Dziękuję bardzo za komentarze: Kyane, Ellie, c-thru, myk-myk
Atmosfera w zamku się zagęszcza, ale myślę, że spokojnie możecie zacząć już swoje dochodzenie.
Pozdrawiam,
J.
Dormitorium dziewczyn wyglądało tak, jakby właśnie przeszło przez nie tornado. Po podłodze, w nieładzie, walały się ubrania, pergaminy, książki, kosmetyki i masa magicznych, wirujących i brzęczących przedmiotów.
Tornado. A w jego epicentrum Ginny Weasley.
Dziewczyna, z wyrazem rozpaczy na twarzy, przeszukiwała nerwowo każdy możliwy kąt, zakamarek, czy skrytkę, znajdujące się w pokoju. Wszystko to jednak na daremnie. Różdżka zdawała się rozpłynąć w powietrzu. Nigdzie nie było jej śladu. Jakby wcale nie istniała.
Panika brała górę nad ciałem dziewczyny, powodując drżenie rąk. Nerwowe mamrotanie pod nosem raz po raz przerywał trzask, gdy któryś z trzymanych przedmiotów wypadał jej z dłoni.
– Gdzie ona może być? – szepnęła, nerwowo pocierając czoło dłonią.
Starała się sobie przypomnieć wczorajszy dzień. Może jak prześledzi wszystko, krok po kroku, to dojdzie do tego, gdzie mogła zostawić różdżkę. Wstała jak co dzień, około godziny siódmej trzydzieści. Wzięła krótki prysznic i ubrała się w szkolną szatę. Różdżkę wsadziła do kieszeni, jak zwykle. Później…
Ginny rozejrzała się po pokoju. Miała wrażenie, że każdy szczegół jest w tej chwili niezwykle istotny.
Później zamieniła parę słów ze swoimi współlokatorkami, Brigitte i Jane. Zeszła do Pokoju Wspólnego, a następnie skierowała się do Wielkiej Sali. Na śniadaniu usiadła koło Neville'a. Musiało być już koło godziny dziewiątej. Wtedy na pewno miała przy sobie różdżkę, bo na pierwszych zajęciach – Transmutacji, jeszcze jej używała. Na zaklęciach także. Profesor Flitwick nawet ją pochwalił za wspaniale wykonane zaklęcie zwodzące.
Około godziny trzynastej zeszła na obiad. Rozmawiała z Lavender i Parvati, potem dosiedli się do nich jeszcze Neville, Luna i Seamus. Chcieli zaplanować kolejne spotkanie Gwardii Dumbledore'a, zebrać jak najwięcej ludzi. A później już miała tylko Numerologię i Starożytne Runy, na których różdżki nigdy nie używała. Wyszła z klasy około osiemnastej i poszła na kolację. Znów spotkała się z Neville'm i Luną. Ostatni raz, kiedy sprawdzała, jej kieszeń była już pusta.
Różdżka nie mogła tak po prostu jej wypaść. Nigdy wcześniej się to nie zdarzyło. Nie było też mowy o tym, żeby Ginny ją gdzieś zostawiła. A co jeśli… ktoś ją ukradł? Dyskretnie wyjął z jej kieszeni? Tylko kto? Po co? I kiedy? Podczas obiadu, czy kolacji, w Wielkiej Sali znajdowało się setki uczniów. To wcale nie ułatwiało sprawy. Krąg podejrzanych mógł rozciągać się na cały Hogwart!
Ginny krzyknęła głośno, z całych sił kopiąc swój kufer. Resztka przedmiotów rozsypała się po podłodze, a kupiony w Egipcie fałszoskop rozbił się na kawałki, wyjąc głośno ostatkiem sił. Jedyną dobrą stroną tego wszystkiego był fakt, że to wszystko pomagało jej chociaż na chwilę odciągnąć myśli od Susan. Bywały chwile, kiedy zapominała o ziejącej pustką dziurze w jej piersi. Krótki, niemal szczęśliwe chwile.
Ginny usiadła na łóżku, dysząc ciężko tak ze złości, jak i ze zmęczenia. Ukryła twarz w dłoniach, a z jej gardła wyrwał się cichy jęk porażki. Położyła się, zakładając ręce pod głowę i spojrzała w sufit.
– Uspokój się! – skarciła się ostro.
Dobrze, że nie musiała iść na zajęcia…
Z zamyślenia wyrwało ją ciche stukanie w szybę. Dziewczyna poderwała się z łóżka i ospale ruszyła w stronę okna. Mała, żółtawa sowa wleciała do pokoju i usiadła na szafce nocnej. Wystawiła nóżkę, do której przywiązany był postrzępiony kawałek pergaminu, najwidoczniej niedbale oderwany od jakiegoś wypracowania.
„Co się z Tobą dzieje? Martwimy się. Daj znać. L. i N."
No tak, z tego wszystkiego Ginny zupełnie zapomniała o przyjaciołach. Pewnie zastanawiają się nad powodem jej nieobecności. Odwróciła kartkę i szybko napisała odpowiedź: „Nic mi nie jest. Zobaczymy się później. G.". Do tej pory była w takim amoku, że nawet nie pomyślała o tym, żeby dać im znać. W Hogwarcie Snape'a zwykła nieobecność na zajęciach mogła oznaczać, że z daną osobą stało się coś złego. Mogła trafić w łapy Carrowów. Albo leżeć martwa, gdzieś w ciemnym korytarzu, z wyrwanym sercem…
– Przestań! – niemal krzyknęła czując, że niedługo zacznie wariować.
Ginny nie była pewna, czy jest gotowa na spotkanie z Luną i Nevillem. Wiązałoby się to z całą masą trudnych pytań i jeszcze gorszych odpowiedzi. Czuła, że najpierw sama musi sobie to wszystko poukładać w głowie. Nachodziła ją jednak niepokojąca myśl. A co, jeśli nigdy nie zdoła tego zrobić? Jeśli nigdy tego nie uporządkuje? Są pewne rzeczy, których nie da się wymazać z pamięci. Pewne obrazy zostają na zawsze, wracają w koszmarach.
Od wczorajszej nocy czas zdawał się płynąć zupełnie niezrozumiałym dla Ginny torem. Zanim się zorientowała, słońce przesunęło się już na widnokręgu, świecąc teraz prosto w okno jej dormitorium. Smuga światła oświetliła jej twarz, rażąc dziewczynę w oczy. Kto by pomyślał, że po tak tragicznej i krwawej nocy może wzejść słońce. Podeszła do okna i oparła się o parapet. Zielone pagórki błoni koiły oczy. Uczucie paniki nieznaczne osłabło. Może pora opuścić wieżę Gryffindoru? W końcu kiedyś będzie musiała to zrobić.
Uprzątnęła pokój, upychając szybko swoje rzeczy do kufra. W odbiciu lustra powitała ją zupełnie obca osoba, o wystraszonych oczach i dziwnych zadrapaniach na policzkach. Z nerwów najwidoczniej nawet nie czuła, jak wbija sobie paznokcie w skórę.
Gdy w końcu udało jej doprowadzić się do porządku na tyle, by nie budzić powszechnej sensacji, ruszyła w stronę drzwi wyjściowych z sypialni. Ten dystans jeszcze nigdy nie wydawał jej się być aż tak długi. Nieprzyjemne przewroty w żołądku powróciły.
– Niczemu nie zawiniłaś – szepnęła, starając się dodać sobie otuchy. – Nie masz powodu, by się tu ukrywać…
Czując, jak serce niemal wyrywa się jej z piersi, sięgnęła po klamkę. Otwarła drzwi i… ku jej uciesze, powitała ją błoga cisza. Piękna pogoda i pora obiadowa zdawały się skutecznie wyciągnąć wszystkich z zimnych murów zamkowych. Ginny już dawno nie czuła aż takiej ulgi.
Trochę pewniej, na drżących nogach, ruszyła do wyjścia z Pokoju Wspólnego. Korytarze też okazały się być niemal puste. Gdy tylko Ginny napotykała kogoś na swojej drodze, spuszczała nisko głowę modląc się, by móc stać się niewidzialną. Bała się, że jej twarz jest dzisiaj niczym otwarta księga, z której każdy, bez większego problemu, byłby w stanie odczytać historię wydarzeń poprzedniej nocy.
Nogi same zdawały się prowadzić ją w określonym kierunku. Nie potrafiła ich zatrzymać. A może nie chciała? W głowie wciąż pojawiała się jej szalona myśl, niosąca nadzieję. A co, jeśli Susan Bones lada chwila wyjdzie zza zakrętu, skinie jej głową na powitanie, po czym dziewczyny rozejdą się, każda w swoją stronę? Jak to zwykły robić do tej pory.
Nic takiego się jednak nie wydarzyło.
Ginny stanęła jak wryta, widząc przed sobą drzwi biblioteki. Jakim cudem zaszła aż tutaj?
– Zamknięte? – mruknęła ze zdziwieniem, odczytując napis na żółtej tabliczce.
Widocznie Aurorzy zabezpieczyli już pomieszczenie i szukają także i tam śladów mordercy.
Ginny spojrzała w głąb pustego korytarza, wiodącego w lewo. Teraz, w świetle dnia, wyglądał zupełnie inaczej. Niegroźnie? A mimo to poczuła, jak na jej rękach wyskakuje gęsia skórka. Kierowana impulsem, ruszyła przed siebie. Tak, jak ostatniej nocy.
Miejsce zbrodni było odgrodzone żółtymi taśmami. Giny domyśliła się jednak, że oprócz tego, musi być zabezpieczone także specjalnymi zaklęciami. Fred i George już raz próbowali obejść taką barierę i nie skończyło się to dla nich najlepiej.
Paru mężczyzn, w znajomych, butelkowo–zielonych szatach kręciło się obok strzelistego okna, rozmawiając cicho. Ginny skryła się za starą zbroją, obserwując ich. Nie chciała, by ją zauważyli. Na samą myśl o tym, że mogłaby ponownie zostać przesłuchiwana czuła mdłości.
Aż podskoczyła, gdy czyjaś dłoń boleśnie zacisnęła się na jej ramieniu.
– No proszę… Kogo my tu mamy? – usłyszała nieprzyjemny, skrzekliwy głos tuż przy swoim uchu.
Ginny obróciła się i stanęła twarzą w twarz z Alecto Carrow. Ta krępa kobieta, o rozbieganym spojrzeniu i przygarbionych plecach, była parodią nauczyciela. Na temat metod wychowawczych wiedziała dokładnie tyle, co o przedmiocie, którego nauczała. Nic.
— Tu nie można chodzić – dodała opryskliwie. – Spacerek sobie urządzasz, czy jak?
— Nie, ja tylko… – Ginny się zawahała, — nie wiedziałam, że ten korytarz jest zamknięty…
— Tiu, tiu, tiu. Ktoś tu mnie chce chyba okłamać. – Carrow zrobiła krok w stronę Ginny, patrząc jej prosto w oczy. – Co, Weasley?
Ginny zmrużyła oczy, starając się utrzymać nerwy na wodzy. Postanowiła milczeć. Pamiętała jeszcze aż za dobrze ostatnią lekcję mugoloznawstwa.
Klasa pogrążona była w półmroku.
– Kto wymieni mi pięć głównych cech, dzięki którym można stwierdzić, że mugole są rasą upośledzoną względem czarodziei?
Alecto Carrow powiodła po klasie swoimi zimnymi oczami, wpatrując się groźnie w przestraszonych uczniów. Część osób spuściła głowy, najwidoczniej starając się zniknąć. Ginny prychnęła cicho, bazgrząc zawzięcie po swoim pergaminie. Rysowanie ją odprężało, a na dodatek złoty znicz wyszedł jej tym razem wyjątkowo realistycznie.
– Zdaje się – zaczęła Carrow, zbliżając się drapieżnie w jej stronę, – że ktoś tu ma coś do powiedzenia. Prawda, panno…
– Weasley – dokończyła Ginny, patrząc nauczycielce odważnie w oczy.
– WSTAŃ, JAK DO CIEBIE MÓWIĘ! – Carrow uderzyła pięścią w biurko, niemal stykając się z dziewczyną nosem.
Ginny powoli i demonstracyjnie podniosła się z krzesła.
– Twój ojciec nadal wydaje ostatnie pieniądze na te wszystkie mugolskie graty? – spytała Carrow, uśmiechając się złośliwie.
– To nie pani sprawa – warknęła Ginny.
Kobieta wyprostowała się, obracając różdżkę między palcami. Uczniowie nerwowo obserwowali rozgrywającą się przed nimi scenę. Wiele osób sprawiało wrażenie, jakby ich jedynym marzeniem, w tej chwili, była ucieczka z klasy.
– Nie odpowiedziałaś na moje pytanie – wycedziła nauczycielka.
– Przepraszam, mogłaby je pani powtórzyć?
– Prosiłam o wymienienie pięciu cech świadczących o tym, że mugole są rasą niższą.
– Niestety – powiedziała Ginny wiedząc, że igra z ogniem. – Nie ma takich cech, bo to nieprawda. Mugole i czarodzieje są sobie równi.
– Coś ty powiedziała? – syknęła Carrow, mrużąc oczy.
– Mogłabym nawet zaryzykować stwierdzenie, że znacznie przewyższają niektórych czarodziei…
– Już ja cię oduczę bezczelności, smarkulo! – krzyknęła kobieta.
Wszystko wydarzyło się bardzo szybko. Ginny zobaczyła wycelowaną w siebie różdżkę. Poczuła ból. Ktoś głośno krzyczał. Klasa rozpłynęła się przed jej oczami...
Teraz widziała wszystko bardzo wyraźnie.
— No proszę, coś tu głośno ostatnio o tobie, ptaszyno! – powiedziała Carrow, uśmiechając się paskudnie. – Podobno to ty zakradłaś się na Susan Bones… Nieźle, moja droga, nieźle. Widzę w tobie duży potencjał.
— To nie ja – odpowiedziała cicho Ginny, zaciskając dłonie w pięści.
Uczucie wściekłości sprawiało, że nie potrafiła racjonalnie myśleć. Prawie ją oślepiało.
— Dobrze, dobrze! – Kobieta skinęła pobłażliwie głową. – Ja cię wcale nie potępiam. Słyszałam, była półkrwi.
Ginny odwróciła wzrok, nie potrafiąc znieść spojrzenia tych okrutnych, szarych oczu. Czy naprawdę ktoś mógłby być na tyle zły, żeby popierać bezdusznego mordercę?
– Już mówiłam, nikogo nie skrzywdziłam – szepnęła, starając się opanować drżenie głosu.
Jak mogła zgubić swoją różdżkę? Była teraz bezbronna jak małe dziecko.
– Przyznam, że sposób, w jaki ta dziewczyna zginęła, jest całkiem ciekawy – ciągnęła Carrow, ignorując zupełnie słowa Ginny.
Dziewczyna wstrzymała oddech. Przypomniała sobie, jak wczorajszej nocy McArthur wspominał coś na temat ataków. Mówił, że to nie pierwszy raz, kiedy coś takiego się dzieje. Może Śmierciożerczyni wie na ten temat coś więcej?
– Stary rytuał. Ale ja już kiedyś…
Resztę wypowiedzi zagłuszył krzyk i odgłos kroków.
– Ginny! Ginny, tutaj jesteś! – Zza rogu wyłonił się zdyszany Neville Longbottom. – My… – urwał na widok Alecto Carrow.
Tuż za nim pojawiła się Luna. Jej blond włosy były potargane od wiatru.
– Dzień dobry, pani profesor – powiedziała śpiewnie. – Ginny, miałaś mi pomóc w wypracowaniu, pamiętasz?
Kolczyki w kształcie połówek arbuzów kołysały się w jej uszach przy każdym ruchu.
– Wypr… – zaczęła zaskoczona Ginny. – A, no tak… Czy mogę już odejść, pani profesor?
Neville spoglądał na nauczycielkę spod byka, ale Luna zdawała się jej nie dostrzegać. Swoje nieco wyłupiaste, błękitne oczy utkwiła prosto w Ginny, niemal nie mrugając.
– Znikajcie stąd, ale już! – warknęła Carrow. – Bo się rozmyślę i wszyscy dostaniecie szlaban!
Korzystając z okazji, trójka przyjaciół niemal biegiem oddaliła się z miejsca zbrodni. Przystanęli dopiero wtedy, gdy byli już niemal pewni, że nie wpadną na Carrow.
Ginny oparła się o zimną ścianę, starając się złapać oddech. Przyjaciele przypatrywali się jej z niepokojem. Z jednej strony była im wdzięczna za to, że wyrwali ją ze szponów Carrow, ale z drugiej strony była zła. Mogła się przecież czegoś dowiedzieć!
– Jak się czujesz? – spytał niepewnie Neville.
– Bywało lepiej – mruknęła Ginny. – Skąd wiedzieliście, gdzie mnie szukać?
Spojrzała na nich podejrzliwie. W ich oczach było coś bardzo niepokojącego.
– No wiesz… W Hogwarcie plotki się szybko roznoszą… – zaczął Neville, lekko się rumieniąc.
Ginny poczuła się tak, jakby szybko spadała w dół.
– Jakie plotki? – zapytała ostro.
– Ten Ślizgon, Zabini, ma strasznie długi jęzor – odrzekła Luna.
Ton jej głosu nagle przestał być tak dźwięczny i śpiewny, nabierając ostrości.
– Opowiedział wszystkim, co się wczoraj stało. Że widział ciebie przy zwłokach Susan. Ginny! Czy to wszystko prawda?
Przyjaciele wpatrywali się w nią, wstrzymując oddech.
– Niestety, tak. To znaczy to, że Susan nie żyje… Znalazłam ją, jak wracałam z biblioteki – wyszeptała Ginny. – Ale ja jej nie zabiłam!
– Oczywiście, że nie! – powiedziała Luna, łapiąc ją za rękę. – Tatuś ostatnio pisał artykuł o takich leśnych stworach, które żywią się ludzkimi sercami.
– A więc to też wygadał? – Ginny przerwała przyjaciółce czując, jak narasta w niej złość.
Sama nie wiedziała czemu, ale ta informacja wydała jej się bardzo intymna. Czuła się tak, jakby Zabini znieważył pamięć o Susan, rozgadując wszystkie szczegóły jej śmierci. To nie był temat do plotek! To nie była informacja, o której można dyskutować nad miską płatków owsianych! To była tragedia, straszliwa zbrodnia, dokonana przez jakąś bestię bez serca!
– Wszystko – przytaknął Neville z grobową miną.
– Drań! – warknęła Ginny, uderzając pięścią w ścianę. Poczuła ból, ale nie tak przenikliwy jak ten, który trawił ją od środka. – Już ja sobie z nim pogadam!
– Podobno byliście przesłuchiwani? – dopytywał Longbottom.
– Snape ściągnął aurorów, żeby zbadali tę sprawę. Ich szef, McArthur, zachowywał się tak, jakby myślał, że to ja zrobiłam…
– Że co? Dlaczego?
– Bo... nie wiem, jak to się stało! – wymamrotała gorączkowo Ginny. – Nie ma mojej różdżki, nie mogli sprawdzić, czy to ja rzuciłam na Susan zaklęcie… Nie wiem, gdzie ją zgubiłam, może ktoś mi ją ukradł?
– Ale kto? – Neville wyglądał na jeszcze bardziej zszokowanego.
– Może sama uciekła z twojej torby, podobno tak się czasem dzieje… – dodała Luna, starając się pocieszyć przyjaciółkę.
Cała trójka zamilkła.
– Nie tylko mnie podejrzewają – dodała nagle Ginny. – McArthur i Snape rozmawiali też o Carrowach, ale… – zawahała się.
– Ale? – podchwyciła zaciekawiona Luna.
– Nie wydaje mi się, żeby to było możliwe. Musielibyście widzieć minę Susan! – jęknęła Ginny, osuwając się po ścianie i siadając na zimnej podłodze. – Taka ufność…
Ukryła twarz w dłoniach.
– Czyli… – powoli zaczął Neville. – Myślisz, że to ktoś, kogo dobrze znała? Jakiś… uczeń?
Ginny wzdrygnęła się na samą myśl. Tak, najgorsze w tym wszystkim było to, że nie tylko znali ofiarę. Prawdopodobnie znali też bestię, która dopuściła się tak strasznego czynu.
– Nie wiem, Neville. Nie mam pojęcia… To by było okropne…
– Może pod koniec została zauroczona? To dlatego nie okazywała strachu? – spytała rzeczowo Luna.
Neville spojrzał na nią z podziwem.
– To też jest możliwe – przytaknął.
– Tak. Prawie same niewiadome – mruknęła Ginny, podnosząc się. – Więc jak dużo Zabini powiedział na mój temat?
Neville i Luna spojrzeli po sobie znacząco.
Po tym, co usłyszała od przyjaciół, odnośnie plotek, krążących na jej temat, Ginny myślała, że jest przygotowana, by przekroczyć próg Wielkiej Sali. Że będzie w stanie wejść tam, przynajmniej udając obojętność.
Nie była.
Wszystkie oczy skierowane były teraz w jej stronę. Zapadła cisza. Każdy krok, który stawiała brzmiał jak werbel, a ona sama czuła się jak skazaniec, idący na spotkanie z przeznaczeniem. Stopniowo, zaczęły do niej docierać pierwsze głosy. Szybko zatęskniła za ciszą.
– …to podobno ona…
– …Susan Bones…
– …morderczyni…
– … miała wycięte serce …
– … ona nie żyje…
Ginny opuściła głowę i usiadła przy stole Gryfonów. Na szczęście, przynajmniej jej znajomi nie odsunęli się od niej, jakby była chora na skofungulus. Neville, zachowując zimną krew, zajął miejsce tuż obok.
– Jak się czujesz, Ginny? – spytała Lavender Brown z zaniepokojoną miną.
Obok niej, zasępiona, siedziała Parvati Patil. Patrzyła na Ginny zapadniętymi oczami, prawie nie mrugając.
– Nie wiem – odpowiedziała Ginny zgodnie z prawdą. – Wy pewnie też już o wszystkim słyszałyście..?
Dziewczyny przytaknęły zgodnie.
– Ale nie wierzymy, że to ty – zapewniła ją cicho Parvati.
– Pewnie, że nie. Nikt o zdrowych zmysłach by tak nie pomyślał! – oburzył się Neville, rozglądając się po twarzach ludzi siedzących najbliżej niego, jakby rzucał im wyzwanie.
Ginny odwróciła się przez ramię, spoglądając na stół Ślizgonów. Zabini szeptał coś do ucha siedzącego obok Ślizgona, pokazując na nią palcem. Ginny poczuła nieodpartą pokusę, by podejść tam i wymierzyć mu potężny cios, prosto w nos! Nie dość, że ją oczernia, to jeszcze znieważa pamięć Susan!
Niechętnie spojrzała z powrotem na swój pusty talerz. Jeszcze wczoraj narzekała na fatalną sytuację w Hogwarcie, a co w takim razie mogłaby powiedzieć na ten temat dzisiaj? Wszystko wskazywało na to, że szkoła, po śmierci jej największego dyrektora, zaczęła się pogrążać w chaosie. Najpierw śmierciożercy, a teraz jeszcze pojawił się ten tajemniczy morderca .
Jej rozmyślania przerwała profesor Sprout, która niespodziewanie podniosła się zza stołu nauczycielskiego.
– Czy mogłabym prosić o chwilę uwagi? – spytała, starając się uciszyć tłum uczniów. – Dziękuję.
Zrobiła krótką przerwę czekając, aż na sali zapadnie zupełna cisza. Wyglądała tak, jakby każde słowo sprawiało jej ból. Ginny rozumiała ją teraz aż za dobrze.
– Pewnie wszyscy już słyszeliście o wczorajszych, tragicznych wydarzeniach. – Wzięła głęboki oddech. – Susan Bones nie żyje. Została zamordowana. Nie wiemy, kim jest morderca, ale zrobimy wszystko, by go znaleźć. Jeżeli ktokolwiek z was wie coś na temat tego, co się wczoraj stało, to niech niezwłocznie, powtarzam, niezwłocznie, uda się z tym do opiekuna swojego domu!
Snape, który jak do tej pory siedział z dosyć obojętnym wyrazem twarzy, również wstał.
– Gdybyście jeszcze nie wiedzieli – zaczął cicho, ale wyraźnie, – nie wolno wam, aż do odwołania, zbliżać się do biblioteki i pobliskiego korytarza. Stanowczo zabrania się także pałętania się nocą po zamku. Tymi śmiałkami, którzy uważają, że szkolny regulamin ich nie dotyczy, osobiście zajmie się profesor Amycus Carrow. Ostrzegam, że nie będzie pobłażliwy.
Ginny i Neville spojrzeli po sobie znacząco. Zdążyli już poznać na własnej skórze brak pobłażliwości Amycusa. Ostatnie ich spotkanie skończyło się nocą spędzoną w lochach, a i tak mieli sporo szczęścia, że udało im się z nich wyjść. Nie wszyscy wracali.
– Nie przejmuj się tym, co o tobie gadają, Ginny – powiedziała Luna, siadając na pustym miejscu przy stole Gryfonów. Spod jej długiej szaty wystawały bose stopy. – O mnie cały czas plotkują. Można się do tego przyzwyczaić.
Ginny przytaknęła. Gdyby nie to, że była w tak ponurym nastroju, uśmiechnęłaby się lekko słysząc te słowa. Tak, akurat Luna na pewno wiedziała co mówi.
– Luna ma rację – dodał Neville. – Ze mnie na przykład cały czas się wyśmiewali. Ale to mija. To też minie. Za parę dni złapią winnego i zobaczysz! Ci wszyscy ludzie przyjdą cię przeprosić.
– Miejmy nadzieję, że tak będzie – mruknęła ponuro Ginny.
Mijająca ich właśnie grupa Krukonów spojrzała w jej stronę ze strachem i przyspieszyła kroku.
– A mawiają, że my Krukoni jesteśmy inteligentni – pokręciła głową Luna, wprawiając w ruch swoje kolczyki–arbuzy.
– Zabini chyba dobrze się bawi – mruknął Neville, zerkając przez ramię. – Ma swoje pięć minut popularności.
Ginny także spojrzała we wskazanym kierunku.
– Zaraz wracam – powiedziała cicho.
Tego było już za wiele. Wstała i w milczeniu ruszyła w stronę stołu Slytherinu, ignorując protesty przyjaciół.
Blaise Zabini siedział otoczony Ślizgonami, żywo gestykulując.
– … i wtedy zrozumiałem, że muszę to powstrzymać – mówił półszeptem.
– Tak – warknęła Ginny, patrząc na niego z góry. – Musisz to powstrzymać. Może na dobry początek się po prostu zamkniesz?
Wszyscy umilkli, patrząc na nią z mieszaniną zaciekawienia i strachu.
– Weasley. – Zabini uniósł brwi, krzyżując ręce na piersi. – Jednak cię wypuścili, co?
– Wypuścili? – prychnęła Ginny. – Co ty wygadujesz? Nikt mnie nie zatrzymał.
– No, cóż. – Chłopak spojrzał na nią prowokacyjnie, podnosząc się od stołu. – A powinni. Widziałem, co zrobiłaś.
– Nic nie widziałeś – wycedziła Ginny przez zaciśnięte zęby. – Gdy tam przyszłam, Susan już nie żyła.
– Tak, widziałam jak się nad nią pochylasz. Wyrwałaś jej serce. Wszyscy już to wiedzą!
– Ty bezmyślny idioto! – krzyknęła dziewczyna, wymierzając mu policzek.
Zabini dotknął ręką miejsca, w które został uderzony. Jego oczy zabłyszczały ze złości.
– Robisz ze śmierci Susan jakąś farsę! – dodała Ginny, zupełnie nad sobą nie panując. – Jak śmiesz! Bawi cię to?
– Bynajmniej – syknął Ślizgon. – Ale ciebie najwidoczniej tak. Na twoim miejscu, nie pokazywałbym się tutaj. Albo jesteś wyjątkowo bezczelna, albo głupia.
– Tak – podchwyciła dziewczyna, siedząca najbliżej niego. – Nie wstyd ci tu przychodzić po tym wszystkim?
– Wynoś się – dodał ktoś trzeci.
– Może podsumuję, Weasley – powiedział Zabini. – Nie jesteś tu mile widziana. Lepiej będzie, jak wyjdziesz.
Ginny spojrzała na niego z wściekłością. Gdyby tylko mogła, to…
Zamknęła oczy, biorąc głęboki oddech. Miała stanowczo dość. Musiała się stąd wydostać.
Szkolne korytarze były niemalże puste, gdy ledwo widząc przez załzawione oczy, biegła w stronę wieży Gryffindoru.
zzZZzz
Terry Bott spieszył się na kolację. Od paru godzin pisał zaległe wypracowanie i teraz prawie umierał z głodu.
Spojrzał na zegarek – dochodziła dziewiąta. Szedł, pogrążając się w myślach. Sam się sobie dziwił, że w świetle ostatnich wydarzeń był w ogóle w stanie skupić się na nauce.
Nie znał Susan Bones zbyt dobrze. Widywali się czasami na zajęciach, ale nie mógł za wiele powiedzieć na jej temat. Chyba tylko tyle, że była miłą, normalną osobą. Taką, która nie zasłużyła na straszliwy los. Ktokolwiek to zrobił, powinien zostać ukarany.
W ostatniej chwili wyrwał się z zamyślenia, unikając zderzenia z biegnącą z naprzeciwka osobą.
– Przepraszam – mruknęła Ginny Weasley, ocierając łzy.
Nie patrząc mu w oczy, ominęła go, by chwile potem zniknąć za zakrętem.
Terry słyszał plotki, dotyczące wczorajszego morderstwa. Cały Hogwart aż huczał od spekulacji i podejrzeń, w centrum których pojawiała się najczęściej właśnie Ginny. Ale Terry w to nie wierzył. To nie mogła być ona. Spotykała się kiedyś z jego przyjacielem, Michaelem Cornerem i wiedział, że ta rudowłosa Gryfonka jest całkiem w porządku. Miał szczerą nadzieję, że morderca zostanie złapany i nikt już więcej nie ucierpi.
– O… – wyhamował, gdy pojawiła się przed nim kolejna postać. – Już drugi raz dzisiaj o mało bym kogoś nie poturbował. Chyba muszę zacząć bardziej uważać. Umieram z głodu…
Komentarze mile widziane!
