Rozdział drugi

Po raz pierwszy w życiu siedzę w samochodzie. Gdyby nie to, co wysyczał Haymitch, zanim do niego wsiedliśmy prawdopodobnie bardziej przywiązywałabym uwagę do mojego obecnego otoczenia. Patrzę jednak głównie na swoje kolana i zaciśnięte na nich kurczowo dłonie. Siedzę w środku pomiędzy Peetą a Haymitchem. Jego wcześniejsza groźba oraz smód przeźroczystego alkoholu, którego jest zwolennikiem sprawiają, że nieświadomie przysuwam się bliżej Peety. W moim polu widzenia pojawia się jego dłoń i zamyka wokół jednej z moich. Unoszę głowę, spoglądam na niego, ale nie potrafię nazwać tego co widzę w jego oczach. Wreszcie otwieram usta, ale, zanim mogę coś powiedzieć pochyla się nade mną Haymitch.

-Żadnych pytań, mała. - Mówi i znowu odwraca się przodem do kierunku jazdy.

Mruczy pod nosem i w pewnym momencie wydaje mi się, że słyszę jak mówi chłopak mówił, że ona jest bardziej inteligentna.

Odwracam się do Peety i jestem pewna, że wyglądam na zmartwioną, on jednak ściska moją dłoń zapewne starając się mnie uspokoić, nie udaje mu się jednak. Nic nie uspokoi mnie, odkąd zauważyłam, że już nie potrafię odczytywać uczuć Peety tak łatwo, jak kiedyś.

Cofam się myślami do początku Igrzysk i zastanawiam się, kiedy zaszła w, nim ta zmiana. Nie przypominam sobie tego. Peeta pozostał sobą aż do końca. Tak jak mi obiecał.

Może właśnie dlatego, jestem tak przerażona tym, że nie mogę go tak łatwo czytać.

Samochód powoli się zatrzymuje co sprawia, że napinają mi się wszystkie mięśnie. Nie jestem przyzwyczajona do tego odczucia, a kiedy zauważam czekających na nas kamerzystów, jestem jeszcze bardziej przerażona.

Zanim kierowca otworzy nam drzwi Haymitch odwraca się do nas po raz ostatni i wskazuje Peetę palcem.

-Ty. Nie puszczaj jej. Nawet na sekundę.

Peeta przytakuje skinieniem głowy a ja jestem przerażona tym, że oni rozmawiają tak, jakby mnie z nimi nie było, znowu spoglądam na Peetę, ale on unika mojego wzroku.

Nagle, drzwiczki od strony Haymitcha otwierają się i wysiada on z samochodu. Czuję na ramieniu dłoń Peety popychającą mnie lekko do przodu, więc również wysiadam. Kiedy tylko znajduję się na zewnątrz Peeta jest tuż za mną. Kiedy idziemy za Haymitchem w górę kamiennej ścieżki prowadzącej do nowego domu Peety, Peeta obejmuje mnie w talii ramieniem i mocno do siebie przyciąga. Zwykle unikam takich gestów, ale błyski fleszy są tak jasne, że dotyk Peety niemal mnie uspokaja.

Wspinamy się po schodkach do wnętrza domu i, kiedy tylko przekraczamy próg Haymitch bezceremonialnie zatrzaskuje za nami ciężkie dębowe drzwi. Szybko zasłania też wszystkie okna, a potem spogląda na mnie i Peetę. Czuję jak dłoń Peety przestaje mnie dotykać i spoglądam na niego akurat w momencie, kiedy on osuwa się na podłogę. Zakrywa oczy dłońmi i nawet z miejsca, w którym stoję widzę jak bardzo one drżą.

Nagle zapominam o wszystkim co się wydarzyło i opadam na kolana obok niego. Jeżeli Igrzyska nauczyły mnie czegokolwiek to tego, że nie potrafię znieść myśli o tym, że widok Peety Mellarka odczuwającego ból jest moją zgubą.

Kiedy Cato, trybut z Dwójki, zadał Peecie ranę, której skutkiem było to, ze stracił nogę kompletnie straciłam kontakt z rzeczywistością. Nie tylko nie zauważyłam tego, że stłukłam filiżankę miętowej herbaty, ale też nie zauważyłam, że krwawię. Po prostu siedziałam nieruchomo, pozwalając aby krew kapała mi z ramion i, kiedy mama i Prim opatrywały moje dłonie. Tamtej nocy nie mogłam spać, następnej także nie.
Więc to , że, chociaż Peeta cierpi, będąc w mojej obecności sprawia, że czuję większą ulgę niż jestem gotowa przyznać, ponieważ wiem, że mogę coś dla niego zrobić. Kładę dłonie na jego łokciach i czuję delikatne drżenie jego mięśni, które powoli zanika. Powoli odsuwa dłonie od twarzy i bierze mnie za ręce. Czuję ucisk w klatce piersiowej, kiedy zauważam, że jego oczy są pełne łez.

-Katniss...-jego głos jest zachrypnięty i Peeta przełyka, zanim udaje mu się kontynuować. - Tak bardzo, bardzo mi przykro.

-Peeto, nie rozumiem co...- mój własny szept jest ledwie słyszalny.

-Nie wiem nawet od czego zacząć...- Mówi Peeta, ale po chwili przerywa.

Słyszę odgłos przesuwanego po parkiecie krzesła i przypominam sobie, że przecież nie jesteśmy sami. Zamykam oczy słysząc za sobą odgłos świszczącego kaszlu.

-Czekaj chłopcze. Przecież wiesz, że oni na pewno podsłuchują. - Haymitch mówi na tyle cicho , że ledwie go słyszymy.

Czuję jak żołądek opada mi na kolana, kiedy rozumiem sens jego słów. Oni na pewno podsłuchują. Szybko pojmuję, że słowo oni oznacza Kapitol. Dłuższą chwilę zajmuje mi zrozumienie tego, że w domu Peety poukrywane są urządzenia podsłuchowe. Technologia w Dwunastce zawsze była bardzo prosta i ograniczona. Gdybyśmy mieli zacząć szukać podsłuchów, nie wiedzielibyśmy nawet, gdzie mamy zacząć.

-Twoja rodzina zaraz tutaj będzie. Może pójdziesz się rozejrzeć? - Proponuje normalnym głosem Haymitch.

Peeta kiwa głową i wstaje a ja robię to samo. Jestem teraz zbyt przerażona, żeby myśleć o czymś innym. Kiedy wychodzimy z pokoju i podchodzimy do schodów spoglądam na Peetę pytająco.

Co się dzieje?

-Później. - Mruczy cicho i potrząsa głową.

Kiedy wchodzimy na piętro po raz ostatni spoglądam na Haymitcha. Nie rozumiem ślepego zaufania jakie Peeta pokłada w tym starym pijaku. Zupełnie tego nie pojmuję, ale, skoro udało mu się wyciągnąć Peetę całego i zdrowego z areny, stwierdzam, że , jeśli mój najlepszy przyjaciel mu ufa ja będę musiała przynajmniej spróbować zrobić to samo.

Docieramy na piętro i napotykamy korytarz od, którego, odchodzi więcej drzwi niż mój dom i piekarnia oraz mieszkanie rodziny Peety razem wzięte. Wszystkie są otwarte dzięki czemu dowiadujemy się, że w domu jest pięć sypialni i dwie łazienki. Mam zamiar zapytać go w jaki sposób wybierze sobie pokój, kiedy on wchodzi do pokoju najbardziej oddalonego od schodów. Natychmiast opada na łóżko.

Stoję cicho i niepewnie, w drzwiach pokoju i przyglądam mu się. W słabym świetle nie widać aż tak bardzo podkówek pod jego oczami, ale jego postawa wyraża jedynie wyczerpanie i poczucie przegranej. Peeta zauważa, że zostałam w tyle i przesuwa się robiąc mi miejsce, a potem klepie materac łóżka. Siadam na łóżku podwijając pod siebie nogi. Przypominam sobie, że kilka godzin przed tym jak obwołano go trybutem spędzaliśmy czas w mojej sypialni w tej samej pozycji.

-Tak bardzo za tobą tęskniłam. - Wyrzucam z siebie i szybko odwracam wzrok. Nigdy nie byłam z, nim tak szczera, ale, z drugiej strony cały ten dzień jest dziwny.

-Nie masz pojęcia jak bardzo ja tęskniłem za tobą.

Peeta unosi się mówiąc to i próbuje usiąść po turecku, zanim przypomina sobie o obecności protezy. Okrywająca ją nogawka spodni podwinęła się lekko pozwalając mi dostrzec kilka centymetrów metalu, z którego zrobiona jest jego nowa noga.

-Boli cię? - Pytam, zanim mam czas to przemyśleć. Na szczęście Peeta zdążył się oswoić z faktem, że czasami zdarza mi się powiedzieć coś bez zastanowienia i po prostu odpowiada na moje pytanie.

-Tylko, kiedy się za długo poruszam. - Coś w moim spojrzeniu chyba go zaskakuje, ponieważ śpieszy z dalszymi wyjaśnieniami. - Tak naprawdę, wyszło, im całkiem nieźle. Po prostu nadal się do tego wszystkiego przyzwyczajam. Nie proś mnie jednak, żebym ci ją pokazał. Wiem, jak działają na ciebie takie rzeczy.

Uśmiecha się drażniąc mnie i przez chwilę wygląda jak ten sam Peeta, który zawsze dokuczał mi z powodu tego jak szybko uciekam z domu, kiedy mojej matce przynoszą kogoś naprawdę ciężko rannego. Nie potrafię się powstrzymać i wyciągam ramiona obejmując go i przytulając do siebie tak mocno, że przysięgam, że przez chwilę czuję jak nasze serca biją obok siebie.

-Dziękuję. - Szepcze w moje włosy. Kiedy osuwam się, żeby na niego spojrzeć natychmiast wyjaśnia. - Dziękuję za to, że nie traktujesz mnie, inaczej. Myślałem...bałem się, że, kiedy wrócę nikt nie będzie chciał na mnie patrzeć po tym co się stało...

-Nadal jesteś moim najlepszym przyjacielem. - Odpowiadam nadal trzymając dłonie na jego ramionach. - Nadal jesteś tym samym Peetą.

-Nie, Katniss. - Mówi odwracając wzrok, z wyrazem przygnębienia na twarzy. - Nie wydaje mi się, że nadal jestem taki sam.

Nie jest tajemnicą to, że nie przepadam za Kapitolem ani w ogóle naszym rządem. Nie mówię o tym tak namiętnie i otwarcie jak Gale, czy inni mieszkańcy dystryktu, ale nie potrafię ich nie cierpieć.

Nie cierpię ich, za to, przez co muszą co roku przechodzić mieszkańcy Panem z powodu Głodowych Igrzysk. Nie cierpię ich z powodu ubóstwa, w którym muszę żyć z dnia na dzień. Ale to, że sprawili, że ktoś taki jak Peeta ma siebie za potwora...sprawia, że zaczynam czuć czystą nienawiść do Kapitolu.

Peeta Mellark jest jedyną całkowicie dobrą osobą jaką znam. Czasami wydaje mi się, że jest jedyną dobrą osobą, która istnieje w całym Panem.

Wystraszony wzrok z jakim patrzą na mnie jego niebieskie oczy sprawia jednak, iż wiem, że prawdopodobnie nie uwierzyłby mi, gdybym mu to powiedziała.

Dochodzące z parteru głosy jego braci wyrywają nas z zamyślenia i wstaję z łóżka. On wyciąga rękę a ja nie waham się i pomagam mu wstać. Trochę się potyka, ale ja stoję obok i kładę dłoń na jego klatce piersiowej, żeby pomóc mu utrzymać się w pionie. On nakrywa moją dłoń swoją i delikatnie ściska, wiem, że ten gest ma oznaczać kolejne 'dziękuję'.

Schodzimy na dół i znajdujemy całą jego rodzinę w salonie, skupioną wokół stojącego tam telewizora. Chord i Leif zajmują całą kanapę, mimo to, że jest ona trzy razy większa od tej, która stoi w starym domu Peety. Pani Mellark przykucnęła na krawędzi dużego, obitego skórą siedziska, które jest podobny trochę do fotela na biegunach. Jej mąż stoi za nią i trzyma rękoma fotel w taki sposób, żeby nie kiwał się, kiedy siedzi w, nim jego żona.

Haymitch stoi po lewej stronie od telewizora i słyszę jak zaczyna warczeć z frustracją, kiedy na ekranie pojawia się materiał nakręcony wcześniej na peronie. Jego dłonie zaciskają się w pięści a grymas na jego twarzy pogłębia się jeszcze bardziej, kiedy okazuje się, że przemowa Effie oraz powitanie Peety przez rodzinę zostały pominięte.

Cała krew ucieka z mojej twarzy, kiedy widzę co dzieje się na ekranie.

Niemal nie rozpoznaję samej siebie. Ale to zdecydowanie jestem ja. Jestem zaskoczona ilością łez spływających po mojej twarzy, nadal o tym myślę patrząc jak Peeta toruje sobie do mnie drogę przez tłum, czuję uderzenie gorąca, kiedy patrzę na samą siebie spotykającą się z, nim wpół drogi. Ujęcia obu naszych twarzy pokazują, że oboje memy zamknięte oczy i, że z moich nadal płynął łzy.

To jak został zmontowany materiał sprawia wrażenie, że Peetę i mnie łączy coś więcej niż przyjaźń. Najpierw widzę tył swojej głowy, potem tył głowy Peety. W końcu ujęcie obu naszych głów opartych o siebie czołami. Dopiero teraz zdaję sobie sprawę z tego jak blisko siebie, wtedy staliśmy. Relacja dobiega końca i ekran wypełnia sylwetka kapitolińskiego dziennikarza.

-Cóż, wygląda na to, że wszyscy, którzy zakochali się w Peecie Mellarku podczas tegorocznych Igrzysk mają pecha. Najwyraźniej ta dziewczyna okazała się od nich szybsza.

Haymitch wyłącza z furią telewizor i wychodzi z pokoju do pomieszczenia, którego jeszcze nie widzieliśmy. Poirytowane westchnięcie Pani Mellark sprawia, że odwracam ku niej głowę. Bez względu na kłamstwa dziennikarza, ona nigdy mnie nie lubiła i denerwuje ją sama myśl o takich insynuacjach.

-Wiecie przecież, że to nie praw...- Peeta przerywa mi wpół zdania łapiąc mnie za łokieć.

Bezgłośnie prosi mnie, żebym pamiętała o wcześniejszych słowach Haymitcha. Nagle z drugiego pomieszczenia słychać ostre, metaliczne dzwonienie, a potem hałas odsuwanego krzesła i jego ciężkie kroki zbliżające się do salonu.

-Jeżeli nie chcecie, żeby to całe bajeranckie jedzenie z Kapitolu się zmarnowało, powinniście je zjeść.

W mgnieniu oka Chord i Leif wstają z kanapy i znikają w kuchni. Pan i Pani Mellark idą za nimi w nieco bardziej stosownym tempie. Po minie Peety wiem, że ma naprawdę dosyć Kapitolu, ale gestem przekonuje mnie, że mam iść pierwsza.


O zmroku rodzina Peety oraz wszyscy dziennikarze i kamerzyści, którzy zdawali się rozbić obóz w ogrodzie domu Peety nareszcie znikają. Zostajemy tylko Haymitch, Peeta i ja i stoimy przy wielkim oknie salonu czekając aż światła ostatniego samochodu znikną za zakrętem.

Haymitch odzywa się pierwszy.

-Odprowadzimy cię do domu, Mała.

Nie mogę bardziej się z nimi zgodzić. Cudownie jest mieć Peetę z powrotem po miesiącu podczas, którego nie wiedziałam czy kiedykolwiek go zobaczę, chociaż jednocześnie przebywanie w jego nowym domu sprawiło, że czułam się strasznie nieswojo.

Ledwie wyszliśmy z domu, kiedy odwracam się do nich.

-Dobra chłopaki. Gadajcie. Co się tutaj do diabła dzieje. - Kieruję te słowa do Haymitcha i widzę jak na jego twarzy pojawia się obrzydliwy uśmiech. Przez chwilę spogląda na Peetę i daje mu sójkę w bok. Jest o wiele bardziej pijany niż przed kolacją i ma problemy z utrzymaniem się w pionie.

-Ty jej powiedz, chłopcze. Coś mi się wydaje, że ona mnie za bardzo nie lubi.

Sarkam myśląc, że to mało powiedziane, a potem spoglądam na Peetę, ale on znowu unika mojego wzroku. Milczę, wiedząc, że prawdopodobnie szuka odpowiednich słów do tego co chce mi przekazać.

-Katniss...Kapitol...Cóż nie są tam ze mnie zbyt zadowoleni,

Opiera się o drzewo, na które przed chwilą popchnęłam Haymitcha a ja zauważam jak bardzo drżą mu dłonie.

Wracam myślami do czasu, kiedy mieliśmy po trzynaście lat i on musiał mi powiedzieć, że jego matka nie pozwoliła mu upiec tortu na urodziny Prim. Poinformowanie mnie o tym zajęło mu pół godziny i przez ten cały czas strasznie się bał, że się na niego zezłoszczę. Teraz wygląda dokładnie tak samo, jak, wtedy. Odwracam się do starego pijaka.

-Po prostu mi powiedz.

Na jego zniszczonej twarzy pojawia się wyraz zrozumienia, a nawet i szacunku. Wydaje mi się, że przez ostatni miesiąc Haymitch poznał sposób w jaki funkcjonuje umysł Peety. Odkasłuje, a kiedy przemawia, jego głos jest zachrypnięty i groźny.

-Nie wiem, czy zdajesz sobie z tego sprawę, ale Peeta jest pierwszym trybutem, który wygrał igrzyska w zasadzie nikogo nie zabijając. Kapitol nie chce, żeby zwycięzcy wygrywali w ten sposób. Chce zmieniać ludzi w okropnie, wynaturzone wersje ich samych. Tak jest lepiej dla oglądalności. To pozwala, im wysyłać jasny przekaz, że należysz do nich i nigdy nie będziesz niczym więcej tylko pionkiem w ich rozgrywkach.

Haymitch przerywa a ja spoglądam na Peetę. Wpatruje się we mnie oczekując mojej reakcji na słowa jego mentora. Potrafię myśleć jedynie o naszej wcześniejszej rozmowie. To dlatego byłam taka skołowana, kiedy on wspomniał o 'rzeczach, które zrobił'. Peeta nie zrobił nic co mogłoby mu zaszkodzić przez całe igrzyska.

Udało mu się wymknąć z rzezi pod Rogiem Obfitości nawet nie napotykając drugiego trybuta. Kiedy zawodowcy wysłali go, żeby dobił tę głupią dziewczynę, która pierwszej nocy rozpaliła ognisko, on tylko siedział przy niej i głaskał ją po głowie do momentu, w którym umarła. Kiedy zostali tylko Cato, Rue i on, Peeta nawet nie starał się odegrać na trybucie, który prawie go zabił.

-Ten pomysł z jagodami wcale mi nie pomógł.

Myślami znowu wracam do wieczora, który spędziłam na starej kanapie w moim domu, wciśnięta między moją matkę i Gale'a, z Prim siedzącą mi na kolanach i patrzyłam jak stado zmiechów powoli rozrywało Cato na kawałki. Peeta i Rue musieli słuchać jego skomlenia ze szczytu Rogu Obfitości. Peeta zakrył rękoma uszy Rue, żeby jednak nie słyszała najgorszego.

Nie powiem, żebym była zdziwiona tym, że Peeta zawarł sojusz z dziewczynką z Jednenastki. Nie tylko dlatego , że uratowała mu życie po tym jak odnalazła go oblepionego błotem na brzegu rzeki, głównie dlatego , że byłam przekonana, że on widział w niej to samo co zauważyłam ja w trakcie jej pierwszego wywiadu: Prim.

Ludziom z Kapitolu musiała spodobać się ich dynamika starszego brata i młodszej siostry. To dzięki, nim po raz pierwszy zmieniono zasady gry. Jeżeli pod koniec przeżyłby jeden chłopak i jedna dziewczyna, oboje byliby mianowani zwycięzcami.

Oczywiście, powinniśmy byli domyślić się, że to było kolejne kłamstwo Kapitolu.

Kiedy umilkła salwa armatnia oznaczająca śmierć Cato serce podjechało mi do gardła i niemal skoczyłam na równe nogi przy okazji niemal zrzucając z kolan Prim. Jednak, kiedy rozległ się głos Claudiusa Templesmitha, mój dobry nastrój prysł.

Drodzy finaliści Siedemdziesiątych Czwartych Głodowych Igrzysk, nowe zasady zostają oddalone. Po bliższym przyjrzeniu się regułom gry okazało się, że zwycięzca może być tylko jeden. Życzymy wam powodzenia i niech los zawsze wam sprzyja.

Zdałam sobie sprawę, że moje przerażenie było niczym, w porównaniu z tym co czuli w tym momencie oni, ale i tak poczułam się tak jakbym za chwilę miała zwymiotować. Nie mogłam powstrzymać okrzyku, który wyrwał mi się, kiedy patrzyłam jak Peeta pochylił się, by zerwać z nogi opaskę uciskową.

Po tym jak Rue go powstrzymała poszli razem nad jezioro. Przez chwilię siedzieli tam w ciszy i byłam pewna, że organizatorzy igrzysk zaraz zrobią coś, żeby uczynić wszystko bardziej rozrywkowym. Szeptali coś i, kiedy Peeta odwrócił się plecami do Rue i sięgnął do kieszeni wiedziałam co ma zamiar zrobić.

Jagody lykołaka leżące w ich dłoniach wysłały wyraźną wiadomość.

Albo wygramy oboje albo nie będzie żadnego zwycięzcy.

Mimo dźwięku krwi szumiącej mi w uszach, słyszałam jak Peeta odlicza do trzech. Kiedy jagody zniknęły w ich ustach czułam się jakby moje serce miało przestać bić razem z sercem Peety. Znowu rozległ się głos Claudiusa Templesmitha, ale tym razem nie wzbudzał on przerażenia.

Dosyć. Przestańcie. Panie i Panowie mam zaszczyt przedstawić państwu Zwycięzców Siedemdziesiątych Czwartych Głodowych Igrzysk. Peetę Mellarka z Dystryktu Dwunastego i Rue Mattise z Jedenastki.

Oboje wypluli jagody na ziemię, ale ja już, wtedy to zauważyłam. Rue połknęła za dużo, może nie całą jagodę, ale wystarczająco dużo soku, by, kiedy pojawił się poduszkowiec, który miał zabrać ich z areny osunąć się nieruchomo na ziemię.

Nigdy nie zobaczyliśmy reakcji Peety. Zamiast niej na ekranie pojawiło się godło Kapitolu. Dopiero następnego ranka ten sam niebieskowłosy dziennikarz powiadomił nas, że Rue nie przeżyła zatrucia jagodami lykołaka i Peeta stał się jedynym zwycięzcą.

Mrugam powoli wracając do tego co dzieje się tu i teraz. Nadal nie rozumiem co powaga poczynań Peety ma wspólnego ze mną.

-Proszę wyjaśnić mi, o co chodzi. - Mówię powoli nawet nie mrugając, kiedy patrzę prosto w oczy Haymitcha.

-Peeta wystrychnął na dudka organizatorów Igrzysk. Przez niego ludzie na Kapitolu czują się, jak idioci. - Mówi tak samo wolno. Przełyka, a potem wbija wzrok w ziemię. - Popełniłem ten sam błąd wygrywając moje igrzyska. W ciągu dwóch tygodni po moim powrocie do domu moja dziewczyna, matka i brat już nie żyli.

Patrzę na stojącego przede mną człowieka i ogarnia mnie chłód. Pamiętam to, jak zataczał się na scenie przed Budynkiem Sprawiedliwości w dzień Dożynek, ale tak naprawdę do tego momentu nic o, nim nie wiedziałam. A już na pewno nie wiedziałam tego co właśnie mi powiedział. Wydaje mi się, że teraz rozumiem dlaczego on zawsze tyle pije.

-Peeta nie tylko wystrychnął na dudka organizatorów Igrzysk. Prezydent Snow myśli, że zrobił to naumyślnie.

-Ale przecież nie ma...- Protestuję na samą myśl o tym, że Peeta mógłby pomyśleć o czymś takim.

-Niestety, mała. Nie ma sposobu na to żebyście oboje się z tego wywinęli. Nie tym razem.

Nadal jestem skołowana i zdenerwowana. Co chyba widać na mojej twarzy, ponieważ Peeta podchodzi do mnie mrucząc przeprosiny. Nie potrafię mu odpowiedzieć i prawie nie czuję tego, że lekko trzyma mnie za rękę.

-Haymitch stara się uświadomić ci...- Mówi głośniej Peeta, ale Haymitch mu przerywa.

-Staram się uświadomić ci, że wasze wzruszające powitanie nakreśliło na twoich plecach wielki czerwony krzyż.

Frustracja bierze nade mną górę i wzruszam ramionami. Jestem świadoma tego, że głupio się zachowałam. Ale wolałabym, żeby mi to wszystko po prostu wyjaśnili zamiast tak to przeciągać.

-Pomyśl o tym, mała. Pomyśl o wywiadach.

Znowu przypominam sobie to, co widziałam w telewizji kilka tygodni wcześniej.

Był wieczór wywiadów ze wszystkimi dwudziestoma czterema trybutami, przed rozpoczęciem Igrzysk. Zwykle wywiady w ogóle mnie nie interesowały, ale tym razem czułam przemożną chęć zapamiętania wszystkich rywali Peety.

Ani się obejrzałam a on już siedział obok Ceasara Flickermana wyglądając bardziej dorośle niż kiedykolwiek przedtem. Był ubrany w czarny garnitur z czerwoną lamówką skrojony specjalnie dla niego. Byłam tak zaskoczona jego wyglądem, że niemal przegapiłam pytania.

Ceasar zapytał Peetę czy ma dziewczynę.

Peeta zawahał się, a potem pokręcił niezbyt przekonywująco głową.

-Taki przystojniak jak ty...Jesteś pewien, że nie masz nikogo takiego?
Peeta westchnął a ja pochyliłam się do przodu, żeby go lepiej usłyszeć.

-Cóż, jest pewna dziewczyna. Nie powiedziałbym, że na mnie czeka, ale poprosiła mnie żebym do niej wrócił. I rzeczywiście jest dla mnie ważna.

-Ale nie jest twoją dziewczyną?- Zapytał Ceasar.

Peeta uśmiechnął się smutno, zanim odpowiedział.

-Nie.

Na widowni rozległy się odgłosy współczucia. Uczucie nieodwzajemnionej miłości chyba, im się spodobało. Nie sądziłam, że jest to w ogóle możliwe, ale w tym momencie Peeta wzbudził jeszcze więcej sympatii niż kiedykolwiek przedtem.

-Chyba już wiesz co masz zrobić, prawda? Wygrać i wrócić do domu. Wtedy ci nie odmówi.

-Zobaczymy, Cesarze.- Odpowiedział Peeta i spuścił wzrok a ja westchnęłam, kiedy zobaczyłam co trzymał w dłoni. Powoli obracał w niej broszkę z kosogłosem, którą mu dałam. - Zobaczymy.

W tym momencie dociera do mnie co zrobiłam.

Zaczynam rozumieć, że mój rzadki wybuch emocji na peronie oznaczał nie tylko to, że Ceasar miał rację.

Dał też Kapitolowi idealny sposób ukarania Peety. Dał, im mnie.