Rozdział dziesiąty
Kiedy tylko bankiet dobiega końca wracamy do pociągu. Wszyscy zgodnie uważamy, że im szybciej wyjedziemy z Kapitolu tym lepiej dla nas.
Haymitch znika w pociągu pierwszy, wiedząc doskonale, że media nie palą się do tego, żeby uwiecznić moment jego wyjazdu. Potem przychodzi pora na Portię i resztę ekipy przygotowawczej. Nie mogę nie zauważyć sposobu w jaki Cloud i Matisse lekko się chwieją i drżę na samą myśl o pijanych uczestnikach bankietu, których spotkaliśmy. Effie idzie tuż przed nami i rozdaje uśmiechy na lewo i prawo. Chociaż na początku jej nie lubiłam, teraz wstydzę się, kiedy zauważam jej jasnopomarańczową szminkę rozmazaną na jej zębach.
Peeta i ja żegnamy się z tłumem jako ostatni. Przez chwilę stoimy na peronie trzymając się za ręce i pozujemy do zdjęć. Po raz ostatni całujemy się w blasku fleszy i wskakujemy na pokład tak szybko, jak to tylko możliwe. Nawet, kiedy zamykają się za nami drzwi ja nadal nie potrafię puścić jego dłoni.
Haymitch czeka na nas przed przedziałem Peety i wymienia z nami porozumiewawcze spojrzenia. Pociąg na pewno zatrzyma się gdzieś po drodze, żeby zatankować. Wiemy, że to będzie nasza szansa, żeby spokojnie porozmawiać. Peeta kiwa do mentora głową i znikamy w pokoju wiedząc, że, dopóki nie odbędziemy tamtej rozmowy żadne z nas nie zaśnie.
Oboje spędzamy pod prysznicem więcej czasu niż zwykle.
Peeta, chcąc zmyć z siebie dotyk chciwych rąk mieszkańców Kapitolu. Ja staram się zapomnieć o uczuciu oczu Snow'a wlepionych w broszkę należącą do mojego ojca, o wzroku Snow'a wlepionym w cokolwiek co do mnie należy. Nawet nie waham się, kiedy dodaję Peetę do tej listy.
Kilka godzin później czujemy jak pociąg powoli się zatrzymuje. Peeta i ja wymieniamy spojrzenia i szybko zakładamy buty. Spotykamy Haymitcha przy drzwiach gotowi wysiąść, kiedy tylko będzie to bezpieczne.
Niewielka stacja obsługi pociągów skąpana w świetle księżyca sprawia, że w miejscu, tuż za ostatnim wagonem, gdzie postanowiliśmy odbyć naszą rozmowę jest naprawdę niewiele światła. Nie jestem pewna czy powinnam być, za to wdzięczna, czy też nie. Powietrze jest zimne i, chociaż ledwie widzimy nawzajem własne twarze, nasze oddechy są świetnie widoczne. Otulam się kocem, który przyniosłam, ponieważ Peeta uparł się żebym go zabrała i spoglądam na starszego z mężczyzn czekając aż podzieli się z nami tym co wie.
Zauważam to , że po latach nadużywania alkoholu strasznie drżą mu dłonie. Patrzy na nas z przerażeniem wymieszanym z odrobiną furii i wyjaśnia nam dokładnie jakie są plany Prezydenta Snow'a względem Peety. W pewnym momencie traci wątek i zaczyna przeklinać Kapitol i wszystkich jego mieszkańców. Mruczy do siebie nie patrząc na żadne z nas.
Robię krok do przodu i kładę dłoń na jego ramieniu, żeby pomóc mu wrócić do tematu i wyczuwam słabą woń bimbru, który tak bardzo lubi. Ten zapach był niewyczuwalny przez większość tournée. Kiedy moje palce dotykają mankietu jego koszuli Haymitch unosi głowę i spogląda na mnie. Jestem zaskoczona widząc ślady łez w jego oczach. To znaczy mam nadzieję, że to łzy. Z tego co wiem, jego szklisty wzrok może być skutkiem ubocznym jego obecnego stanu upojenia. Jego twarz pokryta jest bruzdami pozostałymi po latach przekazywania samych złych wiadomości, patrzenia na to, jak giną kolejne dzieci i niezwalczonych koszmarów.
Przez chwilę pozwalam sobie mu współczuć, ale to uczucie znika, kiedy tylko przypominam sobie, że przecież mogliśmy zostać wcześniej ostrzeżeni na temat tego co się święci. Mogliśmy być lepiej przygotowani, gdyby tylko zechciał podzielić się z nami swoją wiedzą, zanim było za późno. Puszczam jego rękaw i cofam się. On zdaje się rozumieć moje wewnętrzne rozterki i podejmuje poprzednią kwestię.
Peeta jest cichy przez cały czas opowieści Haymitcha. Zbyt cichy. Zauważam, że cofnął się o krok, jakby chciał odseparować się od nas tak szybko, jak było to możliwe. Jak, gdyby zaczynał godzić się z losem i starał się, żebyśmy zbytnio nie ucierpieli z tego powodu.
Podchodzę do niego bliżej i przerywam opowieść Haymitcha.
-Nie musisz się o to martwić, Peeto. Nic ci się nie stanie. Nie dopuszczę do tego.
On znowu cofa się o krok i milczy jeszcze przez chwilę. Potem wzdycha ciężko i mówi coś, co jednocześnie złości mnie i zasmuca. Jego głos jest tak cichy, że prawdopodobnie miał nadzieję, że w ogóle tego nie usłyszymy.
-Byłoby lepiej, gdybym tam po prostu zginął.
Kiedy mija mi szok spowodowany jego słowami natychmiast na niego naskakuję. Trzymam go za ramiona tak mocno, że aż bieleją mi knykcie.
-Nie waż się tak mówić!
-Ale to prawda Katniss!- Odsuwa się ode mnie tak gwałtownie, że zataczam się do tyłu. - Wiesz, że to prawda. Gdybym zginął Rue nadal, by żyła. Tamten staruszek nadal, by żył! A ja nie tkwiłbym w tym bagnie zastanawiając się, ile zarobi Snow, kiedy już w końcu mnie sprzeda!
Nie potrafię spojrzeć mu w oczy i zamiast tego wbijam wzrok w jego nierówno wznoszące się i opadające ramiona. Wiem, że tak szybko mu nie przejdzie. Peeta robi ostrożny krok w moją stronę, wyciąga ramiona w moją stronę i bierze mnie za ręce.
-Gdybym nie wrócił żywy ty także nie musiałabyś teraz tutaj tkwić. Miałabyś normalne życie! Byłoby ci łatwiej! Nie musiałabyś ciągle zamartwiać się o własne bezpieczeństwo i o to czy twojej mamie i Prim przypadkiem nic nie zagraża!
Dopiero, kiedy widzę jak Peeta łapie się za policzek i czuję mrowienie w prawej dłoni, dociera do mnie, że go uderzyłam. Stoję tam patrząc to na Peetę to na Haymitcha. Moje usta są szeroko otwarte ze zdumienia. Wściekłość, którą nadal czuję powoduje przypływ gorąca w górę mojej szyi i jestem pewna, że się czerwieni podobnie jak moje uszy i policzki. Słyszę za sobą hałas i, kiedy się odwracam widzę pracowników obsługi pociągu proszących nas abyśmy wrócili na pokład.
Odwracam się na pięcie i wracam do pociągu nie mówiąc ani słowa ani nie patrząc na nich. Nie wracam jednak do przedziału, który dzielę z Peetą. Zamiast tego wybieram większy przedział zastawiony fotelami i kanapami. Pociąg znowu rusza a ja zasiadam na sofie stojącej obok wielkiego okna. Przysuwam kolana pod brodę i siedzę tam przypatrując się mijanej scenerii.
Staram się nie myśleć o tym, że uderzyłam swojego najlepszego przyjaciela. Staram się także nie myśleć o tym, że nie udało mi się spytać Haymitcha o to skąd Prezydent Snow wiedział tyle o moim ojcu. Staram się o tym nie myśleć, ale mi się nie udaje.
Nadal wiele rzeczy zostało niewypowiedzianych.
Po kilku minutach, a może i godzinach znajomy dźwięk protezy oznajmia mi, że Peeta nareszcie mnie znalazł. Nasłuchuję tego jak siada w stojącym za mną fotelu. Przez chwilę siedzimy w ciszy, dopóki nie decyduję się odezwać.
-Przeprosiłabym cię, ale wcale nie jest mi przykro.
Słyszę za sobą parsknięcie, ale się nie odwracam. Przyciągam do bliżej kolana i zamieram, kiedy słyszę jak on wstaje z fotela. Siada przede mną ze zdrową nogą zgiętą podobnie do moich a chorą ułożoną płasko na sofie.
-Naprawdę nie jest mi przykro. Zasłużyłeś sobie.
-Czyżby?-Kiwam głową w odpowiedzi, nadal na niego nie patrząc.-Możesz mi to wyjaśnić?
-Zasłużyłeś sobie z powodu...z powodu wszystkiego o czym myślałam, odkąd mianowali cię Zwycięzcą. Nawet, jeśli muszę martwić się o siebie, Mamę i Prim nigdy nie myślałam, że byłoby nam wszystkim łatwiej gdybyś umarł. - Wreszcie unoszę głowę i spoglądam na jego twarz. - Peeto, gdybyś nie wrócił żywy...gdybyś tam zginął...Jestem pewna, że część mnie umarłaby razem z tobą.
Odwracam głowę z powrotem do okna wiedząc, że jeśli będę na niego dłużej patrzeć to się rozpłaczę. Peeta nie mówi nic tylko łapie mnie za ramiona i przyciąga do siebie. Jest to niewygodna pozycja, nie mogę ruszyć ramieniem, które tkwi między nami, ale nie narzekam. Po minucie albo dwóch Peeta wzdycha głośno, tuż nad moją głową, lekko czochrając mi włosy.
-Naprawdę musiałaś mi przyłożyć? - Pyta żartobliwie i wiem już, że mi wybaczył. Odsuwam się na tyle, żeby móc na niego spojrzeć. Bardzo stara się aby jego uśmiech nie wyglądał na wymuszony.
-Cóż, masz szczęście, że tylko ci przyłożyłam.
Zapada cisza, ale, kiedy patrzę jak Peeta bawi się nitką wystającą z dołu jego koszulki jestem pewna, że chce mi powiedzieć coś jeszcze. Czekam kilka minut, dając mu dużo czasu, żeby mógł mi powiedzieć, ale on milczy. W końcu, ciągły, nerwowy ruch jego palców staje się bardziej wkurzający niż uroczy i kładę dłoń na jego dłoni.
-Peeto, jeśli jest coś, co chcesz mi powiedzieć, to po prostu to zrób.
Peeta spuszcza wzrok i, gdybym go dobrze nie znała stwierdziłabym, że jest zdenerwowany. Nie, jestem tego pewna. A widząc go w tym stanie sama zaczynam się denerwować.
-To nic takiego...Po prostu Haymitch...- Milknie, a kiedy znowu się odzywa mówi znacznie ciszej. - Haymitch mówi, że być może istnieje sposób na to, żebyśmy uniknęli tego wszystkiego.
Nie musi mi wyjaśniać co ma na myśli mówiąc 'to wszystko', a ja pochylam się do przodu gotowa usłyszeć jego sugestię. To co słyszę jest wypowiedziane tak szybko, że ledwie go rozumiem.
-Haymitch myśli, że powinniśmy się pobrać.
-Słucham? - Pytam, chociaż rozumiem dlaczego to zaproponował.
Jeśli Peeta się ożeni, Snow z pewnością nie będzie mógł zamienić go w kolejną kapitolińską prostytutkę. Media i ludność Panem wierzą w naszą miłość i lojalność wobec siebie i na pewno uznaliby pomysł, by zmusić żonatego mężczyznę do tego aby stał się drugim Finnickiem Odair za ordynarny.
Peeta patrzy w dół na swoje dłonie i zaczyna bawić się luźną skórką przy paznokciu.
-Powiedziałem mu, że nie wiem, czy to najlepszy pomysł. Znam...znam twoje odczucia co do małżeństwa i nie mógłbym prosić cię o...- Milknie, kiedy ujmuję jego brodę w dłoń i zmuszam go do tego, żeby na mnie spojrzał.
-Nie. Powinieneś to zrobić.
Przełykam i patrzę mu w oczy. Oczywiście Peeta ma rację. Nigdy nie myślałam o małżeństwie. Nie chciałam mieć dzieci ani niczego co łączy te dwie rzeczy. Nie potrafiłabym wydać dziecka na świat w jakim żyjemy, wiedząc, że po dwunastu krótkich latach może mi ono zostać odebrane.
Staram się przekonać samą siebie, że podjęłam właściwą decyzję. Że, gdyby ktoś inny postawił mnie w tej sytuacji też bym się zgodziła. Oczywiście lista potencjalnych kandydatów jest w moim przypadku bardzo krótka i, gdyby Peeta i Gale mieli zamienić się miejscami nie wiem czy zgodziłabym się równie szybko.
Sama myśl o tym wydaje mi się tak dziwna w sposób jakiego nie jestem nawet w stanie zrozumieć. Odzywam się znowu, żeby uciec od moich natrętnych myśli.
-Powinieneś oświadczyć mi się pojutrze. Podczas wiecu na głównym placu przed całym dystryktem.
-Jesteś...jesteś pewna, że tego chcesz, Katniss.
-Wiesz, Mała...mogłabyś trafić gorzej.
Szorstki głos dobiegający od strony drzwi płoszy nas obydwoje. Haymitch opiera się o framugę i patrzy na nas z przekrzywioną na bok głową. Biorę Peetę za ręce i potwierdzam skinieniem głowy.
Kiedy docieramy do Dwunastki na peronie czeka na nas niewielki tłum ludzi gotowych nas przywitać. Są rodziny moja i Peety, Państwo Undersee, Cartwrightowie i kilkoro innych osób i wszyscy czekają aby nas powitać. Nigdzie nie widać Hawthorne'ów i staram się nie okazać tego jak bardzo czuję się dotknięta.
Matka i Prim biegną aby przywitać mnie na peronie i widzę jak każda z nich ogląda mnie dokładnie aby upewnić się, że na pewno nic mi nie jest. Ja także bacznie, im się przyglądam. Czuję ulgę, kiedy stwierdzam, że wszystko z nimi w porządku. Mama całuje mnie w policzek a Prim mocno się do mnie przytula.
Odwracam głowę i przyglądam się ponownemu spotkaniu Peety z rodziną. Prawie całą za wyjątkiem jego matki. Ona jak zwykle stoi osobno ze splecionymi ramionami i miłym uśmiechem wywołanym obecnością kamer. Nasze spojrzenia przez chwilę się krzyżują i jej uśmiech na moment znika.
Prim odpycha mnie, a potem niemal przewraca Peetę, kiedy biegnie aby go uściskać. Ten widok sprawia, że się uśmiecham przypominając sobie podobną scenę, która miała miejsce nie całe pół roku wcześniej.
Od tamtej pory wiele się zmieniło.
Jak, gdyby ta myśl potrzebowała jeszcze większego potwierdzenia, Chord i Leif witają mnie uściskami podobnymi do sposobu w jaki powitali brata a Pan Mellark kładzie swoją wielką dłoń na moim ramieniu i uśmiecha się do mnie ciepło. Czuję mdłości na samą myśl o tym, że nie długo stanę się ich bratową i synową.
Dłoń Peety łatwo odnajduje moją i ściska ją uspokajająco. Pochylam się aby pocałować go w policzek, ale on odwraca głowę w ostatnim momencie. Moje usta dotykają jego ust i czuję pod nimi jego uśmiech. Odsuwam się na tyle aby zauważył mój krzywy uśmieszek, a potem znowu się pochylam.
Kiedy przerywamy pocałunek wtulam policzek w jego klatkę piersiową, żeby ukryć rumieniec. Nie patrzę na nikogo, dopóki do moich uszu nie dobiega jego śmiech dudniący w jego klatce piersiowej. Kiedy unoszę głowę, widzę jak Peeta potrząsa swoją i pokazuje mi coś po naszej lewej stronie.
-Myślę, że po raz pierwszy w życiu ma swój komitet powitalny. - Mówi cicho Peeta.
Patrzę we wskazanym kierunku i uśmiecham się. Niedaleko Prim ciągnie Haymitcha za rękę i opowiada mu o czymś podczas, kiedy on poprawia zwisającą mu z ramienia torbę. Jego uśmiech jest niewielki, ale szczery. Spogląda na nas i kiwa lekko głową. Uśmiecham się i w tym momencie kocham moją siostrę jeszcze bardziej.
Wczorajszej nocy, po bankiecie w domy Burmistrza, Peeta i ja marzyliśmy tylko o tym, aby w końcu znaleźć się w domu. Oczywiście Peeta, który nadal jest czasami zbyt grzeczny dla własnego dobra zaprosił Effie, Portię i kilku członków swojej ekipy aby z nami zostali. Tak, więc, chociaż marzyliśmy o spokojnym, relaksującym wieczorze stało się coś zupełnie innego.
Effie, oczywiście, zmusiła nas do tego abyśmy obejrzeli wszystko, co przegapiliśmy będąc u Burmistrza. A, więc siedzieliśmy tam, wszyscy stłoczeni w salonie i oglądaliśmy nasz powrót do domu. Effie świergotała o tym, jak bardzo chciałaby, żeby kamery uchwyciły jej prawy profil zamiast ciągle skupiać się na lewym. O tym jak bardzo była zaskoczona tym, że Haymitch po raz pierwszy wystąpił trzeźwy przed kamerami. No i oczywiście o tym, że powinnam w końcu przestać się garbić.
Peeta i ja przewróciliśmy tylko porozumiewawczo oczami i powstrzymaliśmy się przed powiedzeniem głośno co o tym wszystkim myślimy. Późnym wieczorem, kiedy postanowiliśmy się położyć i leżałam już w łóżku, Peeta powiedział, że zejdzie na dół aby poinformować Effie i innych o tym co planował zrobić następnego dnia.
Chwilę później usłyszałam z parteru podekscytowany pisk opiekunki Dwunastego Dystryktu.
Tego ranka zaprowadzono mnie od razu do domu Haymitcha. Nie widziałam Peety cały dzień, ale Mama i Prim, które jadły z, nim lunch powiedziały mi, że nic mu nie jest.
Patrząc na ich twarze, wiedziałam, że Peeta poinformował je o tym co się dzisiaj stanie. Nie rozmawiamy o tym, ale jestem pewna, że wiedzą. Mama przygląda mi się uważniej, jakby chciała zobaczyć jak bardzo jestem podekscytowana a Prim uśmiecha się nawet bardziej niż zwykle.
Podczas, kiedy ekipa przygotowawcza, pod przywództwem Portii, doprowadza mnie do porządku ja rozmyślam o rozmowie, którą odbyłam z Haymitchem. Dzięki temu, że mam się nad czym skoncentrować udaje mi się zlekceważyć ból związany z zabiegami upiększającymi.
Kiedy mama i Prim poszły odwiedzić Peetę wyciągnęłam Haymitcha do zagajnika domagając się odpowiedzi na moje pytania. Wiedząc, że nie odpuszczę, dopóki nie dowiem się tego co chcę wiedzieć poddał się. Wiedząc, że nie lubię zwlekać przeszedł też od razu do sedna sprawy.
-W roku, w którym zginął twój ojciec, eksplozja w kopalni w Dwunastce nie była jedynym 'wypadkiem' w dystryktach. Twój ojciec, wraz z kilkoma innymi mężczyznami, wśród, których był także Mitchell Hawthorne, był jednym z pięćdziesięciu przywódców ruchu oporu, którzy zginęli w tamtym roku. W Siódemce wybuchł pożar lasu, w Czwórce zatonął kuter a w Dziewiątce z niewyjaśnionych przyczyn przewrócił się wypełniony zbożem silos.
Stałam tam powoli starając się zrozumieć powierzone mi informacje.
Mój ojciec był przywódcą rebeliantów.
Oczywiście nie wiedziałam o tym. Byłam jednak jeszcze bardzo mała, kiedy żył. Byłoby mu łatwo ukryć przede mną coś takiego.
Pamiętam, że moja matka bywała przerażona tym co zdarzało mi się mówić na temat Kapitolu, kiedy byłam małą dziewczynką. Zwykle, były to rzeczy, które kiedyś mówił ojciec a ja wierzyłam w każde jego słowo.
Biorąc pod uwagę to, czego właśnie się dowiedziałam, inne momenty z mojego dzieciństwa nagle nabierają sensu.
Na przykład pierwszy raz, kiedy ojciec zabrał mnie nad jezioro. Wtedy nie mogłám zrozumieć dlaczego tak oddalone od siedzib ludzkich miejsce może wydawać się pełne życia. Na początku myślałam, że to z powodu ptaków i świeżego powietrza. Ale było w tym coś jeszcze. Wracam myślami do małego kamiennego domku stojącego nad jeziorem i do tego, że zawsze pachniało w, nim fajkowym dymem i ogniskiem.
Mój ojciec nigdy nie palił fajki i rzadko, kiedy rozpalał ogień w znajdującym się w domku piecyku.
Oczywiste jest, że nie byłam jedyną osobą którą mój ojciec zaprowadził w tamto miejsce. Jestem trochę wściekła, kiedy myślę o ludziach przebywających w miejscu, które zawsze wydawało mi się tajemnicze. Miejscu, o którym, jak mi się, wtedy wydawało, wiedzieliśmy tylko mój ojciec i ja.
Moja złość znika, kiedy uświadamiam sobie, że ci wszyscy ludzie teraz nie żyją, tak jak on.
-Rebelia nigdy nie wygasła, Maleńka. Nie siedemdziesiąt pięć lat temu, kiedy zbombardowano Trzynastkę i nie pięć lat temu po śmierci twojego ojca. Po prostu czekali na właściwy moment. Kiedy pojawił się Peeta był taki...taki dobry. Był z niego taki niezaprzeczalnie dobry dzieciak. Idealnie przypomniał wszystkim, o co walczą...A, poza tym...- Haymitch zamilkł na chwilę i cisza trwała tak długo, że zaczęłam się zastanawiać czy w ogóle skończy myśl. - Broszka twojego ojca, którą mu podarowałaś...Cóż ludzie dobrze pamiętają twojego ojca. Wszycy widzieli w niej coś więcej niż tylko chłopca, który obiecał dziewczynie, że do niej wróci.
-Więc...ty wiedziałeś? - Pytam tak cicho, że ledwie rozpoznaję swój własny głos.
Haymitch milknie a ja patrzę na to, jak wyciąga z kieszeni piersiówkę, pociąga z niej długi łyk, a potem zamyka na chwilę oczy. Po kilku następnych łykach w końcu odpowiada na moje pytanie.
-Jeśli chcesz wiedzieć, czy wiedziałem, że stanie się to co się stało, moja odpowiedź brzmi 'nie'. Nie miałem o tym pojęcia.
Portia odkasłuje wyrywając mnie z zamyślenia a ja mrugam kilka razy i odwracam ku niej głowę.
Stoi między mną a lustrem w pozycji podobnej do tej, którą przyjęła ponad pięć miesięcy temu, kiedy wykrzyczałam jej w twarz, że nikt nie czuje się bardziej odpowiedzialny za Peetę niż ja. Przyznam szczerze, że nie starałam się poznać jej bliżej podczas tournée. Ale delikatny uśmiech, z którym przygląda się efektom swojej pracy uświadamia mi, że ona nie kryje do mnie urazy. Przynajmniej taką mam nadzieję.
Portia cofa się pozwalając mi spojrzeć w lustro po raz pierwszy, odkąd zaczął się długi i mozolny proces przygotowań.
Znowu cieszę się, że mimo nałożonych na mnie warstw makijażu nadal potrafię rozpoznać własne odbicie. Widzę nawet piegi na moim nosie, które pozostały mi po godzinach spędzonych w lesie i uśmiecham się na ich widok. Moim oczom nadano przydymiony efekt, który nie jest jednak zbyt mocny a moje włosy uczesano podobnie do sposobu w jaki mama zawsze czesała mnie przed Dożynkami.
Skupiam wzrok na sukience. Góra ściśle przylega do ciała a wycięty w szpic dekolt jest jak dla mnie nieco za głęboki. Na szczęście zakrywa go koronka w kolorze kości słoniowej sprawiając, że czuję się trochę lepiej. Spódnica rozszerza się w okolicy moich bioder i zatrzymuje się kilka centymetrów poniżej moich kolan. Kiedy odwracam się, żeby spojrzeć na tył zauważam, że jej ciepły pomarańczowy kolor wydaje się lśnić, kiedy się poruszam. Nie myślę o tym zbyt długo, ponieważ odkrywam, że, chociaż z przodu sukienka wygląda całkiem normalnie, w zasadzie brakuje jej tyłu i moje plecy są niemal całkiem nagie. Zastanawiam się, czy to właściwy wybór biorąc pod uwagę, że na zewnątrz nadal leży śnieg.
Jednak nie dzielę się z nią moimi wątpliwościami. Portia kładzie rękę na moim ramieniu i odwracam się, by na nią spojrzeć.
-To dla Peety. - Uśmiecha się do mnie w sposób jakiego nie rozumiem. - Oczywiście na oficjalną część wieczoru włożysz szal.
Nie wiem, co mam powiedzieć, więc tylko kiwam głową i odwracam się z powrotem do lustra.
-To jego ulubiony kolor. - Mówię poruszając spodnicą.
-Wiesz, że on naprawdę cię kocha, prawda?
Jej słowa zatrzymują mnie wpół ruchu i wygladzam spódnicę nie patrząc na nią. Na pewno, nie jest świadoma przedstawienia jakie odgrywamy. Pewnie tylko stara się wprowadzić mnie w odpowiedni nastrój przed czekającymi mnie oświadczynami. Przełykam ślinę i spoglądam na nią.
-Tak, wiem. - Odpowiadam, ale mój uśmiech wydaje mi się nerwowy. - Ja też go kocham.
-Mówię poważnie, Katniss. Peeta jest w tobie zakochany. Proszę cię...pamiętaj o tym tego wieczora.
Potem wraca do pracy. Jestem zaskoczona i nie wiem, co powiedzieć podczas, kiedy ona nakłada mi pędzlem na obojczyk jakąś błyszczącą substancję. Nawet, gdybym wiedziała, wyraz jej twarzy informuje mnie, że ona nie chce o tym słyszeć. Podaje mi szal, którego wcześniej nie zauważyłam i obie wychodzimy z domu i wsiadamy do samochodu, który zawiezie nas na plac.
W mgnieniu oka znajduję się na scenie przed Budynkiem Sprawiedliwości. Słucham przemówienia Burmistrza Undersee i klaszczę razem z publicznością.
Uważniej słucham przemówienia Peety i jego miłych słów na temat Kapitolu i Dwunastki, których ja sama nigdy nie mogłabym wykrztusić.
Peeta dziękuje swojej rodzinie, która siedzi w pierwszym rzędzie. Dziękuje swemu mentorowi i Haymitch wstaje ze stojącego za Peeta krzesła i kładzie dłoń na jego ramieniu. Dziękuje Portii i swojej ekipie, którzy machają ze swoich miejsc. Kiedy dziękuje Effie, Haymitch musi ją mocno trzymać, żeby nie wstała i nie wepchnęła się przed mikrofon, by również przemówić.
Cisza jaka zapada na chwilę po tym jak Peeta podziękował Effie sprawia, że zaczynam się denerwować.
Peeta mówi o tym, że przez cały czas, który spędził na arenie była z, nim jedna osoba, o której myślał częściej niż o kimkolwiek innym. Wypowiada moje imię w tak pełen szacunku sposób, że czuję jak serce zaczyna mi bić gwałtowniej. Peeta mówi o tym, że to myśl o tym, że jestem tutaj, w domu i, że czekam na jego powrót pozwoliła mu przeżyć.
Kiedy wywołuje mnie na scenę czuję jak moje nogi drżą, ale i tak zbliżam się do niego. Uśmiecha się do mnie, kiedy mnie widzi i czuję jak mój żołądek robi salto, kiedy uśmiecham się do niego promiennie. Jestem bardziej niż świadoma obecności publiczności, ale i tak całuję go jakby nikt na nas nie patrzył.
Peeta bierze moje obie ręce w swoje i wiem, że zbliża się ten moment. Odwraca się do mnie i już nie patrzy na zgromadzony na placu tłum.
-Katniss Everdeen, chcę ci podziękować. Dziękuję ci za to , że zawsze przy mnie jesteś, za bycie najlepszą przyjaciółką jaką mógłbym sobie wymarzyć. Dziękuję ci za to , że dałaś mi powód to życia i coś, co sprawiło, że chciałem wrócić do domu.
Milknie a ja czuję łzy pod powiekami. On puszcza moją dłoń i ściera łzę z mojego policzka. Zamykam oczy, kiedy czuję jego dotyk i pochylam się aby pocałować kącik jego ust.
On po raz kolejny odwraca się do kamer i mieszkańców Dwunastki.
-Chciałbym wyjaśnić wam wszystkim jak to wszystko się zaczęło.
Jestem zaskoczona i nie wiem dokąd zmierza Peeta.
-Miałem pięć lat i właśnie po raz pierwszy poszedłem do szkoły. Pamiętam, że mój ojciec stanął obok mnie i czekał na początek dnia. Byłem przestraszony, ponieważ nikogo nie znałem a on starał się mnie pocieszyć. Pokazał mi dziewczynkę, stojącą po drugiej stronie boiska. Nadal pamiętam sukienkę w czerwoną kratkę, którą miała, wtedy na sobie oraz warkocze, które opadały jej na plecy. Tata powiedział mi, że znał kiedyś jej mamę i, że jej mama wyszła za mąż za człowieka o tak pięknym głosie, że, kiedy śpiewał milkły ptaki.
Peeta spogląda na mnie i jestem pewna, że widzi jak działają na mnie jego słowa. Doskonale wie, jak reaguję na jakiekolwiek wspomnienie o moim ojcu.
Wiem, że podjęłam właściwą decyzję. Zawsze o tym widziałam, ale teraz czuję się z tym, inaczej. Samo wspomnienie mojego ojca sprawia, że wracam myślami do tego co powiedział mi Haymitch. Peeta naprawdę przypomina ludziom o tym, o co powinni walczyć.
Mój ojciec z pewnością walczyłby o to, gdyby nadal żył. Nawet, gdyby Peeta nie był moim najlepszym przyjacielem i, gdyby nie zależało mi na, nim tak jak teraz mi na, nim zależy, to kim jest byłoby wystarczającym powodem.
-Oczywiście mu nie uwierzyłem. Kto mógłby mieć aż tak piękny głos. Trochę później, podczas lekcji muzyki, nauczycielka spytała czy któreś z nas zna pieśń z doliny. Dziewczynka z warkoczykami natychmiast podniosła rękę. Nauczycielka postawiła ją na krześle i przysięgam, że, kiedy zaczęła śpiewać zamilkły wszystkie ptaki za oknie. Wtedy wiedziałem...wiedziałem, że już po mnie.
Wiem, że to udawane oświadczyny. Wiem, że słowa Peety muszą brzmieć szczerze. Cały dzień myślałam o tym jak na nie zareaguję, ale tego się nie spodziewałam. Peeta wpatruje się we mnie a ja słyszę w uszach jedynie bicie mojego własnego serca.
Kiedy nad tym dłużej pomyślę udaje mi się przypomnieć sobie dzień, o którym mówi. Pamiętam sukienkę, którą opisał. Prim także założyła ją w dniu, kiedy poszła do szkoły. Nie pamiętam już słów pieśni z doliny ani tego żebym śpiewała ją przy kimś innym poza moim ojcem. Jestem zaskoczona tym, że Peeta to pamięta.
-Jeżeli nauczyłem się czegoś podczas Igrzysk to tego, że życie jest krótkie. Nigdy nie wiemy, kiedy nasz czas może dobiec końca. Wiem, że jesteśmy młodzi, ale wiem także, że chcę spędzić z tobą każdą chwilę jaka mi pozostała.
Kiedy klęka przede mną na jednym kolanie przypominają mi się wcześniejsze słowa Portii.
Mówię poważnie, Katniss. Peeta jest w tobie zakochany...Proszę cię, pamiętaj o tym.
Kiedy patrzę w oczy mojego najlepszego przyjaciela, który nadal trzyma mnie mocno za rękę, wiem, że Portia miała rację. Ponieważ on patrzy na mnie w ten sam sposób jak mój ojciec patrzył na moją matkę. Jestem zaskoczona czując łzy spływające mi po policzkach i wiem, że nie są one ani wyćwiczone ani udawane.
-Kocham cię, Katniss Everdeen. Bardziej niż jesteś w stanie to sobie wyobrazić. Czy zostaniesz moją żoną?
Jestem w ewidentnym szoku, kiedy widzę jak Peeta wyjmuje z kieszeni pierścionek. Wiem, że to stara tradycja i, że nadal praktykuje się ją w Kapitolu. Kiedy i jak go zdobył pozostaje dla mnie tajemnicą. Szczególnie, jeśli wezmę pod uwagę jak niedawno wymyśliliśmy ten plan.
Nie mogę wydobyć z siebie głosu, więc tylko kiwam głową. On wsuwa mi pierścionek na palec i spogląda na mnie. Kiedy usiłuje wstać widzę, wyraźnie, że jego proteza odmawia współpracy.
Ponieważ nie mogę już dłużej stać, klękam przed, nim. Słyszę jego zdziwione westchnięcie w reakcji na to, co zrobiłam, a potem go całuję. Biorę jego twarz w dłonie. I słyszę jego zaskoczenie, kiedy jego zimne dłonie wsuwają się pod mój szal i dotykają nagiej skóry moich pleców.
Przyciągam go bliżej i jestem szczęśliwa mogąc zatracić się w chwili. Tak naprawdę, dopiero , kiedy rozdzielamy się, by zaczerpnąć tchu przypominam sobie, że przecież mamy publiczność. Od ich okrzyków i oklasków dzwoni mi w uszach i naprawdę czerwienię się, kiedy Peeta i ja wstajemy. Unoszę dłoń z pierścionkiem tak, aby złapały go wszystkie kamery Kapitolu i wydaję z siebie pisk, który jest mam nadzieję bardziej dziewczęcy niż przerażający.
Kiedy znowu zarzucam ramiona na szyję Peety ponad jego ramieniem napotykam spojrzenie Haymitcha. Kiwa z uznaniem głową i lekko klaszcze. A ja nie mogę przestać myśleć o tym co powiedział tamtej nocy, kiedy wyjechaliśmy z Kapitolu.
Powiedział wtedy, że zawsze mogłam trafić gorzej.
Teraz jednak wiem, że nigdy nie mogłabym trafić lepiej.
