Rozdział czwarty
Kiedy zginął mój ojciec miałam, zaledwie jedenaście lat. To był zwykły dzień, dopóki nie usłyszałam syren, kiedy byłam w szkole.
Nadal pamiętam to, jak stałam przy wejściu do kopalni. Winda ciągle wywoziła na górę pokrytych węglem i kurzem mężczyzn. Ciągle pamiętam wyraz ulgi na twarzach tych, do których dołączyli mężowie, ojcowie, synowie czy inni członkowie rodzin.
Liczba mężczyzn w windzie zmniejszała się, aż w końcu wyjechali ostatni górnicy. Nie było wśród nich mojego ojca.
Od tamtej pory mam koszmary. Zawsze stoję gdzieś i wołam do ojca, żeby uciekł z kopalni przed wybuchem. Nigdy nie udaje mu się zdążyć na czas i zawsze jestem zmuszona patrzeć na to, jak wybuch rozrywa go na kawałki.
Nawet teraz, pięć lat później wciąż budzę się krzycząc, żeby uciekał.
Tak samo jest i tej nocy, pierwszej, którą spędzam w domu Peety.
Kiedy się budzę jest tak jak po każdym koszmarze. Przez chwilę nie wiem, gdzie jestem, tak jak wcześniej tego wieczora. Siedzę w łóżku spocona a włosy kleją mi się do twarzy. Dłonie zaciśnęły mi się w pięści ściskając kołdrę i nadal czuję resztki krzyku w obolałym gardle. Serce nadal bije mi jak oszalałe, kiedy drzwi sypialni otwierają się z impetem i do środka wpada Peeta. Nie tylko podchodzi do mojego łóżka, ale wskakuje na materac i łapie moje nadgarstki, zanim w ogóle mam czas zareagować na jego obecność. Nic nie mówi. Po prostu przesuwa swoimi dłońmi po moich pomagając mi się rozluźnić. Prostuje kołdrę i czeka aż zacznę normalnie oddychać. Zajmuje mi to kilka minut w międzyczasie przyglądam się sypialni skąpanej w świetle księżyca.
-Przepraszam. - Mój głos jest zachrypnięty i jestem zawstydzona tym, że nie przypominam samej siebie. Kładę się z powrotem i przykrywam po samą szyję.
Peeta wzdycha, wzrusza ramionami i prosi mnie gestem żebym się przesunęła. Robię to nie zadając żadnych pytań.
-I tak nie spałem. - Mówi kładąc się i podpierając głowę na lewym ramieniu. Jego prawe ramię leży płasko na kołdrze i widzę, że zniknęły wszystkie blizny po oparzeniach będących skutkiem lat pracy wokół pieców w jego rodzinnej piekarni. Prawdopodobnie była to kolejna rzecz którą zrobili w Kapitolu, żeby go 'ulepszyć'.
-Śnił ci się ojciec?
Jego pytanie wisi między nami przez długą chwilę. Nie wiem jak długo wpatruję się w jego ramię, zanim znajduję w sobie siłę, by mu odpowiedzieć.
-Tak. Nieważne czy spałeś czy nie, przykro mi, że cię przestraszyłam.
-Teraz już mi lepiej, kiedy wiem, że nic ci nie jest.
Zastanawiam się, jak on to robi. To zaskakujące, że po tych wszystkich okropnych rzeczach przez, które przeszedł nadal traktuje mnie tak jakbym była najważniejszą częścią jego życia. Cisza między nami nie jest niezręczna, ale i tak oboje niemal się nią dusimy. Mówię, więc pierwszą rzecz jaka przychodzi mi na myśl.
-Usunęli twoje blizny. - Peeta patrzy na mnie skonfundowany. - Te od pieców.
-Och. Tak. Zrobili to jeszcze za, nim zaczęły się Igrzyska...- Przerywa, zastanawiając się czy powinien kontynuować. - Innych blizn też się pozbyli.
Nie musi mi wyjaśniać, dobrze wiem o czym mówi.
Moje pierwsze spotkanie z Peetą zostawiło na, nim pamiątkę w postaci blizny. Nie aż tak poważnej, jak te, o które ma na myśli, ale to nadal była blizna. Malutka i przez lata stała się prawie niewidoczna, ale ja zawsze potrafiłam dojrzeć ją na jego policzku. Tej blizny także już nie ma.
Te, o których mówił były o wiele poważniejsze.
Rankiem w moje czternaste urodziny, Peeta miał spotkać się ze mną na łące obok mojego domu. Kiedy się nie pojawił byłam zaskoczona, ale wytłumaczyłam sobie, że pewnie był potrzebny w piekarni i, że zobaczymy się później. Zajęłam się zwykłymi codziennymi sprawami, poszłam z Gale'em na Ćwiek i wróciłam do domu na kolację.
Nigdy nie lubiłam świętować urodzin i tak było również w tamtym roku. Według mnie kolejne urodziny były swego rodzaju odliczaniem do momentu, kiedy przestawałeś być możliwym kandydatem do Dożynek i Igrzysk. Przez to moje urodziny straciły inne znaczenie. Nie mogłabym cieszyć się z czyichkolwiek urodzin, dopóki nie byłam pewna, że Prim także była bezpieczna.
Właśnie miałyśmy usiąść do kolacji, kiedy usłyszałam pukanie do drzwi. Kiedy je otworzyłam wiedziałam, że coś jest nie tak, kiedy tylko go zobaczyłam.
-Wszystkiego najlepszego z okazji urodzin, Katniss. - Peeta uśmiechnął się szeroko i uniósl rękę, w której trzymał małą brązową papierową torebkę, w której było jedno idealnie polukrowane ciasteczko. Zawsze mu powtarzałam, że nie musi dawać mi niczego na urodziny.
Wzięłam od niego torebkę i uśmiechnęłam się z powodu tego, że jak co roku zlekceważył mój 'zakaz prezentów'. Skrzywiłam głowę i przewróciłam oczami. Wiedziałam, że była to jedna z tych rzeczy, gdzie on się ze mną nie zgodzi.
-Dzięki, Peeto. Wejdź proszę. Właśnie miałyśmy usiąść do kolacji.
Peeta normalnie nie jadał z nami, głównie dlatego , że wiedział, że trudno było nam zdobyć wystarczającą ilość jedzenia dla nas trzech. Jednak tego dnia spodziewałyśmy się go i udało nam się odpowiednio przygotować.
Kiedy przekraczał próg, by przejść obok mnie i wejść do domu, zauważyłam, że szedł nieco sztywniej niż zwykle. Wszedł do domu mocno zaciskając pięści, ale, dopiero kiedy już prawie mnie minął zauważyłam dlaczego.
-Peeto, ty krwawisz.
Słyszałam jak w odpowiedzi syknął 'cholera jasna' na kilka sekund przed tym jak u jego boku znalazła się moja matka. Przez ramię jego koszuli przeciekały cienkie strużki krwi z jego ramienia.
Nie wiele pamiętam z reszty tamtego wieczora. Mimo, że spędzałam całe dnie polując i oprawiając zwierzynę nie mogłam znieść widoku ludzkiej krwi. Pamiętam tylko wyraz zaskoczenia na twarzy mojej matki tym jak głębokie były rany na jego ramieniu, które ustąpiło miejsca obrzydzeniu, kiedy mama skończyła opatrywać Peetę i wyszła z domu. Wróciła godzinę później niezwykle usatysfakcjonowana.
To był ostatni raz, kiedy Pani Mellark podniosła w gniewie rękę na syna.
Zanim dociera do mnie co robię i mam szansę się powstrzymać siadam na łóżku. Zsuwam z nas kołdrę i sięgam po rąbek jego koszulki. Unikam patrzenia na jego twarz, kiedy powoli podsuwam koszulkę do góry. Pozwala mi i również siada. Kilka sekund później zdejmuje z siebie koszulkę a ja klęczę u jego boku.
Nienawidziłam jego blizn. Szczególnie, kiedy mojej mamie wymknęło się, że były, skutkiem tego, że Peeta postawił się matce po tym jak ona źle się o mnie wyraziła, na samą myśl o nich robi mi się niedobrze. Zamykam na chwilę oczy i nadal widzę grube wypukłe białe skrawki skóry.
Kiedy otwieram oczy czuję ulgę widząc jedynie gładką powierzchnię pleców Peety. Tak jak powiedział, blizny zniknęły. To jedyna rzecz, za którą mogę być naprawdę wdzięczna Kapitolowi. Kładę dłonie płasko na jego skórze i pochylam się bliżej, żeby się lepiej przyjrzeć. Nie widzę żadnych oznak tego, że kiedykolwiek miał tam jakąś skazę.
Wyrywa mu się długie, pełne ulgi westchnienie. A, kiedy czuję lekkie drżenie jego mięśni nagle uświadamiam sobie brak jakiejkolwiek przestrzeni między nami.
Moje nagie uda dotykają jego pleców podobnie jak moje dłonie. Moje włosy, nie zebrane w mój zwyczajowy warkocz, zwisają mi przez ramię i dotykają lekko jego ramienia. Jeszcze kilka godzin temu czuliśmy się niezręcznie śpiąc razem w jednym łóżku, chociaż byliśmy w pełni ubrani a teraz siedzieliśmy w jednym właściwie półnadzy.
Staram się nie okazać mojego nagłego zdenerwowania, kiedy wracam na swoją stronę łóżka. Mam na sobie jedynie bieliznę i koszulkę na ramiączkach, więc szybko przykrywam kołdrą dolną połowę ciała, zanim znowu na niego patrzę. Cieszę się, że na mojej połowie łóżka panuje mrok, ponieważ rumienię się na widok jego nagiej klatki piersiowej. Peeta nigdy nie był nieśmiały, a to, że cały kraj widział go podczas Igrzysk rozebranego w różnym stopniu wcale tego nie zmieniło.
-Przepraszam.
Peeta wzrusza ramionami a ja patrzę na to, jak napinają się jego mięśnie i nadal jestem wdzięczna za panujący w pokoju półmrok.
-Nie...Nie będziesz miała nic przeciwko temu, jeśli zostanę z tobą tej nocy?
Potrząsam głową i wydaje mi się, że oboje jesteśmy zaskoczeni tym jak szybko się zgodziłam.
Przechodzi mnie dreszcz, kładę się i otulam kołdrą, żeby pozbyć się gęsiej skórki na ramionach. Odwracam się na bok, z dala od Peety i podkulam kolana do pozycji embrionalnej. Robię to częściowo dlatego , że pościel w dole łóżka jest zimna a częściowo po, to by ukryć rumieniec, który on prędzej czy później będzie musiał zauważyć. Satynowa pościel, której Kapitol użył do posłania tego łóżka nie przynosi żadnego efektu i znowu drżę.
Czuję jak materac ugina się pod ciężarem Peety, kiedy on również się kładzie. Moje serce przyspiesza gwałtownie, kiedy czuję ciepło jego klatki piersiowej przenikające przez cienki materiał mojej koszulki. Peeta unosi rękę i kładzie dłoń na moim ramieniu. Porusza nią w górę i w dół tworząc ciepło i przestaje, kiedy czuje, że gęsia skórka na moim ramieniu zniknęła.
-Teraz lepiej?
-Tak...-Milknę a on stara się zabrać rękę. Zatrzymuję go bez słowa. Łapię go za rękę i przenoszę nasze złączone ramiona na moją szyję. Znowu czuję na plecach jego ciepło i od razu się rozluźniam.
Leżymy chwilę w ciszy aż czuję, że muszę podzielić się z, nim tym o czym myślę.
-Po prostu musiałam zobaczyć to na własne oczy. Zawsze ich nienawidziłam. Twoich blizn.
Głos Peety jest ledwie słyszalny, kiedy szepcze mi do ucha.
-Wiem. Chociaż ja uważam, że warto było je mieć.
Siedzę w kuchni z uchem przyciśniętym do wahadłowych drzwi, które oddzielają tę część domu od jadalni. W jadalni przy stole siedzi Peeta i udziela swojego pierwszego oficjalnego wywiadu w swoim nowym domu. Na razie udało mi się uniknąć kamer, ale nie długo przyjdzie moja pora.
Tego ranka po śniadaniu wpadł do nas Haymitch. Z powodu tego, że ogród nadal jest pełen kamerzystów i dziennikarzy, zaciągnął nas do jednej z łazienek. Na początku nie wiedziałam, o co mu chodzi, ale zrozumiałam, kiedy odkręcił wszystkie kurki i prysznic najmocniej jak tylko się dało, a nawet włączył małe, ale niesamowicie głośne urządzenie, którym jak się okazało była suszarka do włosów po to, żeby nikt nie usłyszał naszej rozmowy.
Przewracam oczami na stojący obok mojego łokcia talerzyk serowych bułek i na samą myśl o tym co mam za chwilę zrobić wiedząc, że ludzie, którzy mnie znają w ogóle mi nie uwierzą. Muszę sobie ciągle przypominać, że przecież robię to dla ludzi, którzy nic o mnie nie wiedzą.
Będę się uśmiechać i odegram rolę mdłej, usychającej z miłości dziewczyny.
Haymitch powiedział mi, że tym razem nie wymaga ode mnie zbyt wiele i, że potrwa to krótko. Powiedział, że nie jest pewien jak będzie w przyszłości, ale teraz powinnam pokazać się publiczności i ustalić w jaki sposób będą mnie odbierać.
Znowu, podobnie jak poprzedniego dnia, pojawia się, kiedy tylko zaczynam o, nim myśleć. Przechodzi przez drzwi prowadzące na werandę na tyłach domu i opiera się o blat przyglądając mi się uważnie.
-Jesteś pewna, że jesteś na to gotowa, Mała?
Kiwam głową, nawet na niego nie patrząc, z uchem nadal przyklejonym do drzwi.
-Nie możesz tego spieprzyć.
Jego głos jest cichy i zgorzkniały. Spoglądam na niego i widzę jego ściągnięte w jedną linię brwi. Podchodzi do mnie bliżej i mówi jeszcze ciszej.
-Ten chłopiec...Zasługuje na wszystko, co najlepsze. Nie przywiozłem go z powrotem tylko po to , żeby stał się drugim mną.- Zanim mogę mu odpowiedzieć Haymitch podaje mi talerzyk. - No dalej.
Nie wiem, czy on zdaje sobie z tego sprawę, ale ja wiem jak ważny jest mój dzisiejszy występ. Otwieram drzwi biodrem i wchodzę do jadalni jak, gdyby nigdy nic, jakbym robiła to codziennie. Wlepiam wzrok w bułki jak, gdybym uważnie się, nim przyglądała. Odzywam się z opuszczoną głową.
-Peeto, sama już nie wiem...starałam się zrobić wszystko według przepisu, który mi podałeś, ale...- Pozwalam sobie zamilknąć i udawać, że jestem zaskoczona widokiem kamerzysty i dziennikarza. Szybko odstawiam talerz na stół i zakrywam usta dłonią. - Przepraszam. Nie wiedziałam, że jesteś zajęty.
Peeta wstaje, dokładnie tak jak to przećwiczyliśmy, okrąża stół i obejmuje mnie lekko w pasie. Uśmiecha się do mnie promiennie a ja odpowiadam mu uśmiechem bez większego zastanowienia.
-Nie przepraszaj. I tak miałem zamiar cię przedstawić. Usiądź proszę.
Siadam, nie odrywając oczu od twarzy Peety. Łączę jego palce ze swoimi a on kładzie nasze połączone dłonie na swoim udzie. Kiedy dziennikarka odkasłuje przypominam sobie, że mam sprawić, żeby ci ludzie mnie polubili.
Odwracam się do niej i staram się nie skupiać na srebrnych szlaczkach wytatuowanych na jej twarzy. Ukrywam obrzydzenie na widok jej jasnofioletowych włosów poprzetykanych gdzieniegdzie jaskraworóżowymi pasemkami i ignoruję sposób w jaki światło odbija się od jej ozdobionych szlachetnymi kamieniami paznokci.
-Och! Bardzo przepraszam.- Czuję obrzydzenie przesłodzonym tonem mojego własnego głosu i mam nadzieję, że tego za bardzo nie widać. - To niegrzeczne z mojej strony. Jestem Katniss. Miło mi panią poznać.
Widzę wyraźnie jak w jej ultrafioletowych oczach pojawia się zrozumienie. Prostuje się na krześle i wraca do wywiadu.
-Ach, więc to ty jesteś dziewczyną, która zdobyła serce Peety.
To nie jest pytanie, ale czuję, że ona i tak domaga się odpowiedzi.
-Och..no cóż..- Milknę a rumieniec na mojej twarzy jest żenująco prawdziwy. - Myślę, że można tak powiedzieć. Na pewno czuję, że zdobyłam coś wspaniałego.
Czuję jak Peeta ściska moją dłoń, a potem czuję dotyk jego ciepłych ust na moim policzku. Czerwienię się jeszcze bardziej.
Cieszę się, że Peeta mówi właściwie do końca wywiadu. Siedzę obok niego wpatrzona w jego twarz. Uśmiech na mojej twarzy jest w zasadzie sztuczny, ale czasami zdarza mi się wybuchnąć szczerym śmiechem. Peeta zawsze wiedział co powiedzieć i jest o wiele bardziej uroczy niż chyba zdaje sobie z tego sprawę.
Kiedy wywiad dobiega końca a reporterka i kamerzyta wychodzą, Peeta i ja idziemy do kuchni, wiedząc, że Haymitch wszystko słyszał, żeby spytać go jak nam poszło.
Nie mówi zbyt wiele. Po prostu wzrusza ramionami i mówi, że będziemy musieli to obejrzeć, żeby stwierdzić co robić dalej. Jestem zaskoczona tym, że nie musimy wcale tak długo czekać.
Mama i Prim przychodzą do nas na kolację i po skończonym posiłku przenosimy się do salonu. Telewizor jest ustawiony na kanał wiadomości z Kapitolu i w zasadzie nie przykładam do nich zbyt dużej uwagi, dopóki nie słyszę głośnego westchnienia mamy. Spoglądam na ekran i widzę, że właśnie emitują wywiad z Peetą.
Oglądamy w ciszy a ja chowam twarz w dłoniach, kiedy tylko widzę siebie na ekranie. Przez resztę programu wiercę się nerwowo, a potem spoglądam na Haymitcha, kiedy tylko wywiad dobiega końca. Trudno mi odczytać wyraz jego twarzy, co może być dobre albo złe, ale i tak czuję, że raczej mi się nie udało.
-Musisz o tym pamiętać! Masz wyglądać jakbyś była szaleńczo zakochana w tym chłopcu. Myślałaś, że on nigdy do ciebie nie wróci, a jednak na przekór wszystkim przeciwnościom losu udało mu się to. Masz przesadzać, ponieważ oni oczekują przesady!
Głos Haymitcha jest brzmi ostro w zagajniku rosnącym przy granicy działki, na której stoi dom Peety. Stoi wystarczająco blisko, że nie czuję otaczającego go zwykle smrodu alkoholu i dziękuję za to , że przymus mieszkania z moją rodziną zaczyna mieć na niego pozytywny wpływ.
-Ale ja nie potrafię przesadzać! - Syczę, Nie po raz pierwszy życzę sobie, żeby po prostu powiedział mi co mam zrobić.
-A ty...Ty przecież właśnie do niej wróciłeś. Myślałeś, że nigdy w życiu nie dostaniesz takiej szansy. Przestań się powstrzymywać chłopcze.
Jego palec wbija się w klatkę piersiową Peety i z jakiegoś powodu wkurza mnie to. Łapię go za nadgarstek i siłą odpycham. Jednak coś w sposobie w jaki Haymitch na niego patrzy i w tonie jego słów sprawia, że czuję się nieswojo.
-Staramy się, jak możemy! - Wyrzucam z siebie.
-Nie. Ty starasz się, jak możesz. On się powstrzymuje.
Mrugam i potrząsam głową zastanawiając się czy przypadkiem nie jestem w błędzie i czy on nie jest pijany. To co mówi nie ma dla mnie sensu. Jednak wydaje mi się, że Peeta wie, co Haymitch ma na myśli albo przynajmniej stara się utrzymać temat rozmowy i podchodzi do nas stając między mną a swoim mentorem.
-Przestań bawić się z nami w ciuciubabkę. Powiedz nam co mamy zrobić? - Mówi stanowczo i poważnie.
Haymitch podchodzi do nas i popycha nas ku sobie. Peeta automatycznie obejmuje mnie, żebym nie upadła. Natychmiast łapię go za ramiona starając się zrobić to samo. Potem Haymitch zmusza nas żebyśmy wzięli się za ręce i cofa się o krok, żeby się nam przyjrzeć. Po chwili odwraca nas ku sobie i pochyla głowę Peety, a potem używając palca unosi mój podbródek.
-Postarajcie się być bardziej przekonywujący. Nie obchodzi mnie czy są przy was kamery czy nie. Starajcie się, żeby wszystko wyglądało jak najbardziej naturalnie. Ćwiczcie.- Sarka Haymitch. - Oni chcą zobaczyć ogień. Dajcie, im go.
Odwraca się i odchodzi w kierunku swojego domu. Zostajemy sami wiedząc doskonale co mamy robić. Peeta przełyka ślinę a ja wbijam wzrok w ziemię nagle czując się niezręcznie. Wyczuwając moje zmieszanie Peeta wypuszcza mnie z objęć i cofa się o krok.
-Przepraszam.- Mówię decydując się na wysłuchanie porady Haymitcha.
Łapię Peetę za rękę i przyciągam go bliżej. Zauważam błysk zrozumienia w jego oczach i Peeta przysuwa się bliżej bez zbędnego protestu.
-Nie musisz mnie za nic przepraszać, Katniss.
Jego głos jest cichy a jego dłoń unosi się i delikatnie głaszcze moją twarz. Dreszcz, który czuję jest prawdziwy, ale nie mogę mu tego powiedzieć. Odwracam się do niego przodem i obejmuję go za szyję. Oczy Peety zamykają się na chwilę, kiedy zaczynam bawić się loczkami nad jego karkiem.
-Muszę. Haymitch powiedział, że oni chcą przesady. Będę, więc musiała, im to dać. - Milknę i pozwalam sobie zapomnieć na chwilę o tym jakie to wszystko jest ważne i, ile może nas kosztować niepowodzenie. W tej chwili jestem tylko dziewczyną, w towarzystwie mojego najlepszego przyjaciela, która czuje się bardzo niepewnie. Postanawiam, więc zrobić to, co robię zawsze, kiedy czuję się nieswojo.
Zniżam głos do czegoś co, mam nadzieję zabrzmi, jak uwodzicielski szept.
-Powiedz mi, kiedy zacznę za mocno przesadzać.
Spoglądam na niego spod wpółprzymkniętych powiek i zaczynam trzepotać rzęsami. Pochylam się do przodu delikatnie przygryzając dolną wargę. Ledwie udaje mi się pokonać dystans dzielący nasze twarze, kiedy żadne z nas nie może tego już dłużej wytrzymać.
Peeta łamie się pierwszy i uśmiech, który pojawia się na jego twarzy jest bardziej prawdziwy niż którykolwiek z tych, które widziałam od jego powrotu. Jego śmiech odbija się echem w pustym ogrodzie a mój własny wkrótce do niego dołącza. Popycham go a on łapie mnie za ręce i odsuwa na bok. Nadal trzęsę się ze śmiechu, kiedy oboje przewracamy się opadając na stojący obok drewniany stół.
-Przepraszam. - Mówi Peeta nadal lekko chichocząc. - Ale ty...Nigdy w życiu nie widziałem, żebyś tak bardzo starała się udawać kogoś kim nie jesteś.
Gdyby to nie była całkowita prawda płynąca z ust mojego najlepszego przyjaciela, pewnie poczułabym się dotknięta.
-Nie mam pojęcia o czym mówisz, Peeto Mellark. Jeśli tego chcę, mogę być całkiem uwodzicielska.
-Jestem tego pewien. Po prostu...nie chcę cię do niczego zmuszać.
Wraz z wypowiedzianymi przez niego słowami mija ten krótki moment normalności. Odwracam głowę, żeby na niego spojrzeć i otwieram usta, żeby coś powiedzieć, ale nie potrafię. On uśmiecha się do mnie smutno i spogląda z powrotem na księżyc świecący między gałęziami drzew.
-Uda ci się, Katniss. - Siada a ja idę w jego ślady. Jego krzywy uśmieszek przypomina mi o każdym razie, kiedy się ze mną drażnił. - W końcu nie musimy robić nic takiego tylko dać, im do zrozumienia, że usychamy z pożądania.
Zakrywam twarz dłońmi i czuję jak on uspokajająco głaszcze mnie po plecach. Znowu słyszę jego śmiech i nie chcę się do niego przyłączać. Niestety, mój opór skutkuje parsknięciem, które sprawia, że oboje znowu wybuchamy śmiechem.
-O boże. - Staram się normalnie oddychać. - Musimy naprawdę sporo przećwiczyć, prawda?
