Rozdział ósmy

W pociągu, który zabierze Peetę na tournée po dystryktach wydzielono dla mnie mój własny przedział. Gdyby nie to, że przez ostatnie pół roku zdążyłam się przyzwyczaić do nowego domu Peety, ten pociąg byłby najbardziej luksusowym miejscem w jakim kiedykolwiek byłam.

Siedzę na brzegu miękkiego łóżka, kiedy w drzwiach przedziału staje Peeta. Ledwo co wyjechaliśmy z Dwunastki a każde z nas zostało odprowadzone do naszych oddzielnych przedziałów, nadal czuję wszechogarniającą ulgę na sam jego widok. Chociaż Haymitch starał się opowiedzieć nam wszystko co pamiętał ze swojego własnego tournée tak naprawdę nie wiemy czego się spodziewać.

Peeta siada obok mnie na łóżku a ja opieram głowę o jego ramię. W tym samym momencie pociąg wchodzi w zakręt co sprawia, że niemal spadam z łóżka i Peeta musi mnie przytrzymać, kiedy wiszę nad jego kolanami. On chichocze i zacieśnia ramiona w nieco niewygodnym uścisku. Przechodząca korytarzem pracownica obsługi pociągu zagląda do nas akurat w momencie, kiedy Peeta całuje mnie w czoło i przysięgam, że słyszę jak wzdycha.

-Przyzwyczajenie się do ruchu pociągu może zająć trochę czasu. Ale, jeżeli taki inwalida jak ja może to opanować, dla ciebie, z twoim super poczuciem równowagi...powinno to być dziecinnie łatwe.

Odsuwam się od niego i lekko klepię go w ramię.

-Nie mów tak o sobie.

Peeta wstaje i zaczyna rozglądać się po przedziale, potem wchodzi do znajdującej się w, nim łazienki, by po chwili z niej wyjść. Bierze moją torbę, której nawet jeszcze nie tknęłam i pokazuje mi, że mam iść za, nim. Marszczę brwi, ale on nic nie mówi.

Idę za, nim korytarzem delikatnie przytrzymując się ścian. Nie czuję się zbyt pewnie, ale po chwili docieramy do celu prawie na drugim końcu pociągu. W międzyczasie moje ruchy stają się bardziej pewne. Przekraczam próg za, którym zniknął Peeta i widzę jak stawia moją torbę na podłodze obok swojej.

Kiedy się do mnie odwraca, nie musi mi mówić, że nie mógłby znieść tego, że śpimy w oddzielnych przedziałach i to na dwóch oddzielnych krańcach pociągu. Nie zamierzam się z nim kłócić.

-Chyba, że, jednak wolałabyś...?

Nie używam słów, żeby mu odpowiedzieć. Zamiast mówić cokolwiek pochylam się, otwieram torbę i wyjmuję z niej swoje rzeczy wkładając je do szuflad stojącej niedaleko komódki. Niemal słyszę jego uśmiech i szczery śmiech kiedy sam zabiera się za rozpakowywanie swoich rzeczy.

Po kilku godzinach do naszych uszu dociera głośne klikanie obcasów Effie Trinket. Nadal nie jestem pewna czy jestem gotowa na spędzenie dwóch tygodni w jej towarzystwie, ale Peeta przekonał mnie, że z biegiem czasu Effie robi się w zasadzie nieszkodliwa.

-Peeto, nie wiesz może, gdzie jest Katniss? Chciałam zaprowadzić ją na kolację, ale jej przedział jest pu...Och!

Jej usta formują idealne koło i błyszczą złoto. Stoi w drzwiach przedziału i przygląda się nam szeroko otwartymi oczami. Gdyby nie to, jak bardzo jestem jej wdzięczna za to , że mogę tutaj być prawdopodobnie roześmiałabym się. Postanawiam nabijać się z niej tylko wtedy kiedy nie będzie jej w pobliżu.

-Tak. Wiem, gdzie jest Katniss. - Mówi dobitnie Peeta wstając z łóżka. Potem odwraca się do mnie i podaje mi rękę a ja ujmuję ją bez chwili wahania. - Prowadź Effie.


Po więcej niż kilku niezbyt subtelnych uwagach Effie na temat tego jak niestosowne jest to, że Peeta i ja postanowiliśmy dzielić przedział, Peeta wreszcie traci cierpliwość.

-Posłuchaj, Effie. Nie chcę cię urazić, ale, kiedy masz za sobą to, przez co przeszedłem, to, czy twoje zachowanie jest stosowne przestaje cię obchodzić. Liczy się tylko to czego potrzebujesz, czego chcesz, to, co jest dla ciebie najważniejsze. Więc, jeśli to , że Katniss będzie sypiała w moim łóżku wydaje ci się 'niestosowne', to przepraszam cię bardzo, ale będziesz musiała schować dumę do kieszeni i to zaakceptować.

Potem Peeta zamyka grzecznie drzwi przedziału. To znaczy robi to na tyle grzecznie na, ile można zamknąć komuś drzwi przed nosem. Mija trzydzieści sekund i hałas jaki robią jej obcasy zaczyna się oddalać a ja myślę o tym jak bardzo chciałabym zobaczyć szok malujący się na jej twarzy.

Odwracam się do Peety i grożę mu palcem.

-Czy takie zachowanie przystoi Zwycięzcy Igrzysk?

-Tak, no cóż, rano ją przeproszę.

Macha na mnie ręką, zbiera piżamę i znika w łazience. Kiedy z niej wychodzi idę w jego ślady, a potem wczołguję się do łóżka i kładę obok niego. To łóżko jest o wiele węższe niż tamto w Dwunastce i moja noga jest na całej długości przyciśnięta do jego nogi.

Peeta wychyla się z łóżka, żeby zgasić światło i po chwili przedział tonie w ciemności. W tej chwili przejeżdżamy przez gęsty las, który bardzo dokładnie blokuje światło księżyca. Kiedy Peeta stara się wrócić do poprzedniej pozycji źle osądza dzielącą nas odległość i jego dłoń ląduje niebezpiecznie wysoko na moim udzie. Jego obojczyk i ramię przykrywają moje ciało i wiem, że jest na tyle ciemno , że Peeta nie jest świadom tego, gdzie leży jego dłoń. Każdy centymetr mojej skóry, którego dotyka płonie żywym ogniem.

Nagle jego dłoń nieruchomieje i już wiem, że on zdał sobie sprawę z jej położenia. Nic nie mówię, ponieważ jestem pewna, że ten przedział, podobnie jak jego dom w Dwunastce jest pewnie najeżony urządzeniami podsłuchowymi albo przynajmniej staram się to sobie wmówić. Istnieje mikroskopijna część mnie, której podoba się moja obecna sytuacja, ale staram się o tym nie myśleć.

Przez chwilę leżymy w kompletnych ciemnościach nie ruszając się ani nie odzywając się ani słowem. Lekkie kołysanie pociągu uniemożliwia nam jednak sen. Kiedy się odzywam, czuję zaskoczenie Peety, który najwyraźniej stwierdził, że chyba udało mi się zasnąć. Jego dłoń zaciska się bezwiednie na moim udzie, a potem szybko odsuwa ją jak, by poczuł oparzenie. Staram się zignorować to , że, kiedy przestał mnie dotykać jest mi chłodniej i odwracam się na bok, żeby móc na niego spojrzeć.

-Wszystko w porządku?

-Tak, nic mi nie jest.

Jego głos jest cichy, niemal niedosłyszalny. Układa się w pozycji podobnej do mojej. Moje oczy przyzwyczaiły się do otaczającej nas ciemności i widzę zarysy tego jak jego czoło zmarszczyło się ze zmartwienia. Wyciągam dłoń i staram się, najlepiej jak mogę, odsunąć mu włosy z twarzy.

-Myślisz, ze wszystko będzie w porządku?

Peeta waha się przez moment. Naszym pierwszym przystankiem jest Jedenastka, do której dotrzemy nad ranem. Wiedząc, że przy mnie nie musi kłamać decyduje się powiedzieć mi prawdę.

-Prawdopodobnie nie.

Wzdycha drżąco i próbuje odwrócić się z powrotem na plecy, ale kładę mu dłoń na ramieniu powstrzymując go przed tym i starając się go przekonać, że nie ma nic złego w tym, że jest zdenerwowany, że nie ma nic złego w chwili załamania.
Przez ostatnich kilka miesięcy był taki spokojny. Nawet w noce, kiedy spocony wybudzał się z koszmarów z całych sił krzycząc jej imię. Już nie opowiada mi o swoich snach, mówi, że nie chce przeżywać ich na nowo opowiadając mi co mu się śniło. Pozwalałam mu na to. Pozwalałam mu tulić się do mnie, dopóki jego mięśnie się nie rozluźniły.

Tym razem jednak wiem, że musimy o tym porozmawiać. On musi wiedzieć, że przede mną nie musi zgrywać twardziela. Przyciągam go bliżej i zamykam w nieco niewygodnym uścisku. Moje usta znajdują się tuż przy jego uchu i lekko go dotykają, kiedy szepczę.

-To nic złego, jeżeli czujesz, że nic nie jest w porządku.

Czuję chwilowe drżenie jego mięśni, a potem on przytula mnie do siebie mocno. Ruch Peety sprawił, że moje plecy są wciśnięte w ściankę po mojej stronie łóżka, ale w tym momencie nie przywiązuję do tego większej uwagi.

-Nie wiem jak ja sobie z tym wszystkim poradzę, Katniss. -Jego głos się łamie i słyszę w, nim łzy, które po chwili czuję na własnym policzku, przyciśniętym do jego policzka. - Jak ja spojrzę w oczy członkom jej rodziny?

Teraz, kiedy Peeta wybucha płaczem w moich ramionach zaczynam rozumieć, że on wcale nie uważa, że udało mu się wygrać Igrzyska nikogo nie zabijając. Rue prześladuje go w koszmarach, ponieważ on czuje się odpowiedzialny za jej śmierć.

-Spojrzysz, im w oczy wiedząc, że zrobiłeś wszystko, co mogłeś, żeby jej pomóc. Spojrzysz, im w oczy wiedząc, że podarowałeś jej swoją przyjaźń a ja wiem bardziej niż ktokolwiek inny...-Mój głos drży i na chwilę milknę, żeby się uspokoić. - Że, to najcenniejszy dar jaki mogła od ciebie otrzymać.

Zacieśniam ramiona, którymi obejmuję go w pasie i przytulam go do siebie jeszcze bliżej. Jego noga wsuwa się między moje, więc, żeby mieć więcej miejsca przerzucam tę, która jest wyżej przez chłodny plastik jego protezy.

Czuję jak moje własne łzy mieszają się z jego łzami w miejscu, gdzie nasze policzki stykają się ze sobą i lekko odsuwam od niego twarz. Prześwit w koronach drzew sprawia, że twarz Peety zalewa światło księżyca i wyraz bólu jaki na niej widzę łamie mi serce.

Pochylam się i całuję jego mokry od łez policzek. Jeden raz. Drugi. Trzeci. Za każdym razem zbliżam się do jego ust. W moim umyśle kłębią się najróżniejsze myśli, ale w tym momencie nie przywiązuję do nich większej uwagi. Nie wiem dlaczego to robię, czuję się tak, jakbym patrzyła na to wszystko z góry albo spoza mojego własnego ciała, kiedy moje usta dotykają kącika jego ust. Nie waham się, kiedy moje usta odnajdują usta Peety i daję mu jedyną formę pocieszenia na jaką mnie w tej chwili stać. On odpowiada mi powoli zaciskając mocniej ramiona wokół moich pleców.

Ten pocałunek, nasz drugi, który dzieje się bez obecności kamer, nie jest tak namiętny, jak tamten pierwszy. Jest powolny i ostrożny i wydaje się być obietnicą jaką sobie nawzajem składamy. Obietnicą tego, że bez względu na to w jak trudnej sytuacji się znajdziemy, Peeta zawsze będzie mógł na mnie liczyć.

Kiedy przerywam pocałunek, Peeta całuje mnie w szczękę. Uśmiecham się do niego i mam nadzieję, że uda mu się to dostrzec, chociaż przedział znowu wypełniają ciemności. Niedługo później oboje zasypiamy.


Kiedy rano wysiadamy z pociągu w Jedenastce nikt poza Effie nie jest zaskoczony brakiem kamer oczekujących na nasz przyjazd. Wszyscy od lat oglądaliśmy transmisje z tournée i wiemy, że rzadko, kiedy w wyżej ponumerowanych dystryktach pojawiają się kamery. Zwykle jest to zarezerwowane dla dystryktów bliżej Kapitolu. Effie zadarła nos na widok opancerzonej ciężarówki, która czekała na nas na dworcu, ale Peecie i Haymitchowi najwyraźniej ulżyło z powodu podwyższonej ochrony.

Nie jestem naiwna i zdaję sobie sprawę z tego, że mieszkańców tego dystryktu w ogóle nie obchodzi mój związek z Peetą. Tak, wiem, że musimy być widziani razem, ale wiem też, że nikt tutaj tak naprawdę nie przywiązuje uwagi do mojej obecności. Nie dziwię się, więc, kiedy Haymitch informuje mnie, że spędzę z, nim trochę czasu podczas, kiedy Peeta po raz pierwszy oficjalnie przemówi do obywateli Jedenastki.

Stoimy w cieniu werandy tylko częściowo słuchając burmistrza i czekając aż nadejdzie czas na wystąpienie Peety. Znowu dokucza mu noga. Pewnie z powodu nerwowego chodzenia wte i wewte od samego rana. Sięgam po i staram się rozluźnić, jego zaciśnięte w pięści dłonie.

-Spójrz na mnie. - Rozkazuję a mój głos brzmi ostrzej niż myślałam. Pozwalam jego niebieskim oczom wpatrywać się we mnie przez chwilę. - Poradzisz sobie z tym. Wiem, że ci się uda.

Wspinam się na palce i całuję go w policzek a on dziękuje mi pół uśmiechem. Dźwięk oklasków tłumu jest sygnałem, że nadszedł czas. Peeta bierze mnie za rękę i ściska ją po raz ostatni trzymając się jej, dopóki nie jest zmuszony mnie puścić.

Dołączam do morza oklasków, a potem odwracam głowę i dostrzegam Cloud i Matisse'a, dwoje członków ekipy przygotowawczej Peety. Jedno szepcze coś drugiemu na ucho i twarz tej drugiej osoby czerwieni się. Któreś z nich, nie potrafię ich jeszcze rozróżnić, podchodzi do mnie a ja nagle cieszę się widząc jak, z drugiej strony podchodzi do mnie Haymitch. Szybko pokonuję dzielący nas dystans. Kiedy on zdziwiony unosi brew, udaję, że tego nie zauważyłam i razem podchodzimy bliżej, żeby lepiej usłyszeć to, co Peeta ma do powiedzenia.

Mam zmarszczone czoło i staram się wyłapać każde ze słów Peety. Haymitch kładzie swoją starą, szorstką dłoń na moim łokciu, żeby zwrócić na siebie moją uwagę.

-Tak długo jak będzie trzymał się ustalonego tekstu, nic się mu nie stanie.

Kiwam głową i wychylam się, żeby móc jak najlepiej widzieć i słyszeć Peetę. Haymitch znowu łapie mnie za nadgarstek, a drugi łokieć ustawia pod kątem czterdziestu pięciu stopni do tułowia i podając mi ramię. Przyjmuję je starając się nie okazać swojego zaskoczenia jego zachowaniem. Być może i jest starym, irytującym pijakiem, ale to on sprowadził Peetę z powrotem do domu i okazał mojej rodzinie dobroć o jaką nigdy go nie podejrzewałam.

Razem oglądamy i słuchamy przemowy Peety do momentu aż kończy się wcześniej przygotowany tekst a Peeta nadal mówi.

Czuję jak Haymitch sztywnieje obok mnie. Odbiera ode mnie swoje ramię i zaczyna mruczeć pod nosem. Staram się go zrozumieć, ale nie potrafię. Patrzę jak znika za drzwiami, gdzie czeka Effie oraz reszta ekipy Peety. Jestem zdziwiona jego reakcją. Kiedy moja uwaga skupia się z powrotem na Peecie, słyszę, że mówi teraz do rodzin poległych trybutów.

-Wiem, że nie mogę w żaden sposób wynagrodzić wam waszych strat, ale w ramach częściowego zadośćuczynienia postaram się, żebyście dostawali do końca mojego życia co miesiąc dostawali część mojego wynagrodzenia.

Patrzę na niego z niedowierzaniem, wiedząc jak wielki dar chce ofiarować tym ludziom. Nie wiem, czy to legalne, Peeta zapewne też tego nie wie. To właśnie dlatego Haymitch się wkurzył. Spoglądam za siebie na drzwi, za, którymi zniknął Haymitch i zastanawiam się jakie konsekwencje będzie miało posunięcie Peety.

Peeta jednak nadal mówi. Widzę, że jego uwaga skupiona jest teraz na dwójce ludzi stojących blisko sceny.

Widzę przygarbioną starszą kobietę stojącą obok muskularnej młodej dziewczyny i wiem, że muszą one być rodziną Thresha. Pamiętam jak bardzo przestraszył mnie widok tego masywnego chłopaka podczas telewizyjnej retransmisji z Dożynek po tym jak Peeta pojechał na Igrzyska. Wydawał się silny nawet podczas wywiadu z Ceasarem, chociaż nie powiedział, wtedy więcej niż kilka słów. Teraz czuję się winna z powodu ulgi, którą poczułam, kiedy patrzyłam jak ginie z rąk chłopaka z Dwójki, wiedząc, że Peeta nie będzie musiał się z, nim zmierzyć.

-Nie znałem Thresha. - Mówi Peeta, zwracając się do rodziny chłopaka. - Ale zawsze czułem do niego szacunek. Za jego siłę. Za to , że trzymał się jedynie swoich własnych reguł. Jeszcze przed początkiem Igrzysk Zawodowcy zapytali nas obu czy nie przyłączylibyśmy się do nich. Jego odmowa pozwoliła odmówić także mnie i, za to także go szanowałem.

Jestem zaskoczona słysząc jego słowa. Nie wiedziałam o tym.

Jednak dzięki temu jak dobrze udało mi się poznać Peetę, wiem, że i tak, by odmówił bez względu na to, co powiedział Thresh. Ale to niewinne kłamstewko nie umniejsza jego uwag na temat charakteru Thresha i nie czyni jego słów nie szczerymi. Zauważam uśmiech na twarzy kobiety i mam nadzieję, że Peeta także go widzi.

Peeta zwraca się ku rodzinie Rue. Jej rodzice i pięcioro młodszego rodzeństwa są do niej tak podobni i patrzą na niego z rozpaczą w oczach. Zauważam sposób w jaki dłonie Peety znowu zaciskają się w pięści i jak porusza przez chwilę palcami, a potem odwraca się w moją stronę. Kiwam głową patrząc mu prosto w oczy a on odwraca się do nich.

-Rue, z kolei poznałem całkiem dobrze. Nigdy mnie nie opuści i zawsze będę uważał ją za jedną z moich najdroższych przyjaciółek. Wszystko co jest piękne, co daje szczęście będzie mi o niej przypominało. Żałuję, że nie mogłem zrobić dla niej więcej. Żałuję, że nie mogłem jej ocalić. -Jego głos, zwykle tak silny i pewny siebie zaczyna się łamać. Peeta przełyka ślinę. - Dziękuję wam za wasze dzieci.

Na placu zapada cisza i wiem, że Peeta zastanawia się, czy jego słowa odniosły zamierzony efekt.

Wtedy ją słyszę. Czteronutową melodyjkę kosogłosów Rue. Tę, która znaczyła koniec pracy w tutejszych sadach. Tę, której używali z Peetą na arenie, żeby powiadomić się nawzajem, że są bezpieczni. Pamiętam jak patrzyłam z rozbawieniem na to, jak Rue uczyła Peetę gwizdać, zanim nauczyła go tej właśnie melodii.

Jej wykonawcą jest staruszek stojący z tyłu tłumu. Ma na sobie czerwoną koszulę i ogrodniczki a jego oczy wpatrują się w Peetę, kiedy ten odgwizduje. Na twarzach i obydwu pojawia się taki sam smutny uśmiech i słychać głośnie kliknięcie mikrofonu Peety. Uwagę na placu przejmuje burmistrz, Peeta przyjmuje ostatnie oklaski i schodzi ze sceny.

Zarzucam ramiona na jego szyję, kiedy tylko znajduje się wystarczająco blisko a on w odpowiedzi mocno mnie przytula. Bez słowa bierzemy się na ręce i kierujemy w stronę wnętrza Budynku Sprawiedliwości. Jesteśmy już prawie u progu drzwi, kiedy zatrzymuje nas odgłos czegoś metalicznego upadającego na marmurową płytę. Wygląda na to , że nasz uścisk poluzował moją broszkę z kosogłosem. Peeta zatrzymuje się, żeby ją podnieść.

Gdyby nie ten jeden szczegół już dawno bylibyśmy w budynku. Ale nie jesteśmy i widzimy co się dzieje.

Dwóch Strażników Pokoju prowadzi staruszka, który gwizdnął w miejsce, gdzie jeszcze przed chwilą stał Peeta. Zmuszają go, żeby uklęknął, a potem jeden z nich strzela mu w tył głowy.


Haymitch opowiadał nam o uczuciu niepokoju w dystryktach. Mówił, że lada moment może wybuchnąć powstanie i, że wybuchnie ono bez względu na to, co Peeta zrobił na arenie. Incydent z jagodami, to, że nie dał się pokonać Kapitolowi. Haymitch mówi, że ludzie czekają na, byle pretekst.

Nigdy nie widziałam Peety w takim stanie jak wtedy kiedy się o wszystkim dowiedzieliśmy. Zbił lampę a Haymitch miał sporo szczęścia, że Peeta nie rzucił się z pięściami na jego twarz. Jego wściekłość nie była bezpodstawna.

-Wiedziałeś o wszystkim! Wiedziałeś a jednak pozwoliłeś mi tam wyjść i tylko pogorszyć sytuację! - Jego krzyk z poczucia bycia zdradzonym w końcu wywołuje u niego ból gardła i te ostatnie słowa są niemal niedosłyszalne. Wiedząc, że tym razem nie mogę mu pomóc, trzymam się z dala i czekam aż sam się ze wszystkim upora.

-Zawsze jesteś taki grzeczny Peeto. Wiesz jak się zachować przed kamerami. Nie chciałem tego zepsuć.

Peeta znowu ciska jakimś przedmiotem. Jak długo go znam, nigdy nie widziałam go w takim stanie. Wcześniej tylko raz widziałam jak kogoś krzyczał po tym jak Harden Turner, chłopiec z klasy Prim, wepchnął ją podczas przerwy w kałużę.

Czy sytuacja podoba mu się, czy nie Peeta był znacznie spokojniejszy podczas wydanej na jego cześć kolacji.

Teraz jesteśmy już z powrotem w pociągu i podczas, kiedy Peeta bierze prysznic ja leżę na wciąż posłanym jeszcze łóżku i zastanawiam się, czy to wszystko, to, że w domu czeka na niego rodzina, to, że będę przy nim bez względu na okoliczności, to, że już nigdy nie będzie musiał żyć w biedzie, było warte horroru jaki przeżył w trakcie Igrzysk. Czy jest to warte tego czego byliśmy dzisiaj świadkami.

Jednak, kiedy widzę go stojącego w drzwiach łazienki z ręcznikiem rozłożonym na ramionach i mokrymi włosami, które przykleiły mu się do czoła, uśmiechającego się do mnie smutno stwierdzam, że nie chcę zaprzątać sobie tym głowy. Na razie postanawiam być samolubna i po prostu cieszyć się z tego, że w ogóle do mnie wrócił.