Rozdział siódmy
Ostatnie pięć miesięcy pamiętam jak przez mgłę.
Chociaż mieliśmy nadzieję, że po miesiącu dziennikarze z Kapitolu dadzą Peecie spokój myliliśmy się. Nie musi już udzielać wywiadów, ale kamery nadal go śledzą a dziennikarze nadal starają się wyciągnąć, chociaż kilka słów od swojego ulubionego Zwycięzcy. Śledzą go każdego ranka po drodze do piekarni i w każde popołudnie, kiedy wraca do domu.
Wieczory spędzamy tak bardzo odcięci od świata zewnętrznego jak to tylko możliwe. Zrobiło się zimniej i dlatego większość wieczorów spędzamy przy kominku gawędząc o tym i owym. Zabrałam się też za czytanie książek, którymi ktoś wypełnił dom Peety. Peeta nauczył Prim grać w szachy a Haymitch czasami pomaga jej w obmyślaniu strategii.
Prim i Haymitch bardzo się polubili. Na początku niezbyt mi się to podobało, ale z upływem czasu zauważyłam, że ona wywiera dobry wpływ na jego zachowanie. Haymitch już prawie nie upija się do nieprzytomności. A jego sarkazm jest teraz zarezerwowany wyłącznie dla mnie.
W każdą niedzielę Hawthorne'owie przychodzili do nas na kolację. Na początku było dziwnie i wiedziałam jak badzo Gale nie chciał tu być. Nie chciał widzieć mnie, nie chciał widzieć Peety a już na pewno nie chciał, żeby ktokolwiek litował się nad jego rodziną.
W końcu wkurzyłam się i nakrzyczałam na niego w ogrodzie, chociaż w sumie przestało mnie obchodzić, kto słyszał co, wtedy krzyczałam, kiedy mówiłam mu, że przestał być taki uparty. To był pierwszy raz, kiedy krzyczałam na Gale'a. Przez lata często widział, mnie w złym nastroju, ale to był pierwszy raz, kiedy sam tę złość sprowokował. Gale stał przede mną, nie mówiąc nic, a potem po prostu sobie poszedł. Po jego odejściu tamtego wieczora zaczęłam się bać, że Hawthorne'owie będą przychodzić bez niego. Ale w następną niedzielę pojawił się i został z nami nie narzekając na nic.
Z upływem czasu nasze stosunki się unormowały. Chciałabym móc powiedzieć to samo o ostrożnej przyjaźni jaką Gale zawarł z Peetą, ale niestety musiałabym skłamać.
Tak naprawdę zawsze wiedziałam, że tolerują się tylko ze względu na mnie. Poza mną nie łączyło ich nic. Zdążyłam jednak przyzwyczaić się do tego, że potrafili znosić swoją obecność, nawet, jeżeli robili to tylko dla mnie. Wiem dlaczego Gale czuje żal do Peety. Chciałabym wyjaśnić mu lepiej, że to co robi Peeta ma na celu zapewnienie bezpieczeństwa nam wszystkim. Chciałabym wyjaśnić mu, przez co Peeta teraz przechodzi, ale nie mogę, ponieważ sama do końca tego nie rozumiem.
Kiedy tego wieczora Hawthorne'owie, moja rodzina, Haymitch, Peeta i ja zasiedliśmy po kolacji w salonie Gale usiadł po mojej lewej stronie. Peeta znalazł się z mojej prawej strony i od razu poczułam otaczające mnie napięcie. Telewizor nastawiony jest na kanał z wiadomościami i, kiedy Haymitch zauważa na ekranie twarz Effie łapie pilota i robi głośniej.
-Tak, oczywiście. Wydaje mi się, że wszyscy zakochali się w naszym Peecie. - Jej niedorzeczny śmiech pasuje do jej niedorzecznego akcentu. - Mogę jednak z całą pewnością stwierdzić, że ciągle dostaję listy od ludzi, którzy są szczęśliwi widząc go z jego najdroższą Katniss. Tak bardzo, że chcą wiedzieć czy Katniss dołączy do niego podczas tournée, które zaczyna się w tym miesiącu.
Dziennikarz to lawendowo włosy mężczyzna, którego nie znam.
-To nigdy wcześniej się nie zdarzyło, prawda Panno Trinket?
-Cóż, nie. - Effie milknie na chwilę a ja słyszę bicie własnego serca. - Ale zawsze jest ten pierwszy raz. Ja sama bardzo tego chcę. Wszyscy bardzo tego chcemy, prawda?
Kamera przesuwa się po publiczności, z której obecności nie zdawałam sobie sprawy. Wszyscy stoją i ukazują swoją aprobatę dla tego pomysłu głośnymi oklaskami.
Słyszę westchnienie Peety i automatycznie chwytam go za rękę. Nawet nie myślę o tym co zrobiłam, dopóki nie poczułam jak Gale poruszył się na poduszce obok mnie. Spogłądam na niego i widzę jego wzrok skupiony na mojej dłoni zamkniętej w dłoni Peety. Potem posyła mi gniewne spojrzenie a ja otwieram usta, żeby coś powiedzieć, ale nie potrafię.
Kiedy wstaje puszczam dłoń Peety i również podnoszę się z kanapy. Łapię go za łokieć, wywlekam z domu i prowadzę w miejsce, gdzie możemy bezpiecznie porozmawiać. Kiedy znikamy między drzewami odwracam się do niego i patrzę na niego w ten sam sposób jak on spojrzał na mnie w domu.
-Czego ty ode mnie chcesz, Gale?- Pytam ostro i mocno odgarniam z twarzy włosy, które wymknęły się z mojego warkocza.
-Chcę, żebyś powiedziała mi prawdę, Katniss.
Jestem świadoma tego, że użył mojego prawdziwego imienia. Patrzy na mnie zbolałym wzrokiem a ja chciałabym zrozumieć dlaczego sprawiam mu ból.
-Powiedziałam ci prawdę. Nawet kilka razy. Nie rozumiem dlaczego ciągle muszę się przed tobą tłumaczyć!
-Może dlatego , że z nas wszystkich tylko ja widzę, że ty wcale nie udajesz.
-Słucham? Chodzi ci o to, że kocham Peetę? Nie, nie udaję tego. Kocham go! - Sama jestem zaskoczona tym, jak łatwo mi o tym mówić, ale to prawda. Jak mogłabym go nie kochać? Przecież Effie Trinket powiedziała właśnie, że kocha go cały kraj. - Ale ciebie też kocham, Gale. Myślisz, że Peeta ciągle każe mi się tłumaczyć z tego jak ważne jest dla mnie żebyś był tutaj, w jego domu w każdy niedzielny wieczór? I jak ciężko znoszę to , że nie mogę już polować z tobą w lesie?
Oddycham ciężko i wpatruję się w ziemię. But Gale'a kopie z impetem ziemię. A jego słowa sprawiają, że moja głowa podrywa się do góry.
-Jasne. Musi mu być łatwiej, w końcu co noc ma ciebie w swoim łóżku.
Jego głos jest zimny i celowo chce mnie zranić. Udaje mu się i cofam się od niego. Nie wiem, czy istnieje coś, co mogłabym powiedzieć, żeby nie pogorszyć sytuacji. Normalnie nie przejmowałabym się nawet konsekwencjami swoich słów, ale tym razem Gale nie daje mi szansy na odpowiedź.
-Tak myślałem.
Mija mnie szybko i wraca do domu tylnymi drzwiami, chwilę później słyszę jak głośno trzaskają drzwi frontowe.
Nadal stoję w tym samym miejscu, kiedy kilka minut później słyszę kroki Peety na werandzie, dopiero kiedy obraz przed moimi oczami rozmazuje się zauważam, że moje oczy są pełne łez. Peeta próbuje mnie objąć, ale ja odpycham go i wbiegam do domu.
Tamtej nocy leżę w swoim własnym łóżku nie mogąc zmrużyć oka.
Minął tydzień, odkąd Gale zostawił mnie samą w zagajniku. Przez cały ten czas zachowywałam się, jak humorzasta, kapryśna nastolatka, którą nigdy przedtem nie byłam. Nienawidzę się, za to, ale nie potrafię przestać.
Siedzimy nad kolacją, starając się nie zauważać nieobecności Hawthorne'ów, kiedy dzwoni telefon. Haymitch wstaje szybko od stołu sprawiając, że Peeta patrzy na niego zaskoczony. Haymitch macha tylko lekceważąco ręką i idzie do salonu, żeby odebrać.
Łapię nad stołem spojrzenie Peety i wiem jak bardzo chce podsłyszeć rozmowę Haymitcha. Błysk nadziei w jego oczach sprawia, że czuję ucisk w sercu. W żołądku czuję ołowianą kulę, z powodu tego, że zachowywałam się, jak rozpuszczony bachor. Wiem, że ostatnio byłam nieznośna.
Powoli wstaję i po raz pierwszy od tygodnia, mimo braku kamer, biorę go za rękę, pomagam mu wstać z krzesła i oboje podchodzimy cicho do drzwi prowadzących do pokoju, w którym w tym momencie przebywa Haymitch. Przez chwilę wytężamy słuch, ale szybko okazuje się, że nie mamy szans. Szorstkie mruczenie Haymitcha sprawia, że trudno nam zrozumieć o czym mówi.
Peeta wzrusza ramionami i wykonuje ruch w stronę krzesła. Ściskam mocniej jego dłoń sprawiając, że się zatrzymuje. Peeta patrzy na mnie a ja czuję, że kula w moim żołądku rośnie. Jego oczy znowu są podsiniaczone a ramiona zgarbione bardziej niż zwykle.
-Peeto, ja...- Milknę i przełykam ślinę.
On ściska moją dłoń i kładzie drugą na moim ramieniu. Uśmiecha się łagodnie.
-W porządku, Katniss. Rozumiem.
Tylko Peeta potrafił tak szybko mi wybaczyć a jednocześnie sprawić, że przez jego wyrozumiałość poczułam się jeszcze gorzej. Miałam zamiar mu podziękować, ale nie zdążyłam, ponieważ nagle otworzyły się drzwi. Oboje straciliśmy równowagę i musieliśmy złapać siebie nawzajem, żeby się nie przewrócić.
Haymitch zatrzymuje się w pół kroku i wybucha śmiechem patrząc na nas, a potem wraca na swoje miejsce przy stole. Natychmiast zabiera się do jedzenia i napycha usta puree ziemniaczanym, dopóki nie zdaje sobie sprawy, że nadal stoimy i wpatrujemy się w niego.
-Nie sterczcie tam tak. Siadajcie. Musimy porozmawiać.
Ledwie powstrzymuję chęć przewrócenia oczami, kiedy tym razem siadam obok Peety. Prim uśmiecha się do mnie i podaje mi mój talerz, który stawiam przed sobą na stole.
Peeta wierci się na krześle obok mnie. Wiem, że on wie, że to co ma nam do powiedzenia Haymitch jest bardzo ważne. Jego zdrowa noga podskakuje nerwowo obok mnie. Kładę dłoń na jego udzie i czuję jak jego noga nieruchomieje. Peeta kładzie dłoń na mojej dłoni, a potem pochyla się tak, żeby nasze ramiona się ze sobą zetknęły.
Słyszę parsknięcie po mojej prawej stronie i napotykam ciekawskie spojrzenie i uniesioną brew Prim. Lekko uderzam ją w ramię, a potem skupiam uwagę na Haymitchu.
-A, więc...-Mówi Haymitch, a potem pociąga długi łyk ze stojącej przed, nim szklanki. - Wygląda na to , że Effie w końcu się na coś przydała.
-Masz na myśli...-Głos Peety lekko drży.
-Mam na myśli to, że numer, który wywinęła udzielając tamtego wywiadu odniósł oczekiwany skutek. Katniss wyjeżdża z tobą na tournée.
Peeta natychmiast odsuwa się od stołu z głośnym skrzypieniem krzesła po parkiecie. Ciągnie mnie za sobą i, zanim mam szansę zrozumieć co się dzieje, mocno mnie obejmuje. Mam wystarczająco dużo czasu, żeby przesłać Haymitchowi bezgłośne podziękowanie i nagle czuję jak moje stopy odrywają się od ziemi i muszę objąć Peetę za szyję, żeby nie przewrócił się pod moim ciężarem.
Haymitch odpowiada mi lekceważącym grymasem i macha na mnie ręką. Może i zlekceważył moje podziękowanie, ale wiem, że jak wiele mu w tym momencie zawdzięczamy.
Jutro wyjeżdżamy na tournée. To trzecia niedziela, odkąd ostatni raz widziałam Gale'a. Budzę się wcześniej niż zwykłam budzić się ostatnio, na długo przed wschodem słońca. Spoglądam w lewo i widzę, że miejsce, w którym spał Peeta jest puste.
Siadam na łóżku i przez chwilę nasłuchuję. Słysząc odgłosy kroków dochodzące z pracowni i biorę głęboki wdech, a potem skradam się cicho do mojej sypialni po drugiej stronie korytarza.
Zanim mam szansę to sobie wyperswadować ubieram się i zakładam buty do polowania. Wpadam na chwilę do łazienki, a potem cichutko schodzę na dół. Ostrożnie wyglądam przez okno na parterze, a potem bezgłośnie wychodzę przez frontowe drzwi.
Szybko przekraczam trawnik, a potem główną drogę Wioski Zwycięzców. Kiedy docieram na główną drogę przyspieszam i po chwili biegnę dobrze znaną sobie trasą w kierunku Złożyska. Po drodze mijam kilku górników, którzy idą do pracy, ale wiem, że Gale ma w niedzielę wolne. Oni mnie nie zauważają i udaje mi się bezpiecznie przejść przez płot.
Nie jestem pewna dlaczego, ale czuję przemożną potrzebę spotkania z Gale'em. Tak naprawdę nadal jestem na niego wściekła. Ale nie mogę wyjechać jutro nie próbując pogodzić się z, nim.
Kiedy prześlizguję się pod płotem przypominam sobie pierwszy raz, kiedy uczyłam go strzelać z łuku.
Po roku wspólnych polowań Gale w końcu zdobył się na odwagę i poprosił, żebym nauczyła go strzelać.
Chciałam się roześmiać z tego jaki był zawstydzony i jak jego głos przycichł przy słowie 'proszę', ale nie zrobiłam tego. Stwierdziłam, tylko , że, jeśli jemu nie przeszkadza to , że będzie uczyć go dziewczyna, mi nie będzie przeszkadzało to , że mam go uczyć. Wtedy rzucił we mnie torbą i oboje się roześmialiśmy.
Pod koniec tamtego dnia miał wiele siniaków i porządne otarcie od cięciwy, ponieważ strzelał bez ochraniacza. Strzelenie w cokolwiek zajęło mu dwie godziny. Kolejne cztery spędził na mierzeniu do przygotowanego przeze mnie celu.
-Dzięki, Kotna.
Gale objął mnie ramieniem i zabrał torbę, która mi ciążyła. Jego ramię było ciężkie, ale nie narzekałam. Chociaż do tamtego momentu Gale czasami mi pomagał, wtedy dotknął mnie po raz pierwszy.
Wydawało mi się to naturalne. I myślałam, że, wtedy w końcu zaczęliśmy ufać sobie nawzajem.
Kiedy docieram do kępy krzaków jagód, która osłania nasze miejsce spotkań właśnie wschodzi słońce. Zauważam jego zgarbioną sylwetkę na skalnej półce, z której roztacza się widok na dolinę. Jest odwrócony do mnie plecami, ale zauważam moment, w którym wyczuwa moją obecność.
Odwraca się mierząc do mnie z łuku, który wypada mu z rąk na mój widok.
Robię krok do przodu, ale on zostaje tam, gdzie stoi, zamiast tego wpycha ręce do kieszeni. Przez chwilę przypatrujemy się sobie w milczeniu. Nagle czuję się strasznie głupio przychodząc tu bez przemyślanego planu.
Odkąd go ostatni raz widziałam odrosły mu włosy i teraz niemal sięgają jego ramion. On jednak nawet nie próbuje odsunąć ich z oczu i nadal trzyma ręce w kieszeniach.
Wreszcie się odzywam.
-Nie mogę tutaj zostać.
Natychmiast żałuję swoich słów, ponieważ jego twarz tężeje a ręce wysuwają mu się z kieszeni. Sięga po upuszczony łuk i leżącą na skale torbę. Wiem, że ma zamiar odejść, ale ja nie mogę m na to pozwolić.
-Przyszłam z tobą porozmawiać. Tęsknię za tobą.
Jego twarz łagodnieje i Gale odkłada torbę i łuk i siada z powrotem na skale zapraszając mnie gestem, żebym do niego dołączyła.
Wzdycham, a potem wychodzę na polankę.
-Jutro wyjeżdżasz, prawda?
Jego głos jest cichy i szorstki, ponieważ prawdopodobnie jeszcze się do nikogo tego dnia nie odezwał.
-Skąd wiesz?
-Prim powiedziała Rory'emu.
Kiwam głową wpatrując się w dolinę. Wiem, że nie mogę zostać dłużej, jeżeli chcę wrócić, zanim ktokolwiek zauważy moją nieobecność. Odwracam się do niego w tym samym momencie, kiedy on odwraca się do mnie i jego szare oczy, tak podobne do moich własnych, wpatrują się we mnie.
-Gale, to, co powiedziałeś mi, kiedy ostatni raz się widzieliśmy naprawdę mnie zraniło.
Moje słowa wydają się głupie i czuję, że czerwienię się z zażenowania. Gale i ja nigdy nie rozmawiamy o uczuciach. Gale wybucha śmiechem. Chciałabym móc do niego dołączyć, ale to nie jest wesoły, żartobliwy śmiech. Jest złośliwy i sarkastyczny.
-Och doprawdy? To ja zraniłem ciebie?
Jestem zaskoczona tonem jego głosu i fizycznie odsuwam się od niego. Sekundę później czuję tę samą irytację, którą czułam widząc go po raz ostatni. Odsuwam się jeszcze bardziej i staram się, żeby mój głos nie trząsł się ze złości, kiedy znowu się odzywam.
-Tak, cóż...Chyba zdajesz sobie sprawę z tego, że w zasadzie nazwałeś mnie dziwką? - Milknę a on otwiera usta, ale unoszę dłoń, żeby go uciszyć. - Jak mogłeś Gale? Myślałam, że znasz mnie lepiej. Że wiesz, że ja nigdy...
-Oto właśnie chodzi, Kotna.- Mówi Gale biorąc mnie za rękę. Jestem skołowana. Jak on może mnie wyzywać, a potem tak po prostu brać mnie za rękę? Wiem, że nie powinnam tego robić, ale nie potrafię powstrzymać mojego umysłu przed porównywaniem Gale'a i Peety. Jego dłoń jest większa i, chociaż dłonie Peety nie są delikatne, skóra na dłoni Gale'a jest bardziej zrogowaciała. Trzyma mnie odrobinę zbyt mocno, ale nie wiem czy robi to dlatego , że nie chce żebym od niego uciekła. - Odkąd on wrócił w ogóle cię nie poznaję...
Gale milknie na chwilę. Nigdy nie potrafił znaleźć słów, żeby wyrazić to, co czuje, to kolejny atrybut, który mój umysł porównuje z Peetą. Nie odzywam się i czekam aż Gale skończy.
-Rankiem w dzień po jego powrocie przyszedłem do twojego domu i odkryłem, że ty już tam nie mieszkasz. Następnym razem zobaczyłem cię na ekranie telewizora zachowującą się jakbyś miała jakiekolwiek pojęcie o prowadzeniu domu.
-Gale, doskonale wiesz dlaczego musiałam się tak zachowywać. Już ci to wyjaśniałam.
Jego dłoń zaciska się na mojej i staram się ignorować to, ból jaki mi sprawia.
-Tak, ale, ile jest w tym udawania?- Jego głos łagodnieje i czuję jak zasycha mi w gardle. - Widziałem was razem. Nawet, jeśli w okolicy nie ma kamer. Twój stosunek do niego się zmienił. Zmieniłaś się także w stosunku do mnie.
-Zmieniłam się, ponieważ on się zmienił. Nie masz pojęcia co się z, nim stało. Jak...jak bardzo starali się zrobić z niego potwora. Zmusić go, żeby uwierzył, że jest potworem. Jeżeli potrzebuje mnie,żeby przypomnieć sobie, że, nim nie jest...muszę mu w tym pomóc.
-Mógł zrobić to ktoś inny. Co z jego ojcem? Z jego braćmi? Jego kumplami z miasteczka? Dlaczego oni mu nie pomagają?
Podrywam się z miejsca i staram się wyszarpnąć dłoń z jego uścisku, ale on trzyma mnie jeszcze mocniej i wstaje razem ze mną. Jestem taka wściekła, że prawie widzę podwójnie. Mój głos zamienia się we wściekły syk.
-Kim jesteś, żeby radzić mu co jest dla niego dobre? Co jest dobre dla mnie?
-A za kogo on się uważa, jeżeli myśli, że może mi cię odebrać?
Słowa Gale'a sprawiają, że od razu nieruchomieję i ten moment wahania jest wszystkim, czego potrzebuje Gale.
Nawet nie zauważam tego jak przyciąga mnie bliżej. Na chwilę wyciągam ręce ciesząc się, że mnie puścił i opieram je o jego klatkę piersiową, żeby się nie przewrócić. Jego usta dotykają moich, zanim mam szansę zrozumieć co się dzieje.
Jego usta są ciepłe i czuję lekki zapach pomarańczy emanujący z jego skóry. Poza tym nie czuję nic. Jestem w całkowitym szoku i jestem pewna, że on zauważył to, kiedy się odsunął. Cofam się o krok i staram się zignorować wyraz odrzucenia na jego twarzy.
Jego głos zniża się do szeptu a ja czuję jak opada mi szczęka.
-Kocham cię, Kotna.
Odwracam od niego wzrok i odpowiadam na jego wyznanie w najgorszy z możliwych sposobów.
-Wiem.
Słyszę chrzęst liści pod podeszwami jego butów i, kiedy odwracam głowę w jego stronę widzę jak znika w lesie z torbą i łukiem przewieszonymi przez ramię.
Patrzę za, nim, dopóki zupełnie nie zniknie. On ani razu się nie odwraca.
Udaje mi się wrócić do Wioski Zwycięzców przed pojawieniem się reporterów i, zanim zapalą się światła w mijanych przeze mnie domach. Nie udaje mi się jednak dotrzeć do domu, zanim on zorientował się, że wyszłam.
Już, kiedy pokonuję ostatni zakręt przed domem Peety słyszę jak krzyczy moje imię, kiedy mnie zauważa. Widzę jak idzie ku mnie przez trawnik tak szybko, jak tylko może. Dziki wyraz jego oczu oraz to, jak szybko unosi się i opada jego klatka piersiowa sprawiają, że czuję silne uczucie wstydu. Przebiegam dzielącą nas odległość.
Peeta przesuwa dłońmi po moich ramionach. Podczas, kiedy jego ręce upewniają się, że jestem cała, jego oczy przyglądają mi się uważnie. Kiedy dotyka moich nadgarstków łapię go za ręce sprawiając, że na mnie spogląda.
-Peeto, nic mi nie jest.
-Katniss, co ty sobie do cholery myślisz?
Jego szorstki ton przestraszyłby mnie, gdyby nie to , że wiem, że na niego zasłużyłam. Do moich oczu natychmiast napływają łzy częściowo z powodu szoku wywołanego zachowaniem Gale'a, ale głównie z powodu tego jak bardzo jestem wściekłą na siebie samą. Moja wściekłość przybiera na sile, kiedy tylko czuję jak łzy zaczynają spływać mi ciurkiem po policzkach.
-Przepraszam, Peeto. Bardzo, bardzo cię przepraszam.
Peeta w milczeniu prowadzi mnie do domu i zamyka za nami drzwi. Siadam na kanapie żałośnie pociągając nosem podczas, kiedy on przemierza pokój, by rozpalić ogień. Nie mogąc usiedzieć spokojnie wstaję, podchodzę do okna i odkrywam, że zaczął padać śnieg.
Kiedy odwracam się do niego poznaję, po sposobie w jaki patrzy na moje ubrania a szczególnie na moje buty, że on wie, że poszłam do lasu, żeby zobaczyć się z Gale'em. Nie mówi nic tylko staje obok mnie przy oknie i wyjmuje z moich włosów gałązkę. Oboje patrzymy na padający śnieg, dopóki nie zawstydza mnie odgłos burczenia dochodzący z mojego żołądka.
Peeta rusza do kuchni a ja idę za, nim. Podaje mi talerz z jedzeniem, które przygotował na śniadanie nie wiedząc, że wyszłam z domu. Zjadam je z wdzięcznością. Resztę dnia spędzamy grzejąc się przy kominku. Peeta rysuje coś w rozłożonym na kolanach szkicowniku a ja udaję, że czytam.
Kiedy nocą leżę u jego boku dociera do mnie jak bardzo nie zasługuję na uczucie jakim darzy mnie Peeta, czy jest prawdziwe czy nie, ale obiecuję sobie, że zrobię wszystko aby na nie zasłużyć.
