Rozdział dwunasty
Kiedy Effie sugeruje podczas kolacji, żebyśmy wzięli ślub w urodziny Peety oboje spoglądamy na siebie z niedowierzaniem. Odkasłuję, ale on odwraca ode mnie uwagę i pyta opiekunkę dwunastego dystryktu czy ona wie kiedy ma urodziny. Effie sarka jak gdyby było to najgłupsze pytanie jakie kiedykolwiek jej zadał. Spokojnie popija herbatę ze stojącej przed nią filiżanki i poprawia poły lawendowego żakietu.
-Oczywiście, że wiem głuptasie.
Nadal popija herbatę chociaż Peeta, Haymitch i ja wpatrujemy się w nią z oczekiwaniem. Kiedy wreszcie dociera do niej, że czekamy na odpowiedź, przewraca oczami.
-Czternastego lutego.- Wzdycha dramatycznie i odstawia filiżankę na spodek. - Naprawdę spodziewałabym się, że zrozumiecie jak poważnie podchodzę do swojej pracy. W każdym razie wydawało mi się, że to byłoby urocze biorąc pod uwagę znaczenie tej daty. Chyba wiecie, że dawno temu obchodzono wtedy ważne święto.
Patrzymy na nią obojętnie. Nie wiem czego uczą dzieci w szkołach w Kapitolu ale tutaj, w Dwunastce, nie przywiązujemy uwagi do świąt obchodzonych przez ludzi, którzy doprowadzili nasz kraj do jego obecnego stanu. Effie kontynuuje wyjaśnienia kiedy żadne z nas się nie odzywa.
-Obchodzono wtedy Walentynki. Na cześć jakiegoś świętego. Nie znam wszystkich szczegółów ale wiem, że było to święto ku czci miłości. -Effie nadyma się lekko najwyraźniej bardzo z siebie dumna. - Wydawało mi się, że to idealny dzień.
-To za mniej niż miesiąc. - Zauważam podczas kiedy moje brwi chowają się w moich włosach.
Haymitch odkasłuje po drugiej stronie stołu. Przekrzywia na bok głowę a potem przeczesuje dłonią swoje tłuste włosy. Wreszcie opiera się na łokciu i zwraca do mnie.
-Wiesz, co wcale nie jest taki zły pomysł. Niedługo zwołają Ćwierćwiecze Poskromienia. Peeta będzie musiał wyjechać do Kapitolu na kto wie jak długo. Nie sądzisz, że lepiej żebyście pobrali się zanim to nastąpi, kiedy jeszcze możecie w ogóle wybrać datę?
Sposób w jaki na mnie patrzy sprawia, że wiem co ma na myśli. Spoglądam na Peetę, który unika mojego wzroku i nic nie mówi tylko powoli kiwa głową. Staram się nie myśleć o tym za mocno.
Effie sięga przez stół i kładzie rękę na moim ramieniu. To pierwszy raz kiedy mnie dotknęła pomijając te wszystkie razy kiedy ustawiała mnie prosto i albo popychała albo gdzieś ciągnęła. Zauważam w jej oczach szczerość, której wcześniej tam nie widziałam więc jej nie strząsam.
-Proszę cię Katniss, nie myśl sobie, że nie robię tego nie myśląc co jest najlepsze dla ciebie i Peety.
Nagle zniknął jej głupi kapitoliński akcent. Patrzę poza jej głupie sztuczne rzęsy które wyglądają jak skrzyżowanie jelenich rogów z motylami. Jej usta pokryte błyszczykiem w kolorze jaskrawej fuksji ściągnięte są w poważną kreskę.
Kiedy spogląda przez chwilę na Peetę a jej oczy nie tracą swego szczerego wyrazu, wtedy wiem.
Bywa wkurzająca. Bywa sztywna i nadęta ale nie jest taka głupia za jaką ją uważałam. Panna Trinket wie jaki los czeka Peetę i stara się pomóc mi go ocalić. Kiwam głową dając jej znać, że rozumiem ją i, że się z nią zgadzam. Mrugam i kobieta, która przede mną siedziała, zniknęła. Podekscytowany pisk jaki z siebie wydaje łatwo sprawia, że zaczynam się zastanawiać czy ostatnie kilka sekund nie było przywidzeniem.
Peeta może i jest świetnym aktorem, ale kompletnie wysiada przy Effie Trinket.
-Więc.-Słyszę za sobą głos i odwracam się uśmiechając się do niego uprzejmie. - Możesz mi powiedzieć co stało się dziś rano?
Odwracam się od Peety i opieram o najbliższe drzewo. Jest zimno niemal, bardzo zimno, ale przynajmniej już nie pada. Szczerze mówiąc, nie wyszłam z domu żeby z nim porozmawiać, po prostu chciałam na chwilę uwolnić się od Effie.
Myślę o tym jak Peeta nie pytał o to co się stało kiedy w końcu wyszłam z tamtej łazienki w piwnicy piekarni Znalazłam go opartego o ścianę naprzeciw drzwi z ramionami splecionymi na piersi. Na pewno zauważył, że wyglądałam okropnie a moje oczy i nos były zaczerwienione. Nie powiedział jednak nic, tylko odprowadził mnie na zaplecze, posadził przy stole stawiając przede mną talerz moich ulubionych serowych bułek i wrócił do pracy.
-Gale jest we mnie zakochany.
Wymawiam te słowa głośniej niż powinnam i sama się krzywię słysząc je.
Spoglądam przez ramię i widzę, że Peeta w milczeniu wpatruje się we własne buty. Piętą wykopuje w śniegu ścieżkę i milczy przez chwilę. Kiedy w końcu się odzywa unosi głowę i patrzy mi prosto w oczy.
-Wiem. - Jego głos jest cichy ale i tak skupiam na nim całą swoją uwagę. - Wiedziałem od jakiegoś czasu.
-Świetnie, dzięki za ostrzeżenie.-Sarkam. Nie jestem naprawdę na niego zła ale nie potrafię inaczej zareagować. - Naprawdę mogłeś mnie przynajmniej ostrzec.
Peeta zwykle zauważa mój sarkazm więc jestem zaskoczona kiedy nie odpowiada. Znowu patrzę za siebie i widzę, że patrzy gdzieś przed siebie. Po jego zmarszczonej brwi widzę też, że jest zamyślony. Studiuję jego profil podczas kiedy on patrzy w dal. Nigdy wcześniej nie zauważyłam jak długie są jego rzęsy.
Wzdycha głośno i ten dźwięk wyrywa mnie z zamyślenia. Skupia na mnie swoją uwagę a ja jestem zaskoczona tym, jak niebieskie wydają się jego oczy na tle bieli która nas otacza. Muszę kilka razy mrugnąć i dopiero wtedy zauważam, że jego usta się poruszają.
-Przepraszam, co mówiłeś?
-Powiedziałem, że mu obiecałem. W sumie to zawarliśmy swego rodzaju umowę. Ja miałem utrzymać jego sekret a on mój.
To mnie zaskakuje. Gale i Peeta nigdy nie prowadzili ze sobą otwartej wojny ale nie byli też tak dobrymi przyjaciółmi żeby dzielić się sekretami. Nie widziałam nawet żeby ze sobą rozmawiali chyba, że byłam przy tym obecna.
Za wyjątkiem dnia Dożynek Peety.
Pamiętam wyraz twarzy Gale'a kiedy wyszedł z pomieszczenia w którym Peeta żegnał się ze wszystkimi. Nie mogłam dokładnie określić co to było. Przez lata miałam wiele okazji aby przyjrzeć się Gale'owi i nauczyć się rozróżniać jego nastroje. Ale nigdy nie widziałam tego co zobaczyłam wtedy na jego twarzy. Nawet nie spojrzał mi w oczy kiedy obok mnie przystanął. Teraz wiem już dlaczego.
-Obiecał mi...W zasadzie zmusiłem go do tego żeby mi obiecał, że jeśli...że zaopiekuje się tobą jeśli bym nie wrócił. Miał się upewnić żeby ani tobie ani twojej rodzinie niczego nie brakowało.- Peeta uśmiecha się lekko. - Powiedział mi wtedy, że zrobiłby to bez względu na to czy wrócę żywy czy nie. Powiedział mi, że nie ja jeden kocham się w tobie od lat. Nie wiedziałem nawet, że zauważył co do ciebie czuję...
Jego słowa powodują u mnie natłok myśli. Chociaż zaakceptowałam uczucie jakie żywił do mnie Peeta nie byłam pewna jego powagi. Myślałam, że naciąga trochę na potrzeby kamer. Wydawało mi się całkiem prawdopodobne, że robił wszystko żeby to co robił nie przeszło bez echa.
Powinnam była sobie uświadomić, że Peeta nigdy nie przeginałby tak mocno w tak ważnym momencie.
-Przez chwilę myślałem, że mnie po prostu zabije zanim w ogóle będę miał szansę znaleźć się na arenie. Wściekł się ponieważ śmiałem wątpić w to, że on nie zaopiekowałby się tobą. Krzyknąłem na niego, że on mógł się wkurzać ile chciał a ja nie mogłem. Mój czas dobiegał końca.
Chociaż do mnie wrócił. Chociaż stoi teraz obok mnie, moje serce ściska się kiedy słucham jego słów. Wyciągam ramiona, biorę go za ręce i przyciągam bliżej. Otwieram usta, żeby coś powiedzieć ale on mówi dalej najwyraźniej potrzebując się wygadać.
-Skończyło się na tym, że powiedziałem mu że obaj byliśmy głupi. Wiedzieliśmy, że nie potrzebujesz nikogo kto mógłby się tobą zająć. Wszyscy wiedzą, że potrafisz świetnie o siebie zadbać. Katniss, gdybym nie wciągnął cię w to bagno prawdopodobne nie potrzebowałabyś teraz nikogo kto mógłby cię ochronić.
Milknie na chwilę i odchyla moją głowę tak, że patrzę mu w oczy zanim znowu się odzywa.
-A więc tak, Katniss Everdeen. Kocham cię, ale on też cię kocha. Nie mówię ci tego, ponieważ uważam, że obaj zasługujemy na równe szanse. Mówię ci to, ponieważ uważam, że ty zasługujesz na prawo wyboru z kim chcesz spędzić resztę życia. To małżeństwo będzie tym czego ty będziesz chciała. Jeśli będzie ono dla ciebie tylko sposobem aby zapewnić ochronę sobie, mnie, nam, komukolwiek, to w porządku. Jeśli stwierdzisz, że twoje serce leży gdzieś indziej, z Gale'em albo jakimś innym szczęściarzem, to również będzie w porządku. A jeśli...jeśli kiedykolwiek poczujesz do mnie to co ja czuję do ciebie...to nawet lepiej. Wiedz jednak, że to całkowicie twoja decyzja.
-Peeto, ja...
Nie mogę znaleźć odpowiednich słów. Nic co kiedykolwiek zrobię nie uczyni mnie wartą stojącego przede mną chłopaka. Jestem zbyt skoncentrowana na tej myśli, żeby móc cokolwiek powiedzieć. On ściska uspokajająco moje dłonie. To popycha mnie w kierunku, w którym muszę kontynuować.
-Nie mogę ci niczego obiecać. Nie jestem...Nie jestem pewna swoich uczuć tak jak ty. - Przełykam kiedy nagle zasycha mi w gardle i odwracam wzrok a on pozwala mi na to. - Do niedawna nie wiedziałam nawet, że potrafię czuć coś takiego do kogokolwiek.
-W porządku. - Mówi i przysięgam, że słyszę w jego głosie cień uśmiechu i ulgi. - Nie musisz mi niczego obiecywać. Potrafiłbym żyć bez ciebie jeżeli wiedziałbym, że jesteś szczęśliwa. Ale nie potrafiłbym znieść myśli, że ci to szczęście odebrałem.
Jego idealne słowa spadają na mnie jak tona cegieł i natychmiast zamykam dystans dzielący nasze usta.
Mój zmarznięty nos zderza się z jego nosem i sapię lekko kiedy jego lodowate dłonie obejmują moją twarz ale jest idealnie. Jego palce przesuwają się po mojej żuchwie kiedy nasze usta poruszają się razem. Wsuwam dłonie pod jego płaszcz obejmując go i przyciągając bliżej.
Kiedy przerywamy pocałunek Peeta patrzy na mnie tak samo zaskoczony jak dzień wcześniej w zaparowanej łazience. Uśmiecham się do niego przelotnie zanim chowam twarz w cieple jego klatki piersiowej.
Powiedziałam, że nie mogę mu niczego obiecać, ale czuję, że chyba się pomyliłam.
Nigdy wcześniej nie byłam na weselu. Nie wyprawiamy wielkich przyjęć które tak bardzo uwielbia Kapitol. Naszym odpowiednikiem koronkowych sukni, spacerów do ołtarza, bukietów kwiatów i oficjalnych ceremonii jest coś co nazywamy pieczeniem tostów. Na czymś takim, też nie byłam. Ale mniej więcej wiem jak to wygląda.
Kiedy nowożeńcy skończą dopełniać formalności w Budynku Sprawiedliwości i ich małżeństwo jest uznawane za legalne, inni mieszkańcy śpiewają dla nich piosenkę kiedy wchodzą do nowego domu. Samo pieczenie tostów to nasz własny rytuał, nowożeńcy rozpalają razem pierwszy ogień nad którym opiekają odrobinę chleba i dzielą się nim.
Może to głupie i staromodne. Może nie umywa się do wielkich przyjęć wydawanych w Kapitolu. Ale nikt w Dwunastce nie czuje się naprawdę małżeństwem dopóki nie upiecze grzanki.
Powiedzieliśmy o tym Effie, ale po tym jak ona stwierdziła, że to 'urocze', wiedzieliśmy że nie uda nam się pozostać przy czymś tak prostym. Powinniśmy wiedzieć, że nic co mogą zaoferować mieszkańcy naszego dystryktu nie zadowoli widzów w Kapitolu. A będą widzowie. Chociaż udało nam się wyperswadować Effie transmisję na żywo ona wynegocjowała naszą zgodę na obecność jednej kamery i retransmisję dzień po uroczystości.
Dopiero z pojawieniem się pociągu wiozącego cały wagon sukien ślubnych uświadamiam sobie że ten ślub naprawdę będzie inny niż wszystkie.
Zostały dwa tygodnie do wielkiego, wielkiego dnia jak nazywa go Effie.
Mimo, mieszkania z Peetą w jednym domu właściwie go nie widuję odkąd plany Effie zaczynają przypominać spójną całość. Najwyraźniej w Kapitolu pan młody nie ma nic wspólnego ze przedślubnymi przygotowaniami i musi tylko pojawić się na uroczystości. Podczas kiedy ja spędzam czas w towarzystwie Effie, mojej matki, Prim i, czasami, Madge, Peeta pracuje dłużej w piekarni i spędza czas z Haymitchem.
Mama pomaga mi włożyć pierwszą z niezliczonych sukien. Patrzę w lustro i potrząsam głową. Bufiaste rękawy i wysoki kołnierz nie są nawet warte tego, żeby pokazać je Prim i Effie. Po kilku kolejnych natychmiastowych 'nie'. Effie zaczyna niecierpliwie pukać do drzwi. Niemal widzę jak tupie noskiem swoich zbyt wysokich butów i sapie z irytacją.
-Katniss! Musisz się nam pokazać i uzyskać naszą opinię.
Wzdycham i przewracam oczami. Moja matka z trudem powstrzymuje śmiech a ja uśmiecham się do niej. Mama otwiera drzwi, żeby Effie mogła zajrzeć do pokoju i wyraz absolutnej odrazy na jej twarzy sprawia, że obie wybuchamy śmiechem. Wychowana w Kapitolu kobieta stara się zachować powagę.
-Tak, cóż wydaje mi się, że niektóre mogą zostać za zamkniętymi drzwiami.
Następne sukienki są lepsze i pozwalam innym zobaczyć się w nich i wygłosić swoje opinie zanim je zdejmuję i przebieram się w następną. Jestem bardziej małomówna niż zwykle i po chwili mama pyta mnie czy wszystko w porządku.
Bawię się luźną skórką przy paznokciu i przygryzam dolną wargę. Nie wydaje mi się, że ona zdaje sobie sprawę jak podchwytliwe było jej pytanie.
-Myślę, że po prostu jestem przerażona.
Mój głos jest cichy i wpatruję się w podłogę kiedy zakładam kolejną suknię. Zapomniałam jak cichio potrafi poruszać się moja mama i lekko się napinam kiedy czuję pod brodą jej palce unoszące moją głowę. Spoglądam jej w oczy i ona uśmiecha się do mnie ze współczuciem.
Bardzo kocham moją mamę ale nigdy nie byłyśmy sobie naprawdę bliskie. Krótko po śmierci ojca byłam na nią po prostu wściekła, Nie mogłam zrozumieć dlaczego po prostu się poddała. Bez względu na to czy Prim i ja jej potrzebowałyśmy ona po prostu mentalnie się wyłączyła. Całe dnie siedziała nieruchomo przy stole albo leżała w łóżku. Nie odezwała się ani słowem ani nie kiwnęła palcem aby pomóc córkom, które także cierpiały.
Kiedy Peeta uratował nam życie rzucając mi dwa bochenki przypalonego chleba nareszcie zaczęła dochodzić do siebie. Jednak naprawdę odżyła dopiero wtedy kiedy on po raz pierwszy przekroczył próg naszego domu. Nadal pamiętam to, jak widząc go bez słowa i wyszła do kuchni aby przygotować mu herbatę. Był to mały krok ale taki, który powtarzała za każdym razem kiedy do nas wracał. Po jakimś czasie funkcjonowała już normalnie.
Oto kolejna rzecz jaką zawdzięczam mojemu najlepszemu przyjacielowi.
-Wiesz, to całkiem normalne.- Mówi siadając na stojącym za nią stoliku. - Kiedy wychodziłam za twojego ojca też byłam przerażona. Tak bardzo się martwiłam, że aż się rozchorowałam.
Mrugam słysząc jej wyznanie. Obie wiemy, że kiedy mówię, że jestem przerażona to dotyczy to Snow'a i Kapitolu a nie samego ślubu. Jednak jej wyznanie jest dla mnie czymś nowym i chcę znać szczegóły.
-Kiedy moi rodzice dowiedzieli się, że przyjęłam oświadczyny twojego ojca, wyrzucili mnie z domu. Byłam przerażona. Pojawiłam się na progu jego domu tylko z tym w co byłam ubrana i ze łzami w oczach. Jego matka, świeć Panie nad jej duszą, zaprowadziła mnie do kuchni i posadziła przy stole jakbym zawsze tam pasowała.
Matka milknie na chwilę a na jej twarzy pojawia się nieobecny wyraz twarzy. Najwyraźniej jest zagubiona w myślach o kobiecie, która przyjęła ją pod swój dach kiedy jej właśni rodzice wyrzucili ją z domu. Babcia umarła jeszcze za nim się urodziłam, ale ludzie nadal wspominali jej miłe usposobienie.
-Co stało się ze strachem?
Kiedy na mnie spogląda wydaje mi się, że w ogóle zapomniała, ze jestem z nią w pokoju. Uśmiecha się zanim mi odpowie. Wstaje i pomaga mi włożyć kolejną suknię. Jej palce unoszą włosy znad mojego karku a ja myślę o tym jak bardzo jestem jej wdzięczna za to, że jest przy mnie teraz, mimo wszystkiego co stało się w przeszłości.
-Przeszło mi kiedy tylko spojrzałam w oczy twojego ojca. To jak się czułam kiedy tylko na mnie spojrzał sprawiło, że przestałam się bać.
Zapina ostatnią haftkę sukni i odsuwa się aby móc spojrzeć na moje odbicie. Dopiero kiedy słyszę jej sapnięcie i łzy postanawiam sama na siebie spojrzeć. Kiedy odwracam głowę do lustra niemal nie wierzę, że widzę siebie.
Asymetryczny krój sukni był zwodniczy. Na początku w ogóle nie chciałam jej założyć ale kiedy teraz na siebie patrzę cieszę się, że to zrobiłam. Poza jednym ramiączkiem na moim prawym ramieniu dekolt leżący prosto na mojej klatce piersiowej jest prosty chociaż sprawia wrażenie, że pokazuje odrobinę rowka między moimi piersiami. Góra sukni ma wiele warstw zebranych w wielki węzęł z którego wyłania się ramiączko. Plisowany szyfon, sprawia, że spódnica opada swobodnie na moje nogi i biodra.
Kiedy patrzę na swoją twarz, jestem zaskoczona uśmiechem, który widzę. Nie zdawałam sobie nawet sprawy z tego, że się uśmiecham. Spoglądam na mamę i widzę jej zaczerwienione oczy i nos oraz to, że zakryła usta obydwiema dłońmi. Rozchylam ramiona na boki i zadaję pytanie na które znam odpowiedź. Ona potwierdza skinieniem głowy i otwiera drzwi.
-Prim! Effie! To jest to.
Prim płacze i powtarza jak pięknie wyglądam. Nawet Effie jest poruszona i musi wyjść na chwilę z pokoju kiedy widzi jak pochylam się, żeby objąć moją młodszą siostrę. Mówi, że musi poinformować Portię o tym, że podjęłam decyzję. Chwila przemija i wkrótce znowu zostaję sama z mamą.
Jestem już w swoich normalnych ubraniach, z jedną ręką na klamce, kiedy odwracam się ku niej po raz ostatni. Zapina właśnie pokrowiec i wiesza suknię w szafie.
-Nigdy nie uwierzę, że kiedykolwiek bałaś się poślubić tatę.
Spogląda na mnie przez ramię z gotowym pytaniem na końcu języka ale ja ciągnę dalej wypowiedź zanim ma szansę je zadać.
-Pamiętam jak na niego patrzyłaś...jak on patrzył na ciebie. Wtedy tego nie rozumiałam, ale to pamiętam.
Wygląda na to, że skończyłam przymiarki w samą porę ponieważ słyszę jak na dole otwierają się drzwi. Glos Peety, wołający mnie sprawia, że na moich ustach pojawia się nieświadomy uśmiech. Kiedy czuję dłoń mamy na moim ramieniu odwracam się, żeby na nią spojrzeć.
-Wtedy może i tego nie rozumiałaś, ale mam wrażenie, że właśnie zaczynasz to rozumieć.
