[b]Rozdział trzynasty[/b]
-Nakarm nimi świnię ty głupia istoto! Dlaczego nie? Nikt porządny nie kupi spalonego chleba.
Stojący przede mną chłopiec nie przypomina w niczym swojej matki, chociaż z wyglądu był do niej bardzo podobny. Nie znałam Peety Mellarka osobiście, ale biorąc pod uwagę to czego nauczyłam się o, nim w szkole wiedziałam, że z jego ust nigdy nie padłyby takie okropne słowa jak te, które tak łatwo wyrzucała z siebie jego matka. Wiedziałam, ze był cichy, ale lubiany. Ciągle się uśmiechał i łatwo wybuchał śniechem.
Kiedy krzyki Pani Mellark cichną, Peeta zaczyna odrywać spalone części od bochenków, które trzyma w ramionach. Jego oczy nigdy nie szukają kontaktu ze mną, ale musi wiedzieć, że ciągle tutaj jestem. Patrzę jak rzuca spalonym chlebem w kierunku świńskiego koryta.
Jego głowa odwraca się w kierunku piekarni i przez chwilę obawiam się, że się pomyli łam co do jego zachowania. Na pewno zawoła matkę i poinformuje ją o mojej obecności. Zauważam czerwoną pręgę na jego policzku, która na pewno zostawi ślad. Czym ona go uderzyła?
Jestem zaskoczona, kiedy rzuca resztę chleba w moją stronę i wraca do piekarni.
Tylko chleb leżący u moich stóp oraz odciski pozostawione w błocie przez jego buty są dowodem, że ostatnie kilka minut rzeczywiście miało miejsce.
Chowam bochenki pod spódnicą i odchodzę szybko we wciąż padającym deszczu. W domu mama i Prim jedzą ciepły chleb po raz pierwszy od śmierci taty. Mama siada nawet z nami do stołu, chociaż zwykle siedzi bez ruchu w fotelu przy oknie. Po raz pierwszy od miesięcy zasypiam nie czując głodu, który zwykle skręcał mi wnętrzności. Przed wyjściem do szkoły Prim i ja zjadamy kilka kawałków z drugiego bochenka.
Wpadam na niego pod klasą przed pierwszymi zajęciami. Jego policzek jest czerwony, spuchnięty a skóra wokół jego oka już zrobiła się czarna. Nie zauważa mnie. Po raz drugi widzę go po lekcjach, kiedy czekam przed szkołą na Prim. Nasze spojrzenia krzyżują się na moment i tak bardzo chcę, chociaż powiedzieć 'dziękuję', ale nie potrafię. Zawstydzona odwracam wzrok.
Wtedy właśnie znajduję pierwszego tamtej wiosny mniszka.
Mija tydzień. W szkole znowu widuję Peetę a jego policzek z każdym dniem wygląda coraz gorzej. Nie potrzebuję wiedzy mamy, żeby zauważyć, że w ranę wdała się infekcja.
Ciągle chcę mu podziękować. Powiedzieć, że powinien do nas przyjść i pozwolić mojej mamie obejrzeć jego policzek. Nie robię tego.
Czas mija zmieniając się w mieszankę kolorów i wspomnień.
Pobieram pierwsze rządowe przydziały. Przeżywam pierwsze Dożynki. W lesie spotykam Gale'a i po jakimś czasie staje się on moim najlepszym przyjacielem i najbliższym powiernikiem. Przychodzą moje drugie Dożynki, potem trzecie i czwarte. Nie wydaje mi się, że są jakieś niezwykłe.
Spędzam czas z Gale'em w lesie albo patrząc jak Prim opiekuje się Damą i Jaskrem. Moja matka nigdy tak naprawdę nie dochodzi do siebie. Ja uśmiecham się tylko, kiedy jestem w lesie.
Żyjemy z dnia na dzień, ale zawsze czegoś nam brakuje. W porze lunchu siedzę z Madge przy stole. Prim i ja wracamy do domu z chłopakami Hawthorne'ów a ciągłe tyrady Gale'a odbierają jakikolwiek urok moim dniom. Wspominam o tym kiedyś, ale on tylko wybucha śmiechem i nazywa się realistą. Myślę o tamtym mniszku i nadziei jaką poczułam patrząc na niego i chcę mu powiedzieć, że to jest tak samo prawdziwe, jak jego tyrady. Nie mówię jednak nic.
W naszym domu nikt się nie śmieje.
W czasie piątych Dożynek Effie Trinket wyciąga ze szklanej kuli nazwisko Peety a ja mam złe przeczucie. Nigdy nie podziękowałam mu za chleb. Nigdy nawet nie starałam się mu podziękować. Patrzę jak blond włosy, niebieskooki chłopiec, który dosłownie uratował mi życie wychodzi na scenę i ledwie mogę przełknąć nienawiść którą czuję do Kapitolu.
Na ekranie telewizora widzę jak zostaje rozerwany na kawałki przez zmiechy, którymi szczują trybutów organizatorzy Igrzysk. Krzywię się, ale się nie odwracam. To ostatnie momenty życia Peety i ktoś musi je zapamiętać, bez względu na to jakie są okropne. Kiedy jego kryształowo niebieskie oczy zamykają się po raz ostatni ledwie zdążam dobiec do łazienki, zanim wymiotuję.
Jego ciało wraca do Dwunastki w zwykłej drewnianej skrzyni. Z jakiegoś dziwnego powodu zabijam wieko gwoździami. Jego bracia, których imion nadal nie znam, krzyczą żebym przestała. Jego ojciec stoi z boku szlochając bezgłośnie. Pani Mellark wydaje się kompletnie znudzona i wychodzi z pokoju nawet przez chwilę nie myśląc o tym, że jej najmłodszy syn leży tam w drewnianej skrzyni.
Po mojej twarzy spływają łzy, ale nadal uderzam młotkiem. Jego bracia starają się mnie odciągnąć i krzyczę z frustracją. Wyrywa mi się wściekły szloch a moje gardło i płuca pieką. Odgłos stukania robi się głośniejszy.
Siadam na łóżku z głośnym sapnięciem, zdartym gardłem i twarzą mokrą od łez. Pościel jest przemoczona i kompletnie wymięta. Głośne bicie mojego serca razem z moim ciężkim oddechem niemal mnie ogłuszają.
Po chwili uświadamiam sobie, że nadal słyszę odgłos stukania. Wzdycham z ulgą, kiedy zza drzwi odzywa się głos Effie Trinket.
-Katniss! Katniss, otwórz drzwi!
Jej głos milknie i znowu zaczyna walić do drzwi. Przefruwam przez pokój i otwieram drzwi. Jej pięść jest nadal uniesiona do pukania i Effie wydaje z siebie zaskoczony dźwięk, kiedy zamykam jej dłoń w swojej i opuszczam ją.
-Cóż, dzień dobry. - Wzdycha. Na jej twarzy pojawia się natychmiast wyraz ekscytacji. - Dzisiaj jest twój wielki, wielki dzień.
-Muszę zobaczyć się z Peetą.
Mój głos jest szorstki i łamie się lekko na drugiej sylabie jego imienia. Effie patrzy na mnie jak na kosmitę i potrząsa głową.
-Wiesz, że nie możesz tego zrobić. Powiedziałam ci, że państwo młodzi nie widują się w dn..
-[i]Muszę[/i] zobaczyć się z Peetą.
Nie wiem, czy to z powodu tego, że nalegam czy tego, jak mocno trzymam ją za rękę, ale Effie kiwa głową i znika w korytarzu. Spędziłam noc w domu Haymitcha z powodu głupiej tradycji na którą uparła się Effie. Wracam w głąb sypialni i staram się uspokoić serce.
Pierwsza część mojego snu była prawidłowa, krzyki pani Mellark i to jak Peeta rzucił mi chleb. Nawet to , że nie podziękowałam Peecie następnego dnia w szkole też się wydarzyło. Ale potem skończył się realizm snu.
Po tygodniu wpadłam na Peetę przed lekcją historii. Jasne, że często go widywałam, ale tym razem był na tyle blisko, bym mogła zauważyć, że skaleczenie na jego policzku było bardziej spuchnięte i lekko pozieleniało.
Kiedy przestalam gapić się na jego ranę i dotarło do mnie, że to robię odwróciłam speszona wzrok, ale on się nie poruszył i nadal przede mną stał zupełnie nie zdziwiony moim zachowaniem.
-Powinieneś wpaść do nas do domu. Poprosić moją mamę, żeby cię obejrzała.
Odwróciłam głowę i patrzyłam jak stojący przede mną chłopiec potwierdził skinieniem głowy. Łatwo jest mi przypomnieć sobie, jak niebieskie wydawały mi się, wtedy jego oczy, kiedy w nie patrzyłam. Uśmiech, który pojawił się na mojej twarzy był dla mnie zaskoczeniem, ale nie potrafiłam sprawić aby zniknął.
Nie rozumiem, o co chodziło w moim śnie. Nigdy nawet nie starałam się wyobrazić sobie, jak moje życie wyglądałoby, gdybym nie zatrzymała Peety na szkolnym korytarzu, ale wydaje mi się, że musiałam to zobaczyć czy tego chciałam, czy nie. Nigdy nie przeraziłam się tak bardzo czymś co wiedziałam, że było nieprawdziwe.
Mija cała wieczność, zanim słyszę ciche pukanie do drzwi. Głos Peety, pytający czy nic mi nie jest wyrywa mnie z zamyślenia i natychmiast wstaję. Chcę otworzyć drzwi, ale jego głos zatrzymuje mnie, zanim w ogóle próbuję.
-Effie mówi, że możemy porozmawiać, ale nie możemy się zobaczyć.- Milknie i wiem, że przewraca w tej chwili oczami. - Siedzi na krześle po drugiej stronie korytarza i mnie pilnuje. Nic ci nie jest Katniss?
Wdycham powietrze przez nos i wydycham je ustami. Jestem zawstydzona tym, że wystarczy tylko jego głos abym poczuła się lepiej. Chyba zbyt długo milczę, ponieważ Peeta znowu wymawia moje imię.
-Katniss?
-Nic mi nie jest, Peeto. To znaczy, tak myślę. Po prostu musiałam cię zobaczyć czy raczej w tym przypadku usłyszeć.
Opieram twarz o gładkie drewno drzwi i kładę dłoń na ich krawędzi. Chwilę później, czuję jak jego dłoń nakrywa moją i nasze palce splatają się ze sobą. Dziwię się kontrastowi jaki moja opalona skóra tworzy z jego bladą karnacją. Słyszę jak cicho wzycha, a potem znowu się odzywa.
-Co się stało? Jesteś pewna, że nic ci nie jest?
-Miałam po prostu okropny sen...Moja podświadomość chciała mi pokazać jak wyglądałoby moje życie bez ciebie.
Czuję jak jego palce zaciskają się wokół moich.
-I jakie było?
Parskam krótkim, niewesołym śmiechem.
-Nie chcę o tym mówić.
-Cóóóż.- Peeta przeciąga słowo i słyszę uśmiech w jego głosie. - Wydaje mi się, że właśnie przekonałaś się, że jestem naprawdę wspaniały i, że powinnaś być zaszczycona tym, że w ogóle mnie znasz.
Wiem, że żartuje, stara się poprawić mi nastrój żebym lepiej się poczuła. Nie mogę się jednak roześmiać. Nie, kiedy jego słowa są tak prawdziwe. Zamiast tego uchylam drzwi na, tyle , że widzę tylko jego głowę i nic, poza tym. Przyciągam jego usta do swoich i całuję go mocno i na tyle długo, żeby zrozumiał co chcę mu przekazać, zanim dobiega do nas okrzyk niechęci ze strony Effie.
Jego oczy nadal są zamknięte, kiedy zamykam drzwi.
Przez duże, podwójne dębowe drzwi prowadzące do największej sali spotkań w Budynku Sprawiedliwości słyszę kwartet smyczkowy, który Effie sprowadziła z Kapitolu. Kiedy ceremonia w tej sali dobiegnie końca przeniesiemy się do sali balowej na wesele. Nie wiedziałam, że w Budynku Sprawiedliwości jest sala balowa. Najwyraźniej jednak jest. I najwyraźniej jest na tyle duża aby pomieścić ponad sto osób, które zaprosiła opiekunka naszego dystryktu.
Nie znam setki osób, które zaprosiłabym na jakiekolwiek przyjęcie. Kiedy nam o tym powiedziano Peeta tylko kiwnął głową. Stwierdziłam, więc że, jeżeli jego to nie przeraża ja także nie mam się czego bać.
Nerwowo dotykam dłonią broszki z kosogłosem, którą Portia wpięła mi we włosy. Stwierdziła, że to moje 'coś starego'. Starałam się wytłumaczyć jej, że to nie jest najlepszy pomysł, ale ona broniła swojego pomysłu zacieklej niż zwykle. Chociaż mimo tego, że została zanieczyszczona spojrzeniem Prezydenta Snow'a cieszę się, że mogę mieć przy sobie jakąś część ojca w tak ważnym dla mnie dniu.
Mama wraz z Prim i Madge (którą mianowano moją druhną, cokolwiek to znaczy) weszły już do sali. Kiedy czekam na mój znak czuję jak podchodzi do mnie Haymitch. Spoglądam na niego i staram się nie okazać zdziwienia jego wyglądem. Jego włosy zostały zaczesane do tyłu i nawet po całym dniu użerania się z Effie wygląda na niesamowicie trzeźwego.
-Nie bądź taka zaskoczona. - Mówi podając mi łokieć. Przeplatam przez niego swoje ramię nadal wpatrując się w niego. - Na weselu będzie mnóstwo gorzały.
Marszczę nos i przewracam oczami. On wybucha śmiechem a ja usiłuję powstrzymać chęć powiedzenia mu, że sama z chęcią bym się napiła. Staram się zachować spokój, ale wiem, że on wyczuł, że cała się trzęsę. Wolną ręką ujmuję dłoń którą trzymam go za łokieć i delikatnie ściska.
-Jesteś gotowa, Mała?
Kiwam głową akurat, kiedy otwierają się drzwi. Haymitch robi krok do przodu a moje stopy ślepo idą za, nim. Decyzja o tym aby to mentor Peety odprowadził mnie do ołtarza okazała się całkiem prosta. Nie chodziło nawet o to, że brakowało mi innych kandydatów, po wszystkim co zrobił ten człowiek nie tylko dla Peety, ale także dla mojej rodziny, wiedziałam, że muszę go o to poprosić. Udawał, że rozważa tę decyzję, zanim się zgodził, ale wiem, że to był rodzaj żartu mający ukryć to, jak bardzo był wzruszony.
Trzymam się mocno jego ramienia. Zaczyna docierać do mnie powaga tej sytuacji i trochę chwieję się na obcasach, które dała mi do włożenia Portia. Skupiam wzrok na podłodze, kiedy ostrożnie stawiam krok za krokiem.
Mniej więcej w połowie drogi unoszę głowę i zaczynam przyglądać się otaczającym mnie twarzom.
Większość rozpoznaję ze szkoły, chociaż nie pamiętam ich imion. Peeta zawsze był bardzo lubiany i jestem pewna, że większość gości stanowią jego przyjaciele. Zauważam kilkoro ludzi znanych mi z Ćwieku, którzy wyraźnie nie pasują do tak formalnego otoczenia. Ja sama czuję, że tu nie pasuję. W jednym z pierwszych rzędów siedzi Burmistrz Undersee i jestem zaskoczona tym, że przybył w towarzystwie żony.
Jestem również zaskoczona, kiedy widzę Hawthorne'ów siedzących w rzędzie za moją mamą. Patrzę na słodką twarzyczkę Posy przyglądającą mi się ciekawie z kolan mamy i zaczyna do mnie docierać jak dawno ich wszystkich nie widziałam. Vick wygląda na znudzonego i bawi się kołnierzykiem koszuli do założenia, której na pewno zmusiła go matka. Rory wlepił wzrok w miejsce, gdzie stoi Prim ubrana w prostą ciemnogranatową sukienkę podobną do sukienki Madge. Osoba siedząca obok niego jest jednak całkowicie skupiona na mnie. Zmuszam się do uśmiechu i ofiarowuję go Gale'owi. Jego uśmiech jest prawdziwy, ale zauważam kryjący się pod, nim bół. Odwraca wzrok i wpatruje się w podłogę.
Kiedy widzę, że zbliżamy się do celu spoglądam w kierunku, w którym do tej pory nie patrzyłam. Gdy mój wzrok pada na czekającego tam na mnie Peetę czuję jak nagle wszystko zwalnia. Słyszę jedynie szum mojej własnej krwi a wszystko inne staje się szumem w tle.
Patrzę na uśmiech, który pojawia się na jego twarzy i czuję pot z moich dłoni wsiąkający w bukiet, który trzymam. Z jakiegoś powodu jego oczy wydają się być jeszcze bardziej niebieskie a ich spojrzenie sprawia, że od razu się rozluźniam. Czuję drżenie mięśni twarzy i po chwili uzmysławiam sobie, że dzieje się tak dlatego, że tak promiennie się uśmiecham. W mgnieniu oka Haymitch oddaje mnie Peecie a Prim ostrożnie odbiera ode mnie kwiaty.
Jestem zdumiona tym, że chociaż Peeta trzyma mnie mocno za rękę moje serce i tak przyspiesza. Peeta uśmiecha się do mnie a ja nie mogę się powstrzymać i podziwiam jak przystojnie wygląda. Ma na sobie idealnie skrojony kruczoczarny garnitur, kamizelkę i krawat, które pasują kolorem do sukienek druhen. Jego włosy zostały zaczesane do tyłu i, chociaż ładnie to wygląda, to nie jest Peeta, do którego jestem przyzwyczajona.
Znajomo brzmiący głos mężczyzny oznacza początek ceremonii, ale ja nie potrafię się na, nim skupić i zamiast tego wyciągam rękę i mierzwię nią włosy mojego pana młodego. Krzywię się trochę z powodu tego co zrobiłam, ale Peeta tylko ujmuje moją dłoń, podnosi ją do swoich ust i całuje moje palce.
Ponad dźwiękiem mojego głośno bijącego serca słyszę chichoty dobiegające z tłumu. Słyszę także westchnienie oburzenia ze strony, gdzie siedzi Pani Mellark, ale nie przykładam do tego większej uwagi. Jestem zbyt skupiona na swobodnym, ironicznym uśmieszku mojego najlepszego przyjaciela. Mojego najlepszego przyjaciela, który za chwilę zostanie moim mężem.
Dopiero, kiedy słyszę głos Peety, uświadamiam sobie, że dotarliśmy do momentu składania przysięgi. Peeta patrzy mi prosto w oczy powtarzając słowa tak jak każe mu oficjant. Jego głos jest na tyle donośny, żeby wszyscy go słyszeli, ale jest w, nim cicha nuta szczerości, która daje mi do zrozumienia, że słowa, które wymawia należą tylko do mnie.
Gdy nadchodzi moja kolej mój własny głos wydaje mi się dziwny. Odległy i jakby dobiegający spod wody. Nie zdziwiłabym się, gdyby później okazało się, że mówię szeptem. Peeta wsuwa mi na palec obrączkę. Ja mam trochę kłopotu z jego obrączką.
Dlonie trzęsą mi się tak bardzo, że Peeta musi mi pomóc. I, kiedy to robi a ja na niego spoglądam, wtedy wiem. Nagle braknie mi tchu a dudnienie w moich uszach ustaje. Czuję dokładnie to o czym mówiła mi mama.
Bez względu na to w jak dziwnych okolicznościach się znaleźliśmy, jedno spojrzenie Peety sprawia, że zaczynam się zastanawiać dlaczego tak bardzo bałam się małżeństwa.
Padają słowa 'teraz możesz pocałować pannę młodą'. Usta Peety dotykają moich między słowami 'teraz' i 'możesz'. Trzyma moją twarz w dłoniach a ja zarzucam ramiona na jego szyję i przyciągam go bliżej.
Wolałabym nie mieć tak wielu świadków, ale pozwalam sobie zapomnieć, że jesteśmy w sali z ponad setką ludzi. Zapominam o kamerzyście, który stoi kilka metrów dalej. Zapominam nawet o obecności mojej młodszej siostry i wkładam w ten pocałunek całą pewność, którą w tej chwili czuję. Dłonie Peety opuszczają moją twarz. Jedna przesuwa się w dół i obejmuje mnie w talii a druga rozpościera się na moich plecach. Kiedy przerywamy pocałunek mamy na twarzach takie same uśmiechy.
W mgnieniu oka wychodzimy z sali tą samą drogą, którą weszłam, czekamy aż goście przeniosą się do sali balowej i zostajemy, im przedstawieni jako Państwo Mellark.
Po chwili goście robią nam miejsce na nasz pierwszy taniec. Peeta kładzie jedną dłoń na mojej talii a drugą mocno trzyma mnie za rękę. Piosenka, której nie znam, jest zbyt krótka i szybko zostaję wyrwana z bezpiecznego kokonu jego ramion.
Resztę wieczoru pamiętam jak przez mgłę. Ludzie, których znałam całe życie i ci, których dopiero poznaję składają nam życzenia. Kroimy tort, nad którym Peeta pracował przez te wszystkie dodatkowe godziny, które spędził w piekarni przez ostatni tydzień. Tańczymy i przyglądam się mieszkańcom dystryktu wypełniającym parkiet szczęśliwa, że przynajmniej przez ten jeden wieczór mogą zapomnieć o problemach i dobrze się bawić.
Prawie nie spędzam czasu z Peetą. Za każdym razem, kiedy prawie udaje nam się znaleźć chwilę dla siebie coś nas rozprasza i popycha w różne strony. Uśmiecham się do niego, kiedy tylko mogę a on odpowiada mi uśmiechem z drugiego końca sali.
Nadchodzi czas abyśmy wraz z Peetą opuścili przyjęcie. Dziękuję Vickowi za taniec chwaląc go, za to jak rzadko nastąpił mi na stopy. On wybucha śmiechem a ja zostawiam i idę poszukać Peety. Znajduję go przy misie z ponczem otoczonego przez kilku kolegów ze szkoły, których nie znam zbyt dobrze. Podchodzę do nich akurat w momencie, kiedy najwyższy z nich, który chyba ma na imię Jackson, klepie Peetę przyjaźnie po ramieniu.
-Jeszcze raz życzę ci świetnej zabawy tej nocy.
Inni chłopcy wybuchają śmiechem a Peeta żałośnie się czerwieni. Chociaż zwykle nie ma problemu ze znalezieniem odpowiednich słów, teraz najwyraźniej ma z tym problem. Wiem, że inni zaraz zaczną się z, nim drażnić i, chociaż temat rozmowy jest czymś o czego ja także nie chcę poruszać odczuwam potrzebę uratowania go.
Wsuwam się między niego a chłopaka stojącego po jego lewej stronie, ujmując Peetę pod ramię. Zanim któryś z jego przyjaciół ma szansę się odezwać odwracam dłonią głowę Peety i przyciągam jego usta do swoich. Jego zaskoczenie jest uzasadnione, ponieważ, jestem pewna, że on domyśla się, że udało mi się odgadnąć na jaki temat rozmawiali.
Nie pozwalam jednak aby to mnie powstrzymało. Jego usta są ciepłe i wilgotne i nadal czuję na nich smak tortu oraz słodki, a jednocześnie lekko gorzki, smak szampana, którego wypiliśmy wcześniej. Kiedy zaskoczenie mija Peeta oddaje mi pocałunek bardziej gorliwie niż kiedykolwiek przedtem. Zapominamy o tym, że nie jesteśmy sami, dopóki Jackson nie odkasłuje niezręcznie, Wyplątujemy się z uścisku i pochylam się, żeby pocałować skórę pod jego uchem.
-Myślisz, że teraz się zamknie? - Mój szept sprawia, że Peeta się uśmiecha i całuje mnie w czubek nosa.
Odwracamy się od siebie i patrzymy na otaczających nas chłopców. To zabawne, ale w towarzystwie ludzi, z którymi dorastałam czuję się bardziej niezręcznie niż w towarzystwie kamer telewizyjnych i mieszkańców Kapitolu. Odpycham jednak od siebie tę myśł i łapię Peetę mocno za rękę.
-Dziękujemy, wam za przybycie. - Uśmiecham się do nich najlepiej jak mogę. - Ale chyba nadszedł czas żebym zabrała Peetę do domu...- Milknę i odwracam głowę w kierunku Peety przygryzając lekko dolną wargę, a potem odciągam go, zanim zostanie powiedziane coś jeszcze. Peeta odwraca się do przyjaciół i macha, im na pożegnanie z wysoko uniesionymi brwiami. Daję mu sójkę w bok a on wybucha śmiechem.
Wkrótce przebijamy się przez morze ludzi w stronę samochodu, który odwiezie nas do domu. Nie pamiętam nic szczególnego z tej przejażdżki, poza tym, że Peeta nadal mocno trzymał mnie za rękę.
Dojeżdżamy do domu i samochód się zatrzymuje. Nadal trzymając się za ręce wspinamy się po schodkach na werandę przed domem i odwracamy, żeby zobaczyć jak samochód odjeżdża.
Odwracam się do Peety a on uśmiecha się do mnie. Przez chwilę stoimy tam ciesząc się ciszą otaczającą nas po wielu miesiącach nieobecności. Kiedy dosięga mnie chłód wieczora i zaczynam drżeć Peeta obejmuje mnie ramieniem. Chwilę później zaskakuje mnie, kiedy unosi mnie z podłogi jak, gdybym nic nie ważyła. Wydaje mi się, że to dzięki temu, że przez lata nosił w piekarni ciężkie worki z mąką.
-Co robisz? - Pytam ze śmiechem.
-Effie powiedziała mi, cytuję 'Zgodnie z powszechnie przyjętym zwyczajem mąż powinien przenieść swoją świeżo poślubioną małżonkę przez próg ich domu aby ich wspólne życie rozpoczęło się w odpowiedni sposób'.
Jego głos jest wysoki i tak niedorzeczny, że wybucham śmiechem. Pozwalam mu wnieść się do domu i opieram głowę o jego ramię. Kiedy znajdujemy się za drzwiami Peeta stawia mnie na podłodze. Potykam się lekko i upadam na jego klatkę piersiową a jego ramiona natychmiast mnie obejmują.
Cieszę się ciepłem jego ramion połączonym z tym emanującym z kominka. Unoszę głowę, kiedy czuję we włosach drżące westchnienie Peety. Jego nagle pociemniałe oczy wpatrują się we mnie tak intensywnie, że na moment tracę oddech.
Powoli wyswobadza mnie ze swoich ramion, ale się nie cofa. Przygwożdża mnie spojrzeniem do miejsca, w którym stoję i nie mam odwagi się poruszyć. Mruga a ja powoli pochylam się do przodu, dopóki moja klatka piersiowa nie dotyka jego żeber. Leniwy sposób w jaki jedna z jego dłoni przemieszcza się wzdłuż mojego ramienia a druga w dół na moje plecy sprawia, że wyrywa mi się westchnienie.
Jego dłoń dociera w końcu do mojej szyi i pnie się w górę do mojej szczęki. Drżę, kiedy jego palec przesuwa się po moim uchu. Jego druga dłoń naciska na moje plecy, dopóki moje biodra nie przylegają ściśle do jego ciała. Wydaję z siebie dźwięk jakiego w życiu nie słyszałam i wydaje mi się, że to jedyna zachęta jakiej potrzebował. Całuje mnie w szyję, potem w żuchwę i w końcu tuż za uchem. Słyszę ten sam dźwięk co przed chwilą a jego głos jest zgrzytliwy i łamie się, kiedy wypowiada moje imię.
Nagle robi mi się za gorąco, ale nie potrafię się cofnąć. Ogień, który nagle pojawił się w moim żołądku mógłby strawić cały ten dom. Kiedy cofam się na tyle aby spojrzeć Peecie w oczy, jestem zgubiona.
Moje usta przyciskają się do ust Peety a on przyciąga mnie do siebie jeszcze bliżej. Przechyla głowę, zakrywa moje usta swoimi i, kiedy zamyka je wokół mojej dolnej wargi łapię mocno poły jego marynarki. Cofam się o kilka kroków ciągnąc Peetę za sobą. Kiedy moje nogi dotykają kanapy zaczynam pochylać się aby nas na niej położyć. Czuję jego wahanie, ale pogłębiając pocałunek zapewniam go, że nie musi się wahać. On przechyla nas na bok i przez chwilę boję się, że wstanie. Ale on zaskakuje mnie bez wysiłku wciągając na siebie moje ciało.
Kiedy rozdzielamy się na moment aby odetchnąć czuję, że pożar wewnątrz mnie podwoił nie tylko siłę, ale i rozmiary. Miejsce między moimi nogami pulsuje w sposób jakiego wcześniej nie czułam a dzięki pozycji w jakiej leżę na Peecie wiem, że on czuje prawdopodobnie to samo. Odkąd z, nim zamieszkałam wiele razy budziłam się w środku nocy czując go przyciśniętego do moich pleców. Tym razem po raz pierwszy czuję go w efekcie tego co zrobiłam. Kiedy to sobie uświadamiam, jestem z siebie w dziwny sposób dumna.
Gdzieś po drodze udało mi się rozpiąć pierwsze trzy guziki jego koszuli. Jestem zaskoczona, kiedy odkrywam jego dłonie leżące na mojej sukni w taki sposób, że jego palce lekko dotykają moich piersi. Oddychamy ciężko i nierówno a jego oczy niemal zupełnie pociemniały. Czując niezwykły przypływ odwagi pochylam się i składam gorący pocałunek na odsłoniętym fragmencie jego klatki piersiowej sprawiając, że jego biodra nagle podrywają się do góry. Jego dłonie zaciskają się jeszcze mocniej na mojej sukni paląc moje ciało przez cienki materiał. Moje dłonie drżą, kiedy znowu całuję go w klatkę piersiową starając się rozpiąć kolejny guzik.
-Katniss.- Odzywa się Peeta, ale ja ledwie go słyszę z powodu dudniącej w moich uszach krwi.- Katniss, czy ty?
Wiem, o co mnie pyta. Musi wiedzieć czy jestem pewna tego co robimy...czy wiem dokąd nas to zaprowadzi.
Tak naprawdę nie myślałam o tym co stanie się tej nocy. Wiem, czego oczekuje się po świeżo poślubionych parach spędzających razem pierwszą noc jako mąż i żona, chociaż Peeta i ja nie jesteśmy zwykłą parą. Czy spodziewałam się tego, czy nie, wiem, co jest właściwe, a co nie jest.
Nie ufam swojemu głosowi i dlatego odpowiadam mu tak jak mogę, pocałunkiem, który szczerze przekazuje wszystko, co chciałabym mu powiedzieć.
Palce Peety wplątują się w moje włosy i po chwili słyszę dźwięk broszki z kosogłosem uderzającej o podłogę. Włosy opadają mi na plecy a jego palce przesuwają się na ramiączko mojej sukni zsuwając mi je z ramienia. Nareszcie udaje mi się odpiąć ostatni guzik jego koszuli i przesuwam dłońmi po mięśniach jego brzucha, kiedy głośne kliknięcie sprawia, że natychmiast od siebie odskakujemy.
Odwracam głowę, kiedy słyszę hymn Kapitolu i ogarnia mnie straszne przeczucie, kiedy widzę ostatniego człowieka jakiego spodziewałam się dzisiaj zobaczyć. Kamera robi najazd na jego twarz i czuję się tak, jak gdyby był z nami w pokoju.
Prezydent Snow rozpoczyna przemówienie i chociaż niedawny żar był niemal nie do zniesienia nagle robi mi się bardzo, bardzo zimno.
