Rozdział jak zwykle zbetowany przez Asukę13.
V
W powietrzu rozbrzmiewał jeszcze dźwięk deportacji śmierciożerców, gdy przy Privet Drive 4 pojawiła się grupa aurorów. Mogli już tylko pluć sobie w brody. Gdyby się pospieszyli i przybyli te kilka sekund wcześniej, to kto wie, może by jeszcze udało im się powstrzymać podwładnych Czarnego Pana przed porwaniem Pottera. A tak, jedyne co zastali, to Mroczny Znak na nocnym niebie. Nie zapominajmy też, o wyraźnym zapachu cierpienia i strachu unoszącym się w powietrzu.
-Spóźniliśmy się- stwierdził ze złością Kingsley idąc z zaciętą miną ku drzwiom budynku.
Co teraz? Jak zareaguje magiczne społeczeństwo na wieść o ataku na dom Pottera? Czy zapanuje chaos i wybuchnie panika? No i najważniejsze, czy Harry jeszcze w ogóle żyje? Każde pytanie pociągało za sobą następne. A co gorsza większość z nich pozostawała bez odpowiedzi, albo nasuwała tylko coraz gorsze scenariusze.
Przekroczyli próg, trzymając różdżki w gotowości. Nie mogli mieć przecież pewności, czy przypadkiem gdzieś w cieniu nie kryją się jeszcze śmierciożercy gotowi przedłużyć tę rzeź. Jednakże dom w środku był tak samo cichy jak na zewnątrz. Nikogo już nie było. Obecni rozejrzeli się po pomieszczeniu szybko dostrzegając trzy postacie leżące na ziemi. Na szczęście jeszcze żyły. Ich ciężkie oddechy, niczym nóż przecinały ciszę panującą w salonie. Shacklebolt momentalnie do nich doskoczył sprawdzając stan poszkodowanych. Już na pierwszy rzut oka było widać, że potraktowano ich całą serią Cruciatusów. W bezsilnej złości zacisnął pięści i wstał gwałtownie. Nie czas teraz na robienie sobie wyrzutów, muszą działać!
-Tonks! Sprowadź magomedyków i powiadom Dumbledora o tym co się stało. Niech się tu zjawi jak najszybciej!- zagrzmiał wywołując dreszcz u swoich towarzyszy. To otrząsnęło różowowłosą dziewczynę z szoku. Czym prędzej wybiegała z budynku i zniknęła z trzaskiem.
-Wskaż mi, rzeczy Harry'ego Pottera- za plecami zgromadzonych rozbrzmiał głos Alastora Moody'ego. Zaklęcie jednak nie podziałało. W całym domu, nie było niczego co by należało do chłopaka. Ciekawe.
Z góry dobiegł szybki stukot kroków. Na schodach pojawił się zdyszany auror, który zapewne chciał się wykazać.
-Przeszukałem całe piętro. Rzeczy chłopaka zniknęły. Jedyne co po nim zostało to sowa. Wszelkie ubrania, książki, kufer, niczego nie ma- powiedział próbując złapać oddech. Sam nie wiedział co o tym myśleć. Przecież w czasie ataku, chłopak nie miałby czasu się spakować prawda?
-Albo nasz Wybraniec ma niesamowite szczęście i zdążył uciec z domu przed atakiem, albo Złoty Chłopiec stracił swój blask. – warknął Szalonooki podchodząc do nieprzytomnego Dudley'a.
-Moody, jak śmiesz! Harry nigdy nie zmieniłby stron! Nie zrobiłby tego. Znam go i cokolwiek by się nie stało, wolałby zginąć niż przyłączyć się do Sam-Wiesz-Kogo!- oburzony ton przebił się przez narastające szepty.
-Spokojnie Remusie. Jestem pewny, że pan Potter opuścił swoje wujostwo tuż przed atakiem. Alastorze ciebie też proszę o trochę więcej wiary w niego- pewny siebie głos dobiegł od strony drzwi. Albus Dumbledore wkroczył do środka w towarzystwie dwóch uzdrowicieli z św. Mungo.
-Wiem przyjacielu, że masz niezachwianą wiarę w chłopaka, ale dowody są przeciwko niemu. Jedyne co po nim znaleźliśmy to sowa. Nie uważasz, że gdyby to była ucieczka, to Potter zabrałby ją ze sobą? Niby czemu miałby ją tutaj zostawiać?- stary auror był nieugięty. Był przekonany o racji swoich podejrzeń i tak łatwo nie da się zbyć.
-Niewinny dopóki nie udowodni się mu winny- siwobrody mężczyzna posłał mu ostrzegawcze spojrzenie, mówiące, że to ani nie miejsce ani nie czas na takie spory. Podszedł do pani Dursley i ocucił ją za pomocą zaklęcia. Wiedział w prawdzie, że w jej stanie to raczej nie wskazane, ale musieli dowiedzieć się co tu zaszło.
-Petunio, co się stało?- zapytał spokojnym tonem kobietę. Ta rozejrzała się po pokoju, lecz widok tych wszystkich różdżek doprowadził ją do ataku paniki. Z przerażeniem łapała oddech niczym wyciągnięta z wody ryba. Zwinęła się w kłębek mamrocząc coś niewyraźnie pod nosem.
-Spokojnie, już nic Ci nie grozi. Pomożemy wam, chcemy tylko się dowiedzieć, co tu zaszło.
-Po.. Pottera opętało. Zaatakował… Dudley! Co z moim Dudziaczkiem?- zawyła żałośnie próbując zerwać się z miejsca i pobiec do syna. Chciała znaleźć się przy nim jak najszybciej, chciała wziąć go w ramiona i mieć pewność, że nic mu nie jest. Musiała mu pomóc, obojętnie jak! Ten potwór go skrzywdził, chciał go zabić! I to wszystko przez nią! Jak mogła sprowokować tego szaleńca, by zaatakował jej kochane dziecko?
-Nic mu nie jest. Medycy już się nim zajęli. Twoim mężem również- dyrektor starał się ją jakoś uspokoić i powstrzymać, przed zrobieniem czegoś głupiego. Ludzie w takim stanie byli zdolni do wszystkiego.
Musiał szybko przeanalizować sytuację. Czyli to naprawdę robota Pottera. Jak mogło do tego dojść? Co się musiał stać, by sprowokować Złotego Chłopca, by posunął się aż tak daleko? Opętało go? Czy bachor był aż tak słaby, by dać się kontrolować Czarnemu Panu? A może chodziło o coś zupełnie innego?
Był tylko jeden sposób, by się tego dowiedzieć. Nie mogli czekać zbyt długo. Jeżeli Harry zmienił strony, musieli zacząć działać natychmiast. Starzec wyciągnął różdżkę i skierował ją w kobietę. Nigdy nie lubił posuwać się do tego w tak jawny sposób, ale Petunia była zbyt roztrzęsiona, by bawić się w subtelności.
-Legilimens- wyszeptał wchodząc do jej umysłu.
Chaotyczne obrazy przelatywały przez umysł kobiety. Wspomnienia ostatniej nocy mieszały się z przeszłością. Dwie jej najgorsze chwile stały się jednym, wszelkie granice między obrazami zatarły się nie pozwalając na wyłowienie najistotniejszych fragmentów. Lily stojąca u boku jakiegoś ciemnowłosego mężczyzny, co chwilę zmieniającego się w Harry'ego. Byli tak do siebie podobni, że nawet Dumbledore zaczął mieć problem z odróżnieniem, na którego z nich teraz patrzy. Mieli tak samo ciemne włosy, postawę czy manierę ruchów. Gdyby nie to, że ich rysy twarzy były zupełnie inne, mógłby ich wziąć za rodzinę. W tych obrazach, oboje byli tak samo potężni, mroczni i rządni krwi. Obojgu sprawiało przyjemność torturowanie ludzi. Jak to możliwe, że Potter stał się kimś takim?
Dumbledore szybko wycofał się z umysłu kobiety i nim ktokolwiek się zorientował zmodyfikował jej pamięć, w taki sposób by obraz tamtego mężczyzny z przeszłości zastąpił Pottera. Tak będzie chwilowo lepiej. Nie mógł pozwolić, by oczerniono jego tajną broń, jeszcze nie teraz. Petunia szybko straciła przytomność pieczętując tym samym dzieło starca.
Miał wiele do przemyślenia. Po pierwsze, co skłoniło chłopaka do stania się mrocznym czarodziejem? Po tym czego tutaj dokonał, nie można go było nazwać inaczej. Dopuścił się użycia zaklęć niewybaczalnych, chciał zabić swojego kuzyna. Jaka szkoda, że kobiecie nie udało się zobaczyć, kto go powstrzymał. Gdyby utrzymała świadomość choćby o kilka sekund dłużej… No nic, nie ma co gdybać.
Po drugie, kim był tamten mężczyzna ze wspomnień? Choć tak podobny do Pottera, James to nie był. Więc kto? I co z nim robiła Lily, dlaczego pozwoliła mu torturować własną siostrę? Dumbledore nie mógł się też pozbyć wrażenia, że już kiedyś miał do czynienia z tym człowiekiem, tylko gdzie i kiedy? Może, gdyby udało mu się wyraźniej zobaczyć jego twarz, nie zniekształconą rysami Wybrańca, by go rozpoznał? Tak było to niemożliwe.
-Postarajmy się ukryć zniknięcie Harry'ego tak długo jak to tylko możliwe. Nie możemy wzbudzać paniki. Już sam fakt ataku na jego dom sprawi, że wybuchnie zamieszanie. Oficjalnie, Potter opuścił swoje wujostwo na godzinę przed atakiem. Obecnie jest w bezpiecznym miejscu. –Twarz starca nie wyrażała niczego. Skinął głową pozostałym czarodziejom i deportował się z trzaskiem zostawiając ich z niewypowiedzianymi pytaniami kłębiącymi się w głowach.
oOo
W Malfoy Manore wrzało. Cały dom postawiony był na nogi szykując go na pojawienie się specjalnego i bardzo ważnego gościa. Czarny Pan miał zjawić się jeszcze przed nastaniem świtu, by wreszcie zakończyć „problem Pottera".
Na zegarze wybiła druga w nocy, gdy trzy postacie pojawiły się w ogrodzie. W chwili, gdy stopy najmłodszego z nich dotknęły podłoża, ten stracił przytomność. Widać spadek adrenaliny i zmęczenie magiczne spowodowały, że zielonooki nie był już w stanie dłużej pozostać świadomym. Snape w ostatniej chwili złapał chłopaka, ratując go przed zdecydowanie niezbyt miłym spotkaniem z ziemią.
-Proszę Cię Potter, nie przesadzaj. To tylko kilka Cruciatusów, a ty już nie dajesz rady? Żałosne – warknął Mistrz Eliksirów sprawiając by chłopak zaczął lewitować. Cudownie, można by rzecz. Mieli sprowadzić Wybrańca w stanie nienaruszonym, a ten co odwala? Nie jest w stanie zostać przytomnym choćby przez godzinę. I to ma być zbawca świata? Dobre sobie.
Chcąc nie chcąc przeniósł go do budynku. Mieli jeszcze trochę czasu do przybycia Czarnego Pana. W ogóle, Snape'owi wydało się to nieco dziwne, że Voldemort miał osobiście odebrać chłopaka zamiast po prostu wezwać go do Czarnego Dworu. Chyba jeszcze się nie zdarzyło, by po jeńców się fatygowano. Co więc takiego miał w sobie ulubieniec dyrektora, że Ten Którego Imienia Nie Wolno Wymawiać postanowił zmienić swoje przyzwyczajenia?
Właśnie to wszystko przypominało mu, że będzie musiał odegrać nie lada przedstawienie przed starcem. Jakoś wmówić mu, że nie był w stanie powiadomić go wcześniej o ataku, ani nie mógł uratować chłopaka bez zdemaskowania się. Przecież, nie mógł dopuścić do ujawnienia się. Z Potterem, czy bez „szpieg" był potrzebny. Wojna będzie trwała dalej, choć bez Złotego Chłopca, koniec nadejdzie bardzo szybko.
Przeniósł chłopaka do wskazanego pokoju i umieścił go na łóżku. Miał ciągle sporo czasu do przybycia Czarnego Pana, to też postanowił przywrócić Pottera do stanu względnej użyteczności. Przecież nie mogą dopuścić do tego, by główny aktor tego przedstawienia nie był w stanie ustać na nogach prawda? Voldemort nie byłby zadowolony z takiego obrotu sprawy.
Rzucił czar diagnozujący. Na kawałku pergaminu pojawiły się informacje o stanie Harry'ego. Jego wszystkie teraźniejsze i przeszłe urazy. Drobne pismo wypisywało prawdziwą litanię kontuzji i nieprawidłowości. Chyba nikt poza tym chłopakiem nie był w stanie doprowadzić się do takiego stanu w zaledwie piętnaście lat. Nawet niektórzy aurorzy przechodzący na emeryturę mieli mniej urazów na koncie.
Snape spojrzał na kartkę i gwałtownie wciągnął powietrze. Zaraz, jakim cudem Potter jest w tak opłakanym stanie? Wychudzony, głodzony od wielu lat, liczne urazy ciała, obicia narządów, liczne zaleczone pęknięcia kości, świeżo skręcona kostka. Można by jeszcze wymieniać tak długo, jednak do końca listy ciągle byłoby daleko. Chłopak zdawał się być katowany już od dłuższego czasu. Prawdopodobnie podczas każdego pobytu w domu wujostwa. Nic więc dziwnego, że w końcu nie wytrzymał i zrobił to co zrobił.
Mistrz Eliksirów skrzywił się z niesmakiem. Cholera, będzie musiał zmienić zdanie na temat tego bachora. Widać wcale nie miał tak wspaniałego życia, jak nauczyciel do tej pory myślał. Jego rodzina traktowała go gorzej niż bezpańskiego kundla pałętającego się po okolicy. Przeklęci mugole. Dalej nie darzył Pottera sympatią, ale nawet on przy całej swojej nienawiści do dzieciaka, nie posunąłby się aż tak daleko. Prędzej albo by oddał go do sierocińca albo zabił. W każdym razie oszczędziłby mu tych wszystkich lat cierpień.
Przeklęty Dumbledore, przecież on musiał wiedzieć o tym wszystkim. A mimo to wysyłał go tam co wakacje. Skoro miał świadomość tego, co spotykało Pottera, to mógł go chociaż oddać na te dwa miesiące do tej rudowłosej zgrai, Weasley'ów. Byliby zachwyceni. Fakt, może nie zagwarantowaliby mu luksusów ale mimo to chłopak i tak miałby tam lepiej niż u tych potworów. W takich chwilach Snape zdecydowanie utwierdzał się w przekonaniu, że dobrze zrobił zmieniając strony. Już nawet Voldemort miał więcej miłosierdzia dla swoich wrogów, niż Albus dla osoby, która miała za niego odwalić brudną robotę.
Bez wahania zabrał się za leczenie dzieciaka. Skręconą kostkę, jak i popękane żebra naprawił od ręki. Aż dziwne, że chłopak mógł się poruszać czując ciągle taki ból. Zaraz, czy Potter właśnie mu zaimponował? Nie, niemożliwe. Wlał w niego cały zestaw eliksirów, opatrzył rany. Oczywiście, stan jego pleców, wstrząsnął Snape'em do żywego. Oj tam, ci mugole z całą pewnością zasłużyli sobie na to co ich spotkało. Jaka szkoda, że zdążył powstrzymać Pottera. Chociaż w tej sytuacji śmierć była zbyt lekką karą.
-Zająłem się już chłopakiem – stwierdził wchodząc do salonu. Lucjusz Malfoy siedział na kanapie obracając w palach karafkę z winem. Był wręcz w szampańskim nastroju. Los się wreszcie do niego uśmiechnął. Wszystko będzie tak jak powinno, a Malfoy'owie odzyskają swoją dawną pozycję.
-Co masz na myśli Severusie? Nie wyglądał na jakoś szczególnie chorego. Jedynie może trochę zabiedzonego. No chyba, że zająłeś się nim w zupełnie inny sposób- rzucił z drwiącym uśmieszkiem. Od razu było widać od kogo Draco nauczył się tej miny, z którą tak się obnosił po zamku.
-Uwierz mi, kijem bym go nie dotknął. Zresztą, myśl sobie co chcesz. W każdym razie, gdyby mnie spotkało to co jego, już dawno zamordowałbym tę zgraję nic niewartych mugoli. Jego plecy to jedna, wielka szachownica!
-Przesadzasz. Jeszcze chwila a zacznę myśleć, że zacząłeś żałować naszego drogiego gościa. A może planujesz go jeszcze oddać Dumbledorowi nasz drogi szpiegu?- zadrwił blondwłosy mężczyzna wyraźnie dobrze bawiący się tą całą sytuacją.
Snape jednak nie dał się sprowokować. Zmierzył go swoim najbardziej krwiożerczym spojrzeniem i pospiesznie opuścił rezydencję. Nim Czarny Pan przybędzie, musiał załatwić jeszcze jedną, naglącą sprawę.
oOo
Na Grimmauld Place 12 wszyscy już obecni siedzieli jak na szpilkach. Zaraz po ataku zostało zwołane zebranie członków Zakonu. Musieli przecież postanowić co dalej. Ta sytuacja się nikomu nie podobała i im szybciej się z nią uporają tym lepiej.
Kuchnia powoli wypełniała się czarodziejami. Przez ich twarze przemykały różnorodne emocje, przez strach i niedowierzanie po rozpacz czy złość. Wszyscy zastanawiali się co o tym myśleć. Czy Potter został porwany? A może naprawdę zdążył uciec. O tym, że mógł zmienić strony nikt nie wspominał. Nie, ICH Harry nigdy by czegoś takiego nie zrobił! Nie zaatakowałby swego wujostwa, zresztą to co zastali jawnie wskazywało na robotę śmierciożerców. Potter nim nie był, czyli to nie jego sprawka, prawda?
-Uspokójcie się wszyscy. Nerwy w niczym nam nie pomogą- Dumbledore wszedł do pomieszczenia ucinając wszelkie szepty. Usiadł przy stole na swoim stałym miejscu i splótł ze sobą dłonie. Musiał to teraz dobrze rozegrać, jeżeli nie chciał wzbudzić zbyt dużych podejrzeń. Potrzebował sojuszników, by jego plan mógł przejść w czyn.
-Albusie, co się tam właściwie stało? Gdzie Harry?
-Przykro mi Molly, ale nie wiem gdzie on jest. Podejrzewam, że Pan Potter został porwany. Ewentualnie zdążył uciec zanim zostali zaatakowani. W końcu nie ma jego rzeczy. Ale nie martw się, znając Harry'ego, nic mu nie jest.
-Czyli żyje? Dzięki Merlinowi- westchnęła pulchna kobieta z wyraźna ulgą. – A co z jego wujostwem? Naprawdę byli torturowani?
-Tak, niestety to prawda. Dom Pottera padł ofiarą ataku śmierciożerców. Na szczęście państwo Dursley żyją, ale powrót do zdrowia trochę im zajmie. Dopiero wtedy będziemy wstanie stwierdzić co się tam dokładnie stało. – powiedział ze smutkiem przesuwając dłonią po swojej siwej brodzie.
-Co teraz?
- Poczekamy na Severusa. Może on będzie mieć jakieś informacje. Zaraz po tym ruszymy na poszukiwania . Harry przecież nie mógł rozpłynąć się w powietrzu.
Drzwi otworzyły się gwałtownie i do środka wszedł nie kto inny jak hogwarcki Mistrz Eliksirów.
-Dyrketorze- skinął głową i zajął wolne miejsce.
-Dobrze, że już jesteś. Może wiesz coś więcej o ataku na Privet Drive?
-Albusie, nie wiem wiele więcej od ciebie. Przez ostatnie kilkanaście godzin byłem zajęty przygotowywaniem eliksirów dla Sam-Wiesz-Kogo. Nic nie wspominano o tym ataku. Dowiedziałem się o nim chwilę po jego zakończeniu. Wiem jednak, że chłopaka nie ma w lochach Czarnej Twierdzy. Istnieje wiec szansa, że Potter zdążył uciec- wolał powiedzieć wszystko w jak najmniej zmienionej wersji. Przez te wszystkie lata nauczył się jednego. Im mniej zmieniona historia tym łatwiej jest się w niej nie pogubić. Jeżeli za bardzo się kombinowało zwykle prawda wychodziła na jaw zbyt szybko.
-Jesteś pewny?- zapytał Lupin . W odpowiedzi czarnowłosy jedynie kiwnął głową na potwierdzenie. Durni ludzie, tak łatwo było w nich zatlić ten płomyczek nadziei. Byli żałośni.
Severus słuchał zgromadzonych, gdy poczuł palący ból w lewej ręce. Cholera, Czarny Pan nie powinien na niego czekać. Powinien był się szybciej wyrobić z tym śmiesznym zebraniem beznadziejnych ludzi. Złapał się za przedramię i bez słowa wyjaśnienia opuścił siedzibę Zakonu.
Dumbledore zdecydowanie nie był zachwycony usłyszanymi wiadomościami. Severus dał mu jedynie trochę czasu. Skoro Tom go jeszcze nie złapał, istniała szansa, że uda im się przerobić całą tą sytuacje na ich korzyść. Cholera, przeklęty Potter, zawsze namiesza wtedy, kiedy nie powinien.
-Dobrze, skoro Voldemort nie złapał Harry'ego musimy zrobić wszystko by go znaleźć pierwsi. Poszukajcie we wszystkim miejsca jakie przyjdą wam do głowy, a w których mógł się ukryć Potter. Nie mamy czasu do stracenia. I pamiętajcie, oficjalnie, chłopak jest w bezpiecznym miejscu. Nie chcemy wzbudzać paniki.
Wszyscy, jak na jeden sygnał kiwnęli głowami i bez słowa zaczęli się rozchodzić. Tak, znalezienie Pottera było teraz zadaniem najwyższej wagi.
oOo
Harry ocknął się leżąc w miękkim łóżku. Na swoim ciele czuł satynową pościel, a w powietrzu unosił się przyjemny, słodki zapach. Gdzie był? Bo Privet Drive na pewno to nie było.
Wspomnienia z ostatnich kilku godzin zaczęły bombardować jego umysł. Merlinie, naprawdę to zrobił? Jak mogło do tego dojść? Przez chwilę walczył z falą wymiotów, gdy tylko przed oczami pojawił mu się zakrwawiony Vernon.
-Oj Potter, znowu zaczynasz te swoje wyrzuty sumienia? Dramatyzujesz- stwierdził z dezaprobatą głos.
-Choć teraz się zamknij! To twoja wina! To ty zmusiłeś mnie do tego!
-Doprawdy, naprawdę chcesz zaczynać całą tę rozmowę od nowa? Niech Ci będzie, ale to się robi coraz nudniejsze. – „obca" dusza była wyraźnie zirytowana tym ciągłym biadoleniem i powoli miała go dość – W każdym razie Potter, może ci się to nie podobało? Walczyłeś zacięcie ze mną by mi przeszkodzić? Nie bądź żałosny, sam tego chciałeś, a ja cię po prostu do tego popchnąłem…
-Przestań! Do jasnej cholery przestań!
- Prawda boli, co nie? Nie chcesz się nawet przed sobą przyznać, że gdybyś mógł chętnie byś to powtórzył. To wszystko jest tutaj w zakamarkach naszej duszy. Przestań wiec udawać kogoś, kim nie jesteś. A nie jesteś jasnym bohaterem Harry. Sam się niedługo o tym przekonasz.
Głos wycofał się w głąb jego świadomości. Nie znosił Pottera w takim stanie. Był wtedy taki słaby, żałosna namiastka czarodzieja. Póki nie zaakceptuje swojej prawdziwej natury, presja będzie go dobijać. Z drugiej jednak strony, słabego Harry'ego było znacznie łatwiej kontrolować.
Wybraniec nie chciał się do tego przyznać, ale głos miał racje we wszystkim. Owszem przerażało go to co zrobił ale gdyby miał okazję chętnie by to powtórzył. Pamiętał tę radość, gdy ich torturował. To uczucie wolności, gdy się ocknął zaraz po ataku. Miał wrażenie, że świat należał do niego. Czy więc naprawdę przeszedł na ciemna stronę?
Nagle poczuł się dziwnie. Zupełnie jakby coś go przyciągało, czuł czyjąś magnetyczną obecność, która wzywała go do siebie. Wiedział, że przy tym kimś zniknęłoby uczucie pustki. Do tej pory tylko raz miał to samo odczucie. Wtedy, gdy Voldemort opętał go w ministerstwie. Czy to więc on go wzywał?
Drzwi otworzyły się i do środka wszedł nie kto inny jak Tom Riddle wraz ze Snape'em i Malfoyem seniorem.
