Wybaczcie za tak długą nieobecność, ale nie byłam w stanie napisać niczego sensownego. Mam jednak nadzieję, że ten rozdział co nieco wyjaśni i zachęci was do dalszego śledzenia losów Harry'ego. No ale nie zanudzam was dłużej. Przyjemnej lektury!
Beta jak zwykle dzięki cierpliwości Asuki.
VII
Nie mógł uwierzyć w to, co zobaczył. Jak to możliwe? Co ON tutaj robił? Ten zdrajca. Mały, podły, szczurowaty zdrajca! Peter Pettigrew, bo to o nim jest mowa, stał w drzwiach z równie zaskoczoną miną co Potter. Szybko mrugał i chyba na chwilę zapomniał jak się oddycha. Widać, sam nie spodziewał się, że po otworzeniu drzwi ujrzy nikogo innego, jak swojego dawnego wybawcę. Otrząsnął się szybko, wydając przy tym wysoki pisk, a na jego twarzy pojawił się szeroki uśmiech. Nim chłopak zdążył zareagować, szczur już doskoczył do niego zamykając go w żelaznym uścisku.
-Harry! Harry jak dobrze cię widzieć! Przyszedłeś odwiedzić swojego szczurka prawda? Jesteś tak podobny do Jamesa. On też by tak zrobił- piszczał niczym utęskniony szczeniak cieszący się z powrotu swojego pana.
Potter cały się spiął i jednym gwałtownym ruchem odepchnął od siebie mężczyznę. Nie miał zamiaru dłużej tego znosić. Jak w ogóle śmiał go dotknąć i wspominać przy tym jego ojca! To niedopuszczalne! Wyciągnął różdżkę i przyłożył jej koniec do szyi Pettigrew.
-Nie dotykaj mnie! I nawet nie waż się więcej wspominać o moim ojcu ty zdrajco! –złość kipiała w nim nie mogąc znaleźć odpowiedniego ujścia. Miał ochotę rozszarpać go tu i teraz. To przez niego zginął Cedrik. Gdyby nie Peter, Syriusz nie musiałby się ukrywać, nie trafiłby w ogóle do Azkabanu. I co najważniejsze, on sam nie byłby sierotą. Chwilowo nienawidził go bardziej niż Voldemorta, choć wątpił, że to w ogóle możliwe.
-Co ty tu w ogóle robisz szczurze? – odezwał się nienaturalnie lodowatym tonem. Jego tęczówki znowu były czerwone jednak teraz w pełni panował nad swą „mroczną" naturą. Korzystał z jej mocy i możliwości, rozkoszując się tym. Po raz pierwszy, w sposób w pełni świadomy, zgadzał się na poczynania horkruksa.
Pettigrew nic nie odpowiedział. Ponownie pisnął przyciskając do siebie srebrzysty cień, który służył mu za dłoń. Bał się. Nie śmiał się nawet drgnąć, nie wspominając już o ucieczce. Czuł magię wirującą wokół nich. Mroczna aura „wylewała" się z Pottera zdolna przytłoczyć każdego, kto znajdował się w pobliżu. Była potężna i mężczyzna nie miał wątpliwości co do tego, że nie chce się przekonać na własnej skórze do czego jej właściciel jest zdolny.
-Ha..Harry… ale nie zrobisz mi krzywdy p..prawda? –wyjąknął osuwając się po ścianie. Kiedy się cofnął na tyle, by się do niej dostać nie miał pojęcia.
-Niby dlaczego miałbym darować ci życie? Po tym wszystkim co przez ciebie wycierpiałem? Chyba żartujesz. Już kiedyś popełniłem ten błąd. Mogłem pozwolić im cię zabić, może Syriusz wtedy by żył, a tak? Muszę wymierzyć sprawiedliwość za niego. Jakieś ostatnie słowa zdrajco?- ton Pottera był ostry, nieustępliwy. Harry był gotów zabić, nie patrząc na konsekwencje. Chęć zemsty przesłaniała mu wszystko.
-O i nawet nie próbuj się przemienić o ile nie chcesz zginąć w męczarniach. Nienawidzę polować na śmierdzące szczury- wysyczał mocniej zaciskając palce na różdżce.
Peter modlił się już tylko o cud. Czy naprawdę tak ma skończyć? Zamordowany przez syna swojego najlepszego przyjaciela? Po tylu latach służenia Czarnemu Panu, ma go dobić jakiś hogwarcki szczeniak?
Przełknął nerwowo ślinę. Był blady, a jego czoło zdobiły kropelki potu.
-Harry, nie rób tego….- wyjąknął w desperackiej próbie przedłużenia swojego życia choćby o kilka chwil.
-Na twoim miejscu nie mówiłbym mi, co mogę a czego nie. Cóż, a teraz żegnaj. Chciałbym powiedzieć, że było miło cię spotkać, ale czasem prawda jest o wiele zabawniejsza niż najpiękniejsze kłamstwo- uśmiechnął się drwiąco, a na końcu różdżki pojawiło się zielone światełko. Oczy byłego huncwota rozszerzyły się w przerażeniu, a usta otworzył w niemym krzyku …
-Co się tutaj dzieje?- za plecami mężczyzny rozległ się kobiecy głos. Harry przerwał morderczą formułę i spojrzał w głąb korytarza chcąc zobaczyć co się dzieje. Kto w ogóle śmie przerywać mu wymierzanie zemsty?
Peter nie mógł uwierzyć we własne szczęście. Zdarzył się cud, o który tak błagał. Szybko się podniósł i doskoczył do wyłaniającej się z mroku kobiety.
-Pani… Potter, Harry Potter przybył – wyrzucił szybko starając się znaleźć jak najdalej od swojego oprawcy.
-O czym ty znowu bredzisz Pettigrew? Przecież to nie możliwe, żeby Harry…. Na Merlina, a jednak- wyjąknęła stając jak rażona piorunem.
-To naprawdę ty?- zapytała przyglądając się chłopcu szeroko otwartymi oczami.
Czarnowłosy młodzieniec opuścił różdżkę. Rządza zemsty uleciała z niego całkowicie. Teraz cała jego uwaga skupiła się na osobie przed nim. Kobieta była niewysoka, miała rudawe włosy i niesamowicie zielone oczy, jego oczy, oczy jego matki. Od razu zobaczył wiele rys, takich samych jak jego. Tylko czy to możliwe?
-Cordelia… Cordelia Breinford?- głos mu się załamał. Jego zielone tęczówki zalśniły od napływających łez. Czy to możliwe? Udało mu się? To nie był żart? Znowu miał rodzinę?
Czarownica stała jeszcze przez chwilę w zupełnym bezruchu. A potem tama runęła. Pobiegła do Harry'ego i zamknęła go w swoich ramionach. Po policzkach spływały jej łzy, mocząc tym samym szatę chłopaka. Jednak żadne z nich się tym nie przejmowało.
-Nawet nie wiesz, jak długo czekałam na tą chwilę. Wreszcie, po tylu latach znowu tu jesteś. Tak się cieszę, tak się cieszę- łkała nie próbując nawet powstrzymywać emocji. Harry zacisnął dłonie na szacie kobiety, chowając twarz w jej rudych kosmykach. Sam zaczął płakać. Peter przestał go obchodzić, a Voldemort… Kto to do cholery jest Voldemort? Nic nie mogło zepsuć mu tej chwili. Nic, ani nikt się nie liczył.
Pettigrew ukrył się w cieniu i obserwował tą rodzinną scenę. Cóż, nigdy by się nie spodziewał, że kiedykolwiek zobaczy coś takiego. Cordelia Breinford którą znał, była osobą nieustępliwą, dumną i okrutną. Czasem myślał, że w ogóle jest pozbawiona uczuć, a jej serce dawno zamieniło się w kamień. A tym czasem płakała trzymając w ramionach szczeniaka Potterów. Kto by przypuszczał. Szybko przemienił się w szczura i pognał w głąb domu. Musiał szybko donieść komuś o tej scenie.
Minęło sporo czasu zanim odsunęli się od siebie. Ich oczy były zapuchnięte i czerwone od łez, jednak żadnemu z nich to nie przeszkadzało. Kobieta otarła twarz i objęła ramieniem Harry'ego. Uśmiechnęła się delikatnie do niego i pociągnęła za sobą.
-Wejdźmy, pewnie jesteś głodny. Zaraz każę skrzatom przygotować coś dla ciebie- powiedziała już pewnym tonem, odzyskując panowanie nad sobą.
Czarnowłosy chłopak kiwnął głową i razem weszli do przestronnej rezydencji. Nie wiedział na czym skupić wzrok. Czy na licznych obrazach czy na barwnych gobelinach rozwieszonych wzdłuż korytarza. Wszystko było w ciemnych kolorach, dominowały odcienie zieleni i granatu, gdzieniegdzie poprzecinane czarnymi przedmiotami. Mimo to całość była niezwykle przytulna. Z obrazów ciekawsko przyglądało mu się wielu czarodziei szepcących między sobą „To on?", „Kto by się spodziewał, że tu wróci", „Ależ panienka będzie zachwycona".
Nim się zorientował już znalazł się w przestronnym salonie. Niewątpliwie w ślizgońskim stylu. Czarne, skórzane kanapy i fotele stały wokół niedużego, szklanego stolika przy kominku. Przy ścianach stały liczne regały wypełnione książkami, zdjęciami i drobnymi bibelotami. Świece w czarnych kandelabrach rzucały delikatne, zielonkawe światło.
-Tu jest jak w pokoju wspólnym Slytherinu.- stwierdził siadając na kanapie. Rozglądał się z zainteresowaniem wywołując tym samym cichy chichot u kobiety.
-Wiem, że jesteś gryfonem, ale mam nadzieję, że ci ten wystrój nie przeszkadza.
-Pani żartuje? Jest świetny!- zapewnił ją gorliwie skupiając swoją uwagę na niej.
-Harry, nie mów do mnie pani. W końcu jesteśmy rodziną. Proszę, mów do mnie babciu lub ewentualnie po imieniu.
-Ee dobrze Cordelio- poprawił się szybko opuszczając głowę.
-Domyślam się, że masz wiele pytań, ja zresztą nie mniej, ale zaczekamy z tym do rana dobrze? Serpens pewnie też chciałby to usłyszeć i wyjaśnić niektóre rzeczy. Zresztą Sophie też jutro dotrze.
-Sophie?- zapytał w myślach przywołując obraz drzewa genealogicznego. Nikogo jednak nie znalazł o tym imieniu. No dobra była jedna, jednak teraz nie mogło być o niej mowy. W końcu tamta Sophie żyła dobre 200 lat temu.
-Nie wiesz kto to? Dumbledore nic ci nie powiedział?- zapytała wyraźnie zaskoczona kobieta.
-Tak naprawdę dyrektor o niczym mi nigdy nie mówił. Wszystko przede mną ukrywa i zaczynam myśleć, że jeżeli sam przypadkiem nie natrafię na jakieś wskazówki i nie rozwiążę sprawy na własną rękę niczego się nie dowiem.- Harry zacisnął pięści na materiale spodni i spojrzał w ogień tlący się jeszcze na kominku. Ciekawe ilu jeszcze rzeczy ten stary drops mu nie powiedział? Co przed nim ukrywał i w ogóle jakim prawem to robił?
Pani Breinford sama musiała nad sobą mocno panować, żeby natychmiast nie napisać co najmniej wyjca do dyrektora, w którym wygarnęłaby wszystko co o nim myśli. Od dłuższego czasu, miała mu wiele do zarzucenia, ale teraz ten miłośnik szlam i mugoli zdecydowanie przesadził. Ale nie, teraz miała ważniejsze rzeczy do roboty niż wyrównywanie rachunków ze starym trzmielem.
-Spokojnie Harry, rano ci wszystko wyjaśnimy i dowiesz się o całej historii naszej rodziny. Domyślam się, że nikt ci nie wyjawił naszych tajemnic. No ale dobrze, to rano. Teraz marsz do łóżka. No chyba, że poczekasz jeszcze chwilę, aż skrzaty skończą przygotowywać dla ciebie posiłek - uśmiechnęła się do niego ciepło i potargała mu lekko jego czarne włosy.
-Nie, dziękuję. I tak nie byłbym teraz w stanie nic przełknąć- Harry leciutko się zarumienił i wstał z miejsca.
-Dobrze, w takim razie Maczku!- zawołał i po chwili u jej stóp pojawił się skrzat domowy ubrany w szmaragdową tunikę.
-Pani wzywała?- zapytał swoim piszczącym głosem, nosem dotykając podłogi.
-Tak, zaprowadź Harry'ego do jego nowego pokoju. Trzecia sypialnia- zarządziła. Skrzat kiwnął głową i ukłonił się przed gryfonem.
-Panicz pójdzie za Maczkiem.- zapiszczał i ruszył przez salon.
-Dobrze, dobranoc- pożegnał się z kobietą i wyszedł za swoim przewodnikiem.
-Tak dobranoc Harry- Cordelia uśmiechnęła się lekko i przywołała do siebie kawałek pergaminu, pióro i atrament szybko skrobiąc notatkę dla kilku osób. Lepiej powiadomić ich od razu. Nie ma sensu już dłużej zwlekać, wreszcie po tylu latach mogą się ujawnić.
-To tylko sen, na pewno zaraz obudzi mnie krzyk ciotki Petunii. Tak na pewno tak będzie- mruczał do siebie przekręcając się na drugi bok. Eh. A miał taki piękny sen. Dowiedział się, że ma rodzinę, zemścił się na Dursley'ach, odnalazł dom swoich dziadków, a rano miał się dowiedzieć całej prawdy. Jaka szkoda, że to nie rzeczywistość…
Poczuł jak ktoś nim poszturchuje. Tak to na pewno ciocia.
-Panicz Harry już wstanie. Panicz wstanie- coś zapiszczało mu przy uchu.
„Panicz? Ale czemu ktoś tak do mnie mówi?" szybko otworzył oczy i pierwsze co zobaczył to para dużych, brązowych oczu wpatrujących się w niego. Krzyknął i poruszył się tak gwałtownie, że z impetem wylądował na podłodze.
-Maczek przeprasza! Nie chciał przestraszyć panicza, ale panicz musi już wstawać. Za pół godziny będzie śniadanie, sir- skrzat zapiszczał gorliwie potrząsając głową.
-Dobrze, już dobrze. Tylko proszę nie mów tak do mnie. Samo Harry wystarczy- mruknął podnosząc się z podłogi. Stworzenie skłoniło się nisko i zniknęło z głośnym trzaskiem.
Czyli jednak to prawda? Nie przyśniło mu się to? Uszczypnął się, jednak obraz pokoju nie zniknął. Tak, zdecydowanie to była rzeczywistość. Na jego wychudzonej twarzy zagościł szeroki uśmiech. Z pewnością, dziś zaczyna się nowy, oby szczęśliwszy rozdział w jego życiu.
Pospiesznie udał się do łazienki i zajął się poranną toaletą. Uprzednio oczywiście odczarował swój kufer. Założył ciemne spodnie i białą koszulę. Cóż były to jego najlepsze rzeczy, które normalnie służyły mu za bazę do mundurku. Co jak co, ale wolał się im nie pokazywać w zdecydowanie za dużych rzeczach po Dudley'u. Oj, przydałaby mu się wypad na Pokątną, ale po tym co zrobił, wątpił, że od tak pozwolą mu spacerować po sklepach. Eh, czemu zawsze musiał mieć pod górkę?
Z rozmyślań wyrwało go pojawienie się skrzata.
-Panicz Harry gotowy?- zapytał kłaniając się.
-Już Ci mówiłem, żebyś używał tylko mojego imienia- warknął nieco zirytowany.
-Ale sir, my skrzaty musimy okazywać szacunek mieszkańcom tego domu, sir- zapewniał go na tyle żarliwie, że duże uszy załopotały niczym żagle na wietrze.
-Ehh niech ci będzie. Zaprowadzisz mnie na śniadanie?- zapytał po raz ostatni zerkając w lustro.
-Tak sir, proszę za mną- zapiszczał i razem ruszyli krętymi korytarzami. Harry przeklął w myślach. Jakim cudem ma zapamiętać cały schemat domu skoro tyle tu różnych korytarzy i klatek schodowych!
Wreszcie dotarli do dwuskrzydłowych, bogato rzeźbionych drzwi. Gdy tylko przed nimi stanęli, te otworzyły się ukazując wnętrze. Był tam zaledwie „malutki" stół mogący pomieścić co najmniej 15 osób, kominek i stary kredens.
W środku czekała już na niego dwójka ludzi. Oczywiście jedną z obecnych była Cordelia. Drugim zaś był już podstarzały mężczyzna. Jego brązowe włosy poprzeplatane były pasmami siwizny, lecz mimo to wcale nie przypominał starca. Bił od niego majestat, jak na prawdziwego arystokratę przystało. Gdy tylko Harry przekroczył próg, przerwał swoją rozmowę z kobietą i zwrócił się ku niemu. Jego zielone oczy zatrzymały się na chłopaku i przez chwilę przyglądał mu się badawczo. Zupełnie jakby oceniając z kim ma do czynienia. Wreszcie, po minucie, która dla Pottera ciągnęła się całą wieczność, mężczyzna uśmiechnął się lekko i rozłożył ręce niczym do uścisku.
-Harry chłopcze, podejdź do nas. Nie denerwuj się- powiedział nad wyraz miłym tonem i gdy tylko młodzieniec zbliżył się do nich, uściskał go serdecznie.
-Jak pewnie się domyślasz, jestem Serpens Breinford, twój dziadek. Niech no ja ci się przyjrzę. Sama skóra i kości. Co ta Petunia sobie myśli! Spokojnie, sprawimy, że szybki wrócisz do formy. A teraz siadaj, mamy wiele do omówienia po śniadaniu- Harry był zaskoczony taką wylewnością ze strony mężczyzny. Dobra, rozumiał, że są rodziną i w ogóle, ale nie spodziewał się, że z marszu go zaakceptują i okażą mu swego rodzaju troskę. Przyjemne ciepło rozlało się w jego wnętrzu i nic już nie mógł poradzić na szeroki uśmiech, jaki wkradł mu się na twarz. Szybko zajął, jak przypuszczał, swoje miejsce i zabrał się za jedzenie. Od bardzo dawna nie widział tylu smakołyków na raz. Zupełnie jak na ucztach w Hogwarcie. Ciekawe, czy posiłki zawsze tak tu wyglądają?
Przez całe śniadanie nikt się nie odezwał. Mimo to, nie czuć było tej przytłaczającej ciszy, jakiej by się było można spodziewać. Wręcz przeciwnie. Harry czuł się wyjątkowo dobrze w tej atmosferze. Zupełnie wystarczała mu sama obecność tej dwójki. Więc to takie uczucie mieć normalny dom…
Po posiłku, pan Breinford zaprowadził ich do salonu, gdzie zajął jeden z foteli przy kominku. Cordelia usiadła na kolejnym, a Harry spoczął na kanapie tak, by mógł ich dobrze widzieć.
-Więc Harry, wiem, że chciałbyś od razu się wszystkiego dowiedzieć i obiecuję ci, że tak się stanie, ale najpierw chciałbym zadać ci kilka pytań. Jak się dowiedziałeś?- zaczął rzeczowo Serpens uważnie przyglądając się nastolatkowi.
Harry westchnął cicho i przymknął oczy przywołując do siebie wszystkie wspomnienia z ostatnich dwóch dni.
-To był czysty przypadek. I od razu mówię, że nie wiem zbyt dużo. Wuj Vernon miał przyjmować wieczorem gości. Musiałem więc zejść im z oczu i jak zwykle udawać, że nie istnieję. Ciotka Petunia na ten czas zamknęła mnie na strychu z nakazem dokładnego wysprzątania go. W gruncie rzeczy to dobrze, że to zrobiła. Na dworze strasznie padało, a nie miałem ochoty pielić grządek, gdy woda lałaby mi się po plecach. W każdym razie, kiedy układałem pudła potknąłem się i wysypałem zawartość jednego z nich na podłogę. To były rzeczy mojej mamy. Znalazłem jej pamiętnik z którego wypadł jakiś list. Było to drzewo genealogiczne od was. Nawet nie wiecie jak byłem zaskoczony, gdy go zobaczyłem. Do tej pory wszyscy mi wmawiali, że mama była z mugolskiej rodziny, a tu się okazuje, że nie tylko była czarownicą, ale też wywodziła się ze starej rodziny czystej krwi. No i ciotka, która jest charłakiem. Nigdy o tym nie mówiła. – Harry na chwilę zamilkł zbierając się w sobie. Teraz była ta najgorsza część, panicznie bał się reakcji swoich dziadków. To zabawne, dopiero co ich poznał, a już obawiał się tego, że znowu wykreślą go ze swojego życia. Co by wtedy zrobił? Gdzie by się udał? Nie miał pojęcia.
-Poczekałem, aż goście wyjdą. Wtedy wróciłem do pokoju, spakowałem swoje wszystkie rzeczy i dopadłem ich w salonie. Ja.. ja ich torturowałem, żeby wyznali mi prawdę. Poraniłem wujka i omal nie zabiłem kuzyna.- wyjąknął chowając twarz w dłoniach. Trząsł się. Samo wspomnienie tego napawało go obrzydzeniem do siebie. Wtedy poczuł czyjąś rękę obejmującą go.
-Harry, nie zadręczaj się. Jeżeli to był jedyny sposób, by ci wyjawili te i tak szczątkowe informacje to było warto. Spokojnie, my cię nie zostawimy, no już nie płacz- Cordelia przytuliła go do siebie, dając mu to ciepło, którego teraz tak potrzebował. Jeszcze przez chwilę łkał starając się zapanować nad sobą.
-Potem, ktoś mnie ogłuszył. Jak się okazało byli to dwaj śmeirciozercy. Zabrali mnie do domu jednego z nich i tam zajęli się mną.
-To stąd miałeś te bandaże? Czemu w ogóle musiałeś je nosić?- zapytała kobieta delikatnie przesuwając dłonią po jego plecach.
-Ja… znaczy… eh. Wuj Vernon ostatnio ma problemy w pracy, a ja jestem jego ulubionym przedmiotem do odreagowywania. Od bardzo dawna Dursley'owie traktowali mnie gorzej od skrzata domowego. Musiałem wykonywać dla nich wszelkie prace domowe, a dopóki nie dostałem swojego listu z Hogwartu mieszkałem w komórce pod schodami- wyznał cicho podciągając kolana pod brodę.
-Co! Zabiję ich! Ich i Dumbledore'a! Ten stary piernik zapewniał nas, że masz się dobrze i jesteś szczęśliwy! Nikt nie powinien dorastać w takich warunkach!- ryknął mężczyzna gwałtownie wstając z fotela.
-Zaraz, to wy wiedzieliście, że mieszkam u Dursley'ów? Dlaczego nigdy mnie nie odwiedziliście, czy chociaż nie napisaliście?- zapytał Harry z wyraźną nutą wyrzutu w głosie.
-To nie tak, że nie chcieliśmy. Uwierz nam Harry, często myśleliśmy o tym, by cię zabrać do nas i nie raz prosiliśmy o to dyrektora. Ten jednak zawsze nam odmawiał i blokował wszelkie możliwości kontaktowania się z tobą. Obiecał nam, że wyzna ci prawdę, gdy pójdziesz do szkoły. Gdy to się stało wmówił nam, że nie chcesz mieć z nami nic wspólnego. A teraz się okazuj, że nie tylko milczał jak zaklęty, ale okłamał nas wszystkich.
-Że co zrobił? Jak śmiał! Nigdy mi o tym nie mówił, w zasadzie do wczoraj byłem przekonany, że moją jedyną rodziną są Dursleyowie. Zabije go, zabiję tego starego miłośnika dropsów!- krzyknął, nie zauważając nawet, że na szybie pojawiły się delikatne rysy.
-Harry spokojnie, też chce to zrobić, ale jeszcze nie teraz. Najpierw musisz się wszystkiego dowiedzieć. My zresztą też. Jestem ciekawa ile jeszcze rzeczy ten stary głupiec przed nami zataił. – warknęła kobieta zaciskając dłoń na ramieniu chłopaka.
-Może powiesz nam co było daje?- zachęcił chłopaka dziadek, na powrót siadając w fotelu.
-No dobrze. Więc jeden ze śmierciożerców wyleczył mnie. Kiedy się ocknąłem uznałem, że nie zostanę u nich ani minuty dłużej i uciekłem. Wezwałem Błędnego Rycerza i przyjechałem prosto tutaj. Resztę już znacie- powiedział już spokojniejszym tonem.
-Cóż, teraz już wiemy na czym stoimy. Maczku!- zawołał mężczyzna.
-Pan wzywał?
-Tak, sprowadź tu Sophie, chce, żeby też to usłyszała- skrzat kiwnął głową i już go nie było.
-Kim ona jest?- zapytał chłopak.
-Zaraz się dowiesz. I to będzie kolejny powód, za który musimy się zemścić.- powiedział tajemniczo pocierając palcami kąciki oczu.
Przez najbliższe kilka minut siedzieli w ciszy. Wreszcie, gdy Harry nie mógł już wytrzymać i chciał zadać pytanie, płomienie w kominku przybrały zielony kolor i po chwili wypadła z nich jakaś dziewczyna. Była niewysoka, a długie czarne włosy miękko opadały jej na ramiona.
-Co się stało?- zapytała otrzepując się z sadzy. Podniosła głowę i rozejrzała się po pokoju. Dopiero teraz spostrzegła chłopaka siedzącego na kanapie. Natychmiast pobladła zatrzymując się w pół ruchu. Jej zielone oczy patrzyły z niedowierzaniem na chłopaka.
-Musisz wreszcie kogoś poznać. Harry, to jest właśnie Sophie, twoja siostra bliźniaczka. – mężczyzna uśmiechnął się lekko obserwując reakcję nastolatków.
-C..co? Kto?- wyjąknął oniemiały gryfon. Jak to, jego siostra? I do tego bliźniaczka! Nie to nie możliwe.
-Ale ja jestem jedynakiem- wyrwało mu się. Nie zdecydowanie to musi być jakaś pomyłka.
-Jesteście pewni?- Sophie zapytała dorosłych, ciągle jednak nie spuszczając wzroku z chłopaka. Ci jedynie kiwnęli głową i uśmiechnęli się lekko. To jej wystarczyło. W następnej chwili rzuciła się na Harry'ego, tuląc się do niego i cicho szlochając.
-Nareszcie, Merlinie nareszcie tu jesteś! Czekałam tak długo! Mówili nam, że nie chcesz mieć z nami nic wspólnego, ale wiedziałam, że to nie prawda. Harry tak się cieszę, tak się cieszę!- zawyła jeszcze mocniej wtulając się w niego.
Potter niepewnie odwzajemnił uścisk. W głowie miał kompletny mętlik. Jak to możliwe, że nie wiedział o tak ważnej rzeczy? Przecież ktoś powinien mu powiedzieć, że ma siostrę, no i w ogóle jak to możliwe, że jej do tej pory nie spotkał? Delikatnie odsunął ją od siebie i spojrzał w jej zapłakane oczy, które teraz wydawały się być jeszcze bardziej zielone.
-Przepraszam, czy ktoś zechce mi wreszcie wytłumaczyć co się tu dzieje?- zapytał zdezorientowany.
-Właśnie, też chcę poznać tą historię ze wszystkimi szczegółami. Proszę, nie ukrywajcie już niczego – poprosiła dziewczyna i odkleiła się od Harry'ego. Zaraz jednak usiadła przy jego boku ocierając łzy.
-Dobrze, czas byście oboje poznali całą prawdę. Proszę was jednak, by nic co zostało tu powiedziane nie dotarło do niepożądanych uszu. –Oboje kiwnęli głową i skupili się na swoim dziadku.
-Cóż zacznijmy od samego początku. Rodzina Breinfordów należy do jednego z najstarszych rodów w Wielkiej Brytanii. Od zawsze byliśmy potężni i szanowani, a wielu z nas osiągało sukcesy w różnych dziedzinach magii. Zawsze tez pozostawaliśmy neutralni. Nie mieszaliśmy się w liczne wojny, a przynajmniej nie robiliśmy tego oficjalnie. Zawsze jednak, po cichu kibicowaliśmy którejś ze stron. Nigdy jednak, nie pomagaliśmy. W ten sposób zdobyliśmy szacunek i władzę. Aż do czasu pierwszej wielkiej wojny. Nasz ród był po stronie Grinewalda. Metody Dumbledore'a, choć zdawały się szlachetniejsze nie były niczym innym jak dobrze zakamuflowanym terrorem. Fanatycy tej „jasnej strony" szli na rzeź jak głupcy, choć cała wojna nie miała sensu. Na początku były to zwykłe porachunki między dwoma potężnymi czarodziejami, ale Trzmiel oczywiście zaczął głosić swoje jakże wspaniałe hasła, które pociągnęły za sobą setki czarodziei, prowadząc ich ku bezsensownej śmierć. Uczynił z Grinewalda kozła ofiarnego przyklejając mu etykietę tego złego. A wszystko po to, by jego występki nie zostały zauważone. W imię „Większego dobra" jak to mawiali. W każdym razie, my Breinfordowie po raz pierwszy włączyliśmy się do walk. Wielu z nas poległo, ale przynajmniej przyczyniliśmy się do szybszego zakończenia tego absurdu. Nasz sojusznik przegrał, o czym nie dał nam zapomnieć ten miłośnik dropsów. Przez niego musieliśmy zacząć się ukrywać, o ile nie chcieliśmy stracić wszystkiego. Kilka lat po wojnie urodziłem się ja. Nie rozumiałem, dlaczego nie możemy żyć tak jak chcemy przez jednego czarodzieja. Postanowiłem więc to zmienić i w przyszłości zrobić wszystko co w mojej mocy, by się zemścić. – zrobił krótką przerwę w czasie której przywołał do siebie szklankę whisky. Nie było mu łatwo mówić o tym wszystkim, ale wreszcie nadeszła ta chwila, gdy mógł wyrzucić swoje żale.
-Kilka razy stanąłem do pojedynków z Dumbledorem, z których niestety nie wynikło nic dobrego. Straciliśmy naszą pozycję, a świat czarodziejów uznał naszą rodzinę za mrocznych czarodziejów. Wtedy też pojawił się Tom. Przekonywał nas do tego, byśmy opowiedzieli się po jego stronie i wreszcie odzyskali to co nam się należy, szacunek i prestiż. Razem z Cordelią przyłączyliśmy się do niego. Oczywiście nie oficjalnie, mimo to wspieraliśmy go zarówno finansowo jak i naszymi koneksjami z dawnych lat. Za namową Riddle'a zawarłem zawieszenie broni z Dropsem i wszystko potoczyło się już całkiem gładko. Do czasu. Gdy Cordelia była w ciąży z Petunią, nasz dom zaatakowali aurorzy. Ledwo udało nam się uciec stamtąd żywym. Wszyscy uznali nas za zmarłych więc postanowiliśmy nie wyprowadzać ich z błędu. Zamieszkaliśmy w tym domu nakładając na niego wszystkie możliwe zabezpieczenia, na jakie tylko było nas stać. Kiedy Lily miała iść do Hogwartu zaczęliśmy udawać mugoli. Tak było łatwiej. Zresztą to była też jej sugestia. Zrobiliśmy to dla Petunii by czuła się lepiej. Mimo to, ona gdy tylko była w stanie się całkowicie usamodzielnić, odeszła od nas zrywając kontakt z całym magicznym światem. To była jej decyzja. Nic nie mogliśmy zrobić.
-Dumbledore, gdy tylko zobaczył Lily zrozumiał, co się stało. Podstępem zmusił nas do ujawnienia się przed nim i wyjawienia mu prawdy. Jak się domyślacie, nie był zachwycony tym, że udało się nam go oszukać. Znowu groził nam prześladowaniami jeżeli tylko się ujawnimy. To były ciężkie czasy, na szczęście Tom znowu wyciągnął do nas rękę. Nie wiedział wtedy, że mamy córkę czarownicę. Postanowiliśmy to wykorzystać. Lily zgodziła się i sama zaoferowała, że na własną rękę zdobędzie zaufanie Toma. Zaczęła zabiegać o jego względy. Wreszcie jej się to udało, i gdy stanęła przed jego obliczem, za naszą namową wyjawiła mu prawdę. Bez problemu zajęła miejsce u jego boku. W końcu była utalentowana i śliczna.
-Zaraz chcesz mi powiedzieć, że wy jak i moja mama jesteście śmierciożercami?- Harry zerwał się na równe nogi. To dlatego był tu Glizdogon, to dlatego nie przeszkadzało im to, że omal nie zabił Dursley'ów czy to, że trafił w łapy popleczników Voldemorta. W czarnowłosym narastała złość, poczuł się zdradzony, oszukany i to w najgorszy możliwy sposób.
-Spokojnie Harry, nie nikt z naszej rodziny nie nosi Mrocznego Znaku. Usiądź i daj mi dokończyć, a wszystkiego się dowiesz.- chłopak bezładnie opadł na kanapę, próbują wyrównać oddech.
-Dobrze wracając do opowieści. Lily stała się bardzo bliska Tomowi. Poważnie zaczęliśmy rozważać zerwanie zaręczyn z Potterem i oddanie jej pod skrzydła Riddle'a. Przy nim rozkwitała, niemal promieniała szczęściem. I tak było aż do końca szkoły. Zaraz po jej zakończeniu miała się spotkać z Jamesem i oficjalnie się z nim rozstać. Do niczego takiego nie doszło. Jak się dowiedzieliśmy Potter od dłuższego czasu podejrzewał, że coś się święci i gdy Lily chciała go zostawić, rzucił na nią zaklęcie, które sprawiło, że nie mogła mu się sprzeciwić. Zmusił ja do ślubu i pracy na rzecz zakonu. Gdy zaszła z wami w ciążę, zaklęcie na tyle osłabło, że udało jej się napisać do nas list wyjaśniający co się stało. Lily nie użalała się nad sobą, ale ta wiadomość była tak dramatyczna, że musieliśmy ruszyć jej na ratunek. Oczywiście Tom postanowił nam pomóc. Zależało mu na niej, więc nic dziwnego, że chciał zabić Pottera za to co jej zrobił. Udało się nam ją odnaleźć dopiero, gdy was urodziła. Włamaliśmy się do Świętego Mungo i niezauważeni wykradliśmy Sophie. Była na innym oddziale, gdyż chorowała. To nam pozwoliło ją zabrać. Ty byłaś znacznie bardziej chroniony. Nie mogliśmy ryzykować wykrycia. I tak Dumbledore domyślił się kto stał za zniknięciem dziewczynki i ukrył Potterów w dolinie Godryka. Glizdogon wyjawił wasze miejsce pobytu i Tom ruszył na ratunek. Nie przebiegło to jednak dokładnie tak, jak ci opowiadał Drops. Gdy Riddle wpadł do domu szybko zabił Jamesa. Następnie udał się na górę, by zabrać ciebie i Lily ze sobą. Wtedy w budynku pojawił się Dumbledore. Wywinęła się między nimi walka. Tom przypadkiem zabił naszą córkę. Zaklęcie się odbiło i ugodziło w nią. Trzmiel to wykorzystał i uderzył avadą w Voldemorta, jednocześnie trafiając też ciebie. Dlatego masz tę bliznę i przeżyłeś. To był tylko cóż odłamek promienia. Przez to też wasze dusze się połączyły na chwilę, a Tom nie umarł.
-Wybacz, że ci przerwę, ale skoro tak naprawdę było, to czemu później Voldemort próbował mnie zabić tyle razy?- zapytał gryfon czując jak powoli zaczyna boleć go głowa.
-Harry zastanów się, co tak naprawdę się działo. Na pierwszym roku zaatakował cię Quirrell, który oszalał i nie poradził sobie z mroczną naturą swojego Pana, na drugim walczyłeś ze wspomnieniem zapisanym w dzienniku, kiedy Tom był w szkole. To była zupełnie inna osoba, niż ta, którą znałeś. Dalej na czwartym Tom, chciał jedynie twojej krwi by się w pełni odrodzić. A co do waszego pojedynku, przecież nie musiał się odbywać. A w zasadzie nie miał się kończyć twoją śmiercią. W zeszłym roku, znowu wtrącił się Dumbledore i dlatego musiałeś walczyć. Jak więc widzisz, na dobrą sprawę Voldemort nigdy nie chciał cię zabić.
W sumie było w tym sporo racji i Harry niechętnie musiał się zgodzić z tą opinią. Gdy zebrało się ze sobą te wszystkie fakty to faktycznie, poza tym pojedynkiem na cmentarzu, Tom nigdy nie chciał go zamordować. Owszem torturował i w ogóle ale mimo wszystko to właśnie on, Harry prowokował go do tego. Czyżby aż tak manipulował nim Drops, że pchał go prosto w ręce potencjalnego kata.
-Ja.. ja musze to wszystko przemyśleć. Nie wiem czemu, ale wierzę wam. Wiem, że jesteście szczerzy i przedstawiliście mi wszystko tak jak było naprawdę. Ale to zmienia całe moje życie, to w co wierzyłem okazuje się być kłamstwem, albo jedynie półprawdą. Nie wiem co robić. Może i faktycznie Voldemort nie chciał mnie wtedy zabić, ale to nie zmienia faktu, że wiele przez niego wycierpiałem. Nie oczekujcie ode mnie, że od tak stanę po jego stronie. Ale jedno jest pewne, zemszczę się na Dumbledore'rze. Za to wszystko, za te kłamstwa, za te cierpienia, zapłaci mi za to- spojrzał hardo na zebranych, a jego oczy na kilka chwil stały się szkarłatne.
-Harry, nie oczekujemy od ciebie, że staniesz po stronie Toma. Pozostań neutralny jeżeli chcesz, ale proszę nie rób nic głupiego. Zbyt długo czekaliśmy, żeby cię odzyskać. – szepnęła Cordelia z niepewnym uśmiechem.
-Postaram się, a teraz wybaczcie, ale pójdę do siebie, muszę to sobie poukładać.- po czym odwrócił się i opuścił pomieszczenie.
-I tak dobrze to przyjął… Sophie co się stało?- zapytała kobieta zerkając na swoją wnuczkę. Ta bowiem cała się trzęsła zaciskając ręce kurczowo na materiale spódnicy.
-Ja, ja po prostu nie rozumiem, jak ktoś mógł mu wyrządzić tyle złego. Nienawidzę ich za to! Nasza rodzina straciła wszystko przez tego jednego starca, odebrał mi brata, więził go i wykorzystywał na swój własny sposób. A po co? Tylko po to, by mieć władzę. Zrobię wszystko, by zapłacił nam za to i obiecuję, że sprawie, że Harry wreszcie zazna trochę szczęścia z nami, z prawdziwą rodziną- jej głos był twardy, nieustępliwy zupełnie jakby od tego zależało jej życie. Tak, osiągnie to co zaplanowała i wreszcie wszystko będzie takie jak być powinno.
