Rozdział jedenasty
Budzę się ze zesztywniałymi plecami i kończynami, które wcale nie są w lepszym stanie. Krzywię się, kiedy po odwróceniu się na bok trafiam na pustą i zimną pościel. Kiedy przyglądam się sobie bliżej uświadamiam sobie, że nadal mam na sobie sukienkę, w którą ubrała mnie wczoraj Portia.
Kiedy dłużej się nad tym zastanawiam, nie pamiętam momentu powrotu do domu ani tego, kiedy położyłam się do łóżka.
Siadam, a potem pochylam się najdalej jak mogę aby zmusić do wysiłku obolałe mięśnie. Nadal tak siedzę, zgięta do przodu, kiedy słyszę jak po przeciwnej stronie pokoju otwierają się drzwi łazienki. Unoszę głowę spoglądając przez chwilę na pierścionek na moim palcu za, nim spojrzę na Peetę. Będę musiała przyzwyczaić się do jego obecności.
Czuję, jak bardzo czerwienię się, kiedy zauważam, że biodra Peety osłania jedynie nisko zwisający ręcznik. Mimo tego, że Peeta jest w tej chwili właściwie nagi uśmiecha się do mnie swobodnie, a potem podchodzi do komody w poszukiwaniu ubrań. Staram się zmusić oczy do tego aby nie wpatrywały się tak mocno w jego nagie plecy ani w spływające po nich kropelki wody. Szybko odwracam wzrok, kiedy on odwraca się ku mnie.
-Przepraszam. Nie wiedziałem, że już nie śpisz. Zeszłej nocy spałaś jak kłoda.
-Chyba rzeczywiście tak było. - Mówię starając się aby zabrzmiało to naturalnie. Dlaczego nie może to brzmieć naturalnie? - Nie pamiętam nawet jak dotarłam do domu.
Peeta wybucha śmiechem i odwraca się do mnie z ubraniami pod pachą.
-Tak. Tak myślałem. Zasnęłaś, kiedy tylko wsiedliśmy do samochodu. - Milknie aby włożyć koszulkę. Moje oczy znowu skupiają się na jego mięśniach brzucha i na kształcie litery 'v', który tworzą tuż obok jego bioder. Czuję, że czerwienię się jeszcze bardziej i opadam twarzą w materac. - Reporterzy mieli pewnie niezły ubaw. Musiałem wnieść cię do środka.
-Przepraszam.
Moje słowa są stłumione przez pościel czekam, aż usłyszę moment, w którym zasunie szufladę i zamkną się za, nim drzwi łazienki, a potem wstaję z łóżka. Parkiet pod moimi stopami jest lodowaty i krzywię się lekko.
Kiedy Peeta wraca do sypialni jestem odwrócona do niego plecami i wyglądam przez okno. Jestem mile zaskoczona nie widząc w, nim, żadnych dziennikarzy i kamerzystów. Wydaje mi się, że nawet, im nie spodobał się pomysł sterczenia na śniegu przez całe godziny.
-Nie jestem pewien czy wczoraj ci to powiedziałem, ale, w tej sukience wyglądasz...wow.
Jego słowa mnie nie zaskakują. Peeta jest tak dobry w prawieniu komplementów jak źle ja się czuję przyjmując je. Dotyk jego ciepłej dłoni na moich nagich plecach sprawia, że lekko drżę. Natychmiast się odsuwa a ja czuję się winna własnej reakcji i spoglądam na niego łapiąc go za rękę, której nie zdążył do końca odsunąć i uśmiechając się lekko. On odpowiada mi uśmiechem a ja czuję jak mój żołądek zawiązuje się w supeł.
Zapominam co chciałam mu powiedzieć. Zamiast tego, moje oczy przesuwają się po jego wilgotnej, falującej grzywce i niemal bezwiednie wyciągam rękę aby odsunąć mu ją z czoła. Jego uśmiech łagodnieje a mój żołądek zaciska się jeszcze bardziej. Jego kciuk zatacza małe kólka wokół mojego kciuka i wyciąga wolną dłoń aby odsunąć mi włosy za ucho. Dopiero teraz zauważam jak blisko siebie stoimy i niemal wypluwam swoje następne słowa.
-Cóż, dziękuję. Jestem jednak pewna, że to Portia zasłużyła na ten komplement. Powiedziała mi, że ta sukienka jest dla ciebie. Nie wiem, o co jej chodziło.
Szybko wypuszczam jego dłoń i znikam w łazience. Powietrze jest ciepłe i wilgotne po kąpieli Peety. Odkręcam wszystkie kurki, a potem zjeżdżam po ścianie na podłogę. Wzdycham czekając aż Peeta wyjdzie z sypialni.
Nie wiem, co się ze mną dzieje. Może to efekt udawania przed kamerami przez ostatnie dwa tygodnie. Tak bardzo przyzwyczaiłam się do adorowania Peety przed publicznością, że teraz trudno mi się odzwyczaić.
Myślę o tym co Peeta powiedział zeszłego wieczora. Myślę o tym jak na mnie patrzył klęcząc u moich stóp. Myślę o tym jak kompletnie zapomniałam o obecności kamer, kiedy opadłam na kolana aby go pocałować. Myślę o dotyku jego dłoni na moich plecach i o tym co poczułam, kiedy się do mnie uśmiechnął. Myślę o tym co czuję [i]za każdym razem[/i], kiedy widzę jego uśmiech. Spoglądam na pierścionek na moim palcu, którego z pewnością nie miał czasu kupić po tym, kiedy wymyśliliśmy te oświadczyny.
Przez chwilę pozwalam sobie nawet myśleć, że bycie czyjąś żoną, bycie żoną Peety, nie będzie takie złe. Może nawet da mi mój własny powód do walki.
Potrząsam głową. Nie mogę tak myśleć. Pobieramy się aby chronić siebie nawzajem, aby ochronić Peetę przed życiem na jakie nie zasługuje. Podchodzę do lustra i wycieram zebraną na, nim parę aby móc na siebie spojrzeć. Kiwam głową utwierdzając się w swoim przekonaniu.
Tak, o to właśnie w tym wszystkim chodzi.
Rozbieram się, wchodzę pod prysznic i wyłączam myślenie. Jednak, kiedy ustawiam temperaturę wody nie mogę pozbyć się dziwnego uczucia. Wiem jak to jest chronić kogoś na kim mi zależy. Wiem, jak to jest zrobić coś, co jest potrzebne.
To co robię dla Peety przypomina obie te rzeczy. Jednak jest w tym wszystkim coś jeszcze. Coś czego nie rozumiem. Coś co mnie przeraża.
Schodząc po schodach słyszę jak Peeta rozmawia z kimś na werandzie przed domem. Modląc się o to, żeby nie okazało się, że wrócili reporterzy docieram na parter akurat w momencie, kiedy Peeta dziękuje komuś i zamyka za sobą drzwi. Czuję dochodzący z kuchni zapach świeżo upieczonego chleba i słyszę zawstydzająco głośne burczenie mojego żołądka. Jestem pewna, że on także je usłyszał, ale się nie odwraca.
-Peeto, kto to był?
Ma zgarbione plecy i, kiedy podchodzę bliżej zauważam lekkie drżenie jego ramion. Nie odpowiada na moje pytanie, skupiony na czymś co trzyma w dłoniach.
-Peeto, co się stało? O co chodzi?
Podchodzę do niego i natychmiast zamieram, kiedy widzę co nam dostarczono.
Mały bukiet niezwykle białych róż w ciemnoczerwonym wazonie, nic nadzwyczajnego, ale z wystarczająco zrozumiałym podtekstem.
Odbieram kwiaty od Peety i odstawiam je na stolik stojący obok drzwi. Ich silny zapach przyprawia mnie o mdłości i wiem, że one muszą być genetycznie zmodyfikowane. Żadne róże same z siebie nie pachną tak silnie. Zanim mogę się odsunąć wyczuwam w powietrzu także zapach krwi. Duszę się i Peeta obejmuje mnie ramieniem i odciąga.
Kiedy docieramy na bezpieczną odległość stoimy tam i po prostu patrzymy na kwiaty. Po chwili zauważam, że Peeta nadal trzyma w dłoniach małą kremową kopertę, która zapewne była dołączona do kwiatów. Kiedy widzi, na co patrzę powoli wsuwa kciuk pod jej tylną część i otwiera ją. Wyjmuje z niej mały, mniejszy od koperty, złożony na pół kawałek papieru. Obserwuję jak jego oczy poruszają się po wypisanych na papierze słowach.
-Gratulacje z okazji zbliżających się zaślubin. Niech los zawsze wam sprzyja.
Peeta czyta słowa na głos i podaje mi liścik, żebym także mogła go obejrzeć. Nie jest podpisany. Nie musi być.
Podchodzę do kominka, wrzucam tam liścik i kopertę i nie odwracam się, dopóki nie jestem pewna, że obie te rzeczy spłonęły. Potem znowu staję u boku Peety i wpatruję się w kwiaty. Peeta szturcha mnie łokciem i odwracam głowę aby na niego spojrzeć.
-Myślisz, że je także powinniśmy spalić?
-Nie.- Odpowiadam i idę je podnieść. - Jeżeli to zrobimy ich zapach zasmrodzi cały dom. Wyrzućmy je do zagajnika. W ten sposób nie będziemy musieli na nie patrzeć.
Peeta przytakuje i idzie za mną ku tylnym drzwiom. Docieramy prawie do końca posesji, kiedy słyszę zbliżające się ku nam kroki. Napinam wszystkie mięśnie i czuję jak Peeta obraca się osłaniając mnie przed kimkolwiek, kto się do nas zbliża.
-Peeto, Katniss?
Prim.
Wzdycham z ulgą i kładę dłoń na łokciu Peety, zanim zza niego wychodzę. Prim stoi niedaleko skonsternowana. Potem zauważa kwiaty, które trzymam w ręku i podchodzi do mnie szybko z wyciągniętą ręką.
-Och, jakie śliczne! Kto przysłał wam kwiaty?
Zanim uda jej się ich dotknąć, zabieram kwiaty z jej zasięgu. Bez słowa ciskam nimi między drzewa i patrzymy jak lądują za płotem i poza zasięgiem wzroku. Nigdy wcześniej nie rzucałam lepiej.
-Katniss?
Odwracam się w kierunku mojej siostry i macham lekceważąco na kwiaty.
-Och...Były od kogoś z Kapitolu. Chyba stało, im się coś po drodze. Były...pełne robaków. - Tłumaczę słabo.
Może i nauczyłam się lepiej udawać przez ostatnie pół roku, ale nadal nie potrafię kłamać. Prim patrzy na mnie przez chwilę z niedowierzaniem, ale na szczęście nie drąży tematu.
-W porządku. - Popatruje to na mnie to na Peetę. - Chciałam wam tylko powiedzieć, żebyście nie czekali na nas z kolacją. Syn Pani Ownsby został poważnie ranny w kopalni dzisiaj rano, więc mama i ja pewnie spędzimy większość dnia w ich domu opiekując się, nim. Haymitch powiedział, że zostanie w domu, żeby nacieszyć się 'spokojem i ciszą', ale ja wiem, że pewnie się upije.
Otwieram usta, żeby zaprotestować i powiedzieć, że on naprawdę nie powinien tak się zachowywać, kiedy z, nim mieszkają, ale Prim podnosi rękę aby mnie powstrzymać. Jestem zaskoczona, kiedy odchodzi bez słowa. To tylko pokazuje jak szybko dorasta.
-Nie martw się, walnie się na kanapę i będzie na nie spał do samego rana. Nic mu nie będzie.
Peeta wybucha śmiechem i razem patrzymy jak Prim znika w jego domu. Odwracam się do niego i mrożę go spojrzeniem, Peeta wie lepiej niż inni, jak bardzo kocham moją siostrę i to, że ona przestaje mnie potrzebować jest dla mnie bardzo trudne.
-Przepraszam, ale ona po prostu zbyt dobrze wie jaka jesteś. - Wzrusza ramionami Peeta, kiedy wracamy do domu. Daję mu pstryczka w ucho, żeby dać mu znać, że mu wybaczam.
Na parterze cały czas śmierdzi różami, więc zabieram talerz chleba, który upiekł Peeta i niosę go na górę do sypialni wraz ze słoikiem dżemu z jabłek. Kiedy docieramy do jego pokoju odkrywamy, że zaczął padać deszcz. Siedzimy w ciszy, ja na podłodze, Peeta na brzegu łóżka i patrzymy na ściany wody lejące się z nieba.
Po chwili odnoszę talerz, na którym została już tylko garstka okruchów na mały stolik stojący koło drzwi. Potem wracam na podłogę obok łóżka i opieram się tyłem głowy o zdrową nogę Peety.
-Więc. - Mówię, chociaż nie wiem co chcę powiedzieć. Udaję, że potrzebowałam ciszy, która zapadła, żeby wstać i usiąść obok niego na łóżku. - Mamy dla siebie cały dzień.
Peeta odwraca się aby na mnie spojrzeć i sięga po moją lewą dłoń.
-Cóż, musimy przecież zacząć planować wesele.
Komicznie porusza brwiami a ja wybucham śmiechem. Wiedząc, że w domu nie możemy powiedzieć więcej wyciągam przed siebie dłoń i podziwiam pierścionek. On znowu bierze mnie za rękę. Spoglądam na niego i widzę, że lekko drży.
-Myślę, że masz rację.
Patrzy na mnie jeszcze przez chwilę, a potem odwraca wzrok i przeczesuje włosy dłonią. Kiedy znowu na mnie spogląda widzę jak bardzo się denerwuje. Cokolwiek ma mi do powiedzenia, nie chce, żeby usłyszał go ktoś inny. Patrzy przez chwilę za okno a ja odwracam głowę w tym samym kierunku. Deszcz pada jeszcze mocniej i nie wygląda na to , żeby miał w najbliższym czasie przestać, wiem, że nie możemy wyjść i porozmawiać na zewnątrz.
Po chwili zamyślenia wstaję z łóżka i ciągnę Peetę za sobą. Kiedy wchodzę do łazienki i odkręcam kurki przy zlewie i prysznicu, Peeta rozumie, o co mi chodzi. Włącza do kontaktu suszarkę do włosów a mnie przypomina się, że to samo zrobił Haymitch, kiedy całe wieki temu przygotowywał nas do pierwszego wywiadu Peety.
-Myślę, że to wystarczy. - Mówię tak cicho, jak mogę mimo wszystkich środków ostrożności.
On kiwa głową i siada na brzegu wanny. Siadam obok niego i kładę dłoń na jego udzie aby ułatwić mu powiedzenie tego co chce mi powiedzieć. On, kładzie swoją dłoń na mojej i zastanawiam się czy czuje to samo mrowienie, kiedy mnie dotyka.
-Posłuchaj mnie Katniss...Wiem...wiem, że to nie jest coś czego chciałaś. Wiem co czujesz myśląc o małżeństwie, co czujesz na samą myśl o miłości i wiem, że nigdy tego nie chciałaś. Chcę po prostu, żebyś wiedziała, że to rozumiem i, że jest mi przykro.
Siedzę obok niego pozwalając jego słowom dotrzeć do mojej świadomości. Chcę mu powiedzieć, że nie powinien przepraszać mnie za coś, co zrobił, ponieważ nie miał innego wyboru, ale użycie przez niego słowa 'miłość' trochę wytrąciło mnie z równowagi i nie potrafię się odezwać.
To prawda, że miłość romantyczna sprawiała, że czułam się nieswojo. Prawdą jest również to , że uznawałam to uczucie za słabość. Teraz sama nie wiem , co o tym wszystkim myśleć.
Myślę o swoim ojcu i o tym jak bardzo kochał moją matkę. Jak bardzo kochał mnie. Jak bardzo kochał Prim. Myślę o wszystkim czego się ostatnio dowiedziałam. Kochał nas, ale walczył też o to w co wierzył. Jeżeli mógł pogodzić te dwie rzeczy na tyle aby nadal być bohaterem w moich oczach, nic nie powstrzymuje mnie przez tym abym również tego spróbowała. Wydaje mi się, że to najłatwiejszy wybór, skoro kocham i wierzę w to samo. Nawet, jeśli użycie słowa 'kocham' wydaje mi się dziwne w tym momencie.
Nagle zauważam jak ciężkie i wilgotne stało się otaczające nas powietrze. Spostrzegam zaparowane lustro i to, że para wygięła do góry brzegi grzywki Peety. Czuję pot zbierający się na moim karku i, chociaż chciałabym winić, za to atmosferę w pomieszczeniu jestem pewna, że gęste powietrze nie jest jedynym powodem moich trudności z oddychaniem.
Peeta wydaje się wziąć moje milczenie za znak zgody i nadal mnie przeprasza. Mówi szybko i jest w tej chwili zażenowany co daje się słyszeć w jego głosie.
-Musisz zrozumieć, że...Cholera jasna. Nie tak sobie to wszystko wyobrażałem. Nie tak chciałem...To znaczy...Nigdy do niczego bym cię nie zmusił. Nie potrafiłbym zmusić cię, żebyś zrobiła coś wbrew...
Milknie, kiedy wyszarpuję swoją dłoń spod jego dłoni i obracam się , jak mogę najlepiej, w jego stronę. Kładę jedną dłoń na jego karku, wplatając palce w jego włosy. Drugą dłonią delikatnie trzymam jego żuchwę. On patrzy na mnie przez chwilę przerażony a mnie udaje się wreszcie namówić samą siebie do tego, żebym przestała myśleć i zaczęła działać.
Zamykam oczy, kiedy nasze usta stykają się ostrożnie i delikatnie. Całowaliśmy się wiele razy, ale tym razem jest inaczej. Inaczej niż tamtej nocy w jego sypialni, kiedy całowaliśmy się 'dla wprawy'. Inaczej niż przed przyjazdem do Jedenastki, kiedy nasz pocałunek był obietnicą.
Tym razem całuję go dlatego, że po prostu tego chcę.
Oczywiście, mówię po prostu, ale nic już nie jest proste. Już nie.
Ta myśl pojawia się na chwilę w moim umyśle, ale zaraz znika. Jestem zbyt zagubiona w dotyku ust Peety poruszających się razem z moimi ustami, żeby skupiać się na czymkolwiek innym. Nie zauważyłam nawet tego, że w jakiś sposób przesunęłam ciało nawet bliżej do Peety i, że teraz właściwie siedzę na udzie jego zdrowej nogi przyciskając swoją klatkę piersiową do jego. Jego język przesuwa się po moich ustach i wpuszczam go na chwilę, a potem zamykam usta na jego dolnej wardze.
W międzyczasie moja prawa ręka puściła jego żuchwę i przesunęła na jego plecy. Zaciskam w mniej materiał jego koszulki i czuję jak pracują pod nią jego mięśnie. Ale to dotyk jego dłoni mnie zaskakuje, kiedy czuję je na swoich biodrach a jego palce wsuwają się pod koszulę, którą mam na sobie. Dotyk jego palców pali chłodną skórę w dole moich pleców żywym ogniem i wzdycham w jego usta.
Czuję jak jego wargi wyginają się w uśmiechu i przypominam sobie tamtą noc, kiedy poczułam coś podobnego. Na samą myśl o tym wspomnieniu sama się uśmiecham, ale jestem zaskoczona, kiedy myśl o tym, że odgrywam to co stało się tamtej nocy sprawia, że uśmiecham się jeszcze szerzej. Kiedy tylko Peeta czuje, że moje kąciki ust unoszą się, jego zachowanie natychmiast się zmienia. Do tej pory Peeta pozwalał mi kontrolować to w jaki sposób okazujemy sobie przejawy sympatii.
Teraz, kiedy jesteśmy sami, a on wie, że ten pocałunek jest tylko nasz, mój uśmiech jest pozwoleniem, którego potrzebuje.
Jego palce nagle wbijają się mocniej w moją skórę przyciągając mnie jeszcze bliżej niż przedtem. Chwytam jego koszulę jeszcze mocniej mnąc ją w dłoni, kiedy pocałunek staje się intensywniejszy. Odrywamy się od siebie aby odetchnąć i zaskakuje mnie dotyk ust Peety przesuwających się po mojej żuchwie, szyi aż do wrażliwego miejsca za moim uchem. Moje usta otwierają się szeroko z powodu dziwnego uczucia i łapię jego głowę przyciągając jego usta do kolejnego gorącego pocałunku.
Kiedy znowu się od siebie odsuwamy opieram się czołem o jego czoło. Oboje ciężko oddychamy i skupiam uwagę na wznoszącej się i opadającej klatce piersiowej Peety, zanim czuję się na tyle pewnie aby spojrzeć mu w oczy. Wygląda na tak samo wystraszonego tym co właśnie się stało jak ja. Biorę głęboki oddech, a potem szepczę.
-Ty także musisz coś zrozumieć Peeto. Miałeś rację. To nie jest coś czego chciałam albo myślałam, że chcę albo... -Milknę na widok poczucia przegranej malującego się na jego twarzy. Kładę dłoń na jego policzku starając się go w ten sposób uspokoić. - W każdym razie, chcę, żebyś wiedział, że, jeżeli już muszę być czyjąś żoną, cieszę się, że jesteś, nim ty.
Delikatnie całuję go w policzek i czuję jak mięśnie unoszą się do góry w uśmiechu. Ledwie dotykam ustami jego ust, kiedy znowu wraca poprzednie, intensywne uczucie.
W tym właśnie momencie woda zaczyna wylewać się z wanny na podłogę.
Podrywam się z miejsca wyplątując się z uścisku Peety. On wstaje razem ze mną i pospiesznie zakręca kurki. Kiedy się od niego odwracam zawstydzona tym co zrobiłam czuję jak ciepło przemieszczające się z mojego żołądka w kierunku twarzy. Zakręcam kran nad zlewem i wyłączam wyjącą suszarkę.
Czuję jak Peeta zachodzi mnie od tyłu i cieszę się, że lustro jest zaparowane, ponieważ w ten sposób nie zauważy rumieńca na moich policzkach. Jedną dłonią obejmuje mnie w pasie a drugą odsuwa wszystkie moje włosy na jedną stronę szyi. Drżę czując jego ciepły oddech na moim uchu. Zaciskam dłonie na krawędzi zlewu i czuję zdwojoną liczbę motyli w żołądku.
Czuję kolejny dreszcz, kiedy Peeta mruczy moje imię. Jego usta ledwie dotykają mojej szyi, kiedy słyszymy walenie do drzwi wejściowych. Tłumię śmiech, kiedy z gardła Peety wyrywa się jęk i otwieram drzwi łazienki.
Zimno reszty domu uderza we mnie niczym mur i przypominam sobie,że mam mokre spodnie. Jęczę, kiedy o tym myślę i tym razem to Peeta wybucha śmiechem. Kiedy patrzę na niego przez ramię on macha na mnie lekceważąco ręką, łapie leżące na komodzie spodnie od piżamy i znika w łazience.
Po chwili wraca przebrany. Uśmiecha się do mnie, a potem schodzi na dół aby otworzyć drzwi. Zakładam suche spodnie, a potem wracam do łazienki, żeby zetrzeć rozlaną wodę.
Wrzucam właśnie przemoczone ręczniki do kosza na brudną bieliznę, kiedy słyszę znajome klikanie protezy oraz równie znajomo stukające obcasy. Odwracam głowę akurat w momencie, kiedy Peeta przekracza próg i ponad jego ramieniem widzę jasnozieloną perukę Effie.
-Mam dobrą wiadomość, Katniss. - Mówi Peeta, chociaż ton jego głosu nie współgra z wypowiadanymi przez niego słowami. Wiem, że Effie nie słyszy sarkazmu w jego głosie. - Effie zaproponowała, że pomoże nam zaplanować wesele. Mówi, że to żaden problem.
Otwieram usta, aby coś powiedzieć, ale, zanim mam szansę słyszę ciężki akcent drugiej kobiety.
-Oczywiście, zostanę na dole, więc szybko uwiniemy się z planowaniem.-Odwraca się na pięcie i po chwili słyszymy w korytarzu stukot jej obcasów. - Zaczniemy po lunchu. Im szybciej tym lepiej.
Wpatruję się w Peetę szeroko otwartymi oczami, ale, zanim mam szansę się odezwać przerwywa mi dźwięk otwierających się z impetem frontowych drzwi.
Słyszymy głos Haymitcha, który pyta co Effie robi jeszcze w Dwunastce zamiast wyjechać do swojego bajeranckiego mieszkania w Kapitolu. Niewyraźny ton jego głosu pokazuje, że Prim miała rację. Jednak jego pojawienie się, nawet, jeśli jest pijany, oznacza, że nadal ma Peetę na oku i nie potrafię się na niego złościć.
Wzruszam ramionami. Mamy sporo do obgadania, ale wiem, że to będzie musiało poczekać.
Wczorajszy deszcz zmienił śnieg zalegający na ulicy prowadzącej z Wioski Zwycięzców do miasteczka w obrzydliwe, szare błoto. Peeta i ja stąpamy ostrożnie starając się ominąć zaspy i kałuże, kiedy zmierzamy do piekarni. Wiem, że Peeta bardzo chce przywrócić swemu życiu rutynę sprzed tournée.
Po wczorajszej sesji planowania podczas, której Effie mówiła a my tylko kiwaliśmy głowami, dowiedzieliśmy się także, że uważa to w jaki sposób spędzamy noce za bardzo niestosowny. Przypomniała mi, że mam własną sypialnię i powiedziałą, że oczekuje, iż będę jej używać do dnia ślubu.
Może to dlatego , że jestem przerażona wszystkim co stało się od wczoraj, a może dlatego, że byłam zmęczona słuchaniem Effie i nie chciałam się z nią kłócić. W każdym razie od razu się zgodziłam co spotkało się z wyrazem aprobaty Effie i zdziwieniem Haymitcha.
Peeta nie protestował, być może z powodu swej umiejętności zrozumienia tego, że miewam trudności z pogodzeniem się z pewnymi sprawami. Złapał mnie za rękę i ścisnął ją dając mi do zrozumienia,że moja decyzja mu nie przeszkadza. Zapewniłam go, że, jeżeli tylko będzie mnie potrzebował, z powodu koszmaru albo czegoś innego, drzwi mojej sypialni pozostaną dla niego otwarte. Wiedział też, że leżałabym przy, nim tak długo aż byłabym pewna, że spokojnie zasnął.
Droga jest pusta, ale, kiedy docieramy do miasteczka, mijamy kilku górników. Albo wracają do domów z nocnej zmiany albo właśnie idą do pracy. Patrzę pod nogi uważając, żeby nie wdepnąć w głęboką kałużę i nie przemoczyć butów. Zasypianie bez Peety zeszłej nocy było trudniejsze niż myślałam i jestem już na tyle poirytowana , że nie chcę dokładać do tego przemoczonych stóp.
Miałam nadzieję,że będziemy mogli porozmawiać o tym co się wczoraj stało z dala od kamer i podsłuchów. Wiem, że już dawno powinnam była się odezwać. Kiedy skręcamy w alejkę prowadzącą na zaplecze piekarni, głos, który słyszę uświadamia mi, że moja szansa minęła.
-Więc naprawdę zamierzasz to zrobić?
Pytanie zawisa w powietrzu, właściciel zadającego je głębokiego głosu opiera się o betonową ścianę sklepu obok piekarni. Spoglądam na Gale'a stojącego tam ze splecionymi ramionami i skrzyżowanymi w kostkach nogami i sama nie wiem jak mam mu odpowiedzieć.
To, że widzę go po tych wszystkich dniach bez jego towarzystwa, nawet słysząc poirytowany ton jego głosu przynosi mi ulgę. Powinnam była wiedzieć, że wieść o moich zaręczynach wywabi go z kryjówki. Czuję się winna na samą myśl o tym.
Dotyk dłoni Peety na moim ramieniu sprawia, że przenoszę na niego swoją uwagę. Spogląda na mnie pytająco a ja kiwam głową, żeby pokazać mu, że wszystko jest w porządku. On spogląda na Gale'a, a potem na mnie, a potem uśmiecha się lekko i znika w piekarni. Kiedy patrzę na Gale'a wiem, że on to wszystko widział, a także zauważył brak śledzących nas kamer. Unosi brew, ale ja nie odpowiadam na jego pytanie.
Przekraczam dzielący nas dystans krzywiąc się lekko, kiedy czuję lodowatą wodę przemaczającą mi stopę. Zaciskam zęby, żeby powstrzymać uczucie irytacji. Kiedy docieram do Gale'a opieram się o budynek w podobnej pozycji.
Nie odzywam się. Nie wiem jak rozpocząć rozmowę ani jak odpowiedzieć na jego pytanie. Patrzę na Gale'a i widzę, że, odkąd ostatni raz go widziałam ostrzygł włosy. Skóra w kącikach jego szarych oczu lekko się marszczy a ich spojrzenie pasuje do jego smutnego uśmiechu.
-Wyglądasz..., inaczej.- Mówi po chwili. Patrzę jak wpycha ręce do kieszeni i jego stary nawyk wydaje mi się w pewnym sensie uroczy.
-To się nazywa 'zerowy poziom piękna'. I jest o wiele bardziej bolesne niż myślisz. Do tej pory piecze mnie skóra.
-Wiesz, że ci to niepotrzebne, prawda? - Gale robi krok do przodu, ale po chwili się zatrzymuje. - Najwyraźniej idioci z Kapitolu są głupsi niż myślałem.
Jak zwykle czuję się niezręcznie słysząc komplement pod swoim adresem, więc się nie odzywam. Zamiast tego zatykam sobie warkocz za ucho.
-Posłuchaj Kotna.- Mówi Gale a ja zmuszam się, by na niego spojrzeć słysząc przezwisko, którego nie słyszałam od tak dawna. - Naprawdę nie chcę się z tobą kłócić. Moje...moje uczucia względem ciebie się nie zmieniły, ale muszę wiedzieć... Muszę wiedzieć czy..., czy to co widziałem w telewizji...Czy to było prawdziwe, czy nie.
Wiem, że nie pyta mnie o to, czy mój ślub rzeczywiście się odbędzie. Nie pyta też o to, czy Peeta mówił prawdę. Wiele razy powtarzał mi, że Peeta nigdy nie udaje tego co do mnie czuje. Kiedyś może nie chciałam tego słuchać, ale teraz wiem, że to prawda.
Wiem, że Gale chce wiedzieć, czy to co zrobiłam było prawdziwe i czy zrobiłam to z miłości.
Oczywiście kocham Peetę, ale jak powiedziałam całkiem niedawno chłopakowi stojącemu przede mną, jego również kocham. Zaczynam dostrzegać między nimi pewne różnice, ale to wszystko jest dla mnie zbyt skomplikowane abym mogła tak naprawdę stwierdzić, w którym z nich jestem zakochana.
Nie wiem jak mu odpowiedzieć, więc staram się być z, nim jak najbardziej szczera.
-Nie wiem, Gale.
Gale kiwa głową i wyjmuje ręce z kieszeni. Przez chwilę wpatruje się w ziemię, a kiedy unosi wzrok patrzy na mnie tak samo, jak podczas naszej poprzedniej rozmowy w tej uliczce. Moja odpowiedź może i była niejednoznaczna, ale wydaje mi się, że on odebrał ją jako coś, co chciał usłyszeć.
Czuję leciuteńki ucisk w sercu i widzę jak robi krok do przodu. Otwiera ramiona a ja nie waham się i podchodzę do niego pozwalając się objąć. Wdycham zapach sosen, który zawsze przenika jego ubrania i staram się zignorować mieszający się z, nim zapach kopalni. Staram się też zignorować lekki zapach pomarańczy, ale tylko przypominam sobie tamten poranek w lesie.
Czuję jego usta dotykające czubka mojej głowy i cieszę się, że nie widzę jego twarzy jest mi wystarczająco smutno. Gale oddycha ciężko a ja zamykam oczy i wczuwam się w to w jaki sposób jego klatka piersiowa unosi się i opada.
-Wydaje mi się, że na tę odpowiedź czekałem.
Gale wypuszcza mnie i odchodzi, w drugą stronę, obok piekarni i na Złożysko. Kiedy mija duże okno z boku piekarni zwalnia a mnie, mimo odbijającego się w szybie słońca udaje się dostrzec stojącą w oknie sylwetkę Peety. Gale kiwa raz głową i widzę jak Peeta wykonuje ten sam gest.
Jest prawie u wylotu uliczki, kiedy odwraca się w moim kierunku. Unosi jedną dłoń z nieco przegranym uśmiechem.
-Do zobaczenia Kotna.
Czekam aż jestem w środku, bezpieczna w małej piwnicznej łazience i wtedy pozwalam sobie się rozpłakać.
