Witajcie, oto kolejny rozdział. Przepraszam za taki drobny poślizg czasowy, ale dopadła mnie kompletna niemoc twórcza. Na szczęście udało mi się zebrać w sobie i to dokończyć. Tu podziękowania dla mojej kochanej Asuki za to, że zagoniła mnie do roboty. No i oczywiście jak zwykle dziękuję za betę. Mam nadzieje, że w końcu napiszę coś, z czym nie będziesz się musiała za bardzo męczyć z poprawkami xP

W każdym razie przyjemnej lektury!


IV

Zbliżał się zmrok, a słońce chyląc się ku zachodowi rysowało głębokie cienie ponad linią drzew Zakazanego Lasu. Albus Dumbledore, obecny dyrektor Szkoły Magii i Czarodziejstwa Hogwart, siedział samotnie w swoim gabinecie. I właśnie ta samotność zwiastowała coś złego, czuł to w swoich starych kościach. Severus Snape, jego wieloletni przyjaciel, powinien był wrócić ładnych kilka godzin temu. Owszem, już wcześniej zdarzały mu się dłuższe nieobecności po wezwaniach od Czarnego Pana, ale tym razem, coś wyjątkowo było nie tak. Stary czarodziej domyślał się, że cokolwiek go zatrzymało, nie było niczym pożądanym. Sam nie wiedział co to konkretnie mogło być, ale jego intuicja wręcz krzyczała, by miał się na baczności. Miał przeczucie, że dzisiejsza noc może zadecydować o dalszych losach świata czarodziejów. I jeżeli ma rację, to do jutra wszystko stanie się jasne. Każdy będzie wiedział jak dalej potoczy się ta wojna. Tylko co lub kto mógłby mieć aż taki wpływ na obecną sytuację? No tak, odpowiedź była oczywista. Harry Potter, Wybraniec, jego tajna broń. Tyle, że istniał mały szczególik, którego nie można pomijać. W tej chwili nie mogło chodzić o chłopaka. Jego „ulubieniec" był bezpieczny w domu przy Privet Drive. Nie było możliwości, by akurat teraz wciągnięto go w wir wydarzeń. Za dobrze był chroniony czarami swej matki, by coś mu zagrażało. Owszem, może i nie było to dla niego najlepsze miejsce, biorąc pod uwagę jego wujostwo, jednak, na dłuższą metę, ich niechęć mogła się okazać bardzo przydatna. Wbrew pozorom siwobrody mężczyzna wcale nie darzył Złotego Chłopca tak wielką sympatiom, jak wszyscy myśleli. Był dla niego tylko pionkiem, kartą od której wszystko zależało, bronią idealna, męczennikiem jasnej strony. Dumbledore miał nad nim całkowitą kontrolę, póki ten ufał mu bezgranicznie. Biedny chłopak miał myśleć, że może polegać tylko na swoim mentorze i aby to osiągnąć, dyrektor posunął się stanowczo za daleko. Uznał, że żeby było to możliwe, Harry musi być co wakacje łamany przez własną rodzinę. Powrót do Hogwartu uznawałby za wybawienie, a komu zawdzięczał możliwość wyrwania się z tego piekła? No właśnie, Albusowi. Głupi chłopak, marionetka idealna. Co prawda, wydarzenia z ministerstwa utrudniły wiele spraw, a śmierć Syriusza nadszarpnęła zaufanie bachora, ale w ostatecznym rozrachunku wszystko wyjdzie na plus. Teraz dyrektor tym bardziej będzie mógł sterować gryfonem i utwierdzać go w przekonaniu, że może polegać tylko na nim. Czego chcieć więcej?

Lekko poczerniała dłoń, nerwowo szarpała siwą brodę. Jego myśli na powrót wróciły do Severusa. Co się stało? Może, Voldemort odkrył, kim jest jego „wierny" sługa? To byłaby olbrzymia strata dla jasnej strony. W końcu Snape, był najlepszym szpiegiem jakiego mógł sobie wymarzyć. Był blisko Toma, a mimo to nie musiał brać udziału w tych wszystkich atakach. Wystarczyło, że uwarzył kilka eliksirów by zdobyć zaufanie. Dumbledore, do tej pory, poza Severusem miał tylko jeszcze jednego tak idealnego szpiega. Niestety ona została zdemaskowana zbyt szybko. A szkoda, gdyby żyła, wszystko mogłoby wyglądać inaczej, a wojna skończyłaby się piętnaście lat temu. No nic, musi się zadowolić tylko jednym skoczkiem. Oby to wystarczyło.

Jego wzrok wciąż utkwiony był w błoniach ciągnących się przed lasem. Mimo to, Severus ciągle nie chciał się pojawić, by jak zwykle dumnie wkroczyć na tereny zamku.

oOo

Niech zacznie się przedstawienie…

Mroczny śmiech rozniósł się po pomieszczeniu, gdy z różdżki chłopaka wystrzelił snop czerwonych iskier. Chwilę później, Petunia upadła na ziemię, zwijając się i krzycząc z bólu. To nie był pierwszy raz, gdy mogła poczuć na sobie skutki Cruciatusa. I tym razem miała wrażenie, że wszystkie kości w jej ciele rozpadały się na tysiące kawałków, a skóra paliła żywym ogniem. Jedyne o czym mogła marzyć, to albo by to się już skończyło lub by śmierć przyszła jak najszybciej, by cierpienie odeszło.

Pamiętała doskonale swoje pierwsze spotkanie z tym zaklęciem. To z jego powodu zdecydowała się odejść. Nie mogła więcej przebywać w jednym domu z tymi potworami. Mimo przeszłości swojej rodziny, nigdy nie pomyślałaby, że mogliby naprawdę posunąć się do czegoś takiego. I tamten mężczyzna… Do tej pory nie potrafiła zrozumieć, co Lily w nim widziała. Te oczy, takie same jak teraz u Pottera. I ten głos. Znowu miała wrażenie, że stoi przed nią ucieleśnienie jej koszmarów.

Vernon był przerażony. Nawet gdyby chciał stąd uciec jak najszybciej to nie mógł się ruszyć. Nogi odmówiły mu posłuszeństwa, gdy tylko Potter na niego spojrzał tymi szkarłatnymi tęczówkami. Miał wrażenie, że całe jego ciało zesztywniało. Zupełnie jakby poraził go piorun. Nawet krzyk żony nie mógł sprawić, by choćby najmniejszy mięsień w jego ciele się poruszył. Jeszcze nigdy, w cały swoim życiu tak się nie bał.

Kim był ten dzieciak? Czy to ten sam Potter, którego od tylu lat głodził, wykorzystywał i katował za najmniejsze przewinienia? Nie to nie możliwe. Od tego „Kogoś" biła siła i nawet taki mugol jak Dursley mógł poczuć magię krążącą po salonie. To naprawdę jego siostrzeniec? Nerwowo przełknął ślinę. Musiał wziąć się w garść jeżeli w ogóle chciał myśleć o wyjściu cało z tej sytuacji.

Młody czarodziej cofnął zaklęcie dopiero wtedy, gdy jego ciotka stanęła na granicy świadomości. Oj nie, tak łatwo jej nie odpuści. Krew sącząca się z nosa to za mało, by wynagrodzić mu te wszystkie lata kłamstw i wyzysku. Dość. Dziś odpłaci się im pięknym za nadobne. Potter zasyczał groźnie pod nosem, wściekły, że jego zemsta chwilowo się zakończyła. Ale zaraz, miał tu jeszcze jedną ofiarę. Oj tak, łaknął krwi, chciał nieść cierpienie tym, którzy sami go nim obdarzyli.

Odwrócił się w kierunku wujka z obrzydliwym uśmiechem wymalowanym na ustach. Tak, nadeszła kolej jego ukochanego krewnego. Ciekawe czy teraz też będzie taki skory do bicia go aż do nieprzytomności. Cóż, niech spróbuje to będzie ciekawe przedstawienie. Jaka szkoda, że to zamknięty pokaz.

-Dursley, czas na ciebie. Już nigdy nie podniesiesz na mnie ręki. Już ja tego dopilnuję. Cutler*- wysyczał mierząc zaklęciem tnącym w ramię mężczyzny. Głębokie cięcia pojawiły się na jego ciele powodując oszałamiający ból. Krew obficie spływała, barwiąc wszystko dookoła szkarłatną barwą. Vernon wrzeszczał, przyciskając do siebie zranioną rękę jakby w ten sposób starał się ją ochronić.

-B..Bła… Błagam, litości. Już nigdy więcej się do ciebie nie zbliżę, przysięgam! Tylko proszę, oszczędź mnie! - wyjęczał przerażony, zaćmiony bólem. Nie chciał jeszcze umierać. Nie w taki sposób, zamordowany przez jakiegoś szalonego dzieciaka. Modlił się w myślach do każdego znanego sobie Boga, prosząc o cud. Harry, czy ktokolwiek to teraz był, niewątpliwie pragnął jego śmierci. Widział tą żądzę zemsty wymalowaną na jego bladej twarzy. Nie dożyje świtu, był o tym przekonany.

Potter na tę prośbę wybuchnął kolejną falą niekontrolowanego, zimnego śmiechu. No proszę, jego wuj błagał o litość i to w tak żałosny sposób. Może, gdyby jeszcze okazał choć trochę godności zginąłby szybciej i trochę mniej boleśnie. Ale teraz? Nie zasługiwał na łaskę. Niech cierpi!

Brunet już miał zamiar rzucić kolejne, torturujące zaklęcie, gdy jego ręka zamarła w pół ruchu.

Zaraz, co ja robię? Co się dzieje?- Zapytał sam siebie, otrząsając się na chwilę z amoku. Na kilka sekund jego oczy znowu stały się zielone.

Jak to co? Wymierzasz sprawiedliwość tym, którzy na to zasłużyli .Nie powiesz mi chyba, że Ci się to nie podoba? Wreszcie masz szansę zrobić to, o czym tak długo marzyłeś. Pozwól mi na to Potter, po prostu rzućmy zaklęcie– głos w jego głowie, był wyraźnie z siebie zadowolony. Wreszcie mógł przejąć kontrolę nad tym dzieciakiem. Po tym, jak kilka tygodni temu został przebudzony, musiał cierpliwie czekać, by móc się trochę zabawić. Teraz, gdy miał wreszcie ku temu okazję, nie zamierzał rezygnować, a po wszystkim jego gospodarzowi nie pozostanie nic innego jak mu się podporządkować.

Harry się wahał. Wiedział, że nie powinien się poddawać, powinien walczyć z tym „czymś". Ale jego głos był tak kuszący, przyciągał go, sprawiając że nie mógł się przeciwstawić. Zresztą co by się mogło takiego stać, gdyby mu pozwolił przejąć nad sobą kontrolę? Zabije ich? Nie byłaby to zbyt duża strata. Wbrew pozorom, chłopak sam pragnął, by ten koszmar się skończył, a dopóki oni żyją to nie będzie możliwe. Tylko czy był gotowy stać się mordercą? To była ta granica, której bał się przekroczyć, nie chciał stać się potworem, nie chciał być kolejnym mrocznym czarodziej. Jednak, czy już sam fakt, że ma w sobie cząstkę duszy Voldemorta nie robi z niego Czarnego Lorda? W jakiś sposób na pewno.

A co by było, gdyby się nie poddał? Czy i tak nie posunął się już za daleko? Rzucił Cruciatusa, użył czarnej magii, było już za późno by się z tego wycofać. Nawet to, że jest Złotym Chłopcem nie pomoże mu w uniknięciu kary. Z Hogwartem już się może pożegnać. Musi żyć ze świadomością, że torturował swoją „rodzinę", czy to tak wiele? I tak poprosił już Toma o śmierć, nie miał nic do stracenia.

Powoli osunął się w niebyt, pozwalając temu głosowi przejąć nad sobą kontrolę. Od razu poczuł, jak radość duszy rozlewa się po jego ciele. Wszelkie wątpliwości gdzieś znikły zastąpione rozkoszą płynącą z zsyłania cierpienia. Czemu w ogóle się wahał? Przecież to cudowne! Miał władzę nad życiem i śmiercią, czuł się jak Bóg! Jednak Tom miał rację, nie istnieje jasna i ciemna strona. Jest tylko potęga i ci, którzy są zbyt słabi by po nią sięgnąć.

Kolejny czar torturujący spadł na przerażonego mężczyznę. Tormenta , czyli jasna, bliźniacza wersja Cruciatusa sprawiła, że w salonie rozbrzmiała się następna salwa krzyków. Dopiero teraz, Vernon mógł się przekonać, czym jest prawdziwy ból. Przed oczami pojawiły się mu czarne plamy, a oddech wiązł w gardle. Miał dość, wiedział jednak, że to zapewne dopiero początek.

Widzisz Potter, podoba ci się to. Ten śmieć już nigdy nam nie zagrozi- wysyczał głos napawając się swoim dziełem.

Taaaak, już nigdy – Wybraniec nigdy by się nie przyznał do tego, że w głębi duszy zgadzał się z Horkruksem. Czerpał przyjemność z zadawania bólu i nie miało znaczenia, czy to były uczucia jego, czy duszy Voldemorta.

Gdyby ktoś teraz zobaczył Harry'ego, miałby bardzo duży problem, by odróżnić go od pewnego mrocznego czarodzieja. Tęczówki chłopaka był tak samo krwistoczerwone, a demoniczny uśmiech przyprawiał o dreszcze. Młodsza „wersja" Riddle'a napawała się swoim małym zwycięstwem. Nie obchodziło go to, że w każdej chwili mogą się tutaj zjawić przedstawiciele ministerstwa. Że za to, co zrobił, może pożegnać się ze szkołą, ba że prawdopodobnie najbliższe lata spędzi w Azkabanie. Liczyła się tylko zemsta.

Dudley siedział skulony w kącie swojego pokoju. Co chwilę, do jego uszu dolatywały rozpaczliwe krzyki rodziców. Był przerażony, a świadomość, że jest bezradny wcale mu nie pomagała. To, co się działo w salonie, było jak żywcem wyjęte z najgorszych koszmarów. Wyjrzał tylko na chwilę, lecz to co zobaczył wstrząsnęło nim do żywego. Harry mordował mu rodzinę, rzucał na nich jakieś zaklęcia, które sprawiały, że cierpieli. Co on miał zrobić? Jak ich uratować? Nie może tu przecież siedzieć bezczynnie i czekać, aż ten wariat po niego przyjdzie! Musi, po prostu musi zacząć działać! Uratuje ich, musi coś zrobić, bo inaczej nigdy sobie nie wybaczy.

Zaślepiony chwilowym atakiem adrenaliny, wstał z miejsca i sięgnął po swój kij do baseball'u. Z zaciętą miną ruszył na dół. Tak, przypomni Potterowi, gdzie jego miejsce, że z nim i jego rodziną się nie zadziera.

-Zostaw ich!- krzyknął pulchny nastolatek trzymając przed sobą kij. Zacisnął mocniej dłonie i zagryzł wargi szykując się do ataku. Musiał działać szybko, pewnie, inaczej sam zaraz będzie umierał leżąc u stóp kuzyna. Mimo, że o tym wiedział, coś mu nie pozwoliło zaatakować go od tyłu. Może to chwilowe przebłyski moralności, albo to wina magii krążącej wokół? Nie wiedział, ale nagle dotarło do niego, że stracił swoją szansę na atak z zaskoczenia.

-No proszę, ktoś tu jednak zdecydował się do nas przyłączyć. Jak miło. Oszczędziłeś mi fatygi- wysyczał brunet przerywając tortury swojego wuja. Powoli odwrócił się, by móc stanąć twarzą w twarz z chłopakiem.

-I jak Dudziaczku? Podoba Ci się moje małe Show? Aktorzy są wspaniali, ale ciągle im czegoś brakowało. Jakby pasji. Jak myślisz, czy widząc ciebie wijącego się u mych stóp przyłożą się do swoich ról? Sprawdźmy to. Crucio! – wymruczał niemal z czułością. Nim Dudley zdążył zareagować, już leżał na ziemi krzycząc. Potter rozkoszował się tym dźwiękiem. Było to niczym wspaniała muzyka dla jego uszu. Czy on był jeszcze normalny? Napawał się torturami swoich bliskich. Czyli to prawda, czarna magia zmieniała ludzi, stanowi tą niewidzialną barierę, zza której nie ma już powrotu.

-Stój! Proszę. Powiem Ci wszystko! Cokolwiek zechcesz, ale nie krzywdź go- wyjęczała kobieta. Widok jej ukochanego dziecka, katowanego najgorszym czarem torturującym, otrząsnął ją ze stanu zawieszenia. Musi chociaż spróbować go uratować, nie wybaczy sobie, jeżeli to przez nią Dudley zginie. Te kłamstwa trwały już za długo i musi teraz ponieść ich konsekwencję. Jej rodziny nie trzeba w to wciągać. Przecież oni nie mieli z tym nic wspólnego! To jej tajemnica, jej życie, oni są bez winy.

Niepewnie podniosła się na rękach, by móc jakoś zbliżyć się do Harry'ego. Musiała do niego dotrzeć. Może wtedy otrząśnie się z tego dziwnego stanu i wróci do tego, kim był naprawdę. Przecież ten chłopak o czerwonych oczach nie mógł być jej siostrzeńcem.

Chwiejnym ruchem przysunęła się do bruneta, próbując w ten sposób odgrodzić go od reszty domowników.

-Błagam, przestań- jej głos łamał się od powstrzymywanych łez. Nie mogła się teraz rozpłakać. Wiedziała bowiem, że na takich jako on podziała to jak płachta na byka. Nienawidzą słabości, załamywania się, gardzą takimi uczuciami. Nie mogła rozzłościć tego czarodzieja, nie teraz. Musiała być twarda jeszcze przez chwilę. Tylko tak mogła uratować syna.

Potter niechętnie przerwał zaklęcie i ruszył w kierunku ciotki. Złapał ją za włosy i pewnym ruchem pociągnął do góry wywołując przy tym cichy jęk kobiety.

-Więc, co takiego ważnego masz mi do powiedzenia? Czyżby dopiero widok tej kupy mięcha rozwiązał Ci język?- szydził patrząc z wyraźną odrazą na charłaczkę.

-Wilington High, tam znajduje się nasza rodzinna posiadłość. Na teren zostały rzucone silne czary zwodzące, by nikt spoza rodziny nie mógł się tam dostać bez zaproszenia. Pewnie tam ukrywają się Twoi dziadkowie. Tak Harry, oni żyją, a przynajmniej powinni. Gdy byłyśmy małe upozorowali własną śmierć, byśmy mogli udawać mugoli. Po śmierci Lily, słuch po nich zaginął, nie kontaktowali się ze mną, ale myślę, że po prostu się tam ukryli i dalej realizują swój plan. Nie wiem, na czym on dokładnie polega, ale moja siostra była w to zamieszana od samego początku.-Tak, musi jakoś zainteresować chłopaka. Rozproszyć go, może to pomoże mu „wrócić".

Jak to jego dziadkowie żyją? Czy to możliwe? Jakim cudem? Czy Dumbloedore wiedział? Takie pytania przelatywały lawinowo przez umysł chłopaka. Od razu poczuł w sobie narastającą złość. Czemu nikt mu o tym nie powiedział? Mógł przez te wszystkie lata mieszkać z nimi, nie musiałby przeżywać tego koszmaru codziennie od nowa, miałby inne życie. Znowu coś mu odebrano, w kolejny sposób chciano go kontrolować. Oj nie, nie wybaczy tego. Wymierzy Dursley'om taką karę, na jaką zasłużyli. Potem uda się do Wilington High, odnajdzie ten dom i przekona się na własną rękę, o co chodzi. Wygląda na to, że przypadkiem odkrył nowy cel dla swojego życia. Kto by przypuszczał, że tak się sprawy potoczą.

-Na strychu, w czarnej szkatułce znajdują się pamiątki rodowe. Gdzieś też tam leży pamiętnik Lily. Wszystko w nim zapisywała, może nawet powiedziała, co to był za plan. Dostałam go zaraz po jej śmierci, ale nigdy nie zajrzałam do niego. Nie chciałam wiedzieć, kim była naprawdę. Nie chciałam mieć nic wspólnego z takimi ludźmi jak ona. Harry, Lily wcale nie była tak dobrym człowiekiem jak myślisz. – mówiła słabym, przestraszonym głosem. Miała nadzieję, że udało jej się choć trochę uspokoić chłopaka. Chociaż nie powinna była oczerniać swojej siostry. Teraz to nie może wywołać pożądanego skutku. Mimo to, może wtedy chłopak zacznie myśleć na tyle rozsądnie, żeby dotarło do niego co właśnie zrobił.

Po części się jej nadzieje się spełniły. Co prawda nie otrząsnęły go z tego stanu, jednak słowa kobiety usatysfakcjonowały Pottera, czy bardziej tego, kim teraz był. Gwałtownym ruchem odepchnął kobietę, rzucając nią o ścianę. Przywołał do siebie ową szkatułę i szybkim ruchem pomniejszył ją chowając do kieszeni.

-Widzę, że wreszcie poszłaś po rozum do głowy cioteczko. Takie to było trudne? W każdym bądź razie, właśnie oszczędziłaś swojemu synowi wielu godzin cierpień– stwierdził mrużąc z zadowoleniem szkarłatne oczy. Wycelował różdżką w Dudleya i z jego gardła zaczęły wydobywać się śmiercionośne słowa.

-Avada Keda…

oOo

Na niewielkim placu zabawa, niedaleko ulicy Privet Drive, z trzaskiem pojawiły się dwie zakapturzone postacie. Severus Snape, bez słowa ruszył żwirowaną nawierzchnią w kierunku otwartej furtki. Chciał mieć to za sobą jak najszybciej. Marzył tylko, by dostać się do swoich kwater i wypić butelkę Ognistej. Oj tak, tego teraz potrzebował. Ta sprawa z Potterem zdecydowanie źle na niego wpływała. Wcale nie miał ochoty pakować się to całe porwanie. Nie był szczególnym fanem takich rozwiązań. Takie trzymanie chłopaka na siłę przy życiu mu się nie podobało. Prawda, przysięgał Lily chronić bachora, jednak był już tym wszystkim zmęczony. Czy dzieciak nie mógł po prostu zginąć przy pierwszej lepszej okazji? Jego życie stałoby się od razu o wiele łatwiejsze.

Jednak z tej całej sytuacji wynikła jedna dobra rzecz. Przynajmniej miał okazję podjąć jakąś decyzję. Wreszcie mógł skończyć ze szpiegowaniem dla Dropsa. Potter pewnie zginie przed nadejściem świtu. Dalsze ciągniecie tej farsy nie miało sensu, miał dość skakania od jednego Pana do drugiego.

Tak szczerze mówiąc Snape od dawna nie pracował na rzecz jasnej strony. W zasadzie odkąd Czarny Pan wrócił, stał się jego szpiegiem zwodząc Dumbledora. Przestał mu podawać prawdziwe informacje, zatajał niektóre fakty czy modyfikował je na własne potrzeby. Znowu zmienił strony, tym razem jednak w pełni świadomy. Za pierwszym razem próbował jedynie ochronić Lily nie znając nawet wszystkich szczegółów. A że stary trzmiel mu później uratował tyłek, postanowił przy nim zostać. Jego praca w zakonie była czystym przypadkiem. Teraz jednak, jego powrót do pierwotnego Pana był w pełni świadomą i przemyślaną decyzją. Pracując z dyrektorem przez te wszystkie lata zdążył się przekonać, kto tak naprawdę kryje się za fasadą dobrotliwego staruszka. W takim wypadku zdecydowanie wolał stać u boku czarnoksiężnika niż przy zakłamanym i fałszywym bohaterem jasnej strony.

-Pośpiesz się, chcę mieć to jak najszybciej za sobą. – syknął Mistrz Eliksirów do swojego partnera. Miał złe przeczucia odnośnie tego co zastaną na miejscu. Lucjusz w odpowiedzi zaśmiał się jedynie pod nosem i zrównał się z mężczyzną.

Nie minęło nawet pięć minut, gdy dwaj śmierciożercy dotarli do domu z wielką, mosiężną czwórką na drzwiach. Już mieli zadzwonić, gdy do ich uszu dobiegły stłumione krzyki i błagania. Nie rozumieli co się stało. Czyżby ktoś ich ubiegł? Czarny Pan zmienił plany i postanowił zabić chłopaka już teraz? Nie zastanawiają się dłużej Snape wpadł do środka.

-Avada Keda..

-Expeliarmus!- krzyknął w chwili, gdy razem z Lucjuszem wkroczyli do pomieszczenia. Siła zaklęcia odrzuciła chłopaka kilka metrów sprawiając, że uderzył z impetem o ścianę salonu tracąc przytomność.

Mistrz Eliksirów nie mógł w to uwierzyć. Czy to był ten sam dzieciak co w Hogwarcie? Gdyby, nie wiedział, że to on, miałby duży problem z rozpoznaniem go. Czy mu się dobrze wydawało, że przez chwilę oczy Pottera były szkarłatne? No i ta postawa, sposób trzymania różdżki, to wszystko było aż nazbyt znajome.

Mężczyzna omiótł wzrokiem pomieszczenie i nic nie mógł poradzić na zimny dreszcz, który przebiegł mu wzdłuż kręgosłupa. Powietrze było aż przesiąknięte czarną magią, a rodzina Pottera stała na granicy życia i śmierci. No proszę, kto by przypuszczał, że chłopak jest zdolny do czegoś takiego.

Malfoy senior sam nie mógł się nadziwić temu co tu zastali. Spodziewał się zobaczyć typową rodzinę mugoli, siedzącą w salonie robiącą jakieś typowe dla nich rzeczy. Zamiast tego zobaczył krew i poczuł odór śmierci. Zupełnie jak w Sali tortur w Czarnym Dworze.

Machnął różdżką przywołując rzeczy Pottera. W sumie sam nie wiedział, czemu Czarny Pan kazał o to zabrać, ale przez te lata nauczył się, by nie kwestionować jego rozkazów. Następnie podszedł do nieprzytomnego chłopaka.

-Potter, obudź się nie czas na drzemkę- zaszydził szturchając go lekko. W odpowiedzi usłyszał cichy jęk i kilka nerwowych ruchów. Dopiero po powtórzeniu tej czynności kilka razy, chłopak łaskawie uchylił powieki.

Mężczyzna, aż cofnął się o krok, gdy ujrzał tęczówki chłopaka. Były takie same jak u Czarnego Pana! A co jeśli… Nie, to nie możliwe. Dzieciak nie może być opętany przez niego prawda? Nie, zdecydowanie nie.

Harry jęknął i zamknął oczy. Gdy je ponownie otworzył, wszystko już było takie jak powinno. Zieleń Avady kryła się za grubymi szkłami okularów.

Chłopak niepewnie rozejrzał się po pokoju i gdy jego wzrok padł na nieprzytomne wujostwo, nie był w stanie powstrzymać wymiotów.

Co ja zrobiłem, co ja do cholery zrobiłem?- był przerażony, zagubiony lecz mimo to czuł się dziwnie wolny. Jakby wręczcie zrobił coś, o czym marzył od dawna. Co z nim było nie tak?

Uspokój się Potter, nie zabiłeś ich… jeszcze. Dostali tylko nauczkę, już więcej nam nie zagrożą. Nie mówiąc już o tym, że Twoja ciotka podała ci kilka ważnych rzeczy prawda?

No tak ale…

Żadne ale Potter! Gdybyś sam nie chciał tego zrobić nic by się nie stało. Pamiętaj, jesteśmy jednością chłopcze. Nasze dusze są jednym, wiesz o tym. Ja jestem tobą, a ty mną. Zaakceptuj to wreszcie.

Cóż, ten głos miał racje. Byli jednym, w zasadzie od tych piętnastu lat byli jednością. Ich dusze się wzajemnie przeniknęły i Harry nie mógł już nic z tym zrobić. Nie powinien się wykręcać, że to Voldemort zmusił go do tego wszystkiego, przecież nie można już ich było rozdzielić. Wszystko działo się jedynie w jego głowie. Musi to zaakceptować, tylko jak? Czy naprawdę to on się posunął do tego wszystkiego?

-Potter, do cholery, nie mamy czasu. Ocknij się wreszcie- wysyczał Snape stając obok drugiego Śmierciożecy. Musieli się stąd wynosić i to szybko. Aż dziwne, że nie pojawił się jeszcze nikt z ministerstwa. Sam Mistrz Eliksirów, wolałbym nie mieć z nimi nic wspólnego, a przynajmniej nie w tym momencie. Złapał chłopaka za rękę i szarpnął go do góry.

Zaraz, czy Potter powinien być taki lekki? Nie ważne. Zaczął ciągnąć go w kierunku wyjścia. Nie uszło mu uwadze, że chłopak utyka. Co Ci mugole mu zrobili? Do czego musieli się posunąć, że spotkał ich taki los? Cóż, może dowie się tego później. Teraz musieli zniknąć.

Gdy tylko stanęli na podjeździe, Lucjusz wyciągnął różdżkę i skierował ją w niebo.

-Morsmordre!- wyszeptał i nad budynkiem pojawił się wspaniały Mroczny Znak. Lepiej, żeby wszyscy wiedzieli, gdzie trafił chłopak. Kto wie, może przy odrobinie szczęścia, ktoś pomyśli, że Wybraniec zmienił strony? To by było zabawne, ta panika wywołana takim zwrotem akcji. Rozkosz.

Po chwili przed budynkiem nie było już nikogo. Trzy postacie deportowały się z trzaskiem zostawiając Dursley'ów samych sobie.

*Cutler- (z ang. Nożownik) zaklęcie tnące, powodujące pojawienie się głębokich, mocno krwawiących ran.