VI

Do sypialni wszedł nie kto inny jak Lord Voldemort w towarzystwie swoich dwóch wiernych śmierciożerców. Oboje mieli triumfalne uśmiechy na twarzach, choć z zupełnie innych powodów. Przez Malfoya przemawiała duma, wreszcie powrócił w łaski swojego Pana, mógł bez obaw stać u jego boku, a to wszystko za sprawą tego szczeniaka. Snape zaś świętował to, że Potter wreszcie dostanie to o co się prosił od tak dawna. Wybraniec straci swój blask, kto wie może nawet spokornieje na tyle, że nawet on, Severus Snape, polubi go na te kilka ostatnich chwil jego żałosnego życia?

Harry nie wiedział co robić. Z jednej strony to długo oczekiwane spotkanie napawało go lękiem jednak wywoływało również to dziwne poczucie bezpieczeństwa, które pojawiło się w chwili gdy Czarny Pan Przekroczył próg pokoju. Jakby nareszcie był pełny i wszystko było na swoim miejscu. Nie rozumiał tego kompletnie, przecież nie powinien się tak czuć przy swoim wrogu. Czy to dlatego, że miał w sobie cząstkę jego duszy? Miał wrażenie, że coś go przyciąga do tego mężczyzny, pragnął trwać przy nim tak długo jak to tylko było możliwe. Już zawsze… Zaraz nie powinien tak myśleć. W końcu to Voldemort, najgorszy bydlak tego stulecia! Przy nim nie mogło go spotkać nic dobrego.

Nerwowo przełknął ślinę. Co teraz? Niby prosił się o śmierć wysyłając ten list, ale dzisiejszy dzień zmienił tak wiele. Na nowo rozpalił się w nim ten płomyk nadziei na spełnienie swojego najskrytszego marzenia, na nowo odnalazł sen życia. Obudził w nim wole walki, chciał dowiedzieć się wszystkiego. Nie mógł teraz tak po prostu umrzeć, tylko czy Czarny Pan łaskawie poczeka? To było raczej wątpliwe.

Przeskakiwał wzrokiem z twarzy na twarz, gdy nagle coś do niego dotarło. Voldemort wcale nie był tak odpychający jak zwykle. I wcale nie chodziło tu o to dziwne odczucie. Nie miał już zniekształconej twarzy bez nosa, nie był też tak przeraźliwie trupio blady. Nie wyglądał już jak wężowaty stwór. Czarne, proste włosy opadały miękko na smukłą, jasną twarz. Pojedyncze pasma grzywki wpadały do czerwonych oczu, co jednak wcale nie przeszkadzało Tomowi. Ale tym co chyba najbardziej przykuło uwagę, to sam fakt posiadania przez Voldemorta smukłego nosa pasującego do wyraźnych kości policzkowych. Sylwetka mężczyzny też się zmieniła. Zdecydowanie przestał być tak kościsty. Nawet pod luźna koszulą można było dostrzec zarys mięśni. Albo się Harry'emu wydawało ale nawet przybyło mu kilka centymetrów wzrostu. Wyglądał jak we wspomnieniu z komnaty tajemnic, choć widać było że był teraz o wiele starszy. I do tego był cholernie przystojny. Co do tego nie było wątpliwości. Cóż, gdyby nie wiedział, że ten mężczyzna jest tym kim jest, nie rozpoznałby w nim tak dobrze znanego sobie postrachu czarodziejskiego świata.

-Wreszcie się spotykamy Harry Potterze. Długo kazałeś na siebie czekać – powiedział Voldemort chłodnym tonem, choć z nutką rozbawienia w głosie. Czemu? Zauważył szok malujący się na twarzy chłopaka. Widać, nie tego się spodziewał.

-Dziwi cię mój wygląd? Chyba nie myślałeś, że zamierzałem przez wieczność trwać w tamtym słabym ciele? Nie bądź naiwny- zakpił podchodząc do nastolatka.

Harry spiął się cały gdy smukłe palce mężczyzny zacisnęły się na jego ramieniu. Wystarczył jeden szybki ruch, by znalazł się na ziemi u stóp Czarnego Pana. Ten uśmiechnął się w ten swój okropny sposób, który kiedyś wywoływał tylko obrzydzenie i strach u innych.

-Nie nauczyłeś się jeszcze, że jak się z kimś rozmawia, a ten stoi należy również powstać. Do czego to doszło, żebym musiał ci mówić takie rzeczy Wybrańcze. Czyż nie tak jesteś nazywany w Proroku? Harry Potter, wybraniec który uratuje świat przed moim terrorem. Gdyby tylko wiedzieli jak słaby jesteś. Ciekawe czy dalej tak chętnie trwali by po Twojej stronie- szydził z niego w najlepsze. Mrużył przy tym niebezpiecznie oczy, niczym kobra szykująca się do ataku.

-Od ciebie nie mam zamiaru się niczego uczyć- Potter wreszcie wstał z podłogi i niemal natychmiast tego pożałował. Przed oczami pojawiły mu się ciemne plany, a świat zaczął wirować. Czyżby naprawdę był aż tak słaby? Ledwo utrzymał równowagę. Mimo to gdy tylko zawroty minęły wyprostował się dumnie i spojrzał w te czerwone ślepia.

-No proszę, jednak jeszcze nie poddałeś się do końca. To dobrze, zwłaszcza, że zmieniłem plany w stosunku do ciebie.

- Niby na jakie?- zapytał chłopak starając się zachować jak najbardziej obojętny ton.

-O czyżby jednak Złoty Chłopiec stał się chętny do współpracy? Jesteś taki przewidywalny Potter. A teraz mów jak odkryłeś mój mały sekret- zasyczał złowieszczo. Od razu było widać, że taryfa ulgowa się skończyła. Mimo to nastolatek zdawał się tego nawet nie zauważać.

-A czy to ważne? Wiem i tyle. Ale może porozmawiamy bez światków, wątpię, by twoje sługusy wiedziały cokolwiek o wiesz czym.

-To ja tu decyduje Potter, nie zapominaj o tym. Crucio – różdżka w ręku pojawiła się nie wiadomo skąd niosąc ze sobą falę nieziemskiego bólu. Młodszy czarodziej od razu opadł na kolana z całych sił starając się nie krzyczeć. Nie, nie podda się. Nie teraz. Zaciskał pięści i zagryzał wargę niemal do krwi. Czarny Pan widząc to uśmiechnął nieznacznie, co nie mogło wróżyć nic dobrego.

-Wyjść – rozkazał cofając urok. Śmierciożercy pospiesznie wykonali polecenie. Wiedzieli, że zadowolony Mistrz jest równie niebezpieczny co ten wściekły. Lepiej więc było zejść mu z oczu i czekać, niż trwać tam bez sensu.

W chwili gdy drzwi się za nimi zamknęły, Czarny Pan zacisnął palce na szczęce chłopaka.

-A teraz gadaj bachorze. Skąd wiesz o Horkruksach?- zapytał lodowatym tonem zbliżając swoją „nową" twarz do Pottera.

-A jak myślisz? Jak zwykle wszystkiego co mnie dotyczy dowiaduję się przypadkiem. Zwyczajnie byłem w odpowiednim miejscu, o odpowiednim czasie. A teraz łaskawie mnie puść, bo jeszcze trochę i połamiesz mi szczękę i się niczego nie dowiesz- wyjęczał chłopak. Zdecydowanie nie było wygodnie mówić, gdy ktoś nie pozwala ci w ogóle otwierać ust.

Od kiedy to Potter, jest tak bezczelny i hardy? Czy to naprawdę on wysłał tak żałośnie brzmiący list? Przecież tak się nie zachowuje osoba na skraju rozpaczy. No chyba, że szczeniak próbuje mnie sprowokować…"

Takie myśli towarzyszyły Voldemortowi, gdy przyglądał się chuderlawemu dzieciakowi przed nim. Zdecydowanie nie poznawał go, sam już nie wiedział co o tym wszystkim sądzić. Głośno by się do tego nie przyznał, ale szczeniak zaczynał go intrygować. Coraz bardziej i bardziej…

Gwałtownym ruchem odepchnął go sprawiając, że chłopak uderzył w szafkę. Cichy syk wydobył się z gardła Pottera. Mimo to nie zrobił nic, by w jakiś sposób zareagować. Jedynie powoli się podniósł i usiadł na materacu, zupełnie jakby przed chwilą nie został potraktowany jak ścierwo.

-Niech ci będzie. W końcu ciebie to też dotyczy. Ale od początku i lepiej, żebyś mi nie przerywał bo się gówno dowiesz.- zarządził, krzyżując ręce na piersi. Jego spojrzenie stwardniało, zupełnie jakby próbował zdominować swojego rozmówcę. Raczej marne szanse, ale co mu szkodzi spróbować.

-Naprawdę Potter myślisz, że jesteś w stanie mną rządzić? Chyba wcześniej nie doceniałem twojego poczucia humoru- Czarny Pan zaniósł się gromkim śmiechem. Tak, Voldemort śmiał się szczerze chyba po raz pierwszy od ładnych kilku lat.

-Taa, też się cieszę, że cię rozbawiłem- sarknął chłopak spuszczając z tonu. – W piątej klasie prowadziłem potajemnie treningi w ramach Gwardii Dumbledore'a. Była to niewielka grupa, gdzie razem uczyliśmy się na własną rękę obrony. Któregoś dnia zostałem sam w pokoju życzeń. Tak, to tam obywały się zajęcia. W każdym razie sam nie wiem co chciałem znaleźć. Usiadłem na materacach i zacząłem myśleć o czymś, co pomogłoby mi w pokonaniu ciebie. Coś, o czym wiedziałoby mało osób. Wtedy z półki z książkami wyleciał niezbyt gruby tom. Otworzyłem go na przypadkowej stronie i zacząłem czytać. Jak się domyślasz, była ona o horkruksach. Były w niej dokładne opisy jak je stworzyć i zniszczyć. Wtedy jeszcze nie zwróciłem uwagi na kilka szczegółów, jak się później okazało niezwykle istotnych.

-Kilka miesięcy później udaliśmy się do Ministerstwa, po tę nieszczęsną przepowiednie. Wtedy mnie opętałeś. Pamiętasz, w czasie tej naszej malej walki. Od tamtej pory zacząłem czuć w sobie twoją wyraźną obecność. Słyszałem twój głos odzywający się do mnie gdzieś na dnie mojego umysłu. To nie było tak, jak z wizjami od ciebie. To było coś zupełnie innego. Gdybyś był prawym czarodziejem, pomyślałbym, że zacząłeś pracować jako moje sumienie. W każdym razie. Dyrektor wezwał mnie do siebie. Wtedy przypadkiem podsłuchałem pod drzwiami gabinetu, jak Drops do kogoś mówił, że musi znaleźć te horkruksy. I że… - tu mu się głos na chwilę załamał – i że obawia się, że ja mogę mieć coś z nimi wspólnego. Że niepokoi go ta nasza więź. Niewiele pamiętam z tamtej rozmowy. Jedyne co to, utkwił mi w pamięci obraz pierścienia na jego palcu. Był nietypowy, nie pasował do niego. Był zbyt ślizgoński, jeśli wiesz co mam na myśli. Gdy go później zobaczyłem tuż przed wyjazdem, był już zniszczony, a dłoń dyrektora leciutko poszarzała.

-To jeszcze nie wyjaśnia Potter skąd wiesz, że jednak jesteś moim horkruksem.- chyba po raz pierwszy w życiu, Harry usłyszał w głosie Lorda zaintrygowanie. Naprawdę chciał się dowiedzieć prawdy. To było coś zdecydowanie nie spotykanego. Chyba nikt, by mu nie uwierzył, gdyby komukolwiek powiedział, że zaciekawił samego Voldemorta.

-Eh. Po tym jak usłyszałem tę rozmowę postanowiłem znowu zajrzeć do tej książki. Wszystko się zgadzało. Czułem w sobie coś obcego, co niewątpliwie było częścią ciebie. Jakby druga duszę. Głos, należał do ciebie. Zresztą nawet, gdyby nie brzmiał jak ty, to co mi podsuwał, zdecydowanie pasowało do Czarnego Pana. Zresztą Tom, nigdy Cię nie zastanawiało, jak to możliwe, że między nami jest aż tak silna więź? Przecież normalnie nie jest możliwa taka wymiana myśli. Potrafisz przesyłać mi wizje swoich czynów, nie tylko prawdziwych, ale i zmyślonych. Ja potrafię mimowolnie wkradać się do twojego umysłu. Nawet Dumbledore nie potrafił tego wyjaśnić. Do tego przekazałeś mi część swojej mocy, dzięki tobie jestem wężousty. Zresztą jeśli do tej pory miałem wątpliwości, dzisiejsza noc je rozwiała. – chłopak westchnął chowając twarz w dłoniach. Nigdy nie przypuszczał, że powie o tym wszystkim swojemu najgorszemu wrogowi. Że poczuje się lepiej wyrzucając to wszystko z siebie.

Voldemort słuchał cały czas dzieciaka. Starał sobie to wszystko ułożyć i znaleźć jakąś lukę przekreślająca cała tą bzdurna teorię. Czy nie powinien wiedzieć wcześniej, że Potter jest jego horkruksem? Wcześniej zawsze czuł, jak rozdzielała się jego dusza i zamieszkiwała w innym przedmiocie. W przypadku Nagini, wiedział nawet jak dusze mieszały się ze sobą. Więc czemu względem chłopaka nic takiego się nie stało. Czy to przez tą klątwę, która go wtedy ugodziła?

-Wiesz, że dziś na chwilę stałem się tobą? Omal nie zabiłem swojego kuzyna, torturowałem wujostwo. I wiesz co Tom, podobało mi się to. Wiem, że gdybym mógł powtórzyłbym to. Chciałem, żeby cierpieli, by błagali o litość. Nigdy nie przypuszczałem, że mogę być tak okrutny, że będę czerpał radość z mordowania. Czy ty jesteś szczęśliwy, gdy ludzie wiją się u twoich stóp?- zapytał spoglądając na mężczyznę swoimi oczami w kolorze Avady.

Voldemort uniósł brwi wyraźnie nie dowierzając własnym uszom. Czy Potter na prawdę zapytał go o coś takiego? Czyżby jego mały horkruks zaczął zmieniać strony?

Czarny Pan uśmiechnął się tajemniczo na powrót przybierając swoją władczą pozę.

-Oj tak Potter, uwielbiam to. Wiesz wtedy, że jestem Panem życia i śmierci…

-Że ich los zależy tylko od twojego widzi mi się… -

- że masz władzę i potęgę…

-Czujesz ich strach, słabość. Napawasz się tym i pragniesz coraz więcej i więcej…

-Tak Potter i wiesz, że świat leży u twoich stóp- z gardła Lorda wydobył się niemal pomruk zadowolenia. Oj tak ten chłopak zaczynał podobać mu się coraz bardziej. Zwłaszcza teraz, kiedy widział, jak na jego oczach powoli przeistaczał się w coraz mroczniejszą wersję samego siebie. Widział, jak tęczówki chłopaka stają się coraz bardziej czerwone, aż wreszcie przybierają odcień jego własnych. Oj tak, Potter, był jego horkruksem, teraz miał co do tego pewność.

-Nadal chcesz bym cię zabił Harry?- zapytał przesuwając końcem różdżki po jego szczęce.

-Nie, nie teraz gdy wreszcie udało mi się przebudzić.- odpowiedział głosem znacznie mroczniejszym niż zazwyczaj.

Wszystko jednak szybko prysło jak bańka. Harry otrząsnął się z tego dziwnego stanu. Na powrót, był przestraszonym nastolatkiem o zielonych oczach. Spojrzał zdezorientowany na Voldemorta. Przełknął nerwowo ślinę, widząc nagłą reakcję Lorda.

Czarny Pan przestał się uśmiechać, a jego usta wykrzywiły się we wściekłym grymasie. Czemu Potter nie mógł być taki jak przed chwilą już zawsze? Durny szczeniak, ale już on się postara, by horkruks w chłopaku na stałe przejął nad nim kontrolę.

-Nawet nie waż się stąd ruszać- warknął wychodząc pospiesznie z pokoju trzaskając za sobą drzwiami. Chłopak został sam z ogłupiałym wyrazem twarzy.

-Skoro taka jest Twoja wola Panie. Potter zostanie tutaj dopóki nie wydobrzeje, a potem odstawimy go do Czarnego Dworu.- Malfoy posłusznie skłonił się przed swoim Mistrzem.

-Severusie, nikt nie może się dowiedzieć, że chłopak jest z nami. Zrozumiano?

-Tak Panie.

Chwilę później, Voldemorta już nie było. Dwaj śmierciożercy popatrzyli po sobie z niedowierzaniem. Co się takiego stało, że Czarny Pan postanowił oszczędzić chłopaka. Ba mieli o niego zadbać i sprawić, by wydobrzał. Dlaczego? Czy Potter nie miał zginąć jeszcze tej nocy? Nic nie rozumieli, ale przez te lata nauczyli się, żeby nie kwestionować rozkazów jeśli im życie miłe.

Harry jeszcze długo nie mógł dojść do siebie po wizycie Toma. Czy to wszystko działo się naprawdę? A może to jeden z tych dziwnych snów, z którego trudno się wybudzić? Nie, tym razem rzeczywistość była bardziej zagmatwana niż najdziwniejszy nocny obraz.

Miał tu zostać, Malfoy już mu to oznajmił. Tyle, że on nie miał takiego zamiaru. Nie teraz. Nie miał czasu do stracenia. Rozejrzał się po pokoju i w nogach łóżka zobaczył swój kufer. Na szafce leżała jego różdżka. Pospiesznie wstał, założył na siebie czyste ubrania, szkatułkę z pamiątkami rodzinnymi schował do kufra, po czym wszystko pomniejszył i wsadził do kieszeni. Nie przejmował się już używaniem czarów, tym, że mogą go namierzyć. Po tym co dziś zrobił, wiedział, że kolejne użycie różdżki nic nie zmieni.

Po cichu wymknął się z posiadłości. Jak teraz żałował, że nie potrafi się deportować. Ile by to ułatwiło? A tak? Musiał przemierzać niekończący się ogród Malfoy Manore, by dostać się do najbliższej wioski. Musiał wezwać Błędnego Rycerza póki jeszcze nikt, się nie zorientował, że uciekł.

Wreszcie po dobrej godzinie marszu dotarł do wiejskiej drogi. Zaciągnął mocno kaptur szaty na głowę. Oczywiście wcześniej ukrył emblemat Hogwartu pod zaklęciem kameleona. Machnął różdżką i po chwili musiał odskoczyć, by nie zostać przejechanym przez fioletowy autobus.

-Witam w imieniu załogi Błędnego Rycerza, nadzwyczajnego środka transportu dla czarownic i czarodziejów zagubionych w świecie mugoli. Nazywam się Stan Shunpike i tej nocy będę pańskim przewodnikiem. Dokąd? – zapytał pryszczaty mężczyzna robiąc przejście dla Harry'ego.

- Wilington High- powiedział szybko, żeby go nie rozpoznano. Zaraz też zajął miejsce jak najdalej od konduktora. Ten tylko wzruszył ramionami i ruszyli.

Tak jeszcze trochę i będzie miał dowód, że całe jego życie było kłamstwem. Ale kto wie, może jednak znajdzie miejsce, które wreszcie będzie mógł nazwać domem.

oOo

-Jak to zniknął!- Lucjusz ryknął co sił w płucach na kulącego się skrzata.

-Maczek przeprasza, Maczek nie wie jak to się stało. Maczek poszedł sprawdzić, jak się panicz Harry czuje, ale panicz Harry zniknął. – stworzenie chlipało pociągając siarczyście nosem. Nie znosiło zawodzić swojego Pana, zwłaszcza w tak ważnych sprawach.

-Zejdź mi z oczu bo zamorduję- warknął wykopując skrzata z pokoju. Zaraz też dopadł do kominka i cisnął garść proszku Fiuu w ogień.

-Sev mamy problem…

oOo

Harry dotarł na miejsce nie rozpoznany. Gdy wreszcie się zatrzymali, pośpiesznie opuścił autobus i ruszył ciemną drogą. Nie wiedział gdzie jest, lecz mimo to, jego nogi same go niosły. Zupełnie jakby czuły, w którą stronę mają się kierować. Chłopak w tym czasie próbował zebrać myśli. A co jeśli, znowu go oszukano? Albo nie znajdzie tej posiadłości, lub co gorsza zastanie ją pustą. Przecież istniało bardzo duże prawdopodobieństwo, że jego dziadkowie nie żyją. Po co więc się łudzić? Mimo to z całego serca pragnął, by się tym razem mylił. By drzwi otworzyła mu uśmiechnięta kobieta, taka starsza wersja panie Weasley, która okazałby się jego rodziną. Czy pragnął tak wiele?

Kolejna godzina minęła mu na błądzeniu po lesie. W końcu poczuł coś dziwnego. Jakby przeszedł przez jakąś barierę. Czy to możliwe, że dotarł na miejsce? Przecież ciotka wspomniała, że posiadłość jest bardzo mocno chroniona, że tylko zaproszeni i członkowie rodziny, mogą od tak dostać się na jej teren. Czy więc właśnie ta dziwna fala energii zaakceptowała go jako, cóż dziedzica?

Przyspieszył kroku. Chciał jak najszybciej znaleźć się na miejscu. Sam nie wiedział nawet kiedy zaczął biec. Dzięki Snape'owi nie musiał się już przejmować ani skręconą kostką, ani połamanymi żebrami. Chyba będzie mu musiał kiedyś podziękować, o ile oczywiście pokona w sobie tą chyba wrodzona niechęć do tłustowłosego dupka.

Przed jego oczami ukazała się stara posiadłość. Jej ciemne ściany niemal stapiały się w jedno z nocnym niebem i czarną linią lasu. Od razu było widać, że ten dom, przeżył już nie jedno pokolenie Breinfordów. Mimo to, był zadbany i bez wątpienia zamieszkany! Z komina wydobywała się cienka stróżka dymu. Ciekawe czy domownicy już śpią?

Harry zatrzymał się i zaczerpnął głębszy oddech.

Chyba już nie ma odwrotu co?

-Sam chciałeś tu przyjść więc nie tchórz Potter.

Oj zamknij się, nie mówiłem do ciebie.

Chłopak z lekkim wahaniem ruszył w kierunku drzwi. Czemu miał wrażenie, że w ogóle się nie zbliżał? Albo, że czas stanął w miejscu? Dłonie pociły mu się z nerwów, a serce znacznie przyspieszyło. Oto nastał moment, gdy wszystko stanie się jasne.

Podszedł do drzwi i zastukał kołatką. Oby nie spali. Powtórzył czynność. Wtedy drzwi otworzyły się i stanęła w nich najmniej spodziewana osoba.

- To ty!