Rozdział piąty

Minęło zadziwiająco dużo czasu, zanim obudziło się moje poczucie winy.

Spędziłam ponad tydzień zamknięta z Peetą w jego nowym domu. Oczywiście chodziłam do Haymitcha, żeby zobaczyć się z mamą i Prim, ale poza nimi i tą irytującą reporterką z Kapitolu, która przeprowadziła wywiad, nie widziałam właściwie nikogo.

Poczułam się okropnie, kiedy Prim wspomniała, że widziała na rynku Hazelle i Rory'ego. Przez ten czas tylko kilka razy pomyślałam o Gale'u i o tym co sobie myśli o tym całym przedstawieniu. Potem dotarło do mnie, że on przecież nie wie, że ja udaję.

I właśnie dlatego stoję teraz tu, gdzie stoję.

Stojąc przy tylnych drzwiach piekarni Mellarków czekam niecierpliwie aż pojawi się Hazelle. Haymitch stwierdził, wczoraj, że nie mogę iść do Hawthorne'ów z wizytą i zaprowadził tam moją rodzinę. Mama i Prim przekazały dalej wiadomość, że będę czekać tutaj na Hazelle.

Jestem zdenerwowana perspektywą spotkania z nią i próbą wyjaśnienia jej co się dzieje, dlaczego tak nagle przestałam polować i zdobywać jedzenie dla jej rodziny, jak również dla mojej własnej. To miła, silna kobieta. Na pewno zrozumie moją potrzebę chronienia rodziny. Zrozumie, że robię to dla naszego własnego dobra, a nie dlatego , że straciłam sympatię dla jej rodziny.

Hazelle spotkała Peetę kilka razy w ciągu ostatnich kilku lat i wie, jaki jest mi bliski. Wie, że Peeta z pewnych powodów jest mi bliższy od Gale'a. Mam tylko nadzieję, że zrozumie, że nie zamierzam zerwać przyjaźni łączącej mnie z jej synem.

Odkąd skończyły się Igrzyska Gale zaczął pracować w kopalni i właśnie z tego powodu poprosiłam o spotkanie Hazelle, a nie jego. Więc, kiedy widzę go w zaułku, w którym czekam jestem bardziej niż zaskoczona.

Może to dlatego, że powoli przyzwyczajam się do otwartego okazywania sympatii, a może dlatego, że po prostu bardzo za nim tęskniłam, ale kiedy go widzę moje stopy zaczynają poruszać się same. Spotykam go mniej więcej w połowie drogi między drzwiami przy, których stałam a środkiem uliczki i rzucam mu się w ramiona. Jest wyższy od Peety, więc muszę stanąć na czubkach palców, żeby móc objąć go za szyję. Cofa się lekko i unosi mnie na moment.

Kiedy stawia mnie z powrotem na ziemi mam szansę, żeby lepiej mu się przyjrzeć. Widzę, że jest wyczerpany i niemal śpi na stojąco, zauważam jego podkrążone oczy. Najwyraźniej starał się, jak mógł zetrzeć z twarzy kopalniany kurz, ale w jego włosach i pod brodą nadal widać resztki sadzy. Krawędzie jego ubrań są brudne co oznacza, że jeszcze nie dawno miał na sobie standardowy górniczy kombinezon.

Stoi przede mną sztywno i patrzy na mnie pustym spojrzeniem, co oznacza, że, poza tym jednym uściskiem, Gale nie będzie okazywał mi sympatii.

Gale Hawthorne jest, poza Peetą Mellarkiem, moim najbliższym przyjacielem. Nasi ojcowie zginęli w tym samym wybuchu. Pierwszy raz widziałam Gale'a podczas ceremonii, kiedy oboje zostaliśmy odznaczeni Medalem Odwagi, który miał upamiętnić naszych ojców. Kilka miesięcy później, już po tym jak poznałam Peetę, spotkaliśmy się w lesie otaczającym dystrykt. Uzyskanie wzajemnego zaufania zajęło nam kilka miesięcy, ale w końcu stwierdziliśmy, że nasza współpraca może nam tylko pomóc.

Muszę przyznać, że podobieństwa łączące mnie z Gale'em sprawiły, że łatwiej było mi nawiązać przyjaźń z nim niż z Peetą. Oboje pochodziliśmy ze Złożyska, oboje mieliśmy rodziny, które liczyły na to, że zapewnimy, im przeżycie. Oboje wiedzieliśmy jak to jest stracić członka rodziny.

Gale wpatruje się we mnie i pochyla lekko głowę. Wyciąga jedną rękę, ale potem zmienia zdanie i wpycha ją do kieszeni. Drugą ręką obejmuje się za kark i wygląda tak niezręcznie, jak ja czuję się w tej chwili.

-Czy to prawda?

Jego głos, głęboki i zachrypnięty, jest cichszy niż zwykle. Wydaje się niemal pokonany a ja nigdy go takim nie słyszałam. Jestem skołowana, ale teraz to nic nowego.

-Gale, ja...

-Wiem, że jest w tym wszystkim przynajmniej część prawdy. Spojrzenie Gale'a twardnieje i skupia się na czymś ponad moim ramieniem. Odwracam się i widzę Peetę stojącego w otwartych drzwiach piekarni ze skrzyżowanym na piersi ramionami i zmartwionym wyrazem twarzy. Znowu odwracam głowę.

-Gale, zaufaj mi. To trochę skomplikowane.

Oczekuję, że coś powie, ale on nadal posyła Peecie wściekłe spojrzenie.

-Nie możesz być na niego zły. To nie jego wina. - Wzruszam z frustracją ramionami. - Nie możesz być na nikogo zły, ponieważ nie masz pojęcia co się dzieje.

Wreszcie spogląda na mnie i robi krok do przodu.

-Więc mi wyjaśnij.

Staram się wyjaśnić mu wszystko najlepiej jak mogę. To co stało się z rodziną Haymitcha, to , że Kapitolowi nie spodobał się sposób w jaki Peeta wygrał Igrzyska, błąd jaki popełniłam rzucając mu się w ramiona, kiedy tylko wysiadł· z pociągu i w końcu całą tę szopkę którą musimy odegrać.

W tym co łączyło mnie z Gale'em nigdy nie było ani krzty romantyzmu. Chociaż ktoś powiedział mi ostatnio, że ja nie mam bladego pojęcia o tym, czym jest romantyzm. Czasami w lesie łapałam Gale'a na tym jak przypatrywał mi się, kiedy myślał, że tego nie widzę. Kilka razy mówił o tym, że moglibyśmy razem uciec. Ale ja zawsze zbywałam go mówiąc, że zbyt wiele ludzi na nas polega, żeby to się nam udało.

-To moja wina. - Szepczę bardziej do siebie niż kogokolwiek. - Gdybym się tak głupio nie zachowała...

Spoglądam na Gale'a i widzę niepokój w jego oczach i to jak jego czoło zmarszczyło się a brwi zbiegły w jedną linię. Wyciąga ręce i kładzie je mocno na moich ramionach.

-To nie jest twoja wina, Kotna. - Syczy a ja jestem zaskoczona tonem jego głosu. To głos, którego zawsze używał, kiedy byliśmy sami w lesie. Kiedy narzekał na kapitol i to jakie to wszystko jest niesprawiedliwe. - To jego wina. Przecież mógł nic nie mówić podczas tego cholernego wywiadu. Ale on nie mógł skłamać nawet, jeśli bardzo tego, by chci...

Jestem tak skupiona na Gale'u, że nie zauważam tego jak u mojego boku pojawia się Peeta sprawiając, że Gale urywa wpół zdania. Czuję jego dłoń w dole moich pleców a ja odwracam się i widzę stojącą za, nim kolejną grupę kamerzystów. Natychmiast przyjmuję swoją rolę i obejmuję go. Wściekłość, która pojawia się na twarzy Gale'a jest niemal niewidoczna, ale po tylu godzinach spędzonych z, nim w lesie znam jego nastroje i to jak je okazuje.

-Gale. - Głos Peety jest poważny i czuję delikatnie drżenie jego mięśni spoglądam na moich przyjaciół nie wiedząc co mam powiedzieć lub zrobić. - Musimy pogadać.

Gale kiwa głową i odwraca się w kierunku uliczki. Peeta odwraca się do mnie cicho prosząc żebym dała, im tę chwilę. Bardzo chcę pomóc mu wyjaśnić to wszystko, ale jedyne co mogę zrobić to tylko skinąć lekko głową.

Przypominając sobie o obecności kamer, łapię Peetę za rękę. On odwraca się do mnie zaskoczony, wyraźnie skupiony na tym, żeby rozmowa z Gale'em była już za, nim i pyta co się stało. Szybko staję na palcach, kładę dłoń na jego klatce piersiowej i pochylam się, żeby pocałować go w policzek. Wydaje mi się, że chyba go zaskoczyłam, ponieważ jego proteza chwieje się lekko co sprawia, że zamiast policzka całuję kącik jego ust.

Czuję, że się czerwienię i natychmiast spuszczam wzrok. Na szczęście Peeta dochodzi do siebie szybciej niż ja i pochyla się, żeby pocałować mnie w czoło. Przesuwa kosmyk moich włosów za ucho sprawiając, że unoszę wzrok. Jego twarz również jest zaczerwieniona i od razu czuję się lepiej. Szybko łapie moją rękę, ściska ją, a potem odchodzi, żeby porozmawiać z Gale'em.

Kiedy patrzę jak odchodzi bezwiednie dotykam ust. Napotykam spojrzenie Gale'a i ból jaki w, nim widzę sprawia, że czuję się jeszcze bardziej skołowana. Gale kopie kamyk leżący niedaleko na ziemi i potrząsa głową.

Serce wpada mi do żołądka.


-To jej kuzyn. - Słyszę w telewizji głos Haymitcha. - Myśli, że ona nie jest jeszcze gotowa na poważny związek.

Materiał z piekarni rodziny Mellark dobiega końca. Z niedowierzaniem patrzę na mężczyznę siedzącego w w fotelu obok kanapy. On tylko unosi brew i pociąga łyk z piersiówki.

-No co?

Peeta stara się złapać mnie za ramię, ale udaje mi się tego uniknąć. W niecałą minutę udaje mi się wyjść z domu i usiąść na stoliku stojącym na tarasie. Słyszę jak Peeta schodzi po schodkach werandy, dźwięk jaki wydaje jego proteza mówi utwierdza mnie w przekonaniu, że to on. Nie patrzę na niego, kiedy siada obok mnie.

-Tak bardzo mi przykro. - Powstrzymuję w sobie chęć warknięcia, żeby przestał ciągle mnie za coś przepraszać za nm on kończy to, co ma do powiedzenia. - Haymitch musiał coś wymyślić. Coś co sprawiłoby, że odczepią się od nas kamery. 'Trójkąt miłosny' raczej nam w niczym nie pomoże.

Kiedy o tym mówi robi palcami cudzysłów. Wzdycham głośno i odwracam się do niego.

-Nie ma żadnego 'trójkąta'. - Mówię używając tych samych gestów. - Nigdy nie łączyło mnie nic Gale'em.

Patrzę jak Peecie opada szczęka. Ja sama potrzebuję kilku sekund, żeby zrozumieć sens moich własnych słów. Właśnie zasugerowałam, że, chociaż nie żywiłam żadnych głębszych uczuć do Gale'a, Peeta i ja to kompletnie inna historia. Otwieram usta, żeby coś dodać, ale nie potrafię i znowu je zamykam. Przez chwilę wyglądam jak wyciągnięta z wody ryba.

-Ja..., to znaczy...to nie było tak. Nigdy.

Zeskakuję ze stołu i otrzepuję spodnie, ponieważ nie wiem, co zrobić z rękami.

-Pójdę się położyć. Boli mnie głowa.

Wracam do domu nie oglądając się za siebie.


Minął miesiąc, odkąd zamieszkałam z Peetą i przez ten czas udało nam się stworzyć coś na kształt rutyny. Poza tym, że od czasu do czasu odwiedzają nas kamery a ja nie mogę już polować jest nawet całkiem normalnie.

Każdego ranka, w zależności od jego koszmarów, budzę się albo w swoim łóżku albo w łóżku Peety. Odkryliśmy, że on dużo lepiej śpi, jeżeli jest pewien, że jestem niedaleko. W każdym razie, zwykle, kiedy ja dopiero się budzę Peeta już dawno nie śpi. Najczęściej, kiedy kończę się ubierać czuję zapach świeżo upieczonego chleba dochodzący z parteru.

Mama i Prim jadają z nami posiłki i przyprowadzają Haymitcha. Jest dziwnie widywać go codziennie i poznawiać go bliżej, po tym jak widywałam go tylko w trakcie Dożynek. Z biegiem czasu wydaje się coraz bardzie trzeźwy a mama mówi, że mieszkanie z, nim wcale nie jest takie uciążliwe.

W ciągu dnia, Peeta i ja czasami wychodzimy do jego rodzinnej piekarni, gdzie Peeta stara się pomagać nie zważając na protesty ojca. Zauważyłam, nawet, jeśli on mi tego nie powiedział wprost, że Peeta stara się przywrócić swemu życiu jak najwięcej rutyny sprzed Igrzysk. Kiedy powiedziałam o tym Panu Mellarkowi, przestał protestować.

Wieczorami, Peeta zwykle znika w jednej z sypialni, w której urządził sobie pracownię. Czasami spędza tam tylko kilka godzin. Zdarzają się noce, kiedy zasypiam obok niego, ale o świcie budzę się sama i słyszę go w tym drugim pokoju. Zawsze zamyka za sobą drzwi a ja nie nalegam na to, żeby mnie tam wpuścił. Wiem, że każdy z nas zasługuje na odrobinę prywatności.

Dzisiaj wróciliśmy z piekarni wcześniej niż zwykle z powodu tego co ma wydarzyć się jutro. Kilka dni temu zadzwonił telefon (nadal nie mogę się do niego przyzwyczaić) z wiadomością, ze sam Ceasar Flickerman przyjedzie do Dwunastki, żeby przeprowadzić z Peetą wywiad. Peeta i ja nie sądziliśmy, że to coś poważnego. Dopóki nie zobaczyliśmy jak Haymitch zareagował na tę wiadomość.


-Posłuchajcie mnie uważnie. - Powiedział, kiedy już wyciągnął nas w nasze zwyczajowe miejsce rozmów. Wiedziałam, że nie jest dobrze, kiedy wydobył z kieszeni piersiówkę.

-Ten wywiad musi być idealny. Wy musicie być idealni. Musicie udawać idealną parę. Ludzie są zakochani w Peecie. Teraz muszą zakochać się w was jako idealnej parze. Nie możecie dopuścić do tego, żeby chcieli, żeby Peeta był sam.

Spojrzeliśmy na siebie, a potem na Haymitcha kiwając jednocześnie głowami. Jednak coś w sposobie w jaki na nas patrzył sprawiło, że stwierdziłam, że Haymitch nie mówi nam wszystkiego.

-Wierzcie mi. - Powiedział, przełykając kolejny łyk alkoholu. - To nie jest normalna procedura. Nie wysyłają Flickermana ot tak, żeby pogawędził sobie z każdym ze zwycięzców w ich nowym domu. Ostatni raz coś takiego przytrafiło się dziesięć lat temu, kiedy igrzyska wygrał Finnick Odair.

Haymitch zniknął potem w swoim domu niczego więcej nam nie wyjaśniając.


Tak, więc siedzimy razem na brzegu łóżka Peety w kompletnie pustym domu. Cały dzień dokuczała mu noga, więc stwierdziliśmy, że najlepiej będzie, jeśli położymy się wcześniej. I tak jestem pewna, że żadne z nas nie wyśpi się porządnie tej nocy. Jutro wczesnym rankiem przyjedzie ekipa przygotowawcza Peety, żeby przygotować nas do wywiadu.

Po chwili ciszy zaczynamy szeptać między sobą.

-Myślisz, że jesteśmy na to gotowi? - Odzywa się Peeta kładąc nogi na łóżku.

Jestem już ubrana w piżamę i zajmuję swoje zwyczajowe miejsce u jego boku wyciągając spod nas kołdrę i przykrywając nią nas.

-Sam wywiad to łatwizna. Łatwo mi przychodzi mówienie o tobie miłych rzeczy.

Wymierzam mu sójkę w bok, a potem kładę głowę na jego ramieniu. Peeta wzdycha głośno i bierze mnie za rękę. Ta czynność jest już tak znajoma, że często robimy to automatycznie.

-Tak. No cóź, ja też nie mam problemu z prawieniem ci komplementów

Siedzimy w ciszy przez kilka minut. Oboje doskonale wiemy, że nie martwi nas wywiad. Nawet po wszystkim co się stało, Peeta jest zbyt dobrze wychowany, żeby zacząć rozmowę o tym co tak naprawdę go trapi, więc to ja postanawiam podjąć tę kwestię.

-Jeśli chodzi o całą resztę...Jestem pewna, że jakoś sobie z tym wszystkim poradzimy.

Peeta odsuwa się ode mnie sprawiając, że muszę unieść głowę, żeby na niego spojrzeć i widzę jak patrzy na mnie z niedowierzaniem.

-Jakoś sobie poradzimy? Bez urazy Katniss, ale nie sądzę, żeby ogień był czymś co możemy odegrać na poczekaniu. Nie możemy dopuścić do tego, żeby nasz pierwszy pocałunek przed kamerami wyglądał jak...Cóż, jak nasz pierwszy pocałunek.

-Ale przecież...- Odzywam się, ale on zamyka mi usta własną dłonią.

-To, że udało ci się pocałować kącik moich ust przez ułamek sekundy się nie liczy. - Uśmiecha się krzywo wiedząc, doskonale, że właśnie o to mi chodziło. To pierwszy raz, kiedy w ogóle rozmawiamy o wspomnianym pocałunku.

-Wiem...Ja po prostu...Sama nie wiem, co mam robić. - Pochylam głowę, kiedy czuję gorąco na policzkach.

Jestem poirytowana swoim własnym zachowaniem i podejściem do tego wszystkiego. Tak naprawdę nigdy nie myślałam o całowaniu kogokolwiek, a już na pewno nie mojego najlepszego przyjaciela. Dorastanie w Dwunastce, strata ojca i to, przez co przeszła później moja matka sprawiło, że trochę się zraziłam. Nigdy nie przejmowałam się romansami i uważałam, że każdy romans prędzej czy później prowadzi do rozczarowania.

Jednak, kiedy myślę o tym jak wiele ryzykujemy...czuję się nieswojo. Nie chodzi nawet o moje własne bezpieczeństwo. Sama myśl o tym, że ktoś mógłby skrzywdzić Peetę albo, że mogliby mi go odebrać sprawia mi ból, którego nie rozumiem. Może to dlatego , że zawsze byłam samolubna.

Spoglądam na niego kątem oka, widzę to, jak patrzy na mnie zaniepokojony i już wiem, co to za ból. Strata Peety, brak jego obecności w moim życiu przyniosłyby mi cierpienie bez względu na to, czy żywię do niego jakieś głębsze uczucia, czy też nie.

-Katniss? Nic ci nie jest?

Jego słowa przerywają moje zamyślenie, ale nie jestem w stanie mu odpowiedzieć. Mogę zrobić jedynie to, o czym myślę w tym momencie.

Moje usta nagle stykają się z ustami Peety i chyba oboje jesteśmy tym zszokowani. Nie mam żadnego doświadczenia w tym temacie i wydaje mi się, że działam instynktownie. Na szczęście odpowiedź zajmuje Peecie tylko kilka sekund. Jestem zaskoczona, kiedy czuję jak jego usta lekko się otwierają pod moimi i bierze moją dolną wargę między swoje. Byłabym zawstydzona westchnieniem jakie mi się wyrwało, gdyby nie to , że on westchnął tak samo, kiedy mój język przesunął się po jego górnej wardze.

Mój umysł jest kompletnie pusty. Nie potrafię skoncentrować się na niczym innym tylko na jego smaku, cynamonu i miętowej herbaty, którą wypiliśmy po kolacji i uczuciu moich palców wplatających się w jego włosy. Czuję ucisk w żołądku, który tylko wzmaga się, kiedy pocałunek się pogłębia.

Czuję dotyk języka Peety i nie waham się przed otwarciem ust. Czuję się trochę dziwnie, ale nie jest aż tak źle. Zanim mam czas na wahanie, popycham go lekko do tyłu. Kiedy opada na ułożone za, nim poduszki, opieram się o niego całym ciałem. Lekko się odsuwam, żeby nabrać tchu, ale nadal jestem na tyle blisko, że nasze oddechy się mieszają. Czuję na sobie jego dłonie jedna trzyma mnie za kark, a druga obejmuje mnie w talii.

Jestem zaskoczona tym, jak bardzo mi z tym wszystkim dobrze. Jakie to wszystko wydaje się naturalne.
Zaciskam w dłoniach jego koszulkę, a potem przesuwam je do jego twarzy. Nigdy przedtem nie czułam czegoś tak intensywnego, ale teraz chcę być jak najbliżej niego. Jedną dłonią nadal dotykam jego twarzy a druga przesuwa się w dół wzdłuż jego boku do miejsca, w którym podwinęła mu się koszula. Czuję jego nagą skórę i przesuwam dłoń wyżej. Jego ciało jest ciepłe i słyszę jak jego oddech urywa się pod moim dotykiem.

Czuję jego uśmiech i odkrywam, że odpowiadam mu takim samym uśmiechem. Odsuwa się lekko i całuje kącik moich ust, potem policzek i skroń. Przesuwam nosem wzdłuż jego nosa i całuję jego czubek.

Oboje oddychamy ciężko, kiedy otwieram oczy. Nie powinnam być zaskoczona tym jak blisko mnie znajdują się jego kryształowo niebieskie oczy, ale to jest coś nowego.

W tym samym momencie oboje zdajemy sobie sprawę z tego co właśnie zrobiliśmy.

Wyciągam dłoń spod jego koszulki a on rozluźnia uścisk. Unikam jego wzroku, kiedy odwracam się na bok i kładę z dala od niego. Mija kilka minut, zanim nasze oddychanie wraca do normy i dopiero, wtedy znowu na siebie spoglądamy.

Peeta przeciąga się i splata dłonie pod głową. Moje oczy przez moment skupiają się na jego skórze w miejscu, gdzie znowu koszulka podjechała mu do góry. Kiedy unoszę wzrok, jedna z jego brwi jest uniesiona i wiem, że mnie przyłapał. Na szczęście nie komentuje tego.

-Cóż wydaje mi się, że to był całkiem niezły start. - Mówi wpatrując się w sufit, a potem wyciąga rękę i zahacza najmniejszym palcem o mój palec.

Czuję, że się czerwienię i staram się zdusić uczucie motyli w żołądku. Słyszę swój własny głos, zanim mam możliwość go powstrzymać.

-Jak dla mnie bardzo przypominało to ogień.