucą mnie ze szkoły. Chce poznać prawdę! – stanowczość i groźna nuta przystopowała mężczyznę. Coś mu mówiło, że chłopak nie żartuje.
-Dudley na górę!- zapiszczała ciotka. Nie chciała, by jej ukochany synek, był przy tej rozmowie. Obawiała się również, że Potter może go wykorzystać, jako swoją kartę przetargową. Petunia zbyt dobrze znała takich ludzi jak on. Chłopak w tym momencie, był tak podobny do tamtego mężczyzny. Owszem spotkała go tylko raz, ale to wystarczyło, by zapragnęła już nigdy więcej się na niego nie natknąć.
Dudleyowi nie trzeba było tego powtarzać dwa razy. Nie przyznałby się do tego przed nikim, ale ten Potter go przerażał. To nie był już ten sam kuzyn, co w zeszłym roku. Nie wiedział, co się w nim zmieniło, ale zdecydowanie wolał się o tym nigdy nie przekonać. Nim ktokolwiek się zorientował, pulchny chłopak już wbiegał po schodach znikając z „pola bitwy".
-Więc?- ponaglił zielonooki czarodziej coraz bardziej zniecierpliwiony.
-Skąd niby przyszło ci do głowy, że jestem tym „czymś", że niby nie jestem z domu Evans?- zapytała hardo zadzierając głowę. Chciała sobie kupić czas, by móc wymyślić jak sensownie wyjście z tej nieprzyjemnej sytuacji. No i gdzie te dziwolągi, gdy ich potrzebowała?
Gryfon tylko pokazał jej dokument, co natychmiast uciszyło ciotkę. Przecież Potter nie powinien tego znaleźć, wszystko było tak dobrze ukryte! To miało być tajemnicą.
Zaklęła pod nosem, co zdecydowanie nie pasowało do wizerunku idealnej pani domu. Spojrzała na siostrzeńca z rosnącą nienawiścią, oj tak, nie uniknie tego, nie wykręci się prostym kłamstwem, było już za późno. Ten bachor i tak wiedział za dużo. No ale skoro już jest zmuszona wyjawić mu wszystko, zrobi to tak, by zabolało go jak najbardziej!
-A więc, jak zwykle musiałeś wtrącać się w to co nie powinno cię obchodzić. Tak, jestem Charłakiem. Jesteś jednym z tych dziwolągów, więc wiesz jaki to skandal, gdy w rodzinie Czystej Krwi rodzi się taki ktoś jak ja? Na dodatek, ta szmata, moja siostra musiała okazać się niezwykle utalentowana magicznie. Musiała ukraść rdzeń przeznaczony dla mnie! Nienawidziłam jej i nawet nie wiesz jak bardzo się cieszę, że zginęła…
-Przestań! Nie waż się tak mówić o mojej matce! – głos chłopaka przepełniony był furią. Nie pozwoli obrażać Lily, zwłaszcza w taki sposób. Zacisnął mocniej palce na różdżce niebezpiecznie mrużąc oczy. Na ten widok, twarz Vernona wyraźnie pobladła i nieświadomie cofnął się o krok. Petunia jednak nie zamierzała przestawać.
-Doprawdy Potter, gdybyś ją znał zgodziłbyś się ze mną. Wszystko zawsze było dla niej, była oczkiem w głowie rodziców. A ona robiła, co mogła, bym czuła się nikim. Myślisz, że dlaczego udawaliśmy mugoli? Bo „Panna Idealna" uznała, że tak będzie lepiej, żebym nie czuła się wykluczona przez społeczeństwo czarodziejów. To absurd! Przez swój durny pomysł odebrała mi jedyną rzecz, która była dla mnie cenna! Zniszczyła dobre imię Breinfordów! Jednego z najstarszych rodów magicznych. Nasza rodzina musiała się przez nią ukrywać, bo ta chciała zabawić się w dobrą siostrę! Tylko ja wiedziałam, kim była naprawdę. Nigdy jej tego nie wybaczę- kobieta wypluwała każde słowo jakby dotkliwie kaleczyło jej język.
Chłopak miał dość, nie przyszedł tu po to, by wysłuchiwać żali tej żałosnej wywłoki, która ośmielała się nazywać siebie jego ciotką. Cichy głos w jego głowie, szeptał mu co chwile do ucha nowe pomysły, co mógłby im zrobić. Jak mógłby się zemścić. Był zachwycony przedstawieniem, jakie brunet mu uszykował.
-Jesteś żałosna Petunio Dursley. Za swoją słabość obwiniasz innych, zamiast przyznać się, że to w tobie tkwi problem. Sama zdradziłaś nasz ród wyrzekając się go, po tym, co dla ciebie zrobili twoi rodzice. Chcieli zapewnić Ci kochający dom, tam gdzie nie czułabyś się inna. A ty to zniweczyłaś. Nie wiem co chciałaś tym osiągnąć, ale wiedz, że ci tego nie wybaczę. Przez ciebie musieli udawać mugoli, musieli zdradzić własną krew. Zasługujesz na śmierć w najgorszych męczarniach- wysyczał lodowatym tonem. Kobieta zamarła. Już kiedyś słyszała ten głos i zdecydowanie nie należał on do Pottera. To był JEGO głos! Przełknęła ślinę i cofnęła się kilka kroków. Za sobą poczuła chłodną powierzchnię ściany. Nie było ucieczki. Była przerażona. Chłopak zaś wydawał się bawić wyśmienicie.
-Czas odpłacić za swoje grzechy Petunio Dursley. Już nigdy nie skrzywdzisz ani nie zdradzisz mojego gospodarza. Tak samo jak ty.- zielone oczy na chwilę zwróciły się ku oszołomionemu mężczyźnie przybierając szkarłatną barwę. Przed nimi zdecydowanie nie stał już ich siostrzeniec.
W pokoju rozległ się zimny śmiech, chłopak podniósł różdżkę celując ją w dwójkę, którą do niedawna nazywał rodziną.
Niech zacznie się przedstawienie…
