Chciałam podziękować za komentarze Wasylowi i Ellie :)
Zapraszam na 2 rozdział, mam nadzieję, że się spodoba.
Prosto, obok zbroi w lewo, schodami w górę, za obrazem przedstawiającym centaura w prawo…
Ginny czuła się zupełnie tak, jakby to ktoś inny szedł w stronę Skrzydła Szpitalnego. Nogi niby należały do niej, ale mózg nie miał nad nimi żadnej kontroli. Nie wydawał żadnych poleceń. Każdy krok, nawet każdy oddech – wszystko było mechaniczne i wymuszone. Działało, ale głównie dzięki McGonagall, która milcząc, ograniczała się do ściskania ramienia dziewczyny.
Na pewno zostanie siniak – pomyślała Ginny, ale zaraz uświadomiła sobie, że tak naprawdę nie ma to żadnego znaczenia. Nie czuła bólu. Była teraz tak pusta, jak wpatrzone w sufit oczy Susan Bones.
Ufne, naiwne oczy.
Nie były przyjaciółkami. Znały się tylko z widzenia. Łączyły je poglądy na świat i poparcie dla Harry'ego. Nigdy nie przeprowadziły normalnych, babskich pogaduszek. Nigdy nie opowiadały sobie dowcipów. Nigdy nie dowiedziały się na swój temat czegoś więcej. Jaki był ulubiony kolor Susan? Co lubiła jeść na śniadanie? Co chciała robić po skończeniu szkoły? Miała jakieś marzenia?
Tego wszystkiego Ginny nie wiedziała. I już nigdy się nie dowie.
Spuściła oczy i spojrzała na swoje umazane krwią dłonie. Jeżeli miała jakąkolwiek nadzieję, że wszystko to był tylko jakiś straszliwy koszmar, to w tej chwili musiała ją porzucić. Jeden z dowodów miała przecież tuż przed oczami.
Nie wiedziała dlaczego akurat teraz tak to nią wstrząsnęło.
Odetchnęła głęboko czując, jak do oczu napływają jej łzy. Już tak dawno nie płakała. Była twarda, gdy wilkołak omal nie zabił jej brata. Wytrzymała zerwanie z Harrym, a potem jego zniknięcie. Ale to było ponad jej siły. Przed oczami miała wielką, ziejącą pustką dziurę w piersi Susan. Co za bestia jej to zrobiła?
Zacisnęła pięści tak mocno, że paznokcie wbiły się jej w skórę.
To przecież Hogwart! Najbezpieczniejsze miejsce w świecie czarodziejów! Tutaj nie powinni się niczego obawiać! Grube mury miały ich chronić przed niebezpieczeństwami czyhającymi na zewnątrz.
A potem zabrakło Dumbledora. Cały znany, bezpieczny świat zaczął się rozpadać. Zupełnie jakby ktoś zburzył kolumnę podtrzymującą strop.
Znów zrobiło jej się niedobrze. Zamkowe ściany zdawały się napierać na nią teraz z każdej strony. Dlaczego tu tak mało powietrza? Nie potrafiła złapać oddechu.
– Panno Weasley? – zaniepokoiła się McGonagall, spoglądając w pobladłą twarz uczennicy. – Źle się pani czuje? Możemy przystanąć…
Ginny zacisnęła zęby i zamknęła powieki. Powoli pokręciła przecząco głową. Bała się otworzyć usta. Wolała nie ryzykować.
McGonagall zwolniła trochę kroku.
Wszystko wyglądało jak we mgle. Korytarz. Schody. Drzwi.
Ginny zmrużyła oczy, gdy poraziło ją jaskrawe światło wewnątrz Skrzydła Szpitalnego. Pani Pomfrey, szkolna pielęgniarka, była właśnie zajęta przeszukiwaniem jednej ze swoich gablot, wypełnionej różnokolorowymi miksturami. Na łóżku stojącym najbliżej drzwi siedział Zabini. Był blady jak papier. Zerknął na umazaną krwią Ginny, skrzywił się i pochylił się nisko nad wiadrem, które trzymał w dłoniach.
– Na Merlina! – wykrzyknęła pani Pomfrey. – Co się stało, panno Weasley?
Pielęgniarka podbiegła w jej stronę, zasłaniając usta dłonią.
– Minerwo! Co tu się dzieje, najpierw Zabini, potem…
Profesor McGonagall uciszyła ją jednym spojrzeniem.
– Później, Poppy. Panna Weasley potrzebuje czegoś na wzmocnienie i … – spojrzała na Ginny z troską,– potrzebny jej też spokój.
– Oczywiście, chodź kochanieńka… Usiądź tutaj.
Pani Pomfrey wskazała ręką, pokryte białym prześcieradłem łóżko.
– Zabrudzę je… – wymamrotała Ginny, nadal nie będąc w stanie ubrać myśli w pełne zdanie.
– To nic, nie przejmuj się głupotami! – uspokoiła ją pielęgniarka. – Proszę.
Wcisnęła w odrętwiałą dłoń Ginny jakaś buteleczkę, którą posłusznie wypiła. Zakrztusiła się, czując jak kwaśny płyn drażni jej gardło. Efekt mikstury był jednak natychmiastowy. Fala gorąca przeszła przez całe ciało dziewczyny, wyostrzając zmysły i wybudzając ją z letargu. Powoli mgła, przesłaniająca jej oczy, zaczęła opadać.
McGonagall odciągnęła panią Pomfrey na bok. Ginny nie musiała słyszeć ich słów, by wiedzieć o czym rozmawiają. Szczerze mówiąc, to była nawet wdzięczna za to, że znajduje się tak daleko. Siedzący na łóżku obok Zabini, zdaje się, myślał zupełnie to samo. Jego ciemna skóra miała teraz nieco zielonkawy odcień.
– Dzięki, że sprowadziłeś pomoc – mruknęła Ginny, z trudem przełamując swoją niechęć.
Chłopak wzruszył ramionami, unosząc brwi.
– Co innego niby miałbym zrobić, twoim zdaniem? – prychnął, odwracając od niej wzrok. – Musiałem powiadomić kogo trzeba.
Ginny zacisnęła usta, powstrzymując się przed nasuwającą się jej na koniec języka odpowiedzią. Nie potrzebowała teraz kłótni.
– Nieźle się wplątałaś. – Usta Ślizgona wykrzywiły się w niezbyt przyjemnym, bladym uśmiechu.
– Co ty gadasz? – warknęła Ginny.
Jej cierpliwość miała jasno ustalone granice. Zabini właśnie zaczął je przekraczać.
Chłopak nie zdążył odpowiedzieć.
– Panie Zabini, jak się pan czuje? – spytała pani Pomfrey drżącym głosem, oddalając się od profesor McGonagall.
Przyłożyła chłopcu dłoń do czoła.
– Lepiej – wymamrotał Ślizgon, mimo, że jego wygląd wyraźnie temu zaprzeczał. – Czy mogę już iść?
– Oczywiście. Niech pan to weźmie. – Wręczyła mu fiolkę, wypełnioną szmaragdowym płynem. – Zaśnie pan spokojnie i nie będzie pan miał żadnych snów.
Chłopak skinął głową. Rzucił znaczące spojrzenie w stronę Ginny i wyszedł z pomieszczenia.
– Panno Weasley, pewnie chce się pani umyć – zasugerowała McGonagall, wskazując w stronę ukrytej za parawanem umywalki.
Ginny ostrożnie postawiła stopy na ziemi. Ciągle jeszcze nie ufała swojemu ciału na tyle, żeby po prostu wstać i przejść przez długi gabinet. Podniosła się niepewnie i, krok za krokiem, ruszyła we wskazanym jej kierunku.
Nad białą umywalką wisiało małe lustro, oprawione w pozłacaną, zdobną ramę. Ginny niechętnie spojrzała na swoje odbicie. Jej rude włosy sterczały w nieładzie we wszystkie strony, a pod przygaśniętymi oczami, w których zazwyczaj można było dostrzec wesołe ogniki, widniały teraz wielkie cienie. Gdzieniegdzie, na jej bladych policzkach, niczym barwy wojenne, jawiły się jaskrawe plamy zaschniętej krwi.
Nie mogąc dłużej znieść swojego wyglądu, pochyliła się i chlusnęła sobie zimną wodą prosto w twarz. To była taka przyjemna odmiana dla rozgrzanego czoła. Biała umywalka zabarwiła się na czerwono, gdy spływająca krew zaczęła okrężnym ruchem ściekać do odpływu.
Drzwi Skrzydła Szpitalnego otworzyły się z trzaskiem na oścież i do wnętrza weszła dwójka ludzi. Pośrodku nich, na unoszących się w powietrzu noszach, leżała przysłonięta białym materiałem postać. Jedna z jej dłoni, zaciśnięta w pięść, wystawała spod prześcieradła.
– Moja pacjentka potrzebuje spokoju! – oburzyła się pani Pomfrey, wodząc wzrokiem od jednej twarzy do drugiej.
– Panna Weasley musi odpowiedzieć na parę pytań i to jak najszybciej – odrzekł chłodno Snape swoim nie znoszącym sprzeciwu głosem.
Za nim, ubrany w butelkowo–zieloną szatę, podążał starszy czarodziej. Miał bystre oczy, orli nos i mocno zarysowaną, kwadratową dolną szczękę. Utykał nieznacznie na prawą nogę. Auror – pomyślała Ginny.
– To ona? – spytał ostro.
Snape skinął głową, nawigując latającymi noszami. Ciało Susan Bones spoczęło na jednym ze szpitalnych łóżek, odgrodzone białymi parawanami.
– Proszę poczekać, panna Weasley jest wykończona i uważam, że najpierw powinna odpocząć – zaprotestowała McGonagall, robiąc stanowczy krok w stronę Snape'a.
Jego lodowate oczy zabłyszczały ze złością.
– Minerwo, jeżeli zamierzasz utrudniać śledztwo, to każę cię usunąć z sali – zagroził cicho.
Powszechnie było wiadomo, że im ciszej mówił, tym bardziej bezsprzeczne były jego słowa. Spojrzeli sobie w oczy, nie ukrywając wrogości. W końcu profesor McGonagall drgnęła i z niechęcią przytaknęła.
– Proszę usiąść – zakomenderował auror, wskazując ręką krzesło. – Fabian McArthur – przedstawił się krótko, najwidoczniej od razu spychając na bok wszelkie konwenanse.
Ginny spojrzała na profesor McGonagall i ruszyła powoli przez salę. Wszystkie oczy zwrócone były teraz w jej stronę.
– Co robiłaś w bibliotece? – spytał czarodziej, patrząc na nią z góry.
Wykrzywił się lekko, gdy usiadł na krześle i wyprostował przed sobą prawą nogę.
– Kończyłam pisać wypracowanie…
– Z jakiego przedmiotu?
– Z eliksirów.
– Dlaczego o tak późnej porze odrabiasz lekcje?
Ginny rozejrzała się po sali, zaskoczona pytaniem. Co to ma do rzeczy?– pomyślała. McGonagall skinęła w jej stronę głową, zachęcając ją do udzielenia odpowiedzi.
– Ja… no… wcześniej nie miałam czasu.
– Dlaczego?
– Późno skończyłam zajęcia i byłam jeszcze przez chwilę w Wielkiej Sali z przyjaciółmi.
– Z kim?
– Z Nevillem Longbotomem i Luną Lovegood.
– Kto był w bibliotece? – kontynuował McArthur.
– Pani Pince, Blaise Zabini i Susan Bones. Susan wyszła jako pierwsza.
– O której?
Ginny zrobiła bezradną minę. Była zbyt zajęta wypracowaniem, by zwracać na takie rzeczy uwagę.
– Znacznie wcześniej niż ja… Może nawet z godzinę…
– A o której ty wyszłaś?
– Około północy.
– I co się stało potem?
Ginny podrapała się po głowie. Czuła się trochę tak, jakby przypominała sobie wydarzenia z przeczytanej książki. Zupełnie jakby to nie były jej wspomnienia.
– Ruszyłam w stronę wieży Gryffindoru, byłam zamyślona i zmęczona… i wtedy się potknęłam… o Susan… ona miała… ona nie miała… serca… – ciągnęła chaotycznie. – I znalazł nas Zabini… Uciekł, no i po chwili pojawili się profesor McGonagall i dyrektor Snape…
– Czy ktoś pani towarzyszył od wyjścia z biblioteki? – spytał powoli McArthur.
McGonagall odchrząknęła i położyła Ginny rękę na ramieniu, jakby chciała ją ochronić.
– Czy pan coś sugeruje? – spytała wlepiając swoje surowe oczy w aurora.
– Sprawa jest poważna, trzeba zbadać wszystkie możliwości.
– Możliwości? – przerwała mu pani profesor. – Czy panna Weasley jest o coś oskarżona?
– Nie można niczego, ani nikogo wykluczyć na tym etapie – powiedział rzeczowo McArthur, odchylając się do tyłu na swoim krześle.
Na sali zapadła cisza. Ginny poczuła, jak wielka bryła lodu wpada wprost do jej żołądka. Spojrzała rozpaczliwie najpierw na McGonagall, a potem na Snape'a. Ku jej zdziwieniu, to właśnie ten ostatni zabrał głos.
– Jak uważasz, rany zostały zadane nożem czy różdżką?
– Ciężko powiedzieć ze stuprocentową pewnością – zamyślił się auror. – Biorąc jednak pod uwagę to, jak równe koło wyciął morderca, można zaryzykować stwierdzenie, że jednak różdżką.
– A więc użyjmy Priori Incantatem – podchwyciła McGonagall, która nagle zrozumiała podtekst pytania zadanego przez Snape'a. – Panno Weasley, proszę pokazać różdżkę.
Ginny posłusznie sięgnęła do kieszenie swojej szaty tylko po to, by odkryć, że jest…
– Pusta – wymamrotała.
– Słucham? – Snape zbliżył się do niej drapieżnie, łopocząc swoją czarną peleryną.
– Moja różdżka… ona zniknęła!
Ginny rozpaczliwie wywinęła kieszenie na drugą stronę. Nic. Wstała i szybko podeszła do swojej szkolnej torby. Wyrzuciła na ziemię przemoknięte atramentem książki i pergaminy, zniszczone wypracowanie z eliksirów, pióro…
– Panno Weasley, jak to możliwe? – spytała McGonagall z zaniepokojoną miną.
– Nie wiem… ja ją miałam… używałam dzisiaj! Nigdy jej jeszcze nie zgubiłam, ani nawet nie zapomniałam!
Ginny poczuła się tak, jakby straciła prawą rękę. Nie dość, że została bezbronna w momencie, w którym na terenie zamku dochodzi do morderstwa, to jeszcze nie była w stanie dowieść swojej niewinności! Ukryła twarz w dłoniach, starając się uspokoić. Poczuła się osaczona. Gdy znów rozejrzała się po pokoju, wszyscy nadal wpatrywali się w nią w napięciu.
– To bardzo wygodne – powiedział w końcu McArthur.
– Co jest niby takie wygodne, pana zdaniem? – prawie warknęła McGonagall. – Może to, że moja uczennica najwidoczniej została okradziona?
– Może – odrzekł powoli auror. – Ale też bardzo możliwe, że ukrywa narzędzie zbrodni.
– Dość – przerwał mu ostro Snape. – Bez dowodów nie można nic stwierdzić. Panna Weasley zostanie pod kuratelą profesor McGonagall do czasu, aż nie dowiemy się o sprawie czegoś więcej.
Ginny i McGonagall spojrzały na niego w niedowierzaniu.
– Przepraszam najmocniej, ale czy ja mogę się wreszcie zająć pacjentką? – wtrąciła się pani Pomfrey.
Auror zmrużył oczy i spojrzał na Ginny .
– Oczywiście. Kiedy mogę przysłać kogoś z Munga, żeby zbadał zwłoki?
Ginny wzdrygnęła się na sam dźwięk tego potwornego słowa.
– Musimy się najpierw porozumieć z państwem Bones – odpowiedział powoli Snape, jakby tłumaczył coś niezbyt rozumnemu dziecku. – To ich córka i oni zadecydują.
– Dobra, jak się namyślą, to wyślemy sowę. – McArthur wzruszył ramionami. – Ale radzę nie zwlekać, to mi wygląda na początek grubszej sprawy…
– Prosiłabym o to, żebyście kontynuowali rozmowę gdzie indziej – przerwała mu niecierpliwie pielęgniarka, rozpościerając szeroko ramiona, jakby zaganiała zwierzęta do zagrody. – Panna Weasley jest wyczerpana i potrzebuje spokoju!
– Tak, chodźmy – poparła ją McGonagall. – Napiszę pani jutro zwolnienie z zajęć.
Ginny przytaknęła, po raz pierwszy czując chłód z powodu przemokniętej szaty. Najwidoczniej jej ciało znów zaczynało reagować na bodźce zewnętrzne.
– Dobranoc – skinął głową auror, podążając za Snapem. – Możemy jeszcze podejść do twojego gabinetu? Chciałbym pogadać z tym chłopakiem i bibliotekarką. Muszę też napisać raport…
Resztę jego słów stłumiły zamknięte drzwi.
– Proszę chwilę poczekać, dobrze? Muszę tylko skoczyć po odpowiednią miksturę – powiedziała pani Pomfrey, kierując się w stronę drzwi na zaplecze.
Ginny została sama. No, może nie zupełnie. W sali, oprócz niej znajdowała się przecież jeszcze Susan. Poczuła, jak przez jej ciało przechodzi dreszcz. I to jeden z tych niezbyt przyjemnych.
W głowie szumiało jej od natłoku myśli. Tyle spraw wymagało przemyślenia. Co się stało z jej różdżką? Kto i kiedy mógł ją zabrać? Może zostawiła ją w dormitorium? Oby. I co się stanie, gdy… Zadrżała na samą myśl. Co się stanie, gdy uznają ją za winną? Już kiedyś, na pierwszym roku, tylko cudem uniknęła wydalenia ze szkoły.
Powoli, nie wstając z krzesła i wstrzymując oddech, spojrzała w stronę białych parawanów. Wiedziała, że to nie będzie łatwe, ale czuła, że musi jeszcze raz zobaczyć Susan. To było jedno z tych zupełnie nieracjonalnych odczuć, które miewała od czasu do czasu.
Zerknęła w stronę zamkniętych drzwi na zaplecze, by upewnić się, że pani Pomfrey jeszcze nie wraca i wstała z krzesła. Nieśmiało zajrzała za jeden z parawanów. Podeszła bliżej łóżka i ostrożnie odsłoniła nieznacznie białe prześcieradło. Ktoś zamknął Susan oczy, ale twarz nadal miała taki sam wyraz. Ufność. Może jeszcze ulga? Puchonka nie spodziewała się wcale tego, co ją czeka. Musiała rozmawiać z kimś znajomym, kogo by wcale nie podejrzewała o to, że jest mordercą. Może to i dobrze, oszczędzono jej bowiem cierpień i rozczarowań. Była już martwa, gdy ją okaleczano.
Zawahała się, przed wykonaniem kolejnego ruchu. O ile, już samo podejście do ciała Susan było kwestią dyskusyjną, to odsunięcie przerażającej rany było już szaleństwem. Ale Ginny musiała, po prostu musiała, to zrobić! Aż jęknęła, gdy znów ją ujrzała. A dopiero teraz ujrzała ją naprawdę. Dziura w piersi Susan miała kształt koła. Koła, które zostało wydrążone. Razem z sercem zniknęły też fragmenty kości i tkanki. Czując, jak znajoma mgła znów zaczyna zasnuwać jej wzrok, Ginny szybko zakryła ciało Puchonki.
Totalną ciszę w Skrzydle Szpitalnym zmąciło skrzypienie przekręcanej klamki, a następnie otwieranych drzwi. Ginny zamarła. Odgłos nie dochodził wcale z zaplecza Skrzydła Szpitalnego. Co powiedzą, gdy zastaną ją pochylającą się nad ciałem Susan? Gdzie się schować? Na szczęście, okrywające martwą Puchonkę prześcieradło spływało aż do samej ziemi. Nie zastanawiając się zbyt wiele, Ginny wślizgnęła się pod łóżko.
Po pomieszczeniu poniósł się narastający dźwięk kroków, odbijający się echem od niemal pustych ścian. Najpierw pojawiły się czarne buty, sprężyście stawiające kroki po wykafelkowanej podłodze. Za nimi, trochę ociężale, sunęły brązowe, stylowe męskie buty. Na końcu pojawiły się dwie pary damskich pantofli. Pierwsze były eleganckie i zadbane, na niskim obcasie, drugie niemal całkiem płaskie i ubłocone ziemią.
Cztery pary różnych butów, a co za tym idzie, cztery pary różnych ludzi okrążyły łóżko. Wszystko zamarło, nikt się nie poruszał. Ginny zakryła sobie usta ręką, by stłumić chrapliwy z przejęcia oddech.
I nagle, z góry, rozległ się krzyk. Przeraźliwy, przenikający aż do kości. Taki, jaki tylko mogłaby wydać matka, na widok ciała swojego martwego dziecka. Właścicielka eleganckich, damskich pantofli osunęła się na kolana. Ginny zobaczyła, jak na podłodze pojawiają się delikatne, kobiece dłonie, które powoli zwinęły się w pięści.
Przez chwilę przemknęło jej przez myśl, że ten krzyk nigdy się nie skończy. Trwał i trwał, potem zaczął się zmieniać w lament, następnie w płacz i w końcu w ledwie dosłyszalne łkanie.
– Możemy ją zobaczyć? – odezwał się cichy, męski głos.
– Oczywiście – odpowiedziała mu kobieta, w której Ginny rozpoznała profesor Sprout.
Prześcieradło lekko drgnęło, gdy nieznacznie odsłonięto przykrytą nim postać. Ginny skuliła się w zacienionym rogu pod łóżkiem, modląc się o to, by nikt nie odkrył jej obecności.
Szloch pani Bones nasilił się.
– Moje dziecko… Moja córka!
– Proszę nam dać chwilę – odrzekł błagalnie, niemal szeptem pan Bones. – Chodź, kochanie…
Mimo, że Ginny nie mogła dostrzec jego twarzy, to głos mężczyzny brzmiał staro i jakby był bardzo zmęczony życiem.
Brązowe, męskie buty wraz z eleganckimi pantoflami bardzo powoli skierowały się w stronę wyjścia ze Skrzydła Szpitalnego. Niech oni wszyscy już sobie pójdą – pomyślała zrozpaczona Ginny, której niewygodna poza dawała się już stanowczo we znaki.
Ubłocone trzewiki pani Sprout podążyły za państwem Bones, ale czarne buty, należące do Snape'a, nie ruszyły się z miejsca. Ile on zamierza tam stać?
Ginny nie musiała długo czekać na odpowiedź. Drzwi po raz kolejny się otworzyły i do sali na raz weszła spora grupa ludzi. Wokół łóżka zaroiło się od różnorakich rodzajów butów.
– I co, zgodzili się? – spytał mężczyzna, w którym Ginny od razu rozpoznała McArthura.
– Nie pytałem – odpowiedział powoli Snape, z lekką irytacją w głosie. – Nie wiem czy zauważyłeś, ale ci ludzie na razie mają inne zmartwienia na głowie.
– No, proszę. Nie sądziłem, Snape, że jesteś taki wrażliwy.
– Przychodzisz z czymś konkretnym? – wycedził dyrektor.
– Najpierw papierologia – stwierdził McArthur trochę znudzonym głosem. – Podpisz mi to, z łaski swej. Rozstawię ludzi po Hogwarcie.
Rozległ się szelest pergaminu i skrzypienie tańczącego po nim pióra.
– Dzięki. Perkins, Schmitt! Weźcie chłopaków, zabezpieczcie miejsce zbrodni i obsadźcie korytarze.
– Jasne, szefie – odpowiedział młody, pełen zapału głos.
Teraz w Skrzydle Szpitalnym pozostali już tylko Snape i McArthur. Ginny wstrzymała oddech. Jeszcze tylko brakowało, żeby to właśnie oni ją tak tutaj nakryli. Nie widziała, który z czarodziejów, w chwili obecnej budzi, w niej większy lęk.
– Snape, masz coś do dodania do mojego raportu? – odezwał się nagle McArthur, robiąc krok w stronę dyrektora.
– Nie wiem, o czym mówisz – odpowiedział chłodno Mistrz Eliksirów.
– Nie udawaj, jesteśmy tu sami – dodał rozbawiony auror. – To jednak mało prawdopodobne, żeby to zrobił jakiś uczeń.
– Rozumiem, że twoja początkowa teoria dotycząca Wesleyówny jest już nieaktualna? – spytał ironicznie Snape.
– Nie mówię, że jest nieaktualna… Powiedziałem, że rozważam wszystkie możliwości! – odpowiedział chrapliwie McArthur. – Ta Bones. Sprawdziłem to, dziewczyna była pół–krwi. A z Carrowami pałętającymi się po zamku… Wszyscy wiemy do czego są zdolni.
– Oświeć mnie – syknął niecierpliwie Snape.
– Pamiętasz ostatnią wojnę? Ja pamiętam. – McArthur zrobił kolejny krok w stronę Snape'a. Wyglądało to tak, jakby gotował się do skoku. – Tak się składa, że spędziłem większość z niej ganiając za takimi, jak oni. Za takimi, jak ty.
– Uważaj, McArthur – warknął Snape, też robiąc krok do przodu.
– Widziałem różne rzeczy. Różne okropności – ciągnął niezrażony auror. – Szczerze, to mało co robi na mnie wrażenie. Na pewno wiesz, o czym mówię, Snape. Kto jak kto, ale ty wiesz! Ale nie o to mi chodzi. Takie coś… wycięte serce. Ja już to kiedyś widziałem.
– Gdzie?
– Nie ważne, gdzie. Byłem wtedy młodziakiem, na szkoleniu. Asystowałem Auberowi… To był dopiero gość! Paskudnie zginął… Zbieraliśmy go po całym Królestwie.
– Jakkolwiek historia zamierzchłych czasów twojej młodości musi być fascynująca – przerwał mu zniecierpliwiony Snape, – to może jednak przejdziesz do sedna?
– Musiałbym o tym więcej poczytać, zajrzeć do akt… Ale, cholera, tego widoku to ja nie zapomnę! Było trochę bardziej krwawo, nieporadnie. Ale też wycięli serce. Daj mi w mordę, ale sobie na razie nie przypomnę nic więcej!
– Kuszące – syknął Snape.
– Wiem, że jesteś dobry w te klocki, Snape. W czarnej magii.
– Podobno – odpowiedział zdawkowo dyrektor. – Ale na pewno macie też swoich specjalistów.
Mężczyźni umilkli. Ginny zacisnęła mocno powieki, marząc o tym, by móc wrócić do dormitorium. Znów robiło jej się niedobrze. Ten dzień trwał już stanowczo za długo, a ilość informacji i zdarzeń była nie do udźwignięcia.
– Nie ma co tu ślęczeć – odezwał się wreszcie McArthur. – Robota czeka.
– Tak – zgodził się cicho Snape.
W jego głosie można było dosłyszeć wyraźną niechęć.
Mężczyźni skierowali się w stronę drzwi. Ginny odetchnęła z ulgą. Odczekała jeszcze chwilę, po czym powoli, ostrożnie wyjrzała spod prześcieradła. Pusto. Podniosła się z zimnej posadzki i spojrzała raz jeszcze na zakrytą sylwetkę Susan.
W głowie aż huczało jej od wszystkiego, co usłyszała. Najpierw pani Bones. Ten ból, krzyk… Ginny była pewna, że długo nie będzie w stanie tego wymazać z pamięci. A potem McArthur. A co jeśli faktycznie Carrowie są w to zamieszani? Coś jej jednak w tej teorii nie pasowało. Wyraz twarzy Susan. Nikt nie patrzył z taką ulgą na śmierciożerców… Ale z drugiej strony, stary Auror twierdził, że już kiedyś widział tak zmasakrowane ciało…
Trzask.
Dziewczyna aż podskoczyła, gdy drzwi od zaplecza otwarły się gwałtownie. Szybko wyślizgnęła się zza parawanu.
Pani Pomfrey, zdyszana, niemal wbiegła do Sali.
– Przepraszam, kochanie, ale okazało się, że skończyły mi się eliksiry! – powiedziała. – Musiałam iść po składniki i szybko coś przygotować. Proszę.
Podała Ginny małą fiolkę.
– To samo dałam Zabiniemu. Nie będziesz mieć po tym koszmarów.
Ginny skinęła głową. Pani Pomfrey spojrzała na nią badawczo, z niepokojem wymalowanym na twarzy.
– Na pewno, dobrze się czujesz? – spytała.
– Tak… – Ginny spojrzała w stronę parawanów, oddzielających świat żywych od umarłych. – Na pewno. Dziękuję… i dobranoc.
– Dobranoc, kochanie.
Pani Pomfrey poklepała ją po ramieniu, chcąc dodać dziewczynie otuchy.
Ginny, słysząc tylko donośny stukot własnych kroków, ruszyła najpierw przez Skrzydło Szpitalne, a następnie korytarzem Hogwartu. Po drodze mijała aurorów. Świecili jej w oczy różdżkami i sprawdzali jej tożsamość. A wydawało się niemożliwym, by Hogwart stał się jeszcze mniej swobodnym i ponurym miejscem, niż to miało miejsce ostatnio.
Po raz kolejny Ginny niemal boleśnie odczuła brak własnej różdżki. Czytała kiedyś o bólach fantomowych. Odczuwano je w miejscach będących pozostałością po nieistniejącej, amputowanej kończynie. Tak się właśnie teraz czuła. Nie mogłaby tego lepiej nazwać. Zupełnie, jakby ktoś pozbawił jej ręki! Na domiar złego, była teraz całkowicie bezbronna w obliczu czyhającego gdzieś w zamczysku zagrożenia.
– Ptasie mleczko – powiedziała, budząc tym samym pochrapującą miarowo Grubą Damę.
– Która to godzina? – warknęła kobieta, przecierając swoje papierowe oczy. – Porządne dziewczęta już dawno śpią! Nie wstyd ci, tak mnie budzić?
Ginny zignorowała ją, przechodząc trochę niezgrabnie przez dziurę w ścianie. Wszystko ją bolało.
Pokój Wspólny był niemal pusty. Przy kominku grzało się paru chłopców z czwartego roku. Rozmawiali o czymś wesoło, śmiejąc się i przekrzykując. Ginny odwróciła od nich wzrok. Tak bardzo im teraz zazdrościła tej słodkiej niewiedzy!
Po drugiej stronie, przy małym, okrągłym stoliku siedziały Lavender Brown i Parvati Patil. Lavender, przerywając rozmowę spojrzała na Ginny. Dziewczyna dopiero teraz uświadomiła sobie, jak strasznie musi wyglądać. Umazana krwią, rozczochrana, blada jak ściana. Lavender zakryła usta dłonią.
Parvati też podniosła głowę i Ginny aż wzdrygnęła się na jej widok. Ta piękna, egzotyczna dziewczyna wyglądała teraz, jak swój własny cień. Ginny podczas wakacji słyszała pogłoski na temat zaginionej bliźniaczki, Padmy Patil.
– Ginny! Nic ci nie jest? – spytała zaniepokojona Lavender, podnosząc się z krzesła.
Ginny, zawstydzona, spuściła głowę.
– Nie – odpowiedziała. – Jestem tylko zmęczona. Przepraszam. Pójdę do siebie.
– Jasne… – wyjąkała Lavender, wymieniając szybkie spojrzenie z przyjaciółką. – Dobranoc…
Ginny pospiesznie ominęła koleżanki, pragnąc uniknąć zbędnych pytań. Nie chciała o tym opowiadać. Nie mogła o tym opowiadać. Jak niby miałaby to zrobić? Jakich słów użyć? Nie dziś. Może nawet i nie jutro… Oby, już nigdy.
Jeszcze tylko kręcone schody na piętro. Drzwi z połyskującą tabliczką z napisem „6 rok". W dormitorium było już ciemno, wszyscy spali. Ginny poczuła ulgę. Nie poradziłaby sobie z kolejnymi zmartwionymi i przerażonymi spojrzeniami.
Podeszła do łóżka i położyła się na nim, nie kłopocząc się nawet, by zdjąć buty. Zanotowała w myślach, że jutro przeszuka każdy kąt w poszukiwaniu różdżki. Bez zastanowienia przełknęła zawartość, podarowanej jej przez pielęgniarkę fiolki i opadła na poduszkę. Gorzki smak lekarstwa zostawiał w ustach nieprzyjemny posmak gorzkich ziół. Chwilę później zasnęła jak kamień.
Jeżeli Wam się podobało, to bardzo proszę o komentarze ;) Pamiętajcie, komentarze karmią Wenę!
